Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą długi marsz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą długi marsz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lipca 2023

GDYBY PAN COGITO WYRUSZYŁ W DŁUGI MARSZ


Jeśli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa, wędrowanie pozornie bez celu, błądzenie po omacku, żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi i abyś całą skórą zmierzył się ze światem. 

To nie może być podróż, jaką odbywasz podczas oglądania telewizji. Żadna jarmarczna apokalipsa.

Nie taka, którą mali demiurdzy wiodą beczące stado dwunogów. I niepodobna do wycieczki, obiecanej przez zbieraczy dusz i pieniędzy.

Żyliśmy w czasach, które zaiste były opowieścią idioty, pełną hałasu i zbrodni.

Nie pytaj więc -czy podróż z tych czasów może być krótsza?

Zaprzyjaźń się z Grekiem z Efezu, Żydem z Aleksandrii, na nowo ucz się świata jak joński filozof. Nie po to, byś posiadł ich wiedzę, ale może wtedy ojczyzna wyda ci się małą kołyską, łódką przywiązaną do gałęzi włosem matki.

Powtarzaj - którzy o świcie wypłynęli ale już nigdy nie powrócą na fali ślad swój zostawili.

Nie skarż się - myśmy nie chcieli berka, nie chcieliśmy ciuciubabki, dość mieliśmy starszych panów...

Pamiętaj – nie będzie wielkiego pojednania, gdy język waha się między wybitymi zębami a wyznaniem.

Złóż je - darem ostatniej modlitwy: oto żyję w różnych czasach, nieistniejący, boleśnie nieruchomy i boleśnie ruchliwy i nie wiem zaiste, co mi jest dane, a co odjęte

na zawsze


Na początek wystarczy, że nic się nie zmieni. Przejdą noce Zatrzaśnie dzień, jak szczęka wilcza.

I jeszcze ciszej będziesz milczał.

Długo i uparcie. Gdy za długo - z pogardą.

Przynależną sytym i głupcom „mądrości etapu”. Przypisaną rozsądnym, którzy dawno ogłosili, że można współżyć z potworem, należy tylko unikać gwałtownych ruchów, gwałtownej mowy. 

Zachowaj pogardę dla ocalałych aby żyć, gdy świadectwem ich ocalenia stają się „zdobycze demokracji”, debaty i polemiki.

Jedni i drudzy mają rację - chrzczonych z wody, chrzczonych z ognia, pogodzi nicość lub miłosierdzie.

Miej ją w dostatku dla weteranów czterdziestodniowych potopów, którzy widzieli śmierć gór i zbawienie myszy.

Dla karzełków naszych czasów gwiazdek zetlałych wieczorów artystów z kozią stopą którzy przedrzeźniają demiurga.

Nie ma ceny, za którą po imieniu nazwaliby bękartów zaludniających nasz skrawek ziemi.

Nie zrobią tego nawet, gdy opadnie groza, pogasną reflektory i odkryjemy że jesteśmy na śmietniku w bardzo dziwnych pozach, jedni z wyciągniętą szyją, drudzy z otwartymi ustami z których sączyła się jeszcze ojczyzna.

Ich parciana logika –nie mieliśmy dokąd odejść, zostaliśmy na śmietniku, zrobiliśmy porządek, kości i blachę oddaliśmy do archiwum – niech cię przeraża.

To konieczne, byś nie zwariował.

Nie wybaczaj ornamentatorom, ozdabiaczom i sztukatorom, twórcom aniołków fruwających, którzy robią wstążki a na wstążkach napisy krzepiące.

Dzięki nim są już takie słowa kolory i rytmy co się śmieją i płaczą jak żywe.

A gdyby kazali, nie słuchaj ich śpiewu - my się o to sztukatorzy nie martwimy, my jesteśmy partią życia i radości...


Więc jeśli będzie podróż niech będzie to podróż długa, powtórka świata elementarna podróż rozmowa z żywiołami, pytanie bez odpowiedzi, pakt wymuszony po walce. Raczej narodowy dramat i zasłużone przekleństwo, niż czterdziestoletnia włóczęga po pustyni, po której zawsze następuje zbawienie.

Nikt ci nie gwarantuje, że zakończy się w nowym domu, skoro tylu przed nami zawiodła tylko do wrót doliny.

Więc jeśli będzie podróż – to odwrotem od narodowej zdrady i zmarnotrawienia ofiary życia. Niczym krzyk matek od których odłączają dzieci gdyż jak się okazuje będziemy zbawieni pojedynczo.

Bez nadziei na wspólnotę i litość aniołów stróżów.

Bez wiary w naszą mądrość, a nawet w to, że do miejsca urodzenia dopiszą nam polskość.

jak pyknięcie świecy

jak zsuniecie się peruki na ziemię

jak krótką podróż pierścionka po gładkim stole

Z jedyną, nieokiełznaną pewnością, że w walce z potworem, nie będzie ocalenia życia na niby.

        Gdyby Pan Cogito wyruszył w długi marsz - to tylko z tymi, których spotka los straszny płomień i lament bowiem przyjąwszy chrzest ziemi zbyt mężni byli w niepewności.


Mistrzowi


sobota, 13 listopada 2021

DEMOKRACJA CZY DYKTAT (1) JAKA POLSKA?


Gdyby zapytać naszych rodaków – jak obalić III RP, jak odbudować Niepodległą - pewnie większość odpowiedziałaby według poprawnego schematu i jako narzędzia wskazała „walkę parlamentarną”,„procesy polityczne” oraz „zwycięstwo wyborcze”.
Nie popełnię błędu twierdząc, że gros ludzi prawych, którzy widzieliby Polskę wolną od spuścizny komunizmu, od obecności tutejszych Obcych i dyktatu euro-terrorystów, tylko w owych „narzędziach demokracji” chce dostrzegać nadzieję.
Ta zaś część „patriotycznej prawicy”, która obecny status III RP postrzega przez pryzmat „wpływów zewnętrznych”, dodałaby do tego katalogu – „zmianę sytuacji zagranicznej”, „kryzysy ekonomiczne i polityczne”, „grę mocarstw”.

Nie od dziś, ośmielam się twierdzić, że żadna z takich odpowiedzi nie zasługuje na poważne traktowanie, a udzielający je, nie odrobili lekcji historii i niewiele zdają się rozumieć z realiów obecnego państwa.
By nie powielać dziesiątków argumentów, znanych już stałym bywalcom bezdekretu (wyłożyłem je obszernie m.in. w cyklu tekstów „PO CO DEMOKRACJA?”), przypomnę jedynie, że państwa realnego socjalizmu nie upadają pod „ciosami demokracji”. Jak łatwo dostrzec, na przykładzie III RP, państwa takie anektują fasadę demokratyczną, by ukryć własne draństwa i umożliwić władzę beneficjentom systemu, nigdy zaś po to - by oddać ją obywatelom.
Dlatego farsa demokracji – w wydaniu III RP – jest bronią wymierzoną w społeczeństwo, jest mitem, który ma nas zniewolić i znieprawić. Ten mit, podniesiony do rangi przymusu konstytucyjnego i obwołany niekwestionowanym bożkiem, jest podstawową przeszkodą w obaleniu III RP.
    Na straży tej niby-państwowości stoi bowiem system ustanowiony w latach 1989-91, gdy zainicjowano kontrolowany przez bezpiekę proces „pluralizmu politycznego” i w miejsce jednej, „przewodniej siły narodu”, stworzono szereg rozmaitych partii i partyjek - zwykle przy udziale kapusiów i agentury. Łączył je wspólny mianownik – wyrażały akceptację dla układu powstałego w Magdalence i deklarowały uczestnictwo w ”mechanizmach demokracji”. Ten, kto nie wyrażał takiego akcesu i nie godził na „wspólnotę” z komunistami, znalazł się na marginesie życia publicznego i został wykluczony z dobrodziejstw „procesów demokratycznych”.
Wiedza o podwalinach mitu demokratycznego, musi prowadzić do wniosku, że wpływ na państwo, można odzyskać tylko w taki sposób, w jaki narzucono nam historyczne kagańce i systemowe ograniczenia. Skoro Polacy utracili wolność na drodze zdrady, zbrodni, kłamstw i przemocy – w zgodzie z tą logiką, należy przyjąć, że tylko rozwiązania siłowe i kroki radykalne, mogą doprowadzić do sanacji państwa.

To oznacza, że upatrywanie nadziei w „wyborach powszechnych”, które od roku 1991 obracają się wokół tych samych osób i środowisk, lub stawianie na systemowe „partie polityczne”- jest oczywistym nonsensem.
Żadna „Konfederacja”, „Kukiz”, czy inna pseudo-opozycja, nie może mieć wpływu na obalenie III RP.
Po pierwsze dlatego,że wcale do tego celu nie dążą, po drugie, że są częścią układu, który pozwala im na wygodne i dostatnie życie, po trzecie – bo uczestnicząc w mistyfikacji „pluralizmu politycznego”(robili to też komuniści, dozwalając na „stronnictwa demokratyczne”, czy „ludowców”) skazują się na rolę folkloru i „planktonu” politycznego.
Te partie, jak i obecni w nich ”działacze”, są przeznaczeni do tworzenia dowolnych konfiguracji i najbardziej egzotycznych „sojuszy”, do wykonywania zaskakujących wolt i przepoczwarzeń. Głównie po to, by tumanić ludzi młodych, zapobiegać potencjalnym zagrożeniom, kanalizować emocje i odruchy sprzeciwu.
Gdyby demokracja, wybory, czy działania partii politycznych miały zagrozić władzy beneficjentów, nie byłoby ich w Rosji i w III RP- państwach, w których mit o „śmierci komunizmu” wykorzystano do zbudowania fundamentów kolejnej sukcesji komunistycznej.
    Nie można również utrzymywać, że „następne wybory coś zmienią”, bo taki przypadek nigdy nie miał miejsca w 30-letniej historii tego państwa. Żadna zmiana rządów nie wyrugowała, choćby jednej patologii IIIRP, nie uwolniła tego państwa z ludzi służących okupantowi, nie zniszczyła esbeckich fortun, nie przywróciła poczucia sprawiedliwości, nie doprowadziła do ujawnienia zbrodni i skazania zbrodniarzy.
Podobnie, jak komunizm był kompletną niedorzecznością - nawet w swojej strukturze formalnej, tak jego hybryda, zwana III RP, jest niedorzecznością w obszarze zjawisk politycznych, etycznych, bądź prawnych. Nie da się ich zdefiniować przy pomocy racjonalnej metodologii, bo przedstawiciele tego państwa traktują demokrację, moralność i prawo, w taki sposób, jak złodziej używa wytrychu do otwarcia zamkniętych drzwi, a morderca korzysta z noża do zadźgania ofiary. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie jednak twierdził, że złodziej sięgając po wytrych staje się ślusarzem, a używający noża bandyta, wykonuje zawód kucharza.
    Jeśli dla kogo, 30 lat to za mało, by zrozumieć bezużyteczność mitu demokracji - pora uznać swoje ograniczenie umysłowe i nie narzucać błędu innym.

wtorek, 24 sierpnia 2021

JAKA POLSKA ?

 „Nikogo nie „oskarżam” i nikomu nie „zarzucam”. Że inni, czy wszyscy inni, idą jakąś drogą polityczną, ideową, czy każdą uznaną przez nich za słuszną, to ich rzecz.
Upieram się natomiast, że wolno mi tę ich drogę obserwować i — w warunkach wolności słowa — nawet opisywać.
Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”. Dziś uznana została przez „instynkt narodu” za docelową.
W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu
”.
Nieuchronnie zbliża się czas, w którym wybór musi być dokonany. Nie z przymusu, ani groźby upadku, nie dla zysku lub makiawelicznych planów.
Musi być dokonany, by nie spadły na nas słowa Józefa Mackiewicza.
Ten, który „drogę wielkiego ześlizgu” przemierzył skalą nudis verbis, wiedział, jak kończy się „stwierdzenie faktu”.
„Nie ja wygrałem.
Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Ja przegrałem z kretesem.
Więc proszę o pobłażanie”.

Przed pięcioma laty pisałem, że to wyznanie Mackiewicza, uczynione u kresu życia wielkiego pisarza, jest wyrazem geniuszu i politycznej wizji.
Darów, które ciężarem logiki mackiewiczowskiej, zawsze skazują na wykluczenie i samotność.
Jednocześnie - to słowa tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył.
        Nieuchronny jest więc wybór – między tym, co „instynkt narodu” uczynił dziś drogą powszechną, prowadząc moich rodaków na manowce III RP, ku obcej krainie „donikąd” - i tym, co w naszych marzeniach, w niepoprawnie śmiałych planach, wytycza drogę długiego marszu i wiedzie do Niepodległej.
Trzeba się zdecydować - „gdzie kończy się wmówienie a zaczyna związek realny czy wskutek przeżyć historycznych nie staliśmy się psychicznie skrzywieni i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych”.
Trzeba wybrać – czy dalej „obserwować”, „opisywać” i obdarzać uwagą zwodnicze „realia”, w jakie wpychają nas mali demiurdzy, w służbie tego państwa, czy może – odrzucić to nędzne simulacrum i skierować myśl na projekt godny Polaków.
Nie sposób pominąć słów Mackiewicza, nie wolno ich lekceważyć ani odsyłać w otchłań historii.
Głupcami są ludzie, którym dziś wydaje się oderwane od przeszłości i narodowych doświadczeń.
Głupcami są ci, którzy słów autora „Nudis verbis” nie odczytują jako współczesnej przestrogi.

    „Jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent ?” – pytał Mackiewicz w roku 1947.
Skoro dziś – w całej przestrzeni publicznej tego państwa, nikt nie odważy się postawić takiego pytania, czy wolno twierdzić, że uwolniliśmy się z ówczesnych ograniczeń?
Mackiewicz – pisarz przeklęty geniuszem, musiał przekopać powojenną rzeczywistość do fundamentów, a nie znajdując nigdzie ratunku przed tymi, którzy „organizują instynkt narodu”, uznać swoją porażkę.
My nie musimy.
Nie dlatego, by z sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP miała wyrosnąć Wolna i Niepodległa, ale z uwagi na przestrogę pozostawioną przez Mackiewicza.
Dzięki niemu wiemy, że „obserwacja” i „opis” – zawsze kończy się porażką, a „zarzuty” i „oskarżenia” - choćby najcelniejsze i trafiające w głąb przegniłych fundamentów, doprowadzą do wyznania – „nie ja wygrałem”.

        Wiem, że wielu z Państwa odczuwa odrazę do rzeczywistości skleconej przez „wybrańców narodu”, że mierzi stan tego państwa, przeraża ogrom nieprawości i niebotyczne zakłamanie politycznych decydentów.
Kilka lat temu napisałem, że fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Jako autor setek tekstów z lat 2007-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę dziś napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, takiej pogardy dla polskich aspiracji - nie widziałem nawet w tamtych, ponurych latach.
Bo choć były one naznaczone zbrodnią smoleńską, choć odsłoniły najgłębsze pokłady upodlenia  tzw.”elit” tego państwa, ich postępki, ich słowa pełne nienawiści, nie dotykały tak boleśnie.
Jak nie dotyka to, co pochodzi od Obcych.
Tych zaś, którzy dziś rządzą – jakiż w tym absurd i ciężar goryczy – czy nie chcieliśmy nazywać „naszymi” i widzieć w nich rzeczników polskich interesów?
Ilu z tych, którzy czytają te słowa pokładało nadzieję w zapowiedziach „dobrej zmiany”, ilu wierzyło, że rządy tak długo wyczekiwane, przyniosą czas prawa i sprawiedliwości?
Powie ktoś – przecież ludzie reżimu PO-PSL prowadzili jeszcze bardziej nędzną i fałszywą politykę, przecież kłamali na potęgę i traktowali naszych rodaków niczym stado idiotów.
Odpowiem: prawda, lecz świadomość – kim byli ci ludzie, była równie naturalna, jak wiedza o objawach śmiertelnej choroby. Byli tymi, za kogo ich uważaliśmy – zbieraniną obcych, twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do wszystkiego co polskie.
Byli tacy, jakich poznaliśmy po Smoleńsku – grupą załganych karłów, ludzi bez czci i odwagi.
Spodziewać się po nich dobra, oczekiwać uczciwości i działań honorowych - byłoby niepodobne.
Od takich, nie oczekiwałem więc niczego.
Poza życzeniem, jakie wyraziłem przed dziesięcioma laty: by zniknęli z mojego kraju na zawsze.
Ich świat - świat Obcych, dawno stał się rozpoznawalny i tylko ludzie bez daru rozróżnienia dobra od zła, mogli go nie dostrzec.
Dziś, gdy jedni i drudzy są równie Obcymi, nie zasługują nawet na pogardę.

sobota, 19 grudnia 2020

„W TYCH SŁOWACH JEST PEŁNIA WOLNOŚCI”

 
Nikogo nie „oskarżam” i nikomu nie „zarzucam”. Że inni, czy wszyscy inni, idą jakąś drogą polityczną, ideową, czy każdą uznaną przez nich za słuszną, to ich rzecz.
Upieram się natomiast, że wolno mi tę ich drogę obserwować i — w warunkach wolności słowa — nawet opisywać.
Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”. Dziś uznana została przez „instynkt narodu” za docelową.
W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu”.
Nieuchronnie zbliża się czas, w którym wybór musi być dokonany. Nie z przymusu, ani groźby choroby, nie dla zysku lub makiawelicznych planów.
Musi być dokonany, by nie spadły na nas słowa Józefa Mackiewicza.
Ten, którydrogę wielkiego ześlizgu” przemierzył skalą nudis verbis, wiedział, jak kończy się „stwierdzenie faktu”.
Nie ja wygrałem.
Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Ja przegrałem z kretesem.
Więc proszę o pobłażanie”.
Przed pięcioma laty pisałem, że to wyznanie Mackiewicza, uczynione u kresu życia wielkiego pisarza, jest wyrazem geniuszu i politycznej wizji
Darów, które ciężarem logiki mackiewiczowskiej, zawsze skazują na wykluczenie i samotność.
Jednocześnie - to słowa tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył.
        Nieuchronny jest więc wybór – między tym, co „instynkt narodu” uczynił drogą powszechną, prowadząc moich rodaków na manowce III RP, ku obcej krainie „donikąd” - i tym, co w naszych marzeniach, w niepoprawnie śmiałych planach, wytycza drogę długiego marszu i wiedzie do Niepodległej.
Trzeba się zdecydować - „gdzie kończy się wmówienie a zaczyna związek realny czy wskutek przeżyć historycznych nie staliśmy się psychicznie skrzywieni i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych”.
Trzeba wybrać – czy dalej „obserwować”, „opisywać” i obdarzać uwagą zwodnicze „realia”, w jakie wpychają nas zniewoleni demiurdzy w służbie tego państwa, czy może – odrzucić to nędzne simulacrum i skierować myśl na projekt godny Polaków.
Nie sposób pominąć słów Mackiewicza, nie wolno ich lekceważyć ani odsyłać w otchłań historii.
Głupcami są ludzie, którym dziś wydaje się oderwane od przeszłości i narodowych doświadczeń.
Głupcami są ci, którzy słów autora „Nudis verbis” nie odczytują jako współczesnej przestrogi.
Jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent ?” – pytał Mackiewicz w roku 1947.
Jeśli dziś nikt nie odważy się postawić takiego pytania, czy wolno twierdzić, że uwolniliśmy się z ówczesnych ograniczeń?
Mackiewicz – pisarz przeklęty geniuszem, musiał przekopać powojenną rzeczywistość do fundamentów, a nie znajdując nigdzie ratunku przed tymi, którzy „organizują instynkt narodu”, uznać swoją porażkę.
My nie musimy.
Nie dlatego, by z sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP miała wyrosnąć Wolna i Niepodległa, ale z uwagi na przestrogę pozostawioną przez Mackiewicza.
Dzięki niemu wiemy, że „obserwacja” i „opis” - kończy się porażką, a „zarzuty” i „oskarżenia” - choćby najcelniejsze i trafiające w głąb przegniłych fundamentów, doprowadzą do wyznania – „nie ja wygrałem”.

        Wiem, że wielu z Państwa odczuwa odrazę do rzeczywistości skleconej przez „wybrańców narodu”, że mierzi i razi stan tego państwa, przeraża ogrom nieprawości i niebotyczne zakłamanie politycznych decydentów.
Ta reakcja – jakże naturalna dla ludzi uczciwych, daje pewność, że nadszedł czas, w którym trzeba dokonać wyboru.
Być może tym, którzy od lat przemierzają drogę długiego marszu, wybór wydaje się łatwy. Może świadomość – czym jest to państwo, jak i dla kogo je stworzono, jakie są jego „elity”, interesy i zakres suwerenności, niesie dostateczną wiedzę, by dokonać wyboru właściwego.
Zawsze jednak pojawi się pytanie – co dalej?
Wejść do „wieży z kości słoniowej” i wybrać wzniosłe milczenie? Oskarżać i piętnować, obnosić szlachetną pogardę, odwrócić się plecami? Śledzić sprawy tego państwa – by wprawiać się w goryczy, obserwować jego „elity” - by poznać ogrom nędzy?
Nie sądzę, by na tym polegał wybór i jeśli tak miałaby wyglądać droga długiego marszu, lepiej nam pozostać z milionami „sytych i umarłych”.
Zawsze twierdziłem, że długi marsz jest drogą dla ludzi odważnych. Tych zaś nie zadowala „szat rozrywanie” i najwznioślejsza krytyka. Nie wybierają „wewnętrznej imigracji” i nie poddają myśli dyktaturze miernot.
Dlatego w pytaniu – co dalej - ujawniają się dziesiątki wyzwań: jak obalić bękarta, udającego państwo polskie, gdzie droga do niepodległości, na czym budować silną państwowość, jaki ustrój,organizacja i sojusze, czym racja stanu, czym polskość i naród, jakiej Polski chcemy, na jaką się odważymy?
Wybór – to próba odpowiedzi na takie pytania, to obowiązek ich podjęcia.
        Nie wystarczy wiedzieć, co za sobą zostawiamy i co odrzuciliśmy na ścieżce donikąd. Tyle wiedział Mackiewicz, gdy ta wiedza pozwoliła mu wyznać - „Nie ja wygrałem. Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Dlatego wybór, musi przekraczać granicę dzisiejszej niby-państwowości, a przekraczając je, budować wizję nowej, wolnej Polski.
Wiedza – czego chcemy, do czego zmierzamy, jest odpowiedzią ludzi wolnych i niezależnych, jest antidotum na dzisiejsze zniechęcenie, na poczucie beznadziei i apatii.
Przez trzydzieści lat sukcesji komunistycznej, pseudo-elity tego państwa nie wypracowały żadnej wizji Niepodległej, nie wytyczyły drogi do obalenia magdalenkowego porządku i zerwania więzów łączących nas z komunizmem. Ludzie, którzy nadali sobie nienależne miano „autorytetów” i „przywódców narodu”, okazali się niezdolni do „myślenia po polsku, do wyjścia poza tchórzliwe dogmaty. Oparcie owych „elit” na systemie partyjnym, uzależnienie od profitów i politycznych synekur sprawia, że niezależność i autonomia intelektualna, są atrybutami nieznanymi w III RP. Tu nie pojawi się świeża myśl, nie zaistnieje śmiały „pomysł na Polskę”, nie powstanie projekt burzenia starych fundamentów.
Nie znalazł się żaden polityk, który rozstanie z mitami „demokracji” i „georealizmu”, uznałby za wymóg polskiej racji stanu. Nie ma też – i być nie może, ani jednej partii, która podważałyby przymus ustrojowy, zapisany w konstytucji tego państwa.
Nie znajdziemy tu również środowisk, dla których punktem wyjścia refleksji politycznej, byłby pogląd, że linia dzisiejszych podziałów, nie wynika z urojonej „wojny polsko-polskiej”,lecz jest konsekwencją półwiecza okupacji rosyjskiej, efektem zdrady magdalenkowej i budowania sztucznej wspólnoty My-Oni.
W miejsce odważnych wniosków dominuje zabobon, jakoby Polacy odzyskali pełnię wolność i na jej fundamentach budują dziś państwo prawa i demokracji. Ten irracjonalny pogląd, sprzeczny z elementarnym doświadczeniem i wiedzą o stanie państwa, spycha nas w pułapkę „georealizmu”, wywołuje dysonans poznawczy i przesądza o klęsce.
        Kto poważnie traktuje sprawy polskie, komu nieobca przyszłość naszej Ojczyzny, nie może godzić się z tym ograniczeniem. Nie wolno też poprzestawać na „obserwacji” i „opisywaniukomunistycznej anomalii.
Droga długiego marszu musi przynieść odpowiedź na pytania podstawowe – jaka Polska i jak ją zbudować?
Do tego wyzwania nie trzeba nam mediów, partyjnych gazet i ekranów telewizji. Nie trzeba polemik z Obcymi i zawierania zabójczych „kompromisów”. Nie trzeba akcesu do pseudo-elity, ani pochwały fałszywych proroków.
Potrzebna jest pewności, że wszystko zależy od nas. Od naszej reakcji na zakłamanie i łajdactwo, od odrzucenia rzeczy łatwych i sprzeciwu wobec zła. Od codziennych, prozaicznych czynności, z których powstaje polska teraźniejszość i od myśli, które zbudują przyszłość.
Niech głupcy uznają to za utopię, tchórze zaś - za szaleństwo. Niech ludzie zaczadzeni partyjną retoryką, wzruszają ramionami.
To bez znaczenia.
Trzeba śnić cierpliwie w nadziei że treść się dopełni że brakujące słowa wejdą w kalekie zdania i pewność na którą czekamy zarzuci kotwicę”.

Nie znajdziemy lepszego czasu dla dokonania wyboru.
Wiele lat temu, mój Mistrz i Przyjaciel, zadał pytanie: „czy wiesz, co znaczy - Bóg się narodził? Czy rozumiesz wagę tych trzech słów?
Bo – jeśli On się narodził, jeśli stał się człowiekiem, nie ma już rzeczy niemożliwych, celów nieosiągalnych. Nie ma granic ani wizji, których nie sposób przekroczyć. W tych słowach jest pełnia wolności”.

Ten tekst, jest życzeniem świątecznym, życzeniem dla Państwa – Czytelników bezdekretu.
Darem jedynym, jaki mogę ofiarować, złożonym ze słów, w które głęboko wierzę.
Życzę Państwu - byście dokonali wyboru, a dokonawszy go, odnaleźli radość i nadzieję.
Życzę zuchwałych marzeń i sięgania po najdalsze cele. Tylko takie godne są walki.
Życzę odwagi – w słowach, myślach i czynach. Odwagi nieposkromionej, bo ona przystoi ludziom wolnym.
Życzę Państwu - byśmy za rok spotkali się w naszej blogowej wspólnocie - w łasce zdrowia i wolności ducha.
Życzę, wreszcie, by pytanie – jaka Polska, stało się najważniejsze. By przekreśliło sprawy tego państwa i „dylematyz teatru cieni.
Mam pewność, że te życzenia mogą się spełnić, że są w zasięgu ręki, w kręgu naszych możliwości. Mam pewność, że nikt i nic nie zagrodzi drogi długiego marszu.
Mam pewność, bo Bóg się narodził.

***

Tym, którzy chcieliby rozwikłać słowa znaczone kursywą, polecam lekturę: Józefa Mackiewicza-Na drodze wielkiego ześlizgui Zbigniewa Herberta -”Zasypiamy na słowach…”, „Rozważania o problemie narodu”.

niedziela, 18 października 2020

PATRON NIEPODLEGŁEJ

Ksiądz Jerzy mówił językiem prostym i twardym. Zadziwiająco twardym, jak na człowieka o wątłych siłach fizycznych. Wtedy nie wiedziałem, skąd wypływa ta twardość i gdzie leży źródło siły.
Dziś wiem.
Wiem też, że chcąc doświadczyć darów Jego świętości, nie wolno łagodzić słów Księdza Jerzego, nie wolno ich rozmiękczać.
Dlatego ten tekst będzie prosty i twardy, bez „światłocienia”, które jest mową oszustów.
        Biada społeczeństwu, którego obywatele nie rządzą się męstwem!” – wołał Ksiądz Jerzy w homilii wygłoszonej 8 października 1984 r. w kościele OO. Kapucynów w Bytomiu i cytując dalej słowa prymasa Wyszyńskiego, przestrzegał:
Przestają być wtedy obywatelami, stają się zwykłymi niewolnikami.
Jeżeli obywatel rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem i wyrządza największą krzywdę sobie, swej ludzkiej osobowości, rodzinie, grupie zawodowej, narodowi, państwu, Kościołowi; chociaż byłby łatwo pozyskany dla lęku i bojaźni, dla chleba i względów ubocznych…”.
To twarde „biada”, jest skierowane do każdego z nas – bez wyjątku.
Bo brak męstwa – kardynalnej cnoty ludzi wolnych sprawił, że zgraja tchórzy i hipokrytów, ponownie będzie pławić się w zakłamaniu i pozować na „czcicieli” świętego Jerzego.
Duda i Kaczyński, Ziobro i Święczkowski, setki partyjnych wyrobników, którzy od pięciu lat boją się dotknąć środowiska wojskowej bezpieki i – w imię własnych interesów - nie uczynili nic, by zbrodnia założycielska została wyjaśniona.
Kardynałowie i biskupi, jednający nas przed laty z kremlowskim ludobójcą, którzy do dziś nie wykonali testamentu Jana Pawła II i w miejsce prawdy o genezie tego państwa, wybrali kłamstwo i pakt z bandytami.
Dziesiątki propagandystów i pomniejszych pismaków, pozujących na prawicowych „demiurgów”, którym koniunkturalizm i podległość wobec rządzących, nakazywały nazywać „bez sensu” wezwania kierowane do lokatora Pałacu lub ukrywać bezczynność tej władzy w sprawie mordu założycielskiego.
„Biada” jest skierowane do każdego z nas, bo każdy – bez wyjątku, ponosi odpowiedzialność za rządy takich postaci i stan tego państwa. To nasz deficyt męstwa sprawia, że ci ludzie mogą dziś stroić się w szaty patriotów i w czas gehenny Księdza Jerzego wycierać gęby Jego imieniem.

        Od 36 lat, w oparciu o komunistyczną farsę, zwaną „procesem toruńskim”, wmawia się nam, że winni tej zbrodni ponieśli już karę. Przy udziale kapusiów, pseudo - historyków i rozmaitych kanalii, stworzono powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie czterech esbeków, by na tym fundamencie oprzeć koncepcję „historycznego kompromisu” katów ze zdrajcami i ustanowić komunistyczną hybrydę, pod nazwą III RP.
Od tego czasu, wszystkie środowiska uczestniczące w zmowie milczenia przyjęły na siebie ciężar zakładników zbrodni i wzięły odpowiedzialność za ukrywanie prawdziwych sprawców i mocodawców. Depozyt ten, do dziś daje gwarancję bezkarności oprawcom z wojskowej bezpieki, chroniąc ich wysoko postawionych wspólników i stanowiąc „aksjologiczne spoiwo”, łączące bandytów, ludzi polityki, Kościoła i mediów.
To główny powód, dla którego żaden z rządów III RP nie odważył się podjąć obowiązku przecięcia zbrodniczych układów. Andrzeja Witkowskiego - jedynego prokuratora, który był gotów wyjaśnić okoliczności zabójstwa Księdza Jerzego, odesłano „w stan spoczynku”- z nakazu dzisiejszych decydentów.
Gdyby nie istniały dziesiątki innych przesłanek, ta jedna – odrzucenie prokuratora,który miał odwagę stawiać zarzuty Kiszczakowi i chciał objąć oskarżeniem pomniejszym bandytów z wojskowej bezpieki, stanowi dostateczny dowód intencji obecnej władzy i jej relacji z zakładnikami zbrodni założycielskiej.
Rząd, który nie wykazuje woli zmierzenia się z tajemnicą zabójstwa świętego Jerzego, nie znajdzie też sił do wyjaśnienia zbrodni smoleńskiej. Te sprawy łączy głęboka, nierozerwalna więź. Doświadczenie tragedii smoleńskiej stanowi bowiem kontynuację tamtego kłamstwa i tamtej wizji świata, które skazały na śmierć Księdza Jerzego.
Jak wówczas, tak i dziś, ta sama, antypolska nienawiść wyznaczyła drogę - do tamy we Włocławku i do smoleńskiej pułapki.
Kto lęka się naruszyć zbrodnicze układy sprzed trzech dekad, jakże mógłby osądzić dzisiejszych zdrajców i bandytów?
Święty Jerzy nie zginął po to, by na „historycznym kompromisie” zbudowano kolejną hybrydę komunizmu.
Nie po to zginęło 96 Polaków, by na ofierze ich śmierci tworzono „porozumienie” Polaków z Obcymi i „pudrowano” truchło III RP.
Zaniechanie w sprawie zbrodni założycielskiej kładzie się głębokim cieniem na intencjach obecnej władzy i nie da się go usprawiedliwić pokrętną sofistyką.
Czy się to komu podoba czy nie - od czasu objęcia rządów przez partię Kaczyńskiego, całe odium za ukrywanie prawdy o zabójstwie Księdza Jerzego, za tysiące matactw i niegodziwości związanych z tą sprawą, za śmierć licznych świadków i szatański pakt zawarty nad grobem Kapłana, spada na polityków PiS i tych, którzy wtórują ich zaprzaństwu.

środa, 5 sierpnia 2020

NIE BYŁO „CUDU NAD WISŁĄ”

Endecki publicysta Stanisław Stroński, który w przeddzień bitwy z bolszewikami skojarzył ją z francuskim „cudem nad Marną”, nawet nie marzył, że określenie to przetrwa dziesięciolecia i zrobi oszałamiającą karierę.
Ten zadeklarowany przeciwnik Józefa Piłsudskiego wolał dopatrywać się ingerencji sił nadprzyrodzonych, niż uznać, że o zwycięstwie nad sowiecką zarazą zdecydował geniusz Marszałka i odwaga jego żołnierzy.
Słowa o „cudzie nad Wisłą” zostały natychmiast podchwycone przez publicystów endeckich i hierarchów Kościoła. Ci ostatni, nie ukrywając niechęci do Piłsudskiego, nadali zwrotowi treści religijne i połączyli dzień bitwy ze Świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polski.
Ten prosty zabieg propagandowy miał służyć umniejszeniu roli Naczelnego Wodza i utrwalić przekonanie, że nie wysiłek i bohaterstwo żołnierzy, lecz nadzwyczajny przypadek - cud  rozstrzygnął losy wojny z bolszewikami.
Większość z tych, którzy sięgają dziś po określenie „cud nad Wisłą”, zapewne nie zna politycznych konotacji związanych z tym zwrotem i nie obchodzą ich konflikty sprzed kilkudziesięciu lat.
Zakładam, że jeśli nawet traktują te słowa literalnie, to nie z intencją lukrowania historii lub odbierania zasług polskiemu żołnierzowi.
Wiem też, że próba zwalczania takiej maniery, byłaby bezcelowa, bo określenie to (niestety) na stałe weszło do naszego słownika i jest używane nawet przez tych, którzy deklarują się piewcami Marszałka.
Weszło zaś tym łatwiej, że o ile z zadziwiającą prostotą dostrzegamy rękę Bożej Opatrzności i skłonni jesteśmy przypisać Jej opiekę nad polską historią, o tyle trudniej przychodzi nam zrozumieć, że za narodowe zwycięstwa trzeba wpierw zapłacić – czasem cenę najwyższą.
Akceptacja dla „cudu” wydaje się o wiele łatwiejsza od świadomości ponoszenia ofiar, wyrzeczeń i ciężkiej pracy. „Cud” rozgrzesza zwykłe zaniechania, tłumaczy brak odwagi i usprawiedliwia tchórzostwo.
                 Nie jesteśmy dziś społeczeństwem zdolnym do „długiego marszu”. Tym bardziej - do buntu i stawienia czoła wrogowi.
Po 30 latach istnienia sukcesji komunistycznej, nikt nie zaakceptuje prawdy, że hybrydy komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji, lecz anektują jej fasadę, by ukryć własne draństwa.
Nikt też nie próbuje zrozumieć, że niepodległość można odzyskać tylko w taki sposób, jak została utracona. Nie za cenę partyjnego kuglarstwa i pseudo-demokratycznego bełkotu, lecz poprzez twardą, bezwzględną wojnę, w której nie ma miejsca na żaden kompromis. 

                  Gdy za kilka dni, rzesze „papierowych żołnierzyków” będą roztkliwiały się nad „cudem nad Wisłą”, nie usłyszymy od nich o cenie prawdziwej wolności. Tej, zdobytej walką i krwią, nie zaś okupionej setkami „kompromisów” i litrami wypitej wódki.
Zwycięstwo nad bolszewicką nawałą lepiej zatem kojarzyć z bogoojczyźnianym nastrojem i rozpamiętywaniem minionej chwały, niż dostrzec w nim wyzwanie, któremu nie potrafilibyśmy sprostać.
Bo jeśli nie Boża interwencja, lecz mądrość dowódców, odwaga żołnierzy i narodowa danina krwi zdecydowały o wyniku Bitwy Warszawskiej – jak zmierzyć taką miarą nasz dzisiejszy potencjał i nasze oczekiwania?
Jak wytłumaczyć, że Niepodległa wymagała wielkiej, narodowej ofiary, podczas gdy III RP powstała mocą pustych słów, zbójeckich paktów i zdrady?
               Dialektyka „cudu nad Wisłą” jest dziś narzędziem pomocnym władcom III RP. Nie tylko dlatego,że doskonale wpisuje się w intencję fałszowania historii i umniejszania dzieła Józefa Piłsudskiego - odziedziczoną po PRL-u, ale z uwagi na jej przydatność w procesie „rozbrajania” Polaków. 
Tam przecież, gdzie „siły nadprzyrodzone” decydują o losach Ojczyzny, gdzie „przypadek” i  „zrządzenie” rozstrzyga o naszych dziejach, nie trzeba poświęceń, woli walki, honoru i odwagi.
Nie trzeba budowania własnej potęgi militarnej i pielęgnowania polskiej tradycji. Nie trzeba polegania tylko na własnych siłach, unikania złudnych sojuszy i fałszywych przyjaciół.
Nie trzeba też wymagać zbyt wiele ani zbyt wiele tłumaczyć.
Wystarczy „wiara” – tak prosta, że pozbawiona rozumu i tak wszczepiona, że wolna od odpowiedzialności.
Komunistyczna sukcesja, budowana na pakcie esbeków i agentury, w którym cenę „nowej państwowości” wyznaczały toasty z szefem bezpieki, nie może umacniać w Polakach wiedzy, że za Niepodległą płaci się  krwią.
Niebezpieczna byłaby to wiedza, jeśli tak dobitnie podważałaby wysiłek samozwańczych „reprezentantów narodu”, zbratanych z okupantem.
Dialektyka „cudu nad Wisła” tym bardziej jest potrzebna, że to państwo – gloryfikując wybory „mniejszego zła”, forsując najnikczemniejsze kompromisy i zabójcze wspólnoty z Obcymi, nie może umacniać prawdy, iż system, zbudowany na przemocy i terrorze, system bezbożnej nienawiści, można obalić tylko siłą i tylko za cenę najwyższej ofiary.
Tej prawdy nie przyjmują nawet ci, którzy w patriotycznym uniesieniu powtarzają - „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy”.

          Proszę, bym został dobrze zrozumiany. Boża ingerencja w losy Polski, opieka Matki Boskiej, to nie alegoria ani wymysł. Nic, co dzieje się w naszym życiu, ale też w życiu narodu, nie jest pozbawione Bożej logiki – czasem tak niewytłumaczalnej, że nazywanej cudem.
Ale 15 sierpnia 1920 roku nie wydarzył się „cud nad Wisłą”. I nie musiał się wydarzyć.
Pan Bóg nie działa w nicości, nie pomaga tym, którzy pomocy nie mogą  przyjąć i nie czyni cudów wbrew prawom  naturalnym.
Victoria Warszawska była dziełem ludzkim, zwycięstwem silnej, zdyscyplinowanej armii, którą w czasie dwóch lat niepodległego bytu państwowego stworzył Marszałek Piłsudski.
Była możliwa, dzięki odwadze polskich żołnierzy, wskutek mądrości dowódców i woli całego społeczeństwa.
Była możliwa, bo w tak krótkim czasie sformowano armię, zbudowano propaństwowe kadry, stworzono elity.
Była możliwa, gdyż nasi ojcowie dokonali dzieła, na które współcześni politycy nigdy się nie zdobędą, a moi rodacy nigdy go nie pragnęli.
W tym dniu, Pan Bóg nie musiał dokonywać cudów.
W porządku naturalnym – Polacy musieli wygrać tą bitwę, Byli lepiej przygotowani, mieli mądrzejszych dowódców, okazali więcej odwagi i „szaleńczej” determinacji.
Ale posiadali też dar i oręż, jakiego przeciwnik nigdy nie posiadł i nigdy nie posiądzie.
Eugeniusz Małaczewski – żołnierz wojny 1920 roku, kawaler Orderu Virtuti Militari, zmarły w wieku 25 lat prozaik i poeta, napisał o tej potężnej broni:
Zali tę zionącą na wszystek świat przepaść zdziczenia i nienawiści, której na imię bolszewizm, my „obrońcy cywilizacji  i chrześcijaństwa”, zdołamy zasypać, jak faszyną, jedynie gruzem polskich ciał, pozbawionych ducha wyższego niż zły duch w przepaści  się miotający?
Czymś  zasadniczo  innym  stać  się  musimy.  Bo  kto  by  chciał  nienawiść,  zło  złem zwalczać a nienawiścią, niech pamięta, że wielką nienawiść zwalczy tylko od niej  większa, zaś zło wielkie może być pożarte jeno przez zło od wielkiego większe  […]
Przeciw ich duszy, okropnej jak ów koń na wzgórzu odarty ze  skóry, musimy wystawić zwyciężające wszystko Boże człowieczeństwo duszy”.

Nie próbuję powiedzieć – czym jest owo „Boże człowieczeństwo duszy”. Bo nie o opis chodzi i nie słowami definiujemy ten dar.
Kilkadziesiąt lat po poruczniku Małaczewskim, żoliborski Kapłan wołał za świętym Pawłem: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.
Małaczewski zmarł na gruźlice, której nabawił się w żołnierskich okopach Grodzieńszczyzny, Archangielska i Małopolski.
Żoliborski Kapłan został zamordowany przez bolszewickich bandytów.
Obaj wygrali - „Bożym człowieczeństwem duszy”, którego żaden przeciwnik nie był w stanie pokonać.
         Jeśli szukamy przyczyn zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej i chcemy dostrzec jej prawdziwy wymiar, nie można pominąć tego szczególnego daru – dziedzictwa płynącego z tysiącletniej historii chrześcijaństwa, z tej „gramatyki prawa moralnego”, o której nauczał Jan Paweł II.
Z niej wynikała wola polskiego społeczeństwa, siła żołnierza i wiara w zwycięstwo. Na niej budowano podwaliny Niepodległej, formowano młode pokolenia, uczono dzieci.
Wartość tego daru ujawnia się w dniu zderzenia z „przepaścią zdziczenia i nienawiści”, w zetknięciu z barbarzyństwem tak wielkim, że pozbawionym wszelkich cech człowieczeństwa.

           Nie sądzę, by piewcy dialektyki „cudu nad Wisłą” chcieli budować przyszłość mojego kraju na „Bożym człowieczeństwie duszy”. Jeśli nawet mają gęby pełne bogoojczyźnianych frazesów, jeśli mieszają się z purpuratami i chętnie manifestują swoją „pobożność” - zdradza ich państwo, które stworzyli.
Państwo wyrosłe na fundamencie bolszewickiej nienawiści, od trzech dekad zniewolone hegemonią Obcych, skażone nierozliczonymi zbrodniami i nędzą nieprzebranych kłamstw. 
Jest coś upiornego w świętowaniu rocznicy Bitwy Warszawskiej przez ludzi III RP.
Nie tylko spadkobierców partii komunistycznej, przemianowanych dziś na SLD,PSL i inne hybrydy, ale przez wszystkich, którzy twór zbudowany na okupacji sowieckiej, uznają za Niepodległą.
W tym państwie – wzorem PRL-u, Polacy i Obcy mają tworzyć fałszywą wspólnotę, a zapominając, czym jest komunizm i kim są jego sukcesorzy - odrzucić dumę z polskości.
To państwo uśmierciło nasze marzenia o Niepodległej, zabiło wolę walki i znieprawiło dusze. Oddane na pastwę miernot, zdrajców i dewiantów, nie ma nic wspólnego z dziełem Niepodległej.
        Dlatego piewcy tego państwa traktują dialektykę „cudu”, niczym broń przeciwko narodowi. Ma nas obezwładnić i uśpić, uczynić bezbronnymi wobec realnych wyzwań.
Emocjonalny pseudo – patriotyzm, zastępuje poczucie obowiązku, „wyborcza kartka” znosi nakaz walki, a „wiara” w Bożą Opatrzność, jest prostackim sposobem na zapomnienie o  wymogu trudów i wyrzeczeń.
Upiorność tego świętowania, wynika ze świadomości, że wraz z fałszem państwowości skażonej okupacją komunistyczną, III RP odziedziczyła strukturę społeczną, opartą na wspólnocie Polaków z Obcymi.
Funkcjonariusze sowieckiego reżimu – esbecy, partyjniacy, sędziowie, stali się „elitą” tego państwa, zaludnili jego instytucje i zawłaszczyli życie publiczne. Zainfekowali je, nie tylko swoją obecnością, ale wprowadzeniem następców – dzieci i wnuków agentury przywiezionej na sowieckich czołgach, potomstwem tych, którzy przybyli z hordami Tuchaczewskiego, spadkobiercami prześladowców i sługusów reżimu oraz niezliczonym mrowiem sukcesorów, złączonych wspólnotą interesu, więzami zawodowymi i towarzyskimi.
Jakże ci ludzie – wyrośli z „przepaści zdziczenia i nienawiści, której na imię bolszewizm”, mogą wspominać zwycięstwo „Bożego człowieczeństwa duszy”?
Jak ich następcy – zgraje dewiantów, gorszycieli i lewackich prymitywów, owładnięte nienawiścią do wszystkiego co polskie, mają tworzyć wspólnotę z potomkami żołnierzy 1920 roku?

         Społeczeństwo, które nie wie - w jakim państwie żyje, kim są jego elity, wrogowie i Obcy, musi pozostać bezbronne i  zniewolone.
Społeczeństwo, w którym zabija się ducha walki, w którym zło pozostaje nienazwane, dobro zaś nie znajduje obrońców, wyzbywa się „Bożego człowieczeństwa duszy” i zatraca narodowe więzy.
Takie społeczeństwo chce dziś budować rząd „patriotycznej prawicy”.
Rząd, który nie tylko nie rozliczył żadnej z komunistycznych zbrodni, zatarł granice dobra i zła i na dekady ukrył prawdę o zamachu smoleńskim, ale tych, którzy te zbrodnie popełnili, ich następców, sukcesorów i akolitów, każe nazywać Polakami i „opozycją” i zapraszać do polskiego stołu. 
        Gdy będziemy wspominali dzień, o którym Eugeniusz Małaczewski pisał, że był „walką na życie i śmierć o pokój dla wszystkich ludów na ziemi”, trzeba zmierzyć się z trudnymi pytaniami.
Jaką Polskę mogą zbudować nam ludzie, dla których każda walka, każda „kanciasta granica”, przymioty męstwa i honoru – są tak niedostępne, że nazywane „cudem”?
Co w nas zostało z daru „Bożego człowieczeństwa duszy”, jeśli bez cienia sprzeciwu przyjmujemy tryumf bolszewickiej nienawiści?
Jaka Polska wyrośnie z tego, co gotowi jesteśmy jej poświęcić?

środa, 24 czerwca 2020

MY CZY ONI? WYBÓR KONIECZNY

Gdy w maju 2010 roku opublikowałem tekst „My i Oni”, nie miałem wielkich nadziei na akceptację takiej dychotomii. Również kolejne teksty, związane z tą tematyką, nie przynosiły pozytywnego przełomu. Nawet dla zagorzałych krytyków ówczesnej rzeczywistości, postulat wytyczenia „kanciastej granicy” i nazwania Obcych po imieniu, wydawał się nierealny, wręcz utopijny.
W komentarzach pod tekstem, można było znaleźć dywagacje o „dwóch Polskach” i potrzebie „wygrania wyborów”, próżno było jednak wypatrywać poparcia dla takiej wizji III RP.
Nie popełnię chyba błędu, jeśli z perspektywy mijającej dekady, dostrzegę ważną i pozytywną zmianę. Sądzę, że coraz więcej naszych rodaków dostrzega konieczność stosowania tej dychotomii i znajduje odwagę nazywania Obcych.
Jeśli nawet wielu popełnia błąd w identyfikacji zagrożeń lub przenosi istotę podziałów na płaszczyznę rzekomych „różnic politycznych”,a nawet etnicznych, sam proces porządkowania świata III RP i odkrywania własnej tożsamości, jest wartością bezsporną.
Świadczy bowiem o przełamywaniu jednego z najgroźniejszych kłamstw komunizmu – mitu o „potrzebie jedności” i prymacie „zgody budującej”, na którym ludzie sowieckiego okupanta i ich sukcesorzy zbudowali karykaturę polskiej państwowości.
Mit „porozumienia ponad podziałami”, zawsze był bronią Obcych, podstępnym orężem okupantów i wrogów polskości. Ta załgana retoryka ujawniała intencję oszukania Polaków, ale też zamysł przymusowej integracji polskości i komunizmu. Stosując ów zabieg, Obcy chcieli wedrzeć się w strukturę polskiego społeczeństwa i zmusić je do stworzenia sztucznej wspólnoty.
Wiedzieli bowiem, że ukazanie różnic dzielących My od Oni i wytyczenie ostrej granicy, byłoby dla nich zabójcze. Stąd obsesyjnym dążeniem komunistów, było tworzenie rozmaitych „frontów jedności narodu”, „rad narodowych” itp. fikcyjnych „wspólnot”, w których czynnikiem integrującym miały stać się hasła niesione na czerwonych sztandarach.
Oni wiedzieli, że pozostawienie ich poza „wspólnotą żyjących”, wyrzucenie za granicę naszej uwagi, pozbawia tych ludzi (niemal )ontologicznej podstawy, skazuje na pustkę i spycha w otchłań zapomnienia. W reakcji obronnej ujawniał się lęk pasożyta, który utracił organizm żywiciela, lęk herbertowskiej „czystej negatywności”, której odmówiono „ontologicznego statusu”.
Bliźniacza obsesja, wsparta kazuistyczną retoryką, towarzyszyła grupie tworzącej III RP i do dziś decyduje o przynależności do grona „właścicieli” tego państwa.
To III RP-wyłoniona z nędzy małych kapusiów i lęku wielkich zbrodniarzy, urzeczywistniała bermanowski postulat „nowej świadomości” i stała się symbolem tragicznej w skutkach asymilacji polskości i komunizmu.
Budowanie tego tworu powierzono wrogom ulokowanym wewnątrz społeczeństwa, ukrytym za parawanem rzekomo wolnych mediów, szermujących hasłami prawa i demokracji, osłoniętych społecznym zaufaniem i przywłaszczonym mianem autorytetów. Prymitywna falsyfikacja języka, tworzenie symulowanych „sporów politycznych”, rewizja polskiej historii, walka z pamięcią, niszczenie kultury i szkolnictwa, propagowanie zachowań antyspołecznych i amoralnych – wyznaczały drugi i znacznie groźniejszy proces dezintegracji. Do dziś dramat polega na tym, że ten wróg działa za aprobatą ogromnej części społeczeństwa, jest uznawany za „swojego”, akceptowany i obdarzany „demokratycznym glejtem”.
Ogromnym zwycięstwem tej komunistycznej strategii, jest głęboko utrwalona obawa przed wprowadzaniem wszelkich "podziałów społecznych". Większość z nas utrzymuje, jakoby rozłamy, różnice i dychotomie, były czymś zasadniczo złym i generowały najpoważniejsze konflikty. W III RP ten dogmat jest uznawany za niepodważalny i głoszony szczególnie przez tych, którzy z nienawiści uczynili broń przeciwko Polakom.
Tkwi w tym pokłosie sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji, która w całym "wolnym świecie" utrwaliła przekonanie, że nie wolność i prawda, lecz pokój i spokój są najwyższą wartością.