Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lipca 2019

PAKT O NIEAGRESJI – O ŚWIETLANEJ PRZYSZŁOŚCI PIS

Nim zechcą Państwo zapoznać się z nowym tekstem, pozwolę sobie na jedną uwagę.
Stali czytelnicy bezdekretu pamiętają zapewne, że w latach 2008-2015 na moim blogu ukazywało się nawet kilkanaście tekstów miesięcznie. O różnym ciężarze i tematyce, zwykle związanej ze sprawami aktualnymi, które zaprzątały naszą uwagę.
Tak pokaźna „produkcja”, skłaniała ludzi marnego intelektu do odkrywczej refleksji, jakoby Ścios był jakimś „bytem zbiorowym”, grupą kilku, kilkunastu osób, które z nadania ówczesnej opozycji prowadziły partyjną robotę w sieci internetowej.
Było wtedy o czym pisać: od afery marszałkowej, stoczniowej i paliwowej poczynając, poprzez postępki Komorowskiego i belwederskich hierarchów, aktywność służb i „sołdokratów” z WSI, po tematykę smoleńską i rozliczne draństwa reżimu. Wiele z ówczesnych spraw zostało ujawnionych tylko na tym blogu, gdy partyjne „wolne media” obchodziły z daleka tematy mogące zaszkodzić wizerunkowi „konstruktywnej opozycji”.
       W ostatnich miesiącach otrzymałem od Państwa pytania, których sens można sprowadzić do konkluzji: dlaczego tak mało tekstów ukazuje się dziś na bezdekretu, czemu nie poruszam spraw bieżących i nie podnoszę tematów, które interesują naszych rodaków?
Prawda – tekstów jest niewiele, czasem tylko jeden miesięcznie. Żadnej w nich „bieżączki” i mało odniesień do rzeczy aktualnych.
Powód? Z prozaicznych kilka: pewnie stetryczenie autora, być może problemy z „bezpiecznym” logowaniem, brak interesujących tematów.
Ale jest też przyczyna głębsza, o której wspomniałem przed rokiem, w tekście „NIE IDZIEMY ZA PARTIĄ ANI POD OBCĄ FLAGĄ. ZMIERZAMY DO POLSKI”:
Fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych. Jako autor setek tekstów z lat 2008-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, nie widziałem nawet w tamtych latach.
Opisywanie obecnych zjawisk lub komentowanie poszczególnych wypowiedzi, postaw i decyzji, nie miałoby najmniejszego sensu. To, co napisałem w tekście „FAŁSZYWA ALTERNATYWA”, jest dostateczną konkluzją.
Z kolei - kierowanie takich opisów do wyznawców i apologetów PiS, tym bardziej byłoby niedorzeczne. Ogromna rzesza wyborców tej partii, nie tylko nie jest zainteresowana sprawami polskimi i w głębokim poważaniu ma przyszłość mojego kraju, ale w rezygnacji z używania rozumu i niewolniczym serwilizmie wobec rządowej propagandy, zeszła poniżej poziomu pogardzanych „lemingów”.
Chcąc więc zachować szacunek do czytelników bloga, ale też uniknąć „syzyfowej”, bezcelowej pracy, niełatwo znaleźć obszar, w którym publicystyka nie byłaby tylko agitacją, a myśl podążała na przekór utartym schematom.
Z jednej strony - istnieje silna pokusa totalnej krytyki zastanej rzeczywistości, z drugiej - nęci postawa bojkotu i „wzniosłego milczenia”.
Obie są mi zasadniczo obce, dlatego w czasach trudnych wyzwań, trzeba obrać drogę unikalną, stawiając sobie i czytelnikom równie wysokie wymagania.”
Powtórzę po raz kolejny: Fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Fałsz, bo karmi się nas setkami trzeciorzędnych tematów, ukrywa rzeczy niewygodne dla władzy, osłania pustkę, słabość i cynizm.
Nędza zaś, bo takich pokładów serwilizmu i zniewolenia – tak w polityce krajowej, jak zagranicznej, nie oglądałem od dziesięcioleci.
Powie ktoś – przecież ludzie reżimu PO-PSL prowadzili jeszcze bardziej nędzną i fałszywą politykę, przecież kłamali na potęgę i traktowali naszych rodaków niczym stado idiotów.
Odpowiem: prawda, ale świadomość – kim są ci ludzie, była rzeczą równie naturalną, jak wiedza o zaraźliwej, śmiertelnej chorobie. Byli tymi, za kogo ich uważaliśmy – zbieraniną obcych,twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do wszystkiego co polskie.

czwartek, 15 marca 2018

USTAWA DEGRADACYJNA – W INTERESIE WSI

Podpisanie przez lokatora Pałacu Prezydenckiego tzw. ustawy degradacyjnej (ustawy z dnia 6 marca 2018 r. o pozbawianiu stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943–1990 swoją postawą sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu), zostanie okrzyknięte „aktem sprawiedliwości dziejowej i wykorzystane przez rządowych propagandystów do umocnienia wizerunku „patriotycznego” partii rządzącej i A. Dudy.
Tym projektem chcemy przywrócić podstawowy porządek moralny. Chcemy nazwać po imieniu zło złem, dobro dobrem, zdradę zdradą, bohaterstwo bohaterstwem” - perorował M. Morawiecki, ogłaszając przyjęcie przez rząd projektu ustawy.
Bardzo długo czekaliśmy na ten akt sprawiedliwości. WRONA Orła nie pokona. Orzeł zwyciężył. Ta ustawa ma wymiar symboliczny. Przywraca normalność i sprawiedliwość” - z emfatycznym zadęciem chwalił obecny szef MON.
Prawda – ta ustawa ma wymiar symboliczny. Symbolizuje ogrom fałszu i cynizm grupy rządzącej. Wskazuje na intencję oszukania Polaków i zastąpienia autentycznej sprawiedliwości jej propagandowym erzacem.
Prawda również, że przywraca normalność. Czyni to w takim zakresie, w jakim ochrona interesów rzeczywistych decydentów III RP, należy do priorytetów każdego rządu.

Pod koniec 2016 roku, powstał pierwszy projekt ustawy degradacyjnej MON. Dotyczył wprowadzenia zmian w ustawie o powszechnym obowiązku obrony i przewidywał degradację "za służbę na rzecz totalitarnego państwa". Projekt wymieniał trzy przypadki:
- popełnienia czynu świadczącego o utracie wymaganych wartości moralnych,
- dokonania czynu uwłaczającego godności posiadanego stopnia wojskowego,
- służby na rzecz totalitarnego państwa w okresie od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 sierpnia 1990 r. w wojskowych instytucjach i formacjach - jednostkach organizacyjnych Ministerstwa Obrony Narodowej.
Gdyby ustawa została przyjęta w takim brzmieniu, dotyczyłaby wszystkich żołnierzy tzw. „ludowego wojska” i obejmowała czyny popełnione w latach 1944-1990.
W tym samym czasie, pojawił się też projekt ustawy dezubekizacyjnej MON, w którym proponowano drastyczne obniżenie wojskowych emerytur i rent inwalidzkich żołnierzom, „którzy pełnili służbę na rzecz totalitarnego państwa w latach 1944-90 oraz rent rodzinnych po tych żołnierzach”.
Komunikat MON głosił, iż „projekt ten dotyczy wyłącznie tych osób, które wysługiwały się komunistycznym wojskowym służbom specjalnym działającym na rzecz umocnienia imperium sowieckiego w Polsce i na świecie”.
W przypadku generałów LWP, emerytury mogły zostać obniżone nawet o 8 tys. zł miesięcznie, zaś objęci ustawą żołnierze niższych stopni i służący na niższych stanowiskach, mogli stracić od 8 tys. do kilkuset zł miesięcznie.
Datowany na 2 grudnia 2016 roku i podpisany przez premier Beatę Szydło projekt ustawy nie został zamieszczony na stronie Rządowego Centrum Legislacji, otrzymał natomiast numer jako druk sejmowy.
O tym, dlaczego projekty MON nie zostały wówczas przyjęte i kto podjął decyzję o ich „zamrożeniu”, mogliśmy dowiedzieć się z wywiadu jaki Jarosław Kaczyński udzielił Onetowi w marcu 2017 roku.
Zapytano prezesa PiS:
Dlaczego zdecydował się pan zatrzymać dezubekizację w wojsku, czyli cięcie świadczeń wojskowym z czasów PRL? Ten projekt Antoniego Macierewicza został wycofany z sejmowych obrad. Nie słychać także o innym projekcie Macierewicza-dotyczącym degradacji komunistycznych oficerów, nawet po śmierci, co mogłoby być wykorzystane do pozbawienia stopni generalskich Jaruzelskiego i Kiszczaka”.
Padła odpowiedz:
- „Nie wycofujemy się. Ale wszystko w swoim czasie”.
Na pytanie - „co to znaczy”, Kaczyński sprecyzował:
- „To znaczy, że zrobimy to w momencie, który uznamy za właściwy”.
Kolejny projekt ustawy degradacyjnej MON powstał w maju 2017 roku i został opublikowany na stronach Rządowego Centrum Legislacji pod nr UD267. W art.1 tego projektu proponowano dokonanie następującej zmiany:
W ustawie z dnia 21 listopada 1967 r. o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej (Dz. U. z 2016 r. poz. 1534 oraz z 2017 r. poz. 60) po art. 78 dodaje się art. 78a w brzmieniu:
Art. 78a. 1. Osoba, która z racji ukończonego wieku lub stanu zdrowia nie podlega obowiązkowi służby wojskowej, oraz żołnierz rezerwy, którzy:
1)byli członkami Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego,
2)pełnili służbę w organach bezpieczeństwa państwa, o których mowa w art. 2 ustawy z dnia 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-1990 oraz treści tych dokumentów (Dz. U. z 2016 r. poz. 1721, 1948, 2260 i 2261)
mogą być pozbawieni stopnia oficerskiego lub podoficerskiego.”
Ustawa proponowała jeden tryb odwoławczy:
Na postanowienie w sprawie pozbawienia stopnia oficerskiego lub podoficerskiego służy odwołanie do wojskowego sądu okręgowego w terminie 30 dni od dnia jego doręczenia stronie. Do postępowania odwoławczego stosuje się odpowiednio przepisy działu IX ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks postępowania karnego (Dz. U. z 2016 r. Poz. 1749).”
Projekt został skierowany do uzgodnień, przy czym na uwagę zasługują opinie zgłoszone wówczas przez szefa BBN P. Solocha. Zdaniem prezydenckiego urzędnika, należałoby określić przesłanki stosowania degradacji, tak „by nie istniała możliwość wybiórczego stosowania omawianej regulacji”. Wątpliwości Solocha wzbudził również tryb odwoławczy.

sobota, 2 grudnia 2017

REKONSTRUKCJA CZY CYROGRAF Z PAŁACEM ?

W roku 2005, prezes PiS pomylił się „tylko” o nominacje Marcinkiewicza i Sikorskiego. Konsekwencje tych błędów mogły wówczas zdecydować o klęsce wielu projektów nowego rządu, w tym, o  zaniechaniu sprawy najważniejszej – likwidacji „długiego ramienia Moskwy”.
Dziewięć lat później, pan Kaczyński popełnił „błąd” bardziej tragiczny w skutkach, rekomendując Andrzeja Dudę na stanowisko głowy państwa. 
Określenie „błąd” musi być ujęte w cudzysłów, ponieważ nie mam żadnej pewności, czy tym razem „komputer” pana Kaczyńskiego nie dokonał wyboru w pełni świadomego, intencjonalnego.
Naprawa personalnych błędów prezesa PiS odbywa się zwykle pod przykryciem tzw. mechanizmów demokracji i jest dokonywana podczas zabiegu zwanego „rekonstrukcją rządu”. 
W lipcu 2006 roku, błędy skorygowano w sposób możliwe najprostszy - przyjmując prośbę o dymisję, złożoną przez samego premiera Marcinkiewicza. Identyczną metodą - poprzez prośbę o dymisję „wyregulowano” też sprawę Sikorskiego. 
Dziś taki zabieg byłby mocno utrudniony, dlatego mitolodzy demokracji muszą wysilić się na  większą inwencję. Tym większą,że sytuacja jest zdecydowanie trudniejsza.
Jeśli po dwóch latach  piętrzenia medialnej zasłony propagandowej, „wybudzenie” Andrzeja Dudy, było zaskoczeniem dla pana Kaczyńskiego, mielibyśmy dowód politycznego infantylizmu prezesa PiS, zaś  naprawa  "błędu" mogłaby okazać się niewykonalna.
Jeśli jednak operacja „wybudzenia” została zaplanowana i stanowi jeden z warunków postawionych przez „akuszerów” nowego rozdania,  reakcja szefa PiS powinna uwzględniać reguły narzucone „zwycięzcom” z roku 2015. Musi też prowadzić do odblokowania tych projektów „dobrej zmiany”, które najmocniej oddziałują na emocje społeczne. Po tym, co wydarzyło się w lipcu br. , dalsze „straty wizerunkowe”, byłyby nazbyt groźne.
Dzięki szybkiej interwencji dyspozycyjnych „wolnych mediów” udało się już uniknąć skojarzenia „zdrady” Andrzeja Dudy z osobą prezesa PiS. O ile wybraniec pana Kaczyńskiego jest dziś nawet (umiarkowanie) krytykowany przez rządowych żurnalistów, o tyle ten, który uszczęśliwił wyborców kandydaturą pana Dudy, bywa nieodmiennie przedstawiany jako polityczny geniusz, największy strateg i jedyna nadzieja Polaków.    
Gdy przed dwoma miesiącami napisałem, że „nie ma żadnych podstaw, by rozdzielać (jak czynią to propagandyści) zachowania prezydenta od intencji pana Kaczyńskiego. To on ponosi całkowitą odpowiedzialność za „wybudzenie” Andrzeja Dudy, za prezydencką frondę i mistyfikację „dobrej zmiany”. Nie ma asymetrii w tych postawach. Jest za to kolejna klęska „złożonej strategii” szefa PiS, który wzorem użytecznych głupców z lat komuny, mógł uwierzyć, że idąc na „kompromis” z bestią, uda się stworzyć lub ocalić dobro” - akapit ten był cytowany jako dowód szalonych „teorii spiskowych”  i  „niepohamowanego krytykanctwa” autora. 
Przyznaję, że rządowe „wolne media” dokonały solidnej roboty propagandowej i skutecznie oddzieliły „zdradę” Andrzeja Dudy od „zdrowego korzenia” Prawa i Sprawiedliwości. Równie wyśmienitym posunięciem, było ogłoszenie (niemal natychmiast po lipcowych wydarzeniach) zamiaru „rekonstrukcji rządu” oraz rozgrywanie tego tematu przez kolejne miesiące.

środa, 7 czerwca 2017

PYTANIE – CO DALEJ? - MUSI BYĆ ZADANE

Tezy „Białej księgi” zespołu parlamentarnego PiS, obalenie przez prof. Biniendę teorii „pancernej brzozy”, ujawnienie roli gen. Benediktowa i zadań moskiewskiego sztabu nadzorującego lot Tu-154, wnioski z opinii fonograficznej krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, informacje po ekshumacjach zwłok Zbigniewa Wassermanna i Anny Walentynowicz.
Każde z tych wydarzeń, mających miejsce w latach 2010-2012, było kamieniem milowym w procesie burzenia smoleńskich fałszerstw. Każde przybliżało nas do prawdy o zamachu smoleńskim i pogłębiało wiedzę o matactwach i zaprzaństwie reżimu PO-PSL.
Każde też - gdyby III RP, choć przez chwilę była państwem prawa, a jej mieszkańcy świadomymi obywatelami, miało moc obalenia rządu-wspólników Putina.
Wówczas, przed pięcioma laty, zadałem na blogu pytania.  Zawisły w próżni, bo, podobnie jak dziś nie było woli, by zmierzyć się z takim wyzwaniem:
Co jeszcze musimy wiedzieć i jak koszmarne poznać tajemnice, by uświadomić sobie ogrom zbydlęcenia osób mieniących się politykami, funkcjonariuszami czy dziennikarzami tego państwa?
Po której odsłonie tych tajemnic pojawi się świadomość, że rządzą nami ludzie odpowiedzialni za śmierć polskiej elity, za bezczeszczenie zwłok polskich obywateli, tysiące kłamstw i niegodziwości?
Co dalej - politycy partii opozycyjnej, brylujący w rządowych mediach i salonach „warszawki”? Czy nadal wierzycie w mechanizmy demokracji i cudowną moc karty do głosowania? Czy pokładacie nadzieję w ponadpartyjnym „rządzie fachowców” i podziałach na złych i dobrych polityków grupy rządzącej? Czy zdobędziecie się na odwagę  powiedzenia Polakom, w jak zniewolonym kraju żyją i z kim naprawdę mają do czynienia?
Co dalej – księża biskupi, ślący podziękowania za „życzliwość i wrażliwość rosyjskiego ludu”, składający homagium lokatorowi Belwederu i  jednający się z agentem zbrodniczego reżimu? Czy Polacy broniący krzyża smoleńskiego nadal będą „fanatyczną sektą” i „ludźmi zadymionymi PiS-em”?
Czy usłyszymy wasz głos potępienia dla nieludzkich praktyk obecnej władzy? Czy staniecie w obronie rodzin ofiar Smoleńska, haniebnie oszukanych i wydanych na pastwę prokuratorskich hien?
Co dalej – zacni panowie publicyści i „nasi” eksperci,  pouczający „lud pisowski” o potrzebie głębokich reform i demokratycznych przemian, dywagujący o zagrożeniach demokracji i wolnych mediach? Czy nadal będziecie podążać za każdą brednią rzuconą przez medialnych terrorystów i drżeć przed ich ocenami?
Kiedy zrezygnujecie z mitologii „wspólnoty narodowej” i zdobędziecie na rzetelne opisanie polskiej rzeczywistości, bez koniunkturalnych światłocieni i środowiskowych uzależnień?
Pytanie - co dalej, musi być zadane. Nim ogrom upodlenia uczyni z nas bezmyślnych niewolników.

Dziś, gdy ekshumacje ofiar Smoleńska ujawniają kolejne dowody barbarzyństwa reżimu Tuska i Komorowskiego i nikt przy zdrowych zmysłach nie może przejść obojętnie wobec zbydlęcenia „elit” III RP,  mogę – tylko wobec siebie, udzielić odpowiedzi na pytania zadane przed pięcioma laty.
Nie ma takiej wiedzy ani takiej świadomości społecznej, które w realiach tego państwa spowodowałyby narodowy wstrząs i doprowadziły do wytyczenia „ostrej granicy” My-Oni.  
Choćby nasi rodacy uzyskali pewność, że rządzili nami zdrajcy i wspólnicy w dziele zabójstwa 96 Polaków, będą wierzyli w mit demokracji i kłamstwo „wojny polsko-polskiej”, zaś Obcym nadadzą szlachetne miano „oppositio”.
Nie będzie żadnego „dalej”, bo politycy PiS, hierarchowie Kościoła i ludzie rządowych „wolnych mediów”, nigdy nie rozstaną się z mitem o demokratycznej III RP i nie powiedzą  Polakom – kim są Obcy. Żaden z nich nie znajdzie dość odwagi, by uwolnić się od przekleństwa politycznej poprawności i postawić Obcych poza narodową wspólnotą.
Owszem - dalej będą epatować emocjonalnym pseudo-patriotyzmem, „mobilizować” wyborców ogromem smoleńskiego bezprawia i dbać, by nastroje elektoratu nie wykraczały poza normę „walki o demokrację III RP”.

poniedziałek, 1 maja 2017

WIĘCEJ I MNIEJ. WBREW RADOM NIEPRZYJACIÓŁ

Lista błędów i zaniechań prezydenta Dudy w kwestiach związanych ze sprawami bezpieczeństwa narodowego jest równie długa, jak rejestr werbalnych deklaracji, w których kandydat, a następnie prezydent III RP zapowiadał swoje zaangażowanie w ten obszar. Ponieważ wyborcom partii rządzącej odmawia się prawa do formułowania ocen i postulatów pod adresem pana prezydenta oraz wyłącza jego działania spod rzeczowej krytyki, wizerunek Andrzeja Dudy jest w tym zakresie obarczony potężną dawką demagogii, niewiedzy i fałszu.
Już jedna z pierwszych nominacji – wyznaczenie szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego historyka, „specjalisty” od obrony cywilnej i pożarnictwa, anonsowała stopień zaangażowania prezydenta w sprawy bezpieczeństwa. Nominacja ta, zapowiadana wcześniej przez „Gazetę Wyborczą” i życzliwie przyjęta przez gen. Kozieja („to dobra wiadomość”) mogła sugerować, że pan prezydent nie ma zamiaru dokonywać radykalnych zmian w zrujnowanym przez poprzednika systemie bezpieczeństwa narodowego i nie przykłada szczególnej wagi do kwestii obronności.
Ujawniony już wówczas dysonans - między deklaracją, a działaniem, słowem, a decyzją, stał się nieodłącznym elementem prezydentury Andrzeja Dudy. W jednym z pierwszych wywiadów, udzielonych przez prezydenta „Nowoczesnej Armii”, padło pytanie:
W swoim programie wyborczym szeroko pojęte bezpieczeństwo uczynił Pan Prezydent jednym z czterech głównych zagadnień. Dotyczy to również kwestii sił zbrojnych i bezpieczeństwa zewnętrznego. Czy zamierza Pan być aktywny na tym polu bardziej niż poprzednicy?”
Odpowiedź prezydenta była mocnym dowodem prymatu demagogii nad faktami:
- „Zamierzam być bardziej efektywny niż mój poprzednik” – odpowiedział Andrzeja Duda. „Kwestie związane z bezpieczeństwem państwa, w tym obronności, traktuję jako jedną z głównych kompetencji i zadań prezydenta.”
Gdy zapytano – „Jedną z pierwszych Pana decyzji była decyzja o przeprowadzeniu audytu w Kancelarii Prezydenta. Czy podjęcie podobnego kroku przewiduje Pan Prezydent w odniesieniu do szeroko pojętej sfery obronności państwa?” - padła obietnica, której Andrzej Duda i szef jego Biura Bezpieczeństwa Narodowego nigdy nie spełnili:
W związku z prerogatywami Prezydenta RP dotyczącymi bezpieczeństwa niewątpliwie potrzebne jest dokonanie bilansu otwarcia. Mam tu na myśli chociażby szereg działań pozwalających mi zapoznać się ze stanem obronności państwa. Jednym z nich jest analiza realizacji zapisów najważniejszych dokumentów strategicznych, takich jak Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP, Polityczno-Strategiczna Dyrektywa Obronna czy też wydanych niedawno głównych kierunków rozwoju Sił Zbrojnych RP.”
W sierpniu 2015 roku, Paweł Soloch oświadczył, że prezydent postawił przed nim pierwsze zadanie - „sporządzenia audytu bezpieczeństwa narodowego”. Szef BBN zapowiadał także „zmiany w strukturze i organizacji biura, wynikające m.in. z faktu, że pan prezydent ma swoją wizję działań w obszarze bezpieczeństwa i jest bardzo wyczulony na kwestie doceniania poświęcenia i ofiarności żołnierzy podczas różnych misji wykonywanych na rzecz Rzeczypospolitej.”
Żadna z tych obietnic nie została spełniona.
Nigdy nie było „bilansu otwarcia”, nie sporządzono audytu bezpieczeństwa państwa, zaś w samym BBN zakonserwowano (również personalny) stan posiadania, odziedziczony po poprzedniku. Widniejąca na stronie BBN i obowiązująca Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP została sporządzona w roku 2014 i jest wynikiem tzw. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), zarządzonego w roku 2010 przez byłego lokatora Belwederu. Koncepcje powstałe w ramach SPBN (nad którym m.in. pracowali tacy „eksperci” jak Andrzej Karkoszka, Krzysztof Janik, Adam Rotfeld, Dariusz Rosati, Marek Siwiec czy Zdzisław Lachowski) mimo rażącej ogólnikowości i pseudonaukowego żargonu, zawierały fundamentalną myśl: współpraca z państwem Putina ma być gwarantem naszego bezpieczeństwa i stabilności. Była to teza kompromitująca - nie tylko w wymiarze politycznym i militarnym, ale naukowym i kompetencyjnym.
Stopień zaangażowania prezydenta Dudy w sprawy bezpieczeństwa doskonale obrazuje rejestr inicjatyw ustawodawczych. W okresie dwóch lat, pan prezydent zgłosił zaledwie osiem tego rodzaju inicjatyw, wśród których próżno szukać jakiejkolwiek poświęconej tematyce bezpieczeństwa.
Znajdziemy tam: projekt ustawy ws. wieku emerytalnego i kwoty wolnej od podatku, projekt nowelizacji ustawy 500+, propozycję ustawy z zakresu oświaty polonijnej i noweli ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, projekt „ustawy frankowej”, projekt zmiany kodeksu karnego w zakresie praw dziecka oraz ustawę o Narodowych Obchodach Setnej Rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości.
Oznacza to, że przez blisko połowę kadencji, pan prezydent nie okazywał zainteresowania sprawami bezpieczeństwem obywateli i żadna z jego inicjatyw ustawodawczych nie dotyczyła obszaru wojska, modernizacji sił zbrojnych, reformy służb specjalnych czy koncepcji bezpieczeństwa narodowego.

środa, 19 kwietnia 2017

ESBECKI GAMBIT CZY MAT MACIEREWICZA ?

Od początku lat 90. konstrukcja ataków na Antoniego Macierewicza opierała się na tym samym modelu: epatowaniu prymitywnym kłamstwem i dezinformacją oraz odwoływaniu do negatywnych skojarzeń i odczuć, wśród których strach, zawiść i irracjonalna niechęć odgrywają rolę wiodących ekscytacji. Wielu naszym rodakom - ludziom słabym i zależnym od projekcji ośrodków propagandy z łatwością wmówiono, że polityk skuteczny, mający trwałe zasady moralne i solidny fundament ocen rzeczywistości, musi należeć do osób „kontrowersyjnych i ekstrawaganckich”.
Operacja „esbeckiego gambitu”, której celem jest pozbawienie stanowiska ministra obrony narodowej, nie odróżnia się od poprzednich kombinacji, w których sięgano po dowolne łgarstwa, manipulacje i intrygi. Jeśli nawet nie miały one żadnego związku z faktami i prowadziły na bezdroża rozumu – tym gorzej dla faktów i logiki. Efekt nie jest bowiem zależny od miary intelektu lub normy sumienia, ale od możliwości dotarcia do odbiorcy i zmuszenia go do obcowania z zatrutym źródłem. Odbiorca jest tym bardziej podatny na dezinformację, im dłużej trwa atak  i częściej utrwalają się negatywne skojarzenia. Dla osiągnięcia celu nie trzeba nic więcej.
Jedna okoliczność tworzy „nową jakość” w obecnej kombinacji – aktywny udział polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz włączenie w nią partyjnych przekaźników, zwanych „wolnymi mediami”. W tekstach z poprzednich miesięcy wskazywałem na szereg wypowiedzi i decyzji, które jednoznacznie podkreślały to uczestnictwo i przyczyniały się do wytworzenia atmosfery korzystnej dla celów „esbeckiego gambitu”. Jeśli dziś niektórzy mędrcy odkrywają, że „odejście Antoniego Macierewicza jest możliwe”, to konkluzja spóźniona o co najmniej pół roku.  
Przedświąteczna inscenizacja z „dyscyplinowaniem” B. Misiewicza, rozegrana przez J. Kaczyńskiego i jego media, przecina wątpliwości co do intencji prezesa PiS. Na oczach milionów Polaków urządzono ponure widowisko, angażując w nie najważniejszych polityków, ośrodek prezydencki i rządowe media. Tylko niewiele osób potrafiło dostrzec, że wokół „casusu Misiewicza” – rozegranego wyłącznie w celu dyskredytacji Antoniego Macierewicza, powstała realna „wspólnota brudu” – sojusz partii rządzącej i antypolskich ośrodków propagandy. To ważny dowód na prawdziwość tezy, że większość rzekomych sporów na linii rząd -„opozycja”, gros medialnych potyczek i  spektakularnych walk, należy traktować jako mistyfikację mającą uwiarygodnić mitologię demokracji i istnienie w III RP „mechanizmów politycznych”. W rzeczywistości – mamy do czynienia z rodzajem gry, w której Polacy występują w roli widzów teatru cieni. Gry korzystnej dla obu stron, ponieważ jedną uwiarygadnia jako „opozycję”, drugą zaś stawia w roli „ofiary” i rozgrzesza jej zaniechania. Warto zwrócić uwagę, że z „pola rażenia” tej gry wyłączony jest prezydent Andrzej Duda – co też znakomicie podkreśla jego rolę „stabilizatora układu”.

niedziela, 19 marca 2017

CZY ZASŁUŻYMY NA NIENAWIŚĆ MOSKWY ?

Zakres polityki zagranicznej rządu Prawa i Sprawiedliwości, wytyczają słowa Andrzeja Dudy z orędzia prezydenckiego –  „Polityka zagraniczna, która nie lubi rewolucji, potrzebuje dzisiaj korekty. Ta korekta to zwiększenie aktywności”. Kilka dni później, prezydent powtórzył: „Absolutnie nie będzie żadnej rewolucji. Potrzebna jest nam korekta. Chodzi mi o zwiększenie aktywności. Akcentowałem konieczność poprawy relacji z sąsiadami.
Zapowiedź „korekty” zasadniczo przeczyła wcześniejszym ocenom polityki zagranicznej rządów PO-PSL. Szereg wypowiedzi polityków PiS oraz sztandarowy dokument tej partii, tzw. „Program PiS 2014” zawierał wyłącznie negatywne opinie na temat  dokonań poprzedników i w okresie przedwyborczym zapowiadał wręcz rewolucyjne zmiany.
Zasada „konieczności poprawy relacji z sąsiadami”, sformułowana dobitnie przez Andrzeja Dudę, już wówczas dowodziła podległości dogmatyce „georealizmu” i sytuowała partię pana Kaczyńskiego w grupie utopistów i mistyfikatorów, którzy od dziesiątków lat niweczą nasze marzenia o silnej i niepodległej Polsce. Ta grupa nie tylko odrzuca doświadczenia historyczne, ale nie chce dostrzec, że niezależnie od ilości podpisanych umów i werbalnych deklaracji, Moskwa i Berlin zawsze  będą wrogami polskości.
Historycznym dążeniem tych państw jest ustanowienie na Wiśle granicy rosyjsko-niemieckiej i wymazanie Polski z mapy świata.  To, czego nie sformułuje dziś żaden polityk niemiecki, jest od lat realizowane na mocy sojuszu Merkel-Putin i dokonywane przy współudziale „elit” III RP. Różnica między obecną sytuacją, a rokiem 1939 polega jedynie na odwróceniu zadań i modyfikacji akcentów: konflikt zbrojny ma wywołać Rosja, Niemcom zaś przewidziano rolę politycznego i ekonomicznego wspornika.
Jeśli nie ma dziś polityków zdolnych do rewizji naszej strategii wobec najbliższych sąsiadów, zaś rządząca III RP klasa polityczna nawet nie próbuje zdefiniować polskiej racji stanu, jest w tym dowód uległości wobec dyktatu porządku jałtańskiego i akceptacji ambicji rosyjskich i niemieckich.
Obowiązek zachowania „przyjacielskich” relacji z Rosją i Niemcami, to podstawowy mit paraliżujący polską myśl polityczną. Po roku 1989 został on „wzbogacony” retoryką unijną i narzucony III RP, jako trwała zasada polityki zagranicznej.
Przedstawiciele partii pana Kaczyńskiego celebrują go tym chętniej, że gorliwe zapewnienia o „przyjaźni” i „normalizacji stosunków” zdejmuje z nich odium najgorszego przekleństwa politpoprawności – posądzenia o „rusofobię” lub antyniemieckość.
Chwilowe pogorszenie relacji z Niemcami, wywołane dziś ambicjonalną hucpą prezesa Kaczyńskiego w związku z tzw. wyborami przewodniczącego RE oraz buńczuczne wypowiedzi polityków PiS, nie powinny zatrzeć prawdy, że przez ostatnie półtora roku ten rząd bezmyślnie zabiegał o „przyjazne relacje” z zachodnim sąsiadem i w żadnym zakresie nie potrafił podważyć niemieckiej dominacji nad Europą. Idę o zakład, że wkrótce będziemy świadkami kolejnej „normalizacji” tych stosunków i żadne incydenty (w tym nagłaśniana ostatnio sprawa instrukcji szefa RASP) nie wpłyną na kontynuację mitologii „georealistów”.

środa, 8 lutego 2017

ESBECKI GAMBIT

Jedna z metod pracy operacyjnej SB polegała na atakach wymierzonych w rodzinę, bliskich oraz osoby z otoczenia figuranta. Sięgano po nią tym chętniej, jeśli sam figurant – z powodu pozycji społecznej, autorytetu lub środowiskowej reputacji, znajdował się poza zasięgiem bezpośrednich działań esbeków, zaś klasyczne metody operacyjne (podsłuchy, inwigilacja, prowokacje) nie przyniosły spodziewanych rezultatów.
Atak na osoby bliskie czy współpracowników stosowano wtedy, gdy (mimo usilnych starań esbeków) nie potrafiono znaleźć żadnego „haka” ani skutecznego komprmateriału na samego figuranta. Zastraszając i nękając ludzi z jego otoczenia, liczono nie tylko na pozyskanie takich narzędzi, ale też na wzbudzenie w figurancie poczucia „winy” („to przez ciebie muszą cierpieć bliskie ci osoby”) oraz zmuszenie go do określonych zachowań, ustępstw i rezygnacji.
Ponieważ III RP zbudowano na pakcie esbeków z ich agenturą i z tego środowiska wywodzi się większość przedstawicieli obecnych „elit”, również zasady pracy operacyjnej SB zostały zaprzęgnięte w  rozgrywki i schematy działań publicznych. Tam, gdzie ludzie ślepi lub głupi chcą dostrzegać „mechanizmy polityczne” i śledzić „naturalne procesy demokracji”, zwykle mamy do czynienia z klasyczną kombinacją operacyjną i pragmatyką pracy służb specjalnych.
Teza ta doskonale się broni na przykładzie obecnej wojny hybrydowej – rozgrywanej według zasad zaczerpniętych z arsenału SB: poczynając od akcji propagandowych i dezinformacyjnych (z wykorzystaniem funkcjonariuszy z podległych ośrodków medialnych), poprzez gry i kombinacje wymuszające określone zachowanie przeciwnika, po stosowanie prowokacji i dywersji politycznej, jako formy działania partii i grup określanych mianem „opozycji”. Również analiza narzędzi wykorzystywanych przez ową „opozycję” nie pozostawia wątpliwości, że mocodawców i źródeł inspiracji należy szukać w środowisku byłych esbeków.
Sami zaś, tzw. politycy „opozycji” oraz poszczególne indywidua wystawiane na widok publiczny, spełniają w tej grze rolę „słupów ogłoszeniowych” i nie posiadają większych właściwości sprawczych.
W ramach prowadzonej przez to środowisko wojny, można wskazać jeden, za to niezwykle spektakularny przykład, który znakomicie obrazuje charakterystykę pracy operacyjnej bezpieki i obnaża intencje mocodawców „opozycji”.
Od wielu miesięcy, a dokładnie od dnia likwidacji tzw. Centrum Eksperckiego NATO (grudzień 2015) osoba Bartłomieja Misiewicza znajduje się na celowniku środowisk chcących uderzyć w samego szefa MON. Ataki na dyrektora gabinetu politycznego, są efektem stosowania opisanej powyżej metody operacyjnej i częścią kombinacji zmierzającej do pozbawienia stanowiska Antoniego Macierewicza . To jest przyczyna owej „koncentracji wysiłku dezinformacyjnego”, o którą pytał niedawno szef MON.
„Zastępczy cel” nie jest oczywiście przypadkowy.
Likwidacja „Centrum”, w której aktywnie uczestniczył Bartłomiej Misiewicz uniemożliwiła ludziom ze środowiska b.WSI stworzenie „eksterytorialnej” służby specjalnej, wyjętej spod władzy i jurysdykcji ministra obrony narodowej.  Szefami nowej struktury mieli zostać oficerowie SKW, przyjęci do służby przez reżim PO-PSL. Projekt realizowany przez ówczesne kierownictwo SKW, miał stanowić rodzaj „wyborczego spadochronu”, dzięki któremu oficerowie ci staliby się  „nietykalni” i praktycznie nieusuwalni ze struktur Sił Zbrojnych. Jedynie szybka i zdecydowana reakcja ministra Macierewicza, zapobiegła tym planom. Na odpowiedź „skrzywdzonych” nie trzeba było długo czekać. Pułkownik Dusza wysmarował natychmiast sześciostronicowy elaborat, a publikująca go „GW” przypuściła atak na nowe kierownictwo MON, alarmując o „Demolce kontrwywiadu”. Marek Biernacki, były koordynator służb specjalnych, w liście do prezydenta Andrzeja Dudy zadawał zaś dramatyczne pytanie - "Czy przypadkiem celem niespodziewanego najścia nie była  potencjalna a bardziej domniemana zawartość kasy pancernej w CEK NATO? Ciekawe, a na jakie to dokumenty liczyli trafić kontrolerzy ministra?"

wtorek, 10 stycznia 2017

MY NIE WIEMY – RZECZ O GRANICACH

"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, musza być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityką" – instruował  Czesław Kiszczak, podczas posiedzenia kierownictwa MSW, w lutym 1989 roku.
Dziś wiemy, że cały proces „transformacji ustrojowej” był kierowany i nadzorowany przez bezpiekę. Nim rozpoczęły się rozmowy okrągłego stołu, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów".
W ramach dyspozycji wydanych przez szefa bezpieki, inspirowano więc powstawanie nowych partii i środowisk politycznych. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1990 przemienili się w biznesmenów, bankierów i polityków. Jedną z partii, w której znalazły się takie postacie, był Kongres Liberalno Demokratyczny, z którego, w roku 2001 powstała Platforma Obywatelska.
Gdy w świetle kamer telewizyjnych „trzech tenorów” obwieszczało powołanie „nowej siły” zapowiadając przy tym „uwalnianie tkwiących w nas talentów”, Ludwik Dorn w Tygodniku „Nowe Państwo” (z 2.03.2001) pisał: „Niezależnie od tego, że udział w tym przedsięwzięciu bierze szereg osobistości politycznych o życiorysach związanych z opozycją wobec PRL, to zarówno Andrzej Olechowski, główny animator Platformy (zarejestrowany tajny współpracownik kontrwywiadu zagranicznego PRL), jak i jego bezpośrednie zaplecze intelektualno-organizacyjne w postaci funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych (generałowie Petelicki i Czempiński) oraz grupa finansowego wsparcia (Business Centre Club, gdzie czołową rolę odgrywają byli pracownicy biur radców handlowych PRL-owskich ambasad) kojarzeni są z komunistycznym wywiadem – dawnym I Departamentem MSW. Platforma Obywatelska nie jest wyłącznie ekspozyturą “jedynki”, ale w rękach realnej grupy kierowniczej stanowi użyteczne, w dużym stopniu kontrolowane narzędzie realizacji jej ekonomicznych interesów.

czwartek, 22 grudnia 2016

TRZECI TEST

Poświęcanie czasu analizie rzeczywistości pod rządami „dobrej zmiany” jest czynnością tyleż jałową, jak bezużyteczną. Apologeci Prawa i Sprawiedliwości nie są zainteresowani podobnymi refleksjami, zaś  stali czytelnicy bezdekretu mogą poczuć znużenie powielaniem krytycznych uwag.  Byłaby to reakcja tym bardziej uzasadniona, że sierpniowym tekstem „NIE BĘDZIEMY RAZEM. KONKLUZJA” zakończyłem publicystyczną przygodę z partią pana Kaczyńskiego i nie mam tym ludziom nic więcej do powiedzenia.
Po tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach, muszę jednak powrócić do niewdzięcznej tematyki i zaproponować refleksję bynajmniej nieświąteczną. Nie robię tego, by okazać troskę o dalsze losy „dobrej zmiany” i przyszłość polityków PiS, ale z powodu zagrożeń, jakie w najbliższej perspektywie przyniesie nam bezmierna słabość i indolencja zakładników mitologii demokracji. Trzeba o tym powiedzieć, nim świąteczny nastrój lub zalew partyjnej demagogii „wolnych mediów”, zatrą pamięć o skali zagrożenia.
W styczniowym tekście  „SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI” sformułowałem opinię, że „jeśli nawet nastąpi dziś wyciszenie kombinacji i chwilowa zmiana retoryki, to doświadczenia płynące z reakcji PiS-u zostaną z pewnością zapamiętane i spożytkowane” oraz prognozę, iż celem ówczesnej kombinacji było „zainicjowanie procedury obalenia tego rządu i w najbliższej przyszłości należy się spodziewać powtórzenia sprawdzonego scenariusza.”
Prognoza była tym łatwiejsza, że rząd PiS cyklicznie popełnia te same błędy i panicznie boi się siłowej rozprawy z Obcymi. Nigdy nie podjęto tematyki zagrożeń dywersją polityczną i atakami ośrodków propagandy, zignorowano kolejne odsłony wojny hybrydowej i pozwolono na eskalację szeregu negatywnych czynników. Ówczesna kombinacja związana z tzw. unijną „debatą nad stanem demokracji” w III RP i kampanią szkalowania państwa na arenie międzynarodowej, była pierwszym, przygotowawczym etapem.
Autorzy kombinacji mogli się dowiedzieć, że rząd „georealistów” z PiS uczyni wszystko, by w drodze „dialogu i porozumienia” zadowolić oczekiwania eurołajdaków i uchronić się od najgorszego przekleństwa poprawności politycznej – posądzeń o niedemokratyczność. Zrozumiano też, że, Jarosław Kaczyński, słynący z poszanowania zasad demokracji i zapewnień o jej prymacie, zawsze podda się dyktatowi tej mitologicznej normy. Cele ówczesnej kombinacji obejmowały testowanie reakcji grupy rządzącej, przećwiczenie procedur służących obaleniu rządu, związanie uwagi ośrodków rządowych sztucznie wywołanymi problemami, destabilizacje organów państwa oraz pacyfikację (uprzedzenie) ewentualnych działań wymierzonych w wewnętrznych wrogów.
Kolejny etap dywersji politycznej przećwiczono w przeddzień lipcowego szczytu NATO. Poprzez fałszywe i całkowicie irracjonalne oskarżenia, zaatakowano wtedy nie tylko osobę szefa MON, ale również jego małżonkę, generując w ten sposób patologiczne zainteresowanie opinii publicznej oraz budując atmosferę podejrzeń i pomówień. Kolejny krok polegał na włączeniu w akcję politycznej agentury wpływu i wykorzystaniu fałszywych zarzutów, jako pretekstu do sformułowania wniosku o odwołanie Antoniego Macierewicza. Korelacja poszczególnych etapów dowodziła, że mieliśmy do czynienia z działaniem zsynchronizowanym i całkowicie zamierzonym, którego kulminacja miała nastąpić w przededniu warszawskiego szczytu. Dzięki ścisłej współpracy prorządowych „wolnych mediów”, rezonujących każdy występ „opozycji” oraz braku reakcji ze strony organów państwa, łatwo osiągnięto cele operacji. Podważono zaufanie do osoby ministra, przekierunkowano uwagę opinii publicznej, wywołano chaos i zamęt informacyjny oraz doprowadzono do osłabienia pozycji negocjacyjnej Polski i wytworzenia negatywnego wizerunku grupy rządzącej w oczach natowskich partnerów.  
Powodzenie tych wstępnych etapów wojny hybrydowej, zawdzięczamy dwóm czynnikom: dominacji dogmatyki politycznej (partyjnej) nad sprawami bezpieczeństwa oraz braku procedur i mechanizmów obronnych służących eliminowaniu zagrożeń wewnętrznych. W obu przypadkach ujawniła się kompletna bezczynność i indolencja służb specjalnych oraz podatność partii rządzącej na retorykę mitologii demokracji.

Obecny, trzeci etap testowania, jest tylko naturalną konsekwencją wcześniejszych błędów i politycznej głupoty PiS, ale świadczy też o postępującej dynamice działań zaczepno-sondażowych. Pretekst, pod jakim podjęto próbę puczu antyrządowego jest całkowicie nieistotny, zaś skupianie „analiz politycznych” na poszczególnych decyzjach PiS (farsa ustawy dezubekizacyjnej, rozporządzenie marszałka Sejmu, itp.) dowodzi niezrozumienia logiki agresora.

sobota, 27 sierpnia 2016

NIE BĘDZIEMY RAZEM. KONKLUZJA

Jeśli od kilku tygodni ten rząd zapewnia wszem i wobec, że jest miłośnikiem demokracji i ponad wszystko szanuje prawa opozycji, a III RP to kraj kwitnących praw obywatelskich – jakże może podjąć twardą rozprawę z patologiami tego państwa lub postawić przed sądem zdrajców – obecnych „opozycjonistów?
Nietrudno zrozumieć, że każda, najmniejsza próba rozliczenia reżimu PO-PSL zostanie natychmiast okrzyknięta „polityczną zemstą” i „pogwałceniem zasad demokracji”. Przyjdzie to tym łatwiej, że obecny rząd przyjął reguły narzucone przez przeciwnika i głosząc pochwałę „demokracji III RP” zamyka sobie drogę do wyjawienia prawdy o ostatnich ośmiu latach.
Pułapka demokracji okaże się tym bardziej skuteczna, że zastawiono ją na arenie międzynarodowej, w środowisku wrogim i dalekim od znajomości spraw polskich. Odtąd każdy łajdak, któremu chciano by postawić zarzuty, będzie mógł wylewać żale na forum PE i udowadniać, że stał się ofiarą „nagonki politycznej”. Gdyby komuś przyszło do głowy stawiać przed sądem polityków PO-PSL – niechybnie usłyszymy o okrutnym „prześladowaniu opozycji” i „zamachu na demokrację”. Tym kontroskarżeniem można zablokować wszelkie działania w sprawie Smoleńska, ale też sprawy dotyczące afer i pospolitych przestępstw”.
Przypominam fragment styczniowego tekstu „SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI”, by definitywnie przeciąć spekulacje dotyczące intencji grupy rządzącej i w miejsce łatwego optymizmu zaproponować realną ocenę.
Trudno pojąć, dlaczego po roku prezydentury A. Dudy i rządów Prawa i Sprawiedliwości, nadal funkcjonuje mitologia „dobrych zmian”, a wyborcy PiS trwają w przeświadczeniu, że ich wybrańcy podejmą walkę z patologiami III RP. Przyznaję – jest to dla mnie fenomen społecznego odurzenia, niewytłumaczalny na gruncie logiki i racjonalnych kategorii.
I nie miałbym nic przeciwko tej bałwochwalczej wierze (kompromituje wyłącznie wyznawców i ich idoli), gdyby ów stan ignorancji i umysłowego niedołęstwa, nie groził poważną zapaścią i utrwaleniem rządów politycznych hochsztaplerów. Gdyby nie był niebezpieczny dla naszej przyszłości i tych, nielicznych osób, które zadają jeszcze pytanie- co dalej?
Wiara, że PiS chce zmienić III RP i z komunistycznego bękarta stworzyć wolne państwo, jest bowiem równie niedorzeczna, jak niezbędna dla kolejnych zastępów oszustów i utrwalaczy magdalenkowego szalbierstwa. To oni skorzystają na operacji „wymiany wody” wykonywanej dziś rękami PiS i przejmą rządy po wyborach 2018. Jest to zatem kwestia naszego bezpieczeństwa, którego ten rząd i ta grupa polityków nie potrafią Polakom zapewnić.
Uważam jednak, że nie można dłużej trwać w roli recenzenta i krytyka grupy rządzącej i mocą rzeczowych argumentów próbować walki z zaślepieniem i wszechobecną głupotą.
Szkoda na to czasu i uwagi czytelników bezdekretu. Trzeba przyjąć cezurę, która chroniąc nas przed rozgoryczeniem i frustracją, otworzy wzrok na wizję długiego marszu i sensownych, politycznych rozwiązań.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

POLITYCY I „WŁADCY TAJEMNIC”

Urzędowy optymizm rządzących w sprawach związanych z bezpieczeństwem, rażąco koliduje z oceną wydarzeń z ostatnich miesięcy i dowodzi raczej prymatu partyjnej demagogii niż troski o stan państwa.
Wprawdzie partia Jarosława Kaczyńskiego nigdy nie przywiązywała nadmiernej uwagi do tematyki bezpieczeństwa, to po objęciu rządów wykazuje w tym zakresie niepokojącą bierność i indolencję. Może sobie na to pozwolić, ponieważ większość elektoratu PiS jest całkowicie obojętna na sprawy zagrożeń i podporządkowuje swoje aspiracje staraniom o dobre samopoczucie polityków i powodzenie partyjnych geszeftów.
Już ubiegłoroczne wystąpienie premier Beaty Szydło i deklaracje szefa MSWiA Błaszaka dowodziły lekceważenia kwestii bezpieczeństwa i nonszalancji wobec wyborców. W listopadzie 2015 roku, na zakończenie odprawy służb specjalnych w sprawie zagrożenia terrorystycznego, pani premier zapewniła publicznie - "Polacy mogą się czuć bezpiecznie”, zaś nowy szef MSWiA oświadczył, iż „polskie służby są przygotowane do tego, by sprostać wyzwaniom i zapewnić bezpieczeństwo Polakom”.
Nikt wówczas nie zapytał - jak to możliwe, że w trakcie jednego tygodnia od objęcia rządów przez PiS, dokonała się tak znacząca sanacja służb specjalnych? Kto i jakimi metodami sprawił, że funkcjonariusze tych służb, obciążeni nieudolnością, hańbą Smoleńska i wieloletnią rolą "zbrojnego ramienia" reżimu PO-PSL, stali się nagle gwarantami naszego bezpieczeństwa? W kontekście ocen, jakie na temat służb III RP formułowali politycy PiS w czasie kampanii wyborczej, to oświadczenie raziło wyjątkową demagogią i fałszem.
Kolejne miesiące przyniosły wydarzenia, które powinny wstrząsnąć opinią publiczną i wywołać uzasadnione obawy o stan bezpieczeństwa państwa. Powinny też prowokować do pytań – o realne reformy w służbach specjalnych, o kierowanie i zarządzanie działaniami tych służb, o skuteczność nadzoru ze strony grupy rządzącej oraz ochronę interesów państwa i obywateli.
Kombinacja związana z odwołaniem komendanta głównego policji, incydent z uszkodzoną oponą w samochodzie prezydenckim, samobójstwo płk. Berdychowskiego, próby organizowania zamachów terrorystycznych, cyberataki na polskie banki i urzędy, policyjna prowokacja podczas manifestacji w Gdańsku, podłożenie ładunku wybuchowego we Wrocławiu, liczne alarmy bombowe w ministerstwach i instytucjach państwowych, samobójstwo wysokiego oficera SKW – by wymienić tylko najbardziej spektakularne sytuacje z ostatnich miesięcy.
Choć wspominam o wydarzeniach o różnym ciężarze i właściwościach, nietrudno dostrzec, że ich nagła kumulacja może prowadzić do wytworzenia atmosfery zagrożenia, a nawet sugerować, że mamy do czynienia z celowym i konsekwentnie realizowanym scenariuszem. Wielu obserwatorów trafnie wskazuje, że kontekst takich epizodów można oceniać w perspektywie warszawskiego szczytu NATO i przykładać doń miarę wzrostu aktywności obcej agentury.

wtorek, 24 maja 2016

CYROGRAF

Aneks do Raportu z Weryfikacji WSI, sprawa zabójstwa księdza Jerzego, strategia bezpieczeństwa narodowego, sądowe zeznania świadka Winiarskiego, publicystyka Wojciecha Sumlińskiego.
Co łączy te różne tematy i sprawia, że można dopatrywać się w nich wspólnego mianownika? Znajduję jedną, podstawową cechę – wszystkie są związane z osobą Bronisława Komorowskiego i z środowiskiem, któremu patronował były lokator Belwederu. Wszystkie też należą do spraw skrupulatnie przemilczanych i ignorowanych przez Andrzeja Dudę i układ rządzący.
Prezydent mówił, że aneks jest dokumentem wymierzonym w niego. Przecież to jest 800 stron tekstu, tam są dokumenty, nazwiska, dane pokazujące przestępcze działania WSI. Jeśli cały ten dokument, w przekonaniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, jest wymierzony przeciwko niemu, a jest tam mowa o setkach przestępstw, jest aktem oskarżenia przeciwko niemu, to rzeczywiście Prezydent Komorowski ma się czego obawiać. To pozwala lepiej zrozumieć jego ostatnie działania. Jego działania z ostatnich siedmiu lat, a głównie pięciu lat, są obecnie znacznie lepiej zrozumiałe.” – przypomniał Antoni Macierewicz, w grudniu 2014 roku, komentując sądowe zeznania Komorowskiego w sprawie afery marszałkowej.
W roku 2007 Komisja Weryfikacyjna WSI przekazała do Instytutu Pamięci Narodowej dokumenty, z których wynikało, że w dniu uprowadzenia księdza Jerzego funkcjonariusze WSW monitorowali działanie grupy esbeckich porywaczy. Wojskowi byli w Górsku - miejscu uprowadzenia, jak również w kolejnych miejscach, do których przewożono księdza Jerzego. W jednym z dokumentów znajdował się zapis, iż wojskowi znaleźli się w tych miejscach w związku z prowadzoną przez nich sprawą „Popiel", a taki kryptonim nosiła akcja inwigilacji księdza przez SB. O związkach „wojskówki” z zabójstwem księdza Jerzego mówił także prokurator Andrzej Witkowski, który od wielu miesięcy oczekuje na przywrócenie do śledztwa w sprawie mordu założycielskiego III RP. Odkrycie tych związków i próba postawienia przed sądem Cz.Kiszczaka i ludzi służb wojskowych, były bezpośrednią przyczyną, dla której prokuratorowi dwukrotnie odbierano śledztwo.

sobota, 2 kwietnia 2016

ZBRODNIA ZAŁOŻYCIELSKA III RP MUSI ZOSTAĆ WYJAŚNIONA

Każdy, kto nosi w sobie pragnienie wolnej Polski, musi zrozumieć, że sprawa zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki nie jest „tematem historycznym” ani „kwestią polityczną”, lecz wciąż żywą, nieprzedawnioną rzeczywistością, która ukształtowała fundamenty III RP i nadal decyduje o naszej przyszłości.
Przez 30 lat, w oparciu o farsę tzw. procesu toruńskiego wmawiano Polakom, że winni tej zbrodni ponieśli już karę. Ówczesna władza stworzyła powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie czterech funkcjonariuszy SB i na tym kłamstwie oparła koncepcję „historycznego kompromisu” katów z ofiarami. Legendę uwiarygodnili sami esbecy, do końca odgrywając swoje role. W niezmienionej formie, kłamstwo to narzucone siłą komunistycznej propagandy, zostało przyjęte i zaakceptowane w III RP, stając się fundamentem komunistycznej sukcesji.  Odtąd wszystkie środowiska uczestniczące w zmowie milczenia przyjęły na siebie rolę zakładników zbrodni oraz odpowiedzialność za ukrywanie prawdziwych sprawców i mocodawców.  Depozyt ten do dziś daje gwarancję bezkarności komunistycznym oprawcom i stanowi „aksjologiczne spoiwo” łączące funkcjonariuszy bezpieki, ludzi Kościoła i „demokratycznej opozycji”.
Przypomnę, że Polacy i polski Kościół otrzymali szczególny nakaz od świętego Jana Pawła II. 27 listopada 1984 roku, nasz papież zobowiązał polski Kościół do wyjaśnienia prawdy o śmierci księdza Jerzego i w słowach - "Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani" – zawarł niespełniony do dziś testament.
Wszelkie próby zdemaskowania prawdziwych okoliczności zabójstwa, były i są skutecznie blokowane. To jedna z najistotniejszych wskazówek, jak z fundamentalną i żywą sprawą mamy do czynienia. W niewyjaśnionych okolicznościach ginęli świadkowie, innych zastraszano i nakłaniano do milczenia. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę tej zbrodni nazwano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się tematem, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano księdza Stanisława Małkowskiego i Wojciecha Sumlińskiego.
Jeśli ktoś mówi dziś o potrzebie „dobrych zmian” i chce odbudowy autentycznej wspólnoty narodowej, musi też podjąć wyzwanie związane z tajemnicą zbrodni założycielskiej III RP. Tylko prawda o tym - kto naprawdę zabił księdza Jerzego, kim byli mocodawcy zbrodni i ludzie towarzyszący esbeckim porywaczom, może zburzyć fundament, na których wspiera się triumwirat morderców, tchórzy i donosicieli. Bez zrozumienia tego obowiązku, próżne są deklaracje patriotyzmu i wierności polskim ideałom, próżne epatowanie walką z patologiami tego państwa. Póki tryumfuje kłamstwo o zbrodni założycielskiej i trwa tchórzliwa zasłona milczenia – nie może być wolnej Polski.
Dlatego każdy, kto próbuje uciekać od tego obowiązku lub chciałby zamilczeć wołanie o prawdę – okłamuje siebie i innych i staje się zakładnikiem zbrodniczej intrygi.
Od wielu miesięcy jesteśmy świadkami wyjątkowo niegodziwej i ordynarnej mistyfikacji, której ofiarą ponownie staje się prawda o śmierci świętego Jerzego.
Do prezydenta Andrzeja Dudy skierowano co najmniej pięć petycji, których autorzy domagali się podjęcia sprawy zabójstwa Kapelana Solidarności i powierzenia śledztwa prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu. Mam na myśli petycję Wojciecha Sumlińskiego, podpisaną przez kilkanaście tysięcy Polaków, apele księdza Stanisława Małkowskiego, Kornela Morawieckiego i środowiska kibiców oraz apel prof. dr hab. Stanisława Mikołajczaka, złożony w imieniu naukowców i pracowników uniwersyteckich zrzeszonych w Akademickich Klubach Obywatelskich im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W tym apelu znalazły się szczególnie ważne słowa – „Odzyskaliśmy niepodległość także dzięki ofierze Księdza Jerzego. Dlatego mamy obowiązek stać po stronie prawdy i dążyć do jej całkowitego ujawnienia”.

wtorek, 15 marca 2016

TAKTYKA KOMPROMISU – PRAKTYKA ZDRADY

Kto  w obliczu agresji i kampanii nienawiści ze strony sukcesorów komunizmu mówi dziś o porozumieniu i dialogu, jest skończonym durniem lub zdrajcą sprawy polskiej.
Nie ma też groźniejszych nawoływań, od postulatu fałszywej zgody narodowej – osiągniętej za cenę naszych dążeń i prawdy o realiach III RP.

Każdy kompromis prędzej czy później musiał się zakończyć agenturą. Po prostu dlatego, że międzynarodowy komunizm nie jest zainteresowany w kompromisie istotnym, dwustronnym. Nie zna kompromisu, bo gdyby go znał - nie byłby komunizmem... Zna tylko taktykę kompromisu” – pisał Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie Prowokacji”.
Ponieważ w komunizmie „słowa mają znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego”, nikt lepiej od komunistów i ich spadkobierców nie opanował sztuki terroryzmu semantycznego, czyniąc z „taktyki kompromisu” skuteczną i porażającą broń.
Powstrzymajmy wspólnym wysiłkiem widmo wojny domowej. Nie wznośmy barykad tam, gdzie jest potrzebny most. […] Istnieje nadrzędny cel, jednoczący wszystkich myślących, odpowiedzialnych Polaków: miłość ojczyzny, konieczność umocnienia z takim trudem wywalczonej niepodległości, szacunek dla własnego państwa. To najmocniejszy fundament prawdziwego porozumienia.” - głosił W.Jaruzelski w przemówieniu radiowo-telewizyjnym z 13 grudnia 1981 roku, anonsującym krwawą rozprawę z Polakami.
Tak, nie ma nic bardziej haniebnego niż wywoływanie takiej zimnej wojny domowej, z marzeniem o gorącej wojnie domowej” […] „Na tym polega dzisiaj ten największy polski dylemat, jak uniknąć tego, aby takie użyteczne, takie trywialne interesy polityczne nie zakłócały nam możliwości budowy wspólnoty narodowej” -  perorował w Sejmie Donald Tusk 13 kwietnia 2012 roku. W tym samym czasie rząd budowniczego „wspólnoty narodowej” wysyłał hordy policyjne na Krakowskie Przedmieście, paktował z kremlowskim bandytą i szkalował pamięć Polaków zamordowanych w Smoleńsku.
Fałsz „porozumienia” i „zgody narodowej” jest naturalną bronią Obcych, podstępnym orężem okupantów i wrogów polskości. Ta załgana retoryka ujawniała intencję oszukania Polaków, ale też zamysł przymusowej integracji polskości i komunizmu. Stosując ów zabieg, Obcy chcieli wedrzeć się w strukturę polskiego społeczeństwa i zmusić je do stworzenia sztucznej wspólnoty. Wiedzieli, że ukazanie różnic dzielących My od Oni i wytyczenie ostrej granicy podziału, byłoby dla nich zabójcze. Dlatego obsesyjnym dążeniem komunistów było tworzenie rozmaitych „frontów jedności narodu”, „rad narodowych” itp. fikcyjnych „wspólnot”, w których  czynnikiem integrującym miały stać się hasła niesione na czerwonych sztandarach. Bliźniacza obsesja, wsparta kazuistyczną retoryką towarzyszyła też grupie rządzącej III RP. Ujawniała lęk przed dychotomią My-Oni i przed wytyczeniem kanciastych podziałów, w których pojęcia „swój” i „obcy” nabierają elementarnego znaczenia i decydują o dokonywanych wyborach.
To nie przypadek, że w czasie historycznej inscenizacji z roku 1989, komuniści wycierali gęby wszystkimi odmianami „zgody” i „pojednania narodowego”.
Przedwyborcze plakaty PZPR z tamtego okresu niosły treści oparte o „taktykę kompromisu” – „Nie  rozmowa,  nie  umowa,  tylko  zgoda  narodowa”, „Głosuj na program zgody narodowej”, „Koalicja zbuduje, niezgoda zrujnuje”.  Ten zaś, który po łokcie unurzał się w polskiej krwi, przybrał wówczas pozę „ojca narodu” i na spotkaniu egzekutywy komitetu warszawskiego PZPR w dniu 11 marca 1989 r. perorował – „Szliśmy długo i mozolnie do obecnej fazy porozumienia, a właściwie dialogu narodowego. […] Chodzi jednakże o to, aby to, co daje szansę zbliżenia, było nadrzędne, większe, wyższe nad podziały.”
Ponad dwie dekady kłamstw i nachalnej propagandy sprawiły, że niewielu Polaków dostrzega dziś prawdziwy kontekst wydarzeń z lat 80/90., a jeszcze mniej ma świadomość, że tzw. okrągły stół nie tylko uratował komunistów od odpowiedzialności za zbrodnie przeciwko narodowi, ale doprowadził do legalizacji PRL-u i zafałszowania naszej rzeczywistości na niewyobrażalną skalę.

poniedziałek, 22 lutego 2016

JAK PRZEGRAĆ W OBRONIE III RP – hipotezy i teorie

Najlepsze efekty kombinacji operacyjnych osiąga się poprzez grę na emocjach oraz zaangażowanie tzw. wolnych mediów. Nie ma bardziej oddanych rezonatorów wrzutek, tematów zastępczych i treści dezinformacyjnych, niż media uzależnione od obcego przekazu. Nie ma też lepszych odbiorców (grupy docelowej) od środowiska określanego mianem prawicy.
Twórcy bezpieczniackich kombinacji mogli się o tym przekonać wielokrotnie - w roku 2008, gdy pod nazwą „afery aneksowej” prowadzono działania osłonowe B. Komorowskiego i próbowano zdyskredytować Komisję Weryfikacyjną WSI, podczas gier związanych z „aferą  stoczniową”, czy niedawno, w trakcie operacji kreowania „nowego rozdania” i rozgrywki służb zwanej „aferą taśmową”. W każdym przypadku mieliśmy do czynienia z powielaniem tematów przewodnich (np. określenia „afera aneksowa”), wiarą w przekaz kreowany przez funkcjonariuszy propagandy oraz z bezrefleksyjną konsumpcją treści podawanych przez informatorów ze środowiska służb specjalnych. O przydatności „wolnych mediów” decyduje również niezdolność do samodzielnej, wolnej od obcych wpływów refleksji oraz deficyt umiejętności analitycznych.
Było dziwne, gdyby w kombinacji zatytułowanej „teczki Kiszczaka” nie wykorzystano owych naturalnych predyspozycji i nie sięgnięto po sprawdzone wzorce.
Wszystko, co wiemy o przebiegu tej „afery” wydaje się sugerować, że sprawa pojawiła się nieprzypadkowo i musi zawierać „drugie dno”. Do takiej interpretacji skłania się wielu publicystów i obserwatorów życia politycznego.
Nietrudno dostrzec kontekst sytuacyjny wizyty M.Kiszczak w IPN -  zainteresowanie publiczną „debatą” o przeszłości Wałęsy, fakt wykorzystania wątłego, przez co przydatnego interesom układu III RP narzędzia (szefostwo IPN) oraz ścisłe ukierunkowanie uwagi na sprawę TW „Bolka”. Niestety - nikt z analityków i „znawców tematu” nie próbował rzeczowo uzasadnić swoich wątpliwości, a tym bardziej, wskazać prawdziwego celu kombinacji. Zgodnie z ulubioną metodą mitologów, ograniczano się do spekulacji lub wieloznacznych dywagacji, okraszanych sugestiami o posiadaniu „tajnej wiedzy”.  Jeśli pojawiały się hipotezy (o „ruskiej grze”, intencji storpedowania szczytu NATO, kreowaniu tematu zastępczego itp.) nie były poparte dowodami ani racjonalną argumentacją.
Taki sposób postrzegania kombinacji operacyjnych jest niezwykle korzystny i w pełni zadowalający autorów.
W zachowaniu wdowy po Kiszczaku słusznie dostrzega się celowość i logikę, a jej infantylne „wyjaśnienia” traktuje z dystansem. Można przyjąć, że osoba ta jest zaledwie wykonawcą cudzych poleceń lub uczestnikiem gry, której cele wykraczają poza ujawnienie „teczki Bolka”.
Pojawiają się natomiast spekulacje, jakoby Maria K. czuła się zagrożona i „detonując” archiwum męża chciała uniknąć losu małżeństwa Jaroszewiczów.  Ta wyjątkowo fałszywa teza nie uwzględnia faktu, że „przypadkowo” ujawnione przez Kiszczakową dokumenty dotyczą kwestii ogólnie znanych i w niczym nie zagrażają esbeckim decydentom i ich agenturze. Logika takich wywodów nakazywałaby raczej uznać, że wdowa po oberesbeku, obnosząc się publicznie ze swoją indolencją  i niefrasobliwością dopiero teraz sprowadziła na siebie poważne zagrożenie. Trudno uwierzyć, że zapisy dotyczące TW „Bolka” były najcenniejszym i najtajniejszym trofeum w archiwum Kiszczaka, a ich pozbycie odsuwa niebezpieczeństwa związane z posiadaniem uciążliwego depozytu.

środa, 27 stycznia 2016

SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI

Wydarzenia związane z unijną „debatą nad stanem demokracji” w III RP, należy oceniać w kategorii porażki układu rządzącego. I to, co najmniej w dwóch ważnych obszarach.
Po pierwsze – PiS dopuścił, by temat „zagrożenia demokracji” został sfingowany, nagłośniony i narzucony Polakom, jako wiodący motyw walki politycznej. W efekcie, od czasu powołania rządu Beaty Szydło mamy do czynienia z dwiema, głównymi narracjami. Dotyczą one konfliktu z Trybunałem Konstytucyjnym oraz aktywności tzw. KOD-u i wywoływanych przez to środowisko tematów.
Okazuje się, że po ośmiu latach katastrofy rządów PO-PSL, po rujnującej kadencji Komorowskiego, setkach najpoważniejszych afer i przestępstw, Polacy nie znajdują dziś innych spraw, jak emocje towarzyszące działaniom „obrońców demokracji”.
W obszarze bieżącej polityki PiS nie dostrzeżemy nowych koncepcji, strategii i pomysłów. Nie ma wizji budowy wolnej państwowości ani publicznej debaty o patologiach III RP. Nie widać zamysłu rozliczenia poprzedniego reżimu, a tym bardziej woli naprawy krzywd, jakich doznali Polacy. 
Ten, kto wymyślił obecną kombinację, uderzył niezwykle celnie. Wiedział bowiem, że najsłabszym punktem PiS-u jest mitologia demokracji, a zarzut pogwałcenia tej świętości wywoła natychmiastową reakcję „obozu patriotycznego”. Politycy partii pana Kaczyńskiego prędzej potępią antysystemowych krytyków niż przyznają, że komunistyczna hybryda nie ma nic wspólnego z państwem prawa i demokracji.  
Wystarczyło zatem krzyknąć – „PiS niszczy demokrację”, by zewsząd rozległy się zapewnienia o jej poszanowaniu, a partyjne i medialne pajacyki podskoczyły w rytm prostackiego wrzasku. Punktem honoru każdego polityka PiS i żurnalistów „wolnych mediów”, stała się uroczysta deklaracja o wierności ideom demokracji oraz „polemika” z zarzutami atakujących.
To niepojęte, jak łatwo wmanewrowano partię Kaczyńskiego w prymitywną kombinację i jak ogromne osiągnięto korzyści. Pierwsze miesiące – najważniejsze dla tych, którzy chcieliby dokonać autentycznych zmian, zostały stracone i upływają na roztrząsaniu tematyki narzuconej przez kilku cwaniaków.  Ten ponury spektakl zastępuje prawdziwą walkę i jest namiastką rzeczywistych działań naprawczych.

niedziela, 15 listopada 2015

PARASOL NAD KOMOROWSKIM ?

"Albo Winiarski jest kłamcą i powinien odpowiedzieć, albo mówi prawdę i cała masa ludzi z Bronisławem Komorowskim na czele powinna mieć potężne kłopoty" – uznał Wojciech Sumliński po wysłuchaniu zeznań Krzysztofa Winiarskiego w sprawie afery marszałkowej.
Przez jeden dzień – 30 października br. zeznania Winiarskiego były gorącym „newsem” w niemal wszystkich „wolnych mediach”. „Sensacja”, „szokujące”, „wstrząsające zeznania na procesie Sumlińskiego” – pisano w nagłówkach doniesień, epatując czytelników „rewelacjami” wygłaszanymi przez świadka.
Następnego dnia – zapadła głucha cisza. Tematy poruszone przez Winiarskiego, nie tylko nie zainteresowały publicystów i tzw. dziennikarzy śledczych „wolnych mediów”, ale nie spowodowały żadnych reakcji ze strony polityków PiS i środowiska Belwederu. Wydarzenie potratowano jako jednodniową sensację. Wprawdzie nazbyt dociekliwi odbiorcy mogliby pytać – dlaczego nagrania rozmów z Komorowskim nie wzbudziły zainteresowania ludzi, którzy zachłystują się dziś tzw. aferą taśmową i ku uciesze kilku funkcjonariuszy pełnią wdzięczną rolę rezonatorów obcej gry - ale z perspektywy dotychczasowych praktyk nie było to zachowaniem zaskakującym.
Proces w sprawie afery marszałkowej nigdy nie cieszył się uwagą tych środowisk, zaś doniesienia z przebiegu rozpraw pojawiały się nader sporadycznie. Od czerwca 2011 roku, gdy przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Woli ruszyło postępowanie sądowe, temat był całkowicie ignorowany przez reżimowe ośrodki propagandy (co wydaje się zrozumiałe) ale też nie wywoływał zainteresowania mediów kojarzonych z opozycją. Salę rozpraw na Kocjana 3 omijano szerokim łukiem i przez wiele lat nie zawitał tam żaden z „niepokornych” i „niezależnych” dziennikarzy. Tę swoistą zmowę milczenia przerywały jedynie relacje blogera andera, który konsekwentnie, od początku relacjonował przebieg rozpraw.
Trzeba zauważyć, że sprawa zeznań Winiarskiego i krótkotrwały „szok” wywołany jego obecnością w sądzie, doskonale ukazują indolencję i skalę zaniechania środowiska „wolnych mediów”. O tym świadku i jego perypetiach z B.Komorowskim wiadomo bowiem od 2012 roku – tj. od czasu, gdy dr. Leszek Pietrzak opublikował w „Warszawskiej Gazecie” (31 (68)  3-9 sierpnia 2012) tekst, w którym ujawnił „Przypadek Krzysztofa W”. Informacje o Winiarskim, Leszek Pietrzak przekazał następnie podczas rozprawy sądowej w dniu 28 listopada 2012 r. Bloger ander relacjonował wówczas:
Leszek Pietrzak opowiedział o podkarpackim biznesmenie Krzysztofie Winiarskim, który dotarł do niego jesienią 2010 r., na co dzień operujący w środowisku wojskowym i znający wielu polityków. Człowiek ten poinformował Leszka Pietrzaka, że na przestrzeni 2007 r. kilkakrotnie rozmawiał z ówczesnym wicemarszałkiem Bronisławem Komorowskim i że ze strony marszałka miały płynąć sugestie pomocy w znalezieniu haków na PiS i komisję weryfikacyjną. Krzysztof Winiarski poinformował Leszka Pietrzaka, że posiada dokumentację tych rozmów oraz pokazał mu formalne doniesienie do prokuratury w tej sprawie; w tym doniesieniu byli wskazani świadkowie rozmów Krzysztofa Winiarskiego z marszałkiem Komorowskim. Zdaniem Leszka Pietrzaka, może to wskazywać, że marszałek Komorowski mógł mieć interes w politycznym skompromitowaniu komisji weryfikacyjnej, co byłoby zbieżne z planami Leszka Tobiasza.”

czwartek, 10 listopada 2011

MEDIA ALBO ŚMIERĆ

Niezależnie od skutków fatalnej decyzji o wykluczeniu z PiS-u trzech europosłów, nietrudno  dostrzec, że w tle tej sprawy ujawniły się potężne mechanizmy, wobec których środowisko opozycji jest dziś całkowicie bezradne. Przyszłość PiS-u i rokowania wyborcze prawicy będą zależały od dostrzeżenia, a następnie pokonania tych ograniczeń.  
Nawet powierzchowna analiza zdarzeń prowadzących do usunięcia tzw. ziobrystów, musi skłaniać do wniosku, że mieliśmy do czynienia z wyreżyserowanym spektaklem, w którym rolę aktorów odegrali politycy, a misję suflera powierzono publicystom i rządowym ośrodkom propagandy. Najbliższe miesiące przyniosą zapewne odpowiedź na pytanie: kto wystąpił w roli przygodnego statysty, kto zaś prowadził grę według ustalonego scenariusza?
Rozbijanie formacji opozycyjnej jest bowiem stałym elementem gier powyborczych od 2007 roku, a rozpoczęty wówczas festiwal uśmiercania PiS-u nabiera rozpędu po każdych, przegranych wyborach. Z doświadczeń poprzednich kampanii wynika, że najlepsze efekty osiągano inspirując działania politycznych renegatów i zdesperowanych nieudaczników, biegających po mediach z nadzieją na swoje pięć minut. Występ takiego osobnika stanowił nieocenione źródło pogłosek i spekulacji, dając materiał do produkcji kolejnych wątków  służących destrukcji. Ten scenariusz z powodzeniem stosowano w roku 2007 i 2010, wykorzystując do woli próżność kilku błaznów.
Już wówczas ujawniła się niepokojąca słabość partii opozycyjnej, która nie potrafiła znaleźć sposobu na zablokowanie medialnych rozgrywek. Niemal każda wizyta przedstawiciela PiS-u w mediach lub wypowiedź na temat sytuacji wewnętrznej w partii była użyta do eskalacji  konfliktu i napędzała kolejną machinę dezinformacji.
Stosowano tu znaną w działaniach dezinformacyjnych zasadę posłużenia się przeciwnikiem dla wymuszenia takich zachowań i wypowiedzi, które miały budować fałszywą narrację.
Doskonałą ilustracją tej metody może być wywiad Zbigniewa Ziobry  dla "Uważam Rze", w którym prowadzący tak formułowali pytania, by skłonić rozmówcę do wyjawienia rzekomych pretensji i zmusić go do krytyki prezesa PiS-u.
O ile podstawowa dezinformacja sprowadza się do przedstawienia kłamstwa jako prawdy, o tyle ta metoda prowadzi do zmuszenia przeciwnika, by to on sam stworzył fałszywy obraz i wprowadził w błąd odbiorcę. Jej dewizą nie jest sugestia „kłamcie, kłamcie, zawsze coś z tego zostanie”, lecz: „perorujcie, perorujcie, w końcu odpowiednio do tego postąpicie".
By tak się stało, muszą zostać spełnione dwa warunki: trzeba doskonale znać przeciwnika i mieć pewność, że cechuje go naturalna skłonność do wyrażania myśli sprzyjających realizacji zamierzonego celu. Przystępując do gry musiano zatem wiedzieć o wewnętrznych konfliktach w PiS-ie i trafnie oceniano predyspozycje poszczególnych posłów. Obecne działania tym różnią się od wcześniejszych kombinacji, że perfekcyjnie rozegrano ambicje jednej grupy, konfrontując je z obawami drugiej.
Do powszechnych należą sytuacje, w których politycy PiS-u podejmują wyłącznie tematy narzucone przez ośrodki propagandy, reagują polemicznie na rozliczne „wrzutki” i działają w rytm podanej narracji. Dla wielu z nich pokusa zaistnienia w okienku telewizyjnym lub spotkania z dziennikarską „gwiazdką” jest na tyle silna, że prowadzi do wyłączenia mechanizmów samokontroli. Biegając do rządowych mediów nie potrafią uniknąć reakcji schizofrenicznych, żaląc się później, że ich wypowiedzi zostały wypaczone, a intencje poddane manipulacji. Ten żenujący spektakl mogliśmy oglądać również po październikowych wyborach.
W tej sytuacji, od kierownictwa partii opozycyjnej należało oczekiwać wydania bezwzględnego zakazu występów medialnych. Po doświadczeniach kolejnych rozgrywek powyborczych, taki zakaz byłby najmądrzejszą odpowiedzią na zakusy małych demiurgów, próbujących kreować nieistniejącą rzeczywistość. Złamanie zakazu stanowiłoby dostateczną przesłankę, by pożegnać nazbyt elokwentnego posła. Ta prosta reguła chroniłaby nie tylko przed eskalacją rzekomych  sporów i nakręcaniem psychozy rozłamu, ale pozwalała uzyskać czas na wygaszenie emocji i poskromienie ambicji niektórych polityków. Ponieważ wśród mediów głównego nurtu nie ma dziś żadnego, które można uznać za  przychylne opozycji – taka decyzja byłaby w pełni racjonalna i korzystna dla interesów PiS-u.
Skoro nie sięgnięto po dogodny środek – nie może dziwić, że wykluczenie Zbigniewa Ziobry i jego kolegów poprzedziła wręcz klasyczna operacja medialna przeprowadzona według reguł dezinformacji. Zaprzęgnięto w nią wszystkie rządowe przekaźniki, włączono podatne na manipulację środowiska blogerskie, wykorzystano wypowiedzi polityków PiS - nadając im wymiar daleki od intencji rozmówców. Media zaroiły się od cytatów „anonimowych informatorów”, a tytuły publikacji umiejętnie podsycały atmosferę, epatując odbiorców przekazem o „ziobrystach” – rozłamowcach, planujących tworzenie drugiej partii opozycyjnej.  Zadanie okazało się tym łatwiejsze, że opisana wyżej metoda jest szczególnie skuteczna wśród społeczeństw uzależnionych od przekazu medialnego, przyjmujących bezkrytycznie każdą dziennikarską brednię. To zatem, czego ośrodki propagandy nie mogły oznajmić wprost, zostało dopowiedziane w setkach publikacji internetowych lub w dywagacjach partyjnych kolegów rzekomych secesjonistów.
Zasługę w tym procederze miało kilku prominentnych posłów PiS, uczestniczących ochoczo w nakręcaniu destrukcyjnej koniunktury i podejmujących każdy, najbardziej absurdalny wątek o intencjach „ziobrystów”. Dopiero to zachowanie ujawniło rzeczywisty obszar konfliktu i wskazało krąg osób zainteresowanych  pozbyciem się partyjnej konkurencji. Nietrudno zauważyć, że wśród ludzi, którzy z trafnej uwagi o przegranych wyborach uczynili koronny zarzut w stosunku do własnych kolegów, znajdowali się główni sprawcy wyborczej porażki PiS-u. Dla nich medialna operacja stanowiła rodzaj kurtyny, za którą można ukryć własną nieudolność i zatuszować popełnione błędy. Tłumaczy to gorliwość, z jaką ludzie ci współuczestniczyli w dziele demontażu macierzystej partii. Umiejętne wykorzystanie tej relacji zdecydowało o powodzeniu całej kombinacji, zaś wykrycie domniemanej frakcji „ziobrystów”  służyło spreparowaniu  politycznego alibi.
Nie można natomiast znaleźć usprawiedliwienia dla późniejszych zachowań samego Zbigniewa Ziobry, który widząc w jakim kierunku zmierza kombinacja, nie pohamował medialnej aktywności i nadal dostarczał  przeciwnikom użytecznych argumentów. Jeśli nawet plan podziału PiS-u powstał przed wyborami, a intencje Ziobry zostały weń wplecione i zmanipulowane – doświadczonemu politykowi nie wolno było popełniać tak kompromitujących błędów. 
Nie ma wątpliwości, że gra na rozbicie opozycji nie zostanie zakończona na obecnym etapie. Trzech wykluczonych to za mało, by zdezintegrować i zachwiać partią Jarosława Kaczyńskiego. Kolejna faza operacji będzie zmierzała do wykreowania „nowej prawicy” i sfinalizowania pisowskiej frondy jako koncesjonowanej opozycji, np. w formie partii republikańskiej.
Trudno przypuszczać, by kierownictwo PiS - u wyciągnęło wnioski z dotychczasowych porażek.  Świadczą o tym wypowiedzi niektórych polityków wyrażających zadowolenie z usunięcia rzekomych rozłamowców i traktujących tę decyzję jako ostrzeżenie dla pozostałych „ziobrystów”. Sztandarowym argumentem przeciwko nim jest zarzut prowadzenia „rozmowy przez media”. Szef Komitetu Wykonawczego PiS Joachim Brudziński oznajmił, że dyskusja o przyszłości partii będzie możliwa, „pod jednym wszakże warunkiem, że będzie to dyskusja wewnątrz partii, a nie na zewnątrz”, zaś rzecznik partii Adam Hofman uznał za konieczne „zaprzestanie festiwalu medialnego”.
Wypada żałować, że tak trafna konkluzja nie prowadzi do równie słusznych działań. Argument wysuwany wobec „rozłamowców” jest o tyle fałszywy, że formułują go ludzie uznający rządowe ośrodki propagandy za stosowne miejsce do komunikowania się z wyborcami i prowadzenia w nich rozmów o przyszłości Polski.  Nie wiadomo zatem, dlaczego to samo miejsce miałoby okazać się niewłaściwe dla dyskusji o przyszłości partii opozycyjnej? Tak Joachim Brudziński, jak panowie Czarnecki czy Hofman nie mają najmniejszych oporów przed występami w rządowych przekaźnikach, wierząc najwyraźniej, że w ten sposób ich głos trafia do prawicowego elektoratu. Jeśli dopuszczają „rozmowę przez media” z milionami wyborców PiS-u , czemu odrzucają scenariusz podobnej rozmowy o przyszłości własnej partii? Czy widząc prawdziwe oblicze tych mediów, chcą chronić przekaz przed zafałszowaniem tylko wówczas, gdy dotyczy to spraw wewnątrzpartyjnych? A jeśli tak, to czy jest on więcej wart od poważnej rozmowy o przyszłości Polaków?
Trzeba stawiać tak sarkastyczne pytania, by uprzytomnić sobie, jak wielka jest skala schizofrenicznych zachowań, w których praktyka działania nie dorównuje werbalnym deklaracjom. Słuszna skądinąd uwaga o potrzebie toczenia dyskusji w życzliwych środowiskach nie prowadzi bowiem do żadnej, sensownej pointy. Politycy PiS-u nadal traktują media III RP jako jedyne źródło komunikowania z wyborcami i nawet świadomość fałszowania przekazu nie jest w stanie odwieść ich od uczestnictwa w propagandowych spektaklach. Co odróżnia taką postawę od praktyk przedstawicieli grupy rządzącej, którzy z medialnych inscenizacji i handlu kłamstwem uczynili fundament swojej władzy? Kłamstwo zaś sprzedaje się tym, którymi się gardzi. Czy zatem opozycja musi być skazana na korzystanie z narzędzi oszustów?
Kolejne przegrane wybory i skutecznie rozegrana „kombinacja rozłamowa” powinny prowadzić do wniosku, że podstawą zbudowania silnej opozycji muszą być niezależne media i własny, oparty na prawdzie język komunikacji. Bez tych atrybutów partia opozycyjna nie ma prawa oczekiwać zwycięstwa. Juliusz Mieroszewski, na którego słowa "by polityka była skuteczna musi być najpierw moralnie słuszna" powoływał się Jarosław Kaczyński, napisał kiedyś w emigracyjnej „Kulturze” : „Polscy politycy nie doceniają słowa jako instrumentu oddziaływania politycznego. Domorośli "realiści" pouczają nas ustawicznie, że w polityce liczą się tylko fakty. Zapominają natomiast, że w polityce początkiem z którego kiełkuje i wyrasta fakt, jest zawsze słowo.
Polityka moralnie słuszna może być oparta tylko na słowie nieskażonym manipulacją i złą intencją. Podobnie jak odbudowa autentycznej wspólnoty wymaga odtworzenia elementarnych reguł semantycznych, tak kreowanie wolnego słowa winno stać się priorytetem partii Jarosława Kaczyńskiego. Po doświadczeniach ostatnich lat widać, że media III RP stanowią dla polityków opozycji śmiertelną pułapkę, a każda próba konfrontacji kończy się bolesną porażką. Blokada informacyjna i skrzywiony, zafałszowany obraz polskiej rzeczywistości jest zasadniczą przyczyną wyborczych klęsk opozycji. „Kombinacja rozłamowa” nie byłaby możliwa, gdyby PiS dysponował własnymi środkami przekazu i potrafił komunikować się poza nurtem rządowych mediów. Czas również zdobyć się na refleksję i uznać, że politycy tej partii są całkowicie bezsilni wobec metod propagandystów i nie potrafią przeciwstawić się narzuconej narracji. Nie ma dziś żadnej pewności, że PiS przeżyje następną konfrontację z aparatem dezinformacji.
Joachim Brudziński i Adam Hofman mają rację, gdy żądają zaprzestania festiwalu medialnego i nie chcą prowadzenia „rozmowy poprzez media”. Trzeba jednak ten postulat rozciągnąć na cały obszar komunikacji i nie ograniczać do wewnętrznych spraw partii. Nie da się prowadzić dialogu z Polakami  korzystając z ośrodków wrogiej, nienawistnej propagandy. Taka rozmowa musi zakończyć się fałszywą konkluzją i uwłacza wyborcom PiS-u. Nie da się również pokazać prawdy o stanie państwa używając narzędzi, którymi posługują się oszuści. Za postulatem posłów PiS musi zatem pójść projekt tworzenia własnych, niezależnych od dyktatury mainstreamu mediów i plan przełamania monopolu informacyjnego. To dziś najważniejsze wyzwanie dla opozycji.


Artykuł został opublikowany w nr 45/2011 Gazety Polskiej.

wtorek, 25 października 2011

O ZBĘDNYM MERDANIU OGONEM

Uśmiercanie PiS-u stanowi ulubione zajęcie rządowych mediów. W równym stopniu jest oznaką chorobliwych obsesji trawiących pracowników ośrodków propagandy, jak ich zabobonnej  wiary w moc słowa pisanego. Wielu z nich zdaje się wierzyć, że projekcją życzeń można zastąpić rzeczywistość, a ponieważ zabobon ten podziela większość Polaków festiwal uśmiercania PiS-u trwa nieprzerwanie od co najmniej 6 lat. W okresach powyborczych przybiera postać masowej histerii, ogarniając zasięgiem nawet zwolenników  partii Jarosława Kaczyńskiego. Stałość tego zjawiska zawdzięczamy łatwości, z jaką nasi rodacy przyjmują każdą medialną brednię, jak i osobliwej chorobie krótkiej pamięci, która nie pozwala objąć refleksją okresu dłuższego niż czas od włączenia i wyłączenie telewizora.
„W niektórych mediach obowiązuje zasada - jak chcesz pracować, to musisz atakować PiS. A w każdym razie nie możesz o nim pisać dobrze” – zauważył już w listopadzie 2007 roku Jarosław Kaczyński. Po czterech latach rządów PO-PSL agresję wobec opozycji podniesiono do rangi naczelnej reguły dziennikarstwa III RP, co dowodzi nie tylko ciągłości peerelowskiej tradycji i stałości wzorców leninowskich, ale świadczy o kompletnym braku wyobraźni i tępocie małych demiurgów. Dawno przecież powinni zadać sobie pytanie: czym będą się zajmowali i do czego będą potrzebni, gdy uśmiercą jedyną opozycję? Z tym dylematem wiąże się również obawa: ileż sierot pozostawi PiS po sobie, iluż publicystów i blogerów zmusi do milczenia z powodu prozaicznego braku tematu?
Nim nastąpi ta apokaliptyczna chwila – trwa kolejny festiwal uśmiercania PiS-u,  nabierając z każdym dniem rozpędu i frenetycznych pląsów. Z doświadczeń poprzednich kampanii wynika, że najlepsze teksty agonalne powstawały z inspiracji politycznych renegatów i zdesperowanych rozłamowców, biegających po mediach z nadzieją na swoje pięć minut. Każdy występ takiego osobnika stanowił nieocenione źródło pogłosek i spekulacji, dając okazję do produkcji nieprzebranej ilości bredni. Scenariusz z powodzeniem stosowano w roku 2007 i 2010, wykorzystując do woli megalomanię błaznów, a czasem dobrą robotę oficerów prowadzących.
Ta radosna eksploatacja okazała się na tyle wyniszczająca, że po ostatnich wyborach zabrakło użytecznych „źródeł osobowych”. Nowe jeszcze nie wykiełkowały, a te najgłębiej ukryte, pozostawiono w odwodzie.  
Sposobem na chwilowe braki kadrowe okazała się ulubiona metoda małych demiurgów polegająca na wykreowaniu nieistniejącej rzeczywistości. Do działań przystąpiono natychmiast po wieczorze wyborczym, spekulując nad przyczynami nieobecności Zbigniewa Ziobry. Dwa dni później, artykuł Wojciecha Wybranowskiego - „Ziobro wyprowadzi ludzi? opublikowany w „Rzeczpospolitej”, nadał kombinacji precyzyjny kierunek
Jak wynika z nieoficjalnych informacji „Rz", Komitet Polityczny PiS ma zażądać wyjaśnień w sprawie kampanii od europosłów Zbigniewa Ziobry i Jacka Kurskiego. Część działaczy PiS zarzuca im, że przed wyborami działali nie na rzecz partii, ale we własnym interesie.” – donosił dziennikarz „Rzepy”. Tytuł nadany temu doniesieniu przez „Wyborczą”: „Dojdzie do secesji w PiS? Kurski i Ziobro obwiniani o klęskę” – musiał wzbudzić zawiść mniej rozgarniętych kolegów.
Tak szczęśliwie rozpoczęta akcja spotkała się ze spontanicznym wsparciem Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która kilka dni później podzieliła się ze słuchaczami pewnej rozgłośni cenną uwagą: "Prezes PiS powinien wreszcie wyciągnąć wnioski z porażek a Zbigniew Ziobro jeżeli ma ambicję, dziś jest najlepszy czas, by zawalczył o wpływy w PiS".
Od tej chwili, uczynienie ze Zbigniewa Ziobry pisowskiego secesjonisty stało się ideą fix  rzeszy żurnalistów, blogerów i samorodnych  analityków. Wizja uśmiercenia PiS-u rękami młodego „delfina” rozgrzała inwencje małych demiurgów, pozwalając im poczuć dreszcz podniecenia na myśl o czekających nas zdarzeniach. Do „pomocy” Ziobrze przydano natychmiast Tadeusza Cymańskiego, okraszając wrażych rozłamowców szwarccharakterem Jacka Kurskiego. Złaknione śmiertelnych konwulsji towarzystwo prześcigało się w produkowaniu coraz wymyślniejszych doniesień: „Zbierają haki na Ziobrę i Kurskiego. Wytną opozycję w PiS?”, „"Ziobro boi się Kaczyńskiego, doznał wielu upokorzeń", ”Ziobro na wylocie”.
Troska o uwiarygodnienie kombinacji nakazała włączyć w nią inne organy państwa oraz sprawdzonych w boju towarzyszy. Przesłuchanie Zbigniewa Ziobry w rzeszowskiej prokuraturze, w sprawie tzw. afery gruntowej pozwoliło uruchomić Janusza Kaczmarka. Stwierdzenie byłego szefa MSWiA, iż "Zbigniew Ziobro wybiela siebie i pogrąża w zeznaniach Jarosława Kaczyńskiego", poparte natychmiast słowami Jaromira Netzela: „Zbigniew Ziobro swoimi zeznaniami obciążył byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego” -  miało przekonać odbiorców, że polityk PiS-u już przeszedł na „ciemną stronę” i zachowuje się jak bezwzględny renegat.
Kolejną kreatywną wizję stworzyła ponownie „Rzeczpospolita”, publikując doniesienia anonimowych informatorów z posiedzenia komitetu politycznego PiS. Tytuł nadany temu donosowi: „Ziobro i Cymański kontra zwolennicy Kaczyńskiego” – nie pozostawiał wątpliwości, że w partii opozycyjnej doszło do dramatycznego rozłamu. Bezimienny „poseł PiS” informował „Rzepę”: „Były już powyborcze rozliczenia, ale takiej wojny jeszcze nie widziałem”. Na podstawie tej relacji przenikliwi żurnaliści uznali, że  „Stronnicy prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego twierdzą, że do porażki przyczynili się Ziobro oraz dwaj inni eurodeputowani – Jacek Kurski i Tadeusz Cymański”.
Kropkę nad i miał postawić wywiad Zbigniewa Ziobry udzielony tygodnikowi „Uważam Rze”. „Ziobro przemówi w poniedziałek.” – elektryzował tytuł zapowiedzi i „ujawni o co naprawdę mu chodzi. Deklaruje lojalność, ale żąda zmian”.  Co prawda, ze słów polityka PiS: „Po pierwsze jedność. Po drugie korekta i modernizacja. Po trzecie zwycięstwo” -  wynikały wnioski rażąco odmienne od tez propagandystów, nie przeszkodziły jednak w podtrzymaniu dotychczasowej narracji i wybiórczym podkreśleniu w tytule dzisiejszej „Rzepy”: „Ziobro chce modernizacji PiS”.
Nie można zmusić kogoś, by stał się wytworem chorobliwych spekulacji lub sprostał kaprysom małych demiurgów. Tym bardziej, jeśli zabieg kreowania rzeczywistości dotyczy zaspokojenia obsesyjnych dążeń i przypomina nieudolne praktyki voodoo. O los Zbigniewa Ziobry i pozostałych „rozłamowców”  możemy być spokojni. Rozłam dziś PiS-owi nie grozi, zaś  występy propagandystów pozostaną kolejnym świadectwem czasów hańby.  
Jarosław Kaczyński w wywiadzie z listopada 2007 roku, z którego słowa cytowałem na wstępie wyjaśnił,  dlaczego nie chce zmieniać relacji z dziennikarzami i nie zamierza być w stosunku do nich bardziej przymilny.
Merdanie ogonem w odpowiedzi na agresję nic nie da” – trafnie stwierdził prezes PiS-u. Trafnie, bo kłamstwo i manipulacja są zawsze wyrazem agresji – najczęściej z powodu tchórzostwa lub smrodliwego koniunkturalizmu. Byłoby dobrze, gdyby Jarosław Kaczyński i pozostali politycy PiS- u przypomnieli sobie o tych słowach i zamiast zbędnego merdania ogonem potrafili zdzielić agresora tak, jak na to zasługuje.




Źródła: