Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niepodległość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niepodległość. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 sierpnia 2022

RUCH 12 MAJA

     Partii rządzącej IIIRP udała się rzecz bez precedensu. Większość moich rodaków została skutecznie uodporniona na wszelkie przejawy zła, hańby i zdrady i nie jest ich w stanie poruszyć żaden, choćby najbardziej spektakularny objaw patologii.
Ale „zwycięstwo” rządzących sięga dalej, bo za moralną immunizacją społeczeństwa podąża  całkowita obojętność na sprawy polskie, na stan bezpieczeństwa naszego kraju, na kwestie dotyczące przyszłości naszych rodzin i Ojczyzny.
Obojętność mająca różne oblicza – od kompletnego otępienia i poczucia beznadziei, po udawany sarkazm i teatralny cynizm.
    „Sukces” partii rządzącej jest w pełni zasłużony. Przez siedem lat infekowano moich rodaków taką dawką propagandowej trucizny i zakażano taką ilością aktów zaprzaństwa, łajdactwa i głupoty, że, nie tylko rozumienie dobra i zła uległo zatarciu, a przyzwolenie na zło przerosło wszelkie granice, lecz odrzucono rzecz tak elementarną, jak instynkt samozachowawczy.
Gdyby w IIIRP kiedykolwiek przeprowadzono rzetelne badanie opinii publicznej, jestem przekonany, że zdecydowana większość respondentów określiłaby obecną sytuację jako „beznadziejną” i orzekła, że „nic nie da się zrobić”.
 Ten główny, realny „sukces” partii J. Kaczyńskiego, został osiągnięty świadomie i z premedytacją.
Przed wieloma laty napisałem - „Narodu nie zabija się pałką ani karabinem. Nie zamyka w więzieniu i nie stawia pod ścianą. Narzędziem zabójstwa jest zawsze kłamstwo – powolna, skuteczna trucizna, sączona z pokolenia w pokolenie.”
Zniszczenie narodu, nie jest zadaniem łatwym. Nawet dla „ideowych” ludobójców, wyposażonych w narzędzia terroru. Proces zabijania wymaga, nie tylko eksterminacji elit czy wymordowania niepokornych – jak czynili komunistyczni bandyci, ale zatarcia poczucia tożsamości zbiorowej i rozerwania więzi łączących pokolenia. Wymaga odrzucenia daru identyfikowania się we wspólnej historii, wartościach i celach oraz zabicia podstawowej dychotomii My-Oni.
W przestrzeni zakłamanej i zagarniętej przez ośrodki propagandy, której strażnikami stali się semantyczni terroryści, nie ma dziś miejsca na wytyczenie tej dychotomii. Nie znalazł się nikt, kto miałby odwagę nazwania Obcych po imieniu i odmówienia im przynależności narodowej.
Zostali koncyliacyjni oszuści, piewcy „zgody narodowej” i „porozumień ponad podziałami”. Zostało partyjne towarzystwo „wspólnoty brudu”, fanatyczni geo-realiści i prymitywni „pragmatycy”, spod znaku czcicieli pełnej michy.
Ten stan musiał doprowadzić do totalnej destrukcji świadomości społecznej, do wpojenie nam, że wolno zdradzać i nienawidzić polskości, a zachować miano Polaka, że można drwić z praw ludzkich i boskich – i być nazywanym sędzią, że należy łgać i szerzyć propagandę – by zasłużyć na miano dziennikarza.
Ofiarami zabójczej demoralizacji są nie tylko ludzie młodzi, poznający realia IIIRP, ale wszyscy, którzy przechodzą do porządku nad setkami przypadków łamania prawa, zdrady, pogardy dla polskości. Przechodzą zaś dlatego, że „wiemy, jakie są sądy”, że „nie należy otwierać nowych frontów walki”, że „w czas wyborczy nie wolno ulegać prowokacji” i przyjmują dziesiątki tego rodzaju sofizmatów sączonych przez rządowe ośrodki propagandy.
Przyjmują z wygody i ”dla świętego spokoju”, z głupoty lub z wyrachowania. A jeśli nawet przyjmują z goryczą, lub poczuciem krzywdy, świadomość, że „nic nie da się zrobić” zabija wszelki odruch buntu i zdusi wolę działania.
Rządzącym tym państwem nie trzeba więcej.
Przez pierwszą kadencję pracowali nad zabiciem poczucia sprawiedliwości i narodowej dumy – „rozgrzeszając” kolegów z tzw.”opozycji”(nazwa ze wszech miar fałszywa) z setek afer, z kradzieży majątku narodowego, z paktowania z wrogami Polski i udziału w zastawieniu pułapki smoleńskiej. Za polityką „rozgrzeszenia” – do której PiS nie miał żadnego prawa, podążał zamysł splugawienia całego życia publicznego i uczynienia z tego państwa przedmiotu obcych wpływów.
    Dziś nikt już nie pamięta obietnic PiS z lat 2008-2014, nie liczy na sprawiedliwy osąd zdrajców i łajdaków, nie domaga rachunku krzywd i zadośćuczynienia za lata hańby. Nikogo nie dziwi, że ludzie, którzy od lat winni odbywać wyroki dożywotniego więzienia, są kreowani na „partnerów politycznych” i „liderów opozycji”.
To wielkie, historyczne osiągnięcie Kaczyńskiego i jego kamratów.
Druga kadencja tej partii upływa na umocnieniu poczucia bezsiły i całkowitym „rozbrojeniu” Polaków.
Rozbraja się nas – nie tylko z woli działania, ale z pamięci i odwagi, z dumy i aspiracji, rozbraja z poczucia obowiązku i narodowych powinności.

niedziela, 28 listopada 2021

ŚCIANA

Doszliśmy do ściany, przy której słowa tracą znaczenie.
Ściany głupoty i obojętności na zło.
Ściany niewiedzy świadomej, a pożądanej i amnezji równie łatwej, jak ucieczka od poczucia winy.
Tylko dlatego będzie ten tekst.
Nie zmieniam zdania, że zajmowanie się sprawami bieżącymi i tym, co oferuje układ rządzący-jest stratą czasu. Niegodną człowieka rozumnego.
Doszliśmy jednak do granicy, przy której trzeba głośno krzyczeć. Jeśli nie z przerażenia, to z gniewu.
Sytuacja, w jakiej znajduje się mój kraj, jest stanem przedzawałowym, przystankiem nad przepaścią i drogą na zatracenie.
    Trzy zagrożenia decydują o naszej kondycji.
Każde powstałe z winy rządzących, za sprawą setek błędów, zaniechań i świadomego zaprzaństwa, z powodu głupoty i pazerności, na skutek chorobliwych kompleksów i „politycznych strategii” na poziomie partyjnego ćwierćinteligenta.
Pierwsze i najpoważniejsze, dotyczy niczym nie skrepowanej, antypolskiej działalności Obcych; wielorakich aktów zdrady, anarchii i dywersji politycznej – jakich dopuszczają się środowiska nazywane tu„opozycją”.
To pokłosie odrzucenia sprawy smoleńskiej i haniebnych kompromisów, które pozwoliły partii Kaczyńskiego uzyskać zgodę na czasowe zarządzanie III RP.
Rozgrzeszenie wszystkich afer, przestępstw i niegodziwości ośmiu lat rządów reżimu PO-PSL, było jednym z warunków „paktu wyborczego” z roku 2015. Odtąd obie frakcje polityczne, powołane do symulowania „procesów demokratycznych”, podjęły wspólne działania, zmierzające do likwidacji resztek polskości i uśmiercenia instynktu narodowego.
Partia Kaczyńskiego ma przygotować grunt pod system totalnej deprawacji. Po nich przyjdą likwidatorzy resztek polskości.
Dlatego czas rządów PiS, jest fazą wstępną tych działań.
    Z jednej strony, realizowanych przez grupę nazywaną „opozycją”. Mają one wymiar jawnych, otwarcie antypolskich akcji, opartych na wspieraniu wrogich państw i organizacji, na plugawieniu naszego języka i niszczeniu życia publicznego, na mieszaniu podstawowych pojęć i relatywizacji dobra i zła, na pospolitym donosicielstwie i niepospolitej zdradzie, na fałszowaniu naszej historii, propagowaniu chamstwa i dominacji najniższych instynktów i dewiacji.
Ludzie występujący wprost przeciwko Polsce, mają całkowitą pewność, że żadne ze „środowisk patriotycznych” dopuszczonych do mistyfikacji „pluralizmu politycznego” III RP, nie odmówi im polskości i nie postawi poza wspólnotą narodu.
Ci ludzie wiedzą, że nie ma takiej zdrady i takiej nienawiści do Polaków, za które musieliby płacić więzieniem lub głową.
Wiedzą i to, że zarzut zdrady nie ma dla moich rodaków żadnego znaczenia, nie kojarzy się ze złem, nie wyklucza z polskiej społeczności i nie prowadzi do odrzucenia i pogardy. Jest dla nas słowem pustym, wyzutym z logicznej treści, a za sprawą tych, którzy mówią o zdradzie i jej nie karzą - słowem sprowadzonym do semantycznego absurdu.
    Z drugiej strony– rządzącym tym państwem, powierzono obowiązek narzucenia Polakom akceptacji dla działalność Obcych. Chodzi o totalną destrukcję świadomości społecznej i wpojenie nam, że wolno zdradzać i nienawidzić polskości - a zachować miano Polaka, że można drwić z praw ludzkich i boskich – i być nazywanym sędzią, że trzeba łgać i szerzyć wrogą propagandę – by zasłużyć na miano dziennikarza.
To nie "pluralizm medialny" nakazuje propagandystom PiS nagłaśniać każdy bluzg i knajackie zachowania różnych chamów. Nie oburzenie, ani chęć krytyki, każe im propagować bełkot „polityków opozycji” i kretynizmy wygłaszane przez telewizyjne panienki.
Ten celowy zabieg ma zohydzić życie publiczne, ma oswoić nas ze złem i niszczeniem zasad moralnych. Ma uczynić z naszego kraju siedlisko plugastwa i dewiacji, a przez akceptację zachowań anormalnych i przestępczych, zatrzeć wszelkie granice dobra i zła.
Tak hoduje się niewolników.
To, co w normalnej społeczności, byłoby odrzucone, potępione i ukarane – dyktuje się nam, jako efekt „różnic politycznych” i wyraz „totalności opozycji”.
To, co normalne państwa każą więzieniem, utratą praw publicznych i ostracyzmem - w III RP jest systemowo bezkarne i rozgrzeszone sofistycznym bełkotem.
    Jeśli działania Obcych traktuję jako zagrożenie, to tylko w odniesieniu do nas – Polaków, upodlonych latami rządów „patriotycznej prawicy”. Jest oczywiste, że dla działaczy partii Kaczyńskiego nie stanowią one poważnego problemu. Obowiązująca do dziś zasada, wygłoszona przez Kaczyńskiego w roku 2015: „nie będzie żadnej zemsty i odwetu, negatywnych emocji ani osobistych rozgrywek, żadnego kopania tych, którzy upadli.(...)Jesteśmy gotowi zapominać i wybaczać” – daje tym ludziom pewność,że po „zmianie rządów” nie spadnie im włos z głowy.

Drugie niebezpieczeństwo, przed którym dziś stoimy, dotyczy dominacji instytucji unijnych – a ścisłej - narzucenia nam niemieckiego dyktatu ekonomicznego i anty-cywilizacyjnych dewiacji praktykowanych przez społeczności Zachodu. Zabieg, wykonywany w sposób bezwzględny i wrogi, ma uczynić z naszego kraju unijną kolonię pod niemiecko-rosyjskim protektoratem i raz na zawsze wyrugować polskie obyczaje, kulturę i tożsamość.
Przyczyny owej bezwzględności i buty unijnych politruków, trzeba szukać w zachowaniach grupy rządzącej, w dziesiątkach ustępstw, „kompromisów” i kapitulacji, jakimi w dziejach tego państwa zapiszą się ludzie Kaczyńskiego.
Od nonsensownej i uwłaczającej „debaty o stanie demokracji”, w jaką owi „patrioci” pozwolili się zaprząc w styczniu 2016 roku, poprzez dyktat unijnych budżetów i bakszyszu zwanego „KPO”, po likwidację polskich kopalń, rezygnację z tzw.”reform sądowych”, przyjęcie ukazu propagowania dewiacji, unijnej „praworządności”, czy strategii wojskowej”.
    Wyłożona onegdaj przez pałacowego doradcę, prof. A. Zybertowicza, zasada "suwerenności współdzielonej", pozwala tworzyć sofizmaty tak użyteczne, że politycznym hochsztaplerom udaje się rozgrzeszyć każde tchórzostwo i zaprzaństwo. Pewność, że zostaną one ukryte za parawanem rządowej propagandy i przemilczane przez kolegów- „opozycję”, pozwala rządzącym kreować się na „obrońców polskich interesów” i mamić wyznawców pseudo-patriotyczną retoryką.
To zagrożenie, uznaję za nieuchronne. Słowa J. Kaczyńskiego, który dla milionów moich rodaków jest etyczno-polityczną wyrocznią : „Przynależność do UE jest wymogiem polskiego patriotyzmu”, odzwierciedlają stan umysłu, w którym nie ma już ratunku.
Nieuchronność wynika również z faktu,że „zatopienie” polskości w bagnie unijnych patologii, jest całkowicie obojętne większości moich rodaków. To proces niedostrzegalny, dla ludzi karmionych propagandą, kupionych unijnymi srebrnikami i ogłupionych medialną anty-kulturą.

Zagrożeniem trzecim- jest agresja rosyjska, podczas której Putin i jego narzędzie-Łukaszenka, rozpoznają dziś skalę słabości III RP.
Straszenie „wojną z Rosją”, tak gorliwie uprawiane przez rozmaitych „ekspertów od bezpieczeństwa”, ze stajni środowiska b.WSI, jest dziś działaniem na rzecz Moskwy i stanowi integralną część kremlowskiej strategii podstępu i dezinformacji.
To nie "siła" Putina stanowi śmiertelne zagrożenie. Stokroć bardziej obawiam się decyzyjnego uwiądu amerykańskiego tetryka, uległości euro-idiotów i głupoty zachodnich "analityków".
Te"aktywa",w połączeniu z rozległą agenturą, stanowią dziś o rosyjskiej "sile".
    Również to zagrożenie, zawdzięczamy polityce ostatnich 6 lat. Odrzucenie przez PiS sprawy smoleńskiej i „zakopanie” jej na kolejne dekady, dało Putinowi pewność, że III RP rządzi grupa całkowicie podporządkowana zasadom sukcesji komunistycznej, wśród których „niedrażnienie Rosji” należy do najważniejszych kanonów.
Rozpaczliwa „integracja” z unijnymi terrorystami oraz pokładanie nadziei w klubie dyskusyjnym pod nazwą NATO, to kolejne, milowe kroki na drodze donikąd. Od wielu lat zaniechano rozbudowy polskiej armii, a pozbycie się Macierewicza przywróciło siłom zbrojnym „ludowy” sznyt i położyło kres projektom przystąpienia do Nuclear Sharing.
Nigdy też nie próbowano budowy koalicji antyrosyjskiej i nie szukano militarnych sprzymierzeńców wśród państw bałtyckich.
Dlatego - nie słowa, lecz fakty świadczą o rzeczywistych intencjach PIS wobec Rosji,czy Białorusi.
    Przez 6 lat, ten rząd nie podjął żadnej inicjatywy w celu zablokowania Nord Stream2. Antypolski pakt „Frau Ribbentrop” z „małym Mołotowem”, był możliwy, ponieważ władze III RP nie wykazały cienia aktywności na arenie międzynarodowej, a ich polityka wobec Niemiec-najbliższego sojusznika Putina, była mozaiką głupoty i uległości.
Od roku 2016 rośnie import rosyjskiego węgla, a nasz kraj należy dziś do największych odbiorców surowca z Donbasu-ukradzionego Ukrainie przez ruskiego okupanta (wzrost o 160 proc.w ostatnich 3 latach). Reaktywacja tzw. Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych, działalność rządowego TPPR-bis (tzw. Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia z rocznym budżetem kilkakrotnie większym od środków przeznaczanych na Podkomisję Smoleńską i praktyką „wymiany młodzieży”), przyzwolenie na antypolskość ambasady Rosji, czy szereg ruskich „inicjatyw kulturalnych” – to niewielki wycinek realiów III RP.
Stwierdzenie prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa: „Rosyjska agentura wpływu swobodnie działała w kluczowych polskich mediach” – i brak jakiejkolwiek reakcji służb, dobitnie dowodzi, że rządzący godzą się również z obecnością agentury.
III RP nie zareagowała na żaden z wcześniejszych ataków rosyjskich: na włamania hakerskie do urzędów państwowych, na paraliżowanie ważnych instytucji, na zatrzymanie polskiego samolotu.
    Od roku 2016, ten rząd wielokrotnie wyrażał zainteresowanie „otwarciem na Białoruś”. Chcąc przypodobać się Łukaszence, drastycznie obcięto środki na tTV Biełsat, nadającą z Polski po białorusku, a szef MSZ Waszczykowski „doradził” Białorusinom, by „nauczyli się mówić po polsku” i oglądali TV Polonia. Do Łukaszenki jeździł minister Waszczykowski i wicepremier Morawiecki, a marszałek Senatu Karczewski, wychwalał po wizycie reżim, opiewając „duży porządek i dobrze rozwiniętą infrastrukturę”.
W roku 2019 władze IIIRP nie reagowały, gdy służby Łukaszenki usuwały koparkami krzyże w Kuropatach, gdzie spoczywa blisko 4000 Polaków zamordowanych przez Rosjan w kwietniu i maju 1940.
Zaledwie w czerwcu br., lokator Pałacu, występując przeciwko "próbom skłócenia Polski i Białorusi" składał wieniec po krzyżem w Zaleszanach, ufundowanym przez b. członka PRON E. Czykwina (TW SB "Izydor"). Miejsce to miało „upamiętniać ofiary” walczącego z komunistami kpt. NZW Romualda Rajsy ps.Bury.
    Trzeba mocno podkreślić, że sytuacja na granicy polsko-białoruskiej, agresja Rosji i buta Łukaszenki, są konsekwencją przerażających błędów i zaniechań, jakich dopuścili się ludzie PiS. To ich słabość, uległość i nonsensowne „strategie”, doprowadziły do traktowania III RP niczym „pochyłego drzewa”.
Przyjmując dziś - ulubioną przez tą partię, pozę „ofiary”, ci ludzie kpią z Polaków, licząc na naszą amnezję i głupotę.

Wszystkie przedstawione tu zagrożenia, łączy wspólny mianownik: powstały „na życzenie” i za sprawą grupy rządzącej. To nie „atak na konserwatywne rządy”, nie „nienawiść do PiS”, ani „lewacki odwet” doprowadził do kumulacji tylu niebezpieczeństw.
Partia Kaczyńskiego nie ma żądnego prawa uważać się za „pokrzywdzoną”.
Nie jest bowiem „stroną atakowaną” w tych konfliktach, lecz współsprawcą klęsk, za które zapłacą moi rodacy.
    Brak spójnej, strategicznej polityki, ucieczka od odpowiedzialności, porzucenie polskiej racji stanu i polskich interesów, polityczne tchórzostwo i koniunkturalizm, uleganie naciskom, podatność na obce wpływy, setki kompleksów, kunktatorskich kompromisów i ustępstw – to rzeczywiste przyczyny dzisiejszych problemów.
To nie PiS stanowi przeciwwagę przed zdrajcami z „opozycji” i nie rządzący „walczą” dziś o polskie interesy w UE. To nie ten rząd „broni” naszych granic przed terrorystami.
Wszystko,co propaganda przedstawia nam, jako „zwycięstwa”, jest zaledwie mdłą reakcją obronną – bez cienia inicjatywy, bez woli walki, niezależność i determinacji.
Z odrazą słucham zapewnień, wygłaszanych w ramach „7 kroków” M.Morawieckiego. Z doświadczeń ostatnich lat wiemy, że będą ustępstwa, że decyzje zapadną poza III RP, że „europejska solidarność” jest mitem dla idiotów, a poza pustosłowiem, nie nastąpią żadne reakcje, sankcje, ani działania odwetowe.

Jeśli ta kumulacja agresji wewnętrznej i zewnętrznej stwarza dziś realne zagrożenie, to tylko dlatego, że „obrońcami” są ludzie słabi, obłudni i zależni, a my – mieszkańcy kraju dotkniętego agresją, nie chcemy dostrzec grozy naszego położenia.
Scenariusz przyszłych wydarzeń, dość łatwo przewidzieć. Nie jest perspektywą dni, lecz miesięcy lub lat.
    Rządzący ulegną roszczeniom unijnych terrorystów, a w stosunku do Rosji, będą dążyli do „konsensusu”. Zasada, wygłoszona w roku 2016 przez A.Dudę: "Absolutnie nie uważam,aby Rosja była naszym wrogiem. Nigdy takie słowo nie padło z moich ust ani żadnego odpowiedzialnego polityka w Polsce,aby Rosja była naszym nieprzyjacielem czy wrogiem" – nadal obowiązuje.
Im mocniej naciskają brukselscy komisarze, im większą presję wywiera kremlowski watażka – tym bardziej wśród rządzących narasta przekonanie, ze tylko ustępstwa i „mądre kompromisy”, mogą przedłużyć okres partyjnego zarządzania III RP. Jeśli to się nie uda, „przedterminowe wybory” są jedynym ratunkiem, jaki zna partyjny „strateg”.
    To droga do zatracenia resztek polskości, do ugruntowania władzy Obcych i oddania naszego kraju na pastwę odwiecznych wrogów- Rosji i Niemiec.
Już dziś widać, że we wszystkich zagrożeniach, będziemy zdani na własne siły. Im dłużej – i wbrew faktom, rządzący utrzymują moich rodaków w przekonaniu o „wsparciu UE” i „gwarancjach NATO” – tym szybciej zbliżamy się do ściany.

        Proszę nie pytać – jak spod niej wyjść? Odpowiedź, jakiej mógłbym udzielić, nie zadowoli pytających.
Zbyt głęboko tkwimy w niewolniczej mentalności, by zdobyć się na odruch gniewu.
Zbyt wielką krzywdę nam wyrządzono, byśmy odważyli się na bunt.
    W „Drodze donikąd” Józefa Mackiewicza, znajduje się dialog dwóch bohaterów – Pawła i Tadeusza. Niech starczy za odpowiedź:
„Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego.
Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.”



sobota, 13 listopada 2021

DEMOKRACJA CZY DYKTAT (1) JAKA POLSKA?


Gdyby zapytać naszych rodaków – jak obalić III RP, jak odbudować Niepodległą - pewnie większość odpowiedziałaby według poprawnego schematu i jako narzędzia wskazała „walkę parlamentarną”,„procesy polityczne” oraz „zwycięstwo wyborcze”.
Nie popełnię błędu twierdząc, że gros ludzi prawych, którzy widzieliby Polskę wolną od spuścizny komunizmu, od obecności tutejszych Obcych i dyktatu euro-terrorystów, tylko w owych „narzędziach demokracji” chce dostrzegać nadzieję.
Ta zaś część „patriotycznej prawicy”, która obecny status III RP postrzega przez pryzmat „wpływów zewnętrznych”, dodałaby do tego katalogu – „zmianę sytuacji zagranicznej”, „kryzysy ekonomiczne i polityczne”, „grę mocarstw”.

Nie od dziś, ośmielam się twierdzić, że żadna z takich odpowiedzi nie zasługuje na poważne traktowanie, a udzielający je, nie odrobili lekcji historii i niewiele zdają się rozumieć z realiów obecnego państwa.
By nie powielać dziesiątków argumentów, znanych już stałym bywalcom bezdekretu (wyłożyłem je obszernie m.in. w cyklu tekstów „PO CO DEMOKRACJA?”), przypomnę jedynie, że państwa realnego socjalizmu nie upadają pod „ciosami demokracji”. Jak łatwo dostrzec, na przykładzie III RP, państwa takie anektują fasadę demokratyczną, by ukryć własne draństwa i umożliwić władzę beneficjentom systemu, nigdy zaś po to - by oddać ją obywatelom.
Dlatego farsa demokracji – w wydaniu III RP – jest bronią wymierzoną w społeczeństwo, jest mitem, który ma nas zniewolić i znieprawić. Ten mit, podniesiony do rangi przymusu konstytucyjnego i obwołany niekwestionowanym bożkiem, jest podstawową przeszkodą w obaleniu III RP.
    Na straży tej niby-państwowości stoi bowiem system ustanowiony w latach 1989-91, gdy zainicjowano kontrolowany przez bezpiekę proces „pluralizmu politycznego” i w miejsce jednej, „przewodniej siły narodu”, stworzono szereg rozmaitych partii i partyjek - zwykle przy udziale kapusiów i agentury. Łączył je wspólny mianownik – wyrażały akceptację dla układu powstałego w Magdalence i deklarowały uczestnictwo w ”mechanizmach demokracji”. Ten, kto nie wyrażał takiego akcesu i nie godził na „wspólnotę” z komunistami, znalazł się na marginesie życia publicznego i został wykluczony z dobrodziejstw „procesów demokratycznych”.
Wiedza o podwalinach mitu demokratycznego, musi prowadzić do wniosku, że wpływ na państwo, można odzyskać tylko w taki sposób, w jaki narzucono nam historyczne kagańce i systemowe ograniczenia. Skoro Polacy utracili wolność na drodze zdrady, zbrodni, kłamstw i przemocy – w zgodzie z tą logiką, należy przyjąć, że tylko rozwiązania siłowe i kroki radykalne, mogą doprowadzić do sanacji państwa.

To oznacza, że upatrywanie nadziei w „wyborach powszechnych”, które od roku 1991 obracają się wokół tych samych osób i środowisk, lub stawianie na systemowe „partie polityczne”- jest oczywistym nonsensem.
Żadna „Konfederacja”, „Kukiz”, czy inna pseudo-opozycja, nie może mieć wpływu na obalenie III RP.
Po pierwsze dlatego,że wcale do tego celu nie dążą, po drugie, że są częścią układu, który pozwala im na wygodne i dostatnie życie, po trzecie – bo uczestnicząc w mistyfikacji „pluralizmu politycznego”(robili to też komuniści, dozwalając na „stronnictwa demokratyczne”, czy „ludowców”) skazują się na rolę folkloru i „planktonu” politycznego.
Te partie, jak i obecni w nich ”działacze”, są przeznaczeni do tworzenia dowolnych konfiguracji i najbardziej egzotycznych „sojuszy”, do wykonywania zaskakujących wolt i przepoczwarzeń. Głównie po to, by tumanić ludzi młodych, zapobiegać potencjalnym zagrożeniom, kanalizować emocje i odruchy sprzeciwu.
Gdyby demokracja, wybory, czy działania partii politycznych miały zagrozić władzy beneficjentów, nie byłoby ich w Rosji i w III RP- państwach, w których mit o „śmierci komunizmu” wykorzystano do zbudowania fundamentów kolejnej sukcesji komunistycznej.
    Nie można również utrzymywać, że „następne wybory coś zmienią”, bo taki przypadek nigdy nie miał miejsca w 30-letniej historii tego państwa. Żadna zmiana rządów nie wyrugowała, choćby jednej patologii IIIRP, nie uwolniła tego państwa z ludzi służących okupantowi, nie zniszczyła esbeckich fortun, nie przywróciła poczucia sprawiedliwości, nie doprowadziła do ujawnienia zbrodni i skazania zbrodniarzy.
Podobnie, jak komunizm był kompletną niedorzecznością - nawet w swojej strukturze formalnej, tak jego hybryda, zwana III RP, jest niedorzecznością w obszarze zjawisk politycznych, etycznych, bądź prawnych. Nie da się ich zdefiniować przy pomocy racjonalnej metodologii, bo przedstawiciele tego państwa traktują demokrację, moralność i prawo, w taki sposób, jak złodziej używa wytrychu do otwarcia zamkniętych drzwi, a morderca korzysta z noża do zadźgania ofiary. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie jednak twierdził, że złodziej sięgając po wytrych staje się ślusarzem, a używający noża bandyta, wykonuje zawód kucharza.
    Jeśli dla kogo, 30 lat to za mało, by zrozumieć bezużyteczność mitu demokracji - pora uznać swoje ograniczenie umysłowe i nie narzucać błędu innym.

wtorek, 24 sierpnia 2021

JAKA POLSKA ?

 „Nikogo nie „oskarżam” i nikomu nie „zarzucam”. Że inni, czy wszyscy inni, idą jakąś drogą polityczną, ideową, czy każdą uznaną przez nich za słuszną, to ich rzecz.
Upieram się natomiast, że wolno mi tę ich drogę obserwować i — w warunkach wolności słowa — nawet opisywać.
Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”. Dziś uznana została przez „instynkt narodu” za docelową.
W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu
”.
Nieuchronnie zbliża się czas, w którym wybór musi być dokonany. Nie z przymusu, ani groźby upadku, nie dla zysku lub makiawelicznych planów.
Musi być dokonany, by nie spadły na nas słowa Józefa Mackiewicza.
Ten, który „drogę wielkiego ześlizgu” przemierzył skalą nudis verbis, wiedział, jak kończy się „stwierdzenie faktu”.
„Nie ja wygrałem.
Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Ja przegrałem z kretesem.
Więc proszę o pobłażanie”.

Przed pięcioma laty pisałem, że to wyznanie Mackiewicza, uczynione u kresu życia wielkiego pisarza, jest wyrazem geniuszu i politycznej wizji.
Darów, które ciężarem logiki mackiewiczowskiej, zawsze skazują na wykluczenie i samotność.
Jednocześnie - to słowa tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył.
        Nieuchronny jest więc wybór – między tym, co „instynkt narodu” uczynił dziś drogą powszechną, prowadząc moich rodaków na manowce III RP, ku obcej krainie „donikąd” - i tym, co w naszych marzeniach, w niepoprawnie śmiałych planach, wytycza drogę długiego marszu i wiedzie do Niepodległej.
Trzeba się zdecydować - „gdzie kończy się wmówienie a zaczyna związek realny czy wskutek przeżyć historycznych nie staliśmy się psychicznie skrzywieni i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych”.
Trzeba wybrać – czy dalej „obserwować”, „opisywać” i obdarzać uwagą zwodnicze „realia”, w jakie wpychają nas mali demiurdzy, w służbie tego państwa, czy może – odrzucić to nędzne simulacrum i skierować myśl na projekt godny Polaków.
Nie sposób pominąć słów Mackiewicza, nie wolno ich lekceważyć ani odsyłać w otchłań historii.
Głupcami są ludzie, którym dziś wydaje się oderwane od przeszłości i narodowych doświadczeń.
Głupcami są ci, którzy słów autora „Nudis verbis” nie odczytują jako współczesnej przestrogi.

    „Jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent ?” – pytał Mackiewicz w roku 1947.
Skoro dziś – w całej przestrzeni publicznej tego państwa, nikt nie odważy się postawić takiego pytania, czy wolno twierdzić, że uwolniliśmy się z ówczesnych ograniczeń?
Mackiewicz – pisarz przeklęty geniuszem, musiał przekopać powojenną rzeczywistość do fundamentów, a nie znajdując nigdzie ratunku przed tymi, którzy „organizują instynkt narodu”, uznać swoją porażkę.
My nie musimy.
Nie dlatego, by z sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP miała wyrosnąć Wolna i Niepodległa, ale z uwagi na przestrogę pozostawioną przez Mackiewicza.
Dzięki niemu wiemy, że „obserwacja” i „opis” – zawsze kończy się porażką, a „zarzuty” i „oskarżenia” - choćby najcelniejsze i trafiające w głąb przegniłych fundamentów, doprowadzą do wyznania – „nie ja wygrałem”.

        Wiem, że wielu z Państwa odczuwa odrazę do rzeczywistości skleconej przez „wybrańców narodu”, że mierzi stan tego państwa, przeraża ogrom nieprawości i niebotyczne zakłamanie politycznych decydentów.
Kilka lat temu napisałem, że fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Jako autor setek tekstów z lat 2007-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę dziś napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, takiej pogardy dla polskich aspiracji - nie widziałem nawet w tamtych, ponurych latach.
Bo choć były one naznaczone zbrodnią smoleńską, choć odsłoniły najgłębsze pokłady upodlenia  tzw.”elit” tego państwa, ich postępki, ich słowa pełne nienawiści, nie dotykały tak boleśnie.
Jak nie dotyka to, co pochodzi od Obcych.
Tych zaś, którzy dziś rządzą – jakiż w tym absurd i ciężar goryczy – czy nie chcieliśmy nazywać „naszymi” i widzieć w nich rzeczników polskich interesów?
Ilu z tych, którzy czytają te słowa pokładało nadzieję w zapowiedziach „dobrej zmiany”, ilu wierzyło, że rządy tak długo wyczekiwane, przyniosą czas prawa i sprawiedliwości?
Powie ktoś – przecież ludzie reżimu PO-PSL prowadzili jeszcze bardziej nędzną i fałszywą politykę, przecież kłamali na potęgę i traktowali naszych rodaków niczym stado idiotów.
Odpowiem: prawda, lecz świadomość – kim byli ci ludzie, była równie naturalna, jak wiedza o objawach śmiertelnej choroby. Byli tymi, za kogo ich uważaliśmy – zbieraniną obcych, twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do wszystkiego co polskie.
Byli tacy, jakich poznaliśmy po Smoleńsku – grupą załganych karłów, ludzi bez czci i odwagi.
Spodziewać się po nich dobra, oczekiwać uczciwości i działań honorowych - byłoby niepodobne.
Od takich, nie oczekiwałem więc niczego.
Poza życzeniem, jakie wyraziłem przed dziesięcioma laty: by zniknęli z mojego kraju na zawsze.
Ich świat - świat Obcych, dawno stał się rozpoznawalny i tylko ludzie bez daru rozróżnienia dobra od zła, mogli go nie dostrzec.
Dziś, gdy jedni i drudzy są równie Obcymi, nie zasługują nawet na pogardę.

niedziela, 18 października 2020

PATRON NIEPODLEGŁEJ

Ksiądz Jerzy mówił językiem prostym i twardym. Zadziwiająco twardym, jak na człowieka o wątłych siłach fizycznych. Wtedy nie wiedziałem, skąd wypływa ta twardość i gdzie leży źródło siły.
Dziś wiem.
Wiem też, że chcąc doświadczyć darów Jego świętości, nie wolno łagodzić słów Księdza Jerzego, nie wolno ich rozmiękczać.
Dlatego ten tekst będzie prosty i twardy, bez „światłocienia”, które jest mową oszustów.
        „Biada społeczeństwu, którego obywatele nie rządzą się męstwem!” – wołał Ksiądz Jerzy w homilii wygłoszonej 8 października 1984 r. w kościele OO. Kapucynów w Bytomiu i cytując dalej słowa prymasa Wyszyńskiego, przestrzegał:
„Przestają być wtedy obywatelami, stają się zwykłymi niewolnikami.
Jeżeli obywatel rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem i wyrządza największą krzywdę sobie, swej ludzkiej osobowości, rodzinie, grupie zawodowej, narodowi, państwu, Kościołowi; chociaż byłby łatwo pozyskany dla lęku i bojaźni, dla chleba i względów ubocznych…”.
To twarde „biada”, jest skierowane do każdego z nas – bez wyjątku.
Bo brak męstwa – kardynalnej cnoty ludzi wolnych sprawił, że zgraja tchórzy i hipokrytów, ponownie będzie pławić się w zakłamaniu i pozować na „czcicieli” świętego Jerzego.
Duda i Kaczyński, Ziobro i Święczkowski, setki partyjnych wyrobników, którzy od pięciu lat boją się dotknąć środowiska wojskowej bezpieki i – w imię własnych interesów - nie uczynili nic, by zbrodnia założycielska została wyjaśniona.
Kardynałowie i biskupi, jednający nas przed laty z kremlowskim ludobójcą, którzy do dziś nie wykonali testamentu Jana Pawła II i w miejsce prawdy o genezie tego państwa, wybrali kłamstwo i pakt z bandytami.
Dziesiątki propagandystów i pomniejszych pismaków, pozujących na prawicowych „demiurgów”, którym koniunkturalizm i podległość wobec rządzących, nakazywały nazywać „bez sensu” wezwania kierowane do lokatora Pałacu lub ukrywać bezczynność tej władzy w sprawie mordu założycielskiego.
„Biada” jest skierowane do każdego z nas, bo każdy – bez wyjątku, ponosi odpowiedzialność za rządy takich postaci i stan tego państwa. To nasz deficyt męstwa sprawia, że ci ludzie mogą dziś stroić się w szaty patriotów i w czas gehenny Księdza Jerzego wycierać gęby Jego imieniem.

        Od 36 lat, w oparciu o komunistyczną farsę, zwaną „procesem toruńskim”, wmawia się nam, że winni tej zbrodni ponieśli już karę. Przy udziale kapusiów, pseudo - historyków i rozmaitych kanalii, stworzono powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie czterech esbeków, by na tym fundamencie oprzeć koncepcję „historycznego kompromisu” katów ze zdrajcami i ustanowić komunistyczną hybrydę, pod nazwą III RP.
Od tego czasu, wszystkie środowiska uczestniczące w zmowie milczenia przyjęły na siebie ciężar zakładników zbrodni i wzięły odpowiedzialność za ukrywanie prawdziwych sprawców i mocodawców. Depozyt ten, do dziś daje gwarancję bezkarności oprawcom z wojskowej bezpieki, chroniąc ich wysoko postawionych wspólników i stanowiąc „aksjologiczne spoiwo”, łączące bandytów, ludzi polityki, Kościoła i mediów.
To główny powód, dla którego żaden z rządów III RP nie odważył się podjąć obowiązku przecięcia zbrodniczych układów. Andrzeja Witkowskiego - jedynego prokuratora, który był gotów wyjaśnić okoliczności zabójstwa Księdza Jerzego, odesłano „w stan spoczynku”- z nakazu dzisiejszych decydentów.
Gdyby nie istniały dziesiątki innych przesłanek, ta jedna – odrzucenie prokuratora,który miał odwagę stawiać zarzuty Kiszczakowi i chciał objąć oskarżeniem pomniejszym bandytów z wojskowej bezpieki, stanowi dostateczny dowód intencji obecnej władzy i jej relacji z zakładnikami zbrodni założycielskiej.
Rząd, który nie wykazuje woli zmierzenia się z tajemnicą zabójstwa świętego Jerzego, nie znajdzie też sił do wyjaśnienia zbrodni smoleńskiej. Te sprawy łączy głęboka, nierozerwalna więź. Doświadczenie tragedii smoleńskiej stanowi bowiem kontynuację tamtego kłamstwa i tamtej wizji świata, które skazały na śmierć Księdza Jerzego.
Jak wówczas, tak i dziś, ta sama, antypolska nienawiść wyznaczyła drogę - do tamy we Włocławku i do smoleńskiej pułapki.
Kto lęka się naruszyć zbrodnicze układy sprzed trzech dekad, jakże mógłby osądzić dzisiejszych zdrajców i bandytów?
Święty Jerzy nie zginął po to, by na „historycznym kompromisie” zbudowano kolejną hybrydę komunizmu.
Nie po to zginęło 96 Polaków, by na ofierze ich śmierci tworzono „porozumienie” Polaków z Obcymi i „pudrowano” truchło III RP.
Zaniechanie w sprawie zbrodni założycielskiej kładzie się głębokim cieniem na intencjach obecnej władzy i nie da się go usprawiedliwić pokrętną sofistyką.
Czy się to komu podoba czy nie - od czasu objęcia rządów przez partię Kaczyńskiego, całe odium za ukrywanie prawdy o zabójstwie Księdza Jerzego, za tysiące matactw i niegodziwości związanych z tą sprawą, za śmierć licznych świadków i szatański pakt zawarty nad grobem Kapłana, spada na polityków PiS i tych, którzy wtórują ich zaprzaństwu.

niedziela, 11 listopada 2018

NIEPODLEGŁA – POSTĄPIĆ INACZEJ


Podczas Zjazdu Legionistów w Lublinie, w roku 1924, Józef Piłsudski przestawił okoliczności, w jakich przyszło mu rozpocząć walkę o Niepodległą:
„Polska i olbrzymia większość Polaków wojny nie chciała, wojny nie wywołała i świadomą była tego, że ona nie o Polskę się toczy. Nie mając samodzielnego przygotowania do wypadków wojennych, Polacy uczynili przy wybuchu światowej katastrofy to, co czynili już dobre półwiecze w życiu codziennem — poddali się nakazom zaborców, wzmacniając w ten sposób siły każdego z nich.
Niewielka garść ludzi, zwanych legjonistami, zdecydowała postąpić inaczej.
Chciała dać Polsce podczas wojny reprezentację w postaci polskiego żołnierza i polskich dla niego dowódców. Wskutek naturalnej niechęci i oporu ze strony zaborców, wskutek ogólnego niedowierzania, by zamiar ten mógł być zrealizowany, — próba udała się tylko w części.
Stan ten musiał doprowadzić do silnych tarć, przy których my, legjoniści, walcząc nieustannie o swoje cele, staliśmy się najjaskrawszym wyrazem obrony honoru i dumy narodowej wobec systematycznego wgniatania nas w błoto przez maszynę wojenną wszystkich trzech zaborców. Dlatego też, pomimo iż ulegliśmy w walce, mamy za sobą tę wielką satysfakcję, żeśmy pierwsi w Polsce zaczęli żyć życiem wojska polskiego i przy powszechnem poniżeniu Polaków mieli spokój co do swego honoru i częste zadośćuczynienie dumy i godności narodowej”.
      Słowa – „Niewielka garść ludzi, zwanych legjonistami, zdecydowała postąpić inaczej”, zasługują na szczególna uwagę. Bo też - „postąpienie inaczej”, wymagało wówczas wielkiej odwagi i poświęcenia.
Ze wspomnień legionistów wynika, że Pierwszą Kadrową nader często witała pustka polskich wsi i miasteczek, że towarzyszyły im gwizdy gawiedzi, gesty pukania w czoło, obojętność, czasem wrogość. Ilu z tych, którzy widzieli żołnierzy w szarych mundurach, potrafiło uwierzyć, że przyniosą oni wolną Polskę?
W innym wystąpieniu, z roku 1926, Józef Piłsudski kreśląc ówczesną sytuację społeczną i polityczną, stwierdził :
„Głównymi powodami obecnego stanu rzeczy w Polsce – to jest nędzy, słabizny wewnętrznej i zewnętrznej – były złodziejstwa, pozostające bezkarne. Ponad wszystkim w Polsce zapanował interes jednostki i partii, zapanowała bezkarność za wszelkie nadużycia i zbrodnie.
W odrodzonym państwie nie nastąpiło odrodzenie duszy narodu.
Gdy wróciłem z Magdeburga i posiadłem władzę, jakiej nikt w Polsce nie piastował, wierząc w odrodzenie narodu, nie chciałem rządzić batem i oddałem władzę w ręce zwołanego przez siebie Sejmu Ustawodawczego, którego wszak mogłem nie zwoływać.
Naród się jednak nie odrodził. Szuje i łajdaki rozpanoszyły się. Naród odrodził się w jednej tylko dziedzinie, w dziedzinie walki orężnej, tzn. pod względem odwagi osobistej i ofiarności względem państwa w czasie walki. Dzięki temu mogłem doprowadzić wojnę do zwycięskiego końca. We wszystkich innych dziedzinach odrodzenia nie znalazłem. Ustawiczne waśnie personalne i partyjne, jakieś dziwne rozpanoszenie się brudu i jakiejś bezczelnej, łajdackiej przewagi sprzedajnego nieraz elementu.
Rozwielmożniło się w Polsce znikczemnienie ludzi.
Swobody demokratyczne zostały nadużyte tak, że można było znienawidzieć całą demokrację.
Interes partyjny przeważał ponad wszystko.
Partie w Polsce rozmnożyły się tak licznie, iż stały się niezrozumiałe dla ogółu.
W rozkazie moim do wojska powiedziałem, że wziąwszy państwo słabe i ledwie dyszące – oddaliśmy obywatelom odrodzone i zdolne do życia.
Cóżeście z tym państwem uczynili? Uczyniliście zeń pośmiewisko!”
       „W odrodzonym państwie nie nastąpiło odrodzenie duszy narodu”. Jakże ta ocena różna od powszechnie dziś przyjmowanych twierdzeń, w których słowa o „zbiorowym wysiłku całego narodu”, zamazują tamte czasy płytkim, sentymentalnym optymizmem.
Warto na dzieje II Rzeczpospolitej spojrzeć z perspektywy człowieka, któremu zawdzięczamy niepodległość. Nie poprzez pryzmat emocjonalnego pseudo-patriotyzmu, jakim karmią nas dziś „środowiska patriotyczne”, ale w świetle twardych,czasem niewygodnych faktów.
Warto tym bardziej, że współczesna „historiozofia” III RP fałszuje genezę wolnej państwowości i wymyślając, coraz to bardziej egzotycznych „ojców niepodległości”, umniejsza lub celowo ignoruje dzieło Józefa Piłsudskiego i garstki tych, którzy „zdecydowali postąpić inaczej”.
Dwie są przyczyny.

wtorek, 2 października 2018

MY I ONI. OBOWIĄZEK


Bez podziału świata na My i Oni, nie byłoby Polski.
Nawet ten twór, zwany III RP powstał z dychotomii różnych postaw i poglądów, choć sprowadzonych do wspólnego mianownika - „historycznego pojednania”.
Bez podziału na My i Oni nie byłoby patriotyzmu, poczucia dumy narodowej, ruchów politycznych czy religijnych.
Bez tego podziału nie byłby możliwy opór przeciwko okupantowi, sprzeciw wobec komuny, wybór między dobrem, a złem.
Dychotomia My – Oni jest w życiu niezbędna. Organizuje i porządkuje nasz świat, pozwala odnaleźć grupową tożsamość, wydobyć się z nieokreśloności
Bez Oni, nie byłoby My.
Poczucie odrębności wyznacza granice tego, kim jesteśmy, do jakiego kręgu kultury należymy, co identyfikujemy jako nasze.
Wskazanie wrogów, nazwanie obcych - pełni ważną funkcję i buduje grupową solidarność. Jest konieczne, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Dlatego Oni boją się podziałów.
Boją – szczególnie, gdy prowadzą do budowania narodu, gdy identyfikują nas wokół wartości godnych miana Polaka.
Dlatego nie pozwolili nam dobić komuny, czyniąc z tego zaniechania największą winę mojego pokolenia. Choć od dwóch dziesięcioleci dzielą nas sami, według mętnych kryteriów własnego interesu, boją się, gdy my dokonujemy wyboru i wprowadzamy kategorię niedostępną dla ich mentalności.
Dziś doprowadzili nas do muru, poza którym nie ma drogi. Dzieląc nas nienawiścią do człowieka prawego, drwiąc z naszych wartości i marzeń.
Postawili nas pod murem obojętności na zło, przyzwolenia na rządy miernot i kanalii, wymagając zgody dla rzeczy niegodnych i fałszywych.
Ale i tego było im mało. Gdy pod ciężarem ich nienawiści zginął mój Prezydent, zażądali od nas milczenia, wezwali do „pojednania” i narodowej amnezji. W imię lęku przed katem. Zniewolenie każąc nazywać „pragmatyzmem”, kłamstwo - „polityką pojednania”, a zdradę – „racją stanu”.
W obronie zafajdanych życiorysów i marnych interesów, narzucają nam semantyczne oszustwo i żądają odstąpienia od nazywania rzeczy po imieniu. Chcą dialektyki, w której prawa oprawcy mierzy się zdolnością do deptania grobów ofiar.
Historia nie znosi idiotów i błędów popełnianych ponownie. Doświadcza, lecz uczy.
Dla tych, którzy ją ignorują – bywa bezlitosna i spycha ich w otchłań zapomnienia.
Dlatego podział na My i Oni jest dziś konieczny. Nasz gniew jest konieczny. I nasz sprzeciw. Nie okazaliśmy go, gdy był na to czas. Gdy żył nasz Prezydent i mieliśmy wokół ludzi na miarę wolnej Polski.
Nie okazaliśmy go wcześniej, gdy Książę Poetów wykrzyczał nam, że „naród dostał w pysk, napluto na niego, na wszystkie jego marzenia.”
Milczeliśmy tak długo, aż wina za smoleńską tragedię naznaczyła wszystkich i zatarła granice dobra i zła.
„Dusza polska jest chora, to prawda. [...] Głównym symptomem tej choroby jest wszak przekonanie, że nic od nas nie zależy, bo wszystkie ważniejsze role rozdano. To jest mentalność człowieka zniewolonego. [...] Najważniejsze, żeby zobaczyć tę polską niemoc i się wkurzyć. Im więcej ludzi to zobaczy i się wkurzy, tym większa szansa, że coś się zmieni. Kiedyś widziałem w filmie taką scenę: mężczyzna otwiera okno w środku nocy i krzyczy, że ma już dość i tak dalej być nie może. Po jakimś czasie zaczynają tak się zachowywać inni i powstaje reakcja zbiorowa. Może to jest jakiś pomysł?” – pytał przed laty prof. Ryszard Legutko.
Trzeba się wreszcie wkurzyć i nie powtarzać bredni o naszej jedności. Trzeba się wkurzyć, by nie usypiać Polaków opowieściami, jak wspaniałym są społeczeństwem i jak zjednoczyli się w obliczu tragedii.
Trzeba się wkurzyć, by zamknąć drogę do kolejnej kampanii nienawiści. To, co chcą z nami zrobić Oni, wymaga otwarcia okien i krzyku w środku nocy.
Wymaga wyznaczenia jawnej, nieprzekraczalnej granicy - wobec retoryki rozmywania odpowiedzialności, wobec pokusy relatywizowania postaw.
Wymaga wreszcie, by słowa i wybory były wyrażane według jasnych kryteriów dobra i zła, bez światłocienia, który jest mową oszustów.
Jeśli ten podział nie nastąpi, będziemy skazani na „Polskę Ketmanów”, którzy usprawiedliwią każde łajdactwo i z zaprzeczenia rzeczom niezaprzeczalnym uczynią wspólną normę.
To Oni - „światli naprawiacze świata”, tchórzliwi konformiści, bufoni, karierowicze i pospolite kanalie, stworzyli przestrzeń własnej miernoty, nieistniejące „państwo Ketmana”, w którym próbują dyktować fałszywą wersję zdarzeń, pisaną językiem łgarzy.
W świecie, który wznoszą – ich zaprzaństwo ma znieść wszelkie granice, zatrzeć hierarchie i zniszczyć normy.
Ma przeczyć istnieniu naturalnego porządku, w którym wybór (choćby i polityczny) dokonuje się zawsze w kategoriach dobra i zła.
Nie wolno do tego dopuścić, ponieważ „państwo Ketmanów” zabija nadzieję i niszczy prawdę o rzeczywistości, drwiąc z ludzi zdolnych udźwignąć jej ciężar.
Nie wolno, bo takie państwo jest śmiertelnym wrogiem człowieka, wszystkiego, co w nas słabe i potężne, co czyni nas wolnymi i pozwala się zmierzyć z wyzwaniem. Nawet wówczas, gdy przygniata nas ciężar tragedii.
My i Oni - to podział dziś konieczny.
Kto boi się takiej dychotomii, niech zostanie w „Polsce Ketmanów”.
Ten podział jest konieczny, by stworzyć nową Polskę.

Maj- 2010


     Ten tekst powstał przed ośmioma laty, gdy zamach smoleński obnażył przepaść dychotomii My-Oni i ukazał podziały, o których milczą „elity” tego państwa i nie chcą wiedzieć nasi rodacy.
Tych podziałów nie tworzyły „kwestie polityczne”, nie wyznaczył ich „światopogląd” ani różnice w ocenie spraw polskich. Są konsekwencją półwiecza okupacji sowieckiej i trzech dekad sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP. Są efektem zainfekowania polskości obcym tworem komunizmu i narzucenia nam fałszywej wspólnoty z Obcymi.
Wynikają ze „skazy pierworodnej” okresu instalowania okupacji sowieckiej, gdy zgraję degeneratów i zdrajców przywiezionych tu na ruskich czołgach, kazano uznawać za przedstawicieli państwa polskiego i obdarzono nienależnym mianem Polaków. Odtąd przyjęcie fałszywej normy – jakoby Polakiem był ten, kto urodził się na terytorium naszego kraju i posiada tzw. obywatelstwo, determinuje oceny dotyczące polskości.
     Jeśli po zamachu smoleńskim, nie udało się obalić „państwa ketmanów” , ogromne zasługi w tym procederze mają ludzie mieniący się dziś „prawicą” i „narodową reprezentacją”.
Ci ludzie – wzorem szalbierzy z lat PRL-u, nawołują nas do zabójczej „zgody narodowej”, każą „zapominać i wybaczać”, a wzywając do respektowania „praw opozycji” i budowania wspólnoty z apatrydami, niszczą tożsamość narodową i skazują nas na zatracenie.
Fałszywa retoryka „jednania ponad podziałami” i poszukiwania „kompromisów” z Obcymi, zniszczyła w nas dumę z polskości i sprawiła, że ograniczamy się do małych, żałosnych aspiracji – w rodzaju „bycia w UE”, praktykowania „przyjacielskich relacji” lub wiary w partyjne „mechanizmy demokracji”.
Jeśli są dziś tacy, którzy nadal nie potrafią zrozumieć haniebnych zachowań tzw.”opozycji”, jeśli nadal epatuje się nas antypolską retoryką tych środowisk, szokuje ich zaprzaństwem i dowodami obcości –to tylko dlatego, że obecne państwo, z jego partiami, mediami i instytucjami historycznymi, odrzuca elementarną dychotomię My i Oni i fałszuje obraz sukcesji komunistycznej.
Dekady „oswajania” z komunizmem, a dziś – budowania „wspólnoty” z jego bękartami, zatarły zdolność takiego postrzegania rzeczy i to, co było naturalne dla naszych przodków i decydowało o zachowaniu tożsamości narodowej, stało się dziedzictwem dawno utraconym.
Świadomość, że czyny popełnione przez sukcesorów komuny wykluczają z polskiej wspólnoty i są wymierzone w naszą tradycję i interes narodowy – jest obca większości Polaków.
Obca dlatego, że ci, od których winniśmy wymagać prawdy o realiach III RP i spełnienia obowiązku ukarania zdrajców, okłamują nas parcianą retoryką i wiodą do kolejnego etapu „zgody narodowej”.
Uznawanie ludzi poprzedniego reżimu za jakąś „opozycję”, nadawanie im praw honorowych, celebrowanie ich słów i traktowanie z polityczną atencją – jest więcej niż głupotą i więcej niż aberracją.
Jest zbrodnią fałszu, dokonywaną na otumanionych i niezdolnych do obrony Polakach. Jest draństwem wobec tych, którzy pamiętają jeszcze dzień 10 kwietnia 2010 roku.
Uczestniczące w tym procederze rządowe „wolne media”, w których każde plugastwo owej „opozycji”, może liczyć na uwagę i poczesne miejsce, działają na szkodę spraw polskich i stanowią jedno z największych zagrożeń dla naszej wolności.
Ci ludzie, nie tylko uciekają przed definicją państwa-sukcesji PRL, ale wbrew narodowym powinnościom odrzucają podział na My-Oni i za szczyt patriotyzmu przyjmują dezyderat „zgody budującej”. Tej „zgody”, w której zło miesza się z dobrem, postępuje amnezja historyczna i wzrasta komuna z Obcymi.
Ordynarne kłamstwo o „podziałach między Polakami” – szerzone dziś przez ludzi partii rządzącej, fałszuje genezę historycznego konfliktu i obarcza nas niepopełnioną winą.
Od polityków PiS nie usłyszymy, że nie Polacy są podzieleni i nie poglądy polityczne nas różnią.
Nie dowiemy się od nich, że nie naszą winą jest stan jakiejś „wojny”, bo jedynymi wrogami są tutejsi Obcy, którzy z polskością nie chcą mieć nic wspólnego.
Nikt też nie przyzna, że właściwym „dialogiem” z antypolską zbieraniną, winna być infamia, banicja i długoletnie więzienia.
Takimi apelami, jaki padł wczoraj ze strony B. Szydło, na tzw. konwencji wyborczej PiS w Zakopanem - „Mamy jeden dom i jedną ojczyznę. Szkoda czasu na to, byśmy się spierali, kłócili. Bądźmy razem i na pewno wtedy przyszłość naszej ojczyzny będzie miała dobre szanse”, ludzie owej „reprezentacji narodowej” wpisują się w retorykę B. Komorowskiego, który tuż po zamachu smoleńskim, załganym frazesem - „bądźmy wszyscy razem" próbował zacierać nieprzekraczalne granice.
Odpowiedź udzieloną wówczas Komorowskiemu - „Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę” - powtórzę dziś luminarzom „dobrej zmiany”.
Powtórzę tym mocniej, im dalej będą uciekali od prawdy o dychotomii My-Oni i stawali po stronie magdalenkowych szalbierzy.
Tym chętniej, im gorliwiej będą gardzili opinią „oszołomów” i stronili od twardych pytań.
Tacy, jak Szydło, Duda czy Kaczyński, mogą się „jednać” - z kim tylko zechcą. Mogą pochylać nad bełkotem „opozycji” i spełniać żądania antypolskiej hałastry. Mogą „apelować” do stada Obcych i traktować z atencją pospolitych chamów. Wolno im dążyć do „porozumienia i dialogu”, a nawet „wybaczać” - we własnym imieniu.
Wolno, bo perspektywa owych działaczy partyjnych, podobnych im redaktorów, publicystów i „patriotycznych elit” , jest dalece inna niż ta, którą znają wyborcy.
W tej perspektywie – kreślonej przez partyjne geszefty, profity władzy, dochody ze spółek, honoraria i apanaże, nie może być miejsca dla ludzi, którzy na własnej skórze doświadczyli dychotomii My-Oni i przez wiele lat muszą znosić butę Obcych.
Dla tych - bez koneksji i środowiskowych układów, zmęczonych codziennymi problemami, porażonych ogromem kłamstwa, zalewem podłości i nienawiści.
Dla tych, którzy utracili pracę -często z powodu obrony własnego zdania, których prześladowano za krytykę władzy, obronę rodziny i polskich wartości, których pozbawiano wolności i poczucia bezpieczeństwa.
Dla tych, którzy płakali po zamachu smoleńskim, byli bici na Krakowskim Przedmieściu, nazywani „bydłem” przez reżimowych sługusów i „marginesem” przez hierarchów Kościoła.
Dla tych, którzy zatracili nadzieję i radość życia, bali się mówić i krzyczeć. Ludzi oszukanych i poniżonych, spragnionych prawdy i sprawiedliwości, doświadczanych realiami życia w komunistycznej hybrydzie.
Skrzywdzonych cicho i w ukryciu, lub jawnie - „w majestacie prawa” stanowionego przez łotrów.
O takich ludziach, politycy PiS zapomnieli równie łatwo, jak łatwo przyszło im wykorzystać ich gniew, nadzieje i oczekiwania.
Jeśli nawet przypomną sobie, gdy kolejna mistyfikacja „święta demokracji” zmusi małych demiurgów do demagogii i taniego populizmu – nie ma to znaczenia.
Perspektywa, w jakiej ludzie obecnej władzy oceniają sprawy polskie – nic mnie nie obchodzi. Ich podległość wobec dyktatu Obcych, ich troska o „demokrację”, fałsz języka i pojęć, zbyt są odrażające, by warte uwagi.
Oczekiwać od nich nazywania rzeczy po imieniu lub wytyczenia granic dobra i zła – byłoby absurdem.

Takie oczekiwanie, trzeba natomiast kierować do ludzi wolnych i rozumnych. Do tych, którzy w podkreślaniu dychotomii My-Oni nie widzą okazji do wyrażenia własnych frustracji lub szerzenia nienawiści, lecz dostrzegają w tym narodowy obowiązek.
Wynika on z prostej zasady – nie można zbudować Niepodległej na „kompromisie” Obcych z Polakami.
Nie da się stworzyć wspólnoty narodowej na ukrywaniu prawdy, że moc „obywateli III RP” należy do grona Obcych-apatrydów i nie ma żadnych związków z polskością.
Oni muszą być nazwani i wykluczeni z narodowej gromady.
Nie z pragnienia naszej „zemsty” i nie z „nienawiści”, ale dlatego, że każdym czynem, słowem i działaniem sami potwierdzili znamiona obcości i dokonali ostatecznego wyboru.
Nie ma powodu, by takim, którym polskość jawi się jako „nienormalność”, odbierać prawo odrzucenia tego ciężaru.
Nie ma też powodu, by tym, którzy w euro-unijnej magmie chcieliby "zakopywać Polskę aż po sam czubek głowy, razem z tym czakiem ułańskim, razem z czapką krakuską” - zabraniać „integracji” tak doskonałej, że prowadzącej do ich zatracenia i anihilacji.
Obowiązkiem ludzi wolnych i rozumnych jest troska o to, by nie dokonało się „wielkie zamazanie” i nie pogrzebało żywych razem z upiorami. To obowiązek wytyczenia granicy, która położy kres rozmywaniu odpowiedzialności i relatywizowaniu postaw. Granicy, na której dychotomia My-Oni stanie się ozdrowieńczym darem, a nie zdradliwym przekleństwem.
      Gdy w przyszłym miesiącu będziemy wspominali setną rocznicę odzyskania Niepodległej, niewiele będzie powodów do radości.
Państwo zbudowane podczas magdalenkowych libacji i utrzymywane mocą setek mitologii, tylko szalbierstwem rzymskiej liczby imituje pokrewieństwo z II Rzeczpospolitą. W tym państwie – wzorem PRL-u, Polacy i Obcy mają tworzyć fałszywą wspólnotę, a zapominając – czym jest komunizm i kim są jego sukcesorzy - odrzucić dumę z polskości.
Tym większy obowiązek spoczywa na ludziach wolnych i rozumnych. Czas refleksji nad dziełem naszych przodków, którzy odrzucili kompromis ze złem i uwolnili nas od jarzma władzy Obcych, jest dobrą okazją, by z dychotomii My-Oni uczynić kolejny krok na drodze długiego marszu.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

WARTO TO ZROBIĆ

Od czasu zdrady jałtańskiej i wepchnięcia Polski pod okupację sowiecką, wspomnienie o Niepodległej II Rzeczpospolitej stało się uciążliwym bagażem. Tak dalece, że w roku 1968 władze okupacyjne dokonały historycznego szalbierstwa i przypadającą wówczas 50 rocznicę odzyskania niepodległości próbowały zastąpić „świętowaniem” półwiecza rezydentury sowieckiej, organizując obchody powstania tzw. Komunistycznej Partii Polski.
Rozpoczęte 11 listopada 1968 roku obrady V Zjazdu PZPR, których gościem honorowym był Leonid Breżniew, potwierdzały okupacyjny status PRL i symbolizowały zamysł niszczenia pamięci o Niepodległej.
W III RP, ten sam zamysł musiał towarzyszyć rządom reżimu PO-PSL, gdy próbowano przekonać Polaków, że narodowe Święto Niepodległości powinno być kojarzone z atmosferą zagrożenia,  prowokacji i represji ze strony służb.
Upłynęło kolejne półwiecze i los sprawił, że 100 rocznicę odzyskania niepodległości zmuszeni są świętować „prawicowi” mitolodzy demokracji oraz wszelkiej maści „georealiści”, którzy w zachowaniu „ładu jałtańskiego” i sukcesji PRL-u, chcą widzieć fundament dzisiejszej państwowości.
Wspomnienie o tradycjach Niepodległej, o ideach nieznanych współczesnym politykom, musi być problemem dla tych, którzy z „wielkiej inscenizacji” roku 1989 wywodzą byt III RP i esbecko-agenturalną kombinację, przedstawiają jako źródło niepodległości.
Spektakl odegrany w latach 1989-1990 wprost nawiązywał do tradycji sfałszowanych wyborów z roku 1947, z których komunistyczni najeźdźcy wywodzili prawo do rządzenia Polakami. W odróżnieniu od tamtego oszustwa, koncepcja powstała przy „okrągłym stole” tworzyła jednak odrębny mit założycielski, oparty na dogmacie „porozumienia” koncesjonowanej „opozycji demokratycznej” z przedstawicielami okupacyjnego reżimu.
III RP symbolizuje więc „nową jakość” w procesie legalizacji komunizmu i nie przypadkowo żaden z namaszczonych przez "elity" mędrców, nie odważy się zmierzyć z pytaniami: kiedyż to doszło do konwalidacji sukcesji komunistycznej w polską państwowość? Jakie wydarzenia i fakty sprawiły, że okupacja, narzucona Polakom siłą i terrorem, zmieniła się w wolne i niepodległe państwo?
Brak krytycznej refleksji nad tworem zwanym III RP sprawia, że od trzech dekad jesteśmy świadkami tragicznej w skutkach asymilacji komunizmu i polskości. Obecne państwo stanowi szczytowy produkt strategii podstępu i dezinformacji, a jednocześnie jest modelowym przykładem przepoczwarzonego komunizmu, który – ku uciesze gawiedzi, przyjął maskę „europejskości” i sznyt pseudo-demokracji. To państwo mogło powstać tylko dlatego, że wmówiono Polakom, iż  komunizm „umarł” i bezpowrotnie znikł z naszej rzeczywistości, równie szybko, jak znikał alkohol z kieliszków opróżnianych w Magdalence.
Polacy mieli uwierzyć, że samozwańcza grupa „reprezentantów narodu” obaliła zbrodniczy reżim i wywalczyła autentyczną niepodległość. Ta wiara, podawana kolejnym pokoleniom jako dogmat historyczny, ma wymiar gigantycznego, antypolskiego kłamstwa.
W rzeczywistości bowiem, to komuniści i ich sukcesorzy stworzyli groźną hybrydę niby-państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.
A skoro nakreślona tu wizja jest całkowicie odrzucana, a wręcz zakazana przez „elity polityczne” III RP, skoro „elity” te utrzymują, że żyjemy w państwie suwerennym i demokratycznym, czy nie istnieje obawa, że obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości, staną się kolejnym aktem historycznego szalbierstwa i posłużą do umocnienia antypolskich mitów? 
Obawa tym mocniejsza, że „elity” tego państwa nie mają nic wspólnego z dziedzictwem II Rzeczpospolitej i walką o niepodległość.

piątek, 28 sierpnia 2015

DLACZEGO NIE USŁYSZĘ – „MY WYGRYWAMY ONI PRZEGRYWAJĄ”?

“Jesteśmy w stanie wojny, a przegrywamy ją dlatego, bo nie chcemy zdać sobie sprawy, że ją toczymy” – te słowa Ronalda Reagana, można dziś odnieść nie tylko do oceny relacji Europa-Rosja, ale do obszaru spraw polskich i sytuacji istniejącej w III RP.
Jedno z największych zwycięstw sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji polegało na zaszczepieniu obywatelom „wolnego świata” przekonania, jakoby „pokój za wszelką cenę” stanowił wartość nadrzędną, porządkującą wszystkie inne dążenia państw i narodów. „Pokój” ten można zaś było osiągnąć tylko wtedy, gdy słowo „wojna” zostanie wykluczone ze słowników politycznych, a postępki agresora przykryte dyplomatycznym bełkotem.  "Pokój", wynosi się ponad inne wartości bezwzględne, jak: prawda, wolność myśli, wolność ruchu, dobro jednostki etc. Wszystko jest mniej warte od względnego pojęcia "pokoju", gdyż wiadomo, że w istocie nie chodzi tu o pokój bezwzględny, a jedynie o – pokój ze światem komunistycznym” – dostrzegał Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji”.
Społecznościom „wolnego świata” łatwo wmówiono, że „bożkowi pokoju” należy podporządkować nie tylko sferę polityczną, ale obszar semantyki, wolności i prawdy historycznej. Ten niewolniczy sofizmat, uknuty w podziemiach Łubianki, został bezwzględnie wykorzystany przez światowych agresorów i najeźdźców.
Nie może dziwić, że z jego owoców korzystają dziś dwa państwa, którym świat zawdzięcza najokrutniejszą wojnę i śmierć milionów istnień.  Wbrew racjom historycznym i moralnym, to one dyktują warunki europejskiego ładu – tak dalece, że zbrojną napaść armii Putina nazywa się „konfliktem ukraińskim” (pozwalając przy tym napastnikowi na uczestnictwo w farsie „pokojowego procesu”, zwanego „formatem mińskim”), zaś państwu Angeli Merkel przyznaje prawo decydowania o przebiegu tej wojny i nowym podziale Europy.
Przed ponad rokiem, w tekście „Nim wrócimy do Jałty” napisałem, że „tzw. wolny świat nigdy nie będzie zainteresowany suwerenną Ukrainą i wyrwaniem krajów Europy Wschodniej spod kurateli Moskwy. Nowe władze Ukrainy już płacą ogromną cenę za poddanie się naciskom unijnych dyplomatów, których troska dotyczy głównie „nieulegania rosyjskim prowokacjom wojennym” i  niepodejmowania walki zbrojnej”. W tamtym tekście znalazły się słowa – „Największym zagrożeniem dla niepodległego bytu Ukrainy nie są dziś zdezelowane ruskie tanki i zdemoralizowana armia Putina, lecz pojałtańska polityka państw UE i USA, które za żadną cenę nie zrezygnują z prób "cywilizowania" Rosji i paktowania z kremlowskim terrorystą.”
Gdyby ktoś próbował zrozumieć – na czym polega mechanizm zachodniego zaprzaństwa, od czasów Jałty istnieje niezmienna odpowiedź: stworzono fałszywy prymat „pokoju” nad „wojną”, próbując tym aksjomatem ukryć chęć koegzystencji z komunistyczną zarazą, osłonić prymitywną pogoń za zyskiem, tchórzostwo i koniunkturalizm. Nieodmiennie też, nad piewcami tego dogmatu powiewa znak sowieckiego KGB i towarzyszy mu fetor tysięcy gawnojedów.
“Sowieci arogancko ostrzegają nas, byśmy nie wchodzili im w drogę (…) nie zamierzamy skamląc opuścić stron historii, bo tylko my możemy stanąć na ich drodze. Wyścig zbrojeń? Toczy się cały czas, ale w tej chwili biegnie tylko jedna strona. Pokój? Sowieci dobrze wiedzą, że nie mogliby grać z nami w tej samej lidze (…) gdybyśmy się tylko postarali, natychmiast przebiegliby do stołu i powiedzieli ‘zaraz, chwileczkę’, bo nie mogliby nam dotrzymać kroku” – mógł przed wielu laty powiedzieć Ronald Reagan.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

NUDIS VERBIS – 3 PERSPEKTYWY

„Dlaczego Ameryka np. ma nas chcieć wyzwalać bardziej, niż my sami tego pragniemy? Dlaczego Amerykanie np. mają ginąć za nas, gdy sami nie pragniemy ginąć za siebie? – Pytania te dlatego traktuje się notorycznie za "szaleństwo", a nawet "zbrodnię", ponieważ wobec dzisiejszych potęg świata, rzekomo żaden spontaniczny opór ani się nie ostoi, ani się nie liczy. Wszelako rzeczywistość mówi nam co innego. Że się właśnie nie uznaje i nie liczy z tymi, którzy siedzą z założonymi rękami” – napisał Józef Mackiewicz w rozdziale "Realizmy" contra rzeczywistość”, umieszczonym w „Zwycięstwie prowokacji”.
Rozważania Mackiewicza na temat „Ros-realizmu” – jak autor „Kontry” nazywał mitologię funkcjonującą w świecie Zachodu, bez najmniejszej korekty należałoby zastosować do relacji istniejących dziś w Europie. Owe „realizmy” (bo wciąż istnieje wiele odmian), każą nie tylko gloryfikować ducha „dialogu i współpracy” oraz szukać „dróg pokojowego współistnienia” (z każdym bandytą), ale we wszelkich przejawach życia publicznego promują postawy bierne i zależne, obliczone na rezygnację z samostanowienia i samodzielności oraz ugruntowują bezgraniczną wiarę w dogmat „niepodważalnych sojuszy” lub mitologię tzw. integracji europejskiej.
Niedawna deklaracja Jensa Stoltenberga – „NATO nie da się wciągnąć w wyścig zbrojeń z Rosją”, obnaża nie tylko słabość zachodnich przywódców, ale doskonale uwidacznia skalę tryumfu sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji. Stosunek państw „wolnego świata” do putinowskiej Rosji jest projekcją tych samych błędów, jakie popełniali twórcy ładu jałtańskiego. 
Gdy na zakończenie rozdziału Mackiewicz napisał – „Ograniczymy się do stwierdzenia faktu, że mimo powszechnego potępienia wojny uznanie praw i respekt w świecie zdobywają przede wszystkim ci, którzy działają. Legenda, że istnieje możliwość przekupienia Sowietów grzeczną postawą jest tylko legendą, tak samo jak możliwość ich przekonania” – wyrażał pogląd tyleż daleki od dzisiejszych wyobrażeń „georealistów”, jak obarczony najcięższym zarzutem „idealizmu”, podniesionym obecnie do rangi „myślozbrodni”. W świecie, w którym „pokój i dobrobyt” stanowią wartość niepodważalną, po wielokroć przewyższającą dążenie do prawdy i wolności, zaś postawa „tolerancji i kompromisu” zastępuje nawet instynkt przetrwania gatunku ludzkiego, takie dictum musi być uznane za  objaw groźnego szaleństwa. 
Nie będziemy jednak zajmowali się nieszczęściem, jakie dotknęło „światłych” Europejczyków. Nasi rodacy wykazują się dostatecznym „georealizmem”, by zaliczyć ich do ludzi doświadczonych tym samym przekleństwem. Warto przypomnieć, ze praktykowany w III RP „georealizm” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. Był to pogląd narzucony kulami karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków. Przez półwiecze okupacji sowieckiej przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji.
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka "konfliktu z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji. Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Ludzie, którzy po lekturze „Nudis verbis” zadaliby idiotyczne pytanie – czy autor chciałby wepchnąć Polskę w stan wojny z Rosją, są skończonymi ofiarami tej niewolniczej, sowieckiej mentalności. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
W nieco odmienny sposób zbudowano natomiast mitologię „pojednania” z Niemcami i wykreowano nasze relacje z zachodnim sąsiadem. Do tego celu wykorzystano przede wszystkim dążenia Polski do integracji ze strukturami zachodnimi. Postulat „integracji europejskiej” (przyjęty na początku III RP jako dogmat polityki zagranicznej), został  skutecznie obciążony koncepcją „zbliżenia z Niemcami”, do czego przyczyniła się nie tylko działalność agentów Stasi i KGB, oddelegowanych na „odcinek pojednania”, ale wspólna rosyjska-niemiecka gra, obliczona na  zachowanie Polski w strefie obcych wpływów. Po upadku muru berlińskiego i zjednoczeniu państw niemieckich, wsparcia dla polskich dążeń upatrywano głównie ze strony Republiki Federalnej Niemiec, a do dziś Niemcy są uważani za głównych „akuszerów” naszego akcesu do UE i NATO. 

niedziela, 26 lipca 2015

DLACZEGO NUDIS VERBIS


Gdy w tekście „O postawie wyprostowanej” ( z 9 maja br.) napisałem – „Jeśli te wybory zakończą się porażką opozycji i Bronisław Komorowski sięgnie po drugą kadencję, nie warto dłużej zawracać sobie głowy działaniami partii pana Kaczyńskiego i związanych z nią mediów”, padła również zapowiedź - „czytelnikom bezdekretu chcę wówczas zaproponować całkowicie inną perspektywę i spojrzenie na polskie sprawy ponad dotychczasową normą „opozycyjności”.
Wygrana Andrzeja Dudy nie tylko potwierdzała ułomności moich przedwyborczych prognoz, ale powinna uchylić taką deklarację i sprawić, że dalsze rachuby polityczne zostaną oparte na działaniach nowego prezydenta i poczynaniach zwycięskiej (oby) partii Jarosława Kaczyńskiego. Ta sytuacja otwiera (jak twierdzą politycy opozycji) „drogę dobrych zmian” i całkowicie zaspokaja oczekiwania zwolenników pana Kaczyńskiego. Jestem przekonany, że większość wyborców PiS w takich kategoriach oceni zwycięstwo wyborcze i będzie w nim upatrywać początek arcyważnego, historycznego przełomu.
Czy to oznacza, że proponowana na tym blogu perspektywa „długiego marszu” stanie się odtąd bezużyteczna i nieaktualna? W kontekście nowego rozdania, należałoby wówczas zapytać - czy powinniśmy oczekiwać, że prezydent Andrzej Duda i rząd pod wodzą Beaty Szydło podejmą trud demontażu komunistycznego bękarta III RP, zerwą porządek ustanowiony w Magdalence i wytyczą drogę do wolnej Rzeczpospolitej?
W moim przekonaniu, byłyby to wyobrażenia bezpodstawne, świadczące o politycznym infantylizmie i myśleniu życzeniowym. Żadne z ocen i poglądów głoszonych dziś przez czołowe postaci opozycji, nie uprawniają do formułowania takich oczekiwań.
Nikt nie słyszał deklaracji Andrzeja Dudy, które świadczyłyby o intencji zerwania z ciągłością polityczną III RP. Nigdy nie padła zapowiedź podważenia „dokonań” ostatniego ćwierćwiecza ani oceny zapaści, w jaką wepchnęły nas rządy PO-PSL i prezydentura B. Komorowskiego. Nie słyszano, by nowy prezydent lub kandydatka na premiera uznali za priorytet sprawę zamachu smoleńskiego i w kontekście tego wydarzenia zamierzali zweryfikować dotychczasowe kierunki polityki zagranicznej. Nic nie wiadomo o planach odrzucenia komunistycznej mitologii „georealizmu” ani budowania strategii bezpieczeństwa narodowego w oparciu o własną, polską drogę. Nie wiemy też, na czym miałyby polegać „zmiany w polityce zagranicznej”, jeśli nadal mają być zależne od dogmatu „integracji europejskiej” i wsparte na gwarancjach udzielanych przez odwiecznych wrogów polskości.
Uważam za oczywiste, że prezydentura pana Dudy i (potencjalny) rząd pani Szydło, będą sprawowane w formule obecnej państwowości i nigdy nie podważą jej fundamentów. Nie mamy dziś opozycji antysystemowej i żadne z postulatów partii pana Kaczyńskiego nie prowadzą do obalenia porządku III RP. Ponieważ tworu powołanego w Magdalence, nie sposób zmienić ani zmodernizować (a tylko w tym kierunku idą intencje opozycji) - podtrzymuję twierdzenie o czekającym nas „długim marszu”. Wprawdzie nowe rozdanie może sprawić, że rozpoczniemy go z dalece lepszej pozycji, to cel końcowy nadal wydaje się mglisty i odległy.
Dlaczego zatem  nudis verbis? Gdy we wrześniu ubiegłego roku opublikowałem dwa teksty pod takim tytułem, zawarte w nich twierdzenia wzbudziły zapewne konsternację, ale też wywołały zainteresowanie i ciekawą dyskusję. Chciałbym przypomnieć te refleksje i poprzedzić nimi publikację trzeciej części „Nudis Verbis”, zatytułowanej „Perspektywy”.
Choć wrześniowe teksty są obszerne i wymagają dłuższej uwagi, proszę wybaczyć, że publikuję je w całości. Chciałbym, by wraz z częścią trzecią stanowiły logiczną całość i stały się w pełni zrozumiałe.  
Mam też nadzieję, że w przededniu ważnych, wyborczych rozstrzygnięć, tak „kontrowersyjne” tezy staną się dobrym punktem wyjścia do poważnej rozmowy o kierunkach „długiego marszu”.

***

NUDIS VERBIS – 1 Diagnoza

„Żadnej współpracy z bolszewikami! Zasadą polskiej polityki zagranicznej winno być szukanie przeciwko Niemcom sprzymierzeńców na zachodzie, nigdy na wschodzie, W praktyce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych. […] Niemcy są naszym wrogiem zewnętrznym, bolszewicy i zewnętrznym, i wewnętrznym. Niemcy wojnę przegrali, bolszewicy ją wygrywają. Niemcy odchodzą, bolszewicy przychodzą” – pisał  Józef Mackiewicz w roku 1944, w wydawanym prze siebie piśmie „Alarm”.  
Jak dalece poglądy pisarza na sprawy polskie różniły się od opinii „autorytetów konspiracyjnych”, wyjaśniał Mackiewicz bez ogródek:
„Oto w odróżnieniu od rozpowszechnionego dziś rewizjonizmu w dziedzinie teorii oporu wobec najeźdźcy, rewizjonizmu, który często powołuje się na wzory czeskie, byłem zdecydowanym zwolennikiem zbrojnego, bezkompromisowego przeciwstawiania się Niemcom, ale – jednocześnie – równie zdecydowanym przeciwnikiem wspomagania bolszewików. Przelewanie naszej krwi w walce z Niemcami uważałem za konieczne. Ale przelewanie tej samej krwi dla wspomagania bolszewików i przyśpieszenia zejścia Polski w jarzmo sowieckie – za zbrodnię. […] „Strzelanie do agentów Gestapo to akt samoobrony koniecznej, Wysadzanie pociągów z amunicją przeznaczoną do walki z bolszewikami, to świadectwo niedojrzałości politycznej. […] Podobne hasło uznane zostało przez niektóre „autorytety” konspiracyjne za – niezgodne z interesem Polski. Zważmy, że działo się to w czerwcu, lipcu 1944 r. Gdy klęska Niemiec była rzeczą przesądzoną, Gdy zamiary Sowietów w odniesieniu do Polski stały się już od dawna jawne i nie podlegające żadnej dyskusji!”
Sięgam po teksty Mackiewicza z „NUDIS VERBIS”, ponieważ nie ma w polskiej literaturze politycznej rzeczy równie uniwersalnych dla opisania naszej obecnej sytuacji. O doniosłości tekstów pisarza świadczą nie tylko miara historycznej weryfikacji i sprawdzalności jego prognoz politycznych, ale nienawiść, z jaką dwa bliźniacze twory: PRL i III RP, traktowały i traktują spuściznę Mackiewicza. Żaden inny pisarz nie został skazany na tak długoletnie zapomnienie i marginalizację, jak człowiek, który miał odwagę udzielać Polakom „artystycznej i publicystycznej lekcji antykomunizmu” (Jacek Trznadel).

piątek, 5 czerwca 2015

O SKAZIE PIERWORODNEJ III RP

„To co się działo w 1989 r. nie miało nic wspólnego z wyborami i w tamtym czasie wszyscy to jeszcze nie tylko rozumieli ale i głośno mówili, nawet zwolennicy tej operacji. Po latach jednak sejm RP przyjmuje uchwałę nazywającą wydarzenia 1989 r. ‘wolnymi wyborami’. Ta operacja językowa jest niesłychanie ważna i groźna zarazem. Dla ludzi Platformy Obywatelskiej wywodzących się z ugrupowania powstałego przy okrągłym stole i z niego czerpiących swoje siły fikcja demokracji u źródeł III RP jest przesłanką usprawiedliwiającą ograniczenie, a nawet likwidację demokracji obecnie. Platforma wychodzi bowiem z założenia, że społeczeństwo, które nie potrafiło wywalczyć demokracji i niepodległości, a następnie pogodziło się z ich fikcją da sobie odebrać istniejące wciąż namiastki demokratycznych instytucji” -  stwierdził Antoni Macierewicz w referacie wygłoszonym w grudniu 2009 roku, podczas konferencji zorganizowanej przez Annę Walentynowicz.
„Wielka inscenizacja” z 1989 roku stała się podstawą wszystkich procesów politycznych „nowego” państwa i pozwoliła zastąpić autentyczną demokrację agenturalno-esbeckim erzacem. Nawiązywała wprost do tradycji sfałszowanych wyborów z roku 1947, z których komunistyczni najeźdźcy wywodzili prawo do rządzenia Polakami. Uległa jednak dość istotnej modyfikacji, bo w odróżnieniu od spektaklu z 1947, obecna koncepcja legalizacji komunizmu stworzyła mit założycielski oparty na dogmacie „porozumienia” koncesjonowanej opozycji z przedstawicielami reżimu.
Dwa lata po zakończeniu II wojny światowej, agentom komunistycznym nie powiódł się podobny „kontrakt wyborczy”. Wbrew ich rachubom, Stanisław Mikołajczyk odrzucił wówczas propozycję stworzenia „wspólnego bloku wyborczego”, w którym PSL (podobnie jak PPR i współpracujące z komunistami  SL i PPS) miałoby przydzielone 20 procent mandatów.
W roku 1947 wybory kontraktowe były dla wysłanników Stalina najkorzystniejszym rozwiązaniem i mogły stanowić mocny argument na rzecz legalizacji okupacji sowieckiej. Sprzeciw PSL-u zmusił jednak komunistów do sięgnięcia po rozwiązania sowieckie i zorganizowania ponurego spektaklu, zwanego wyborami powszechnymi. W świadomości Polaków zapisały się one jako akt historycznego fałszerstwa i na kolejne dziesięciolecia zdecydowały o tym, że jedynym źródłem władzy komunistycznej w tzw. Polsce Ludowej, była zdrada, przemoc i kłamstwo, wsparte na dyktacie Józefa Stalina.
Rok 1989 przyniósł zatem całkowicie nową jakość w procesie konwalidacji komunizmu. Porozumienie samozwańczych „przywódców opozycji” z grupą esbeków i partyjnych dygnitarzy, stworzyło fundament, o jakim 50 lat wcześniej wysłannicy Stalina mogli tylko pomarzyć.