Gdybyśmy przyjęli, że w Smoleńsku doszło do zbrodniczej
akcji służb Putina, trzeba również założyć, że byłaby to największa i
najpoważniejsza tego typu operacja w historii służb specjalnych. Jej zakres nie
da się porównać z żadną znaną lub domniemaną ingerencją tajnych służb.
Katastrofa w Gibraltarze, zabójstwo Kennedy'ego, zamach na Jana Pawła II czy jakiekolwiek
akty terrorystyczne, nie mogą być porównywalne ze zdarzeniem, w którym ginie
urzędujący prezydent europejskiego państwa, grupa najwyższych rangą dowódców armii
NATO i elita państwowych oficjeli.
Jest oczywiste, że takiej operacji musiałyby
towarzyszyć nadzwyczajne środki zabezpieczające, adekwatne do wagi i skali zjawiska.
Przy obecnym rozwoju sieci informatycznej i zaawansowanych technologiach
wywiadowczych, całkowita blokada informacji byłaby niemożliwa. Gwarancję zamachowcom
dawałaby natomiast główna broń rosyjskich służb i sięgniecie po narzędzia dezinformacji.
Już od 10 kwietnia 2010 można było zauważyć, że kreowanie
kolejnych, nawet najbardziej szokujących hipotez na temat tragedii smoleńskiej,
nie stanowi zagrożenia dla Rosji. Zostały one wpisane w mechanizmy
dezinformacji i służyły odwróceniu uwagi od kwestii rzeczywiście
istotnych. Im więcej teorii się pojawiało,
im bardziej są nagłaśniane i komentowane, tym lepiej dla służb kierujących operacją.
Groźna byłaby tylko jedna, prawdziwa wersja oraz wiedza, prowadząca do poznania
rzeczywistych okoliczności zdarzenia. Wszystkie pozostałe pracowały na korzyść kreatorów
dezinformacji; wywołując pożądany szum informacyjny, ośmieszając „teorie
spiskowe”, przytłaczając odbiorców rozmaitością szczegółów i utrudniając im dotarcie
do merytorycznych ustaleń. Osłona dezinformacyjna przypomina wówczas wirus
atakujący system immunologiczny organizmu. Uodparnia go na działanie prawdy i czyni obojętnym wobec kolejnych dociekań.
Przez ostatnie sześć lat byliśmy świadkami budowania
rozmaitych hipotez i naprowadzania opinii publicznej na fałszywe tropy. Prócz
tzw. raportu MAK, który należy zaliczyć do klasycznej, rosyjskiej dezinformacji,
z katalogu takich działań można wymienić sztandarowy produkt polskojęzycznych
służb – tzw. teorię maskirowki czy dywagacje
mówiące o nieumyślnej winie kontrolerów. Szereg publikacji i książek na temat
Smoleńska zostało opartych na „tajnej wiedzy” autorów lub zainspirowanych grą
służb specjalnych.
Kolejna książka Jurgena
Rotha całkowicie wpisuje się w tego rodzaju kampanie. Ponieważ rzecz dotyczy wyjątkowo
podstępnej hipotezy i wydaje się mieć związek z intencjami naszych zachodnich
sąsiadów, warto poświęcić uwagę tej publikacji. Tym bardziej, że za sprawą
głównych rezonatorów dezinformacji -tzw. wolnych
mediów, związanych z grupą rządzącą, tezy Rotha są usilnie forsowane i
rozpowszechniane.