niedziela, 24 sierpnia 2014

UDERZENIE Z BELWEDERU

Nie próbuję dociekać, dlaczego tzw. niezależne media chcą widzieć w publikacjach tygodnika Wprost „uderzenie w prezydenta”. Taka teza, choć wygląda kusząco, nie tylko nie ma nic wspólnego z faktami, ale niepotrzebnie zaciemnia sens tej kombinacji operacyjnej.
Jest tym bardziej niedorzeczna, że, podobnie, jak miało to miejsce w pierwszej odsłonie afery marszałkowej, prowadzi do tworzenia fałszywych tropów. Gdy na przełomie lat 2007-2008 rozpoczęto operację osłonową Bronisława Komorowskiego, ośrodki propagandy nadały jej nazwę „afery aneksowej”. Miała sugerować, że chodzi o nielegalne działania związane z tajnym aneksem i wyciekiem informacji zawartych w tym dokumencie. Dopiero zaproponowana przeze mnie nazwa - „afery marszałkowej”, wskazywała na logikę ówczesnej kombinacji.
Dzisiejsza teza o „uderzeniu w prezydenta” okazałaby się prawdziwa tylko pod tym warunkiem, że partia opozycyjna wykorzystałaby zainteresowanie opinii publicznej i przystępując do kontrataku sprawiła, że temat związków Komorowskiego ze środowiskiem WSI nie schodziłby przez wiele miesięcy z łam "naszych" mediów. Ponieważ brzmi to nierealnie, propagandowa nadinterpretacja nie służy rozbrojeniu celów kombinacji i w niczym nie przeszkadza jej autorom.
Cele te zostały precyzyjnie wykazane i ukierunkowane. Można je zawrzeć w trzech podstawowych twierdzeniach, zaczerpniętych z tekstów Wprost:
Pierwsze brzmi: „Wprost” ma ściśle tajne dokumenty komisji Antoniego Macierewicza, która pisała raport z weryfikacji WSI. Materiały, w których negatywnie opisywany jest obecny prezydent, wyciekły już w 2007 r". Podobnie, jak w roku 2008, ma ono wskazywać na źródła przecieku oraz sugerować, że informacje pochodzą z aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI.
Druga teza jest równie klarowna: "Z dokumentów widać, że weryfikatorzy WSI próbowali dobrać się do skóry Bronisławowi Komorowskiemu" - co ma dowodzić, że członkowie komisji weryfikacyjnej kierowali się intencjami politycznymi i próbowali zbierać fałszywe haki na obecnego lokatora Belwederu.
Twierdzenie trzecie ma z kolei prowadzić do zdezawuowania treści aneksu i przekonania odbiorcy, że jest on zbiorem „publicystycznych tez Macierewicza”. Tytuł jednej z publikacji – „Dokument uwięziony w lochu” oraz instrumentalne użycie wypowiedzi prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jasno wskazują na taki zamysł.
Jeśli publikacje tygodnika mamy traktować jako jeden z elementów kombinacji operacyjnej, należy przypomnieć definicje tego terminu. Tym bardziej, że bywa on fałszywie rozumiany. Kombinacja taka oznacza zatem zespół planowych działań, wzajemnie ze sobą powiązanych i podporządkowanych jednolitej koncepcji, mających na celu takie oddziaływanie na przeciwnika, aby przez wprowadzenie go w błąd lub wykorzystanie błędu, doprowadzić go do z góry zakładanych zachowań, które umożliwią wykonanie określonych zadań operacyjnych.
Prawidłowa analiza wymaga więc sprecyzowania: kim jest przeciwnik i jakie zachowania mają urzeczywistnić cele kombinacji.
W przypadku niemal wszystkich operacji rozgrywanych przy udziale ośrodków propagandy, przeciwnikiem jest oczywiście odbiorca przekazu: czytelnik, telewidz, słuchacz. To on, na podstawie prezentowanych materiałów, ma utwierdzić się w błędnych opiniach i reagować zgodnie z wolą autorów kombinacji. Co i ile ma zrozumieć czytelnik „rewelacji” tygodnika Wprost, wskazałem powyżej. Nie ma wątpliwości, że wiedza odbiorcy zostanie ugruntowana również przy pomocy innych środków.  
W zakresie tezy pierwszej, będzie nim reakcja prokuratury, która już kilka godzin po publikacji podjęła adekwatne działania. Ich cel ( wraz z potwierdzeniem podstawowej tezy publikacji) został jasno wytyczony w wystąpieniu szefowej Kancelarii Prezydenta:
"Ujawnienie tajnych informacji jest kolejnym skandalem w tak zwanej sprawie raportu WSI. Należy oczekiwać, że prokuratura tym razem, w przeciwieństwie do wcześniejszych skandali związanych z raportem, podejmie odpowiednie działania (...) W kontekście artykułu „Wprost” jeszcze większe wątpliwości budzi bierność prokuratury w sprawach związanych z raportem WSI".
Co oznacza określenie „odpowiednie działania” oraz, w jakim zakresie Belweder piętnuje „bierność prokuratury”, nietrudno dociec. Błyskawiczna reakcja jest prawdopodobnie efektem przyjęcia tezy, iż źródłem przecieku są ludzie związani z Antonim Macierewiczem i Komisją Weryfikacyjną WSI. Można sądzić, że w tym kierunku będzie zmierzało śledztwo. Tak zrobiono w roku 2008, dlaczegóż więc nie powtórzyć udanej sekwencji. Najwyraźniej domyśla się tego również redaktor naczelny tygodnika Wprost, gdy bez najmniejszego oporu oddaje prokuratorom bezcennego „pendrive'a z dokumentami ws. WSI”. Przypomnę, że robi to ten sam człowiek, który onegdaj stoczył bohaterską walkę „o wolność słowa” i na oczach całej Polski przyciskał do piersi  laptop z nielegalnymi „podsłuchami kelnerów”. Można dywagować, czy uczestniczący w tej inscenizacji „koledzy dziennikarze”, również mają taką świadomość?
W zakresie tezy drugiej, kombinacja zmierza do rozbrojenia ewentualnych zarzutów pod adresem Bronisława Komorowskiego. Jeśli bowiem pojawia się sugestia o politycznym zamówieniu na haki, odbiorca ma powziąć przekonanie, że wszystko, co dotyczy kontaktów Komorowskiego ze środowiskiem WSI jest propagandowym humbugiem, spreparowanym na  potrzeby kampanii wyborczej.
Ta myśl ma prowadzić do przyjęcia tezy trzeciej, zgodnie z którą, aneks do Raportu z Weryfikacji WSI jest dokumentem niewiarygodnym, sporządzonym pod dyktando polityczne i nacechowanym „konfabulacjami” Antoniego Macierewicza. Obecny przeciek sugeruje, że jest on używany do walki politycznej. Ponieważ odbiorca jest zdany wyłącznie na treści rzekomych przecieków, zaś wiedzę o działaniach WSI czerpie z ośrodków propagandy, twierdzenie zostanie tym łatwiej ugruntowane.
Ostatnim elementem układanki jest próba odpowiedzi na pytanie: do czego zmierza obecna kombinacja, wykonanie jakich zadań ma umożliwić?
Wprowadzenie w błąd nie jest bowiem celem samym w sobie, lecz ma służyć osiągnięciu bardziej wymiernych efektów. W tym zakresie pojawiają się różne spekulacje: jest to „materiał przykrywkowy”, mający chronić Komorowskiego przed złożeniem zeznań w procesie afery marszałkowej; chodzi o storpedowanie książki Wojciecha Sumlińskiego na temat związków Komorowskiego z WSI; publikacja ma uzasadnić potrzebę powołania sejmowej speckomisji ws. weryfikacji WSI.  
Wszystkie te domniemania brzmią wielce wiarygodnie i nie sposób odmówić im logiki. Wydaje się jednak, że cele obecnej kombinacji trzeba postrzegać w dużo szerszym kontekście i wiązać je z projektami od dawna forsowanymi w Belwederze.
Wielokrotnie wskazywałem, że od chwili objęcia stanowiska prezydenta, Bronisław Komorowski konsekwentnie dąży do budowy i umocnienia reżimu prezydenckiego. By domknąć ten proces, potrzebuje nie tylko drugiej kadencji (co przy bierności opozycji wydaje się osiągalne), ale wsparcia ze strony środowiska byłych WSI.  To wsparcie ma swoją wymierną cenę i nie należy jej mierzyć wyłącznie efektem propagandowym.
Sejmowa speckomisja, czy prokuratorski spektakl wokół „nielegalnych działań Macierewicza”, nie byłyby tylko aktem ślepej zemsty, ale mają prowadzić do całkowitej rehabilitacji i rewalidacji WSI. Nie da się tego osiągnąć publikacjami ośrodków propagandy. Potrzeba ustaw i konkretnych decyzji prawnych. Te zaś mogą zostać podjęte tylko wówczas, gdy powstanie korzystna atmosfera „oczyszczenia” ludzi WSI z zarzutów zawartych w Raporcie z Weryfikacji.
Narzędzia służące tym celom zostały już przygotowane. Należą do nich:
- „ustawa o reaktywacji WSI” – czyli nowelizacja ustawy o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego projektu MON, z 16 października 2012 roku, która  jest obecnie przedmiotem zaawansowanych uzgodnień (również z żołnierzami byłych WSI ze stowarzyszenia „Sowa”). Ma ona „określić na nowo procedury weryfikacji treści raportu”, a jej zakres będzie się odnosił do "uzupełnienia raportu". Środki prawne przewidziane w nowelizacji mają ułatwić ponowną weryfikację żołnierzy i funkcjonariuszy byłych WSI oraz przygotować ewentualne „uzupełnienia” raportu, sporządzone zgodnie z wolą „pokrzywdzonych”;
- projekt „konsolidacji przemysłu zbrojeniowego” oraz zwiększenia budżetu MON, w ramach realizacji tzw. doktryny Komorowskiego. Posłużą one generowaniu olbrzymich środków na rzecz środowisk związanych z przemysłem zbrojeniowym. Ludzie byłych WSI zostaną włączeni w procesy gospodarcze związane z tzw. modernizacją Sił Zbrojnych oraz nadzorem nad technologiami wojskowymi;
- wydawanie kolejnych aktów prawnych, w oparciu o orzeczenie Sądu Najwyższego. W czerwcu br. Sąd Okręgowy w Warszawie odroczył rozpatrywanie zażaleń „pokrzywdzonych” na umorzenie śledztwa w sprawie powstawania Raportu z Weryfikacji WSI. Przed ich rozstrzygnięciem, Sąd Okręgowy postanowił z urzędu zapytać SN o wykładnię prawa. Chodzi o rozstrzygnięcie dwóch kwestii: czy szef komisji weryfikacyjnej WSI jest funkcjonariuszem publicznym w rozumieniu kodeksu karnego oraz jak rozumieć zwroty "inny organ państwowy" oraz "inna instytucja państwowa".
 - powołanie sejmowej speckomisji ws. weryfikacji WSI - przy czym ten projekt, z uwagi na ryzyko niekontrolowanych przez reżim wydarzeń oraz groźbę ujawnienia prawdziwego oblicza „wojskówki”, wydaje się najmniej prawdopodobny.
            Publikacje tygodnika Wprost wpisują się w cele służące pełnej reaktywacji układu byłych WSI. Społeczeństwo ma się dowiedzieć, że likwidacja tej służby była nie tylko ogromnym błędem, ale wiązała się z szeregiem poważnych przestępstw i zagroziła bezpieczeństwu państwa. Raport z Weryfikacji WSI oraz aneks do raportu, okażą się dokumentami niewiarygodnymi, sporządzonymi na polityczne zamówienie i opartymi na „tezach publicystycznych Macierewicza”. Publiczna eksploatacja takich wniosków zostanie wykorzystana w trakcie kampanii wyborczej i będzie służyła reelekcji lokatora Belwederu. W wyniku wielowątkowej operacji medialnej, Komorowski - obrońca i polityczny patron WSI, wyrośnie na postać "męża stanu", zaś kolejne akty prawne umożliwią wzmocnienie fundamentów reżimu prezydenckiego.

czwartek, 14 sierpnia 2014

WYGRAĆ - BY OBALIĆ III RP


Z tekstem pani profesor Barbary Fedyszak-Radziejowskiej „Wygrać tak, by nie przegrać” (Gazeta Polska z 6.08.br.), mam pewien kłopot. Jak zawsze, gdy wypada zmierzyć się z opiniami osoby, która do realiów III RP przykłada miarę demokracji i podług jej mechanizmów próbuje definiować scenariusze polityczne. Problem polega na tym, że wprawdzie diagnoza wydaje się trafna, a wnioski brzmią sensownie – jednak tylko wówczas, gdybyśmy rozmawiali o opozycji parlamentarnej we Francji, Niemczech lub w Holandii.
Bo choć miło jest wierzyć, że przed 25 laty Polacy odzyskali wolność i na jej fundamentach budują dziś państwo prawa i demokracji, trudniej zastąpić wiarę racjonalną refleksją i rozprawić się z zastrzeżeniami na temat funkcjonowania ustroju. Jeszcze trudniej, sprostać wiedzy o genezie tego państwa i jego nieprawym pochodzeniu.
Ponieważ w III RP nigdy nie podjęto takiej refleksji, a z doświadczeń ostatniego ćwierćwiecza płyną wnioski sprzeczne z dogmatami ustrojowymi, skłaniam się ku twierdzeniu, że opisywanie dzisiejszych realiów przy pomocy pojęć właściwych dla demokracji jest nie tylko błędem metodologicznym, ale poważnym zabobonem, którego konsekwencje odczuwamy tym boleśniej, im bardziej mu ulegamy.
Nie żyjemy w państwie, w którym moglibyśmy toczyć akademicką dyskusję o narzędziach demokracji i wyższości sondaży nad zdrowym rozsądkiem. Te pierwsze okazują się nieskuteczne w starciu z aparatem reżimowym i propagandą,  drugie zaś zostały po stokroć skompromitowane i poddane politycznym regulacjom.
Zdumiewać się, że reżim ignoruje głos obywateli i traktuje opozycję jako zagrożenie, może tylko ten, kto nie odrobił lekcji historii i dotąd nie zrozumiał, że „system Tuska” to nie patologia i „deformacja demokracji”, lecz logiczne zwieńczenie państwowości III RP. Ludzie PO-PSL nie pojawili się znikąd. Są „szczytowym osiągnieciem” procesu tzw. transformacji ustrojowej, w którym wyhodowano współczesną odmianę sukcesorów komunizmu, zaś sposób sprawowania przez nich władzy w niczym nie odbiega od reguł „demokracji socjalistycznej”.
Definicję dzisiejszego państwa zbudowano przed ćwierćwieczem. W „załączniku do informacji dziennej” z dnia 7 kwietnia 1989 r, SB przedstawiła komentarze różnych środowisk po zakończeniu obrad okrągłego stołu. Czytamy tam m.in.:
 Dominuje pogląd, że wynikiem rozmów jest stworzenie nowego, zreformowanego systemu społeczno- politycznego, którego podstawą będzie społeczeństwo obywatelskie, funkcjonujące w państwie socjalistycznej demokracji parlamentarnej.
Określenie to niezwykle trafnie oddaje charakter obecnego ustroju. Posiada on fasadowe cechy parlamentaryzmu, dopuszcza działalność partii politycznych i (nominalnie) niezależnych instytucji. Zachowuje szyldy praw obywatelskich, w tym wolność wypowiedzi i zrzeszania. Celebruje mitologię karty wyborczej oraz „rządy prawa”, oparte na niezawisłym (od rozumu) sądownictwie. Zza tej fasady działają prawdziwi decydenci, żerują grupy interesu i polityczno-agenturalne mafie. To znamienne, że właśnie byli esbecy i kapusie, członkowie kompartii oraz przedstawiciele koncesjonowanej opozycji PRL, są dziś najgorętszymi orędownikami systemu. Od kiedy „wolny świat” uwierzył w śmierć komunizmu i uznał demokrację za rodzaj lewackiego antidotum, erzac tego ustroju stanowi bezpieczną przystań dla rzeszy zamordystów, łajdaków i miernot.
Obecny reżim z niezwykłą łatwością wmówił Polakom, jakoby archaiczna konstrukcja okrągłego stołu była jedyną, na której można budować państwowość. Próba podważenie tego fundamentu jest traktowana niczym zamach na Polskę. Wywołuje histeryczne oburzenie „elit” i prowadzi do miotania najcięższych oskarżeń.
Źródła tych zachowań nieomylnie zdradzają rodowód obecnej władzy. Dążeniem komunistów było tworzenie „frontów jedności narodu”, „kolektywów” i fałszywych wspólnot, w których  czynnikiem integrującym miały być hasła niesione na partyjnych sztandarach. Podważanie fundamentów „socjalistycznego państwa” lub  próba rewizji systemu okupacyjnego, była niedopuszczalna. Ta sama bliźniacza obsesja, wsparta kazuistyczną retoryką, towarzyszy od lat działaniom grupy rządzącej. Ujawnia ona rzeczywisty lęk przed dychotomią My-Oni, przed wytyczeniem ostrych podziałów, w których pojęcia „swój” i „obcy” nabierają elementarnego znaczenia i decydują o dokonywanych wyborach.
Prawdziwa twarz „demokracji socjalistycznej” ujawnia się w momencie zagrożenia interesów tych środowisk. Pojawia się cenzura i represje sądowo-policyjne, mnożą akty przemocy, wzmaga propaganda i dezinformacja. Jeśli to nie wystarcza, w zanadrzu są narzędzia stanu wyjątkowego, instytucje "seryjnych samobójców", mordy polityczne i prowokacje. Od 2010 roku zbyt często doświadczaliśmy takich praktyk, by zamykać na nie oczy.

Opozycja, która zamierza obalić układ rządzący, nie może sankcjonować fikcji i nazywać jej demokracją. Nie może przyjmować narracji przeciwnika i legalizować jego kłamstw. Nie leży to w interesie opozycji, lecz tych, którzy wykorzystują owe mechanizmy dla własnych łajdactw.
Gdy prezes Prawa i Sprawiedliwości nawołuje do „obrony demokracji”, zaś politycy jego partii dywagują o „psuciu” obecnego ustroju i „wypaczaniu” jego istoty, pojawia się pytanie: jakiej demokracji chcą bronić? Jeśli tej, stworzonej przez III RP- są to apele autoryzujące fikcję. To państwo nie zostało nagle zepsute przez reżim PO-PSL. Było chore już w chwili poczęcia, zaś dzisiejsze patologie są stanem całkowicie naturalnym dla magdalenkowej „demokracji socjalistycznej”. 
Prof. Fedyszak – Radziejowska pisząc, iż „warto się zastanowić, nie „czy”, ale „jak” wygrać najbliższe wybory, pochyla się nad arytmetyką sondażowo-wyborczą i proponuje opozycji konsolidację, ostrożność i „ciułanie” głosów. Uważam to za program minimalistyczny i nieprzydatny. Wbrew zdaniu autorki: „w opinii Ściosa tkwi przekonanie, że wynik demokratycznych wyborów nie jest ważny”, ja także utrzymuję, że wybory 2015 będą najważniejszym wydarzeniem. Pod tym wszakże warunkiem, że byłyby one rzeczywiście wolne i demokratyczne. W państwach realnego komunizmu ( tu jest pole do definicji IIIRP), to niemożliwe.
Realizm nakazuje oceniać szanse wyborcze w kontekście faktów, nie zaś wyobrażeń o nieistniejących zasadach ustrojowych. Fakty są zaś takie, że opozycja przegrywa wszystkie wybory, niezależnie od wcześniejszych prognoz i scenariuszy i nic nie wskazuje, by tym razem miało stać się inaczej. Faktem jest, że opozycja nie potrafi kontrolować procesu wyborczego i nie może zapewnić jego bezwzględnej uczciwości. Faktem jest również, iż ta władza wywiera propagandową presję na wyborców, pozbawia ich możliwości dokonywania świadomego wyboru, wykorzystuje instytucje i organy państwa dla celów partyjnych oraz stwarza sytuacje sprzyjające fałszowaniu wyniku wyborczego.
Realizm zmusza więc do rewizji dotychczasowych postaw: w tym rezygnacji z huraoptymizmu i pokładania nadziei w niepewnej arytmetyce wyborczej. Mądra opozycja powinna sięgnąć po oręż przeciwnika i wykorzystać go w walce politycznej. Skoro reżim chełpi się swoim demokratycznym sznytem i przed „wolnym światem” opiewa zdobycze III RP, użyjmy narzędzi skutecznych, acz niewygodnych dla rządzących. 
Nie trzeba więc wezwań do "obrony demokracji" ani troski o sondażowe wyniki, lecz wezwania do obalenia układu rządzącego i zniesienia „republiki” IIIRP. To prawdziwy cel opozycji. By go osiągnąć, ma prawo stosować wszystkie środki, w szczególności zaś, odwoływać się do aktywności obywatelskiej i demokracji bezpośredniej. Mądra opozycja nie będzie traciła czasu na parlamentarne przepychanki i farsę „wotum nieufności”. Nie będzie uganiać się za mitycznym „centrum” ani nawracać wyznawców PO, lecz postawi na potencjał milionów swoich zwolenników i na nich zbuduje swoją pozycję.  Oznacza to obowiązek organizowania manifestacji i ulicznych protestów, prawo do nękania reżimu strajkami i kierowania wezwań do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Tylko w ten sposób opozycja policzy szeregi zwolenników i zerwie zasłonę fałszywej demokracji.
Jeśli opozycyjność ma znaczyć więcej niż werbalny sprzeciw i prowadzić do kreowania nowej rzeczywistości, musi też odrzucać wszystko co proponuje III RP: z jej mediami, establishmentem i samozwańczymi elitami. Nie tylko ze względu na intelektualną marność i semantyczne zaprzaństwo, ale dlatego, że niemożliwe jest budowanie społeczności ludzi wolnych wraz z tymi, którzy noszą piętno niewolnictwa. Kto próbuje takiej sztuki, nie tylko nie ocali niewolników, ale zgubi ludzi pragnących wolności.
W ramach obecnej postawy opozycji, nie ma miejsca na „ostre widzenie świata”, wytyczenie granic polskości i nazwania po imieniu obcych. Nie ma miejsca na podważenie filarów, na których wspiera się karykatura obecnej państwowości.
Taka postawa - zamiast twardej negacji i bezkompromisowej walki, przynosi Polakom miraże pseudodemokracji i karmi nasze nadzieje populistycznym placebo. Nie jest ozdrowieńczym serum podawanym mieszkańcom Oranu, lecz usypiającym narkotykiem, po którym przyjdzie bolesne przebudzenie lub nastąpi śmierć. 


Tekst został opublikowany w nr 33/2014 Gazety Polskiej

wtorek, 12 sierpnia 2014

NIE BĘDZIE „CUDU NAD WISŁĄ”


Endecki publicysta Stanisław Stroński, który w wigilię bitwy z bolszewikami skojarzył ją z francuskim „cudem nad Marną”, nawet nie marzył o tym, że określenie przetrwa dziesięciolecia i zrobi oszałamiającą karierę. Ten zadeklarowany przeciwnik Józefa Piłsudskiego wolał dopatrywać się ingerencji sił nadprzyrodzonych, niż uznać, że o zwycięstwie nad sowiecką zarazą zdecydował geniusz marszałka i odwaga jego żołnierzy. 
Słowa o „cudzie nad Wisłą” zostały natychmiast podchwycone przez publicystów endeckich i hierarchów Kościoła. Ci ostatni, nie ukrywając niechęci do Piłsudskiego, nadali zwrotowi treści religijne i połączyli dzień bitwy ze Świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polski.
Prosty zabieg propagandowy miał posłużyć umniejszeniu roli Naczelnego Wodza i utrwalić przekonanie, że nie wysiłek i bohaterstwo żołnierzy, lecz nadzwyczajny przypadek  rozstrzygnął losy wojny z bolszewikami.
Większość z tych, którzy sięgają dziś po „cud nad Wisłą”, być może nie zna politycznych konotacji związanych z tym zwrotem i nie obchodzą ich konflikty sprzed kilkudziesięciu lat. Zakładam, że jeśli nawet traktują słowa literalnie, to nie z intencją lukrowania historii lub odbierania zasług polskiemu żołnierzowi. Próba zwalczania takiej maniery byłaby zresztą bezcelowa, bo (niestety) określenie na stałe weszło do naszego słownika i jest używane nawet przez tych, którzy deklarują się piewcami marszałka.
Weszło zaś tym łatwiej, że o ile z zadziwiającą prostotą dostrzegamy rękę Bożej Opatrzności i jesteśmy skłonni przypisać Jej opiekę nad polską historią, o tyle trudniej przychodzi nam zrozumieć, że za narodowe zwycięstwa trzeba wpierw zapłacić – czasem cenę najwyższą. Akceptacja dla „cudu” wydaje się o wiele przyjemniejsza, od świadomości ponoszenia ofiar, wyrzeczeń i ciężkiej pracy.
Nie jesteśmy społeczeństwem zdolnym do długiego marszu. Tym bardziej - do buntu i stawienia czoła wrogowi. Nikt nie akceptuje prawdy, że hybrydy komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji. Anektują jej fasadę, by ukryć własne draństwa, jednak nie po to, by oddać władzę.  Odzyskać ją można tylko w taki sposób, jak została narzucona. I nie za cenę partyjnego kuglarstwa i medialnego bełkotu, lecz poprzez twardą, bezwzględną wojnę, w której nie ma miejsca na żaden kompromis.  
Zwycięstwo nad bolszewicką nawałą lepiej zatem kojarzyć z bogoojczyźnianym nastrojem i rozpamiętywaniem minionej chwały, niż dostrzec w nim wyzwanie, któremu nie potrafilibyśmy sprostać.
Bo jeśli nie Boża interwencja, lecz mądrość dowódców, odwaga żołnierzy i narodowa danina krwi zdecydowały o wyniku Bitwy Warszawskiej – jak zmierzyć tą miarą nasze dzisiejsze aspiracje i oczekiwania? 
Co może wyrosnąć z „sondażowych nadziei” i paplaniny partyjnych żołnierzyków? Jakim orężem okażą się wyborcze karteczki i werbalne deklaracje? Strach przed nazywaniem rzeczy po imieniu i dychotomią My-Oni, może usprawiedliwiać wiarę w „cud”, ale nie daje szans na realne zwycięstwo.
Gdy będziemy wspominali dzień, o którym Eugeniusz Małaczewski pisał, że był „walką na życie i śmierć o pokój dla wszystkich ludów na ziemi”, może pora zmierzyć się z pytaniem: jaka Polska wyrośnie z tego, co gotowi jesteśmy dla niej poświęcić?

niedziela, 3 sierpnia 2014

IN MEMORIAM


Niezdolność do skutecznych działań od dawna jest dowodem postępującej słabości opozycji. Dla tych, którzy trzeźwo oceniają rzeczywistość posmoleńską, nie jest to zaskoczeniem.
Od 2010 roku partia Jarosława Kaczyńskiego nie stworzyła sytuacji, która mogłaby zagrozić reżimowi, nie przeprowadziła ani jednej efektywnej kampanii politycznej, nie odebrała skrawka władzy i nie wykreowała wydarzeń, które uderzałyby w grupę rządzącą. Jednym pozytywnym przykładem jest zespół parlamentarny ds. zbadania przyczyn tragedii smoleńskiej, przy czym efekty jego pracy są przede wszystkim osobistą zasługą ministra Macierewicza i zebranej przezeń grupy ekspertów i współpracowników.
Ujawnienie największych afer oraz informacji dyskredytujących polityków reżimu, odbywało się zwykle bez udziału środowisk opozycyjnych i było wynikiem wewnętrznych rozgrywek, w których jedna wataha wykorzystywała służby i ośrodki propagandy do rozprawy z drugą watahą. Począwszy do  tzw. afery Amber Gold, po obecne audycje belwederskie, mamy do czynienia z klasycznymi kombinacjami operacyjnymi, w których opozycji i tzw. naszym mediom przewidziano rolę komentatorów lub użytecznych rezonatorów. Nagrodą za udział w tych inscenizacjach są sondażowe „marchewki” oraz możliwość występów polityków PiS w reżimowych gadzinówkach.
Na przestrzeni ostatnich lat nie potrafiłbym wskazać jakiejkolwiek sytuacji samodzielnie wykreowanej przez opozycję; ani jednego epizodu, w którym narzuciłaby własny temat i narrację, zmusiła reżim do spektakularnych reakcji lub znaczących ustępstw.
Nie chcę zanudzać czytelników sięganiem po sprawy sprzed dwóch czy trzech lat. Dla uświadomienia skali zjawiska wystarczy wspomnieć o wydarzeniach najnowszych, w których błędy i zaniechania opozycji wytyczają miarę jej bezsilności.
Partia Jarosława Kaczyńskiego w najmniejszym stopniu nie wykorzystała sytuacji związanej z wojną na Ukrainie. Politycy unijni i opinia państw „wolnego świata”, nigdy nie usłyszała, że rządzący III RP reżim jest najwierniejszym sojusznikiem i wykonawcą woli Moskwy. Nie skorzystano z naturalnego prawa opozycji do odcięcia się od złej, wasalnej polityki zagranicznej. Nie przeprowadzono kompleksowej kampanii informacyjnej, w której "system Tuska" i polityka lokatora Belwederu zostałyby zdemaskowane i przedstawione jako zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski i Europy. Nie przypomniano przywódcom Zachodu o roli wspólników kłamstwa smoleńskiego, nie wypunktowano bezgranicznego podporządkowania „elit” III RP kremlowskiemu watażce.
Opozycja nie dopilnowała i kompletnie zbagatelizowała wybory do PE. Oficjalne deklaracje o „pilnowaniu wyborów” i tworzeniu „korpusów ochrony” trzeba włożyć między bajki i uznać za przejaw niebywałej arogancji lub cynizmu przedstawicieli PiS. Jedynym efektem szumnie zapowiadanej akcji „Uczciwe wybory” był kilkustronicowy „raport”, o wyglądzie wypracowania gimnazjalisty. Zawierający liczne błędy i przemilczenia, napisany w sposób niechlujny i nieprofesjonalny. Nie tylko nie wymieniono w nim wielu istotnych nieprawidłowości, nie dostrzeżono specyfiki przedwyborczych przetargów oraz treści dokumentów produkowanych przez PKW, ale nie odpowiedziano na najważniejsze pytanie: z jakiego oprogramowania i czyich serwerów korzystała PKW w trakcie tych wyborów? Gdy kilka dni później Sąd Najwyższy odrzucił protesty PiS przeciwko ważności wyborów, informacja nie została nawet ujawniona przez „nasze” media i została przemilczana przez opozycję.

środa, 23 lipca 2014

TERRORYZM-NARZĘDZIE PUTINA


Zestrzelenie przez Rosjan malezyjskiego Boeinga, w żadnej mierze nie jest zdarzeniem przypadkowym bądź „nieszczęśliwym wypadkiem”. Wojenna logika Putina oraz działania armii rosyjskiej na Ukrainie wskazują, że mamy do czynienia z rozmyślnym zamordowaniem blisko 300 osób i aktem terrorystycznym dokonanym z zimną kalkulacją.
Istnieje co najmniej kilka przesłanek na poparcie takiej tezy, przy czym najistotniejsze wydają się informacje przekazywane bezpośrednio po zamachu. Ich wagę podkreśla fakt, że już po kilku godzinach znacząco zmieniono przekaz, a w miejsce rzetelnych wiadomości pojawił się szum medialny i dezinformacja.
Przypomnę, że pierwsze doniesienia mówiły o zestrzeleniu samolotu pasażerskiego z terytorium Rosji. Taką opinię przekazywały m.in. media na Ukrainie, powołując się przy tym na ”źródła w Waszyngtonie”. Francuski dziennik „Le Figaro” opublikował natomiast wypowiedzi ekspertów wojskowych (m.in. płk Pierre Serventa, doradcy w Dowództwie Operacji Sił Specjalnych), z których wynikało, że malezyjski samolot zestrzeliła rosyjska armia za pomocą rakiety ziemia-powietrze o średnim bądź dużym zasięgu. Eksperci twierdzili, że tylko Rosjanie mogli dysponować rakietami (np.typu Aster) zdolnymi przenosić pociski na odległość dwukrotnie wyższą od pułapu lotu MH17.
Ukraiński kontrwywiad ujawnił treść rozmów telefonicznych, jakie prowadzili ze sobą rosyjscy terroryści. Wynika z nich, że bateria Buk M-1 przybyła na Ukrainę wraz z rosyjską obsługą. To kluczowa wiadomość, bo wbrew twierdzeniom polskojęzycznych przekaźników i wywodom rodzimych „ekspertów”, zaawansowane systemy rakietowe nie mogą być obsługiwane przez niewyszkoloną załogę. Zakładając nawet, że strzał oddano z terytorium Ukrainy, nie jest prawdą, że dokonali go „prorosyjscy separatyści” – jak w zgodzie z kremlowską nomenklaturą nazywani są żołnierze Specnazu i agenci służb rosyjskich działający na Ukrainie.
Co istotne, obsługa zestawu M-1 mogła bez najmniejszych problemów korzystać z rosyjskich stacji radiolokacyjnych i systemów identyfikacji samolotów. Wyrzutnie Buk M-1 ( o ile tej właśnie użyto) posiadają wprawdzie zintegrowany system identyfikacji radiolokacyjnej „swój-obcy”, jednak wykorzystując dane z rosyjskiego centrum dowodzenia można było precyzyjnie zidentyfikować i namierzyć ostrzeliwany obiekt. To oznacza, że rosyjscy żołnierze z obsługi wyrzutni musieli doskonale wiedzieć, iż oddają strzały w kierunku samolotu pasażerskiego. Przy tak zaawansowanej technologii, o pomyłce nie może być mowy.  
Zaledwie przed dwoma miesiącami na poligonie Kapustin Jar wojska rosyjskie z Zachodniego Okręgu Wojskowego intensywnie ćwiczyły odpieranie ataku z powietrza. Podczas manewrów, szczególną wagę przywiązywano do zadań wykonywanych przez obsługi kompleksów S-300, Buk-M1 i Pancir-S. Wyrzutni tych użyto następnie na Ukrainie. 16 lipca, a zatem dwa dni przed zestrzeleniem pasażerskiego Boeinga, tuż przy granicy z Rosją zestrzelony został ukraiński myśliwiec Su-25M1. Dzień później, pociskiem wystrzelonym z terytorium Federacji Rosyjskiej, zniszczono ukraiński samolot transportowy AN-26. Oznacza to, że armia rosyjska w pełni kontrolowała nadgraniczną przestrzeń powietrzną nad Ukrainą i urządzała tam bandyckie „polowania”.

czwartek, 10 lipca 2014

BELWEDER IDZIE NA WOJNĘ


Po raz kolejny znajdujemy potwierdzenie, że określanie lokatora Belwederu mianem „malowanego prezydenta” lub przypisywanie mu „żyrandolowej” nieudolności, jest nie tylko aktem rażącej głupoty, ale powinno być podciągnięte pod zarzut celowej dezinformacji. 
Projekt ustawy o zmianie ustawy o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej oraz niektórych innych ustaw, skierowany dziś przez Komorowskiego do Sejmu, to bodaj najgroźniejszy pomysł legislacyjny powstały w środowisku Belwederu, związany z budową reżimu prezydenckiego.  
Jak już wielokrotnie przypominałem, od czasu objęcia stanowiska prezydenta, Bronisław Komorowski wykazuje zaangażowanie w bardzo szczególnym obszarze polityki. Obejmuje on sprawy bezpieczeństwa, wojskowości i służb specjalnych. Jedną z pierwszych inicjatyw ustawodawczych polityka PO, była nowelizacja ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych. Na jej podstawie lokator Belwederu uzyskał prawo, by na wniosek Rady Ministrów wprowadzić stan wojenny lub stan wyjątkowy w sytuacji „szczególnego zagrożenia dla ustroju państwa” lub w przypadku  „działań w cyberprzestrzeni” – przy czym definicje tych zagrożeń nie zostały nigdy sprecyzowane, co pozwala ich autorom na dowolną interpretację. Uchwalona w ekspresowym tempie nowelizacja dawała  Komorowskiemu realne narzędzie, przy pomocy którego można np. anulować każdy niekorzystny werdykt wyborczy, lub zablokować zmiany groźne dla układu rządzącego.
Opiniując belwederski projekt, prof. dr hab. Andrzej Szmyt, ekspert ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych, wyrażał poważne wątpliwość, co do potrzeby i kształtu proponowanej nowelizacji i zwracał uwagę, że termin „działania w cyberprzestrzeni” nie został w żaden sposób zdefiniowany i jest terminem „o nieustalonej treści normatywnej, raczej dość potoczną „zbitką pojęciową”. Zdaniem prof. Szmyta „prawne dookreślenie tego pojęcia ma istotne znaczenie, gdyż wiąże się z konsekwencjami w sferze praw i wolności człowieka i obywatela”.
Szereg propozycji prawnych oraz tzw. rekomendacji, zawarto w sztandarowym dziele belwederskich strategów - Strategicznym Przeglądzie Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), w ramach którego powstały koncepcje dokonywanej już „reformy służb specjalnych” oraz  „reformy systemu dowodzenia siłami zbrojnymi” i „modernizacji technicznej i finansowania sił zbrojnych”.
Kilka legislacyjnych posunięć zwiększyło wpływy Belwederu na armię (w tak newralgicznych kwestiach, jak obsada najwyższych stanowisk, rozbudowa „potencjału obronnego” i modernizacja przemysłu zbrojeniowego)  oraz dało podstawę do wdrożenia prezydenckiej „koncepcji kułaka”, w której znacząco ograniczono uprawnienia cywilnego wywiadu i kontrwywiadu, utworzono nową służbę (Narodowe Centrum Kryptologii) i umocniono formacje wojskowe. Przeprowadzone w ramach tego projektu roszady personalne, polegały na zastąpieniu złych, nieudolnych (lecz powiązanych z PO) szefów służb i ministerstw, ludźmi „drugiego szeregu”, równie bezbarwnymi, jak bezwolnymi wobec dyspozycji Belwederu. Nie tylko osłabiło to władzę Tuska i jego marionetkowych ministrów, lecz pozwoliło przesunąć centrum decyzyjne w sprawach bezpieczeństwa w stronę środowiska belwederskiego.

wtorek, 8 lipca 2014

OFFSET – CZYLI JAK ZAROBIĆ NA DRUGĄ KADENCJĘ


Podpisanie przez lokatora Belwederu nowej ustawy offsetowej,  to najważniejsze wydarzenie ostatnich dni. Ponieważ temat przekracza obszar medialnych wrzutek i jest bardziej skomplikowany od rezonowania kombinacji pt. afera podsłuchowa, nie został odnotowany przez „nasze” media, a tym bardziej, nie spotkał się z reakcją opozycji. To dostatecznie dobra rekomendacja, by zaprezentować go na moim blogu.
Nie chcąc zanudzać czytelników nadmiarem szczegółowym informacji, wskażę jedynie, że nowa ustawa o niektórych umowach kompensacyjnych zawieranych w związku z umowami dostaw na potrzeby obronności i bezpieczeństwa państwa oraz niektórych innych ustaw (jak brzmi jej pełna nazwa), dotyczy zamówień „niezbędnych dla bezpieczeństwa państwa”. Zgodnie z nowymi regulacjami, za realizację offsetu będzie odtąd odpowiedzialne Ministerstwo Obrony Narodowej, a nie (jak dotychczas) Ministerstwo Gospodarki. Druga istotna zmiana polega na odejściu od zasady, iż offset ma wspierać rozwój polskiej gospodarki. Od dziś  nowe umowy offsetowe przede wszystkim „mają służyć ochronie podstawowych interesów bezpieczeństwa państwa” i nie będą ograniczane interesem ekonomicznym. Oznacza to, że offset zmieni charakter z czysto ekonomicznego (jako czynnik kompensujący wydatki państwa poniesione za granicą) na obronny.
Jak wyjaśnia portal defence24.pl „od wejścia podpisanej 7 lipca w życie ustawy za offset będzie się uznawać współpracę między Skarbem Państwa a kontrahentem zagranicznym w celu zapewnienia polskiemu potencjałowi przemysłowo – obronnemu zdolności „niezbędnych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa”, o charakterze produkcyjnym czy remontowym, a także transferu technologii. Wcześniej umowa offsetowa miała zapewnić udział zagranicznych dostawców w restrukturyzacji i rozwoju gospodarki Rzeczypospolitej Polskiej.”
Zdaniem twórców, nowa ustawa ma służyć „dostosowaniu  do wymogów prawa unijnego” i prowadzić do  wzmocnienia sił zbrojnych i krajowego przemysłu zbrojeniowego”. Gdyby III RP była państwem prawa i demokracji, zaś rządy sprawowali reprezentanci polskiej rację stanu - zapewne tak można byłoby interpretować niektóre zapisy ustawy. W hybrydzie PRL-u, to propagandowa mrzonka.
Ustawa offsetowa ma w zasadzie jedno, praktyczne zastosowanie. Od tej chwili MON (a właściwie ludzie zarządzający zbrojeniówką oraz grupa wyższych oficerów zajmujących się zakupami uzbrojenia) otrzyma prawo dokonywania transakcji według własnego uznania. Kryterium nazwane szumnie „podstawowym interesem bezpieczeństwa państwa” jest bowiem tyleż pojemne, jak nieprecyzyjne. W warunkach III RP, gdzie stanowisko szefa MON zajmuje kompletny ignorant, a o polityce zbrojeniowej decydują belwederscy „stratedzy”, ustawa offsetowa jest ogromnym prezentem legislacyjnym na rzecz lobby zbrojeniowego.
Prezentem wielce kosztownym, bo tylko w tym roku „plan modernizacji technicznej” sił zbrojnych przewiduje wydanie ponad 8 mld zł na zakup nowych rodzajów broni. Jeśli zaś Komorowskiemu uda się zdyscyplinować rząd Tuska, można liczyć, że od przyszłego roku budżet ten wzrośnie.
Prace nad ustawą trwały od 2012 roku, a jej zapisy usankcjonowały wiele z dotychczasowych praktyk MON, w tym dokonywanie zakupów bez offsetu. W ten sposób zakupiono w ubiegłym roku 307 Rosomaków czy używane czołgi Leopardy. Być może za kilka lat dowiemy się o okolicznościach, w jakich zawarto te umowy. Nie jest też tajemnicą, że przekazanie uprawnień do MON oznacza nieuchronną eliminację offsetu z umów zbrojeniowych. Stanie się tak z korzyścią dla tych, którzy sprzedają i kupują uzbrojenie, choć niekoniecznie z korzyścią dla państwa.
Ustawa otwiera ogromne pole do nadużyć i korupcji. Jeśli bowiem offset jest wkalkulowany w cenę każdego sprzętu wojskowego, a kontrahent  go nie chce, oznacza to, że uczestnicy negocjacji mają „do podziału” określoną kwotę. Sprzedawca dostanie zatem premię za przygotowanie korzystnej umowy, kupujący otrzyma  zaś cenne „suweniry” itp. dowody  wdzięczności. Jak i do kogo one trafią, zostanie okryte tajemnicą negocjacji handlowych.
Warto zauważyć, że ustawa wchodzi w życie w tym samym czasie, gdy w ramach tzw. konsolidacji przemysłu zbrojeniowego powołano Polską Grupę Zbrojeniową. Już na początku tego roku rząd zdecydował o wniesieniu udziałów 12 spółek należących do Skarbu Państwa do nowoutworzonej spółki PGZ SA. Docelowo ma ona liczyć ok. 30 podmiotów i będzie podlegać ministrowi skarbu. Szef MON stwierdził wówczas, iż „konsolidacja przemysłu obronnego jest konieczna, aby realizować wielkie zamówienia zbrojeniowe”. Proces ten ma zakończyć się jesienią br.
Ponieważ po udanym przeprowadzeniu „konsolidacji” MON utraci realne wpływy na przemysł zbrojeniowy (pozbędzie się kontroli nad zakładami wojskowymi), staje się oczywiste, że zapisy ustawy offsetowej są fikcją. O zakupach broni nie będą decydowali urzędnicy ministerialni, lecz przedstawiciele lobby zbrojeniowego. Tam też trafią pieniądze przeznaczone na „modernizację sił zbrojnych” - dokonywaną według projektów Belwederu i futurystyczno-propagandowej wizji pod nazwą ”doktryna Komorowskiego”. Można się spodziewać, że przy umiejętnym rozgrywaniu różnych straszaków i demagogicznych haseł, będą to największe pieniądze, jakie wypłyną z budżetu III RP w najbliższych latach.  Posłużą one nie tylko umocnieniu lobby zbrojeniowego ( w którym główną rolę będą odgrywali ludzie związani z byłymi WSI)  i utrwaleniu władzy komunistycznych trepów nad siłami zbrojnymi, ale będą jednym z najważniejszych „grantów” stabilizujących reżim prezydencki.

Linki:


piątek, 20 czerwca 2014

GRA PUTINA CZY OFENSYWA BELWEDERU ?


Od początku tzw. afery taśmowej pojawiają się opinie, że mamy do czynienia z „rosyjską grą”, a  rzeczywistych mocodawców tej kombinacji należy poszukiwać za wschodnią granicą. Według tej koncepcji, tłem obecnych rozgrywek miałaby być sprawa Azotów, w której strona rosyjska szuka sposobów na przejęcie polskiego przedsiębiorstwa i próbuje skłonić Tuska do ustępstw. Wprawdzie tego typu opinie nie są poparte racjonalną argumentacją, zdobywają jednak coraz większą popularność i utwierdzają odbiorcę w przeświadczeniu, że ma do czynienia z grą obcego wywiadu.
Warto zatem zauważyć, że ktokolwiek wymyślił tak absurdalną hipotezę oraz jej pochodne (np. rosyjska zemsta za stanowisko Tuska w sprawie Ukrainy) lub daje wiarę podobnym pomysłom, musi też przyjąć przynajmniej dwie przesłanki: ekipa Tuska stanowi zagrożenie dla strony rosyjskiej i jest przeciwna rosyjskiej ekspansji na nasz przemysł chemiczny.
Rosyjska gra przeciwko Tuskowi byłaby racjonalna tylko wówczas, gdyby działania tego rządu istotnie zagrażały interesom Kremla lub były z nimi sprzeczne. Tymczasem takiej przesłanki nie da się obronić, ponieważ dotychczasowe działania reżimu nigdy i w niczym nie zagrażały stronie rosyjskiej.
W kontekście sprawy Azotów przypomnę fakty:
1.      W kwietniu 2013 r. Donald Tusk zdymisjonował ze stanowiska szefa resortu skarbu, Mikołaja Budzanowskiego. Oficjalnym powodem dymisji miało być „wzmocnienie nadzoru nad spółkami strategicznymi, tak by interesy naszego kraju nie doznały uszczerbku”. Z żądaniem dymisji Budzanowskiego wystąpił PiS, zaś odejście ministra odnotowano jako sukces opozycji.
2.      Miesiąc później alarmowano, że rosyjscy inwestorzy posiadają już w Grupie Azoty 9,7 procent głosów, podczas gdy skarb państwa zmniejszył swoją kontrolę nad Grupą z 45 na 33 procent głosów. Wiceminister skarbu państwa Paweł Tamborski uspokajał wówczas, że jego resort nie pozwoli na przejęcie pakietu kontrolnego Grupy Azoty.
Skarb Państwa miał wówczas zabezpieczyć swoje interesy w taki sposób, że wykonywanie prawa głosu z posiadanych akcji zostało ograniczone do 20 procent.
3.      W tym samym czasie „Rzeczpospolita” poinformowała o wizycie w Moskwie polskiej delegacji parlamentarnej pod kierownictwem Schetyny i Cimoszewicza. Odbyła się w lutym 2013 r. Opisano, jak Rosjanie - z szefem Acronu Wiaczesławem Kantorem na czele, w sposób bezpośredni zażądali dymisji ministra Budzanowskiego. Gazeta przytaczała słowa szefa zagranicznej komisji Rady Federacji Michaiła Margiełowa, który wypomniał Schetynie: „Dyskryminujecie rosyjski kapitał. Zablokowaliście inwestycję Wiaczesława Kantora w Azotach”. Podano również, że wieczorem polscy goście zostali zaproszeni na kolację. Byli zaskoczeni, bo obok rosyjskich polityków spotykali W. Kantora. Otwarty lobbing i domaganie się wyrzucenia ministra skarbu były głównymi tematami wieczoru.

środa, 18 czerwca 2014

BELWEDERSKA PIĘŚĆ


Chciałem podziękować posłom Prawa i Sprawiedliwości za deklarację wsparcia starań Prezydenta Bronisława Komorowskiego dotyczących wzmocnienia bezpieczeństwa Polski w obliczu zmian w naszym otoczeniu strategicznym.  Tak bowiem rozumiem zapowiedź poparcia inicjatywy zwiększenia nakładów obronnych o 0,05% PKB, które zamierzamy przeznaczyć na przyspieszenie procesu modernizacji sił zbrojnych” – napisał gen. Stanisław Koziej w oświadczeniu zamieszczonym na stronie BBN.
 Podziękowania szefa BBN mają związek z informacją przekazaną przez PAP, iż PiS „zaapelował do  prezydenta i rządu, aby do końca lipca przedstawili w Sejmie projekt ustawy zwiększającej do 2 proc. PKB wydatki na wojsko. Jeśli tak się nie stanie, PiS zapowiada własną inicjatywę legislacyjną w tej sprawie.” Wiceprezes PiS Beata Szydło podczas konferencji prasowej wyraziła nadzieję, że „pieniądze na polską armię będą wydawane przede wszystkim w Polsce, co będzie stanowić wsparcie dla polskiego przemysłu.”
            Mogę zrozumieć, że reprezentanci Prawa i Sprawiedliwości nie dostrzegają politycznego kontekstu swojej deklaracji i nie pojmują, iż wspieranie „projektów zbrojeniowych” lokatora Belwederu jest aktem samobójczym. Gdyby politycy opozycji wierzyli, że propozycją ustawy w/s budżetu MON „ograją” Komorowskiego lub wymuszą sensowne rozwiązania, ich plany zostaną zweryfikowane przez sejmową arytmetykę i rozbite na osłonie medialnej lokatora Belwederu. Podziękowania gen. Kozieja aż nadto dowodzą, że chodzi o propagandową rozgrywkę.
Potrafię również dostrzec, że sprawy obronności i bezpieczeństwa militarnego nie należą do priorytetów programowych opozycji (nie przypadkiem znalazły się na ostatnim miejscu Programu PiS 2014), zaś politycy tej partii nie mają wiedzy o rekomendacjach belwederskiego SPBN i założeniach tzw. doktryny Komorowskiego. Gdyby było inaczej, deklaracji o wsparciu pomysłów Belwederu nie sposób byłoby wytłumaczyć nawet rażącą głupotą.
 Trudno jednak pojąć, dlaczego opozycja chce wyrzucać pieniądze podatników na konserwację komunistycznego skansenu, zwanego siłami zbrojnymi III RP, daje dodatkowe środki ignorantowi na stanowisku ministra obrony narodowej (co w praktyce oznacza oddanie ich generalskiemu lobby) oraz popiera wzmocnienie środowiska, które ma tworzyć fundamenty reżimu prezydenckiego?

piątek, 13 czerwca 2014

PROCES


Proces sądowy w sprawie afery marszałkowej rozpoczął się 8 czerwca 2011 roku przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Na liście świadków znajdowały się m.in. nazwiska Bronisława Komorowskiego, Krzysztofa Bondaryka, Pawła Grasia, Antoniego Macierewicza oraz znanych postaci życia publicznego i wysokich rangą oficerów służb specjalnych.
Już w grudniu 2009 roku, po opublikowaniu komunikatu o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia, Wojciech Sumliński, w wywiadzie udzielonym PR1 wyraził nadzieję, że proces odbędzie się przy otwartej kurtynie. To bardzo ważna okoliczność, ponieważ od początku istniała obawa, iż proces może przebiegać pod dyktando pułkownika komunistycznej bezpieki Aleksandra L. W akcie oskarżenia, ten były szef Zarządu I Szefostwa WSW przyznał się do winy i chciał dobrowolnie poddać karze 2 lat więzienia w zawieszeniu na 5 lat oraz karze grzywny w wysokości 50 tys. zł. Prokuratura poparła to rozstrzygnięcie. Nietrudno zrozumieć, że decyzja Aleksandra L. o przyznaniu do winy wywarła niekorzystny wpływ na pozycję procesową drugiego oskarżonego, a w powstałej sytuacji można było się spodziewać, iż zeznania oficera WSW będą obciążające dla dziennikarza.
Podczas pierwszego posiedzenia sądu doszło do kuriozalnej sytuacji. Obecni na rozprawie Antoni Macierewicz i Piotr Bączek złożyli wniosek o umożliwienie im uczestnictwa w procesie w charakterze oskarżycieli posiłkowych. Wniosek poparł oskarżony Wojciech Sumliński i jego obrońcy, jednak prokurator wyraźnie się temu sprzeciwił.
Obrońcy dziennikarza wskazali na podstawy prawne, w oparciu o które Antoni Macierewicz i Piotr Bączek powinni zostać oskarżycielami posiłkowymi. Wypowiadając się na temat sprawy Antonii Macierewicz wielokrotnie podkreślał, że jego zdaniem na ławie oskarżonych powinien zasiąść nie Wojciech Sumliński, a były oficer WSI ppłk Leszek T. oraz obecny prezydent, Bronisław Komorowski. Antoni Macierewicz złożył w tej sprawie odpowiednie wnioski do prokuratury, nie zostały one jednak uwzględnione.
Do dziś odbyło się kilkadziesiąt rozpraw, podczas których zeznawali m.in. Paweł Graś, Krzysztof Bondaryk, Leszek Pietrzak, Antonii Macierewicz, Sławomir Cenckiewicz.
Zeznań przed sądem nigdy już nie złoży główny i jedyny świadek oskarżenia, ppłk. Leszek Tobiasz. Przez wiele miesięcy Tobiasz skutecznie unikał stawienia w sądzie. Wojciech Sumlinski twierdził: „Tobiasz nie był przesłuchany na żadnej rozprawie - był wzywany na rozprawy i nigdy się nie stawiał - nie wiadomo dlaczego. Na ostatniej rozprawie był nawet sen. Romaszewski, który pytał: "czy można tak nie stawiać się bez końca".

środa, 4 czerwca 2014

O FAŁSZYWYM ZMARTWYCHWSTANIU CZŁOWIEKA SOWIECKIEGO


W powszechnej świadomości istnieje ścisła współzależność między pojęciami komunizmu i człowieka sowieckiego. Na tyle ścisła, że ten typ mentalności miał być charakterystyczny dla rzeczywistości sowieckiej i do dziś jest definiowany w perspektywie „zniewolenia przez radziecki system komunistyczny”.
Człowiek demokratycznego Zachodu – pisał Leopold Tyrmand w „Cywilizacji komunizmu” -  nie jest w stanie wyobrazić sobie rzeczywistości, w której nie można czegoś wypowiedzieć, stwierdzić publicznie czy ogłosić. Tymczasem tuż obok niego, w świecie skurczonym do rozmiarów parugodzinnego lotu z Waszyngtonu do Moskwy, żyją ludzie odlegli od niego o czasoprzestrzeń jaka dzieli wczesne średniowiecze od wolnych wyborów burmistrza Nowego Jorku. Nie tylko nie mogą oni mówić co uważają za właściwe do powiedzenia, ale nie wolno im także myśleć inaczej niż mają to przepisane przez polityczny kanon rządzący ich życiem”.
Jeszcze dokładniej pojęcie człowieka sowieckiego umiejscawiał Aleksandr Zinowiew, gdy pisał w „Homo sovieticus”:
Na Zachodzie ludzie mądrzy i wykształceni nazywają nas homo sovieticus. Szczycą się, że odkryli istnienie tego typu człowieka i wymyślili dlań tak piękną nazwę. Przy czym używają tej nazwy w sensie dla nas poniżającym i pogardliwym. Nie mogą zrozumieć, że myśmy dokonali czegoś więcej — pierwsi wyhodowaliśmy ten nowy typ człowieka, a Zachód dopiero pięćdziesiąt lat później wprowadził nowe słówko i ceni ten swój wkład do historii o wiele wyżej od tego, czego dokonaliśmy my. (…)No cóż, jak homo sovieticus — to homo sovieticus! Ja posunę się jeszcze dalej i przytrę Zachodowi nosa. Wprowadzę wygodny skrót tego przydługiego terminu: homosos. Przynajmniej brzmi po radziecku”.
Taka definicja i powiązane z nią skojarzenie, musiałyby prowadzić do oczywistej konkluzji, że epoka homososa skończyła się wraz ze „śmiercią” komunizmu i upadkiem Związku Sowieckiego. Twór zależny od reżimu komunistycznego doznałby wówczas wyzwolenia od dotychczasowych ograniczeń: od terroru i wszechwładzy monopartii, przemocy fizycznej i intelektualnego zniewolenia, od zewnętrznej cenzury i niszczącej autocenzury, od systemu nakazów, gróźb i kar, które tłumiły w nim pragnienie prawdy i wolności.
Ogłoszona na początku lat 90. „śmierć” komunizmu, byłaby zatem datą uśmiercenia człowieka sowieckiego, który wraz z upadkiem ZSRR utraciłby „ontologiczną” podstawę bytowania.
Tak oczywista konkluzja napotyka jednak na poważne problemy. Jak bowiem wytłumaczyć, że 25 lat po „śmierci” komunizmu i upadku państwa, które stworzyło model homososa, ten typ osobowości nadal dominuje w realiach III RP? Czym wyjaśnić sytuację, w której obywatele Rzeczpospolitej oddają władzę komunistycznym sukcesorom, godzą się z obecnością kapusiów i zdrajców, powierzają sprawy bezpieczeństwa esbekom i dawnym prześladowcom, przyzwalają na niszczenie kultury, na antypolskie kampanie nienawiści i dezinformacji? Jakim więzom zniewolenia przypisać fakt, że większość naszych rodaków akceptuje życie w kłamstwie i wyraża zgodę na rządy intelektualnych i moralnych miernot? Ćwierć wieku po rzekomym „uśmierceniu” komunizmu, jest on wyraźnie obecny w mentalności polskojęzycznych „elit”, ujawnia się w prześladowaniach wolnej myśli, objawia w procesach fałszywego pojednania i uległości wobec rosyjskiego okupanta.

piątek, 30 maja 2014

NIE BYŁOBY HAŃBY …


Nie byłoby „pojednania zrodzonego z krwi” i upokarzających aktów wdzięczności wobec Putina, gdyby nie patronowali mu polscy hierarchowie.
Te wypowiedzi :
 - Tomasza Turowskiego z 23 marca 2010 roku dla KAI:
Dokonuje się forma ekumenicznego pojednania ze strony zarówno katolickiej jak i prawosławnej i to w tak symbolicznym miejscu jak cmentarz w Katyniu. Ogrom krwi narodu rosyjskiego, tych którzy zginęli podczas represji rosyjskiej, ze strony Kościoła prawosławnego miesza się tam z krwią polską. To jest testament dla przyszłych pokoleń polskich i rosyjskich, żeby krew przelana poprzez tych samych katów, poprzez tych, którzy wykonywali wyroki i na swoich współobywatelach i na Polakach - była zaczynem realnej przyjaźni i realnego pojednania między Polska i Rosją"
 - T. Turowskiego dla  rosyjskiego radia FINAM FM z 12 kwietnia 2010:
I Rosja, i Polska należą do tej samej ogromnej judeo-chrześcijańskiej tradycji, a wielkie rzeczy w tej tradycji zawsze rodziły się we krwi. I jestem pewien, że z tej krwi wyrośnie to, na co my wszyscy czekamy - nowe, dobre stosunki pomiędzy Polską i Rosją”.
 - abp Życińskiego z homilii wygłoszonej w lubelskiej katedrze 15 kwietnia 2010 roku:
Krew naszych rodaków, która wsiąkła w ziemię rosyjską, na tym terenie, gdzie przedtem wsiąkała krew bohaterów rozstrzelanych za miłość do ojczyzny – niech z tej gleby wyrosną dojrzałe kłosy rodzące chleb pojednania”.
 - prymasa Henryka Muszyńskiego z homilii podczas mszy żałobnej w intencji Marii i Lecha Kaczyńskich z 17 kwietnia 2010 roku:
Dramat, który rozegrał się na rosyjskiej ziemi – jak nigdy dotąd – połączył Polaków i Rosjan, których podzieliła na dziesiątki lat zbrodnia na polskich oficerach dokonana w Katyniu w 1940 roku. Teraz jednak, po tragicznej katastrofie prezydenckiego samolotu 10 kwietnia br., przekonujemy się, że krew przelana przed 70 laty, potrafi łączyć zarówno polityków, jak i zwykłych szarych ludzi. [...] Z perspektywy 70 lat widać wyraźniej niż kiedykolwiek, że niewinnie przelana krew ofiar tego samego, nieludzkiego systemu, która wsiąkła w tę samą ziemię i dzieliła nas przez pokolenia, nie musi koniecznie dzielić, a może także łączyć.”
- wiąże nie tylko wspólna retoryka i fałszywa symbolika, ale od dnia tragedii smoleńskiej wytyczają one kierunek „religijnej” i „historycznej” interpretacji tego wydarzenia. Zgoda hierarchów na zawłaszczenie przez Cerkiew miejsca kaźni polskich oficerów w Katyniu i wybudowania tam przez Rosnieft  tzw. Zespołu Memorialnego, czy  ulokowanie Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia w biurowcu należącym do Archidiecezji Warszawskiej – są również wyrazem relacji łączących władzę państwową i kościelną w kwestii zadekretowania „pojednania” z Rosją.

Nie byłoby procesu „pojednania” polsko-rosyjskiego, gdyby od września 2009 roku nie wspierali go polscy hierarchowie. Zaledwie kilka dni po wizycie Putina, przybyła do naszego kraju delegacja Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, by rozpocząć rozmowy o wspólnym dokumencie dotyczącym „pojednania obu narodów”. „Delegację Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej przyjmujemy z radością – zapewnił wówczas sekretarz generalny EP bp Stanisław Budzik - „Mamy nadzieję także na to, że Kościoły pomogą w pojednaniu polsko-rosyjskim”. Gdy 17 sierpnia 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl - Gundiajew oraz przewodniczący KEP abp Józef Michalik podpisywali  „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”  - nazwano ten akt „najważniejszym wydarzeniem 2012 roku”. Polscy hierarchowie nie ustawali w peanach na cześć Cyryla, określają go „mężem opatrznościowym dla świata, Kościoła prawosławnego i naszych wspólnych kontaktów” oraz „świadkiem i prorokiem”, z którym Kościół „podejmie wspólne dzieło ewangelizacji Europy”. Również ta gloryfikacja przedstawiciela Putina, znajduje źródło w jeden z wypowiedzi T. Turowskiego z  23 marca 2010 r.: „Nie do przecenienia jest rola, jaką w wymiarze pojednania narodów pełni obecnie Rosyjski Kościół Prawosławny, a zwłaszcza Cyryl I, patriarcha Moskwy i Wszechrusi. To osobowość charyzmatyczna”.

środa, 28 maja 2014

TRZEBA ZAMKNĄĆ GRANICĘ Z KALININGRADEM


Faszyzm nie przejdzie”, „dość ludobójstwa na Ukrainie” – pod tymi hasłami odbył się w Kaliningradzie wiec poparcia dla polityki przywódców Kremla. Mieszkańcy obwodu protestowali przeciwko „przemocy ukraińskich banderowców” i „machinacjom imperialistów amerykańskich” oraz uczcili minutą ciszy pamięć „30 żołnierzy Gwardii Narodowej rozstrzelanych na Ukrainie za odmowę strzelania do ludzi”. Zwyczajowo niesiono flagi ZSRR i przekreślone symbole faszystowskie.
Ten opis nie dotyczy manifestacji z lat 60. ubiegłego wieku. Wiec weteranów armii radzieckiej, młodzieży i mieszkańców Kaliningradu odbył się w ubiegły piątek i był kolejnym „spontanicznym odruchem” społeczności zamieszkującej rosyjską enklawę.
Nie ma wątpliwości, że był to „odruch spontaniczny” ponieważ reakcje naszych wschodnich sąsiadów na zbrojną napaść na Ukrainę są wręcz entuzjastyczne.
Z najnowszych badań Centrum Levanda wynika, że gdyby wybory prezydenckie odbyły się w maju br., Putin mógłby liczyć na 81 procentowe poparcie. Drudzy w kolejności, komuniści Ziuganow i Żyrinowski otrzymaliby zaledwie 7 i 4 procent. Socjologowie z Levandy podkreślają, że w czasie ostatniego miesiąca liczba osób, które chciałyby wzmocnienia więzi z Zachodem spadła do najniższego od 10 lat poziomu i wynosi obecnie 39 proc. Jednocześnie, zaledwie 21 proc Rosjan chciałoby, aby ich państwo stało się "państwem demokratycznym, o gospodarce rynkowej i prawach człowieka, jakie obowiązują w krajach zachodnich”. Zdecydowana większość opowiada się za własnym, „rosyjskim modelem”, wskazując „system sowiecki”  jako najlepszy system polityczny i gospodarczy.
Dla tych, którzy znają państwo Putina i z rezerwą traktują lewackie teorie o konwergencji i zbawiennym wpływie demokracji zachodniej na życie Rosjan, te informacje nie są zaskakujące. Ani procesy integracyjne ani „otwarcie na świat”, którymi przywódcy Zachodu tłumaczyli najpierw „pokojową koegzystencję” z komunizmem, a dziś usprawiedliwiają chęć bogacenia się na współpracy z kagebistami - nie miały zasadniczego wpływu na mentalność Rosjan. Socjologowie z Centrum Levanda przyznają, że przez ostatnie lata obserwują „wzrost infantylizmu społeczno-politycznego”, przy jednoczesnym odradzaniu tendencji nacjonalistycznych i  silnej nostalgii za ZSRR. Mieszkańcy Rosji widzą w Putinie przede wszystkim uosobienie „rosyjskiego bohaterstwa i dumy narodowej” oraz następcę „wielkiego Stalina”, który uczyni z Rosji światową potęgę i zjednoczy wszystkie narody słowiańskie.

niedziela, 18 maja 2014

JAK POWSTAWAŁA III RP - TRZY RAZY NIE!


Lokator Belwederu i skupione wokół niego środowiska chcą zafundować Polakom propagandowy spektakl pod hasłem „obchodów dnia wolności 4 czerwca”. W ramach tego spektaklu ośrodki propagandy narzucają nam fałszywą wizję historyczną, w której wysiłek wielu pokoleń Polaków przelewających krew za Niepodległą, zrównuje się z zaprzaństwem grupki przyjaciół Kiszczaka, przelewających z komunistami wódkę w Magdalence.
Obchody tzw. święta wolności oparto na farsie wyborczej z 4 czerwca 1989 roku. W zamyśle propagandystów, ten dzień  ma wyznaczać datę równorzędną lub zastępczą wobec autentycznego Święta Niepodległości.
Z cyklu „Jak powstawała III RP” przypominam dziś kolejny, wyjątkowy tekst z tamtego okresu. Jego autorem jest śp. Sławomir Bugajski – naukowiec, fizyk, po 13 grudnia 1981 współtwórca Konspiracyjnego Komitetu Oporu Uniwersytetu Śląskiego, założyciel Solidarności Walczącej Oddział Katowice, pomysłodawca i redaktor naczelny pism „Wolni i Solidarni” oraz „Podziemny Informator Katowicki”. Jeden z tych, których III RP skazała na zapomnienie.
W czerwcu 1989 r. w Serwisie Agencji Informacyjnej Solidarności Walczącej znalazł się tekst Alfreda B. Gruby (pseudonim S. Bugajskiego) zatytułowany „Trzy razy „NIE”. Z perspektywy 25 lat III RP – tekst ten zadziwia trafnością ocen i przewidywań. Zawiera świadectwo prawdy o genezie obecnego państwa i przynosi wiedzę o wydarzeniach, których sens próbuje się dziś zafałszować. Choć jest to tekst obszerny, szczerze zachęcam do uważnej lektury, a szczególnie, do udostępnienia tego materiału ludziom młodym, nieznającym realiów „transformacji ustrojowej”.



 „TRZY RAZY "NIE!"

Przyjmiemy wszystkie korzyści, które nam
dacie, ale kwitu nie damy. My chcemy Polski
przedrozbiorowej niepodległej. Pójdźcie precz
od nas, jedyne załatwienie sprawy.
(Andrzej Zamoyski w liście do cara, 1863)

1. Muszę krzyczeć.

Jesteśmy zmęczeni i zniechęceni - całe społeczeństwo. Patrzymy bezsilnie, jak się wali wszystko dokoła. Ceny rosną, każdy zastanawia się z trwogą, jak będzie żył za pół roku, za rok, jak będą żyły jego dzieci. Służba zdrowia, komunikacja, budownictwo mieszkaniowe, zaopatrzenie, szkolnictwo, kultura, ochrona środowiska - wszystko w stanie upadku i zacofania. Wszechmocne państwo, które zagarnęło całą gospodarkę i zabiera cały dochód z pracy społeczeństwa, twierdzi, że nie ma pieniędzy. Może to nawet być prawdą, skoro (jak pisze E. Szumiejko w "Gazecie Związkowej", nr 4 z 31 marca 1989) PRL składa roczną daninę w wysokości 5O miliardów dolarów na rzecz "obozu pokoju i socjalizmu".
Żadnej nadziei, tylko ciężka praca i coraz trudniejsza codzienna walka o byt. Zdrowe, normalne społeczeństwo w takiej sytuacji staje do walki, buntuje się, odmawia posłuszeństwa. Jest przecież wiele form cywilnego nieposłuszeństwa i walki z przemocą państwa, wśród nich walka zbrojna jest możliwością skrajną, stosowaną w ostateczności. My jednak wolimy angażować się w "wybory" do PRL-owskiego Sejmu.

czwartek, 15 maja 2014

WOJNA Z TERRORYZMEM - WOJNA Z ROSJĄ


Europa zagrożona jest wojną nie z muzułmanami, ale z Rosją, dla której wartości cywilizacji europejskiej są całkowicie obce" – ostrzegał w grudniu 2011 roku pierwszy prezydent niepodległej Litwy Vytautas Landsbergis. Opinia światowa nie była zainteresowana przestrogą litewskiego polityka. Podobnie, jak słowami Lecha Kaczyńskiego z sierpnia 2008 roku, gdy po napaści Rosji na Gruzję, polski prezydent trafnie przewidywał, że następnym celem agresora stanie się Ukraina i kraje bałtyckie.
Prognozy doświadczonych polityków znajdowały potwierdzenie w raportach zachodnich służb specjalnych, z których wynikało, że Rosja od dawna szykuje się do ataku. Już jesienią 2007 roku szef FBI Michael McConnell oświadczył, że działalność rosyjskich służb zbliża się do poziomu „zimnej wojny”. We wrześniu 2009 służby czeskiego wywiadu alarmowały, że rosyjscy agenci infiltrują parlament, mają ścisłe powiązania z politykami oraz duże wpływy w przedsiębiorstwach o strategicznym znaczeniu. O wzmożonej aktywności agentury rosyjskiej rok później informowały służby Gruzji, Łotwy i Słowacji, zaś tygodnik „The Economist” ostrzegał, że w NATO aktywnie działa wywiad Rosji. Na tyle aktywnie, iż "przedstawicielstwo Rosji przy Pakcie Północnoatlantyckim w Brukseli obsadzone jest rosyjskimi szpiegami i we wzajemnych stosunkach uprawiana jest zabawa w kotka i myszkę”. Wpływom rosyjskich agentów przypisywano rezygnację z rozszerzenia NATO i UE na państwa, które Kreml uważa za swoją strefę wpływów, a jako skutek przewidywano „wyłonienie się nowej równowagi między Europą, Rosją, a USA".
Te i szereg innych ostrzeżeń zostały zignorowane w trakcie kilkuletniego „resetu” stosunków z putinowską Rosją. Prymat doraźnych celów polityczno-gospodarczych nad sprawami bezpieczeństwa oraz odwrócenie uwagi USA od Europy, okazał się tragicznym błędem administracji Obamy. Gdy w roku 2011 ostrzegano, że liczba oficerów wywiadu Rosji, pracujących w Stanach, jest równa tej z czasów „zimnej wojny”, odpowiedzią Obamy było zmniejszenie wydatków na kontrwywiad. Być może kiedyś dowiemy się, jaką rolę w tym procesie odgrywała rozliczna agentura Moskwy, rozlokowana w środowiskach politycznych i opiniotwórczych.
To jej działalność pozwoliła wykreować „stan nowej równowagi”, w którym Rosji przyznano nienależne miano mocarstwa, a jej przywódcę okrzyknięto „mężem stanu”. Zlekceważenie zagrożeń sprawiło również, że państwo, którego służby szkolą i inspirują terrorystów mogło występować jako sojusznik Zachodu.

wtorek, 6 maja 2014

2015 – WYBÓR W CIENIU ROSJI


Odkrywcze stwierdzenie -„na Ukrainie trwa wojna”, wygłoszone przez premiera i powtórzone przez ministra obrony narodowej w trzy miesiące po zbrojnej napaści Rosjan, można byłoby uznać za kolejny dowód kompromitującej ignorancji. Po latach rządów PO-PSL, dowód w zasadzie zbędny i nie wnoszący dodatkowej wiedzy o kompetencjach ludzi reżimu.
W podobnych kategoriach można oceniać występy gen. Skrzypczaka, do niedawna wiceministra obrony narodowej, który 16 kwietnia br. podzielił się ze słuchaczami fachową oceną wydarzeń i zawyrokował, iż  wejście regularnych wojsk rosyjskich na Ukrainę jest kwestią godzin”. Ponieważ następnego dnia nikt nie zapytał pana generała o wiarygodność jego prognoz, może on nadal opowiadać Polakom o sile rosyjskiej armii i wygłaszać w mediach swoje  analizy.      
Realny stan naszego bezpieczeństwa warto również oceniać w kontekście wystąpień szefa BBN. Rozliczne wypowiedzi gen. Kozieja, mogłyby stanowić ciekawy materiał badawczy dla profesjonalnych analityków, niekoniecznie z dziedziny wojskowości. Belwederski strateg potrafił jednego dnia (3.03.br) wyznać – „jesteśmy zagrożeni(…) nie można wykluczyć inwazji na Polskę”, by niewiele dni później (18.03.) podzielić się stwierdzeniem - "nie zagraża nam żadna militarna interwencja" i skonkludować (2.04.) – „zapewniam, jesteśmy bezpieczni”.
Po siedmiu latach rządów obecnego reżimu i doświadczeniach związanych z tragedią smoleńską, zbędne byłoby uzasadniać, że Polska jest krajem bezbronnym i zależnym od Moskwy. Poziom bezpieczeństwa narodowego wyznacza nie tylko rażąca niekompetencja członków rządu, słabość polskiej amii czy brak profesjonalnych służb ochrony państwa, ale decyduje o nim stan bezwzględnej podległości wobec kremlowskiego watażki – wytyczony ustaleniami z września 2009 roku, potwierdzony tragedią smoleńską i usankcjonowany procesem „pojednania” polsko-rosyjskiego.    
Wprawdzie rządowe ośrodki propagandy (przy wydatnym wsparciu opozycji) sprawnie wykreowały Komorowskiego i Tuska na krytyków, a nawet przeciwników Putina, ta wizja nie znajduje oparcia w rzeczywistości. Jedynym miernikiem intencji grupy rządzącej jest sprawa Smoleńska i póki w tym obszarze nie nastąpią zmiany, nie wolno nawet dywagować o reprezentowaniu przez tych ludzi polskiej racji stanu.
Choćby z tej przyczyny, zachowania polityków opozycji „wspierających wysiłki rządu w sprawie Ukrainy” są nie tylko daremne, ale służą fałszowaniu rzeczywistości i wprowadzają w błąd milionów Polaków.