Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

poniedziałek, 8 lutego 2016

CZY STAĆ NAS NA PRAWDĘ O SMOLEŃSKU ?

To był rzeczywiście bardzo nieprzyjemny film, lecz jeszcze bardziej nieprzyjemne jest to, że reportaż ten pokazuje wiernie, co mogłoby się stać lub co nasi wrogowie mają na myśli” – stwierdził prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili, po emisji reportażu telewizji Imedia, w którym pokazano potencjalny scenariusz ponownej napaści armii rosyjskiej na Gruzję.
13 marca 2010 roku, w czasie największej oglądalności o godzinie 20.00, w gruzińskiej telewizji ukazał się wstrząsający przekaz. Mimo, że przed rozpoczęciem emisji, jak i po jej zakończeniu lektor poinformował, że przedstawione zdarzenia są fikcyjne, to obraz wzburzył opinię publiczną Gruzji i wywołał wściekłe reakcje zachodnich przyjaciół Putina.
W reportażu przedstawiono scenariusz, z którego wynikało, że rosyjskie oddziały zostały wezwane do Tbilisi przez gruzińską opozycję. Oparto go na informacji, iż kilka dni wcześniej dwójka liderów opozycji, w tym była przewodnicząca parlamentu Nino Burdżanadze, rzeczywiście spotkała się z premierem Rosji Putinem.
W półgodzinnym filmie wykorzystano autentyczne zdjęcia z roku 2008, z napaści Rosjan na Gruzję. Jedna z kluczowych scen filmu dotyczyła prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Nasz prezydent miał lecieć do Gruzji, by swoją obecnością wesprzeć walczących. Dziennikarz telewizji Imedia informował, że służby rosyjskie dokonały zamachu na prezydencki samolot. Na pokładzie maszyny nastąpiła eksplozja bomby, a wszyscy pasażerowie zginęli.
            Przypominam o emisji tego reportażu, ponieważ jest wielce prawdopodobne, iż scena z zamachem powstała na podstawie informacji zgromadzonych przez służby gruzińskie.  Ponieważ w tym czasie służby te miały doskonałe kontakty z partnerami amerykańskimi, nie można wykluczyć, że był to przekaz sygnowany również przez wywiad amerykański.
Nie ma wątpliwości, że Gruzini mogli posiadać wiarygodne informacje o rosyjskich planach. Kilka miesięcy po Smoleńsku, w listopadzie 2010 roku kontrwywiad gruziński zlikwidował największą siatkę szpiegowską, aresztując trzynaście osób, w tym czterech obywateli rosyjskich i dziewięciu Gruzinów (operacja „Enwer”). Była  to  najbardziej  spektakularna  klęska  rosyjskiego  wywiadu  wojskowego, po której Rosjan czekała m.in. wielomiesięczna praca związana ze zmianą procedur i kodów szyfrowych. Również jesienią 2010 w Gruzji rozbito inną grupę GRU, organizującą serię kilkunastu zamachów bombowych na terenie kraju.
Operację rozpracowywania siatki rozpoczęto pięć lat wcześniej, a w trakcie akcji zdemaskowano  w  sumie  kilkadziesiąt osób pracujących dla GRU. Służby Saakaszwilego przyznały wówczas, że ulokowały swojego agenta w rosyjskim wywiadzie wojskowym. Oficer ten zdobył zaufanie przełożonych z GRU i zaczął pracować jako oficer łącznikowy. Rosjanie udostępnili  mu sprzęt  i  programy do kodowania informacji. W całości trafiły one w ręce Gruzinów. Tak celne ulokowanie „kreta” oznaczało, że wiele ważnych informacji rosyjskiego wywiadu wojskowego znalazło się w posiadaniu Gruzinów.
Istnieje zatem prawdopodobieństwo, że wśród pozyskanych informacji znalazły się również dane świadczące o przygotowaniach do zamachu na prezydenta Kaczyńskiego. Wykorzystanie ich w scenariuszu reportażowej fikcji, wydawało się sensownym rozwiązaniem. Taki przekaz nie tylko sugerował Rosjanom, że ich plany zostały rozpoznane, ale mógł stanowić ostrzeżenie dla służb III RP.
Pojawia się jednak intrygujące pytanie – dlaczego służby gruzińskie (lub amerykańskie) nie przekazały tego ostrzeżenia bezpośrednio, dlaczego nie wykorzystano kanałów istniejących między służbami specjalnymi?
Choć próba odpowiedzi na to pytanie jest obarczona ryzykiem spekulacji, warto pochylić się nad takim zadaniem. Dotykamy tu bowiem kwestii podstawowej dla oceny wydarzeń z 10 kwietnia, a mianowicie -czy służby III RP mogły brać udział w przygotowaniach do zastawienia pułapki smoleńskiej? Jaką rolę należy przypisać tym służbom przed, w trakcie i po zamachu? Czy  była  to  rola  biernych  acz  nieudolnych  wykonawców  poleceń wydawanych  przez  polityków,  czy  może  rola  ukrytych  inspiratorów i rzeczywistych decydentów?
Już w roku 2012, w książce zatytułowanej „Smoleńsk. Pułapka tajnych służb?” próbowałem zmierzyć się z takimi pytaniami. Dziś, gdy rządy w III RP objęła partia Jarosława Kaczyńskiego, zaś minister Antonii Macierewicz wznowił działalność Komisji Badania Wypadków Lotniczych, wyjaśnienie prawdziwych okoliczności zamachu smoleńskiego wydaje się tylko kwestią czasu.
Sądzę, że scenariusz reportażu TV Imedia oraz sposób przekazania ostrzeżenia przez Gruzinów, stanowi jedną z istotnych wskazówek dotyczących roli służb specjalnych III RP. Jeśli służby gruzińskie zdecydowały się na wysłanie sygnału w takiej formie, może to sugerować brak zaufania do polskich funkcjonariuszy, ale też świadczyć o właściwym (dogłębnym) rozpoznaniu pozycji tych służb.
Niewykluczone, że Gruzini uznali, iż przekazanie takich informacji kanałami służbowymi okazałoby się nie tylko nieskuteczne, ale mogło zagrozić operacji kontrwywiadowczej związanej z rozpracowywaniem rosyjskiej siatki szpiegowskiej. Gdyby wiadomość o przekazaniu służbom III RP informacji pochodzących z depesz GRU trafiła w ręce Rosjan, otrzymaliby mocny sygnał o źródłach przecieku i mogli zablokować akcję Gruzinów.  Wydaje się zatem, że na początku roku 2010 służby zarządzane przez Donalda Tuska były traktowane jako niewiarygodne lub zgoła współpracujące z Rosjanami. Czy była to opinia uprawniona?
Trzeba pamiętać, że w latach 2008-2009, gdy szef FBI Michael McConnell porównywał aktywność służb Federacji Rosyjskiej do okresu zimnej wojny, zaś wywiady Czech, Gruzji, Słowacji i Łotwy alarmowały o wzmożonej aktywności rosyjskiej agentury, jedynie państwo zarządzane przez Platformę i PSL oraz służba kontrwywiadowcza Krzysztofa Bondaryka nie wykazywały  najmniejszych  oznak  niepokoju  o  bezpieczeństwo  Polski.  Główna troska ABW dotyczyła wówczas znalezienia materiałów kompromitujących ludzi Komisji Weryfikacyjnej oraz inwigilacji i działań operacyjnych wymierzonych w prezydenta Polski. Już zachowanie służb III RP w sprawie zamachu gruzińskiego (rok 2008) dowodziło więcej niż braku profesjonalizmu i orientacji propaństwowej. Fakt, że ABW wykorzystała zamach,  by otoczyć środowisko prezydenta siecią inwigilacji i podsłuchów, doskonale obrazuje rzeczywisty status tych służb i ich stosunek do Lecha Kaczyńskiego. Jeśli przyjąć, że w 2008 roku nie istniały jeszcze sprecyzowane koncepcje „ostatecznej rozprawy” z niewygodnym dla Rosji Kaczyńskim, to w ówczesnych działaniach ABW można dostrzec wyraźną wrogość wobec głowy państwa. Jest ona szczególnie widoczna w kontekście podatności służb III RP na tezy rosyjskiej propagandy oraz  pasywnej postawy wobec zagrożeń ze strony reżimu Putina. Po „teście gruzińskim” służby Federacji Rosyjskiej uzyskały dostatecznie wiele dowodów nieudolności i słabości polskiego systemu bezpieczeństwa. Wiedziały również, jak zareagują służby ochrony prezydenta oraz poznały „zdolności analityczne” polskiego wywiadu.
Warto wspomnieć, że wówczas, gdy służby państw zachodnich ostrzegały o aktywności Rosjan  w NATO, a prestiżowy tygodnik „The Economist” przynosił informację o obsadzeniu rosyjskimi szpiegami przedstawicielstwa Rosji przy Pakcie Północnoatlantyckim, jedynie służby III RP nie dostrzegały zagrożeń płynących z ekspansji rosyjskich dyplomatów i podejmowanych przez nich zabiegów o rozdzielenie wizyt prezydenta i premiera w Katyniu.     
Raport ABW za rok 2010 nie zawierał żadnych informacji o cyberatakach na polską sieć informatyczną  (z kwietnia 2010) oraz całkowicie przemilczał skutki potężnej awarii, do jakiej doszło w MSZ na pięć dni przed zamachem smoleńskim. Informacji na ten temat nie znajdziemy również w corocznym raporcie CERT Polska –  zespołu  działającego  w  ramach  Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej. Gdybyśmy  stan  bezpieczeństwa  państwa  oceniali  na  podstawie ówczesnych raportów służb specjalnych – rok 2010 był czasem spokojnej i niczym niezmąconej szczęśliwości, zakłócanej sporadycznie zdarzeniami o niewielkiej wadze.
Tymczasem o rzeczywistej roli służb III RP w kontekście Smoleńska, świadczy nie tylko brak ochrony kontrwywiadowczej podczas remontu Tu-154 w Samarze czy brak weryfikacji warunków bezpieczeństwa dostępu do lotniska wojskowego Okęcie, ale przede wszystkim status byłego pułkownika SB Tomasza Turowskiego.  Powrót  Turowskiego  do  dyplomacji  i  skierowanie  go  15 lutego 2010 roku na placówkę w Moskwie, musiały dokonać się za wiedzą (a niewykluczone, że z inspiracji) polskiego wywiadu. Trudno sobie wyobrazić, by funkcjonariusz lub współpracownik Agencji Wywiadu podjął misję na terenie obcego mocarstwa bez związku z dotychczasowym charakterem swojej pracy. Rodzaj  powierzonego  mu  zadania  trzeba  oceniać  w  zgodzie z zasadami rządzącymi światem służb specjalnych, a zatem uznać, że Turowski mógł pojechać do Moskwy tylko w charakterze łącznika ds. kontaktów ze służbami FR. Oficjalna funkcja kierownika wydziału politycznego ambasady III RP dawała mu dogodną pozycję do utrzymywania kontaktów z ludźmi z administracji Putina, zaś bliskie związki z sowiecką uczelnią MAEiP oraz działalność na rzecz zacieśniania współpracy z polskimi uczelniami, gwarantowały dobre przykrycie misji łącznikowej.
Nie ulega również wątpliwości, że cały proces „pojednania polsko-rosyjskiego” (rozpoczęty w roku 2008) musiał być poprzedzony kontaktami ludzi specsłużb na wielu poziomach. Takie kontakty nawiązywano w związku z wizytą Tuska w Moskwie (2008) i Putina na Westerplatte w roku 2009 czy negocjowaniem kontraktu gazowego.
Warto się zastanowić – czy i na ile wiedza o  misji ambasadora Turowskiego mogła mieć wpływ na intencję współpracy służb zachodnich w zakresie wyjaśnienia przyczyn zamachu smoleńskiego? Jeśli dostrzegano, że polski wywiad nawiązuje tego rodzaju relacje ze służbami Federacji Rosyjskiej, zaś przygotowania do wizyty prezydenta Kaczyńskiego przebiegają według scenariusza rosyjskiego – nie powinna zaskakiwać postawa, jaką wobec tragedii z 10 kwietnia zajęły służby NATO. W języku służb, wysłanie Turowskiego do Moskwy było wyraźnym sygnałem, że rząd III RP prowadzi z Rosjanami wspólną grę.
Sądzę, że tak właśnie oceniały ówczesną sytuację służby prezydenta Saakaszwilego i ocena ta zaważyła na wyborze formy, w jakiej przekazano informację o planowanym zamachu. Można przypuszczać, że gdyby Gruzini zdecydowali się na inny sposób przekazania ostrzeżenia, nie miałoby to większego wpływu na zachowania służb III RP. Taką tezę uprawdopodabnia wiadomość, iż służby te zignorowały informację służb czeskich z 9 kwietnia 2010 roku. Materiał pochodzący z czeskiego biura systemu SIRENE mówił o możliwym zagrożeniu jednego z lotnisk kraju Unii Europejskiej, groźbie ataku na samolot lub próbie uprowadzenia. Potwierdzeniem wspólnej moskiewsko-warszawskiej gry, byłaby także świadomość, iż 13 kwietnia 2010 rząd D.Tuska odrzucił propozycję pomocy złożoną przez przedstawicieli USA i NATO.
Nakreślony w tym tekście obraz ma ukazać skalę problemu, przed jakim stoi dziś rząd Prawa i Sprawiedliwości. Z konieczności jest to obraz niepełny, ograniczony tylko do niektórych aspektów przedsmoleńskiej rzeczywistości. Jednakże analiza zachowań służb III RP po 10 kwietnia, całkowicie potwierdza przypuszczenia dotyczące współpracy polsko-rosyjskiej na poziomie służb specjalnych. Przyjęcie takiej optyki oznacza, że nie wolno nam pokładać nadziei w działaniach aparatu III RP. Już w roku 2012 pisałem, że wszystko co otrzymujemy ze strony reżimowych instytucji, musi być traktowane z najwyższą rezerwą. W tym obszarze nie istnieją żadne zróżnicowania, zaś intencje służb III RP trzeba oceniać wyłącznie w kontekście kremlowskiej strategii dezinformacji.
Jeśli istnieje dziś wola wyjaśnienia okoliczności zamachu smoleńskiego, to najpoważniejszą przeszkodą w takich dążeniach wydaje się stan służb specjalnych III RP oraz stan polskiej armii. W kształcie pozostawionym przez reżim PO-PSL, nie tylko nie są one zdolne do profesjonalnych działań, ale nie sposób liczyć na ich lojalność i wiarygodność.  
Ujawniona przez szefa MON informacja o zniszczeniu meldunków dotyczących sprawy smoleńskiej, które napływały do Sztabu Generalnego WP, jest z pewnością szokująca, ale nie powinna zaskakiwać. Ta wiadomość potwierdza, że poprzedni reżim dążył do zatarcia istotnych dowodów i nie cofał się przed działaniami przestępczymi. Również reakcja na ujawnienie tej informacji, ukazuje prawdziwy stosunek wyższych dowódców WP do sprawy smoleńskiej.
Zdaniem ppłk. rez. Sławomira Komisarczyka, który natychmiast „zameldował” się na łamach jednego z portali – „Dziennik Działania Dyżurnych Służb Operacyjnych Sił Zbrojnych RP nic nowego do sprawy nie mógł wnieść, a wydając decyzję o jego zniszczeniu nikt nie podjął się tego z powodu chęci ukrycia dowodów katastrofy smoleńskiej.”
 Powstaje zatem pytanie – jak można dojść do prawdy o zamachu smoleńskim, posługując się narzędziami pozostawionymi przez wspólników Putina? Jaką pomoc mogą świadczyć służby, które przed i po Smoleńsku wywiesiły białą flagę i stały się gwarantem rosyjskich łgarstw?
„Nie ma podstaw, aby wątpić w wiarygodność działań Rosjan. W tej chwili nie ma potrzeby używania służb, dlatego że poziom zaufania w tej konkretnej sprawie jest na tyle wysoki, że można pytać o wszystko” – to „fachowe” pouczenie M. Dukaczewskiego z roku 2010 najpełniej wyraża stosunek służb III RP do sprawy zamachu smoleńskiego.  Dla nich „temat Smoleńska” skończył się 10 kwietnia, zaś kolejne lata upływały na rozlicznych matactwach i uwiarygodnieniu wersji moskiewskiej.  
Jeśli nawet niektóre z zachowań można  tłumaczyć  brakiem  profesjonalizmu,  słabością bądź nawet lękiem przed konfrontacją z Rosją – nie sposób w tych kategoriach interpretować całego toku wydarzeń mających miejsce przed i po 10 kwietnia.
Wcześniej czy później muszą paść pytania – czy ludzie służb III RP współdziałali z Rosjanami w zastawienia pułapki smoleńskiej i zabójstwie naszych rodaków? Jaki rodzaj odpowiedzialności ponoszą szefowie ABW, BOR, SKW czy SW, w związku z tym zamachem?
Świadomość takich kwestii, musi prowadzić do konkluzji, że warunkiem koniecznym dla rozwiązania zagadki smoleńskiej jest dogłębna, całościowa reforma służb specjalnych. Reforma, której nie sposób przeprowadzić inaczej, jak poprzez zastosowanie tzw. opcji zerowej i konstruowanie organów bezpieczeństwa od podstaw. Taki zamysł można dziś dostrzec w działaniach szefa MON, w zakresie podległych mu Służb Wywiadu i Kontrwywiadu Wojskowego.  Niestety, podobnych działań nie widać ze strony premiera rządu ani ministra spraw wewnętrznych. Dobre, lecz zaledwie kosmetyczne pomysły, polegające na wzmocnieniu roli CBA, przy jednoczesnym ograniczeniu uprawnień ABW do działań typowo kontrwywiadowczych, mogą okazać się niewystarczające. Ta ostatnia służba winna być zlikwidowana, a na jej miejsce powołana całkowicie nowa formacja.
Po trzech miesiącach od powołania rządu PiS wydaje się, że nie tylko nie ma on pomysłu na radykalną przebudowę polskiego systemu bezpieczeństwa, ale nie wykazuje woli takich działań. W tym kontekście warto przywołać tekst Sławomira Cenckiewicza z listopada ub. roku, w którym autor przypomniał, że  szczególnie ryzykowne politycznie reformy są zazwyczaj możliwe w krótkim czasie od objęcia urzędu” i jako przykład wskazał ustawy likwidujące WSI. Zostały one przygotowane niespełna po trzech miesiącach od zaprzysiężenia Lecha Kaczyńskiego na prezydenta RP.
Cenckiewicz zwracał również uwagę na istotną rolę ośrodka prezydenckiego i twierdził, że „Jeśli stałby się (prezydent) zakładnikiem grup interesów lub nawet notariuszem unikającym zdecydowanych działań, to mógłby pogrzebać ideę głębokich reform. Pasywna i demobilizacyjna postawa prezydenta może również negatywnie oddziaływać na większość parlamentarną nawet wówczas, kiedy wywodzą się oni z jednego politycznego obozu.”
Bez wątpienia, bierna postawa prezydenta Dudy oraz kompletna bezczynności prezydenckiego aparatu bezpieczeństwa (BBN), czynią z tego środowiska raczej przeszkodę niż wspornik w reformie służb specjalnych.
 Pozostawienie służb III RP w niezmienionym kształcie (również personalnym), nie tylko uniemożliwi dotarcie do prawdy o Smoleńsku, ale zdecydowanie ograniczy możliwość prowadzenia takich działań na arenie międzynarodowej. Tu nie wystarczą pseudo reformy i zabawa w „demokrację parlamentarną”.  
Jeśli miałoby dojść do odblokowania współpracy polskich służb ze służbami USA, Izraela czy państw NATO oraz ujawienia władzom III RP informacji wywiadowczych na temat Smoleńska, nastąpi to wówczas, jeśli służby te staną się partnerem wiarygodnym i pewnym. Póki ocena tych formacji nie odbiega od analiz wywiadu gruzińskiego z roku 2010, nie powinniśmy liczyć na  ścisłą współpracę.  
Nie mogę sobie wyobrazić, by wywiad amerykański przekazał zdjęcia wykonane przez wojskowe satelity ludziom, którzy 10 kwietnia 2010 roku uczestniczyli w libacji zorganizowanej w siedzibie SKW. Trudno przypuszczać, by podjęto współpracę ze służbami, których funkcjonariusze prześladowali prokuratora Pasionka za kontakty z „obcym wywiadem”.
Trzeba sobie uświadomić, że droga do prawdy o Smoleńsku wymaga czegoś więcej niż kosmetycznej polityki „dobrych zmian”. Jeśli USA (czy wywiad innego kraju) posiadałyby wiedzę na temat przyczyn katastrofy, jej ujawnienie jest zdeterminowane kwestiami czysto politycznymi i zależne od globalnych interesów mocarstw. Ta wiedza nie tylko zaszkodziłaby stosunkom z putinowską Rosją, ale miała wpływ na relacje wewnątrz NATO i Unii Europejskiej. Przedstawienie prawdziwego przebiegu zdarzeń z 10 kwietnia musiałoby zasadniczo zmienić układ sił w Europie i na świecie oraz zagrozić wywołaniem konfliktów, których wiele państw chciałoby uniknąć.
Taki ciężar może udźwignąć tylko państwo całkowicie wolne i suwerenne, oczyszczone z dominacji wrogiej agentury, dysponujące sprawnymi służbami i silną armią. Jeśli rząd PiS potrafi zlikwidować ruiny III RP i zbudować takie państwo, dotrze też do prawdy o Smoleńsku. Jeśli nie zamierza tego robić i chciałby nadal reanimować magdalenkowego trupa – czeka nas bolesne rozczarowanie i klęska.

środa, 27 stycznia 2016

SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI

Wydarzenia związane z unijną „debatą nad stanem demokracji” w III RP, należy oceniać w kategorii porażki układu rządzącego. I to, co najmniej w dwóch ważnych obszarach.
Po pierwsze – PiS dopuścił, by temat „zagrożenia demokracji” został sfingowany, nagłośniony i narzucony Polakom, jako wiodący motyw walki politycznej. W efekcie, od czasu powołania rządu Beaty Szydło mamy do czynienia z dwiema, głównymi narracjami. Dotyczą one konfliktu z Trybunałem Konstytucyjnym oraz aktywności tzw. KOD-u i wywoływanych przez to środowisko tematów.
Okazuje się, że po ośmiu latach katastrofy rządów PO-PSL, po rujnującej kadencji Komorowskiego, setkach najpoważniejszych afer i przestępstw, Polacy nie znajdują dziś innych spraw, jak emocje towarzyszące działaniom „obrońców demokracji”.
W obszarze bieżącej polityki PiS nie dostrzeżemy nowych koncepcji, strategii i pomysłów. Nie ma wizji budowy wolnej państwowości ani publicznej debaty o patologiach III RP. Nie widać zamysłu rozliczenia poprzedniego reżimu, a tym bardziej woli naprawy krzywd, jakich doznali Polacy. 
Ten, kto wymyślił obecną kombinację, uderzył niezwykle celnie. Wiedział bowiem, że najsłabszym punktem PiS-u jest mitologia demokracji, a zarzut pogwałcenia tej świętości wywoła natychmiastową reakcję „obozu patriotycznego”. Politycy partii pana Kaczyńskiego prędzej potępią antysystemowych krytyków niż przyznają, że komunistyczna hybryda nie ma nic wspólnego z państwem prawa i demokracji.  
Wystarczyło zatem krzyknąć – „PiS niszczy demokrację”, by zewsząd rozległy się zapewnienia o jej poszanowaniu, a partyjne i medialne pajacyki podskoczyły w rytm prostackiego wrzasku. Punktem honoru każdego polityka PiS i żurnalistów „wolnych mediów”, stała się uroczysta deklaracja o wierności ideom demokracji oraz „polemika” z zarzutami atakujących.
To niepojęte, jak łatwo wmanewrowano partię Kaczyńskiego w prymitywną kombinację i jak ogromne osiągnięto korzyści. Pierwsze miesiące – najważniejsze dla tych, którzy chcieliby dokonać autentycznych zmian, zostały stracone i upływają na roztrząsaniu tematyki narzuconej przez kilku cwaniaków.  Ten ponury spektakl zastępuje prawdziwą walkę i jest namiastką rzeczywistych działań naprawczych.

środa, 20 stycznia 2016

NUDIS VERBIS 4 – KAPITAŁ DEZINFORMACJI

Anatolij Golicyn w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych. Komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji” (Biblioteka Służby Kontrwywiadu Wojskowego 2007) przypominał, że sowiecka dezinformacja opierała się na błędach przeciwnika i przyswojonych przez niego stereotypach myślenia.  Z nich czerpała siłę i inspirację. Po to, by podstęp był wiarygodny i skuteczny, dezinformacja musiała jak najpełniej odpowiadać oczekiwaniom tych, którzy mają zostać oszukani.
Istota sowieckiej dezinformacji nie polegała zatem na zmyleniu przeciwnika, ale na  posłużeniu się nim samym do sprokurowania fałszywych informacji - na tyle podstępnych i niekorzystnych, że przyspieszały przegraną. By tak się stało, musiały zostać spełnione dwa warunki: należało doskonale poznać przeciwnika, by posługując się tą wiedzą nieustannie wzmacniać w nim naturalne skłonności do wyrażania idei sprzyjających realizacji celu. O ile podstawowa dezinformacja sprowadzała się do przedstawienia fałszu jako prawdy, o tyle dezinformacja stosowana przez Rosję miała na celu zmuszenie przeciwnika do stworzenia przez niego samego fałszywego obrazu wroga. 
Już Winston Churchill twierdził, że podczas wojny prawda jest tak cenna, iż trzeba jej zapewnić ochronę złożoną z kłamstw. Sowieci i ich sukcesorzy doskonale przyswoili tę zasadę.
Współczesne państwo Putina posiada bowiem dwie zasadnicze cechy: z jednej strony, kłamstwo jest dla niego naturalną formą istnienia, z drugiej zaś, znajduje się ono w stanie permanentnej wojny. Podstawowym orężem tej wojny, nierozerwalnie związanym z państwowością dzisiejszej Rosji, jest mistrzowsko stosowana dezinformacja. Używa się jej w taki sposób, by przeciwnik uwierzył w to, w co powinien wierzyć i umacniając błędne przeświadczenia na płaszczyźnie politycznej, gospodarczej lub militarnej, działał na własną zgubę
Czytelnicy muszą mi wybaczyć ten teoretyczny wstęp, ale bez przypomnienia zasad rosyjskiej strategii dezinformacji, nie można dziś prawidłowo oceniać i analizować wydarzeń związanych z państwem Putina.
Daleki jestem od przypisywania tej postaci cech geniuszu lub wyjątkowości. Putin nie posiada zbrodniczej perfekcji Stalina, obca mu jest przezorność kremlowskich starców i logika zimnych gier Breżniewa. Ten oficer KGB jest dziś jednak kreowany na najważniejszą postać światowej polityki i rozdaje karty w rozgrywkach militarnych potęg. Prześledzenie tego fenomenu, z pewnością przybliżyłoby nas do rozwikłania zagadek rosyjskiej dezinformacji, ale było bezużyteczne na potrzeby bieżącej polityki. Od dziesiątek lat ciąży nad nią odium fałszywej metodologii i błędnych wyobrażeń. Odium tak mocne, że nie ma dziś przywódcy „wolnego świata”, który odważyłby się postrzegać Rosję w jej właściwym wymiarze politycznym, ekonomicznym i militarnym.  
Ta i tylko ta okoliczność jest najpotężniejszym atutem Putina. Zdobytym nie poprzez podboje militarne bądź ekspansję polityczną, ale dzięki stosowaniu dezinformacji, w drodze podstępnych działań agenturalnych i propagandowych.
W ostatnich dwóch latach doświadczyliśmy aż nadto błędnych analiz, związanych z oceną rosyjskich intencji i potencjału militarnego. Nie chcę znęcać się nad „wybitnymi analitykami” znad Wisły i przypominać ubiegłorocznych zapowiedzi wiosennej ofensywy na Ukrainę czy katastroficznych wizji ataku nuklearnego na Warszawę. Ulubionym zajęciem „wolnych mediów” jest straszenie nas „Iskanderami wymierzonymi w Polskę” i epatowanie doniesieniami o „gotowości rosyjskiej broni atomowej”. Nikt wierniej nie spełnia roli rezonatora rosyjskich dezinformacji, jak publicyści i politycy straszących nas wojną z Rosją lub roztaczających wizję potęgi militarnej Putina. Wprawdzie upływ czasu powinien skorygować kształt takich „analiz” i zmusić ich autorów do refleksji, to niewiedza i brak pamięci czytelników znakomicie ułatwiają produkcję kolejnych, bezwartościowych dywagacji.

niedziela, 10 stycznia 2016

KTO ZAPŁACI ZA MITOLOGIĘ DEMOKRACJI ?

Gdy wszyscy mędrcy postawią już odkrywczą diagnozę -„układ nie broni demokracji ale stanu posiadania”, a „wolni” żurnaliści zarobią wierszówki za rozdzieranie szat nad wygłupami KOD-u, ktoś nazbyt dociekliwy mógłby zapytać – dlaczego nowa władza nie przystępuje do kontrataku i nie ujawnia choćby jednego draństwa ludzi poprzedniego reżimu? Dlaczego nie nagłaśnia najpoważniejszych przestępstw z udziałem minionych „demokratów” i nie próbuje pokazać Polakom, z kim i z czym mieli do czynienia przez osiem lat rządów PO-PSL?  Dlaczego rząd PiS-u nie zastosuje prostej drogi „trzech kroków” i nie zagłodzi propagandowych szczekaczek? Gdzie podziały się zarzuty zdrady stanu i oskarżenia o zbrodnicze paktowanie z Putinem? Dlaczego nie próbuje się weryfikować zeznań świadka Winiarskiego ani podjąć śledztwa przeciwko byłemu lokatorowi Belwederu? Czemu prezydent Duda nie chce publikować Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI, a jego urzędnicy odmawiają ujawnienia, czy dokument znajduje się w prezydenckim sejfie?
Wydaje się, że takie reakcje nowej władzy powinny być logiczne i w pełni uzasadnione. Nie ze względu na zamysł „zemsty i odwetu”, ale z racji najważniejszej – jako odpowiedź na oczekiwania milionów wyborców PiS i powinność wobec ludzi, którzy zaufali tej partii. Nawet ci, którzy nie chcieli rozumieć deklaracji prezesa Kaczyńskiego – „jesteśmy gotowi zapominać i wybaczać”, muszą przecież pamiętać, że PiS obiecywał nam „dobrą zmianę”, której fundamentem miała być prawda o realiach III RP i wola walki z patologiami poprzedniego reżimu.
Obietnica winna być tym łatwiej spełniona, że od blisko pół roku mamy „naszego” prezydenta, zwycięska partia utworzyła rząd większościowy, sprawnie przejęła wszystkie instytucje i służby III RP i dysponuje dziś wręcz nieograniczonym potencjałem.  Dlatego podstawowe pytanie – jak można było utracić inicjatywę, przyjąć narrację wroga, dopuścić do głosu szumowiny i pozwolić na harce funkcjonariuszy – musi być zadane.
Nie chcę tworzyć kolejnego tekstu o „tematyce antypisowskiej”, zaś rozważania nad indolencją tej formacji uważam za stratę czasu. Zakładam, że Czytelnicy bezdekretu znają moje oceny dotyczące partii pana Kaczyńskiego i nie mają ochoty zgłębiać następnej porcji krytycznych uwag.
Mamy jednak do czynienia z sytuacją tyleż wyjątkową, jak groźną. Z problemem, który od dawna przekracza miarę „politycznych strategii”, a dziś może ponownie wpłynąć na nasze rachuby i wizję przyszłości.
Na skutek słabości, błędów i nierozpoznania kombinacji przeciwnika, PiS już raz utracił władzę i oddał ją antypolskiej zbieraninie. Stało się tak z powodu wyznawania przez ludzi pana Kaczyńskiego zgubnej mitologii demokracji. Temu nieszczęściu zawdzięczamy osiem lat rządów miernot i kanalii oraz doświadczenie najgorszych upokorzeń. Wiele wskazuje, że bolesna lekcja z roku 2007 została już zapomniana, a Prawo i Sprawiedliwość ponownie zmierza w pułapkę demokracji.
Wprawdzie w „wolnych mediach” obowiązuje przekaz, że nowy rząd został zaskoczony furią propagandystów i „zaatakowany” przez pokomunistyczne potworki w rodzaju TK, to takie jeremiady przypominają raczej opowiadania niezrównoważonych histeryków niż stanowią podstawę poważnych analiz.
Prawidłowa refleksja musi prowadzić do wniosku, że śmiałe postępki reżimowców są możliwe tylko dlatego, że nowa władza wykazuje niepojętą słabość i inercję i nawet nie próbuje przejąć inicjatywy informacyjnej ani sięgnąć po narzędzia obezwładniające reżimowych krzykaczy. Przykłady niektórych pożądanych działań wskazałem na wstępie, ale każdy, kto pamięta ostatnie osiem lat wie, że ich katalog można doskonale poszerzyć.

czwartek, 31 grudnia 2015

ŻYCZENIA NOWOROCZNE

Przyjaciołom i Czytelnikom bezdekretu - życzę szczęśliwego, spokojnego 2016 Roku. Niech spełnią się Państwa plany i marzenia. Te osobiste, rodzinne i zawodowe, jak dotyczące troski o polskie sprawy.  
Wyborcom Prawa i Sprawiedliwości - życzę, by nie musieli dłużej „wierzyć i ufać” i zamienili dar wiary w silną, niepodważalną wiedzę. Niech nie przedkładają słów nad czyny i zawsze mają odwagę żądać więcej. Oby omijała ich pokusa rozgrzeszania słabości dogmatem o „strategii partyjnej”, oby mierziły puste pochwały demokracji i parlamentarne dialogi z łobuzami. 
Politykom zwycięskiej partii - życzę zerwania z mitologią III RP,  ciężkiej pracy i ducha walki oraz  kontrowersyjności w czynach tak wielkiej, by poplątała im drogi do kompromisów. Życzę, by zawsze czuli na sobie wzrok wyborców i pamiętali o zaszczycie służenia narodowi.
Publicystom "wolnych mediów” - życzę, by uwolnili się od środowiskowych kompleksów i dorastali do autentycznej wolności. Tym,  na rządowych posadach – by zamiast profitów i kilogramów, przybywało im męstwa i rozumu. Tym zaś, którym marzy się rząd dusz i rola prawicowych demiurgów, by ich plany obróciły się w nicość.
Blogerom i internautom - życzę, by umieli odsiewać plewy od ziarna, nie ulegali pokusom stada i bardziej pilnowali własnych spraw niźli dbali o cudze, partyjne interesy.
Tym zaś, których „nawet nazywać nie warto” - by się bali.

Ludziom dobrym – życzę, by potrafili się dobrem dzielić.
Prawym - by nie zmienili kierunku.
Uczciwym – by nie rezygnowali z bezcennego daru, nawet, gdy dla innych jest głupotą.
Mądrym życzę pokory, a pokornym – hardości serca.
Odważnym – mądrości, rozważnym zaś – krzty szaleństwa.
Nam wszystkim – byśmy mogli spotkać się za rok w naszej blogowej wspólnocie i powiedzieć, że był to dobry czas dla Polski.