Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

piątek, 27 marca 2015

ROTH I WYJŚCIE Z PUŁAPKI


W oczach Zachodu „koegzystencja” z Rosją jest możliwa, jeśli państwo to otrzyma „należną” mu strefę wpływów i zaspokoi swoje mocarstwowe ambicje. W równym stopniu, ten kierunek polityczny wytyczony został niechęcią lewackich elit wobec Ameryki, jak intencją  ograniczenia hegemonii USA. Nie powinno nas dziwić, że putinowska Rosja bez trudu znalazła sprzymierzeńców wśród przywódców Zachodu, a kwestia ustalenia prawdziwych okoliczności tragedii smoleńskiej staje się drugorzędna i rozpatrywana wyłącznie w kategoriach bilansu zysku i strat. Na Zachodzie nikt „nie będzie umierał” za prawdę o śmierci polskiego prezydenta.(…)  Dla europejskich stolic „szatanem” jest dziś groźba otwartego konfliktu z państwem Putina i utrata dotychczasowych efektów resetu.  Dla jej zażegnania gotowe są na każdy rodzaj sojuszu z kremlowskim „diabłem” i jak najmocniejsze zaciśnięcie oczu na prawdę o smoleńskiej tragedii.
Dlatego kalkulacje polityków opozycji i nadzieje części polskiego społeczeństwa na stworzenie komisji międzynarodowej i pomoc państw Zachodu, mogą okazać się bezpodstawne – szczególnie,  jeśli natrafią na sprzeciw zakładników kłamstwa i mur zmowy milczenia. W tej sytuacji Rosja może sobie pozwolić na grę va banque, licząc (w równej mierze), na wsparcie „partii rosyjskiej” w Polsce, jak na milczące współuczestnictwo europejskich elit.”
Taką ocenę relacji Zachodu z państwem Putina zawarłem w tekście „Nikt nie umrze za polską prawdę”, opublikowanym w lutym 2011 roku w miesięczniku „Nowe Państwo”.
Wydawało się wtedy, że sprawa zbrodni smoleńskiej na długie lata pozostanie depozytem, podobnym zbrodni katyńskiej. Powojenny ład jałtański sprawił, że przywódcy „wolnego świata” przyjęli wówczas rolę wspólników sowieckiego ludobójstwa i zostali naznaczeni moralną odpowiedzialność za dziesięciolecia kłamstwa katyńskiego. Ten sam mechanizm zastosowano po 10 kwietnia, gdy nowy „reset” wymagał przyzwolenia na ekspansję kremlowskiego satrapy i wygaszania „polskiej rusofobii”.  
Kalkulacje Rosjan towarzyszące zbrodni smoleńskiej, nie były efektem wybitnych zdolności strategicznych pułkownika KGB. Putin doskonale wiedział, że nadrzędnym celem społeczeństw Zachodu nie jest prawda historyczna ani racje moralne, lecz dobrobyt i spokój – i za obie te wartości gotowe są zapłacił każdą cenę. Tym większą, gdy płaconą cudzą krwią.
Dopiero napaść na Ukrainę tworzyła sytuację, której nie można było przemilczeć. Ale i ta wojna nie była (i dotąd nie jest) wyrazem jakiejś "tajnej strategii" Putina, lecz wyłącznie oznaką trzeźwego realizmu. Władca Kremla doskonale odrobił lekcję najnowszej historii i wyciągnął trafne wnioski z błędów popełnianych przez przywódców Zachodu.
Agresja rosyjska otwierała jednak nowy rozdział w relacjach światowych i mogła zdecydować o politycznej koniunkturze w sprawie zbrodni smoleńskiej. Powstałe wówczas uwarunkowania sprzyjały przypominaniu o farsie moskiewskiego śledztwa i pozwalały ukazywać rolę reżimu III RP w rosyjskich matactwach. Dawały okazję do zweryfikowania oficjalnej wersji wydarzeń i zaangażowania uwagi opinii światowej.
Jeśli dziś dostrzegamy pierwsze symptomy takich zachowań, to wyłącznie dzięki odwadze osób współpracujących z zespołem parlamentarnym i determinacji Antoniego Macierewicza. Nie warto wierzyć, że dzieje się tak za sprawą konsekwentnej polityki partii opozycyjnej. Jej przedstawiciele nie tylko nie wykorzystywali sprzyjającej koniunktury, ale od początku wojny na Ukrainie wspierali politykę reżimu III RP i deklarowali wolę „współpracy i współdziałania” z grupą odpowiedzialną za paktowanie z Putinem. Świadomie zrezygnowano z prawa opozycji do odcięcia się od antypolskiego modelu polityki zagranicznej i usilnie unikano piętnowania władz III RP. Podobnie, jak miało to miejsce w roku 2010, również w obecnej kampanii prezydenckiej zaniechano tematyki smoleńskiej i w oparciu o sondażowe miraże, skoncentrowano na nagłaśnianiu spraw drugorzędnych.
Dopiero niedawne wydarzenia – rezolucja Parlamentu Europejskiego i wezwanie Rosjan do zwrotu tupolewa i czarnych skrzynek oraz debata zorganizowana w PE przez frakcję Europejskich Konserwatystów i Reformatorów – pozwalają przypuszczać, że temat zbrodni smoleńskiej zagości na forum europejskim. Nie sądzę jednak, by należało się spodziewać radykalnej zmiany stanowiska opozycji. W obszarze polityki III RP działania PiS- u nadal będą determinowane wrzaskiem medialnych terrorystów i podejmowane w rytm narracji grupy rządzącej.
Obawa przed „wykorzystywaniem Smoleńska” będzie tym mocniej podtrzymywana, im bardziej bezwzględne będą działania reżimu, w tym podległych mu mediów i prokuratury. Dzisiejszy spektakl wojskowych prokuratorów nie tylko umacnia wersję rosyjską (co  nie może zaskakiwać), ale wydaje się sugerować, iż podejmowanie w trakcie kampanii wyborczej tematyki smoleńskiej mogłoby doprowadzić do „klęski wizerunkowej” PiS-u.    
Tym bardziej trzeba odnotować wydarzenie, które w kontekście dotychczasowej postawy Zachodu i asekuracji polskiej opozycji,  tworzy nową, intrygującą sytuację. 
Tezy książki niemieckiego dziennikarza Jürgena Rotha zostały bowiem oparte (co autor mocno podkreśla) na raportach niemieckiego wywiadu (BND). Ponieważ byłoby naiwnością sądzić, że Roth pozyskał te materiały wbrew woli służb niemieckich, możemy mówić o sytuacji, w której wywiad podległy Angeli Merkel dokonał kontrolowanego przecieku informacji związanych ze zbrodnią smoleńską.    
 Roth podkreśla, że dysponuje raportami, które jednoznacznie wskazują, iż służby niemieckie znają przebieg wydarzeń z 10 kwietnia i wiedzą, że przyczyną zniszczenia polskiego samolotu była eksplozja. Co to oznacza?
W języku służb specjalnych taka informacja ma kapitalne znaczenie i musi prowadzić do wniosku, iż podjęto decyzję o wysłaniu do Rosjan mocnego sygnału. Nie ma wątpliwości, że decyzja ta musiała zapaść na szczeblu politycznym. Wprawdzie zdarza się, że służby specjalne prowadzą samodzielne gry (nawet sprzeczne z polityką rządu), to w tym przypadku, waga przekazanej informacji i pozycja BND wykluczają podobny scenariusz. Informacje przekazane przez niemieckiego dziennikarza są tym bardziej intrygujące, że ekipa Merkel należy do najbliższych sojuszników rosyjskiego satrapy i wielokrotnie dawała dowody prowadzenia polityki korzystnej dla Moskwy. Jeśli pamiętamy niedawny skandal na forum PE, gdy polityk CDU blokował wykład dr. Bogdana Gajewskiego na temat Smoleńska, potęguje to zagadkowość owego przecieku i utrudnia prawidłową ocenę.   
We wczorajszej wypowiedzi Jürgena Rotha znalazły się jednak słowa, które mogą okazać się pomocne. Niemiecki dziennikarz mówił o konieczności przełamania „zmowy milczenia” wokół tematu Smoleńska i konkludował:
Rozpocząłem książkę od pytania „Co się stało?”. Gdyby teraz wojskowy samolot z generalnym dowódcą NATO i innymi oficerami został zestrzelony, doszłoby do wojny, nie tylko zimnej wojny, jaką mamy teraz, lecz do gorącej. Być może właśnie dlatego nikt nie chce wyjaśnić prawdziwych przyczyn zestrzelenia malezyjskiego samolotu i katastrofy smoleńskiej. (...) Myślę, że niektóre rządy wiedzą, co się stało, ale z przyczyn politycznych nie chcą na ten temat mówić. Nie chcą dolewać oliwy do ognia wobec trudnej sytuacji między Rosją i państwami Zachodu.
Tezy Rotha bynajmniej nie są „szokujące” – jak określają je niektóre z „wolnych mediów”. Mogą zaskakiwać tylko tych, którzy nie dotąd nie zrozumieli pułapki „georealizmu” i nie dostrzegli trwałości porządku jałtańskiego.  
W wydanej w maju 2012 roku książce „Smoleńsk. Pułapka tajnych służb” próbowałem m.in. zmierzyć się z pytaniem – jak oceniać brak reakcji rządów zachodnich na zamach smoleński i czym wyjaśnić milczenie służb wywiadowczych? Zwracałem wówczas uwagę, że choć z naszej perspektywy zachowania te można oceniać, jako kapitulanckie lub świadczące o słabości zachodnich przywódców, to nie sposób odmówić im pewnej logiki.
Jeśli bowiem dostrzeżono, że przez wiele miesięcy poprzedzających tragedię smoleńską dochodziło do zbliżenia polskich i rosyjskich stanowisk politycznych, a w szczególności, do zacieśniania kontaktów między służbami obu państw – wnioski z tych obserwacji musiały zaważyć na ocenie wydarzeń z 10 kwietnia oraz na podjętych później decyzjach politycznych. Obserwacja gry tajnych służb wokół Smoleńska tym mocniej musiała determinować analizy wywiadów USA i państw zachodnich. Tylko one były  w stanie określić - czy mają do czynienia z fatalnym przypadkiem i katastrofą lotniczą, czy - ze „zbrodnią niemal doskonałą”, za którą stoją tajne służby. W książce napisałem:
Jeśli USA posiadałyby pełną wiedzę na temat przyczyn katastrofy, mogą nie chcieć jej ujawnić, ponieważ wiedza ta nie tylko zaszkodziłaby stosunkom z putinowską Rosją ale miała wpływ na relacje wewnątrz NATO. Przedstawienie prawdziwego przebiegu zdarzeń z 10 kwietnia mogłoby zasadniczo zmienić układ sił w Europie i na świecie oraz wywołać konflikty, których wiele państw chciałoby uniknąć. Poza tym – informacje zgromadzone przez służby amerykańskie mogą stanowić niezwykle cenną kartę przetargową i być wykorzystane w przyszłości, w ramach kontaktów na poziomie wywiadowczym. Mówiąc wprost – są korzystnym dla interesów amerykańskich narzędziem szantażu i mogą zostać użyte w celu zmuszenia służb rosyjskich do określonych reakcji lub wywarcia wpływu na decyzje Kremla. Takiej broni służby specjalne nie pozbywają się „za darmo”.
Jakiekolwiek intencje towarzyszą treściom zawartym w książce Rotha i czymkolwiek tłumaczyć fakt przywołania raportów BND, jedno wydaje się pewne – mamy do czynienia z wielowątkową kombinacją na poziomie służb specjalnych i sygnałem skierowanym pod adresem Putina. Stanowczo wykluczam przypadkowość tej sytuacji. Ma ona jednoznaczny wymiar –w obszarze polityki globalnej i w kontekście polskiego roku wyborczego. Ten, kto zdecydował o wysłaniu sygnału nie musi być sprzymierzeńcem sprawy polskiej, zaś sama gra nie musi prowadzić do ujawnienia prawdy o zamachu smoleńskim. Jeśli kieruje się przekaz – wiemy, co wydarzyło się 10 kwietnia i możemy tę wiedzę ujawnić, staje się on mocnym argumentem w rozgrywkach politycznych i może znacząco wpływać na decyzje Moskwy.
Wydaje się, że nadchodzi moment, gdy wiedza zgromadzona przez służby zachodnie zostanie wykorzystana w rozgrywkach z Rosją i w najbliższym czasie możemy spodziewać się kilku innych publikacji o podobnym ciężarze. Książka Rotha z pewnością nie zawiera informacji przełomowych w sprawie Smoleńska. W aspekcie, na który zwracam uwagę, jest jednak publikacją wyjątkową i bezcenną.
Myślę, że dzisiejszy problem nie polega na prawidłowej analizie celowości tego przekazu (to ujawni się prędzej czy później), lecz na odpowiedzi na arcyważne pytanie– czy potrafimy takie sytuacje wykorzystać w polskich realiach i spożytkować je w polskim interesie? Jak włączyć się w grę, w której sprawy polskie mogą być tylko monetą przetargową? Czy stać na to opozycję i na ile potrafi ona udźwignąć ciężar ogromnej odpowiedzialności?

poniedziałek, 23 marca 2015

CYWILNY MINISTER I WOJSKOWE PRO CIVILI


W życiorysie politycznym Bronisława Komorowskiego są tematy wywołujące szczególnie nerwową reakcję polityka PO.
W listopadzie 2008 roku Antoni Macierewicz w jednym z wywiadów zauważył:
„Ostatnio kilkakrotnie widziałem marszałka w stanie silnego podenerwowania. Pierwszy raz, gdy pytano go o związaną z WSI spółkę „Pro Civili”. Drugi raz niedawno, gdy pytano go o kontakty z Leszkiem Tobiaszem i Aleksandrem L.”
Wypowiedź ta nawiązywała do przesłuchania przez sejmową komisję ds.służb specjalnych redaktora Wojciecha Sumlińskiego. Dowiedzieliśmy się wówczas, że Komorowski skłamał przed prokuratorem zeznając iż nie zna dziennikarza. Kłamał również publicznie przed mikrofonami radia, gdy 1 sierpnia 2008 roku twierdził, iż „akurat o panu Sumlińskim nic nie wiem, chyba nie znałem tego pana, więc moje zeznania dotyczyły byłego czy pułkownika dawnych służb komunistycznych.
Tymczasem Wojciech Sumliński występując przed sejmową komisją oświadczył, że spotykał się z Komorowskim w roku 2007, a tematem rozmów był przygotowywany dla programu „30 minut" w TVP Info materiał o Fundacji Pro Civili.
Sprawa fundacji musiała szczególnie utkwić Komorowskiemu w pamięci, bo pytany w lutym 2007 r w wywiadzie dla Gazety.pl – czy z WSI nie było problemów - stwierdził:
 Były. Ale znaczna większość grzechów WSI przytoczonych w raporcie nie jest żadną sensacją. Te sprawy od dawna bada prokuratura. Np. afera fundacji Pro Civili. Rozpracowały ją same WSI za czasów gen. Rusaka. W 2000 roku, kiedy kierowałem MON, sprawa została skierowana do prokuratury i znalazła finał w sądzie.”
Ponieważ w przestrzeni medialnej pojawia się coraz więcej informacji na temat Pro Civili, a wiele z nich dotyczy osoby obecnego lokatora Belwederu, warto przypomnieć o okresie szefowania Komorowskiego w MON i spróbować wyjaśnić, dlaczego wzmianka o tej szczególnej fundacji może wywoływać u polityka Platformy „stan silnego podenerwowania”.  
Przed kilkoma laty Wojciech Sumliński na blogu Wojciecha Wybranowskiego na Salonie24, pod tekstem „Mój przyjaciel szpieg” napisał:
Zakładam, że dyskusję śledzi wielu dziennikarzy, nawet jeśli nie biorą w niej udziału. Może któryś z nich podjąłby temat Fundacji Pro Civili i sprawdził, czy to tylko przypadek, że badających ten temat spotykają różne "przypadłości", że Roberta Zielińskiego zablokowano i grożono mu, że Darka Kosa wyrzucono z pracy, a mnie, cóż... ja zostałem "wyłączony" z działalności dziennikarza śledczego. Może to rzeczywiście tylko ciąg przypadków, a może nie - warto to sprawdzić. Warto także z tego względu, że temat nie został wyczerpany i choć przy pomocy tej fundacji zdefraudowano kilkaset milionów złotych, nikt nie poniósł konsekwencji. Bo co do badania tej sprawy przez WSI, o czym mówił marszałek Komorowski, to proszę wybaczyć, wolne żarty. "Badanie" polegało na tym, by przez siedem lat markować śledztwo mając nad nim pełną kontrolę i by w efekcie dojść donikąd. Ale to już temat właśnie dla dziennikarza śledczego, który zechciałby przejąć pałeczkę. Tylko który dziennikarz i która redakcja naprawdę byłabym zainteresowana dociekaniem prawdy, po odkryciu której - jak w oparciu o szereg danych przypuszczam z prawdopodobieństwem bliskim pewności - ziemia zatrząsałby się na dobre?
Sumlinski nie był pierwszym, który próbował rozwikłać aferę związaną z Pro Civili. W lutym 2007 roku dziennikarz Dariusz Kos tak opisywał okoliczności, w jakich wspólnie z Robertem Zielińskim badali w „Super Expresie” sprawę fundacji:

środa, 18 marca 2015

ILE MOŻNA ZYSKAĆ NA „KRYZYSIE PUTINOWSKIM” ?


Niedawne zniknięcie Putina i związane z tym spekulacje, musiały wywołać niemałe zaniepokojenie w szeregach decydentów III RP. Pułkownik KGB był dla nich partnerem w grze wymierzonej w polskiego prezydenta i do dziś spełnia rolę gwaranta tajemnic związanych z zamachem smoleńskim i procesem „pojednania” polsko-rosyjskiego.
Wprawdzie od czasu napaści Rosjan na Ukrainę, rządowe ośrodki propagandy (przy wydatnym wsparciu opozycji) wykreowały polityków reżimu na krytyków, a nawet przeciwników Putina, ta wizja nie znajduje najmniejszego oparcia w rzeczywistości. Jedynym miernikiem postawy grupy rządzącej jest sprawa Smoleńska i póki w tym obszarze nie nastąpiły zmiany, nie wolno nawet dywagować o procesie „nawrócenia”.
Logika więzi łączących Putina z ludźmi obecnego reżimu, wynika wprost z depozytu wiedzy o przebiegu zamachu smoleńskiego i mechanizmach fałszowania tej zbrodni. Taka relacja czyni z grupy rządzącej uległych zakładników, zdanych całkowicie na wolę kremlowskiego władcy. W układzie, doskonale znanym z pragmatyki służb sowieckich, nie ma miejsca na sprzeciw lub odstępstwo i nie sposób sobie wyobrazić, by ludzie zależni od Moskwy mogli samowolnie zmienić niewolnicze status quo. To oznacza, że ani agresja na Ukrainę ani jakiekolwiek bandyckie działania Rosji, nie mogą mieć wpływu na postawę zakładników kłamstwa smoleńskiego. Los tych ludzi spoczywa w rękach pułkownika KGB i ktokolwiek dopuszcza inną perspektywę relacji, wykazuje kompromitującą niewiedzę.
Wielodniowa nieobecność Putina i medialne spekulacje o śmierci lub obaleniu dyktatora, mogły zatem sprawić, że ludzie paktujący z kremlowskim satrapą poczuli się zagrożeni. Taki stan można porównać do lęku szantażowanego wspólnika, który dowiaduje się, iż właściciel tajnego depozytu stracił nad nim kontrolę i wpadł on w ręce innych graczy.

poniedziałek, 16 marca 2015

MACHIAVELLI Z BUDY RUSKIEJ


Przed pięcioma laty, w czerwcu 2010 roku opublikowałem na blogu dwuczęściowy tekst zatytułowany „Machiavelli z Budy Ruskiej”. Znajdują się w nim wypowiedzi Bronisława Komorowskiego z lat 2007 – 2010 oraz opinie na temat tego polityka. Ponieważ dziś pojawia się szansa obalenia reżimu prezydenckiego i uniknięcia kolejnych lat upokorzeń, przypominam ten tekst w nadziei, że poszerza on wiedzę o osobie lokatora Belwederu.  


Każdy widzi, za jakiego uchodzisz, lecz bardzo mało wie, kim jesteś”- „Książe”.

Wprawdzie wyborcom PO skutecznie wmówiono, że B. Komorowski jest naturalnym i najlepszym kandydatem ich partii, to warto przypomnieć, że w rzeczywistości jest kandydatem "z przypadku”, zaś prawdziwym „ojcem” tej kandydatury powinien być przyjaciel i  alter ego Komorowskiego  - Janusz Palikot. 
To on, 28 maja 2008 roku obwieścił w RMF FM- „gdyby Donald Tusk nie zdecydował się kandydować, to najbardziej prawdopodobnym kandydatem jest Bronisław Komorowski”. 1 Sam marszałek Sejmu, jeszcze do niedawna zdawał się doskonale rozumieć własne ograniczenia. Pytany w czerwcu 2008  o ewentualny start w wyborach prezydenckich, wyznał wprost - „Nie mam takich planów”  i zdobył się na ciekawą refleksję -„Nie należy sobie przesadnie planować. Życie pisze scenariusze takie jakie uważa, że są stosowne. Werdykty demokracji są różne, a dzisiaj planowanie wszelkie w tym zakresie jest szkodliwe dla sprawy - z każdego punktu widzenia. Uważam, że prezydent powinien dobrze pełnić swoją funkcję, premier premierowską, a ja - jak Bóg da – marszałkowską”.
Według Komorowskiego „polityk, który nie ma ambicji nie powinien brać się za politykę, ale najgorsze dla polityka to być ambicjonerem, który przede wszystkim myśli w kategoriach własnych aspiracji i własnej kariery”.2
W marcu 2009 roku Komorowski pytany o kandydaturę prezydencką Tuska, zadeklarował: „Nie dam się wmontować w sytuację, w której będę kontrkandydatem Tuska”  i dodał „Dziś tylko wariat albo kanalia mógłby chcieć osłabiać szanse kandydata z tak dużym poparciem jak Donald Tusk” .3  Jeśli w lutym 2010 roku poparcie dla D.Tuska było równie wysokie jak przed rokiem, warto się zastanowić – kto z osób decydujących o zmianie kandydata PO zasługuje na te epitety? 
W październiku ubiegłego roku posłowie Platformy pytani o ewentualną kandydaturę Komorowskiego, twierdzili, że marszałek Sejmu ma znikome szanse na wygranie z innymi kandydatami i zapewniali, że „Donald Tusk jest obecnie idealnym kandydatem Platformy na prezydenta Polski. Bronisław Komorowski to też dobry kandydat, ale nie jest idealny. A idealny to taki, który wygrywa - twierdził poseł Tomasz Tomczykiewicz.
-„Nic mu nie ujmując, ale Donald Tusk w trudnych sytuacjach radzi sobie lepiej. Polacy mu ufają, sprawdził się w roli premiera” – wtórował poseł PO Zbigniew Rynasiewicz. 4
O tym, jaką pozycję wśród wyborców Platformy faktycznie zajmował Komorowski, nim został im wskazany przez rządowe media i okrzyknięty „najlepszym kandydatem”, świadczy wynik sondażu GfK Polonia na zlecenie "Rzeczpospolitej" z czerwca 2009 roku, w którym na pytanie - kto byłby najlepszym kandydatem PO na prezydenta? – tylko 5 procent wskazało ówczesnego marszałka Sejmu. 5 Jeszcze gorzej wypadł Komorowski w listopadzie 2009 roku, gdy otrzymał tylko 4 procentowe poparcie. 6  Zaledwie dwa miesiące później, gdy ośrodki propagandy rozpoczęły kampanię „rozprowadzania”, zaś uczynne „sondażownie” przystąpiły do kreowania nowej rzeczywistości, wynik marszałka w sondażu GfK Polonia ustalono już na 45 procent. 7
Spójrzmy zatem, w jaki sposób B. Komorowski pełnił  funkcję marszałkowską, by na tej podstawie móc wnioskować, jak wyglądałaby ewentualna prezydentura tego człowieka.
Znamy poglądy polityka PO na temat zasad, jakimi winien kierować się  marszałek Sejmu  – wypowiadane wówczas, gdy dotyczyły innych polityków zajmujących to stanowisko. Jako samorodny moralista, poseł Platformy był rzecznikiem wysokich standardów: 
Marszałek jest drugą osobą w państwie po prezydencie, więc kwestia jego wiarygodności, jego słowa jest sprawą bardzo istotną. [...]  jeżeli mówimy o autorytecie, no to od polityków odpowiedzialnych, którzy deklarują swoje propaństwowe myślenie należy oczekiwać trochę więcej niż takie pełne tylko i wyłącznie podporządkowanie się prawu. Tu chodzi o autorytet państwa, autorytet prawa, autorytet parlamentu również” – deliberował Komorowski z roku 2004 i domagał się ustąpienia marszałka Oleksego, po nieprawomocnej decyzji sądu, uznającej Oleksego za kłamcę lustracyjnego. 8
Dwa lata później, gdy marszałkiem Sejmu był Marek Jurek, Komorowski grzmiał na dyktat partii rządzącej i nieliczenie się z głosem parlamentarnej opozycji, twierdząc, iż PiS „dysponuje marszałkiem, a marszałek dysponuje władzą w Parlamencie ogromną, może decydować o posiedzeniu, o braku posiedzenia, o tym, co jest wprowadzane pod obrady. Natomiast według mnie rolą marszałka jest jako właśnie drugiej osoby w państwie jednak tworzenie możliwości debaty publicznej w Parlamencie, bo inaczej jak tego nie ma, to się ona toczy na ulicach. Taka jest zawsze reguła9

środa, 11 marca 2015

NIEBEZPIECZNIE JAK ZA KOMOROWSKIEGO


Największym zagrożeniem, przed jakim stoją dziś Polacy, jest perspektywa drugiej kadencji Bronisława Komorowskiego. Gdyby w systemie prawnym III RP nie istniały tak szerokie uprawnienia prezydenta w zakresie bezpieczeństwa i obronności państwa i był on (jak utrzymują niektórzy) „strażnikiem żyrandola”, kolejne pięć lat sprawowania urzędu przez polityka PO narażałoby nas wyłącznie na ryzyko rozlicznych gaf, lapsusów i skandali dyplomatycznych. 
Niestety, Bronisław Komorowski jest nie tylko zwierzchnikiem Sił Zbrojnych i reprezentantem państwa w stosunkach zewnętrznych, ale wytycza strategię bezpieczeństwa narodowego, zatwierdza plany operacyjne użycia Sił Zbrojnych, może wprowadzać stany nadzwyczajne i posiada prawo mianowania najwyższych dowódców i urzędników państwowych. W trakcie pierwszej kadencji lokator Belwederu zadbał o znaczące poszerzenie swoich uprawnień m.in. poprzez zgłoszenie noweli ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych, ustawy o powszechnym obowiązku obrony oraz ustawami dotyczącymi „reformy armii i służb specjalnych”, które powstały na postawie tzw. rekomendacji Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN).
W czasie obecnej kampanii prezydenckiej, Komorowski kreuje się osobę szczególnie przygotowaną do pełnienia funkcji zwierzchnika armii i podkreśla swoje doświadczenia związane z wojskowością. Predyspozycje lokatora Belwederu mają wynikać z pełnionych w przeszłości funkcji wiceministra i ministra obrony narodowej oraz wypracowania w ostatnich latach tzw. doktryny Komorowskiego, która miałaby stanowić fundament bezpieczeństwa III RP.
Te propagandowe slogany warto skonfrontować z rzeczywistością i przypomnieć, że Bronisław Komorowski był nie tylko wyjątkowo nieudolnym i słabym wiceministrem ON oraz najgorszym w dziejach III RP szefem tego resortu, ale jego dokonania z czasów pierwszej kadencji dyskwalifikują go w roli zwierzchnika armii i gwaranta bezpieczeństwa Polaków.
Z nieznanych do dziś powodów ten były nauczyciel historii trafił na początku lat 90. do MON i objął funkcję wiceministra. Atutem Komorowskiego miał być fakt, że umiał rozmawiać z „czerwonymi” generałami i ułożyć sobie stosunki z generałem satelickiej armii LWP Florianem Siwickim. „Ułożenie stosunków” polegało w istocie na przyjęciu optyki „czerwonej” generalicji oraz na negatywnym stosunku do lustracji i dekomunizacji w wojsku.

poniedziałek, 9 marca 2015

JAK OBRONIĆ PUTINA KŁAMSTWEM O ŚMIERCI KSIĘDZA JERZEGO


Od czasu dojścia do władzy płk Putina i ustanowienia dyktatury siłowików, „eliminacja doskonała” stała się w Rosji nie tylko narzędziem umacniania wpływów, ale również metodą kreowania rzeczywistości i rozwiązywania konfliktów. Reżim Putina nigdy nie wahał się mordować własnych obywateli, zaś każdy krok na drodze politycznej funkcjonariusza KGB był  poprzedzany zbrodniczą sekwencją.
Po objęciu przez Putina stanowiska premiera Rosji, niemal natychmiast nastąpiła seria krwawych zamachów, o które oskarżono „terrorystów czeczeńskich”:
- 4 września 1999 nastąpił wybuch samochodu pułapki pod blokiem dla wojskowych i ich rodzin w Bujnaksku w Dagestanie, zginęły 64 osoby,
- 9 września 1999 wybuch zniszczył dziewięciopiętrowy blok w południowo-wschodniej części Moskwy, zabijając co najmniej 93 osoby,
- 13 września 1999  identyczna eksplozja zniszczyła dom w południowej części Moskwy. Zginęło kilkadziesiąt osób,
- 16 września 1999 wybuchła bomba podłożona po dziewięciokondygnacyjny budynek mieszkalny w Wołgodońsku na południu Rosji, zabijając 18 osób i raniąc kilkadziesiąt.
Aleksander Litwinienko w książce „ FSB blows up Russia” twierdził, że zamachy na budynki mieszkalne były przygotowane i przeprowadzone przez agentów FSB w celu zrzucenia odpowiedzialności na Czeczenów i uzyskania pretekstu do wznowienia wojny z Czeczenią oraz wzmocnienia szans Putina w wyborach prezydenckich 2000 roku. Te same zarzuty pojawiły się w filmie dokumentalnym Andrieja Niekrasowa z 2007 „Bunt. Sprawa Litwinienki”.
Sekwencję „zamachów terrorystycznych” można ponownie prześledzić przed wyborami prezydenckimi w Rosji w roku 2004.
 - 5 lipca 2003  dwie samobójczynie wysadziły się u wejścia do kas sprzedających bilety na koncert rockowy odbywający się na moskiewskim lotnisku Tuszyno. Śmierć poniosło 15 osób, a 59 zostały ranne,
- 9 grudnia 2003 w centrum Moskwy wysadziła się kobieta-zamachowiec powodując śmierć sześciu osób i raniąc kilkadziesiąt,
- 6 lutego 2004 wybuch w pociągu moskiewskiego metra zabił 41 osób i ranił ponad sto. Charakterystyczną cechą tych zdarzeń był fakt, że stanowiły dzieła terrorystów- samobójców, po których nie pozostał żaden ślad pozwalający na ustalenie sprawców i inspiratorów.
Niezależna opinia publiczna w Rosji jest przekonana, że sowieckie KGB nigdy nie umarło, lecz przeistoczyło się w obecną FSB i stanowi twór znacznie groźniejszy od poprzedniczki. Przed kilkoma laty znana rosyjska opozycjonistka Ludmiła Aleksiejewa w wywiadzie dla Reutersa stwierdziła, że „U schyłku czasów sowieckich KGB był aparatem ucisku, ale nie tak niebezpiecznym jak dzisiejsze służby. Były wtedy więzienia i szpitale psychiatryczne, ale nikogo nie zabijali. Morderstwa się nie zdarzały. A teraz się zdarzają...".
Zdaniem poważnych analityków, FSB nie podlega dziś żadnej kontroli ze strony organów państwa i jest samodzielną siłą, która decyduje o kierunkach rozwoju Federacji Rosyjskiej. Jednym dysponentem tego narzędzia, jest prezydent Rosji.

wtorek, 3 marca 2015

O KANCIASTEJ GRANICY


„Stan wojny z najeźdźcą nie znaczy, jak go chcą niektórzy ośmieszyć, porywanie się „z kłonicą na bombę atomową”. Ale znaczy tego rodzaju postawę moralną, która by wpływała hamująco na spadek po równi pochyłej, po której toczy się w tej chwili cały naród. Tej właśnie równi pochyłej, spowodowanej przez pewne środowiska na emigracji i w kraju, której dziś, dla zatuszowania swej odpowiedzialności, nadają niewinne miano: „przemiany społeczno-polityczne”! – Nie wyobrażam sobie bowiem, jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”.  Tymczasem wiemy z praktyki, że granica tych pojęć się zaciera”– napisał przed 70 laty Józef Mackiewicz w artykule „Dlaczego nie mogę wziąć udziału w ankiecie”, opublikowanym w czasopiśmie „Lwów i Wilno”.
Słowa pisarza pochodzą z epoki, do której chętnie odwołują się współcześni politycy „obozu patriotycznego”, publicyści, środowiska opozycji. Nie tylko dla wykazania własnego patriotyzmu, ale źródeł inspiracji i narodowych idei. To z postaw Żołnierzy Niezłomnych i czasów okupacji sowieckiej, mamy czerpać przykłady heroizmu i uczyć się polskości. Oni mają być się znakiem dla młodych pokoleń i źródłem narodowej dumy.
Z tej powszechnej, medialnej wizji, umyka jednak świadomość, że walka z bronią w ręku i czynny sprzeciw wobec okupanta, nie byłby możliwy bez przyjęcia fundamentalnej „kanciastej granicy”, o której przypominał Józef Mackiewicz.
Gdy w dniach poświęconych Żołnierzom Niezłomnym słuchałem wypowiedzi ludzi opozycji, rozlicznych zaklęć i dumnych deklaracji, odniosłem wrażenie, że przypisujemy sobie tradycję, od której oddziela nas nieprzebyta, historyczna bariera. Próby odwoływania się do dziedzictwa powojennego antykomunizmu, przy jednoczesnej negacji obowiązku wytyczenia „kanciastej granicy”, prowadzą nie tylko do zafałszowania prawdy o polskich bohaterach, ale stanowią haniebne nadużycie.
Choć w roku 1944 Mackiewicz nie mówił nic nowego, jego ówczesny „radykalizm” wywoływał sprzeciw londyńskich elit, a dla społeczeństwa doświadczonego wojną i podziałami, wydawał się nazbyt skrajną propozycją. Pisarz przypominał, że aby ocalić naród, trzeba oddzielić od siebie dwa, nieprzystające światy – zdrady i męstwa, swoich i obcych, trzeba nazwać rzeczy po imieniu i uporządkować system podstawowych pojęć. Wskazanie nieprzyjaciół, nazwanie wrogów – pełniło nie tylko funkcję integrującą, ale budowało grupową solidarność. Bez tego nakazu nie można było oddzielić dobra od zła ani uformować narodowej tożsamości. Taka postawa chroniła przed relatywizmem i błędną identyfikacją. Była konieczna, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Ludzie, których nazwaliśmy Żołnierzami Niezłomnymi być może nie zaprzątali sobie głowy socjologicznym fundamentem swoich ocen. Ruski żołdak, moskiewski agitator czy polskojęzyczny ubek – byli wrogami tej samej kategorii, delegatami obcej, antypolskiej zgrai, z którą należało walczyć na śmierć i życie lub ulegając jej – zginąć.  
Tak rozumiany antykomunizm oznaczał w istocie przyjęcie żelaznej dychotomii My-Oni, w której nie ma miejsca na światłocienie i pseudo moralne dylematy, w której nie praktykuje się kompromisów i odrzuca pośrednie wybory. Mądrość takiej postawy polegała na zrozumieniu, że próba połączenia dwóch nieprzystających rzeczywistości musi skończyć się klęską wartości i pochłonięciem ich przez „rozbestwione kłamstwo”. Ci ludzie nie tłumaczyli sobie, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko lub idąc z nim na ustępstwa, można ocalić dobro. Nie szukali „dróg kompromisu”, bo każda łatwa droga prowadziła do upadku i zaprzaństwa. Nie próbowali odnajdywać „zgody budującej”, bo mieli świadomość, że jednymi budowlami komunizmu, były baraki obozów i miliony bezimiennych grobów.

środa, 25 lutego 2015

PRZECIWKO MITOLOGOM „RUSKIEJ SIŁY”


Wyhodowanie pokoleń „georealistów” jest bodaj największym, historycznym osiągnięciem komunizmu i jego sukcesorów. Samonapędzająca machina strachu nie zważa dziś na realną pozycję Rosji; nie przyjmuje do wiadomości danych ekonomicznych i socjologicznych, nie dostrzega stanu zapaści i cywilizacyjnego zacofania, nie widzi słabości militarnej i technologicznej państwa Putina. By usprawiedliwić własne ograniczenia karmi się wyobrażeniami o „wielkim mocarstwie”, wnioskuje z mitów i propagandowych wizji, czerpie z lęku, jaki niewolnik odczuwa przed gniewem „pana”.
Ten rodzaj „realizmu” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. To pogląd narzucony kulami sowieckich karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków.
Przez półwiecze sowieckiej okupacji przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka "wojny z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji.
Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystywali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
Uwspółcześniona koncepcja „georealizmu” kazała Bronisławowi Komorowskiemu w orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym wyznać: "nie będzie stabilnego rozwoju naszego regionu bez współpracy z Rosją" i mówić o „interesie nas wszystkich w pojednaniu z Rosją”.
Wprawdzie rosyjska napaść na Ukrainę wymusiła chwilową zmianę retoryki, to ujawniła również, że lęk przez Rosją stanowi dziś główną przeszkodę na drodze do wyzwolenia spod władzy „czynnika rosyjskiego”.
Nie przypadkiem rozgrywanie tych lęków następuje w czasie, gdy Polacy zobaczyli, jak obala się reżim kremlowskich marionetek. Lekcja ukraińska druzgocze przecież mitologię „okrągłych stołów” i bezlitośnie obnaża fikcję tzw. mechanizmów demokracji – całkowicie martwych w państwach zawłaszczonych przez „partię rosyjską”. Co więcej - ta lekcja pokazuje rzeczywisty status Rosji – jako fikcyjnego „mocarstwa”, którego główną bronią nie jest potęga militarna lub ekonomiczna lecz ekspansja zbrodniczej mentalności, możliwa dzięki uległości zgrai eurołajdaków i słabości najgorszego w dziejach prezydenta USA.
Rosyjska agresja na Ukrainę nie może być żadnym dowodem siły militarnej („postępy” armii Putina w stosunku do ogromnych strat własnych są wręcz żałosne), lecz staje się efektem agenturalnej koniunktury i przyzwolenia na „światową ekspansję” prymitywnego kagebisty i jego bandyckiej zbieraniny.
Poczucie bezkarności kremlowskiego watażki ma trwałe, historyczne podstawy. Od czasu ustanowienia ładu jałtańskiego, polityka Rosji Sowieckiej i jej służb przyczyniła się do wyhodowania zastępów mędrków, którzy przyznają Rosji wyjątkowe prawo do ingerowania w życie innych narodów oraz wyznają dogmat poszanowania interesów rosyjskich. Szczególnie, jeśli wartość tych interesów jest mierzona w dolarach lub euro. Ci ludzie i kreowana przez nich polityka stanowią dziś śmiertelne zagrożenie dla świata. Znacznie większe niż zdezelowane ruskie tanki i zdemoralizowana armia Putina. Militarnie słaba i technologicznie zacofana Rosja, nie musi nawet udowadniać swojej siły. Robi to za nią armia tchórzliwych głupców, wspierana przez zastępy agentury wpływu.
Gdy w marcu 2013 roku opublikowałem w Gazecie Polskiej tekst – „ROSJA – IMPERIUM CZY POTĘGA MITU”, nie przypuszczałem, że kolejne dwa lata upłyną na umacnianiu rosyjskiej mitologii i triumfie postaw „georealizmu”. W zakończeniu tamtego tekstu znalazły się słowa:   
Jeśli dzisiejsza Rosja musi imitować mocarstwo i straszyć nas hardą retoryką – oznacza to tylko tyle, że państwo Putina staje się coraz słabsze i jest zmuszone sięgać do arsenału komunistycznych środków. Nic też nie wskazuje, by to państwo było w stanie sprostać globalnemu konfliktowi lub miało dążyć do jego sprowokowania. Taka konfrontacja   przyniosłaby Rosji militarną klęskę i spowodowała utratę jej najważniejszej broni - ekspansywnej sieci intryg i dezinformacji oplatającej współczesny świat. 

środa, 18 lutego 2015

JAK WYGRAĆ - 1


Im dłużej rozbrzmiewa chór „niezależnych” optymistów i głośniej płyną proroctwa rychłego zwycięstwa, tym łatwiej przewidzieć, że tegoroczne wybory zakończą się według tradycyjnego scenariusza. Wygląda na to, że tuż przed najważniejszą rozgrywką, opozycja i wtórujące jej media po raz kolejny wiodą elektorat na manowce i podążają drogą tych samych błędów, próżnych nadziei i fasadowej gry pozorów. 
Wróżenie wyniku wyborczego na podstawie kilku wystąpień i efektu konwencji, wyrokowanie z „sondaży” lub z reakcji reżimowych gadzinówek - być może zaspokaja aspiracje „wolnych” mediów i przysparza dochodów redaktorom naczelnym. Nie ma jednak nic wspólnego z rzetelną analizą szans wyborczych kandydata PiS-u ani z oceną polskiej rzeczywistości.
Istnieją dziś cztery podstawowe przeszkody na drodze do wygranej:
1 – brak realnego nadzoru nad procesem wyborczym;
2- przeświadczenie, że o wyniku mogą decydować reguły demokracji i głosy obywateli oddane w wolnym akcie wyborczym;
3- przeświadczenie, że strategia kandydata opozycji ma polegać na „budowaniu pozytywnego wizerunku”, nagłaśnianiu „treści merytorycznych” i ukazywaniu lokatora Belwederu jako „strażnika żyrandola”, polityka słabego i pasywnego;
4 – przeświadczenie, że tylko obecność opozycji (i jej kandydata) w reżimowych ośrodkach propagandy może wpłynąć na decyzje „elektoratu centrowego” i stanowić przeciwwagę kampanii negatywnej.

Jeśli chodzi o punkt 1 – opozycja kontynuuje nieskuteczny i wielekroć skompromitowany sposób „pilnowania wyborów”.
Zapowiadana przez PiS struktura "centralnego biura ochrony wyborów" i inne tego typu inicjatywy, są  oparte o zasadę „pospolitego ruszenia” i pracę wolontariatu. O nieefektywności działań polegających na kontrolowaniu wyników w komisjach wyborczych (liczenie głosów, kart, frekwencji) przesądzają dwa czynniki:
- ostateczny wynik jest zależny od „metodologii” przekazywania danych elektronicznych i zostanie wygenerowany w Krajowym Biurze Wyborczym;
- w III RP nie istnieją  niezależne  instytucje i organy państwa nadzorujące proces wyborczy.
Organizowane przez PiS akcje „Uczciwe wybory” wyglądają na propagandowy humbug. Jedynym efektem poprzedniej kampanii (wybory do PE) był kilkustronicowy „raport” o treści przypominającej wypracowanie gimnazjalisty. Zawierający liczne błędy i komunały, napisany w sposób niechlujny i nieprofesjonalny. Nie tylko nie wymieniono w nim wielu istotnych nieprawidłowości, nie dostrzeżono specyfiki przedwyborczych przetargów oraz treści dokumentów produkowanych przez PKW, ale nie odpowiedziano na najważniejsze pytanie: z jakiego oprogramowania i czyich serwerów korzystała PKW w trakcie tych wyborów? Gdy kilka dni później Sąd Najwyższy odrzucił wszystkie protesty PiS, informacja na ten temat nie została nawet ujawniona przez „wolne” media i została przemilczana przez opozycję.
Z akcji „Uczciwe wybory” 2014 do dnia dzisiejszego nie sporządzono żadnego sprawozdania ani raportu. Choć w roku ubiegłym słyszeliśmy setki szumnych deklaracji, a wynik farsy wyborczej został bezczelnie sfałszowany, do dziś opozycja nie przedstawiła żadnego raportu i nie wypracowała merytorycznych wniosków.

wtorek, 10 lutego 2015

GDYBY PAN COGITO MILCZAŁ O SMOLEŃSKU…


Jest już pewne, iż śmierć Kaczyńskiego zostanie wykorzystana do celów politycznych”. „Katastrofa pod Smoleńskiem i tragedia katyńska będą wykorzystane w kampanii wyborczej”.“Opozycja upolitycznia tragedię pod Smoleńskiem. Za rozważaniami lidera PiS na temat przyczyn katastrofy kryją się polityczne pobudki i emocje“. „Grając tematem Smoleńska i szukając winnych wśród Rosjan i polityków polskiego rządu, opozycja uprawia taniec na grobach ofiar”.
Te cytaty pochodzą z okresu kampanii prezydenckiej 2010 roku i zostały zaczerpnięte z rosyjskich mediów.
Chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę, że zarzuty o „politycznej grze Smoleńskiem” i jej szkodliwym wpływie na kampanie wyborczą nie są samodzielnym wymysłem polskojęzycznych ośrodków propagandy lecz powstały na fundamencie moskiewskich instrukcji. Dopiero po publikacjach “Moskiewskiego Komsomolca”, “Wriemia Nowostij” i „Izwiestii” pojawiły się reakcje „dziennikarskich elit” III RP i sięgnięto do arsenału kremlowskich słów-paralizatorów. Sformułowano wówczas zarzut, jakoby Jarosław Kaczyński chciał wykorzystywać śmierć brata w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego, zaś ówczesny kandydat PO Bronisław Komorowski, popisał się doskonałym wyczuciem moskiewskiej narracji i stwierdził: “druga strona, prowadząc kampanię, umiejętnie zagospodarowuje nastrój żałoby. Trzeba bardzo uważać, żeby nie tworzyć wrażenia nadużycia nastroju żałobnego”.
Ten medialny paralizator skutecznie obezwładnił przekaz partii opozycyjnej i zdecydował o porzuceniu „tematu smoleńskiego” podczas kampanii prezydenckiej 2010 roku. Taktykę Jarosława Kaczyńskiego (o czym niewielu chce pamiętać) wychwalali wówczas czołowi żurnaliści i tzw. eksperci PiS: „Nowy Kaczyński wytrąca PO z rytmu” – dowodził Piotr Semka. „Jakby (…) nie patrzeć na przemianę Kaczyńskiego”, - pisał Michał Karnowski w „Polsce”-, jeden jej skutek będzie trwały, o ile oczywiście prezes PiS wytrwa przy swojej nowej strategii. Tym skutkiem może być odzyskanie przez Prawo i Sprawiedliwość przynajmniej minimalnej zdolności koalicyjnej, a więc i potencjału współrządzenia”. W opinii Karnowskiego możliwa była wówczas „koalicja PiS z SLD jak z PSL”, zaś troska o „przyciągnięcie elektoratu Napieralskiego” dominowała w rozważaniach „niepokornych” żurnalistów.
Inny mędrzec - Paweł Lisicki, pouczał w maju i czerwcu 2010- „We współczesnej demokracji nie da się zwyciężać, nie docierając do politycznego centrum” i  konkludował –„Po 10 kwietnia zarówno sam Jarosław Kaczyński, jak i jego sztabowcy wykonali wiele pracy, by pokazać się od innej strony. Stąd słowa o końcu wojny polsko-polskiej, o rezygnacji z hasła IV Rzeczypospolitej czy o potrzebie pojednania się. Strategia ta przyniosła korzyści”.
Z kolei Piotr Skwieciński dowodził, że „zmniejszenie efektu obcości może pozwolić politykom PiS na optymistyczne spojrzenie w przyszłość. (…)Owo zmniejszenie efektu obcości musiałoby polegać, (…) na poprowadzeniu partii w kierunku odwrotnym do tego, w którym szła dotąd. Czyli w stronę konserwatyzmu znacząco mniej radykalnego niż obecnie, w pewnych aspektach wręcz na przejściu na pozycje centrowe.”
W chórze doradców nie mogło zabraknąć głosu prof. Staniszkis, która twierdziła, że „Jarosław Kaczyński wygra tylko w kampanii merytorycznej” i zalecała – „Nie dać się sprowokować i pokazać, że PiS jest cool”. Owa „merytoryczność” kampanii prowadziła do sytuacji, w której zarzut postawiony Komorowskiemu – iż nie chciał prywatyzacji służby zdrowia, zakończył się sądową porażką prezesa PiS.  
Do dziś nie wiemy, jaką rolę w wyborze tej fatalnej strategii odegrali Kluzik –Roskowska czy Paweł Poncyliusz. Powyborcza fronda członków sztabu wyborczego pozwala przypuszczać, że „ocieplenie wizerunku” i rezygnacja z „wykorzystywania” Smoleńska wyznaczały celową drogę do klęski. „Od początku ustaliliśmy, że w kampanii nie będziemy nawiązywać do katastrofy, ale po wyborach wrócimy do tego tematu” – przekonywała szefowa sztabu wyborczego J. Kaczyńskiego.
Odwrót nastąpił natychmiast po przegranych wyborach. PiS miał wówczas zlecić przeprowadzenie „badania opinii” i porównanie ówczesnych wyników partii z tymi z kampanii wyborczej.  Jeden z posłów PiS relacjonował we „Wprost” – „Okazało się, że zmiana retoryki, powrót do tematu Smoleńska i spór o krzyż nie odbiły się na naszym poparciu. Nasze wyniki właściwie ani drgnęły".
Wydawało się, że z bolesnej lekcji 2010 roku opozycja potrafi wyciągnąć wnioski i podczas wyborów parlamentarnych nie zrezygnuje z mocnej retoryki i potężnej „broni smoleńskiej”. Takie deklaracje pojawiały się po wyborach prezydenckich i w takim kierunku miała zmierzać strategia partii Jarosława Kaczyńskiego.

wtorek, 3 lutego 2015

KAMPANIA POD SKRZYDŁAMI SOWY


„W  bieżącym  roku  przed  nami  jako  obywatelami  stoją  ważne  polityczne  wybory.  Wybory prezydenta Rzeczpospolitej Polski i wybory parlamentarne. Jeśli  chodzi  o  prezydenta,  to  sprawa  jest  na  tyle  jasna,  że  nie  ma  kandydata,  który zagroziłby  Bronisławowi  Komorowskiemu.  I  słusznie,  jest  to  najlepszy  kandydat  na  to najważniejsze stanowisko w państwie”- napisał niedawno jeden z „wojskowych emerytów” na stronie internetowej stowarzyszenia Sowa.
Ci, którzy pamiętają słowa Dukaczewskiego o „otwieraniu szampana” na wieść o wygranej Komorowskiego i znają obopólną sympatię lokatora Belwederu i ludzi WSI, nie mogą być zaskoczeni taką deklaracją. Od roku 2010 środowisko WSI (wespół z kremlowskimi decydentami), należy do najgorliwszych zwolenników tej prezydentury i będzie zabiegało o reelekcję Komorowskiego. 

Dzisiejsze dywagacje Komorowskiego na temat orzeczenia Sądu Okręgowego i radość, z jaką powitał „naprawianie” kwestii odpowiedzialności Antoniego Macierewicza, są nie tylko wyrazem troski o „pokrzywdzonych” z WSI, ale zapowiadają działania wpisujące się w scenariusz kampanii prezydenckiej i plany związane z drugą kadencją.  Ponieważ na „wiedzy i doświadczeniu” ludzi byłych WSI są budowane fundamenty reżimu prezydenckiego, lokator Belwederu musi też zabiegać o pomoc tego lobby w prezydenckiej reelekcji.
Wielokrotnie przypominałem, że jednym z narzędzi legislacyjnych służących reaktywacji wpływów środowiska WSI, jest nowelizacja ustawy - Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego.
Projekt MON (z 16 października 2012 roku) ma  burzliwe dzieje i nadal jest przedmiotem konsultacji i uzgodnień, do których zaproszono żołnierzy byłych WSI skupionych w stowarzyszeniu „Sowa”. Nowela powstała w związku z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27 czerwca 2008 r. (sygn. akt K 51/07), w którym trybunał orzekł o niekonstytucyjność art. 70a ustawy. Zdaniem TS, poprzednia ustawa nie gwarantowała zainteresowanym osobom dostępu do akt sprawy, odmawiała prawa do wysłuchania w przedmiocie zebranych informacji oraz nie zapewniała środków prawnych umożliwiających uruchomienie sadowej kontroli decyzji o podaniu do publicznej wiadomości danych osobowych objętych raportem Komisji Weryfikacyjnej
W zaprojektowanej w MON noweli przewidywano „określenie na nowo procedury weryfikacji treści raportu”, a jej zakres miał się odnosić do instytucji "uzupełnienia raportu". Proponowane tam środki prawne miały ułatwić ponowną weryfikację żołnierzy i funkcjonariuszy byłych WSI oraz przygotować ewentualne „uzupełnienia”. Dla osób „pokrzywdzonych” treścią „raportu Macierewicza” (tak w projekcie noweli nazywa się dokument przejęty postanowieniem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z 16 lutego 2007 i ogłoszony w Monitorze Polskim nr 11) przewiduje się wyjątkowe w polskim prawie postępowanie rehabilitacyjne. Osoby te będą mogły wystąpić do sadu z wnioskiem „o wydanie orzeczenia ustalającego sytuację prawną zainteresowanego w kontekście opublikowanego już raportu”. Sądem właściwym będzie Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekający w składzie trzech sędziów. Samo postępowanie byłoby jednak farsą, ponieważ nowela przewiduje zastosowanie trybu nieprocesowego, w którym sąd wydawałby końcowe postanowienie wyłącznie na podstawie wniosku osoby „pokrzywdzonej”.
21 października ub. roku prezes stowarzyszenia "Sowa" M. Dukaczewski zwrócił się z pismem do sekretarza stanu w MON Czesława Mroczka, w którym przypomniał, iż przyjęcie ustawy miało nastąpić we wrześniu 2014 roku i prosił o przekazanie „kopii projektu przyjętego przez Radę Ministrów, kopii pisma skierowującego projekt do Sejmu i numer druku sejmowego„ oraz „informacji, dlaczego Stowarzyszenie nie otrzymało przygotowanego projektu do konsultacji przed jego zatwierdzeniem przez Rade Ministrów”.

środa, 28 stycznia 2015

O WYKLUCZENIU I ZACISKANIU PIĘŚCI


Instancje panowały trzy: pięść, mózg i serce.
Serce się wycofało, będąc w poniewierce,
Gdy zaś pięść z mózgiem same pozostały w parze,
Oto skutek: mózg rządzi tak, jak mu pięść każe
 - pisał przed siedemdziesięciu laty Tadeusz Kotarbiński, w jednym ze swoich błyskotliwych epigramów.
Nie znalazłem słów bardziej trafnych, by wyrazić obecny stan naruszenia równowagi - między „instancją mózgu" i „instancją serca”, w którym odstępstwo od norm rozumu i etyki sprawiło iż nad wszystkimi obszarami naszego życia rozpanoszył się makiaweliczny „świat pięści”.
Wprawdzie autor epigramu twierdziłby, że przyczyna leży w porzuceniu zasad prakseologii, zaś lekarstwa trzeba szukać w postawie „realizmu praktycznego”, to problem nie dotyczy dziś dysputy filozoficznej lecz znalezienia wyjścia z sytuacji, w której rządy „jak pięść każe” mogą rujnować polską rzeczywistość przez kolejne lata. To temat na wskroś polityczny, a jednocześnie historyczny, związany z wyborem polskiej drogi i metodologii skutecznych działań.
Przyznaję, że od dnia elekcji obecnego lokatora Belwederu z nadzieją oczekiwałem roku 2015. Już w roku 2009 i następnym nie miałem wątpliwości, że Bronisław Komorowski jest najgroźniejszą postacią polskiej sceny politycznej, a jego rola wydaje się kluczowa dla zrozumienia logiki wydarzeń prowadzących do zbrodni smoleńskiej. 
Do dziś nie potrafiłbym racjonalnie wyjaśnić  - ja to możliwe, że tuż po kwietniowym koszmarze, moi rodacy powierzyli temu człowiekowi najwyższą godność w państwie.
Ale też nie potrafiłbym wytłumaczyć – dlaczego nadal nie widzą złowróżbnego cienia necandusa i godzą się na setki upokorzeń związanych z tą prezydenturą.
Nadzieja roku 2015 musiała upaść, gdy okazało się, że jedyna siła zdolna zagrozić pozycji Komorowskiego wystawiła postać w istocie tragikomiczną – człowieka niedoświadczonego, miałkiego i przeraźliwie słabego, którego zadanie wydaje się polegać na symulowaniu walki i głoszeniu poprawnych sloganów. Być może kandydat opozycji jest człowiekiem prawym i uczciwym, być może posiada jakieś przymioty rozumu, to jednak zbyt mało, by stanąć do walki z „instancją pięści” i odebrać władzę komuś, kto oparł ją na kłamstwie i nienawiści.
Nie ma żadnej proporcji w rokowaniach walki, w której jedna strona dysponuje potężnym aparatem propagandy i dezinformacji, zarządza armią i służbami i może liczyć na wsparcie „wrogów i przyjaciół”, druga zaś chce epatować wyblakłym hasłem „nowoczesności”, nie zna języka realiów III RP i nie potrafi nazywać rzeczy po imieniu. To, co na temat szans kandydata opozycji mówią dziś w „wolnych” mediach, jest stekiem kłamstw, których powtarzanie ma uśpić nasz niepokój i zaspokoić najtańszą nadzieję.
Od momentu rezygnacji Jarosława Kaczyńskiego z walki o prezydenturę wciąż doświadczamy błędnych wyborów i decyzji politycznych. Realizm każe przypuszczać, że zostaniemy skazani na kolejne pięciolecie upokorzeń i bolesnych doświadczeń. Przegrane wybory prezydenckie będą tylko zwiastunem klęski podczas jesiennej farsy.
Jeśli sięgnąłem po epigram Kotarbińskiego, to nie (tylko) z powodu jego walorów literackich i filozoficznych, ale po to, by napisać o drodze do przezwyciężenia stanu nierównowagi.
Nie próbuję dociekać przyczyn wystawienia takiego kandydata i nie mam wpływu na to, co nazwano „strategią wyborczą”. Ta decyzja wykluczyła „instancję mózgu” z obszaru planów i racjonalnych projektów politycznych. Gdy słyszę, że w sztabie kandydata deliberuje się o „żyrandolowej prezydenturze”, zarzuca Komorowskiemu bierność i głosi, iż „Polacy oczekują nowoczesnej prezydentury” – wykluczam również „instancje serca”, bo nie można identyfikować się ze środowiskiem, które nie posiada wiedzy o rzeczywistości III RP lub posiadając ją, karmi wyborców populistyczną sieczką.
Można natomiast próbować działań sprawnych i skutecznych – a zatem budowania takiego wizerunku lokatora Belwederu, by odpowiadał faktom i burzył mitologię, a w konsekwencji przerażał i trzeźwił umysły dające wiarę opowiadaniom „niezależnych” mediów. Tylko takie reakcje mogą jeszcze wpłynąć na werdykt wyborczy. 
Jedyna „prakseologia polityczna” polega więc na ukazaniu autentycznego oblicza „instancji pięści” – bez prób rozgrywania niedorzecznej „kampanii pozytywnej” lub oczekiwania na emocjonalno-patriotyczne zaangażowanie wyborców.
Lokator Belwederu nie będzie walczył na „programy” ani „wizje rozwoju”, lecz zastosuje prosty cep propagandy, wytrych kombinacji operacyjnych i tarczę zmowy milczenia. Nie poruszy „serc” ani „umysłów”, bo nie po to gaszono je przez ostatnie lata, by rezygnować dziś z gwarancji strachu i technologii kłamstwa.
Stan nierównowagi jest wyłącznie efektem zaniechań i tchórzostwa i nie powinien ograniczać ludzi wolnych. Tym bardziej, gdy perspektywa rządów „instancji pięści” wydaje się zbyt groźna i nie pozwala poddawać się zniechęceniu lub apatii.
Nie zdołamy już uczynić „orła” z kandydata opozycji lecz postać lokatora Belwederu trzeba sprowadzić do prawdziwego wymiaru. Gdyby padło pytanie – po co?  - odeślę pytających do innego epigramu Kotarbińskiego:
Milczeć. Pysk stulić. Wara puścić parę z gęby!
Umilkli. Ale cóż to wśród szeregów chrzęści?
- O panie! Tyś rozkazał im zacisnąć zęby,
A oni - na dodatek - zaciskają pięści.

wtorek, 27 stycznia 2015

DYMISJE-KTO NAPĘDZA TEN ROTOR?


Wygląda na to, że styczeń można nazwać miesiącem dymisji Krzysztofa Bondaryka. Zaledwie przed dwoma laty, ten wszechwładny (jak sądzono) szef ABW zrezygnował z kierowania Agencją, by po kilku miesiącach objąć zwierzchnictwo nad  Narodowym Centrum Kryptologii (NCK) - jednostką wojskową powołaną w kwietniu 2013 roku zarządzeniem ministra obrony narodowej. Przed kilkoma dniami poinformowano, że Bondaryk złożył rezygnację również z tej funkcji i została ona natychmiast przyjęta.
Przyczyny dymisji byłego szefa ABW nadal pozostają zagadką, a prawidłowa ocena sytuacji w obszarze służb specjalnych, stanowi dla analityków poważny problem.
 Przez wiele lat publicyści i eksperci kojarzeni z PiS utrzymywali, że siła koalicji PO-PSL opiera się na „systemie Tuska”, zaś w ostatnim okresie wszechwładnym decydentem służb specjalnych miał być szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz. Według błędnego wzorca - „systemu Tuska” oraz w perspektywie wszechwładzy jego ministrów definiowano niemal wszystkie procesy zachodzące w służbach. Co więcej – o autorstwo tzw. reformy służb posądzano ludzi równie niekompetentnych, jak Cichocki, Siemoniak, czy Sienkiewicz, zaś samą reformę, choć skrajnie niekorzystną i wymierzoną w grupę Tuska, okrzyknięto „rządową”.
Dymisja Krzysztofa Bondaryka, złożona w styczniu 2013 roku wprowadzała głęboki zamęt w tego rodzaju schematy. Przez wcześniejsze lata byliśmy bowiem świadkami celowej „bondaryzacji” służb i ciągłego poszerzania uprawnienia Agencji. Decyzje legislacyjne podejmowane przez reżim w sprawach bezpieczeństwa zmierzały zawsze do skupienia władzy w rękach szefa ABW i uczynienia z Agencji „zbrojnego ramienia” partii rządzącej. To on i kierowana przezeń formacja mieli być gwarantem trwałości triumwiratu służb, biznesu i polityki i chronić interesy układu rządzącego.
Ci, którzy utrzymywali, że decydentami ówczesnej „reformy” byli ludzie z ekipy Tuska musieli zmierzyć się z faktem, że po raz pierwszy w dziejach III RP doszło do sytuacji, w której ośrodek rządowy dobrowolnie ograniczał swoje wpływy na formacje specjalne, pozbawiał władzy człowieka ściśle związanego z PO i utrącał kompetencje „własnej” służby.
Dopiero dostrzeżenie roli ośrodka belwederskiego pozwalało prawidłowo ocenić ówczesne wydarzenia i wskazać logikę roszad personalnych. 

wtorek, 20 stycznia 2015

OD KALININGRADU DO MARSZU NA EUROPĘ


Jeśli przedstawiciele reżimu mogą dziś uchodzić za rzeczników Ukrainy i przeciwników kremlowskiego satrapy, mamy do czynienia z tak niebywałym zjawiskiem, że nie sposób wyjaśnić go w racjonalnych kategoriach. Pokolenia przyszłych historyków i socjologów będą musiały zmierzyć się z odpowiedzią na pytanie - jak to możliwe, że najbardziej prorosyjska i regresywna grupa polityków, jaka kiedykolwiek pojawiła się w polskiej rzeczywistości, mogła uchodzić za formację „postępową” i „liberalną”? Uważam, że na miano „liberałów” bardziej zasługują peerelowscy towarzysze Olszowski i Grabski, niźli ludzie, którzy decydują dziś o polityce III RP.  Wielka w tym wina tzw. opozycji i związanych z nią mediów, że przez ostatnie osiem lat nie potrafiły pokazać oblicza tej obskuranckiej i twardogłowej zbieraniny.
Prowadzona od wielu miesięcy kampania medialna wykreowała owych „liberałów” nie tylko na  przeciwników Putina i koalicjantów europejskich „sił postępu”, ale sprawiła, że są postrzegani jako proamerykańscy i pro natowscy.
To już wizja bardzo niebezpieczna i byłoby prawdziwym nieszczęściem, gdyby w roku wyborczym politycy USA mieli zostać przekonani, że reżim Komorowskiego gwarantuje skuteczny opór przed zakusami Putina. W perspektywie procesów zachodzących w Ameryce (mocna opozycja Kongresu wobec Obamy) i bliskiego odejścia  najgorszego w dziejach prezydenta, takie okoliczności mają niezwykle istotne  znaczenie.
Poza tworzeniem fałszywego wizerunku, celem kampanii propagandowej jest wzbudzenie przeświadczenia, jakoby przedstawiciele reżimu mogli zapewnić Polakom bezpieczeństwo i byli gotowi bronić nas przed rosyjską agresją.
Czytelnikom tego bloga nie muszę wyjaśniać, że taka teza jest kompletnie nonsensowna - dla każdego, kto posiada wiedzę o rodowodzie PO i zachowaniach tej grupy przed, w trakcie i po zamachu smoleńskim. Jej niedorzeczność ujawnia się w polityce zagranicznej III RP, sprowadzonej do roli rosyjskiego konia trojańskiego, w decyzjach dotyczących energetyki, czy służb specjalnych, w obszarze wojskowości i kultury, w rozlicznych „strategiach” środowiska Belwederu, w setkach rozstrzygnięć politycznych i ekonomicznych. Trzeba byłoby zapomnieć o realiach lat 2008-2013, by uwierzyć, że tak prorosyjski reżim może być zdolny do zrzucenia niewolniczych pęt.
I jeśli możemy dziś mówić o zatrważającej skuteczności tej kampanii, to tylko dlatego, że większość naszych rodaków nie jest w ogóle zainteresowana przyszłością kraju lub nie potrafi sięgnąć pamięcią dalej niż w bieżący przekaz propagandy.
Wydawałoby się, że przypominanie prorosyjskich „dokonań” reżimu PO-PSL leży jednak w interesie opozycji i będzie podstawą każdej, racjonalnej kampanii wyborczej. To temat niewyczerpany i dostępny do eksploatacji przez wiele miesięcy. Nie tylko w kontekście Smoleńska, ale poprzez ukazanie, jak szkodliwe i groźne dla Polaków były decyzje podejmowane w imię utrwalania „przyjaźni polsko-rosyjskiej”. Tym bardziej, jeśli zagrożenia te nigdy nie zniknęły, a to, co robi reżim nadal sytuuje go w roli wykonawcy obcych dyspozycji.
W poprzednim tekście wskazywałem na priorytety interesów rosyjskich i niemieckich związanych z likwidacją polskich kopalni. Późniejsze wydarzenia potwierdziły intencje reżimowych graczy. By uniknąć nadmiernych emocji, ale też uchylić się od dosadnej krytyki, zaniechałem komentowania tego, co o tzw. porozumieniu z górnikami mówili  przedstawiciele „wolnych” mediów i politycy PiS.   
Uważam jednak za konieczne, by jasno i bez niedomówień postawić postulat arcyważny dla polskiego bezpieczeństwa i zrozumiały dla każdego, kto zna intencje naszych wrogów: trzeba uczynić wszystko, by w roku 2015 zamknąć granicę z Kaliningradem.
Na temat tego antypolskiego projektu pisałem już wielokrotnie i poniżej zamieszczam linki do niektórych tekstów. Nie będę więc przypominał rzeczy oczywistych ani po raz kolejny wyjaśniał – dlaczego zamknięcie granicy leży w polskim interesie.
W ostatnim czasie pojawiły się jednak dodatkowe argumenty, o których warto wspomnieć.

środa, 14 stycznia 2015

TO JEST MOMENT NA LARUM…


Jeśli w roku wyborczym grupa, zwana "rządem E.Kopacz" decyduje się rozpętać konflikt z górnikami i narazić na groźbę ogólnopolskich strajków, należy zakładać przynajmniej dwie okoliczności: 
- reżim posiada mocną gwarancję wygranych wyborów i nie obawia się eskalacji protestów,
- grupa E.Kopacz jest wykonawcą decyzji podjętych poza tzw. rządem.
Pierwsza teza znajduje silne uzasadnienie w dwóch obszarach: stabilnej praktyce fałszowania wyników wyborczych oraz w obliczu bezradności i porażającej słabości partii opozycyjnej. Dzisiejsze stwierdzenie E.Kopacz – „moim głównym celem jest zatrzymanie PiS w drodze do władzy” -  choć zawiera w sobie propagandową symulację (jakoby PiS miał szansę na przejęcie władzy), doskonale oddaje priorytety reżimu oraz ujawnia pewność, z jaką oczekuje on tegorocznych wyborów. Dodatkowym atutem władzy pozostaje medialny terroryzm i szczelna osłona ze strony funkcjonariuszy medialnych. Dzięki tym czynnikom, reżim może pozwolić sobie na ignorowanie głosu opinii publicznej i działania nieograniczone obawą utraty rządów.
Istotnym gwarantem bezkarności jest bez wątpienia postawa partii Jarosława Kaczyńskiego, której przedstawiciele nie tylko pozorują „walkę o władzę”, ale usilnie dbają, by nie przerodziła się ona w niekontrolowany wybuch społeczny i nie zakończyła obaleniem systemu III RP. Wyrazem tej postawy było m.in. wygaszenie krytyki związanej ze sfałszowaniem wyborów oraz skanalizowanie zarzewia buntu „pokojową manifestacją”.
Warto sobie uświadomić, że nie ma na świecie opozycji, która w arcyważnym roku wyborczym nie chciałaby maksymalnie wykorzystać równie dogodnej sytuacji, jak powstała podczas konfliktu rząd-górnicy. W tej sprawie można nie tylko odwołać się do każdego Polaka (co spełniałoby marzenia PiS dotarcia do mitycznego elektoratu centrum), ale stosować jak najcięższą i najcelniejszą broń krytyki i sięgać po dowolne narzędzia – włącznie z wezwaniem do strajków, aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa i ulicznych demonstracji. Jeśli mamy do czynienia z opozycją, która ucieka od realnej walki i koncentruje na werbalnych połajankach lub żałosnej „demokracji parlamentarnej”, zasadne wydaje się pytanie – czy partia pana Kaczyńskiego chce i potrafi przejąć władzę?  Logikę tego pytanie zrozumie każdy, kto działania PiS-u ocenia dziś w perspektywie skuteczności i dostrzega konsekwencje decyzji o wystawieniu posła Dudy w wyborach prezydenckich.
Kolejnym czynnikiem wzmacniającym gwarancje reżimu wydaje się postać obecnego przywódcy związku zawodowego „Solidarność”. Bojowa retoryka tego pana w żaden sposób nie odpowiada realnym efektom działań. Nie sposób zapomnieć o niezrealizowanych obietnicach protestów w związku z podwyższeniem wieku emerytalnego (a była to sprawa dla Polaków arcyważna) czy fiasku inicjatyw podejmowanych w ramach tzw. Platformy Oburzonych, gdy Piotr Duda wraz z Pawłem Kukizem słali kuriozalne listy do lokatora Belwederu, upatrując w nim niezależnego i życzliwego arbitra.
Ciepłe relacje szefa związku z Bronisławem Komorowskim są mocną przesłanką do sformułowania hipotezy, że również obecny konflikt może zakończyć się według scenariusza rozpisanego w Belwederze. Propagandowa projekcja o „łagodzącym konflikty” i „budującym w zgodzie” prezydencie, byłaby doskonałym uzupełnieniem kampanii wyborczej polityka PO. Ponieważ trwałość reżimu w żadnym stopniu nie zależy od roszad personalnych i nie ma nic wspólnego z grupą figurantów pod nazwą „rząd Ewy Kopacz”, nie wykluczam, że końcowym efektem eskalacji kryzysu może być wyłonienie wzmocnionego, przedwyborczego rozdania – z premierem Schetyną lub Siemoniakiem na czele. Wprawdzie dyscyplinujące zabiegi przyniosły już wiele korzystnych dla Komorowskiego rozstrzygnięć (wczoraj obietnicę zorganizowania i sfinansowania kampanii prezydenckiej), to w interesie środowiska  belwederskiego leży, by nad przebiegiem wyborów parlamentarnych czuwała ekipa ludzi całkowicie zależnych i oddanych reżimowi prezydenckiemu.

czwartek, 8 stycznia 2015

BEZ PYTAŃ - BEZ ODPOWIEDZI


Na pytania – która ze służb specjalnych III RP zajmuje dziś wiodącą pozycję, kto jest ich rzeczywistym decydentem i w jakim kierunku zmierzają projekty „reformatorów” służb, padłyby zapewne różnorodne odpowiedzi. Prawidłowa ocena sytuacji w tym obszarze, nie od dziś stanowi dla opozycji poważny problem.
Przez wiele lat publicyści i eksperci kojarzeni z PiS utrzymywali, że siła koalicji PO-PSL opiera się na „systemie Tuska” (to określenie zawarto w dokumentach programowych PiS), zaś w ostatnim okresie wszechwładnym decydentem służb specjalnych miał być szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz. Według błędnego wzorca - „systemu Tuska” oraz w perspektywie wszechwładzy jego ministrów, definiowano niemal wszystkie procesy zachodzące w służbach. Co więcej – o autorstwo tzw. reformy służb (w całości przygotowanej w środowisku Belwederu)  posądzano ludzi równie niekompetentnych, jak Cichocki, Siemoniak czy Sienkiewicz, zaś samą reformę, choć skrajnie niekorzystną i wymierzoną w grupę Tuska, okrzyknięto „rządową”.
Gdy w roku 2013 twierdziłem, że zapoczątkowane wówczas roszady zakończą się odejściem premiera i ujawnią rzeczywistych decydentów, były to tezy kompletnie odosobnione i tradycyjnie przemilczane. Mocnym preludium, zapowiadającym owe roszady była z całą pewnością tzw. afera podsłuchowa, w której ludzie bliscy kręgom belwederskim wystawili figurantów mających uwiarygodnić pochodzenie komprmateriałów wymierzonych w grupę rządzącą. Dozowanie materiałów powierzono środowiskom medialnym, czasem  pozornie dalekim od ośrodka belwederskiego. Funkcjonujące w przestrzeni medialnej opowieści o niezłomnych biznesmenach i kelnerach rzucających wyzwanie „systemowi Tuska”, trzeba oczywiście włożyć między bajki. Tzw. afera wyglądała na klasyczną kombinację, w ramach której asekurowany przez jedne służby biznesmen miał podżyrować pochodzenie nagrań, a następnie wiedzą na ten temat obciążyć ludzi z konkurencyjnych formacji. Taka zagrywka zapewniała bezpieczeństwo faktycznym decydentom i nie groziła kontrakcją ze strony dotychczasowego „zbrojnego ramienia” partii rządzącej.
Wydawałoby się, że ucieczka Tuska do Brukseli, odejście jego wszechwładnych ministrów i głęboka „reorganizacja” rządu PO-PSL wpłyną trzeźwiąco na środowisko opozycji i wywołają refleksję nad błędną metodologią.  Z każdym dniem, upływającym od powołania tzw. rządu Ewy Kopacz, tezy o potężnym premierze i jego wpływowych ministrach doznają przecież kompromitacji, zaś rzetelna refleksja byłaby wielce pożądana w okresie wyborczym. Nawet dla kompletnego laika jest oczywiste, że  ludzie służb specjalnych mają realny wpływ na procesy polityczne III RP i są aktywnymi graczami polskiej sceny.
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałbym dziś analizę, w której padłyby odpowiedzi na pytania zawarte na początku tekstu. Bez wyjaśnienia tak ważnych okoliczności trudno przecież prowadzić sensowne działania polityczne lub tworzyć strategię wyborczą.
Niestety, od czasu powołania grupy figurantów po nazwą rząd Ewy Kopacz, nikt nie próbuje rozwiązać tej intrygującej zagadki i nie zaprząta uwagi elektoratu rzeczami tak nieistotnymi. Nie dowiemy się zatem, czy nowym, potężnym decydentem w sprawach służb specjalnych jest powiatowa lekarka (oddelegowana obecne na stanowisko premiera III RP), czy może absolwentka ATK na stanowisku ministra spraw wewnętrznych? Czy służby wojskowe są nadzorowane przez Kolegium do Spraw Służb Specjalnych, czy też włada nimi były dyrektor programu I TVP?
Problem z odpowiedzią jest tym większy, że zgodny chór publicystów i polityków opozycji zapewnia nas o porażającej słabości i ułomności rządu Ewy Kopacz. Wprawdzie wśród dociekliwych obserwatorów taka teza może wywołać niebezpieczną refleksję i sprowokować pytanie – jeśli ów rząd jest tak niekompetentny, jak słaba musi być opozycja, która nie potrafi go obalić? – to opowieści o rządowych miernotach nie ułatwiają rozwikłania zagadki.
            We wrześniu ubiegłego roku napisałem na blogu, że z zainteresowaniem będę śledził zabiegi „wolnych” i „niezależnych” mediów, które rozpoczynały wówczas pogoń za nowymi królikami. Liczyłem bowiem, że chcąc usprawiedliwić fałszywe tropy, będą również zmuszone namaścić nowych decydentów, co w przypadku obecnego rozdania, nie może być rzeczą łatwą. Pojawiała się zatem szansa, że mimo wytężonej pracy ekspertów kojarzonych z opozycją, pytanie - kto jest rzeczywistym decydentem i kto rozdaje karty w sprawach polskiego bezpieczeństwa - zostanie jednak postawione, zaś środowisko opozycji będzie zmuszone udzielić sensownej odpowiedzi.

piątek, 2 stycznia 2015

ROK W KTÓRYM ZACZĄŁ SIĘ DŁUGI MARSZ


Przyjęło się wierzyć, że początek roku to dobry czas na formułowanie prognoz politycznych i kreślenie scenariuszy przyszłych wydarzeń. Tymczasem liczne wypowiedzi polityków, publicystów oraz tzw. ekspertów zdają się potwierdzać trafność opinii Zbigniewa Herberta, że „ignorancja ma skrzydła orła i wzrok sowy” i najchętniej stroi się w nienależne jej przymioty. Z tego bowiem, co można usłyszeć i wyczytać w mediach kojarzonych z opozycją, wyłania się obraz tak złowróżbny, że trzeba wielkiej dozy rozsądku, by nie ulec pokusie porzucenia wszelkiej nadziei.  
Z zasady (obowiązującej na tym blogu) nie zajmuję się analizą antysemantycznego pustosłowia i permanentnego fałszu.  Dlatego nie interesują mnie wytwory reżimowych ćwierćinteligentów ani oracje medialnych terrorystów. Jakąkolwiek wartość znaczeniową mogą mieć jedynie wypowiedzi osób, które powinny doceniać wartość słowa i wagę publicznych deklaracji. Ponieważ ta (coraz rzadsza) cecha ujawnia się wyłącznie wśród przedstawicieli środowiska opozycji, biorę pod uwagę opinie wygłaszane w tzw. wolnych mediach. I nie z powodu ich doniosłości, lecz dlatego, że mamy prawo oczekiwać, iż znajduje się w nich choćby cząstka prawdy i zarys niekłamanych intencji.
Kto zatem miałby za złe autorowi, że systematycznie „krytykuje opozycję”, powinien zrozumieć, że krytyczna postawa przystoi wobec tych, z którymi jeszcze wiążemy nadzieje, nigdy zaś wobec tych, którymi zaledwie gardzimy.
W niemal wszystkich noworocznych prognozach przewijają się dwie, podstawowe tezy: to będzie „rok przełomowy” oraz „zwycięstwo jest możliwe”. Obie równie optymistyczne i równie nieprawdziwe. Ich fikcyjność nie polega zaś na tym, iż roku 2015 nie wolno nazywać „przełomowym” lub należy odrzucić możliwość zwycięstwa opozycji, ale z tej przyczyny, że prognozy te całkowicie pomijają realia III RP, ignorują doświadczenia ostatnich lat i nie zawierają cienia refleksji nad wydarzeniami z ubiegłego roku. To zaś, co nie uwzględnia stanu faktycznego i ponad trudną prawdę przenosi partyjną kazuistykę lub interesy „niezależnych” mediów – nie może być uznane na wiarygodne. Nie można też podjąć trafnych decyzji ani osiągnąć wytyczonych celów, jeśli towarzyszy im błędna diagnoza rzeczywistości.
Nie chciałbym poszerzać tego tekstu ani zanudzać czytelników nadmiarem cytatów, dlatego proszę o przyjęcie „na wiarę” stwierdzenia, że obecne wypowiedzi polityków PiS i wywody przedstawicieli „naszego” środowiska w niczym nie odbiegają od rzeczy wygłaszanych przed wyborami prezydenckimi 2010, wyborami parlamentarnymi z 2011 i wyborami samorządowymi 2014 roku.  To najgorsza prognoza i rekomendacja.

środa, 31 grudnia 2014

ŻYCZENIA NOWOROCZNE


Wyborcom Prawa i Sprawiedliwości życzę, by umieli wymagać „więcej” od siebie i od tych, którzy mają ich reprezentować. 
Politykom partii opozycyjnej życzę odwagi przed długim marszem, ciężkiej pracy i ducha walki, kontrowersyjności w słowach i czynach - tak wielkiej, by poplątała drogi do kompromisów. 
Zacnym profesorom i ludziom nauki wspierającym dziś polskie sprawy życzę zdolności do odrzucenia zabobonów, zwątpienia w „mechanizmy demokracji”, wiary w moc słowa i prymat prawdy nad poprawnością. 
Publicystom "wolnych" mediów, by stali się głusi na przekaz propagandy, nauczyli mówić własnym głosem i zasmakowali w autentycznej niezależności. 
Blogerom i internautom, by umieli odsiewać plewy od ziarna, nie ulegli głosom stada i potrafili spojrzeć na świat własnymi oczami.

Puczymordom i małym demiurgom życzę, by stanęły im w gardle „papawerdy zakrapiane oblikatoryjnymi fąframi”, a na końcu swojej drogi zostali „starymi błaznami pełnymi fazdrygulstwa i gnypalstwa”.
Funkcjonariuszom ośrodków propagandy (nazywanych nie wiadomo dlaczego dziennikarzami), by każde kłamstwo i wyrządzona przez nich podłość obróciły się przeciwko nim, sprowadziły na nich gniew i pogardę, a ich życie zamieniły w piekło. 
Rządowym artystom, tzw. celebrytom i samozwańczym „autorytetom”, by utracili dary, których nie potrafili docenić, by pozbawiono ich mowy, zabrano talent i pomieszano zmysły. 
Piewcom "pojednania" polsko – rosyjskiego, by nie musieli dłużej odczuwać tęsknoty i odnaleźli swoje miejsce na nieludzkiej ziemi.
Wyborcom PO i apatrydom, by nikt się nad nimi nie pochylał, niczego im nie tłumaczył i nie otwierał im drzwi. 
Tym zaś, których „nawet nazywać nie warto” - by się bali.


Ludziom dobrym życzę - by potrafili się dobrem dzielić.
Prawym - by nigdy nie zmienili kierunku.
Uczciwym – by nie rezygnowali z bezcennego daru, nawet, gdy dla innych jest głupotą.
Mądrym życzę pokory, a pokornym – hardości serca.
Odważnym – rozwagi, rozważnym zaś – krzty szaleństwa.
Nam wszystkim – byśmy za rok mogli powiedzieć, że przeżyliśmy ten czas godnie.


wtorek, 23 grudnia 2014

POLSKIE WIGILIE


I

To było w sobotę 23 grudnia 1939 roku w Wigilię Bożego narodzenia, zgodnie z prawem kanonicznym, jeśli dzień Wigilii przypadał na niedzielę, przesuwano go na sobotę. Skuleni i otuleni czym się dało więźniowie szybko schodzili z nakazanego spaceru. W celach od rana trwały przygotowania do wieczornej, wigilijnej kolacji. […]Na dziedzińcu Niemcy ustawili dużą choinkę ― więc i oni przygotowywali się do świąt. Wysunęliśmy na środek stół, nakryliśmy czymś białym, było sianko i opłatek. […] O godzinie 17.00 wywołanych z cel dziesięciu więźniów wyprowadzono bez rzeczy osobistych i cieplejszego odzienia do ciężarowego auta. Podróż w eskorcie nie trwała długo. Do kirkutu było zaledwie kilkaset metrów. Podprowadzono ich do wcześniej wykopanych dołów. Egzekucję oświetlały reflektory ciężarowego samochodu. Echa wystrzałów dotarły nie tylko do Zamku, ale i gmachów starego miasta. Nazajutrz rano polscy strażnicy nie ukrywali prawdy. Wśród przetrzymywanych zakładników powiało grozą. Prawie już nikt nie miał nadziei na ocalenie...

Ksiądz Michał Słowikowski

Na placu apelowym hitlerowcy ustawili choinkę oświetloną elektrycznymi lampkami. Pod drzewkiem zostały złożone ciała więźniów zmarłych w czasie pracy oraz zamarzniętych na apelu. Lagerführer Karl Fritzsch określił leżące pod choinka zwłoki mianem "prezentu" dla żyjących i zabronił śpiewania polskich kolęd.

Karol Świętorzecki – Wigilia w Auschwitz - 24 grudnia 1940 roku


II

Szykowaliśmy się do wieczerzy wigilijnej, gdy prawie równocześnie z serią karabinową i dźwiękiem sygnaturki usłyszeliśmy ujadanie psów i podejrzane hałasy w pobliżu naszego domu. […] Chciałem uciekać przez pokój na wschód, ale okazało się, że drzwi do pokoju były zamknięte. Matka wcześniej odruchowo zamknęła je na klucz, który schowała w kieszeni, o czym w panice zapomniała. A na stole w zamkniętym pokoju leżała moja broń ...
O naszym życiu decydowały sekundy. Mordercy szli od południa więc szybko otworzyłem okno w kuchni wychodzące na północ. Wypychałem wszystkich kolejno. Zdążyliśmy. Wyskoczyłem jako ostatni i jeszcze przymknąłem za sobą okno. Z naszego podwórka uciekliśmy przez dziurę w płocie do obejścia sąsiada Ukraińca. Bez jego wiedzy skryliśmy się na strychu obory. Gdy wszyscy znaleźli się już na górze, wciągałem za sobą drabinę. [...]
W tej samej chwili wszystko się wyjaśniło. Łomem i siekierami napastnicy zaczęli rozbijać drzwi domu. Wdarli się do środka i szukali przede wszystkim domowników. Uratowało nas zamknięte okno, bo szukali tylko wewnątrz budynku. Słyszeliśmy ich głosy:
- Zdieś ich niet i zdieś ich niet.
Słyszalność tego wieczoru była doskonała. Słowa, odgłosy, strzały niosły się daleko z powodu zmrożonej pokrywy śnieżnej i kilkustopniowego mrozu. Słyszeliśmy jak bandyci szukając nas na strychu w sianie zaczepiali o blachę dachu, jak do siebie mówili.
W tym czasie z plebani dochodziły do nas wyraźne odgłosy rozbijanych drzwi i okien. Walenie siekierami przeplatało się z trzaskiem wyłamywanego drewna. Po jakimś czasie usłyszeliśmy straszliwy lament kobiet od Białowąsów „Głąbów”. Była tam babcia, matka, trzy córki i mieszkająca z nimi zaprzyjaźniona nauczycielka z Cebrowa. W czasie napadu uciekły na strych zamykając za sobą właz. Teraz paliły się żywcem, gdyż Ukraińcy podpalili ich dom. Tego wołania Boga i ludzi o pomoc opisać nie potrafię. To był jakiś koszmar. Chwilami dłońmi zatykałem uszy. Do końca życia nie zapomnę ich przerażonych, wręcz oszalałych z bólu krzyków. Kobiety te doznały piekła na ziemi.

Mieczysław Albert Krąpiec O.P.- Krwawa Podolska Wigilia w Ihrowicy w 1944 roku.

III

W nocy z 23/24 grudnia po ostrym pukaniu, ojciec otworzył drzwi naszego domu. Weszło dwóch uzbrojonych żołnierzy i UB-owiec w mundurze wojskowym. Doskoczyli do mnie, krzycząc, że jestem "bandziorem". Kazali się ubierać. Pożegnałem się z rodzicami i wyprowadzono mnie na drogę. Wtedy dopiero zobaczyłem, że dom otaczało kilkunastu żołnierzy. Do "Riwiery" byłem prowadzony pod lufą rewolweru UB-owca, za którym podążali żołnierze. Gdy mnie doprowadzono zauważyłem pilnowanego przez wartownika Szymka Stasika. Po pewnym czasie wzięli go na przesłuchanie. Po nim miałem iść ja. Przed wejściem zapytałem go czy biją. Odpowiedział mi tylko: "co sie bois, kiedyś po misjak!".
Na wstępie pouczono mnie, że mam trzymać ręce na kolanach i siedzieć spokojnie. Po spisaniu personaliów UB-owiec rozpoczął od pytania kto przylepił ulotkę i po co. Po kilku pytaniach ponownie wrócił do sprawy, ale już sugerując, że zrobiłem to ja. Zaprzeczyłem. Począł się odgrażać. Zza pieca wyciągnął "brocoka" czyli obłupionego z kory kija, kazał zrzucić kożuch i kłaść się na podłogę. Zawiązał mi głowę w kożuch i wsadził ją między swoje nogi. Zaczął mnie okładać kijem od kolan w górę. Nie pamiętam dokładnie, ale było około 15 uderzeń. Kiedy mnie uwolnił ponownie groził, że dostanę jeszcze lepiej, jak nie przyznam się do zarzutu. Jeden z żołnierzy śmiał się. "Masz ty twardą dupę" - powiedział. Leżałem potem na brzuchu, na gołej podłodze i nie mogłem zasnąć do rana. Tak rozpoczęła się moja Wigilia.

Franciszek Chowaniec Suchowion – Bukowina Tatrzańska 1946