Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

czwartek, 27 sierpnia 2015

DLACZEGO NIE USŁYSZĘ – „MY WYGRYWAMY ONI PRZEGRYWAJĄ”?

Jesteśmy w stanie wojny, a przegrywamy ją dlatego, bo nie chcemy zdać sobie sprawy, że ją toczymy” – te słowa Ronalda Reagana, można dziś odnieść nie tylko do oceny relacji Europa-Rosja, ale do obszaru spraw polskich i sytuacji istniejącej w III RP.
Jedno z największych zwycięstw sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji polegało na zaszczepieniu obywatelom „wolnego świata” przekonania, jakoby „pokój za wszelką cenę” stanowił wartość nadrzędną, porządkującą wszystkie inne dążenia państw i narodów. „Pokój” ten można zaś było osiągnąć tylko wtedy, gdy słowo „wojna” zostanie wykluczone ze słowników politycznych, a postępki agresora przykryte dyplomatycznym bełkotem.  "Pokój", wynosi się ponad inne wartości bezwzględne, jak: prawda, wolność myśli, wolność ruchu, dobro jednostki etc. Wszystko jest mniej warte od względnego pojęcia "pokoju", gdyż wiadomo, że w istocie nie chodzi tu o pokój bezwzględny, a jedynie o – pokój ze światem komunistycznym” – dostrzegał Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji”.
Społecznościom „wolnego świata” łatwo wmówiono, że „bożkowi pokoju” należy podporządkować nie tylko sferę polityczną, ale obszar semantyki, wolności i prawdy historycznej. Ten niewolniczy sofizmat, uknuty w podziemiach Łubianki, został bezwzględnie wykorzystany przez światowych agresorów i najeźdźców.
Nie może dziwić, że z jego owoców korzystają dziś dwa państwa, którym świat zawdzięcza najokrutniejszą wojnę i śmierć milionów istnień.  Wbrew racjom historycznym i moralnym, to one dyktują warunki europejskiego ładu – tak dalece, że zbrojną napaść armii Putina nazywa się „konfliktem ukraińskim” (pozwalając przy tym napastnikowi na uczestnictwo w farsie „pokojowego procesu”, zwanego „formatem mińskim”), zaś państwu Angeli Merkel przyznaje prawo decydowania o przebiegu tej wojny i nowym podziale Europy.
Przed ponad rokiem, w tekście „Nim wrócimy do Jałty” napisałem, że „tzw. wolny świat nigdy nie będzie zainteresowany suwerenną Ukrainą i wyrwaniem krajów Europy Wschodniej spod kurateli Moskwy. Nowe władze Ukrainy już płacą ogromną cenę za poddanie się naciskom unijnych dyplomatów, których troska dotyczy głównie „nieulegania rosyjskim prowokacjom wojennym” i  niepodejmowania walki zbrojnej”. W tamtym tekście znalazły się słowa – „Największym zagrożeniem dla niepodległego bytu Ukrainy nie są dziś zdezelowane ruskie tanki i zdemoralizowana armia Putina, lecz pojałtańska polityka państw UE i USA, które za żadną cenę nie zrezygnują z prób "cywilizowania" Rosji i paktowania z kremlowskim terrorystą.”
Gdyby ktoś próbował zrozumieć – na czym polega mechanizm zachodniego zaprzaństwa, od czasów Jałty istnieje niezmienna odpowiedź: stworzono fałszywy prymat „pokoju” nad „wojną”, próbując tym aksjomatem ukryć chęć koegzystencji z komunistyczną zarazą, osłonić prymitywną pogoń za zyskiem, tchórzostwo i koniunkturalizm. Nieodmiennie też, nad piewcami tego dogmatu powiewa znak sowieckiego KGB i towarzyszy mu fetor tysięcy gawnojedów.
Sowieci arogancko ostrzegają nas, byśmy nie wchodzili im w drogę (…) nie zamierzamy skamląc opuścić stron historii, bo tylko my możemy stanąć na ich drodze. Wyścig zbrojeń? Toczy się cały czas, ale w tej chwili biegnie tylko jedna strona. Pokój? Sowieci dobrze wiedzą, że nie mogliby grać z nami w tej samej lidze (…) gdybyśmy się tylko postarali, natychmiast przebiegliby do stołu i powiedzieli ‘zaraz, chwileczkę’, bo nie mogliby nam dotrzymać kroku” – mógł przed wielu laty powiedzieć Ronald Reagan.
Nie ma dziś polityków tego formatu, którzy w kwestii zagrożeń światowym bandytyzmem, formułowaliby reaganowską zasadę - „My wygrywamy, oni przegrywają”, a mając do wyboru ekonomiczną klęskę Rosji lub dbałość o kabzy kilku cwaniaków, ogłosiliby światu - “Pozwólmy ich gospodarce oszaleć”.
Dominuje postawa, dobitnie wyrażona przez człowieka, o którym oficer KGB Butkow twierdził, że jest  sowieckim agentem o kryptonimie "Stiekłow". Ten człowiek stoi dziś na czele Sojuszu Północnoatlantyckiego, a jego niedawne słowa –„NATO „nie da się wciągnąć w wyścig zbrojeń”, stanowią najmocniejszą gwarancję dominacji Putina i decydują o uległości Zachodu wobec Kremla.  A ponieważ my sami boimy się wyznać, że „toczymy wojnę” - jakże krótkowzroczne i złudne okażą się oczekiwania tych, którzy we „wzmacnianiu obecności NATO” upatrują szansę na obronę polskich granic.
Michael Reagan, najstarszy syn prezydenta USA, w wywiadzie udzielonym “Naszemu Dziennikowi”(14-15.08. 2012, Nr 189) podzielił się refleksją, jakiej próżno poszukiwać w  światowych mediach:
Rosja jest traktowana w ten sposób, ponieważ Stany Zjednoczone opuściły Polskę, a Polska, podobnie jak Czechy i inne kraje tego regionu, musi sama dbać o zabezpieczenie tyłów. Stany Zjednoczone zabezpieczają swoje tyły przez kłanianie się Putinowi, którego marzeniem jest rekonstrukcja Związku Sowieckiego, tyle że tym razem na Bliskim Wschodzie. To on pociąga za sznurki na Bliskim Wschodzie, ale nikt nie mówi o tym głośno. Sytuacja przypomina tę sprzed prezydentury mojego ojca: wiemy, jak jest naprawdę, ale lepiej tego nie mówić głośno. Ktoś musi się jednak na to zdobyć.”
W perspektywie dzisiejszych gier Putina, związanych z Iranem czy z „konfliktem syryjskim”, słowa Michaela Reagana nabierają głębokiego sensu. Zależność od „pokojowych intencji” Moskwy lub Pekinu oraz uwikłanie Ameryki w „zabezpieczanie tyłów”, w związku z ekspansją „państwa islamskiego”, będzie wkrótce najmocniejszą kartą światowych bandytów. I nie mam wątpliwości, że jedną z najmniej wartościowych monet w tej globalnej rozgrywce, będzie mój kraj. Potraktowany tak, jak pozwalamy, by nas traktowano.
W tym samym wywiadzie dla „Naszego Dziennika”, M. Reagan przypomniał pewną historię związaną z jego ojcem:
W 1976 roku, gdy mój ojciec ubiegał się nominację w wyborach prezydenckich i przegrał, zapytałem go: “Dlaczego chciałeś zostać prezydentem USA?”. Odpowiedział mi: “Zbyt wiele lat patrzyłem na naszych prezydentów zasiadających razem z sowieckimi sekretarzami generalnymi i słuchałem, jak gensekowie oczekują, że zrezygnujemy z czegoś, tylko dlatego, że im tak pasuje. Mam dość patrzenia, jak Ameryka z czegoś rezygnuje tylko po to, żeby ugłaskać Związek Sowiecki. Chciałbym być pierwszym prezydentem USA, który usiądzie do stołu z sekretarzem generalnym Związku Sowieckiego, ale to ja wybiorę stół, i krzesło, i miejsce. A gdy on powie mi, z czego mam zrezygnować w imię dobrych stosunków, to ja wtedy wstanę z krzesła, przejdę wokół stołu, nachylę się nad nim i szepnę mu do ucha: “Niet”.
            Przyznam, że zawsze marzyłem, by w moim kraju objawił się polityk na miarę 40 prezydenta USA, by nad mitologią tchórzliwych „georealistów” zatryumfował głos -„My wygrywamy, oni przegrywają”. Dziś, tylko taki polityk mógłby odwrócić karty historii i ocalić nas przed losem przypisanym kiepskiej monecie.
Jako człowiek twardo stąpający po ziemi wiem, że takie marzenia nie spełniają się nigdy. Ludzie formatu Reagana zjawiają się tylko w jednym czasie i jednym miejscu. Nie ma też sensu poszukiwanie analogii między polityką polską i amerykańską, a moja uwaga nie służy kreśleniu prostych porównań i snuciu fantastycznych wizji.
Co więcej - jestem przekonany, że gdyby (jakimś cudem) pojawił się polityk głoszący kolczaste prawdy i gdyby polityk ten powiedział gromkie „Niet” naszym najbliższym sąsiadom i wypowiedział wojnę rodzimym zaprzańcom - zostałby natychmiast wyklęty przez ludzi mieniących się patriotyczną opozycją i odrzucony przez „prawicowy elektorat”. Kogo oburza takie dictum, ten jeszcze nie wie, że to naturalna reakcja tych, którzy znajdując się w stanie wojny, „przegrywają ją dlatego, że nie chcą zdać sobie sprawy, że ją toczą”.
Ktoś mądrze napisał, że siłą Reagana była „wielkość charakteru”. Prawda tego stwierdzenia wyklucza oczekiwanie na „powtórkę z historii”, bo ta cecha jest całkowicie obca współczesnym „mężom stanu”. Wielkości charakteru nie mierzy się bowiem pięknem deklaracji i poziomem politycznej demagogii, lecz miarą twardych, niepodważalnych faktów, prowadzących do zwycięstwa lub klęski.
Te słowa, “My wygrywamy, oni przegrywają”, doprowadzają postępowych liberałów do szału. Nie potrafią się pogodzić z faktem istnienia na świecie Dobra i Zła oraz z tym, że Dobro powinno zwyciężyć, a Zło zostać pokonane. Oni chcieliby równowagi, bez zwycięzców i bez pokonanych. Chcieliby, aby wszystko traktować jednakowo, choć nie ma ku temu podstaw. Komunizm nie może się równać wolności. Socjalizm nie może się równać kapitalizmowi. Pat nie jest równy pokojowi.” – pisał syn Ronalda Reagana w książce “The New Reagan Revolution”.
Warto pomyśleć, że choć wielu z nas deklarowałoby zgodność z oceną autora, to tylko nieliczni mieliby odwagę rozstania z „szałem postępowych liberałów” i chcieli uczestniczyć w wojnie Dobra ze Złem. W polityce III RP dominuje bowiem pogląd, że wszelkie wojny, konflikty i „kanciaste granice”, są  stanowczo zakazane i prowadzą do politycznej zguby. Prymat „pokoju” nad „wojenną retoryką”, święci tryumfy od ponad ćwierćwiecza i jest zaszczepiony w nas równie mocno, jak lęk przed gniewem Moskwy czy obawa zerwania „dobrosąsiedzkich relacji”. Panowie politycy mogą prześcigać się we wzniosłych enuncjacjach, dbając jednakże, by nie prowadziły one  do stanowczego „Niet” i nie narażały na „ryzyko konfliktu”. Dogmatyka rodem z Łubianki, wyznacza więc nie tylko ramy naszej polityki zagranicznej, ale decyduje o sposobach rozwiązywania spraw wewnętrznych i kreowania politycznych wizji. Stan równowagi” - bez zwycięzców i bez pokonanych, jest tym, co wydaje się najbardziej pożądane.
Dlatego ani dziś ani jutro nie będziemy mieli przywódców, których celem jest zwycięstwo. Mamy za to w nadmiarze takich, którzy zacierają granicę dobra i zła i z pomieszania tych nieprzystających porządków, chcą budować fundamenty Rzeczpospolitej. Mamy ludzi, którzy cofają się przed wrzaskiem miernot i ulegają medialnym terrorystom. Mamy zastraszonych „georealistów”, uznających wojnę za największe nieszczęście i uciekających wciąż przed „eskalacją konfliktów”. Mamy polityków proszących apatrydów o „osłabianie podziałów” i ustępujących przed dyktatem Onych. Mamy takich, którzy kosztem prawdy o realiach III RP chcą „odbudowywać wspólnotę” i mamią nas wizją „dialogu i porozumienia”. Ci ludzie wierzą, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko lub idąc z nim na ustępstwa, da się ocalić dobro. Takie myślenie cechuje polityków słabych i ograniczonych, bo podważając naturalny porządek, w którym zło nie jest częścią lecz przeciwieństwem dobra – powadzi nas do klęski.
Dlatego tu i teraz, nie usłyszę – „My wygrywamy, Oni przegrywają”.


czwartek, 20 sierpnia 2015

CO Z ANEKSEM ?

Czy ten aneks jest w dyspozycji prawowitego dysponenta, jakim jest prezydent - to informacja publiczna. Nie ma przeszkód, by poinformować opinię publiczną, czy ten dokument jest. Jeśli jest - to niech prezydent zdecyduje, co dalej”.
Ta niedawna wypowiedź Piotra Woyciechowskiego na antenie Telewizji Republika, zawierała arcyważne pytanie o aneks do Raportu z Weryfikacji WSI. Czy dokument powstały w 2007 roku nadal znajduje się w tajnym sejfie prezydenckim? Czy nowy prezydent zdecyduje się na jego publikację – jak nakazuje ustawa z 14 grudnia 2006 r.?
Z chwilą przegranej B.Komorowskiego w wyborach prezydenckich, sprawa aneksu do raportu ponownie pojawiła się w debacie publicznej i wywołując żywe zainteresowanie sprowokowała też wypowiedzi osób uczestniczących w sporządzeniu tego dokumentu.
Ten dokument musi istnieć, w innym przypadku odpowiedzialność poniósłby osobiście Bronisław Komorowski” – przypominał Antoni Macierewicz. I dodawał – „Tylko prezydent odpowiada za publikację tego dokumentu. Nie ma żadnych warunków, jest tylko opinia marszałków oraz szefa i wiceszefów rządu, ale to tylko opinie. Nie są one wiążące dla prezydenta”.
Z kolei dr hab. Sławomir Cenckiewicz w rozmowie z Piotrem Woyciechowskim, stwierdził – „Nie chcę podpowiadać prezydentowi, co ma zrobić - jest głową państwa i suwerennym politykiem - ale nie ulega wątpliwości, że prezydent powinien ten dokument przeczytać. Prezydent musi być wyposażony w wiedzę. Ta wiedza jest osadzona w pewnym okresie czasu, ale prezydent powinien być wyposażony w tę wiedzę”.
O potrzebie publikacji aneksu jednoznacznie wypowiedział się premier Jan Olszewski w czerwcu br. - . „Uważam, że aneks powinien zostać opublikowany. (…) Przecięłoby to krążące w przestrzeni publicznej nieprawdopodobne i nieprawdziwe o nim informacje. Choć ze względu na upływ czasu aneks jest w części zdezaktualizowany, to opinia publiczna ma prawo do zorientowania się, czym jest ten dokument”.
Podobnie Antoni Macierewicz, komentując w grudniu 2014 roku przesłuchanie B. Komorowskiego w sprawie afery marszałkowej, nie miał wątpliwości, że publikacja aneksu jest konieczna – „Należy obecnie żądać, by aneks został upubliczniony. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jak wygląda ten swoisty akt oskarżenia przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu. On ma prawo się bronić, ale Polacy mają prawo wiedzieć, jakie dokumenty gromadzone były przez WSI, których tak przeraził się Bronisław Komorowski.”
Likwidator WSI odniósł się wówczas do treści zeznań Komorowskiego, z których wynikało, że lokator Belwederu jest przekonany, iż aneks został wymierzony właśnie w niego:
- „To również ma posmak sensacji” – stwierdził Macierewicz. – „Prezydent mówił, że aneks jest dokumentem wymierzonym w niego. Przecież to jest 800 stron tekstu, tam są dokumenty, nazwiska, dane pokazujące przestępcze działania WSI. Jeśli cały ten dokument, w przekonaniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, jest wymierzony przeciwko niemu, a jest tam mowa o setkach przestępstw, jest aktem oskarżenia przeciwko niemu, to rzeczywiście Prezydent Komorowski ma się czego obawiać. To pozwala lepiej zrozumieć jego ostatnie działania. Jego działania z ostatnich siedmiu lat, a głównie pięciu lat, są obecnie znacznie lepiej zrozumiałe.”

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

NUDIS VERBIS – 3 PERSPEKTYWY

Dlaczego Ameryka np. ma nas chcieć wyzwalać bardziej, niż my sami tego pragniemy? Dlaczego Amerykanie np. mają ginąć za nas, gdy sami nie pragniemy ginąć za siebie? – Pytania te dlatego traktuje się notorycznie za "szaleństwo", a nawet "zbrodnię", ponieważ wobec dzisiejszych potęg świata, rzekomo żaden spontaniczny opór ani się nie ostoi, ani się nie liczy. Wszelako rzeczywistość mówi nam co innego. Że się właśnie nie uznaje i nie liczy z tymi, którzy siedzą z założonymi rękami” – napisał Józef Mackiewicz w rozdziale "Realizmy" contra rzeczywistość”, umieszczonym w „Zwycięstwie prowokacji”.
Rozważania Mackiewicza na temat „Ros-realizmu” – jak autor „Kontry” nazywał mitologię funkcjonującą w świecie Zachodu, bez najmniejszej korekty należałoby zastosować do relacji istniejących dziś w Europie. Owe „realizmy” (bo wciąż istnieje wiele odmian), każą nie tylko gloryfikować ducha „dialogu i współpracy” oraz szukać „dróg pokojowego współistnienia” (z każdym bandytą), ale we wszelkich przejawach życia publicznego promują postawy bierne i zależne, obliczone na rezygnację z samostanowienia i samodzielności oraz ugruntowują bezgraniczną wiarę w dogmat „niepodważalnych sojuszy” lub mitologię tzw. integracji europejskiej.
Niedawna deklaracja Jensa Stoltenberga – „NATO nie da się wciągnąć w wyścig zbrojeń z Rosją”, obnaża nie tylko słabość zachodnich przywódców, ale doskonale uwidacznia skalę tryumfu sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji. Stosunek państw „wolnego świata” do putinowskiej Rosji jest projekcją tych samych błędów, jakie popełniali twórcy ładu jałtańskiego. 
Gdy na zakończenie rozdziału Mackiewicz napisał – „Ograniczymy się do stwierdzenia faktu, że mimo powszechnego potępienia wojny uznanie praw i respekt w świecie zdobywają przede wszystkim ci, którzy działają. Legenda, że istnieje możliwość przekupienia Sowietów grzeczną postawą jest tylko legendą, tak samo jak możliwość ich przekonania” – wyrażał pogląd tyleż daleki od dzisiejszych wyobrażeń „georealistów”, jak obarczony najcięższym zarzutem „idealizmu”, podniesionym obecnie do rangi „myślozbrodni”. W świecie, w którym „pokój i dobrobyt” stanowią wartość niepodważalną, po wielokroć przewyższającą dążenie do prawdy i wolności, zaś postawa „tolerancji i kompromisu” zastępuje nawet instynkt przetrwania gatunku ludzkiego, takie dictum musi być uznane za  objaw groźnego szaleństwa. 
Nie będziemy jednak zajmowali się nieszczęściem, jakie dotknęło „światłych” Europejczyków. Nasi rodacy wykazują się dostatecznym „georealizmem”, by zaliczyć ich do ludzi doświadczonych tym samym przekleństwem. Warto przypomnieć, ze praktykowany w III RP „georealizm” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. Był to pogląd narzucony kulami karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków. Przez półwiecze okupacji sowieckiej przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji.
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka "konfliktu z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji. Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Ludzie, którzy po lekturze „Nudis verbis” zadaliby idiotyczne pytanie – czy autor chciałby wepchnąć Polskę w stan wojny z Rosją, są skończonymi ofiarami tej niewolniczej, sowieckiej mentalności. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
W nieco odmienny sposób zbudowano natomiast mitologię „pojednania” z Niemcami i wykreowano nasze relacje z zachodnim sąsiadem. Do tego celu wykorzystano przede wszystkim dążenia Polski do integracji ze strukturami zachodnimi. Postulat „integracji europejskiej” (przyjęty na początku III RP jako dogmat polityki zagranicznej), został  skutecznie obciążony koncepcją „zbliżenia z Niemcami”, do czego przyczyniła się nie tylko działalność agentów Stasi i KGB, oddelegowanych na „odcinek pojednania”, ale wspólna rosyjska-niemiecka gra, obliczona na  zachowanie Polski w strefie obcych wpływów. Po upadku muru berlińskiego i zjednoczeniu państw niemieckich, wsparcia dla polskich dążeń upatrywano głównie ze strony Republiki Federalnej Niemiec, a do dziś Niemcy są uważani za głównych „akuszerów” naszego akcesu do UE i NATO. 

niedziela, 26 lipca 2015

DLACZEGO NUDIS VERBIS


Gdy w tekście „O postawie wyprostowanej” ( z 9 maja br.) napisałem – „Jeśli te wybory zakończą się porażką opozycji i Bronisław Komorowski sięgnie po drugą kadencję, nie warto dłużej zawracać sobie głowy działaniami partii pana Kaczyńskiego i związanych z nią mediów”, padła również zapowiedź - „czytelnikom bezdekretu chcę wówczas zaproponować całkowicie inną perspektywę i spojrzenie na polskie sprawy ponad dotychczasową normą „opozycyjności”.
Wygrana Andrzeja Dudy nie tylko potwierdzała ułomności moich przedwyborczych prognoz, ale powinna uchylić taką deklarację i sprawić, że dalsze rachuby polityczne zostaną oparte na działaniach nowego prezydenta i poczynaniach zwycięskiej (oby) partii Jarosława Kaczyńskiego. Ta sytuacja otwiera (jak twierdzą politycy opozycji) „drogę dobrych zmian” i całkowicie zaspokaja oczekiwania zwolenników pana Kaczyńskiego. Jestem przekonany, że większość wyborców PiS w takich kategoriach oceni zwycięstwo wyborcze i będzie w nim upatrywać początek arcyważnego, historycznego przełomu.
Czy to oznacza, że proponowana na tym blogu perspektywa „długiego marszu” stanie się odtąd bezużyteczna i nieaktualna? W kontekście nowego rozdania, należałoby wówczas zapytać - czy powinniśmy oczekiwać, że prezydent Andrzej Duda i rząd pod wodzą Beaty Szydło podejmą trud demontażu komunistycznego bękarta III RP, zerwą porządek ustanowiony w Magdalence i wytyczą drogę do wolnej Rzeczpospolitej?
W moim przekonaniu, byłyby to wyobrażenia bezpodstawne, świadczące o politycznym infantylizmie i myśleniu życzeniowym. Żadne z ocen i poglądów głoszonych dziś przez czołowe postaci opozycji, nie uprawniają do formułowania takich oczekiwań.
Nikt nie słyszał deklaracji Andrzeja Dudy, które świadczyłyby o intencji zerwania z ciągłością polityczną III RP. Nigdy nie padła zapowiedź podważenia „dokonań” ostatniego ćwierćwiecza ani oceny zapaści, w jaką wepchnęły nas rządy PO-PSL i prezydentura B. Komorowskiego. Nie słyszano, by nowy prezydent lub kandydatka na premiera uznali za priorytet sprawę zamachu smoleńskiego i w kontekście tego wydarzenia zamierzali zweryfikować dotychczasowe kierunki polityki zagranicznej. Nic nie wiadomo o planach odrzucenia komunistycznej mitologii „georealizmu” ani budowania strategii bezpieczeństwa narodowego w oparciu o własną, polską drogę. Nie wiemy też, na czym miałyby polegać „zmiany w polityce zagranicznej”, jeśli nadal mają być zależne od dogmatu „integracji europejskiej” i wsparte na gwarancjach udzielanych przez odwiecznych wrogów polskości.
Uważam za oczywiste, że prezydentura pana Dudy i (potencjalny) rząd pani Szydło, będą sprawowane w formule obecnej państwowości i nigdy nie podważą jej fundamentów. Nie mamy dziś opozycji antysystemowej i żadne z postulatów partii pana Kaczyńskiego nie prowadzą do obalenia porządku III RP. Ponieważ tworu powołanego w Magdalence, nie sposób zmienić ani zmodernizować (a tylko w tym kierunku idą intencje opozycji) - podtrzymuję twierdzenie o czekającym nas „długim marszu”. Wprawdzie nowe rozdanie może sprawić, że rozpoczniemy go z dalece lepszej pozycji, to cel końcowy nadal wydaje się mglisty i odległy.
Dlaczego zatem  nudis verbis? Gdy we wrześniu ubiegłego roku opublikowałem dwa teksty pod takim tytułem, zawarte w nich twierdzenia wzbudziły zapewne konsternację, ale też wywołały zainteresowanie i ciekawą dyskusję. Chciałbym przypomnieć te refleksje i poprzedzić nimi publikację trzeciej części „Nudis Verbis”, zatytułowanej „Perspektywy”.
Choć wrześniowe teksty są obszerne i wymagają dłuższej uwagi, proszę wybaczyć, że publikuję je w całości. Chciałbym, by wraz z częścią trzecią stanowiły logiczną całość i stały się w pełni zrozumiałe.  
Mam też nadzieję, że w przededniu ważnych, wyborczych rozstrzygnięć, tak „kontrowersyjne” tezy staną się dobrym punktem wyjścia do poważnej rozmowy o kierunkach „długiego marszu”.

***

NUDIS VERBIS – 1 Diagnoza

Żadnej współpracy z bolszewikami! Zasadą polskiej polityki zagranicznej winno być szukanie przeciwko Niemcom sprzymierzeńców na zachodzie, nigdy na wschodzie, W praktyce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych. […] Niemcy są naszym wrogiem zewnętrznym, bolszewicy i zewnętrznym, i wewnętrznym. Niemcy wojnę przegrali, bolszewicy ją wygrywają. Niemcy odchodzą, bolszewicy przychodzą” – pisał  Józef Mackiewicz w roku 1944, w wydawanym prze siebie piśmie „Alarm”.  
Jak dalece poglądy pisarza na sprawy polskie różniły się od opinii „autorytetów konspiracyjnych”, wyjaśniał Mackiewicz bez ogródek:
Oto w odróżnieniu od rozpowszechnionego dziś rewizjonizmu w dziedzinie teorii oporu wobec najeźdźcy, rewizjonizmu, który często powołuje się na wzory czeskie, byłem zdecydowanym zwolennikiem zbrojnego, bezkompromisowego przeciwstawiania się Niemcom, ale – jednocześnie – równie zdecydowanym przeciwnikiem wspomagania bolszewików. Przelewanie naszej krwi w walce z Niemcami uważałem za konieczne. Ale przelewanie tej samej krwi dla wspomagania bolszewików i przyśpieszenia zejścia Polski w jarzmo sowieckie – za zbrodnię. […] „Strzelanie do agentów Gestapo to akt samoobrony koniecznej, Wysadzanie pociągów z amunicją przeznaczoną do walki z bolszewikami, to świadectwo niedojrzałości politycznej. […] Podobne hasło uznane zostało przez niektóre „autorytety” konspiracyjne za – niezgodne z interesem Polski. Zważmy, że działo się to w czerwcu, lipcu 1944 r. Gdy klęska Niemiec była rzeczą przesądzoną, Gdy zamiary Sowietów w odniesieniu do Polski stały się już od dawna jawne i nie podlegające żadnej dyskusji!”
Sięgam po teksty Mackiewicza z „NUDIS VERBIS”, ponieważ nie ma w polskiej literaturze politycznej rzeczy równie uniwersalnych dla opisania naszej obecnej sytuacji. O doniosłości tekstów pisarza świadczą nie tylko miara historycznej weryfikacji i sprawdzalności jego prognoz politycznych, ale nienawiść, z jaką dwa bliźniacze twory: PRL i III RP, traktowały i traktują spuściznę Mackiewicza. Żaden inny pisarz nie został skazany na tak długoletnie zapomnienie i marginalizację, jak człowiek, który miał odwagę udzielać Polakom „artystycznej i publicystycznej lekcji antykomunizmu” (Jacek Trznadel).

piątek, 17 lipca 2015

WIELKIE SPRZĄTANIE

Wydarzenia związane z tzw. aferą taśmową, ukazują znaczący postęp w strategii postsowieckich służb. Do niedawna, KGB i jego agendy likwidowały nazbyt skompromitowanych wspólników lub fundowały im odwiedziny „seryjnego samobójcy”. Dla pozbycia się zakładników kłamstwa smoleńskiego i bezużytecznych uczestników paktu z Putinem, wystarczą „komprmateriały”, kontrolowane dymisje i personalne roszady. Od ponad roku są one umiejętnie rozgrywane i służą „uprzątnięciu” sceny politycznej pod nowe rozdanie.  

Zakrojona na szeroką skalę, profesjonalna akcja podsłuchiwania i nagrywania najważniejszych osób w państwie – nie mogłaby się odbyć bez zaangażowania ludzi służb specjalnych. Tylko oni mogą inspirować i dezinformować, wyciszać i nagłaśniać akcje propagandowe, wzmacniać lub ukrywać określone wątki sprawy. Mają możliwości wpływania na decyzje prokuratur i oceny polityków. Mogą kierować głosem ekspertów, naukowców i dziennikarzy. Szczególnie ci ostatni stali się wdzięcznym obiektem rozlicznych gier, w których „walka o laptop” naczelnego „Wprost”, podniesiona do rangi „obrony wolności słowa i demokracji”, ukazuje rzeczywisty zakres zmanipulowania tego środowiska.
Nie zadano wówczas pytania (i nie padło ono do dnia dzisiejszego) – co stoi na przeszkodzie, by koledzy naczelnego „Wprost” i redakcje innych mediów opublikowały wszystkie materiały z nagrań i jednym pociągnięciem zdetonowały aferalną „bombę”? Dlaczego od ponad roku są one obiektem wybiórczej selekcji, dokonywanej przez nieustalony „ośrodek decyzyjny” i służą utrącaniu tylko poszczególnych postaci?
Można oczywiście wierzyć, że za wielowątkową kombinacją operacyjną stoi biznesmen i dwóch kelnerów, którzy samotrzeć rzucili wyzwanie „systemowi Tuska”, ale w realiach III RP ta wizja wydaje się mało wiarygodna. Jeśli nawet M. Falenta współpracował z CBA, a operacja dotyczyła „rutynowego nagrywania partnerów biznesowych”, sprawa od dawna wykracza poza potencjał obecnych szefów służb i wydaje się rozgrywana przez dysponentów spoza ośrodka rządowego. I choć nad tematem pochylają się rozmaici eksperci i dziennikarze śledczy, nikt nie próbował ustalić inspiratorów owej „afery” ani wskazać środowiska, któremu ona służy. Zdumiewającą indolencję i niechęć do rozwikłania sprawy wykazuje również prokuratura. Postawienie zarzutów M. Falencie i dwóm innym osobom, nie tylko nie zahamowało publikacji nagrań, ale wywołało pojawienie się nowych rewelacji i nowych rozgrywających.
Tusk, Nowak, Graś, Sienkiewicz, Sikorski – to tylko nazwiska najważniejszych postaci reżimu, które w ostatnim roku odeszły ze stanowisk. Ich rezygnacje, w mniejszym lub większym stopniu były powiązane z ujawnieniem kompromitujących nagrań lub mają związek z rozgrywkami związanymi z aferą. Roszady i dymisje łączy wspólny mianownik – dotyczą ludzi blisko związanych z D. Tuskiem i pozbawiają wpływów osoby z „pierwszego garnituru” Platformy.

środa, 8 lipca 2015

OFERTA DLA RADYKAŁÓW

Słuchając deklaracji prezydenta Dudy o „odbudowywaniu wspólnoty” oraz zaproszeń pani Szydło kierowanych do „każdego Polaka, (…) i tych, którzy dokonywali innych wyborów”, zadaję sobie pytanie – jakie miejsce w planowanym scenariuszu „napraw” i „dobrych zmian” przypadnie tym, którzy „myśląc Polska”, nie chcą zacieśniać fałszywych więzi z apatrydami i domagają się wystawienia uczciwego rachunku za lata destrukcyjnej polityki reżimu?
Co stanie się z tymi, którzy nie godzą się dziś na „zasypywanie podziałów” i nie odpowiada im wspólnota z tańczącymi na grobach barbarzyńcami oraz z gronem zdrajców „jednających” nas z Putinem? Jak mają zachować się ludzie, którzy – wbrew dogmatowi „przywracania polityce wymiaru merytorycznego”, pamiętają, że przez siedem lat doświadczaliśmy niezwykłych draństw i podłości ze strony reżimu, a wielu jego przedstawicieli ponosi osobistą odpowiedzialność za krzywdy lub śmierć naszych rodaków?
Sprowadzanie polityki do zwodniczej „merytoryczności”, jest zabiegiem  mogącym zadowolić  niedowarzony zwolenników opozycji lub nawet przekonać niektórych wyznawców PO. Tym, którzy widzą w III RP komunistyczną sukcesję i dostrzegają ogrom zniszczeń dokonanych przez reżim, „panele dyskusyjne” i jałowe „debaty” nie zastąpią konkretów i radykalnych rozwiązań. Ten reżim zachował zbyt wiele sił, by obawiał się partyjnych programów i drżał przed eksperckimi analizami. W położeniu, w jakim znajduje się nasz kraj, tak pojmowana „merytoryczność”, przypomina raczej zwodnicze placebo niż stanowi efektywny środek na neokomunistyczną dżumę.
Jeśli ktoś zechce argumentować, że polityczna pragmatyka rządzi się własnymi prawami i w okresie wyborczym wymaga od PiS-u „niekonfliktowych” deklaracji - wywoła we mnie tym większy niepokój. Byłby to bowiem tani machiawelizm, obliczony za doraźne cele partyjne i oszukanie wyborców. Tacy pragmatycy zapominają, że PiS nigdy nie głosił haseł obalenia III RP, zaś jego „niekonfliktowość” zawsze kończyła się porażką.
Doświadczenie wskazuje, że scenariusz koncyliacyjnych,  miękkich relacji z reżimem, wcale nie musi wynikać z fortelu kalkulacji wyborczych, lecz z rzeczywistych układów i zapatrywań polityków PiS-u.
Nie pojmuję, dlaczego miałbym wierzyć, że wezwania do „budowania wspólnoty”, żałosne konwenanse wobec BK  i obsadzenie kancelarii prezydenta sierotami po PZPR i UW, miałoby dowodzić intencji rozliczenia prezydentury Komorowskiego?  Skąd pewność, że śliskie deklaracje pani Szydło i zapewnienia o „potrzebie dialogu i wzajemnego rozumienia się”, są zaledwie wyborczą retoryką i nie doprowadzą dzisiejszej opozycji na manowce „konstruktywnego kompromisu”? Kto uważa, że to obawy przedwczesne, nie odrobił jeszcze lekcji z „rehabilitacji” J. Gowina i nie chce dostrzec kontredansów ludzi opozycji wokół reżimowców z PO-PSL.
W ostatnich latach, pan Jarosław Kaczyński popełnił dość kardynalnych błędów i dał wystarczająco wiele dowodów „zmienności nastrojów”, bym słuchając oficjalnych wystąpień polityków Prawa i Sprawiedliwości, zabawiał się w czytanie między wierszami.  Nie mam na to ochoty ani czasu.
Pytanie – co z tymi, którzy nie zgadzają się na miałką taktykę „modernizacji” i zamiast „dobrych zmian” chcą obalenia układu magdalenkowego, tylko pozornie wydaje się bez znaczenia. Można – kierując się logiką wyznawców i „niezależnych” żurnalistów -zaliczyć tych ludzi do grona „radykałów i defetystów”, okrzyknąć prowokatorami, lub skazać na zamilczenie, ale obawiam się, że będą to rozwiązania nieskuteczne. Sprzeciw wobec ugodowych rozwiązań wyraża dziś zbyt wielu wyborców PiS, a jeszcze więcej  liczy na dogłębne oczyszczenie życia publicznego i elementarną sprawiedliwość. Po ośmiu latach  antypolskich rządów, po setkach afer, oszustw i zamachu smoleńskim, wielu uczciwych ludzi ma prawo odczuwać determinację  i oczekiwać podjęcia zdecydowanych działań. Tym bardziej, gdy pamiętają jedno ze sztandarowych haseł PiS – „Polacy zasługują na więcej”.
Tym, którym III RP nadal jawi się jako kraj prawa i demokracji, wystarczą zapewne akademickie dyskusje i blichtr partyjnych konwentykli.  Jak długo – zależy od stopnia otumanienia.
Jeśli takich oczekiwań nie można bagatelizować, już dziś panie i panowie z Prawa i Sprawiedliwości powinni poważnie pomyśleć o „ofercie” dla „kontrowersyjnych radykałów” i w miejsce bełkotliwych (acz politpoprawnych) dywagacji, udzielić jasnych odpowiedzi na zasadnicze pytania:
-  czy i jak zamierzają dokonać polityczno-prawnej oceny rządów PO-PSL i prezydentury B. Komorowskiego?;
-  czy słowa Jarosława Kaczyńskiego z lipca 2010 roku - „Nie będę współpracował z nikim, kto był nie w porządku wobec mojego brata i innych poległych. Bo zachowania wobec nich były haniebne, one politycznie i moralnie wykluczają współpracę” – nadal wytyczają granicę moralnego konsensusu, czy też stały się już nieaktualne?;
 - jakie miejsce w polityce nowego prezydenta i nowego rządu zajmie sprawa zamachu smoleńskiego i co uczynią te ośrodki dla wyjaśnienia okoliczności tragedii oraz ukarania inspiratorów, sprawców i popleczników?;
-  czy i w jaki sposób nowe władze chcą podjąć walkę z wrogą działalnością ośrodków propagandy (zwanych dziś „mediami III RP”) i jak zamierzają oczyścić życie publiczne z obecności ruskich rabów i zgrai antypolskich „autorytetów”? ;
- jakie kroki zostaną podjęte w celu stworzenia polskiego wymiaru sprawiedliwości – a wcześniej ukarania sędziów i prokuratorów wysługujący się reżimowi oraz rozbicia prawniczych klanów, wywodzących się z czasów „socjalistycznej praworządności”?
Te i wiele innych pytań, powinny być zadane ludziom chcącym uchodzić za naszych reprezentantów. Jeśli politycy PiS  nie potrafią lub nie chcą  sformułować takiej „oferty” , nie powinni się dziwić, gdy „twardy” elektorat rozpłynie się wśród neoesbeckich „alternatyw politycznych” lub porzuci oczekiwania związane z partią Kaczyńskiego i pójdzie drogą długiego marszu.
Gdyby ktoś dociekał – coś się Pan tak przyczepił „idącej ku zwycięstwu” partii opozycyjnej i tylko w nią wymierza ostrze krytyki – odpowiem po raz dziesiąty: wymagam od tych, z którymi wiąże nadzieję, krytykuje tych, których poważam i cenię. Są tego warci.
Od ludzi reżimu oczekuję jednej rzeczy: by zniknęli z mojego kraju na zawsze i zostali osądzeni podług swoich czynów. Po tym, co wiemy już na ich temat, kierowanie postulatów lub słów krytyki, uważam za uwłaczające i niegodne człowieka rozumnego. Takie relacje można okazywać osobom, które zasługują na zainteresowanie, nigdy zaś tym, którymi zaledwie się gardzi.