Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

wtorek, 3 marca 2015

O KANCIASTEJ GRANICY


„Stan wojny z najeźdźcą nie znaczy, jak go chcą niektórzy ośmieszyć, porywanie się „z kłonicą na bombę atomową”. Ale znaczy tego rodzaju postawę moralną, która by wpływała hamująco na spadek po równi pochyłej, po której toczy się w tej chwili cały naród. Tej właśnie równi pochyłej, spowodowanej przez pewne środowiska na emigracji i w kraju, której dziś, dla zatuszowania swej odpowiedzialności, nadają niewinne miano: „przemiany społeczno-polityczne”! – Nie wyobrażam sobie bowiem, jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”.  Tymczasem wiemy z praktyki, że granica tych pojęć się zaciera”– napisał przed 70 laty Józef Mackiewicz w artykule „Dlaczego nie mogę wziąć udziału w ankiecie”, opublikowanym w czasopiśmie „Lwów i Wilno”.
Słowa pisarza pochodzą z epoki, do której chętnie odwołują się współcześni politycy „obozu patriotycznego”, publicyści, środowiska opozycji. Nie tylko dla wykazania własnego patriotyzmu, ale źródeł inspiracji i narodowych idei. To z postaw Żołnierzy Niezłomnych i czasów okupacji sowieckiej, mamy czerpać przykłady heroizmu i uczyć się polskości. Oni mają być się znakiem dla młodych pokoleń i źródłem narodowej dumy.
Z tej powszechnej, medialnej wizji, umyka jednak świadomość, że walka z bronią w ręku i czynny sprzeciw wobec okupanta, nie byłby możliwy bez przyjęcia fundamentalnej „kanciastej granicy”, o której przypominał Józef Mackiewicz.
Gdy w dniach poświęconych Żołnierzom Niezłomnym słuchałem wypowiedzi ludzi opozycji, rozlicznych zaklęć i dumnych deklaracji, odniosłem wrażenie, że przypisujemy sobie tradycję, od której oddziela nas nieprzebyta, historyczna bariera. Próby odwoływania się do dziedzictwa powojennego antykomunizmu, przy jednoczesnej negacji obowiązku wytyczenia „kanciastej granicy”, prowadzą nie tylko do zafałszowania prawdy o polskich bohaterach, ale stanowią haniebne nadużycie.
Choć w roku 1944 Mackiewicz nie mówił nic nowego, jego ówczesny „radykalizm” wywoływał sprzeciw londyńskich elit, a dla społeczeństwa doświadczonego wojną i podziałami, wydawał się nazbyt skrajną propozycją. Pisarz przypominał, że aby ocalić naród, trzeba oddzielić od siebie dwa, nieprzystające światy – zdrady i męstwa, swoich i obcych, trzeba nazwać rzeczy po imieniu i uporządkować system podstawowych pojęć. Wskazanie nieprzyjaciół, nazwanie wrogów – pełniło nie tylko funkcję integrującą, ale budowało grupową solidarność. Bez tego nakazu nie można było oddzielić dobra od zła ani uformować narodowej tożsamości. Taka postawa chroniła przed relatywizmem i błędną identyfikacją. Była konieczna, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Ludzie, których nazwaliśmy Żołnierzami Niezłomnymi być może nie zaprzątali sobie głowy socjologicznym fundamentem swoich ocen. Ruski żołdak, moskiewski agitator czy polskojęzyczny ubek – byli wrogami tej samej kategorii, delegatami obcej, antypolskiej zgrai, z którą należało walczyć na śmierć i życie lub ulegając jej – zginąć.  
Tak rozumiany antykomunizm oznaczał w istocie przyjęcie żelaznej dychotomii My-Oni, w której nie ma miejsca na światłocienie i pseudo moralne dylematy, w której nie praktykuje się kompromisów i odrzuca pośrednie wybory. Mądrość takiej postawy polegała na zrozumieniu, że próba połączenia dwóch nieprzystających rzeczywistości musi skończyć się klęską wartości i pochłonięciem ich przez „rozbestwione kłamstwo”. Ci ludzie nie tłumaczyli sobie, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko lub idąc z nim na ustępstwa, można ocalić dobro. Nie szukali „dróg kompromisu”, bo każda łatwa droga prowadziła do upadku i zaprzaństwa. Nie próbowali odnajdywać „zgody budującej”, bo mieli świadomość, że jednymi budowlami komunizmu, były baraki obozów i miliony bezimiennych grobów.
Od takiego „radykalizmu” oddziela nas nie tylko półwiecze sowieckiej okupacji, ale ogromna przepaść wytyczona fałszem „nowej świadomości”, w której wzrastały kolejne pokolenia Polaków.
Gdy Adam Michnik w rozmowie z Żakowskim na temat „Traktatu o gnidach” mówił: „Nigdy nie przyjąłem formuły, ze w Polsce przez czterdzieści lat de facto trwała sowiecka okupacja. Byłem zdania, ze PRL to jest polska państwowość pozbawiona suwerenności. Ta państwowość jednak istniała i stanowiła pewną wartość” – wyrażał pogląd środowiska tzw. opozycji demokratycznej, ale też beneficjentów PRL-u i tych milionów „dobrych Polaków”, którzy pogodzili się z hańbą komunizmu i uznali sowieckiego bękarta za trwały element polskości.  Wraz ze śmiercią ostatnich Żołnierzy Niezłomnych nastąpiła rezygnacja z dychotomii My-Oni i wyzbycie się świadomości, że komunizm jest wytworem  wrogim i obcym. Dokonała się ona nie tylko w tradycji intelektualnej nowych „elit”, ale wniknęła w samą istotę bytu narodowego, zatruwając go szaleństwem „linii porozumień”, „dialogów” i systemowych „transformacji”, – z których sowieccy zdrajcy wywodzą prawo do rządzenia Polakami.

Z miejsca, w którym dziś jesteśmy, nie możemy odwoływać się do dziedzictwa antykomunizmu ani chełpić pamięcią o Żołnierzach Niepodległości. To nadużycie – podobne roszczeniom głupców, którym się wydaje, że wystarczy przeczytać książkę o Legionach, by mienić się spadkobiercą Piłsudskiego. Refleksji historycznej nad biografiami wolnych Polaków nie można ograniczać do zewnętrznej symboliki lub taniego sentymentalizmu. Jeśli ma być prawdziwa i stanowić wzorzec dla następnych pokoleń, musi uwzględniać doniosłość tych postaw i etyczny monolit myśli i czynów.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie dziś namawiał do rozstrzeliwania moskiewskich wasali lub golenia łbów kolaborantom i antypolskim reżimowcom. Nazwać ich po imieniu, naznaczyć wzgardą i wykluczyć ze społeczności ludzi wolnych – to minimum, na jakie winni zdobyć się ludzie odwołujący do tradycji Niezłomnych.
Nie możemy nawiązywać się do takiej tradycji, bo w III RP nie ma środowisk ani grup społecznych, zdolnych do wyznaczenia „kanciastej granicy”. Gdyby Mackiewicz powtórzył dziś swoje dictum – zostałby wyklęty i uznany za radykalną ekstremę. Takie słowa wywołałyby wściekłość lub wymowny gest pukania w czoło. Partie i środowiska, które przyznają sobie miano opozycji, nie tylko uciekają przed ostrą definicją rzeczywistości, ale wzdrygają przed podziałem na My-Oni, i za szczyt patriotyzmu przyjmują dezyderat „zgody narodowej”, ze wszystkich sił odżegnując od posądzenia o intencje „dzielenia Polaków”. 
Nie ma też w Polsce środowisk, które punktem wyjścia refleksji politycznej uczyniłyby pogląd, że linia dzisiejszych podziałów jest konsekwencją półwiecza okupacji sowieckiej, efektem zdrady narodowej i budowania sztucznego tworu – III RP.
W miejsce odważnych wniosków dominuje wiara, że przed 25 laty Polacy odzyskali wolność i na jej fundamentach budują dziś państwo prawa i demokracji. Ten irracjonalny pogląd, sprzeczny z doświadczeniami ćwierćwiecza spycha nas w „pułapkę georealizmu”, wywołuje destrukcyjny dysonans poznawczy i przesądza o naszej słabości. Nie można bowiem mówić o wolnym społeczeństwie, jeśli uwierzyło ono w „śmierć” komunizmu, a w postaciach politycznych III RP dostrzega reprezentantów interesu narodowego. Nie można też widzieć „obcych” w strukturach władzy, jeśli uznaje się ją za konstytucyjną i demokratyczną – tylko dlatego, że o jej powołaniu zdecydowali magicy karty wyborczej i grupka medialnych demiurgów. Nie ma miejsca na wytyczenie relacji My-Oni w przestrzeni zakłamanej i zagarniętej przez ośrodki propagandy, w której „strażnikami podziałów” stają się semantyczni terroryści, a piewcami „zgody narodowej” użyteczni idioci deliberujących o potrzebie pojednania.
Tym zaś, którzy zastanawiają się, jak w „demokratycznej” III RP można dzielić Polaków na „swoich” i „obcych” lub nawiązywać do realiów powojennego komunizmu, odpowiadam: nie można - jeśli wyznaje się „filozofię” Michnika i sankcjonuje państwowość PRL-u. Nie można - jeśli kultywuje się zabobon o „śmierci komunizmu”, odrzuca wiedzę o genezie tego państwa i jego komunistycznej sukcesji. Nie można - jeśli ponad logikę i doświadczenie historyczne przedkłada demagogię i prostacką propagandę. Takim „dobrym Polakom”, nie mam nic do powiedzenia. Oni nie zrozumieją tych słów, ja nie pochylę się nad ich ograniczeniem.
Nade wszystko, nie można tego zrozumieć, jeśli zamyka się oczy na doświadczenie tragedii smoleńskiej i zachowania ogromnej części społeczeństwa III RP. Ten czas odkrył niewyobrażalne pokłady obcości i nienawiści, obnażył obojętność na zło, ogrom fałszu i hipokryzji, odsłonił upiorną pustkę i niewolniczą mentalność. Ujawnił też najgłębsze podziały, biegnące nie wzdłuż rzekomych „różnic politycznych”, lecz w głąb ludzkich sumień i systemów wartości, dotykających samych podstaw człowieczeństwa i narodowej tożsamości.  
To wówczas okazało się, że terytorium tego państwa zaludnia ogromna armia apatrydów – bękartów bez ziemi i poczucia wspólnoty narodowej, całkowicie obca polskiej kulturze i tradycji. Nikt nie zapytał – jak to możliwe, że znaleźli się ludzie powtarzający rosyjskie łgarstwa, szydzący ze śmierci własnych rodaków? Skąd wzięła się wataha oddająca mocz na znicze i „stróże prawa” kopiący kwiaty złożone ofiarom? Ci sami ludzie czcili pamięć sowieckich najeźdźców, honorowali bandytów i kolaborantów, słali dziękczynne adresy do kremlowskich ludobójców. Nawoływali Polaków do „pojednania”, „łączyli w żałobie” i załganym frazesem - „bądźmy wszyscy razem” próbowali  zatrzeć nieprzekraczalne granice.
Nazywać ich rodakami i obdarzać mianem Polaka - tylko dlatego, że zrządzeniem losu urodzili się w mojej ojczyźnie - byłoby nonsensem i ujmą dla polskości.
Ale i tego nie zrozumiano i nie podjęto odważnej refleksji. Uciekli od niej politycy, publicyści i „nasze” środowiska intelektualne. Pierwsi z troski o „sondażowe słupki” i chęć pozyskania „centrowego elektoratu”, drudzy w obawie przed wykluczeniem ze środowiskowej kasty i spadkiem dochodów, trzeci zaś, bo wymagałaby korekty błędnych ocen i rewizji życiorysów.
Ci ludzie – sami podobni ślepcom, wystawiają dziś Polaków na kolejne upokorzenia i traumę porażki. Za cenę ukrycia intelektualnych ograniczeń, własnych leków i kompleksów, uciekają od wytyczenia „kanciastych granic” i wskazania wroga wewnętrznego. Do głowy im nie przyjdzie, że w koncepcję autentycznego oppositio wpisany jest totalny sprzeciw, wola walki i burzenie złych fundamentów. Nie przyjmują myśli, że ucieczka od takiej odpowiedzialności prowadzi do absurdu, w którym miarą „demokracji” staje się serwilizm i uległość, a wyrazem skuteczności - amoralny koniunkturalizm.
Każą nam wierzyć, że z armią apatrydów można wygrać bez otwartego konfliktu lub pokonać ją mocą gładkich słówek i partyjnej paplaniny. Siebie i innych oszukują mirażem „sondaży”, mamią „umowami programowymi” i po stokroć skompromitowaną mową „dialogu i porozumienia”. Wmawiają nam, że ludzi paktujących z obcym mocarstwem trzeba traktować jak reprezentację narodu i odbiorcę społecznych roszczeń. Udowadniają, że współpraca z politykami tego reżimu służy polskim interesom i wyznacza normę propaństwowej odpowiedzialności. Dziś zaś wspierają antypolskie asekuranctwo wobec Ukrainy i przyklaskują projektom belwederskiego decydenta.
Gdyby jeszcze robili to na własny rachunek i sami płacili za popełnione błędy, gdyby nie odwoływali się do patriotyzmu i tradycji Żołnierzy Niezłomnych – pal sześć. Biorąc jednak takie symbole na partyjne sztandary i uciekając przed „ostrym widzeniem świata”, oszukują własnych rodaków i naigrywają z polskich doświadczeń.

Jeśli moja ocena wydaje się komuś zbyt surowa, ten nie rozumie, że dzisiejsza walka nie toczy się w „przestrzeni politycznej” III RP i nie dotyczy zwycięstwa wyborczego. To nie jest bój o wynik pana Dudy ani przyszłość prezesa Kaczyńskiego.
Dopóki mamy wśród nas nienazwanego wroga wewnętrznego, zakładników zbrodni i kłamstw – nikt nie może czuć się bezpieczny ani mówić o wygranej.
Bezpieczeństwo Polaków nie jest dziś zagrożone przez „czynniki zewnętrzne” (jak straszą nas w „wolnych” mediach), lecz przez rażącą niekompetencję ludzi reżimu, przez słabość polskiej amii i brak profesjonalnych służb. O istocie zagrożenia nie świadczą postępy armii Putina, lecz stan bezwzględnej podległości wobec kremlowskiego satrapy – wytyczony ustaleniami z września 2009 roku, potwierdzony w trakcie zamachu smoleńskiego i usankcjonowany procesem „pojednania” polsko-rosyjskiego. Jeśli Putin miałby napaść na nasz kraj, to nie dlatego, że Rosja jest mocarstwem i „w trzy dni może być w Warszawie”. Jest to możliwe, bo w samej III RP mamy potężnego wroga wewnętrznego, zakładników Rosji i ludzi „partii rosyjskiej”, którzy nigdy nie odejdą od niewolniczej podległości. Oni i stworzony przez nich układ, wytycza realne zagrożenie. Tych ludzi obciąża nie tylko paktowanie z Rosją przeciwko polskiemu prezydentowi, nie tylko oddanie śledztwa, współuczestnictwo w łgarstwach i wprowadzanie w błąd opinii publicznej, ale przede wszystkim dobrowolne przyjęcie wynaturzonej i potwornej w zbrodniczej logice narracji o „pojednaniu polsko-rosyjskim”. To była zbrodnia przeciwko narodowi, próba narzucenia Polakom sowieckiego jarzma zniewolenia, w którym ofiara zostaje upodlona aktem przymusowej „miłości” z katem. Każdy, kto w ostatnich latach był rzecznikiem takiego „pojednania” – czy nosi mundur, sutannę czy garnitur – jest dla Polaków śmiertelnym wrogiem i powinien być nazwany po imieniu.
Jakiej więc Polski chcą dla nas ludzie opozycji, jeśli nie mają odwagi ostrzec rodaków przed tym zagrożeniem? Do czego chcą „mobilizować” naród, skoro boją się wrzasku medialnych terrorystów i czcicieli truchła politpoprawności? Do jakiej niezłomności się odwołują, jeśli każą nam zginać karki pod pręgierzem „zgody budującej” i sami uciekają przed odpowiedzialnością?
Nie wyobrażam sobie, jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”.
U kresu życia, Józef Mackiewicz napisał słowa na miarę wielkiego geniuszu. Nie ma w nich żalu ani pretensji. Nie ma politycznej egzaltacji. Są tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył:
Kiedyś nazwałem tę drogę "donikąd". Dziś uznana została przez "instynkt narodu" za docelową. W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu. Nie ja wygrałem. Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu". Ja przegrałem z kretesem. Więc proszę o pobłażanie."

środa, 25 lutego 2015

PRZECIWKO MITOLOGOM „RUSKIEJ SIŁY”


Wyhodowanie pokoleń „georealistów” jest bodaj największym, historycznym osiągnięciem komunizmu i jego sukcesorów. Samonapędzająca machina strachu nie zważa dziś na realną pozycję Rosji; nie przyjmuje do wiadomości danych ekonomicznych i socjologicznych, nie dostrzega stanu zapaści i cywilizacyjnego zacofania, nie widzi słabości militarnej i technologicznej państwa Putina. By usprawiedliwić własne ograniczenia karmi się wyobrażeniami o „wielkim mocarstwie”, wnioskuje z mitów i propagandowych wizji, czerpie z lęku, jaki niewolnik odczuwa przed gniewem „pana”.
Ten rodzaj „realizmu” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. To pogląd narzucony kulami sowieckich karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków.
Przez półwiecze sowieckiej okupacji przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka "wojny z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji.
Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystywali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
Uwspółcześniona koncepcja „georealizmu” kazała Bronisławowi Komorowskiemu w orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym wyznać: "nie będzie stabilnego rozwoju naszego regionu bez współpracy z Rosją" i mówić o „interesie nas wszystkich w pojednaniu z Rosją”.
Wprawdzie rosyjska napaść na Ukrainę wymusiła chwilową zmianę retoryki, to ujawniła również, że lęk przez Rosją stanowi dziś główną przeszkodę na drodze do wyzwolenia spod władzy „czynnika rosyjskiego”.
Nie przypadkiem rozgrywanie tych lęków następuje w czasie, gdy Polacy zobaczyli, jak obala się reżim kremlowskich marionetek. Lekcja ukraińska druzgocze przecież mitologię „okrągłych stołów” i bezlitośnie obnaża fikcję tzw. mechanizmów demokracji – całkowicie martwych w państwach zawłaszczonych przez „partię rosyjską”. Co więcej - ta lekcja pokazuje rzeczywisty status Rosji – jako fikcyjnego „mocarstwa”, którego główną bronią nie jest potęga militarna lub ekonomiczna lecz ekspansja zbrodniczej mentalności, możliwa dzięki uległości zgrai eurołajdaków i słabości najgorszego w dziejach prezydenta USA.
Rosyjska agresja na Ukrainę nie może być żadnym dowodem siły militarnej („postępy” armii Putina w stosunku do ogromnych strat własnych są wręcz żałosne), lecz staje się efektem agenturalnej koniunktury i przyzwolenia na „światową ekspansję” prymitywnego kagebisty i jego bandyckiej zbieraniny.
Poczucie bezkarności kremlowskiego watażki ma trwałe, historyczne podstawy. Od czasu ustanowienia ładu jałtańskiego, polityka Rosji Sowieckiej i jej służb przyczyniła się do wyhodowania zastępów mędrków, którzy przyznają Rosji wyjątkowe prawo do ingerowania w życie innych narodów oraz wyznają dogmat poszanowania interesów rosyjskich. Szczególnie, jeśli wartość tych interesów jest mierzona w dolarach lub euro. Ci ludzie i kreowana przez nich polityka stanowią dziś śmiertelne zagrożenie dla świata. Znacznie większe niż zdezelowane ruskie tanki i zdemoralizowana armia Putina. Militarnie słaba i technologicznie zacofana Rosja, nie musi nawet udowadniać swojej siły. Robi to za nią armia tchórzliwych głupców, wspierana przez zastępy agentury wpływu.
Gdy w marcu 2013 roku opublikowałem w Gazecie Polskiej tekst – „ROSJA – IMPERIUM CZY POTĘGA MITU”, nie przypuszczałem, że kolejne dwa lata upłyną na umacnianiu rosyjskiej mitologii i triumfie postaw „georealizmu”. W zakończeniu tamtego tekstu znalazły się słowa:   
Jeśli dzisiejsza Rosja musi imitować mocarstwo i straszyć nas hardą retoryką – oznacza to tylko tyle, że państwo Putina staje się coraz słabsze i jest zmuszone sięgać do arsenału komunistycznych środków. Nic też nie wskazuje, by to państwo było w stanie sprostać globalnemu konfliktowi lub miało dążyć do jego sprowokowania. Taka konfrontacja   przyniosłaby Rosji militarną klęskę i spowodowała utratę jej najważniejszej broni - ekspansywnej sieci intryg i dezinformacji oplatającej współczesny świat. 

środa, 18 lutego 2015

JAK WYGRAĆ - 1


Im dłużej rozbrzmiewa chór „niezależnych” optymistów i głośniej płyną proroctwa rychłego zwycięstwa, tym łatwiej przewidzieć, że tegoroczne wybory zakończą się według tradycyjnego scenariusza. Wygląda na to, że tuż przed najważniejszą rozgrywką, opozycja i wtórujące jej media po raz kolejny wiodą elektorat na manowce i podążają drogą tych samych błędów, próżnych nadziei i fasadowej gry pozorów. 
Wróżenie wyniku wyborczego na podstawie kilku wystąpień i efektu konwencji, wyrokowanie z „sondaży” lub z reakcji reżimowych gadzinówek - być może zaspokaja aspiracje „wolnych” mediów i przysparza dochodów redaktorom naczelnym. Nie ma jednak nic wspólnego z rzetelną analizą szans wyborczych kandydata PiS-u ani z oceną polskiej rzeczywistości.
Istnieją dziś cztery podstawowe przeszkody na drodze do wygranej:
1 – brak realnego nadzoru nad procesem wyborczym;
2- przeświadczenie, że o wyniku mogą decydować reguły demokracji i głosy obywateli oddane w wolnym akcie wyborczym;
3- przeświadczenie, że strategia kandydata opozycji ma polegać na „budowaniu pozytywnego wizerunku”, nagłaśnianiu „treści merytorycznych” i ukazywaniu lokatora Belwederu jako „strażnika żyrandola”, polityka słabego i pasywnego;
4 – przeświadczenie, że tylko obecność opozycji (i jej kandydata) w reżimowych ośrodkach propagandy może wpłynąć na decyzje „elektoratu centrowego” i stanowić przeciwwagę kampanii negatywnej.

Jeśli chodzi o punkt 1 – opozycja kontynuuje nieskuteczny i wielekroć skompromitowany sposób „pilnowania wyborów”.
Zapowiadana przez PiS struktura "centralnego biura ochrony wyborów" i inne tego typu inicjatywy, są  oparte o zasadę „pospolitego ruszenia” i pracę wolontariatu. O nieefektywności działań polegających na kontrolowaniu wyników w komisjach wyborczych (liczenie głosów, kart, frekwencji) przesądzają dwa czynniki:
- ostateczny wynik jest zależny od „metodologii” przekazywania danych elektronicznych i zostanie wygenerowany w Krajowym Biurze Wyborczym;
- w III RP nie istnieją  niezależne  instytucje i organy państwa nadzorujące proces wyborczy.
Organizowane przez PiS akcje „Uczciwe wybory” wyglądają na propagandowy humbug. Jedynym efektem poprzedniej kampanii (wybory do PE) był kilkustronicowy „raport” o treści przypominającej wypracowanie gimnazjalisty. Zawierający liczne błędy i komunały, napisany w sposób niechlujny i nieprofesjonalny. Nie tylko nie wymieniono w nim wielu istotnych nieprawidłowości, nie dostrzeżono specyfiki przedwyborczych przetargów oraz treści dokumentów produkowanych przez PKW, ale nie odpowiedziano na najważniejsze pytanie: z jakiego oprogramowania i czyich serwerów korzystała PKW w trakcie tych wyborów? Gdy kilka dni później Sąd Najwyższy odrzucił wszystkie protesty PiS, informacja na ten temat nie została nawet ujawniona przez „wolne” media i została przemilczana przez opozycję.
Z akcji „Uczciwe wybory” 2014 do dnia dzisiejszego nie sporządzono żadnego sprawozdania ani raportu. Choć w roku ubiegłym słyszeliśmy setki szumnych deklaracji, a wynik farsy wyborczej został bezczelnie sfałszowany, do dziś opozycja nie przedstawiła żadnego raportu i nie wypracowała merytorycznych wniosków.

wtorek, 10 lutego 2015

GDYBY PAN COGITO MILCZAŁ O SMOLEŃSKU…


Jest już pewne, iż śmierć Kaczyńskiego zostanie wykorzystana do celów politycznych”. „Katastrofa pod Smoleńskiem i tragedia katyńska będą wykorzystane w kampanii wyborczej”.“Opozycja upolitycznia tragedię pod Smoleńskiem. Za rozważaniami lidera PiS na temat przyczyn katastrofy kryją się polityczne pobudki i emocje“. „Grając tematem Smoleńska i szukając winnych wśród Rosjan i polityków polskiego rządu, opozycja uprawia taniec na grobach ofiar”.
Te cytaty pochodzą z okresu kampanii prezydenckiej 2010 roku i zostały zaczerpnięte z rosyjskich mediów.
Chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę, że zarzuty o „politycznej grze Smoleńskiem” i jej szkodliwym wpływie na kampanie wyborczą nie są samodzielnym wymysłem polskojęzycznych ośrodków propagandy lecz powstały na fundamencie moskiewskich instrukcji. Dopiero po publikacjach “Moskiewskiego Komsomolca”, “Wriemia Nowostij” i „Izwiestii” pojawiły się reakcje „dziennikarskich elit” III RP i sięgnięto do arsenału kremlowskich słów-paralizatorów. Sformułowano wówczas zarzut, jakoby Jarosław Kaczyński chciał wykorzystywać śmierć brata w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego, zaś ówczesny kandydat PO Bronisław Komorowski, popisał się doskonałym wyczuciem moskiewskiej narracji i stwierdził: “druga strona, prowadząc kampanię, umiejętnie zagospodarowuje nastrój żałoby. Trzeba bardzo uważać, żeby nie tworzyć wrażenia nadużycia nastroju żałobnego”.
Ten medialny paralizator skutecznie obezwładnił przekaz partii opozycyjnej i zdecydował o porzuceniu „tematu smoleńskiego” podczas kampanii prezydenckiej 2010 roku. Taktykę Jarosława Kaczyńskiego (o czym niewielu chce pamiętać) wychwalali wówczas czołowi żurnaliści i tzw. eksperci PiS: „Nowy Kaczyński wytrąca PO z rytmu” – dowodził Piotr Semka. „Jakby (…) nie patrzeć na przemianę Kaczyńskiego”, - pisał Michał Karnowski w „Polsce”-, jeden jej skutek będzie trwały, o ile oczywiście prezes PiS wytrwa przy swojej nowej strategii. Tym skutkiem może być odzyskanie przez Prawo i Sprawiedliwość przynajmniej minimalnej zdolności koalicyjnej, a więc i potencjału współrządzenia”. W opinii Karnowskiego możliwa była wówczas „koalicja PiS z SLD jak z PSL”, zaś troska o „przyciągnięcie elektoratu Napieralskiego” dominowała w rozważaniach „niepokornych” żurnalistów.
Inny mędrzec - Paweł Lisicki, pouczał w maju i czerwcu 2010- „We współczesnej demokracji nie da się zwyciężać, nie docierając do politycznego centrum” i  konkludował –„Po 10 kwietnia zarówno sam Jarosław Kaczyński, jak i jego sztabowcy wykonali wiele pracy, by pokazać się od innej strony. Stąd słowa o końcu wojny polsko-polskiej, o rezygnacji z hasła IV Rzeczypospolitej czy o potrzebie pojednania się. Strategia ta przyniosła korzyści”.
Z kolei Piotr Skwieciński dowodził, że „zmniejszenie efektu obcości może pozwolić politykom PiS na optymistyczne spojrzenie w przyszłość. (…)Owo zmniejszenie efektu obcości musiałoby polegać, (…) na poprowadzeniu partii w kierunku odwrotnym do tego, w którym szła dotąd. Czyli w stronę konserwatyzmu znacząco mniej radykalnego niż obecnie, w pewnych aspektach wręcz na przejściu na pozycje centrowe.”
W chórze doradców nie mogło zabraknąć głosu prof. Staniszkis, która twierdziła, że „Jarosław Kaczyński wygra tylko w kampanii merytorycznej” i zalecała – „Nie dać się sprowokować i pokazać, że PiS jest cool”. Owa „merytoryczność” kampanii prowadziła do sytuacji, w której zarzut postawiony Komorowskiemu – iż nie chciał prywatyzacji służby zdrowia, zakończył się sądową porażką prezesa PiS.  
Do dziś nie wiemy, jaką rolę w wyborze tej fatalnej strategii odegrali Kluzik –Roskowska czy Paweł Poncyliusz. Powyborcza fronda członków sztabu wyborczego pozwala przypuszczać, że „ocieplenie wizerunku” i rezygnacja z „wykorzystywania” Smoleńska wyznaczały celową drogę do klęski. „Od początku ustaliliśmy, że w kampanii nie będziemy nawiązywać do katastrofy, ale po wyborach wrócimy do tego tematu” – przekonywała szefowa sztabu wyborczego J. Kaczyńskiego.
Odwrót nastąpił natychmiast po przegranych wyborach. PiS miał wówczas zlecić przeprowadzenie „badania opinii” i porównanie ówczesnych wyników partii z tymi z kampanii wyborczej.  Jeden z posłów PiS relacjonował we „Wprost” – „Okazało się, że zmiana retoryki, powrót do tematu Smoleńska i spór o krzyż nie odbiły się na naszym poparciu. Nasze wyniki właściwie ani drgnęły".
Wydawało się, że z bolesnej lekcji 2010 roku opozycja potrafi wyciągnąć wnioski i podczas wyborów parlamentarnych nie zrezygnuje z mocnej retoryki i potężnej „broni smoleńskiej”. Takie deklaracje pojawiały się po wyborach prezydenckich i w takim kierunku miała zmierzać strategia partii Jarosława Kaczyńskiego.

wtorek, 3 lutego 2015

KAMPANIA POD SKRZYDŁAMI SOWY


„W  bieżącym  roku  przed  nami  jako  obywatelami  stoją  ważne  polityczne  wybory.  Wybory prezydenta Rzeczpospolitej Polski i wybory parlamentarne. Jeśli  chodzi  o  prezydenta,  to  sprawa  jest  na  tyle  jasna,  że  nie  ma  kandydata,  który zagroziłby  Bronisławowi  Komorowskiemu.  I  słusznie,  jest  to  najlepszy  kandydat  na  to najważniejsze stanowisko w państwie”- napisał niedawno jeden z „wojskowych emerytów” na stronie internetowej stowarzyszenia Sowa.
Ci, którzy pamiętają słowa Dukaczewskiego o „otwieraniu szampana” na wieść o wygranej Komorowskiego i znają obopólną sympatię lokatora Belwederu i ludzi WSI, nie mogą być zaskoczeni taką deklaracją. Od roku 2010 środowisko WSI (wespół z kremlowskimi decydentami), należy do najgorliwszych zwolenników tej prezydentury i będzie zabiegało o reelekcję Komorowskiego. 

Dzisiejsze dywagacje Komorowskiego na temat orzeczenia Sądu Okręgowego i radość, z jaką powitał „naprawianie” kwestii odpowiedzialności Antoniego Macierewicza, są nie tylko wyrazem troski o „pokrzywdzonych” z WSI, ale zapowiadają działania wpisujące się w scenariusz kampanii prezydenckiej i plany związane z drugą kadencją.  Ponieważ na „wiedzy i doświadczeniu” ludzi byłych WSI są budowane fundamenty reżimu prezydenckiego, lokator Belwederu musi też zabiegać o pomoc tego lobby w prezydenckiej reelekcji.
Wielokrotnie przypominałem, że jednym z narzędzi legislacyjnych służących reaktywacji wpływów środowiska WSI, jest nowelizacja ustawy - Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego.
Projekt MON (z 16 października 2012 roku) ma  burzliwe dzieje i nadal jest przedmiotem konsultacji i uzgodnień, do których zaproszono żołnierzy byłych WSI skupionych w stowarzyszeniu „Sowa”. Nowela powstała w związku z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27 czerwca 2008 r. (sygn. akt K 51/07), w którym trybunał orzekł o niekonstytucyjność art. 70a ustawy. Zdaniem TS, poprzednia ustawa nie gwarantowała zainteresowanym osobom dostępu do akt sprawy, odmawiała prawa do wysłuchania w przedmiocie zebranych informacji oraz nie zapewniała środków prawnych umożliwiających uruchomienie sadowej kontroli decyzji o podaniu do publicznej wiadomości danych osobowych objętych raportem Komisji Weryfikacyjnej
W zaprojektowanej w MON noweli przewidywano „określenie na nowo procedury weryfikacji treści raportu”, a jej zakres miał się odnosić do instytucji "uzupełnienia raportu". Proponowane tam środki prawne miały ułatwić ponowną weryfikację żołnierzy i funkcjonariuszy byłych WSI oraz przygotować ewentualne „uzupełnienia”. Dla osób „pokrzywdzonych” treścią „raportu Macierewicza” (tak w projekcie noweli nazywa się dokument przejęty postanowieniem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z 16 lutego 2007 i ogłoszony w Monitorze Polskim nr 11) przewiduje się wyjątkowe w polskim prawie postępowanie rehabilitacyjne. Osoby te będą mogły wystąpić do sadu z wnioskiem „o wydanie orzeczenia ustalającego sytuację prawną zainteresowanego w kontekście opublikowanego już raportu”. Sądem właściwym będzie Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekający w składzie trzech sędziów. Samo postępowanie byłoby jednak farsą, ponieważ nowela przewiduje zastosowanie trybu nieprocesowego, w którym sąd wydawałby końcowe postanowienie wyłącznie na podstawie wniosku osoby „pokrzywdzonej”.
21 października ub. roku prezes stowarzyszenia "Sowa" M. Dukaczewski zwrócił się z pismem do sekretarza stanu w MON Czesława Mroczka, w którym przypomniał, iż przyjęcie ustawy miało nastąpić we wrześniu 2014 roku i prosił o przekazanie „kopii projektu przyjętego przez Radę Ministrów, kopii pisma skierowującego projekt do Sejmu i numer druku sejmowego„ oraz „informacji, dlaczego Stowarzyszenie nie otrzymało przygotowanego projektu do konsultacji przed jego zatwierdzeniem przez Rade Ministrów”.

środa, 28 stycznia 2015

O WYKLUCZENIU I ZACISKANIU PIĘŚCI


Instancje panowały trzy: pięść, mózg i serce.
Serce się wycofało, będąc w poniewierce,
Gdy zaś pięść z mózgiem same pozostały w parze,
Oto skutek: mózg rządzi tak, jak mu pięść każe
 - pisał przed siedemdziesięciu laty Tadeusz Kotarbiński, w jednym ze swoich błyskotliwych epigramów.
Nie znalazłem słów bardziej trafnych, by wyrazić obecny stan naruszenia równowagi - między „instancją mózgu" i „instancją serca”, w którym odstępstwo od norm rozumu i etyki sprawiło, iż nad wszystkimi obszarami naszego życia rozpanoszył się makiaweliczny „świat pięści”.
Wprawdzie autor epigramu twierdziłby, że przyczyna leży w porzuceniu zasad prakseologii, zaś lekarstwa trzeba szukać w postawie „realizmu praktycznego”, to problem nie dotyczy dziś dysputy filozoficznej, lecz znalezienia wyjścia z sytuacji, w której rządy „jak pięść każe” mogą rujnować polską rzeczywistość przez kolejne lata. To temat na wskroś polityczny, a jednocześnie historyczny, związany z wyborem polskiej drogi i metodologii skutecznych działań.
Przyznaję, że od dnia elekcji obecnego lokatora Belwederu, z nadzieją oczekiwałem roku 2015. Już w roku 2009 i następnym nie miałem wątpliwości, że Bronisław Komorowski jest najgroźniejszą postacią polskiej sceny politycznej, a jego rola wydaje się kluczowa dla zrozumienia logiki wydarzeń prowadzących do zbrodni smoleńskiej.
Do dziś nie potrafiłbym racjonalnie wyjaśnić  - ja to możliwe, że tuż po kwietniowym koszmarze, moi rodacy powierzyli temu człowiekowi najwyższą godność w państwie.
Ale też nie potrafiłbym wytłumaczyć – dlaczego nadal nie widzą złowróżbnego cienia necandusa i godzą się na setki upokorzeń związanych z tą prezydenturą.
Nadzieja roku 2015 musiała upaść, gdy okazało się, że jedyna siła zdolna zagrozić pozycji Komorowskiego wystawiła postać w istocie tragikomiczną – człowieka niedoświadczonego, miałkiego i przeraźliwie słabego, którego zadanie wydaje się polegać na symulowaniu walki i głoszeniu poprawnych sloganów. Być może kandydat opozycji jest człowiekiem prawym i uczciwym, być może posiada jakieś przymioty rozumu, to jednak zbyt mało, by stanąć do walki z „instancją pięści” i odebrać władzę komuś, kto oparł ją na kłamstwie i nienawiści.
Nie ma żadnej proporcji w rokowaniach walki, w której jedna strona dysponuje potężnym aparatem propagandy i dezinformacji, zarządza armią i służbami i może liczyć na wsparcie „wrogów i przyjaciół”, druga zaś chce epatować wyblakłym hasłem „nowoczesności”, nie zna języka realiów III RP i nie potrafi nazywać rzeczy po imieniu. To, co na temat szans kandydata opozycji mówią dziś w „wolnych” mediach, jest stekiem kłamstw i bredni, których powtarzanie ma uśpić nasz niepokój i zaspokoić najtańszą nadzieję.
Od momentu rezygnacji Jarosława Kaczyńskiego z walki o prezydenturę wciąż doświadczamy błędnych wyborów i decyzji politycznych. Realizm każe przypuszczać, że zostaniemy skazani na kolejne pięciolecie upokorzeń i bolesnych doświadczeń. Przegrane wybory prezydenckie będą tylko zwiastunem klęski podczas jesiennej farsy.
Jeśli sięgnąłem po epigram Kotarbińskiego, to nie (tylko) z powodu jego walorów literackich i filozoficznych, ale po to, by napisać o drodze do przezwyciężenia stanu nierównowagi.
Nie próbuję dociekać przyczyn wystawienia takiego kandydata i nie mam wpływu na to, co nazwano „strategią wyborczą”. Ta decyzja wykluczyła „instancję mózgu” z obszaru planów i racjonalnych projektów politycznych. Gdy słyszę, że w „sztabie” kandydata deliberuje się o „żyrandolowej prezydenturze”, zarzuca Komorowskiemu bierność i głosi, iż „Polacy oczekują nowoczesnej prezydentury” – wykluczam również „instancje serca”, bo nie można identyfikować się ze środowiskiem, które nie posiada wiedzy o rzeczywistości III RP lub posiadając ją, karmi wyborców populistyczną sieczką.
Można natomiast próbować działań sprawnych i skutecznych – a zatem budowania takiego wizerunku lokatora Belwederu, by odpowiadał faktom i burzył mitologię, a w konsekwencji przerażał i trzeźwił umysły dające dotąd wiarę opowiadaniom „niezależnych” mediów. Tylko takie reakcje mogą jeszcze wpłynąć na werdykt wyborczy.
Jedyna „prakseologia polityczna” polega więc na ukazaniu autentycznego oblicza „instancji pięści” – bez prób rozgrywania niedorzecznej „kampanii pozytywnej” lub oczekiwania na emocjonalno-patriotyczne zaangażowanie wyborców.
Lokator Belwederu nie będzie walczył na „programy” ani „wizje rozwoju”, lecz zastosuje prosty cep propagandy, wytrych kombinacji operacyjnych i tarczę zmowy milczenia. Nie poruszy „serc” ani „umysłów”, bo nie po to gaszono je przez ostatnie lata, by rezygnować dziś z gwarancji strachu i technologii kłamstwa.
Stan nierównowagi jest wyłącznie efektem zaniechań i tchórzostwa i nie powinien ograniczać ludzi wolnych. Tym bardziej, gdy perspektywa rządów „instancji pięści” wydaje się zbyt groźna i nie pozwala poddawać się zniechęceniu lub apatii.
Nie zdołamy już uczynić „orła” z kandydata opozycji, lecz postać lokatora Belwederu trzeba sprowadzić do prawdziwego wymiaru. Gdyby padło pytanie – po co?  - odeślę pytających do innego epigramu Kotarbińskiego:
Milczeć. Pysk stulić. Wara puścić parę z gęby!
Umilkli. Ale cóż to wśród szeregów chrzęści?
- O panie! Tyś rozkazał im zacisnąć zęby,
A oni - na dodatek - zaciskają pięści.

wtorek, 27 stycznia 2015

DYMISJE-KTO NAPĘDZA TEN ROTOR?


Wygląda na to, że styczeń można nazwać miesiącem dymisji Krzysztofa Bondaryka. Zaledwie przed dwoma laty, ten wszechwładny (jak sądzono) szef ABW zrezygnował z kierowania Agencją, by po kilku miesiącach objąć zwierzchnictwo nad  Narodowym Centrum Kryptologii (NCK) - jednostką wojskową powołaną w kwietniu 2013 roku zarządzeniem ministra obrony narodowej. Przed kilkoma dniami poinformowano, że Bondaryk złożył rezygnację również z tej funkcji i została ona natychmiast przyjęta.
Przyczyny dymisji byłego szefa ABW nadal pozostają zagadką, a prawidłowa ocena sytuacji w obszarze służb specjalnych, stanowi dla analityków poważny problem.
 Przez wiele lat publicyści i eksperci kojarzeni z PiS utrzymywali, że siła koalicji PO-PSL opiera się na „systemie Tuska”, zaś w ostatnim okresie wszechwładnym decydentem służb specjalnych miał być szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz. Według błędnego wzorca - „systemu Tuska” oraz w perspektywie wszechwładzy jego ministrów definiowano niemal wszystkie procesy zachodzące w służbach. Co więcej – o autorstwo tzw. reformy służb posądzano ludzi równie niekompetentnych, jak Cichocki, Siemoniak, czy Sienkiewicz, zaś samą reformę, choć skrajnie niekorzystną i wymierzoną w grupę Tuska, okrzyknięto „rządową”.
Dymisja Krzysztofa Bondaryka, złożona w styczniu 2013 roku wprowadzała głęboki zamęt w tego rodzaju schematy. Przez wcześniejsze lata byliśmy bowiem świadkami celowej „bondaryzacji” służb i ciągłego poszerzania uprawnienia Agencji. Decyzje legislacyjne podejmowane przez reżim w sprawach bezpieczeństwa zmierzały zawsze do skupienia władzy w rękach szefa ABW i uczynienia z Agencji „zbrojnego ramienia” partii rządzącej. To on i kierowana przezeń formacja mieli być gwarantem trwałości triumwiratu służb, biznesu i polityki i chronić interesy układu rządzącego.
Ci, którzy utrzymywali, że decydentami ówczesnej „reformy” byli ludzie z ekipy Tuska musieli zmierzyć się z faktem, że po raz pierwszy w dziejach III RP doszło do sytuacji, w której ośrodek rządowy dobrowolnie ograniczał swoje wpływy na formacje specjalne, pozbawiał władzy człowieka ściśle związanego z PO i utrącał kompetencje „własnej” służby.
Dopiero dostrzeżenie roli ośrodka belwederskiego pozwalało prawidłowo ocenić ówczesne wydarzenia i wskazać logikę roszad personalnych. 

wtorek, 20 stycznia 2015

OD KALININGRADU DO MARSZU NA EUROPĘ


Jeśli przedstawiciele reżimu mogą dziś uchodzić za rzeczników Ukrainy i przeciwników kremlowskiego satrapy, mamy do czynienia z tak niebywałym zjawiskiem, że nie sposób wyjaśnić go w racjonalnych kategoriach. Pokolenia przyszłych historyków i socjologów będą musiały zmierzyć się z odpowiedzią na pytanie - jak to możliwe, że najbardziej prorosyjska i regresywna grupa polityków, jaka kiedykolwiek pojawiła się w polskiej rzeczywistości, mogła uchodzić za formację „postępową” i „liberalną”? Uważam, że na miano „liberałów” bardziej zasługują peerelowscy towarzysze Olszowski i Grabski, niźli ludzie, którzy decydują dziś o polityce III RP.  Wielka w tym wina tzw. opozycji i związanych z nią mediów, że przez ostatnie osiem lat nie potrafiły pokazać oblicza tej obskuranckiej i twardogłowej zbieraniny.
Prowadzona od wielu miesięcy kampania medialna wykreowała owych „liberałów” nie tylko na  przeciwników Putina i koalicjantów europejskich „sił postępu”, ale sprawiła, że są postrzegani jako proamerykańscy i pro natowscy.
To już wizja bardzo niebezpieczna i byłoby prawdziwym nieszczęściem, gdyby w roku wyborczym politycy USA mieli zostać przekonani, że reżim Komorowskiego gwarantuje skuteczny opór przed zakusami Putina. W perspektywie procesów zachodzących w Ameryce (mocna opozycja Kongresu wobec Obamy) i bliskiego odejścia  najgorszego w dziejach prezydenta, takie okoliczności mają niezwykle istotne  znaczenie.
Poza tworzeniem fałszywego wizerunku, celem kampanii propagandowej jest wzbudzenie przeświadczenia, jakoby przedstawiciele reżimu mogli zapewnić Polakom bezpieczeństwo i byli gotowi bronić nas przed rosyjską agresją.
Czytelnikom tego bloga nie muszę wyjaśniać, że taka teza jest kompletnie nonsensowna - dla każdego, kto posiada wiedzę o rodowodzie PO i zachowaniach tej grupy przed, w trakcie i po zamachu smoleńskim. Jej niedorzeczność ujawnia się w polityce zagranicznej III RP, sprowadzonej do roli rosyjskiego konia trojańskiego, w decyzjach dotyczących energetyki, czy służb specjalnych, w obszarze wojskowości i kultury, w rozlicznych „strategiach” środowiska Belwederu, w setkach rozstrzygnięć politycznych i ekonomicznych. Trzeba byłoby zapomnieć o realiach lat 2008-2013, by uwierzyć, że tak prorosyjski reżim może być zdolny do zrzucenia niewolniczych pęt.
I jeśli możemy dziś mówić o zatrważającej skuteczności tej kampanii, to tylko dlatego, że większość naszych rodaków nie jest w ogóle zainteresowana przyszłością kraju lub nie potrafi sięgnąć pamięcią dalej niż w bieżący przekaz propagandy.
Wydawałoby się, że przypominanie prorosyjskich „dokonań” reżimu PO-PSL leży jednak w interesie opozycji i będzie podstawą każdej, racjonalnej kampanii wyborczej. To temat niewyczerpany i dostępny do eksploatacji przez wiele miesięcy. Nie tylko w kontekście Smoleńska, ale poprzez ukazanie, jak szkodliwe i groźne dla Polaków były decyzje podejmowane w imię utrwalania „przyjaźni polsko-rosyjskiej”. Tym bardziej, jeśli zagrożenia te nigdy nie zniknęły, a to, co robi reżim nadal sytuuje go w roli wykonawcy obcych dyspozycji.
W poprzednim tekście wskazywałem na priorytety interesów rosyjskich i niemieckich związanych z likwidacją polskich kopalni. Późniejsze wydarzenia potwierdziły intencje reżimowych graczy. By uniknąć nadmiernych emocji, ale też uchylić się od dosadnej krytyki, zaniechałem komentowania tego, co o tzw. porozumieniu z górnikami mówili  przedstawiciele „wolnych” mediów i politycy PiS.   
Uważam jednak za konieczne, by jasno i bez niedomówień postawić postulat arcyważny dla polskiego bezpieczeństwa i zrozumiały dla każdego, kto zna intencje naszych wrogów: trzeba uczynić wszystko, by w roku 2015 zamknąć granicę z Kaliningradem.
Na temat tego antypolskiego projektu pisałem już wielokrotnie i poniżej zamieszczam linki do niektórych tekstów. Nie będę więc przypominał rzeczy oczywistych ani po raz kolejny wyjaśniał – dlaczego zamknięcie granicy leży w polskim interesie.
W ostatnim czasie pojawiły się jednak dodatkowe argumenty, o których warto wspomnieć.

środa, 14 stycznia 2015

TO JEST MOMENT NA LARUM…


Jeśli w roku wyborczym grupa, zwana "rządem E.Kopacz" decyduje się rozpętać konflikt z górnikami i narazić na groźbę ogólnopolskich strajków, należy zakładać przynajmniej dwie okoliczności: 
- reżim posiada mocną gwarancję wygranych wyborów i nie obawia się eskalacji protestów,
- grupa E.Kopacz jest wykonawcą decyzji podjętych poza tzw. rządem.
Pierwsza teza znajduje silne uzasadnienie w dwóch obszarach: stabilnej praktyce fałszowania wyników wyborczych oraz w obliczu bezradności i porażającej słabości partii opozycyjnej. Dzisiejsze stwierdzenie E.Kopacz – „moim głównym celem jest zatrzymanie PiS w drodze do władzy” -  choć zawiera w sobie propagandową symulację (jakoby PiS miał szansę na przejęcie władzy), doskonale oddaje priorytety reżimu oraz ujawnia pewność, z jaką oczekuje on tegorocznych wyborów. Dodatkowym atutem władzy pozostaje medialny terroryzm i szczelna osłona ze strony funkcjonariuszy medialnych. Dzięki tym czynnikom, reżim może pozwolić sobie na ignorowanie głosu opinii publicznej i działania nieograniczone obawą utraty rządów.
Istotnym gwarantem bezkarności jest bez wątpienia postawa partii Jarosława Kaczyńskiego, której przedstawiciele nie tylko pozorują „walkę o władzę”, ale usilnie dbają, by nie przerodziła się ona w niekontrolowany wybuch społeczny i nie zakończyła obaleniem systemu III RP. Wyrazem tej postawy było m.in. wygaszenie krytyki związanej ze sfałszowaniem wyborów oraz skanalizowanie zarzewia buntu „pokojową manifestacją”.
Warto sobie uświadomić, że nie ma na świecie opozycji, która w arcyważnym roku wyborczym nie chciałaby maksymalnie wykorzystać równie dogodnej sytuacji, jak powstała podczas konfliktu rząd-górnicy. W tej sprawie można nie tylko odwołać się do każdego Polaka (co spełniałoby marzenia PiS dotarcia do mitycznego elektoratu centrum), ale stosować jak najcięższą i najcelniejszą broń krytyki i sięgać po dowolne narzędzia – włącznie z wezwaniem do strajków, aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa i ulicznych demonstracji. Jeśli mamy do czynienia z opozycją, która ucieka od realnej walki i koncentruje na werbalnych połajankach lub żałosnej „demokracji parlamentarnej”, zasadne wydaje się pytanie – czy partia pana Kaczyńskiego chce i potrafi przejąć władzę?  Logikę tego pytanie zrozumie każdy, kto działania PiS-u ocenia dziś w perspektywie skuteczności i dostrzega konsekwencje decyzji o wystawieniu posła Dudy w wyborach prezydenckich.
Kolejnym czynnikiem wzmacniającym gwarancje reżimu wydaje się postać obecnego przywódcy związku zawodowego „Solidarność”. Bojowa retoryka tego pana w żaden sposób nie odpowiada realnym efektom działań. Nie sposób zapomnieć o niezrealizowanych obietnicach protestów w związku z podwyższeniem wieku emerytalnego (a była to sprawa dla Polaków arcyważna) czy fiasku inicjatyw podejmowanych w ramach tzw. Platformy Oburzonych, gdy Piotr Duda wraz z Pawłem Kukizem słali kuriozalne listy do lokatora Belwederu, upatrując w nim niezależnego i życzliwego arbitra.
Ciepłe relacje szefa związku z Bronisławem Komorowskim są mocną przesłanką do sformułowania hipotezy, że również obecny konflikt może zakończyć się według scenariusza rozpisanego w Belwederze. Propagandowa projekcja o „łagodzącym konflikty” i „budującym w zgodzie” prezydencie, byłaby doskonałym uzupełnieniem kampanii wyborczej polityka PO. Ponieważ trwałość reżimu w żadnym stopniu nie zależy od roszad personalnych i nie ma nic wspólnego z grupą figurantów pod nazwą „rząd Ewy Kopacz”, nie wykluczam, że końcowym efektem eskalacji kryzysu może być wyłonienie wzmocnionego, przedwyborczego rozdania – z premierem Schetyną lub Siemoniakiem na czele. Wprawdzie dyscyplinujące zabiegi przyniosły już wiele korzystnych dla Komorowskiego rozstrzygnięć (wczoraj obietnicę zorganizowania i sfinansowania kampanii prezydenckiej), to w interesie środowiska  belwederskiego leży, by nad przebiegiem wyborów parlamentarnych czuwała ekipa ludzi całkowicie zależnych i oddanych reżimowi prezydenckiemu.

czwartek, 8 stycznia 2015

BEZ PYTAŃ - BEZ ODPOWIEDZI


Na pytania – która ze służb specjalnych III RP zajmuje dziś wiodącą pozycję, kto jest ich rzeczywistym decydentem i w jakim kierunku zmierzają projekty „reformatorów” służb, padłyby zapewne różnorodne odpowiedzi. Prawidłowa ocena sytuacji w tym obszarze, nie od dziś stanowi dla opozycji poważny problem.
Przez wiele lat publicyści i eksperci kojarzeni z PiS utrzymywali, że siła koalicji PO-PSL opiera się na „systemie Tuska” (to określenie zawarto w dokumentach programowych PiS), zaś w ostatnim okresie wszechwładnym decydentem służb specjalnych miał być szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz. Według błędnego wzorca - „systemu Tuska” oraz w perspektywie wszechwładzy jego ministrów, definiowano niemal wszystkie procesy zachodzące w służbach. Co więcej – o autorstwo tzw. reformy służb (w całości przygotowanej w środowisku Belwederu)  posądzano ludzi równie niekompetentnych, jak Cichocki, Siemoniak czy Sienkiewicz, zaś samą reformę, choć skrajnie niekorzystną i wymierzoną w grupę Tuska, okrzyknięto „rządową”.
Gdy w roku 2013 twierdziłem, że zapoczątkowane wówczas roszady zakończą się odejściem premiera i ujawnią rzeczywistych decydentów, były to tezy kompletnie odosobnione i tradycyjnie przemilczane. Mocnym preludium, zapowiadającym owe roszady była z całą pewnością tzw. afera podsłuchowa, w której ludzie bliscy kręgom belwederskim wystawili figurantów mających uwiarygodnić pochodzenie komprmateriałów wymierzonych w grupę rządzącą. Dozowanie materiałów powierzono środowiskom medialnym, czasem  pozornie dalekim od ośrodka belwederskiego. Funkcjonujące w przestrzeni medialnej opowieści o niezłomnych biznesmenach i kelnerach rzucających wyzwanie „systemowi Tuska”, trzeba oczywiście włożyć między bajki. Tzw. afera wyglądała na klasyczną kombinację, w ramach której asekurowany przez jedne służby biznesmen miał podżyrować pochodzenie nagrań, a następnie wiedzą na ten temat obciążyć ludzi z konkurencyjnych formacji. Taka zagrywka zapewniała bezpieczeństwo faktycznym decydentom i nie groziła kontrakcją ze strony dotychczasowego „zbrojnego ramienia” partii rządzącej.
Wydawałoby się, że ucieczka Tuska do Brukseli, odejście jego wszechwładnych ministrów i głęboka „reorganizacja” rządu PO-PSL wpłyną trzeźwiąco na środowisko opozycji i wywołają refleksję nad błędną metodologią.  Z każdym dniem, upływającym od powołania tzw. rządu Ewy Kopacz, tezy o potężnym premierze i jego wpływowych ministrach doznają przecież kompromitacji, zaś rzetelna refleksja byłaby wielce pożądana w okresie wyborczym. Nawet dla kompletnego laika jest oczywiste, że  ludzie służb specjalnych mają realny wpływ na procesy polityczne III RP i są aktywnymi graczami polskiej sceny.
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałbym dziś analizę, w której padłyby odpowiedzi na pytania zawarte na początku tekstu. Bez wyjaśnienia tak ważnych okoliczności trudno przecież prowadzić sensowne działania polityczne lub tworzyć strategię wyborczą.
Niestety, od czasu powołania grupy figurantów po nazwą rząd Ewy Kopacz, nikt nie próbuje rozwiązać tej intrygującej zagadki i nie zaprząta uwagi elektoratu rzeczami tak nieistotnymi. Nie dowiemy się zatem, czy nowym, potężnym decydentem w sprawach służb specjalnych jest powiatowa lekarka (oddelegowana obecne na stanowisko premiera III RP), czy może absolwentka ATK na stanowisku ministra spraw wewnętrznych? Czy służby wojskowe są nadzorowane przez Kolegium do Spraw Służb Specjalnych, czy też włada nimi były dyrektor programu I TVP?
Problem z odpowiedzią jest tym większy, że zgodny chór publicystów i polityków opozycji zapewnia nas o porażającej słabości i ułomności rządu Ewy Kopacz. Wprawdzie wśród dociekliwych obserwatorów taka teza może wywołać niebezpieczną refleksję i sprowokować pytanie – jeśli ów rząd jest tak niekompetentny, jak słaba musi być opozycja, która nie potrafi go obalić? – to opowieści o rządowych miernotach nie ułatwiają rozwikłania zagadki.
            We wrześniu ubiegłego roku napisałem na blogu, że z zainteresowaniem będę śledził zabiegi „wolnych” i „niezależnych” mediów, które rozpoczynały wówczas pogoń za nowymi królikami. Liczyłem bowiem, że chcąc usprawiedliwić fałszywe tropy, będą również zmuszone namaścić nowych decydentów, co w przypadku obecnego rozdania, nie może być rzeczą łatwą. Pojawiała się zatem szansa, że mimo wytężonej pracy ekspertów kojarzonych z opozycją, pytanie - kto jest rzeczywistym decydentem i kto rozdaje karty w sprawach polskiego bezpieczeństwa - zostanie jednak postawione, zaś środowisko opozycji będzie zmuszone udzielić sensownej odpowiedzi.

piątek, 2 stycznia 2015

ROK W KTÓRYM ZACZĄŁ SIĘ DŁUGI MARSZ


Przyjęło się wierzyć, że początek roku to dobry czas na formułowanie prognoz politycznych i kreślenie scenariuszy przyszłych wydarzeń. Tymczasem liczne wypowiedzi polityków, publicystów oraz tzw. ekspertów zdają się potwierdzać trafność opinii Zbigniewa Herberta, że „ignorancja ma skrzydła orła i wzrok sowy” i najchętniej stroi się w nienależne jej przymioty. Z tego bowiem, co można usłyszeć i wyczytać w mediach kojarzonych z opozycją, wyłania się obraz tak złowróżbny, że trzeba wielkiej dozy rozsądku, by nie ulec pokusie porzucenia wszelkiej nadziei.  
Z zasady (obowiązującej na tym blogu) nie zajmuję się analizą antysemantycznego pustosłowia i permanentnego fałszu.  Dlatego nie interesują mnie wytwory reżimowych ćwierćinteligentów ani oracje medialnych terrorystów. Jakąkolwiek wartość znaczeniową mogą mieć jedynie wypowiedzi osób, które powinny doceniać wartość słowa i wagę publicznych deklaracji. Ponieważ ta (coraz rzadsza) cecha ujawnia się wyłącznie wśród przedstawicieli środowiska opozycji, biorę pod uwagę opinie wygłaszane w tzw. wolnych mediach. I nie z powodu ich doniosłości, lecz dlatego, że mamy prawo oczekiwać, iż znajduje się w nich choćby cząstka prawdy i zarys niekłamanych intencji.
Kto zatem miałby za złe autorowi, że systematycznie „krytykuje opozycję”, powinien zrozumieć, że krytyczna postawa przystoi wobec tych, z którymi jeszcze wiążemy nadzieje, nigdy zaś wobec tych, którymi zaledwie gardzimy.
W niemal wszystkich noworocznych prognozach przewijają się dwie, podstawowe tezy: to będzie „rok przełomowy” oraz „zwycięstwo jest możliwe”. Obie równie optymistyczne i równie nieprawdziwe. Ich fikcyjność nie polega zaś na tym, iż roku 2015 nie wolno nazywać „przełomowym” lub należy odrzucić możliwość zwycięstwa opozycji, ale z tej przyczyny, że prognozy te całkowicie pomijają realia III RP, ignorują doświadczenia ostatnich lat i nie zawierają cienia refleksji nad wydarzeniami z ubiegłego roku. To zaś, co nie uwzględnia stanu faktycznego i ponad trudną prawdę przenosi partyjną kazuistykę lub interesy „niezależnych” mediów – nie może być uznane na wiarygodne. Nie można też podjąć trafnych decyzji ani osiągnąć wytyczonych celów, jeśli towarzyszy im błędna diagnoza rzeczywistości.
Nie chciałbym poszerzać tego tekstu ani zanudzać czytelników nadmiarem cytatów, dlatego proszę o przyjęcie „na wiarę” stwierdzenia, że obecne wypowiedzi polityków PiS i wywody przedstawicieli „naszego” środowiska w niczym nie odbiegają od rzeczy wygłaszanych przed wyborami prezydenckimi 2010, wyborami parlamentarnymi z 2011 i wyborami samorządowymi 2014 roku.  To najgorsza prognoza i rekomendacja.

środa, 31 grudnia 2014

ŻYCZENIA NOWOROCZNE


Wyborcom Prawa i Sprawiedliwości życzę, by umieli wymagać „więcej” od siebie i od tych, którzy mają ich reprezentować. 
Politykom partii opozycyjnej życzę odwagi przed długim marszem, ciężkiej pracy i ducha walki, kontrowersyjności w słowach i czynach - tak wielkiej, by poplątała drogi do kompromisów. 
Zacnym profesorom i ludziom nauki wspierającym dziś polskie sprawy życzę zdolności do odrzucenia zabobonów, zwątpienia w „mechanizmy demokracji”, wiary w moc słowa i prymat prawdy nad poprawnością. 
Publicystom "wolnych" mediów, by stali się głusi na przekaz propagandy, nauczyli mówić własnym głosem i zasmakowali w autentycznej niezależności. 
Blogerom i internautom, by umieli odsiewać plewy od ziarna, nie ulegli głosom stada i potrafili spojrzeć na świat własnymi oczami.

Puczymordom i małym demiurgom życzę, by stanęły im w gardle „papawerdy zakrapiane oblikatoryjnymi fąframi”, a na końcu swojej drogi zostali „starymi błaznami pełnymi fazdrygulstwa i gnypalstwa”.
Funkcjonariuszom ośrodków propagandy (nazywanych nie wiadomo dlaczego dziennikarzami), by każde kłamstwo i wyrządzona przez nich podłość obróciły się przeciwko nim, sprowadziły na nich gniew i pogardę, a ich życie zamieniły w piekło. 
Rządowym artystom, tzw. celebrytom i samozwańczym „autorytetom”, by utracili dary, których nie potrafili docenić, by pozbawiono ich mowy, zabrano talent i pomieszano zmysły. 
Piewcom "pojednania" polsko – rosyjskiego, by nie musieli dłużej odczuwać tęsknoty i odnaleźli swoje miejsce na nieludzkiej ziemi.
Wyborcom PO i apatrydom, by nikt się nad nimi nie pochylał, niczego im nie tłumaczył i nie otwierał im drzwi. 
Tym zaś, których „nawet nazywać nie warto” - by się bali.


Ludziom dobrym życzę - by potrafili się dobrem dzielić.
Prawym - by nigdy nie zmienili kierunku.
Uczciwym – by nie rezygnowali z bezcennego daru, nawet, gdy dla innych jest głupotą.
Mądrym życzę pokory, a pokornym – hardości serca.
Odważnym – rozwagi, rozważnym zaś – krzty szaleństwa.
Nam wszystkim – byśmy za rok mogli powiedzieć, że przeżyliśmy ten czas godnie.


wtorek, 23 grudnia 2014

POLSKIE WIGILIE


I

To było w sobotę 23 grudnia 1939 roku w Wigilię Bożego narodzenia, zgodnie z prawem kanonicznym, jeśli dzień Wigilii przypadał na niedzielę, przesuwano go na sobotę. Skuleni i otuleni czym się dało więźniowie szybko schodzili z nakazanego spaceru. W celach od rana trwały przygotowania do wieczornej, wigilijnej kolacji. […]Na dziedzińcu Niemcy ustawili dużą choinkę ― więc i oni przygotowywali się do świąt. Wysunęliśmy na środek stół, nakryliśmy czymś białym, było sianko i opłatek. […] O godzinie 17.00 wywołanych z cel dziesięciu więźniów wyprowadzono bez rzeczy osobistych i cieplejszego odzienia do ciężarowego auta. Podróż w eskorcie nie trwała długo. Do kirkutu było zaledwie kilkaset metrów. Podprowadzono ich do wcześniej wykopanych dołów. Egzekucję oświetlały reflektory ciężarowego samochodu. Echa wystrzałów dotarły nie tylko do Zamku, ale i gmachów starego miasta. Nazajutrz rano polscy strażnicy nie ukrywali prawdy. Wśród przetrzymywanych zakładników powiało grozą. Prawie już nikt nie miał nadziei na ocalenie...

Ksiądz Michał Słowikowski

Na placu apelowym hitlerowcy ustawili choinkę oświetloną elektrycznymi lampkami. Pod drzewkiem zostały złożone ciała więźniów zmarłych w czasie pracy oraz zamarzniętych na apelu. Lagerführer Karl Fritzsch określił leżące pod choinka zwłoki mianem "prezentu" dla żyjących i zabronił śpiewania polskich kolęd.

Karol Świętorzecki – Wigilia w Auschwitz - 24 grudnia 1940 roku


II

Szykowaliśmy się do wieczerzy wigilijnej, gdy prawie równocześnie z serią karabinową i dźwiękiem sygnaturki usłyszeliśmy ujadanie psów i podejrzane hałasy w pobliżu naszego domu. […] Chciałem uciekać przez pokój na wschód, ale okazało się, że drzwi do pokoju były zamknięte. Matka wcześniej odruchowo zamknęła je na klucz, który schowała w kieszeni, o czym w panice zapomniała. A na stole w zamkniętym pokoju leżała moja broń ...
O naszym życiu decydowały sekundy. Mordercy szli od południa więc szybko otworzyłem okno w kuchni wychodzące na północ. Wypychałem wszystkich kolejno. Zdążyliśmy. Wyskoczyłem jako ostatni i jeszcze przymknąłem za sobą okno. Z naszego podwórka uciekliśmy przez dziurę w płocie do obejścia sąsiada Ukraińca. Bez jego wiedzy skryliśmy się na strychu obory. Gdy wszyscy znaleźli się już na górze, wciągałem za sobą drabinę. [...]
W tej samej chwili wszystko się wyjaśniło. Łomem i siekierami napastnicy zaczęli rozbijać drzwi domu. Wdarli się do środka i szukali przede wszystkim domowników. Uratowało nas zamknięte okno, bo szukali tylko wewnątrz budynku. Słyszeliśmy ich głosy:
- Zdieś ich niet i zdieś ich niet.
Słyszalność tego wieczoru była doskonała. Słowa, odgłosy, strzały niosły się daleko z powodu zmrożonej pokrywy śnieżnej i kilkustopniowego mrozu. Słyszeliśmy jak bandyci szukając nas na strychu w sianie zaczepiali o blachę dachu, jak do siebie mówili.
W tym czasie z plebani dochodziły do nas wyraźne odgłosy rozbijanych drzwi i okien. Walenie siekierami przeplatało się z trzaskiem wyłamywanego drewna. Po jakimś czasie usłyszeliśmy straszliwy lament kobiet od Białowąsów „Głąbów”. Była tam babcia, matka, trzy córki i mieszkająca z nimi zaprzyjaźniona nauczycielka z Cebrowa. W czasie napadu uciekły na strych zamykając za sobą właz. Teraz paliły się żywcem, gdyż Ukraińcy podpalili ich dom. Tego wołania Boga i ludzi o pomoc opisać nie potrafię. To był jakiś koszmar. Chwilami dłońmi zatykałem uszy. Do końca życia nie zapomnę ich przerażonych, wręcz oszalałych z bólu krzyków. Kobiety te doznały piekła na ziemi.

Mieczysław Albert Krąpiec O.P.- Krwawa Podolska Wigilia w Ihrowicy w 1944 roku.

III

W nocy z 23/24 grudnia po ostrym pukaniu, ojciec otworzył drzwi naszego domu. Weszło dwóch uzbrojonych żołnierzy i UB-owiec w mundurze wojskowym. Doskoczyli do mnie, krzycząc, że jestem "bandziorem". Kazali się ubierać. Pożegnałem się z rodzicami i wyprowadzono mnie na drogę. Wtedy dopiero zobaczyłem, że dom otaczało kilkunastu żołnierzy. Do "Riwiery" byłem prowadzony pod lufą rewolweru UB-owca, za którym podążali żołnierze. Gdy mnie doprowadzono zauważyłem pilnowanego przez wartownika Szymka Stasika. Po pewnym czasie wzięli go na przesłuchanie. Po nim miałem iść ja. Przed wejściem zapytałem go czy biją. Odpowiedział mi tylko: "co sie bois, kiedyś po misjak!".
Na wstępie pouczono mnie, że mam trzymać ręce na kolanach i siedzieć spokojnie. Po spisaniu personaliów UB-owiec rozpoczął od pytania kto przylepił ulotkę i po co. Po kilku pytaniach ponownie wrócił do sprawy, ale już sugerując, że zrobiłem to ja. Zaprzeczyłem. Począł się odgrażać. Zza pieca wyciągnął "brocoka" czyli obłupionego z kory kija, kazał zrzucić kożuch i kłaść się na podłogę. Zawiązał mi głowę w kożuch i wsadził ją między swoje nogi. Zaczął mnie okładać kijem od kolan w górę. Nie pamiętam dokładnie, ale było około 15 uderzeń. Kiedy mnie uwolnił ponownie groził, że dostanę jeszcze lepiej, jak nie przyznam się do zarzutu. Jeden z żołnierzy śmiał się. "Masz ty twardą dupę" - powiedział. Leżałem potem na brzuchu, na gołej podłodze i nie mogłem zasnąć do rana. Tak rozpoczęła się moja Wigilia.

Franciszek Chowaniec Suchowion – Bukowina Tatrzańska 1946

piątek, 19 grudnia 2014

CZYM BYŁA AFERA MARSZAŁKOWA. ROLA B.KOMOROWSKIEGO


Afera marszałkowa – bo tak (od ówczesnej funkcji Bronisława Komorowskiego) nazwałem cykl wydarzeń z lat 2007-2008 jest „matką” wszystkich afer z czasów rządów PO-PSL. Powstały wówczas układ, oparty na relacjach służby-media-politycy stanowił fundament kolejnych patologicznych zdarzeń i do dnia dzisiejszego decyduje o przebiegu wielu procesów publicznych.
Kulisy afery marszałkowej nigdy nie zostały wyjaśnione i zdecydowana większość Polaków nie posiada żadnej wiedzy o jej przebiegu. Autor słów „muszę zobaczyć aneks przed publikacją” skutecznie uchylał od udzielenia odpowiedzi na pytania posłów Prawa i Sprawiedliwości, odmawiał stawienia przed Komisją Weryfikacyjną i wielokrotnie wykorzystywał swoją pozycję, by uciec od składania rzeczowych wyjaśnień.
Nad sprawą zaciągnięto tak szczelną zasłonę milczenia, że opinia publiczna nie miała możliwości zapoznać się z tematem nawet w trakcie kampanii prezydenckiej 2010 roku. Można przypuszczać, że gdyby afera marszałkowa została wyjaśniona, a jej mechanizmy ujawnione, zablokowałoby to dalszą karierę polityczną Komorowskiego i uniemożliwiło mu start w wyborach prezydenckich. Jest wielce prawdopodobne, że odsłonięcie patologicznych relacji już w roku 2008 uchroniłoby nas od niebezpieczeństw wywołanych wpływem „czynnika rosyjskiego” na życie polityczne, zapobiegło knowaniom w ramach konfliktu rząd-prezydent, a w rezultacie utrudniło lub wręcz udaremniło możliwość zastawienia pułapki smoleńskiej.
Przed ośmioma laty rząd Prawa i Sprawiedliwości podjął historyczną decyzję o likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, zaś Sejm zatwierdził prawo umożliwiające weryfikację oświadczeń żołnierzy tej służby. Pozwoliło to sporządzić dokument o nazwie „Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” opublikowany następnie w Monitorze Polskim, na mocy postanowienia Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z dnia 16 lutego 2007 r.
W Raporcie, korzystającym z wagi dokumentu urzędowego, zawarto opis dziesiątków wydarzeń, jakie miały miejsce na przestrzeni 15 lat istnienia WSI. Dokument wymienia setki nazwisk żołnierzy i funkcjonariuszy tej służby, nazwiska polityków, dziennikarzy i innych osób publicznych oraz wskazuje na stopień ich odpowiedzialności wobec prawa.
Nazwisko Bronisława Komorowskiego pojawia się na kartach Raportu blisko 60 razy i wymieniane jest w kontekście wielorakiej odpowiedzialności tego polityka.
Nakreślony w Raporcie wizerunek Bronisława w niczym nie przypomina obrazu „spokojnego konserwatysty” i  „męża stanu”, jaki próbują narzucić nam ośrodki propagandy III RP. To wizerunek człowieka, który od początków swojej politycznej kariery wspierał ludzi komunistycznych służb, generałów po moskiewskich uczelniach, żołnierzy wojskowej bezpieki, kursantów GRU oraz osoby oskarżane o korupcję lub współpracę z obcymi służbami. Jako wiceminister i szef resortu obrony Komorowski ponosił odpowiedzialność nie tylko za afery z udziałem ludzi WSI, nieudolność i brak profesjonalizmu tej służby, ale także za realizację polityki kadrowej, która pozwalała na zachowanie w strukturach Wojska Polskiego dominacji wyższych oficerów tzw. Ludowego Wojska Polskiego. Antoni Macierewicz podsumował kiedyś postawę Komorowskiego słowami: „Marszałek Komorowski przez lata chronił ludzi z WSI i powinien za to ponieść odpowiedzialność.”
Likwidacja WSI – tego „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa” (jak określił tę służbę prof. Andrzej Zybertowicz) sprawiła, że funkcjonujący dotąd triumwirat III RP oparty na relacji służby-biznes –politycy  został mocno zdezorganizowany i osłabiony.
Z tej przyczyny, jedynym z priorytetów rządu Donalda Tuska stało się przywrócenie wpływów środowiska WSI i powrót do wzorca służb ustalonego w roku 2004. Z chwilą przejęcia władzy przez PO, wszelkie działania rządu zostały ukierunkowane na zablokowanie procesu weryfikacji żołnierzy WSI, przejęcie nowopowstałych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego oraz pełną reaktywację komunistycznego układu. Tuż po powstaniu rządu nastąpiły czystki w służbach specjalnych, szykany wobec ich szefów, przesłuchania i represje wobec nowych funkcjonariuszy kontrwywiadu wojskowego. Kolejne miesiące przyniosły szereg zawiadomień do prokuratury przeciwko członkom Komisji Weryfikacyjnej oraz zawiadomień i pozwów wymierzonych w Antoniego Macierewicza.
W czerwcową noc 2008 roku, Sejm głosami obecnej koalicji uchwalił nowelizację ustawy o SKW i SW, która faktycznie zakończyła proces weryfikacji. W uzasadnieniu noweli napisano wprost: „Projektowane przepisy generalnie otworzą drogę żołnierzom zawodowym zniesionych Wojskowych Służbach Informacyjnych do „zagospodarowania ich” niezależnie od faktu czy Komisja Weryfikacyjna wyda, czy też nie, swoje stanowisko.”
Jednocześnie, na wszelkie sposoby utrudniano pracę Komisji Weryfikacyjnej, dyskredytowano i zastraszano jej członków, pomawiano szefa komisji, a wokół procesu likwidacji WSI wytworzono medialną atmosferę oskarżeń i klimat działań nielegalnych.
Pod koniec 2007 roku rozpoczęto kombinację operacyjną z udziałem ośrodków propagandy, ludzi WSW/WSI, szefostwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego - nazwaną przeze mnie aferą marszałkową.
Warto podkreślić, że przez pierwsze miesiące rozgrywania sprawy w obszarze publicznym funkcjonowała ona pod nazwą „afera aneksowa”. Wszystkie ośrodki propagandy, blogerzy oraz media kojarzone z opozycją zgodnie używały określenia, które było głównym przekaźnikiem dezinformacji. To określenie miało bowiem sugerować, że aneks do Raportu z Weryfikacji WSI stał się przedmiotem działań aferalnych, korupcyjnych. Takiej tezy dotyczyła "sztandarowa" publikacja gazety "Dziennik" z 19 listopada 2007 r. zatytułowana „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż” i opatrzoną nagłówkiem "Każdy może kupić tajne dokumenty". Kolejne publikacje umacniały takie przeświadczenie i stanowiły jeden z podstawowych elementów dezinformacji. Medialnym zwieńczeniem rzekomej „afery aneksowej” była publikacja Anny Marszałek, Michała Majewskiego i Pawła Reszki z kwietnia 2008 roku zatytułowana – „Kto gra aneksem Macierewicza?”. „Handel aneksem Macierewicza", w  której alarmowano: „Po Warszawie od wielu miesięcy biega przeszkolony w Moskwie oficer służb wojskowych, który oferuje sprzedaż aneksu o weryfikacji”.
Żadne z kłamstw rozpowszechnianych przez funkcjonariuszy medialnych nie znalazło potwierdzenia. Nigdy nie było „afery z aneksem”, nigdy też nie wykazano, by nastąpił przeciek z tego dokumentu. Wszelkie oskarżenia i rzekome dowody, o których miesiącami zapewniali nas żurnaliści i rezonujący im „specjaliści” z WSI okazały się fałszywe.
Określenie kombinacja operacyjna, zaczerpnięte z arsenału służb specjalnych, nie jest tu przypadkowe. Chodzi bowiem o cały zespół planowych działań, wzajemnie ze sobą powiązanych i podporządkowanych jednolitej koncepcji. Miały one na celu takie oddziaływanie na przeciwnika, aby przez wprowadzenie go w błąd lub wykorzystanie błędu doprowadzić go do z góry zakładanych zachowań, które umożliwią wykonanie określonych zadań operacyjnych.
Afera marszałkowa polegała zatem na działaniach zmierzających do uzyskania dostępu do tajnego uzupełnienia (aneksu) z Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy okazało się to niemożliwe, na skompromitowaniu członków Komisji Weryfikacyjnej oraz dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Działania te miały również na celu dezawuowanie treści zawartych w aneksie oraz uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI. Priorytetem kombinacji pozostawała osłona politycznego „patrona” wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.
18 października 2007r. „Gazeta Polska” zamieściła artykuł Leszka Misiaka zatytułowany „Komorowski i WSI”, w którym nawiązywano do wcześniejszej publikacji tygodnika „Wprost”. W artykule mogliśmy przeczytać o tajemniczym przyjacielu Komorowskiego, który w marcu 2004r. informował Leszka Misiaka o wypadku samochodowym, jakiemu uległ syn Komorowskiego. Dziennikarz napisał:
„W tamtym czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet spotkałem go przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to pułkownik WSI, były szef Zarządu I Szefostwa WSW Aleksander L”.
Ujawniając fakt wieloletniej znajomości Komorowskiego z płk L. dziennikarz zakończył pytaniem:„ Jaki interes miał wysoki rangą oficer WSI, by występować jako rzecznik Bronisława Komorowskiego? Co łączy czy łączyło obu panów? Czy była to znajomość prywatna czy też miała inny charakter? Te pytania chcieliśmy zadać marszałkowi Komorowskiemu.”
Komorowski nie znalazł wówczas czasu, by rozmawiać z "GP", zaś asystent marszałka kilkakrotnie przekładał termin wywiadu, odsyłając dziennikarza do sejmowego sekretariatu.
Kilkanaście dni później,  27 października 2007r. „Wprost” powiadomił że „Aneks do raportu komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych trafił już do prezydenta”. Poinformowano również, że „na najbliższy poniedziałek przed komisję został wezwany były minister obrony narodowej Bronisław Komorowski. Jego wezwanie ma związek z nielegalnymi podsłuchami stosowanymi przez funkcjonariuszy WSI w latach 2000-2001.”
W odpowiedzi na to doniesienie, Komorowski oświadczył: „są to próby podważenia mojej wiarygodności. Nie tylko próbuje się stworzyć sprawę nieistniejącą, bo żadnej inwigilacji opozycji, w czasach gdy ja byłem ministrem, w moim najgłębszym przekonaniu, nie było, ale również próbuje się stworzyć wrażenie, że jest o co mnie przesłuchiwać”.
30 października 2007r. w „Rzeczpospolitej” napisano: „Nazwiska Komorowskiego, Onyszkiewicza, Kalisza, Szmajdzińskiego i Rusaka znajdują się w aneksie do raportu o Wojskowych Służbach Informacyjnych”.
Antoni Macierewicz, pytany wówczas o powód wezwania przez Komisję tych osób, uzasadnił to następująco: „Ustalenia, które są w aneksie do raportu o WSI, wymagają, aby ci panowie się do nich ustosunkowali. Jeśli tego nie zrobią, to trudno, aneks i tak zostanie opublikowany”. Jednocześnie Macierewicz przypomniał, że po opublikowaniu Raportu z Weryfikacji WSI pojawiły się zarzuty, iż szereg osób nie miało możliwości złożenia wyjaśnień, a gdyby ją miały, to "sprawy byłyby inaczej opisane". Macierewicz zaznaczył więc, że „wszyscy wezwani przez komisję będą się mogli odnieść do dokumentów i informacji, na podstawie których aneks został napisany.”

niedziela, 14 grudnia 2014

DLACZEGO MILCZELIŚCIE ?


Jak to możliwe, że całe środowisko intelektualne, politycy i media kojarzone z opozycją, tak zgodnie przemilczały decyzję hierarchów o wycofaniu z Komitetu Honorowego wczorajszego marszu? W mediach, przyznających sobie miano wolnych i niezależnych próżno szukać komentarzy lub próby wyjaśnienia tej niezwykłej sytuacji. Milczenie jest tym bardziej niepojęte, że w wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego dla niezalezna.pl pojawiła się mocna i niepokojąca sugestia – „PO chce Kościół zastraszyć, pokazać, że ma stać po stronie władzy. Bo przy tej dynamice politycznej nie jest to trudne. Wystarczy by Kościół nie krytykował władzy, a już część społeczeństwa może odnieść wrażenie, że ją wspiera.”
Jeśli przywódca partii opozycyjnej mówi wprost o próbie zastraszenia Kościoła i zmuszenia hierarchów do „stania po stronie władzy”, dlaczego ten arcyważny temat nie staje się przedmiotem głębokiej refleksji wszystkich, którzy chcą bronić „wolności i demokracji III RP” ?
Zdaję sobie sprawę, że pytania dotyczące postaw polskich hierarchów pozostaną bez odpowiedzi. W środowisku związanym z opozycją nie ma woli zmierzenia się z tym problemem ani odwagi postawienia rzetelnej diagnozy. Jedyne, na co można liczyć poruszając dziś taki temat, to oskarżenie o „walkę z Kościołem” i zarzut „szkodzenia opozycji”.
Przed dwoma laty, gdy doświadczaliśmy „pojednania” z cerkwią Putina, mogłem jeszcze napisać: Nie ma dziś sprawy ważniejszej dla Polaków, jak głośne wykrzyczenie sprzeciwu wobec tego fałszywego aktu. Nie da się bowiem walczyć o prawdę bez wsparcia przywódców polskiego Kościoła i nie da się zachować polskości bez jej najważniejszego gwaranta. „Pojednanie” podpisane przez Kościół z wysłannikiem Putina - skazuje nas na przerażającą samotność. Tak wielką, jak zagrożenie, przed którym stoimy.
Dziś to słowa nieaktualne, bo wyrok samotności już zapadł i zagrożenie zmienia się w stan rzeczywisty.

Jeśli w niedalekiej przyszłości pojawi się pytanie – kto ponosi winę za polską „drogę do Cerkwii”, za stworzenie „kościoła belwederskiego” i pogardliwe pomieszanie dobra ze złem, trzeba pamiętać o tych, którzy z tchórzliwego milczenia uczynili cnotę rozwagi, a własny koniunkturalizm nazwali troską o Kościół.
Przyjdzie czas, gdy moi rodacy zapytają przedstawicieli patriotycznej opozycji i luminarzy wolnych mediów:
 - dlaczego milczeliście, gdy hierarchowie polskiego Kościoła nie reagowali na rozpętanie kampanii nienawiść wobec Lecha Kaczyńskiego, gdy przyzwalali na ordynarne ataki i kłamstwa reżimowych gadzinówek;
-  dlaczego milczeliście, gdy tuż po dojściu do władzy PO-PSL rozpoczęło się błyskawiczne „zbliżenie” hierarchów Kościoła z putinowską Cerkwią i nawiązanie kontaktów inspirowanych przez członków tzw. Grupy ds. Trudnych i dyplomatów z moskiewskiej ambasady;
- dlaczego milczeliście, gdy za zgodą polskich hierarchów na miejscu kaźni naszych oficerów w Katyniu stanął „Zespół Memorialny” i Cerkiew Zmartwychwstania Chrystusa, zbudowane za pieniądze koncernu  Rosnieft, zarządzanego wówczas przez oficera KGB - Sieczina ;
- dlaczego milczeliście, gdy ludzie mieniący się pasterzami nie odważyli się żądać wyjaśnienia przyczyn zamachu smoleńskiego, nie zabiegali o szacunek dla ofiar i obronę pamięci tych, którzy zginęli za Polskę;
- dlaczego milczeliście, gdy chwilę po narodowej tragedii ci sami hierarchowie nawoływali do „pojednania”  i podążając za retoryką Turowskiego „z krwi naszych rodaków” chcieli budować fundamenty „nowych relacji z Rosją”;
- dlaczego milczeliście, gdy prymas Muszyński znosił granice między katem i ofiarą i wołał, że „niewinnie przelana krew ofiar tego samego, nieludzkiego systemu, która wsiąkła w tę samą ziemię i dzieliła nas przez pokolenia, nie musi koniecznie dzielić, a może także łączyć”, gdy abp. Życiński życzył – „Krew naszych rodaków, która wsiąkła w ziemię rosyjską, na tym terenie, gdzie przedtem wsiąkała krew bohaterów rozstrzelanych za miłość do ojczyzny – niech z tej gleby wyrosną dojrzałe kłosy rodzące chleb pojednania”, gdy  kard. Dziwisz kłamał – „ukrywanie prawdy o niewinnie przelanej krwi nie pozwalało zabliźnić się bolesnym ranom. Tragedia sprzed ośmiu dni wyzwoliła wiele pokładów dobra, tkwiących w osobach i narodach”;
- dlaczego milczeliście, gdy hierarchowie Kościoła słali do Putina podziękowania „za życzliwość i wrażliwość rosyjskiego ludu”, a w tym samym czasie rosyjscy żołdacy niszczyli wrak samolotu, zacierali ślady po zamachu i kłamliwie oskarżali polskich pilotów? Milczeliście, gdy sekretarz Konferencji Episkopatu Polski. bp Budzik perorował, że „wspólne przeżywanie katastrofy, jaka wydarzyła się pod Smoleńskiem będzie nowym otwarciem, kamieniem milowym na drodze porozumienia i pojednania polsko-rosyjskiego” i przypomniał, że pasterze polskiego Kościoła „zinterpretowali tragiczne wydarzenia pod Smoleńskiem jako okazję do pogłębienia dialogu polsko-rosyjskiego”;
- dlaczego milczeliście, gdy rządowa instytucja powołana dla zadekretowania „przyjaźni polsko-rosyjskiej”, tzw. Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia otrzymała od Archidiecezji Warszawskiej luksusową siedzibę w warszawskim biurowcu Centrum Jasna;
- dlaczego milczeliście, gdy Prezydium Konferencji Episkopatu Polski, nawiązując wprost do obcej Polakom tradycji patriarchów moskiewskich, wystosowało do Bronisława Komorowskiego czołobitne homagium? Nigdy wcześniej w polskim Kościele nie było tak serwilistycznego aktu pochlebstwa, jaki zawarto w liście z dnia 5 lipca 2010 roku, gdy biskupi napisali do następcy Lecha Kaczyńskiego - „Wyrażając uznanie dla odniesionego sukcesu, pragniemy życzyć, aby podjęta odpowiedzialność owocowała działaniami realizowanymi w duchu najwyższych wartości. Niech dobry Bóg daje Panu Prezydentowi potrzebne siły i konieczne łaski dla owocnego wypełnienia tego zaszczytnego zadania. Polecamy Bogu osobę Pana Prezydenta, Jego Rodzinę i wszystkich współpracowników, życząc obfitości Bożych darów na lata szczególnej odpowiedzialności za Ojczyznę i wszystkich jej obywateli.
- dlaczego milczeliście w pamiętnym sierpniu 2010 roku, gdy podczas konfliktu wywołanego przez Belweder, hierarchowie potępiali „fanatyczną sektę broniącą krzyża”, mówili o szkodach „wyrządzanych przez tych którzy podawali się za obrońców Kościoła”, zaś wiernych, atakowanych i bitych przez sforę degeneratów, nazywali „zadymionymi PiS-em”? Ci, którzy miesiąc wcześniej słali homagium do Komorowskiego, mieli czelność pouczać Polaków w liście z 12.08.2010 r., że Krakowskie Przedmieście „stało się terenem gorszących manifestacji, wywołujących niepokój w całym kraju i zdumienie międzynarodowej opinii publicznej” i zgodnie z przekazem reżimowych mediów twierdzili, że „to nie jest spór religijny, tylko polityczny”, w którym obrońcy krzyża „są politycznym punktem przetargowym stron konfliktu”;
- dlaczego milczeliście, gdy w pierwszą rocznicę zamachu smoleńskiego, Polacy otrzymali od prymasa przestrogę, że nie zgadza się „na żadne upolitycznienie tego wydarzenia” i równie haniebne pouczenie, iż „na śmierci brata, siostry czy ojca nie możemy zbijać pseudokapitału politycznego” ;
- dlaczego milczeliście, gdy hierarchowie zapewniali wiernych, że „współpraca rządu i Kościoła układa się znakomicie”, gdy deliberowali o „wzajemnej autonomii i oparciu współpracy na zasadach demokracji”, by chwilę później, gdy reżim ujawnił zamiar likwidacji Funduszu Kościelnego, zaproponował wprowadzenie odpisu podatku na rzecz Kościołów oraz płatność składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne duchownych, ogłosić, że „rząd prowadzi wojnę z Kościołem”, wyzwać Polaków do „obrony chrześcijańskich wartości” i krzyczeć o „zmasowanym ataku na Kościół, który tchnie PRL, jakimś szukaniem wroga ludu”;
- dlaczego milczeliście, gdy w sprzeczności z faktami i prawdą historyczną, wspólny dokument rosyjskiej Cerkwi i Episkopatu Polski, był przedstawiany jako „akt historyczny, nawiązujący do Listu biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku”;
- dlaczego milczeliście, gdy polscy hierarchowie nie ustawali w peanach na cześć Cyryla- Gundiajewa i nazywali wysłannika Putina - „mężem opatrznościowym dla świata, Kościoła prawosławnego i naszych wspólnych kontaktów” oraz „świadkiem i prorokiem”, z którym Kościół podejmie wspólne dzieło ewangelizacji Europy”, gdy w sprzeczności z wiedzą o roli stalinowskiej Cerkwii i w oderwaniu od przeszłości agenta KGB „Michajłowa” gloryfikowali tę postać, według wzorca z wypowiedzi T. Turowskiego z  23 marca 2010 r.: „Nie do przecenienia jest rola, jaką w wymiarze pojednania narodów pełni obecnie Rosyjski Kościół Prawosławny, a zwłaszcza Cyryl I, patriarcha Moskwy i Wszechrusi. To osobowość charyzmatyczna”;
- dlaczego milczeliście, gdy 17 sierpnia 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, wysłannik Putina Cyryl – Gundiajew oraz przewodniczący KEP abp Józef Michalik podpisali akt polityczny inspirowany przez środowisko Belwederu - „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”, nazwane następnie przez Episkopat „najważniejszym wydarzeniem 2012 roku”;
- dlaczego milczeliście, gdy ten szalbierczy dokument, uwłaczający pamięci milionów naszych rodaków, zrównujący katów z ofiarami i zacierający granice dobra i zła - hierarchowie nakazali odczytać we wszystkich polskich kościołach;
- dlaczego milczeliście, gdy abp. Michalik, przeciwników „pojednania polsko- rosyjskiego” i krytyków paktu z Cyrylem  nazywał pogardliwie „marginesem”.
- dlaczego milczeliście, gdy we „wspólnym stanowisku” Episkopatu i Belwederu, ludobójstwo na Wołyniu nazwano „czystką etniczną” i w czerwcu 2013 roku podpisano „polsko – ukraińską deklarację o pojednaniu”, w której zawarto prośby o wybaczenie „za postawy tych Polaków, którzy wyrządzali zło Ukraińcom i odpowiadali przemocą na przemoc.” ;
- dlaczego milczeliście, gdy w śpiewniku uczestników  Orszaku Trzech Króli w Warszawie, hierarchowie dozwolili umieścić treść „Przesłania” lokatora Belwederu i zaprosili go na XVII Spotkanie Młodych Lednica 2000;
- dlaczego milczeliście w listopadzie 2013 roku, gdy Episkopat Polski wykonał „kolejny krok na drodze polsko-rosyjskiego pojednania” i  wespół z Belwederem ogłosił „nowy etap wzajemnych relacji”? W tym samym czasie cerkiewny „Światowy Rosyjski Sobór Ludowy”, kierowany przez Cyryla-Gundiajewa fałszował historię stosunków polsko-rosyjskich i oskarżał nas o „patologiczną nienawiść do Rosjan”;
- dlaczego milczeliście, gdy w przededniu agresji Putina na Ukrainę polscy hierarchowie w porozumieniu z Komorowskim zorganizowali wielodniowy spektakl propagandowy pod nazwą -  „Katolicko-prawosławna konferencja o roli Kościołów z Polski i Rosji w budowaniu przyszłości chrześcijaństwa w Europie”? W tym samym czasie Cyryl I odznaczał przywódcę Kremla za „bezprzykładne zasługi w odbudowie mocarstwowości Rosji” ;
- dlaczego milczeliście, gdy pasterze polskiego Kościoła otwierali wówczas „nowy etap dialogu polsko-rosyjskiego i katolicko-prawosławnego” i domagali się, by „przenieść go z oficjalnego hierarchicznego szczebla na poziom wspólnot kościelnych i społeczeństw”;
- dlaczego milczeliście, gdy zaledwie przed rokiem polscy biskupi twierdzili, że „przyszłość chrześcijaństwa zależy od narodów oraz Kościołów polskiego i rosyjskiego” i wespół z wysłannikami Putina chcieli prowadzić „misję ewangelizacyjną”, by „dawać wspólne świadectwo wartości chrześcijańskich w Europie i na świecie”;
- dlaczego milczeliście, gdy postać sowieckiego agenta i prześladowcy Polaków, hierarchowie nazywali „dramatyczną, czasami tragiczną”, gdy zapewniali o swoich modlitwach i zalecali Polakom „ducha współczucia”? Ludzie, którzy nigdy nie upomnieli się o godne pochówki rodaków zamordowanych w Smoleńsku, o cześć dla zbezczeszczonych i pozamienianych ciał - w obliczu śmierci sowieckiego arcyłotra kazali nam okazywać „szacunek dla śmierci, dla pogrzebu”;

Dlaczego milczeliście… mógłbym zapytać po wielokroć. Nie oczekując, że padnie odpowiedź.
Każdy dzień, jaki upływał od haniebnej daty 17 sierpnia 2012 roku utwierdzał mnie w przekonaniu, że za milczenie w obliczu historycznego zaprzaństwa, za setki wcześniejszych zaniechań - przyjdzie kiedyś zapłacić. Cena musi być o tyle wyższa, że milczenie to jest zjawiskiem stokroć groźniejszym niż decyzje reżimowych decydentów, niż kłamstwa propagandy, fałszowanie wyborów i wszystkie przykłady niszczenia iluzorycznej „demokracji III RP”. 
Cena musi być o tyle wyższa, że nie zapłaci jej nasze pokolenie, lecz ci, którym na gruzach „kościoła belwederskiego” przyjdzie odbudowywać wspólnotę narodu.