Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

czwartek, 2 lipca 2015

AGENTURA-WYCHOWANIE DO NIENAWIŚCI


GPU dokonało największego cudu wszechczasów. Zdołało zmienić naturę Rosjanina, bowiem po raz pierwszy w Rosji uznano donosicielstwo za cnotę, a funkcjonariuszy tajnej policji za bohaterów” – głosił w roku 1925 główny ideolog partii bolszewickiej Nikołaj Bucharin.
Donosicielstwo – uznane za synonim „uspołecznienia”, stanowiło jedną z podstawowych norm funkcjonowania systemu sowieckiego. Podniesione do rangi postawy chwalebnej i prospołecznej, stało się głównym czynnikiem ułatwiającym kontrolowanie i represjonowanie społeczeństwa. Sekretnyje sotrudniki (zwani seksotami) stanowili nieocenione „oczy i uszy” władzy komunistycznej, na nich również wspierała się działalność organów bezpieczeństwa. „Każdy pracujący jest funkcjonariuszem NKWD” – mógł deklarować Anastas Mikojan w przemówieniu z okazji 20-lecia istnienia służb sowieckich.
„Polskim komunistom” instalującym w naszym kraju zbrodniczy system, nigdy nie powiódł się zamysł stworzenia „społeczeństwa socjalistycznego”, w którym zdrada i donosicielstwo byłoby uznane za cnotę. Kolaboracja z bezpieką, donoszenie na sąsiadów i bliskich – zawsze uważane było za hańbiące i naganne. Donosicieli się bano, ale obdarzano ich pogardą, zaś ujawnienie zdrady groziło zwykle ostracyzmem i środowiskowym wykluczeniem. Nawet w latach największego terroru nie udało się zaszczepić Polakom norm „człowieka sowieckiego”. Zdecydowana większość odrzucała mentalność zdrajcy i gardziła seksotami bezpieki.
[…]
 „Cud wszechczasów”, którym chwalił się Bucharin dokonał się dopiero po rzekomym upadku komuny, gdy esbecy i ich pomagierzy przedzierzgnęli się w moralne „autorytety” i na mocy ustaleń okrągłego stołu, stali elitą nowego państwa. Z perspektywy ostatnich dwóch dekad, wyraźnie widać, że okres III RP uczynił w świadomości Polaków większe spustoszenie niż 50 lat sowieckiej indoktrynacji. Wprawdzie komunistom nie udało się zbudować społeczeństwa agenturalnego, to ich sukcesorom powiodła się próba uodpornienia nas na dżumę donosicielstwa.
Może właśnie „mit nieważności donosicielstwa” (jak celnie nazwał tę chorobę Waldemar Łysiak) – jest największym zwycięstwem komunistycznej zgrai i pośmiertnym tryumfem peerelowskich esbeków. To co nie udało się przez lata jawnej komuny, bez najmniejszego problemu narzuciły nam ośrodki propagandy i rzesze parcianych „autorytetów”.
Gdy Łysiak pytał - „Czy można unieważnić donosicielstwo? Usprawiedliwić czymkolwiek denuncjowanie kolegów, familiantów i ludzi mniej lub bardziej znajomych?” - jest to tylko pytaniem retorycznym, na które odpowiedź zna każdy obserwator życia publicznego.
Gdyby po roku 1989 nie można było „unieważnić donosicielstwa” - nie powstałbym żaden z rządów tego państwa, nie byłoby ministrów z przeszłością kapusiów ani prezydentów denuncjujących kolegów. Gdyby nie „unieważnienie donosicielstwa” - nie słuchalibyśmy ćwierćinteligentów obsadzonych w rolach autorytetów i nie czytali bełkotu seksotów nazywanych dziennikarzami. 
W roku 2008 autor „Mitologii świata bez klamek” mógł jeszcze napisać:
Autorytety” są  więc wśród nas, chwilowo pół anonimowe, bez szyldu TW. I coraz mniej boją się ujawnienia, gdyż wiedzą, że błogosławiony salonowy mit o nieważności kolaboracji i o chwalebnym męczeństwie kolaborantów nabiera rozpędu orlego. Jeszcze trochę, a donosicielstwo zostanie przez Salon zaliczone - jak niegdyś przez KGB na obszarze ZSRR - do kanonu cnót.”
Dziś to już słowa nieaktualne, bo rządzący III RP reżim przekroczył kolejne granice, nadając pospolitym kapusiom nimb cnoty, a nawet „opozycyjnego” bohaterstwa.
Być może kiedyś poważni socjologowie spróbują odpowiedzieć na pytanie – dlaczego Polacy zaakceptowali donosicieli na najwyższych stanowiskach i przyzwolili na rządy miernot, których jedynym atutem była kolaboracja z bezpieką? Skąd wzięło się to społeczne przyzwolenie na panoszenie kreatur, którym w czasach komuny nikt nie podałby ręki?
Będą musieli wówczas uwzględnić rolę byłych esbeków i zdefiniować mity funkcjonujące w polskim społeczeństwie.
To za sprawą ludzi „służb specjalnych” PRL wmówiono Polakom, że współpraca z organami represji była zaledwie „pomocnictwem w działalności polskich służb wywiadowczych”, a donoszenie na przyjaciół i znajomych „mieści się w granicach postawy obywatelskiej”. Posłużono się załganą logiką - skoro każdy z esbeków wiernie „służył Polsce”, ich seksotom przysługuje przecież miano patriotów.
Wprawdzie nietrudno dostrzec, że rozpowszechniając te łgarstwa, esbecy bronili własnych życiorysów i usprawiedliwiali służbę okupantowi, kłamstwo to jest najmocniejszym fundamentem współczesnej nieważności donosicielstwa.
Widząc kapusiów na najwyższych stanowiskach, oglądając ich codziennie w telewizji i czytając ich wytwory w prasie – większość Polaków jest gotowa wierzyć, że współpraca z bezpieką nie była niczym kompromitującym, a policja polityczna to zwykła instytucja porządku publicznego, nieróżniąca się od służb specjalnych działających w wolnym świecie. 
Z tej samej przyczyny obowiązuje mit, jakoby większość donosów była tylko nieszkodliwą makulaturą gromadzoną przez zapobiegliwych esbeków w celu „sprawozdawczości” i wykazania się przed zwierzchnikami. Sami zaś kapusie (dopiero pod wpływem niezbitych dowodów) przyznają, że – owszem donosili, ale nikomu nie zrobili krzywdy i nie pomagali bezpiece w prześladowaniu rodaków. Niemal każdy TW twierdzi, że jego współpraca była incydentalna, lub on sam nie miał wiedzy o zarejestrowaniu przez bezpiekę. Innym, powszechnym argumentem, jest wskazywanie na brak zobowiązania do współpracy lub brak pokwitowań odbioru wynagrodzenia, jako rzekomego dowodu niewinności. Esbecy z kolei bagatelizują najczęściej znaczenie tajnych współpracowników, lub insynuują, że dochodziło do fałszowania akt i nadużyć, a rola TW w ich pracy nie miała istotnego znaczenia.
Rozpowszechnia się też kłamstwa o „społecznej przydatności” donosicielstwa, sugerując jakoby miało ono służyć ochronie interesów gospodarczych, bezpieczeństwu zwykłych obywateli, a nawet bezpieczeństwu Kościoła i samego papieża – czym byli TW tłumaczą kapownictwo podczas pielgrzymek papieskich czy uroczystości kościelnych.
Do pospolitego donosicielstwa dorabia się nawet tanią ideologię, bredząc o „chęci niesienia pomocy”, „motywacjach patriotycznych” lub „prowadzeniu własnych gier z bezpieką”.
Wokół takich mitów toczą się typowe kampanie dezinformacyjne, budowane wokół tez o fałszowaniu dokumentacji operacyjnej (przede wszystkim agenturalnej) i powszechnych praktykach funkcjonariuszy, którzy wprowadzali w błąd swoich przełożonych, produkując teczki nieistniejących współpracowników. Tylko niewielu słuchaczy tych opowieści ma świadomość, że dotychczas nie stwierdzono choćby jednego ewidentnego przypadku sfałszowania dokumentacji agenta czy informatora.
[…]
O rzeczywistym znaczeniu agentury, musi świadczyć fakt, że organy bezpieki niezwykle serio traktowały „proces wychowawczy”, jakiemu poddawany był tajny współpracownik. Osoby podejmujące współpracę nie tylko instruowano, uczono określonych zachowań i procedur, ale poddawano wyjątkowej formacji mentalnej, czy, jak byśmy to dziś określili – praniu mózgu.
Ten szczególny proces, w największym stopniu świadczy o powielaniu sowieckich wzorców pracy z agenturą. Jest również dowodem, że narzucony z zewnątrz system dążył do stworzenia społeczeństwa agenturalnego, w którym donosicielstwo nie tylko miało być cnotą, ale rodzajem misyjnego powołania w służbie „ludowej ojczyzny”.
Posługiwano się przy tym całym arsenałem metod, począwszy od „wytworzenia atmosfery zaufania”, po prowadzenie szkoleń ideologicznych, stosowanie systemu nagród i kar. Każda z dyspozycji zawartych w instrukcjach operacyjnych bezpieki świadczy o doskonałej znajomości ludzkiej psychiki i podkreśla intencje towarzyszące tworzeniu sieci agenturalnej.
Określenie tajnego współpracownika mianem - wiernego, oddanego nam człowieka, użyte w pierwszej instrukcji operacyjnej z roku 1945, wynika najprawdopodobniej z tłumaczenia rosyjskiego rozporządzenia, na którym opierała się instrukcja. Bez wątpienia – właśnie ta nazwa najpełniej charakteryzuje ludzi podejmujących współpracę z reżimem i niezwykle trafnie oddaje istotę relacji łączących donosicieli z esbekami.  
[…]
W instrukcji z marca 1955 roku, zawarto natomiast definicję wychowania tajnych współpracowników. Dowiemy się, na czym polega proces wychowawczy i jakiego człowieka chciał uformować aparat represji. Jakkolwiek użyte w tekście sformułowania mogą dziś brzmieć anachronicznie, a nawet budzić uśmiech, nie należy zapominać, jaka rzeczywistość kryła się za tym moralizatorskim bełkotem. Dowodem, że nie były to czcze postulaty, są ofiary donosów TW i cierpienia tysięcy Polaków, którzy mieli nieszczęście doświadczyć efektów esbeckiego „wychowania do nienawiści”.
Instrukcja nr 04/55 o zasadach pracy z agenturą w organach bezpieczeństwa publicznego PRL stanowiła:
Wychowanie tajnych współpracowników polega na systematycznym wpajaniu im uczucia miłości do Polski Ludowej i nienawiści do jej wrogów (wytł.moje), jak również na przygotowywaniu agentury do wykonania trudnych i odpowiedzialnych zadań, zlecanych przez organy bezpieczeństwa publicznego.[…] Wychowanie ideologiczne winno uzmysłowić tajnemu współpracownikowi głęboki polityczny sens jego współpracy z organami bezpieczeństwa i otrzymywanych konkretnych zadań w walce z wrogami narodu polskiego, stworzyć i rozwinąć w nim poczucie współodpowiedzialności za stan bezpieczeństwa na konkretnym odcinku, uczynić z niego świadomego swej roli, aktywnego patriotę”.
[…]
Komunistyczna bezpieka werbowała donosicieli nie tylko w celu „realizacji zadań organów bezpieczeństwa”, lecz rozbudowie sieci agenturalnej towarzyszył swoisty zamysł wychowawczy. O ile w latach powojennych kładziono nacisk na „uświadomienie polityczne”, o tyle po roku 1956 można zauważyć, że akcenty położono głównie na „zacieśnianie więzi TW ze służbą bezpieczeństwa”. W praktyce oznaczało to najczęściej uzależnianie tajnego współpracownika od kontaktów z oficerem prowadzącym. 
Uzależnienie to mogło przyjmować różne formy, poczynając od utożsamiania się TW z zadaniami bezpieki, (co było postawą najwyżej ocenianą) po wytworzenie silnych relacji płatnik-wykonawca. W każdym przypadku stosowano bodźce psychologiczne – metodę nagród i kar, szantażu lub pochwały, które miały wychowywać TW i uzależniać go od współpracy z bezpieką. Warto zauważyć, że zawarty w instrukcjach nakaz „zjednywania tajnego współpracownika i wiązania go z nami” podyktowany jest głębszymi potrzebami, niż wynikałoby to z „realizacji zadań”.
System wychowawczy, stosowany przez aparat bezpieczeństwa szedł bowiem znacznie dalej i w swojej warstwie psychologicznej bardziej przypominał proces tresury i przysposobienia do niewolnictwa, niż kształtowania postaw przydatnych w pracy operacyjnej.
Tego rodzaju „dydaktyki” próżno szukać w dokumentach regulujących pracę innych wywiadów i kontrwywiadów. Po raz kolejny trzeba zauważyć, że nie ma na świecie służb specjalnych, które w swoich instrukcjach pracy operacyjnej zawierałyby nakaz „wpajania miłości” do „ludowej ojczyzny”, a jednocześnie „wychowywały do nienawiści”. Gdyby nie było dziesiątków innych argumentów na pozbawienie peerelowskiej bezpieki miana służb specjalnych, ten jeden jest wystarczający.
Sens takich określeń staje się zrozumiały dopiero w perspektywie celów, do jakich powołano te organy, czyli wówczas, gdy do działalności owych „służb specjalnych” przyłożymy miarę sowieckiego planu, w którym zniewolenie Polaków i stworzenie „społeczeństwa socjalistycznego” zajmowało poczesne miejsce. Tajny współpracownik SB miał nie tylko donosić na swoich bliskich, ale przede wszystkim - być narzędziem w procesie zaplanowanym przez okupanta. Stając się współpracownikiem organu represji, miał być narzędziem bezwzględnie podporządkowanym „sprawie socjalizmu”. Trwałość tego podporządkowania do dziś zatruwa polską rzeczywistość.
Nie jest prawdą, że „dydaktyczne” sformułowania zawarte w dokumentach normatywnych SB wynikały z ówczesnych „uwarunkowań politycznych”, z powszechnego stosowania języka komunistycznej nowomowy, lub, że są efektem sztucznego ideologizowania pracy bezpieki. Opracowania naukowe, podejmujące problematykę pracy z agenturą, pomijają zwykle ten wątek lub traktują „aspekt wychowawczy” marginalnie, jako uboczny produkt komunistycznej nomenklatury, niemający głębszego związku z pracą tajnych współpracowników.
Takiej klasyfikacji zjawiska przeczy obserwacja dzisiejszych zachowań i postaw ludzi, którym dowiedziono współpracy z bezpieką. Szczególnie tych, którzy zajmują eksponowane stanowiska i mają możliwość oddziaływania na sprawy polskie. Odczuwają oni nie tylko poczucie silnej więzi z rzeczywistością PRL (ujawniające się np. w relatywizowaniu zbrodni komunistycznych), ale stanowią najsilniejszą grupę broniącą interesów byłych esbeków i funkcjonariuszy partii komunistycznej. Niepojęte poczucie lojalności wobec magdalenkowych towarzyszy, czy histeryczną obronę ustaleń „okrągłego stołu”, trzeba widzieć jako oczywistą konsekwencję długoletniego „procesu wychowawczego”.
Ze wszystkich poleceń i instrukcji, jakie przewijały się przez dokumenty bezpieki wytworzone w czasie półwiecza działalności „służb specjalnych” PRL - ich funkcjonariusze najlepiej wykonali zadanie „wychowania do nienawiści”.
Dowodem dobrze wykonanej roboty, są setki donosicieli zaludniających dziś polskie życie publiczne. Postawy tych ludzi i prezentowany przez nich system wartości dowodzą, że nadal odczuwają najsilniejszą więź z „ludową ojczyzną” i są nierozerwalnie związani ze swoimi „panami” z bezpieki.
Konsekwencje „wychowania do nienawiści” odczuliśmy szczególnie po 10 kwietnia 2010 roku, gdy nienawiść do polskości sprowadziła śmierć na naszą elitę i znalazła finał w pułapce smoleńskiej.

***

Powyższy tekst składa się z fragmentów ostatniego rozdziału mojej książki „Bezpieka. O mitologii służb specjalnych PRL”, wydanej w roku 2013 przez Bollinari Publishing House.
Myślę, że podczas medialnej kampanii heroizowania rozmaitych donosicieli (np. casus TW Tamizy) oraz kreowania byłych esbeków na rzetelnych profesjonalistów i strażników bezpieczeństwa publicznego, warto przypomnieć niektóre zasady rządzące menażerią tzw. służb specjalnych PRL.

sobota, 27 czerwca 2015

ROSYJSKI ŚLAD

Informacja o zatrzymaniu oficera 36. specpułku, współpracującego z rosyjskim wywiadem, stanowi istotne uzupełnienie dotychczasowej wiedzy na temat tragedii smoleńskiej.
Zespół parlamentarny ds. zbadania przyczyn katastrofy od dawna wskazywał, że nad całym procesem przygotowania i przebiegu wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu czuwały rosyjskie służby specjalne.
Analiza poszczególnych wydarzeń poprzedzających Smoleńsk, nie pozostawia też wątpliwości, że mieliśmy do czynienia z celową, spójną i logiczną sekwencją, w której działania służb rosyjskich odgrywały zasadniczą rolę. Pytaniem otwartym pozostaje - na ile działania te były skorelowane z decyzjami politycznymi grupy rządzącej oraz z aktywnością służb specjalnych III RP?
Można wskazać przynajmniej  trzy wydarzenia o takim charakterze:
- 7 kwietnia 2009 roku podjęto decyzję o powierzeniu remontu Tu 154 M konsorcjum firm MAW Telecom Intl. i Polit-Elektronik – ściśle powiązanych z przemysłem rosyjskim. Wbrew wcześniejszym praktykom, remontu tupolewa dokonano w zakładach lotniczych Awiakor w Samarze, należących do przyjaciela W.Putina, Olega Deripaski. W raporcie zespołu parlamentarnego z roku 2013 stwierdzono,  że to „służby rosyjskie decydowały o tym, jakie firmy i w jakim zakresie będą przeprowadzały remonty najważniejszych polskich samolotów". Okazało się także, że SKW nie nadzorowały remontu tupolewa, a cała modernizacja była kontrolowana przez wywiad rosyjski. Pytany o to były wiceszef MON Marcin Idzik twierdził, że „podczas pobytu w Samarze jedna osoba nie opuszczała tego samolotu”, ale nie potrafił wskazać – kim była ta osoba i czy należała do 36. specpułku.
- Od września 2009 roku rząd Donalda Tuska współdziałał z władzami Rosji w celu rozdzielenia rocznicowych uroczystości katyńskich. Przez wiele miesięcy toczyła się gra, w której uczestniczyli przedstawiciele polskiej dyplomacji, szefowie rządów Polski i Rosji oraz ambasada rosyjska w Warszawie.
- Organizację wizyty polskiego prezydenta powierzono komunistycznemu agentowi Tomaszowi Turowskiemu – byłemu oficerowi Wydziału XIV Departamentu I Służby Bezpieczeństwa PRL. Turowski został zatrudniony w MSZ 14 lutego 2010 roku i już następnego dnia udał się do Moskwy, gdzie - jako kierownikowi wydziału politycznego ambasady RP – powierzono mu zadanie zorganizowania uroczystości w Katyniu. Jeśli T. Turowski był w tym czasie funkcjonariuszem lub tajnym współpracownikiem Agencji Wywiadu (na co wskazuje szereg przesłanek), decyzja o skierowaniu go do Moskwy musiała być konsultowana z szefostwem tej służby, a rodzaj powierzonego mu zadania mógł dotyczyć funkcji łącznika ds. kontaktów ze służbami Federacji Rosyjskiej.
W kontekście informacji o rosyjskim szpiegu ulokowanym w 36. Pułku Specjalnym, warto też przypomnieć o kilku innych faktach, mogących mieć związek z zamachem smoleńskim.
Na krótko przed wizytą w Katyniu, 6 kwietnia 2010 r. na polecenie szefa techniki lotniczej 36. Specjalnego Pułku nakazano zmianę konfiguracji wnętrza samolotu z 90 na 100 miejsc dla pasażerów. Była to zmiana nielegalna, nieuzgadniania z producentem, po której nie dokonano wyważenia samolotu. Przebudowa dotyczyła trzeciego salonu, w którym, podczas lotu do Smoleńska znaleźli się generałowie WP. Według ekspertyzy sporządzonej przez dr Grzegorza Szuladzińskiego, to w śródpłaciu samolotu, w bezpośrednim sąsiedztwie salonki numer trzy (lub nawet w samej salonce)  doszło do drugiego, decydującego wybuchu.
Kilka dni później, 9 kwietnia 2010 w bazie lotniczej na Okęciu nastąpiła awaria i przez dwa dni nie działał system elektronicznych przepustek. Dowództwo Sił Powietrznych tłumaczyło incydent „wymianą serwera”. Zdaniem pilotów, taka sytuacja stwarzała ryzyko wejścia na teren bazy osób nieuprawnionych.
36 Pułk Specjalny i służący w nim lotnicy, byli też przedmiotem szczególnego zainteresowania ze strony Rosjan, polskojęzycznych ośrodków propagandy i rządu Donalda Tuska. Opinia publiczna była m.in. dezinformowana doniesieniami o istnieniu w pułku „tajnej instrukcji”, która miała zakładać, że lądowanie na lotnisku zapasowym mogło odbyć się tylko za zgodą "głównego pasażera". To wśród ludzi z 36 specpułku poszukiwano winnych tragedii smoleńskiej, obwiniano i szkalowano załogę tupolewa, zarzucając jej słabe wyszkolenie czy nieznajomość języków. Pierwsze zarzuty w sprawie Smoleńska prokuratura wojskowa postawiła szefowi jednostki - płk Ryszardowi Raczyńskiemu oraz oficerowi dowodzącemu eskadrą tupolewów. Pilotom służącym w jednostce stawiano też „zarzuty korupcyjne”, dotyczące rzekomego wyłudzania diet, winiono ich za szereg zaniedbań i łamanie procedur.

wtorek, 23 czerwca 2015

BEZ ZNIECZULENIA

Jeden z głównych zarzutów, jaki luminarze „wolnych” mediów stawiali wyborcom PO dotyczył bezrefleksyjnej, bezkrytycznej  postawy wobec poczynań reżimowych polityków oraz ulegania zbiorowym halucynacjom i medialnym oszustwom. Idiotyczny termin „leming” (uknuty chyba tylko po to, by zafałszować dychotomię My-Oni i oswoić nas z groźną obecnością apatrydów) miał dotyczyć bezmyślnych wyznawców propagandowych haseł, czcicieli przaśnej politpoprawności, ludzi wyzbytych własnych poglądów i trwałych zasad.                          
Do tych (skądinąd słusznych) określeń, dodałbym rys zasadniczy – wyborcy Platformy nie stawiają swoim faworytom żadnych wymagań, nie oczekują od nich wysiłku ni pracy, nie oceniają poprzez pryzmat dobrych decyzji, konsekwencji w działaniu , wierności hasłom czy zwykłej przyzwoitości. Norma – „mieć święty spokój” zastępuje wszystko, co stanowi powinność człowieka rozumnego, zaś odwołanie do zbiorowej hipnozy i uleganie najniższym instynktom, staje się podstawowym gwarantem „wspólnoty”.
Jest w tym spuścizna mentalności niewolniczej, mającej swój wzorzec w hierarchii społeczeństwa skomunizowanego, w którym każdy „wybraniec ludu”, namaszczony przez kompartię na „przedstawiciela władzy”, był wyłączony z ocen moralnych, politycznych i prawnych.  
Tej właśnie mentalności zawdzięczamy, że od ośmiu lat rządzą Polakami ludzie, którym żaden uczciwy człowiek nie podałby ręki i nie wpuścił ich za próg własnego domu. Tych ludzi nie tylko nazywa się politykami, ale wbrew elementarnym przymiotom rozumu, obdarza zaufaniem, uwagą i szacunkiem.
Brak wymagań wobec owej „klasy politycznej”, niezdolność do samodzielnych ocen i formułowania roszczeń - najmocniej dowodzi fikcyjności „demokracji III RP” i rozbija w pył mitologię „społeczeństwa obywatelskiego”.
Cecha przypisana wyznawcom PO jest bowiem tak dalece powszechna i uznawana za „normę”, że również ci, którzy mienią się opozycją i wyrażają sprzeciw wobec poczynań reżimu, ulegają jej bezrefleksyjnie. Jakkolwiek oburzą się wyborcy PiS-u – ten polityczny infantylizm, demagogiczne zaślepienie i rezygnacja z własnej refleksji, są często wspólnym mianownikiem obu elektoratów. Jeśli nawet przyczyny zachowań są różne i w przypadku środowisk opozycyjnych wynikają najczęściej z potrzeby posiadania autorytetów, identyfikacji z postawami patriotycznymi, zaangażowania lub troski o polskie sprawy, nie zmienia to faktu, że wyborcy PiS nie chcą lub nie potrafią traktować polityków tej partii, jako adresatów konkretnych roszczeń i  wyrazicieli  naszych dążeń i postulatów.  
Dominuje raczej postawa akceptacji dla wszelkich decyzji i ocen, wiara w dobrą wolę polityków PiS, bezgraniczna ufność, a nierzadko  - groteskowa hołdowniczość i gloryfikacja. Panuje również przekonanie, że wśród polityków partii pana Kaczyńskiego znajdują się osoby o najwyższych standardach moralnych i intelektualnych, działające zawsze „dla dobra ogółu” i „w imię wyższych racji”. Każda decyzja, oświadczenie lub deklaracja są wówczas odbierane w kategoriach niepodważalnych dogmatów, zaś postaci reprezentujące PiS urastają do rangi politycznych herosów i mężów stanu.
Jeśli nawet te, i wiele podobnych zabobonów bywa obalanych dowodami zaprzaństwa, głupoty lub prywaty, w najmniejszym stopniu nie wpływa to na otrzeźwienie i nie wywołuje zmiany tak chorych relacji.
Nazywam je chorymi, bo nie znajdują żadnego uzasadnienia w świecie autentycznej wolności i prawdziwych reguł demokracji ( o których istnieniu zapewniają nas sami politycy PiS) i prędzej wywodzą się z mentalności sowieckich rabów niż świadczą o rozumnym pojmowaniu naszych praw i powinności. Po stokroć nazwę je chorymi, bo przyczyniają się raczej do skarlenia i deprecjacji owej klasy politycznej niźli prowadzą do społecznego dobra.
Nie ma nic bardziej demoralizującego dla polityka, jak peany ze strony wyborców i nie ma postawy głupszej, jak rezygnacja z prawa do samodzielnych ocen i krytycznego myślenia.
Prawem wyborców jest wymagać od tych, którzy za niemałe pieniądze i równie wielkie zaufanie, chcą uchodzić za reprezentantów naszych interesów. Takim politykom trzeba uświadamiać, że biorąc owe pieniądze i strojąc się w szaty „przedstawicieli patriotycznej części społeczeństwa”, winni przede wszystkim słuchać, uczyć się i ciężko pracować – na rzecz tych, którzy wywindowali ich na te pozycje. Jeśli się nie żąda, nie stawia wymagań i twardych warunków, lecz ucieka od refleksji i odważnych ocen – świadczy to o obojętności, głupocie lub skrajnym infantylizmie. Takim ludziom polecam myśl mistrza Henryka Elzenberga, który napisał kiedyś, że surowość jest wyrazem szacunku, wyrozumiałość zaś - lekceważenia.

wtorek, 16 czerwca 2015

ANEKS I BÓL EGZYSTENCJALNY


Jest pewne, że tożsamość gen. Dukaczewskiego na wieki wieków będzie wypełniona istotnym elementem – bólem egzystencjalnym po utracie WSI. No trudno, gen. Dukaczewski będzie się musiał z tym pogodzić – był szefem WSI, ale WSI zostały zlikwidowane, w mojej ocenie zresztą za późno. Zachowanie zdrowego dystansu do formacji, w której się pełni lub pełniło służbę, jest warunkiem zachowania zdrowia psychicznego, i to radzę gen. Dukaczewskiemu. Nie wszystko, co robiły WSI, było świetne, profesjonalne. Wysoki profesjonalizm WSI to mit” – mówił w czerwcu 2011 roku płk Grzegorz Reszka, były p.o. szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, w wywiadzie udzielonym „Gazecie Polskiej”.
Od dnia klęski wyborczej lokatora Belwederu, ów „egzystencjalny ból po utracie WSI” stanie się nieodłącznym towarzyszem całego środowiska byłych służb wojskowych oraz dziesiątków tajnych współpracowników i medialnych „sierot” po WSI. Porażka politycznego patrona tej formacji oznacza bowiem, że nie ma szans na uchwalenie nowelizacji ustawy - przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego, według projektu MON z 16 października 2012 roku.
Przypomnę, że projekt ten powstał w związku z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27 czerwca 2008 r. (sygn. akt K 51/07), w którym trybunał orzekł o niekonstytucyjność art. 70a ustawy, dotyczącym sporządzenia przez Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI. Zdaniem TS, poprzednia ustawa nie gwarantowała zainteresowanym osobom dostępu do akt sprawy, odmawiała prawa do wysłuchania w przedmiocie zebranych informacji oraz nie zapewniała środków prawnych umożliwiających uruchomienie sadowej kontroli decyzji o podaniu do publicznej wiadomości danych osobowych objętych Raportem Komisji Weryfikacyjnej.
Od 2012 roku projekt noweli służącej „określeniu na nowo procedury weryfikacji treści raportu” był przedmiotem rozlicznych ustaleń i konsultacji, do których zaproszono też stowarzyszenie „SOWA”, reprezentujące byłych żołnierzy WSI. Środki prawne przewidziane w nowelizacji miały ułatwić ponowną weryfikację żołnierzy i funkcjonariuszy oraz przygotować ewentualne „uzupełnienia” raportu. Dla osób „pokrzywdzonych” „raportem Macierewicza” (tak w projekcie noweli nazywano dokument przyjęty postanowieniem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z 16 lutego 2007 i ogłoszony w Monitorze Polskim nr 11) przewidywano nadzwyczajne sądowe postępowanie rehabilitacyjne.
Nim pojawił się projekt MON, środowisko byłych WSI prowadziło ożywioną „działalność lobbingową”.  
W liście z maja 2011 roku skierowanym do Donalda Tuska, gen. Marek Dukaczewski pisał: „Pragnę podkreślić, ze do chwili obecnej nasze problemy nie zostały rozwiązane mimo deklaracji przedwyborczych partii Pana Premiera oraz oburzenia wyrażonego w tzw. "Antyraporcie", jak również mimo uchwalenia przez posłów Platformy Obywatelskiej zmian w ustawie znoszącej WSI w dniu 25 lipca 2008 r., która nie uwzględnia zapisów zawartych w wyrokach Trybunału Konstytucyjnego”. Miesiąc później, Dukaczewski w piśmie do premiera wyraził nadzieję, że „sprawa skrzywdzonych przez Raport Antoniego Macierewicza i Komisje Weryfikacyjną żołnierzy i pracowników WSI zostanie w końcu rozwiązana zgodnie z zasadami obowiązującymi w demokratycznym państwie”.
Warto zauważyć, że pretensje byłego szefa WSI do ludzi  Platformy Obywatelskiej, były mocno niesprawiedliwe. Wprawdzie brylujący wówczas w rządowych mediach, M. Dukaczewski tworzył  obraz całkowicie odmienny od faktów i twierdził, że „oficerowie WSI znaleźli się w drugim obiegu, potraktowano ich bardzo źle, wielu ma problemy ze znalezieniem pracy, mają negatywne sygnały w swoich środowiskach, w swoich rodzinach”, to oficjalne statystyki przeczyły tym słowom. Od chwili powstania, rząd D. Tuska szczególnie zabiegał o reaktywację wpływów WSI i przywrócił do służby wielu żołnierzy i funkcjonariuszy tej formacji.

środa, 10 czerwca 2015

NOWE ROZDANIE – W DRODZE DONIKĄD

 -„Chcę tylko wyrazić swoje oburzenie, podzielane jak myślę przez miliony Polaków, wobec władzy, która nas lekceważy i ma za nic. Zrobili nam kino, Disneyland, a od pewnego czasu mam wrażenie że oglądamy tylko jedną kreskówkę, jak Kaczor z Donaldem łapią się za dzioby, my z tego kina wyjść nie możemy i każą nam za to płacić”.
- „Co za różnica, kto rządzi czy raczej - „nie-rządzi”. Massmedia zmuszają nas do opowiadania się tylko za złym „Kaczorem” lub dobrym Donaldem”.
- „To wszystko -to ten sam teatr, ci sami aktorzy komedii politycznej – od 22 lat. Czasem zmienią maski i stroje lub nawet odważnie stwierdzą, że inną sztukę grają. Ale to ta sama komedia, re-adaptowany dramat lub „wojna domowa -trochę na gesty, trochę na słowa”- bez żadnego kroku naprzód”.
- „A ja wiem jedno, gdyby Kaczor zniknął to Donald, by go sobie wymyślił. I odwrotnie. Bo to jest system naczyń połączonych, który działa w myśl zasady "dziel i rządź"!
- „Poszczególne partie polityczne różnymi sposobami starają się umacniać swoją pozycję w mediach, także publicznych, aby móc je wykorzystywać w swoich celach propagandowych, wykazują jednak niewiele troski o to, aby media publiczne służyły społeczeństwu, jego edukacji i kulturze”.
- „Panowie Politycy – Panowie Posłowie –Panie Prezydencie. Jest jeszcze Naród – są Obywatele. Dopóki oni są – jest Polska. Inicjujemy budowę prawdziwego Państwa Obywatelskiego”.
 - „My już wygraliśmy; wygramy jesienią, zmienimy konstytucję i przywrócimy Polskę obywatelom".
- „Nic się nie zmieni, jeśli najbliższe wybory wygra PiS. Poza tym ja nie wiem jakie są intencje Kaczyńskiego. Czy intencją Kaczyńskiego jest naprawa Rzeczpospolitej czy intencją Kaczyńskiego jest spacyfikowanie i zemsta na Tusku. Nie wiem. Czasem odnoszę wrażenie, że to drugie”.
- „Czy rzeczywiście pan Kaczyński chce wygrać wybory, czy naprawdę chce rządzić naszym krajem? Czy przypadkiem nie woli być męczennikiem opozycji”.

Znawcom „myśli politycznej” pana Pawła Kukiza oraz piewcom jego antysystemowości, proponuję rozstrzygnąć – które w powyższych cytatów są autorstwa ich idola, które zaś należą do twórcy „Samoobrony” (z dzieła A. Leppera “Każdy kij ma dwa końce. Nowa droga dla Polski”) i do Ryszarda Opary- australijskiego biznesmena i właściciela portalu „Nowy Ekran”. Dla ułatwienia dodam, że w tym skromnym zestawieniu cztery wypowiedzi są autorstwa muzyka zespołu „Piersi”.
Przyznam, że gdy po raz pierwszy usłyszałem przedwyborcze dywagacje Kukiza, doznałem nieodpartego wrażenia, że oto wróciliśmy do roku 2011 i projektu budowy „trzeciej siły”, realizowanego wówczas nieudolnie przez środowiska „ludowych oficerów”, przy udziale „Nowego Ekranu”. Wrażenie było tym mocniejsze, gdy powróciłem do moich ówczesnych tekstów na ten temat i porównałem retorykę „kukizowców” z wypowiedziami członków „Samoobrony” oraz z tekstami blogerów „Nowego Ekranu”.
A ponieważ język jest najważniejszym atrybutem i pozwala dostrzec wiele istotnych różnic lub podobieństw, nie mam cienia wątpliwości, że również dziś mamy do czynienia z kombinacją służącą kreowaniu fałszywej opozycji. Opiewana zaś w „wolnych mediach” antysystemowość P. Kukiza jest tej samej miary, jak antykomunizm Komorowskiego, prawicowość Giertycha, czy prawdomówność D.Tuska.
Tego typu inicjatywy, podejmowane zwykle na kilka miesięcy przed wyborami, wpisują się w szereg podobnych akcji przeprowadzanych w przeszłości, których celem była dezintegracja środowisk opozycyjnych lub uszczuplenie elektoratu partii zagrażającej reżimowi. Sposób budowania tych inicjatyw oraz autorament postaci, działających zwykle w tle owych „naturalnych procesów politycznych”, pozwalał rozpoznać w nich typowe kombinacje operacyjne z udziałem ludzi związanych ze służbami III RP lub z peerelowską bezpieką.

czwartek, 4 czerwca 2015

O SKAZIE PIERWORODNEJ III RP

„To co się działo w 1989 r. nie miało nic wspólnego z wyborami i w tamtym czasie wszyscy to jeszcze nie tylko rozumieli ale i głośno mówili, nawet zwolennicy tej operacji. Po latach jednak sejm RP przyjmuje uchwałę nazywającą wydarzenia 1989 r. ‘wolnymi wyborami’. Ta operacja językowa jest niesłychanie ważna i groźna zarazem. Dla ludzi Platformy Obywatelskiej wywodzących się z ugrupowania powstałego przy okrągłym stole i z niego czerpiących swoje siły fikcja demokracji u źródeł III RP jest przesłanką usprawiedliwiającą ograniczenie, a nawet likwidację demokracji obecnie. Platforma wychodzi bowiem z założenia, że społeczeństwo, które nie potrafiło wywalczyć demokracji i niepodległości, a następnie pogodziło się z ich fikcją da sobie odebrać istniejące wciąż namiastki demokratycznych instytucji” -  stwierdził Antoni Macierewicz w referacie wygłoszonym w grudniu 2009 roku, podczas konferencji zorganizowanej przez Annę Walentynowicz.
„Wielka inscenizacja” z 1989 roku stała się podstawą wszystkich procesów politycznych „nowego” państwa i pozwoliła zastąpić autentyczną demokrację agenturalno-esbeckim erzacem. Nawiązywała wprost do tradycji sfałszowanych wyborów z roku 1947, z których komunistyczni najeźdźcy wywodzili prawo do rządzenia Polakami. Uległa jednak dość istotnej modyfikacji, bo w odróżnieniu od spektaklu z 1947, obecna koncepcja legalizacji komunizmu stworzyła mit założycielski oparty na dogmacie „porozumienia” koncesjonowanej opozycji z przedstawicielami reżimu.
Dwa lata po zakończeniu II wojny światowej, agentom komunistycznym nie powiódł się podobny „kontrakt wyborczy”. Wbrew ich rachubom, Stanisław Mikołajczyk odrzucił wówczas propozycję stworzenia „wspólnego bloku wyborczego”, w którym PSL (podobnie jak PPR i współpracujące z komunistami  SL i PPS) miałoby przydzielone 20 procent mandatów.
W roku 1947 wybory kontraktowe były dla wysłanników Stalina najkorzystniejszym rozwiązaniem i mogły stanowić mocny argument na rzecz legalizacji okupacji sowieckiej. Sprzeciw PSL-u zmusił jednak komunistów do sięgnięcia po rozwiązania sowieckie i zorganizowania ponurego spektaklu, zwanego wyborami powszechnymi. W świadomości Polaków zapisały się one jako akt historycznego fałszerstwa i na kolejne dziesięciolecia zdecydowały o tym, że jedynym źródłem władzy komunistycznej w tzw. Polsce Ludowej, była zdrada, przemoc i kłamstwo, wsparte na dyktacie Józefa Stalina.
Rok 1989 przyniósł zatem całkowicie nową jakość w procesie konwalidacji komunizmu. Porozumienie samozwańczych „przywódców opozycji” z grupą esbeków i partyjnych dygnitarzy, stworzyło fundament, o jakim 50 lat wcześniej wysłannicy Stalina mogli tylko pomarzyć.

środa, 27 maja 2015

NIEBEZPIECZNE PYTANIA


Mądrzy ludzie powiadają, że zadawanie pytania  – „dlaczego”, jest rzeczą wyjątkowo niebezpieczną. Nie tylko wówczas, gdy wywołuje gniew osobników prymitywnych lub irytuje nadętych pyszałków, ale szczególnie, gdy stawia nas wobec problemu, który chcielibyśmy ominąć lub w ogóle go nie dostrzec. Od końca Średniowiecza, gdy nastąpił upadek życia umysłowego, pytanie to bywa skwapliwie omijane również przez świat nauki (wybitni głupcy uznali je nawet za „infantylne”) i powszechnie ignorowane przez ludzi współczesnych. Tak dalece, że zepchnięto je na margines pseudo-filozofii i skutecznie wyrugowano z obszaru życia publicznego.
Zdaję sobie zatem sprawę, że stawianie takiego pytania w kontekście ostatnich wydarzeń politycznych, jawi się jako czyn niebezpieczny, a nawet szalony. Tym bardziej, gdy wokół panuje (uzasadniony) nastrój euforii  i radość z wyborczego tryumfu.  
Pytać dziś – dlaczego tak się stało, to, w najlepszym wypadku narażać się na zarzut malkontenctwa i snucia teorii spiskowych, w najgorszym – zostać posądzonym o złą wolę, agenturalność lub działanie na rzecz przeciwnika. Ponieważ w czasie mojej wieloletniej bytności w sieci, dostąpiłem już wszystkich, tego typu oskarżeń, nie muszę obawiać się głosów oburzenia i podzielę się kilkoma powyborczymi refleksjami.
Po pierwsze - odejście Komorowskiego uważam za jedno z najlepszych, najszczęśliwszych wydarzeń w najnowszej historii Polski. Upadek tej ponurej postaci kładzie kres próbie budowy reżimu belwederskiego (na wzór kremlowski) i kończy najtragiczniejszy, posmoleński okres w naszych dziejach. Zapewne będzie okazja, by wskazać wszystkie konsekwencje tego arcyważnego wydarzenia.
Po drugie – świadomość, że ten człowiek zostanie pozbawiony miana reprezentanta mojego narodu, a związane z nim środowisko utraci głównego patrona, sprawia, że z lekkim sercem przyznaję się do błędnych kalkulacji przedwyborczych. Uczyniłem to już pod poprzednim wpisem, bo uważam, że rzetelność i szacunek wobec czytelników wymagają takiego wyznania. 
Chciałbym jedynie podkreślić, że wbrew temu, co sądzą ludzie nieznający moich tekstów, kalkulacje te nie były oparte na tezie o „wszechmocy” układu byłych WSI i nie wynikały ze „skrajnego defetyzmu” autora.  Pisząc o scenariuszu drugiej kadencji BK, opierałem się na analizie dotychczasowych wydarzeń, a w szczególności - na  rozstrzygnięciach wyborczych z lat 2007-2014, na dokonywanych w tym okresie rozlicznych fałszerstwach i aktach zamordyzmu politycznego, na racjonalnej (bo opartej na faktach) ocenie skuteczności tzw. strategii wyborczych, na realnych efektach działań opozycji, na wiedzy o pozycji III RP w świecie i ocenie sytuacji międzynarodowej.
Po trzecie – szczerze się cieszę z wygranej Andrzeja Dudy i życzę mu jak najlepiej. Uważam go za prawego, uczciwego człowieka, który ma szansę wyrosnąć na polskiego męża stanu.
Jednocześnie – nie formułuję dziś żadnych oczekiwań wobec tej prezydentury, ale też nie odwołuję krytycznych ocen poglądów Andrzeja Dudy głoszonych podczas kampanii wyborczej. Głęboko nie zgadzam się z jego wizją „naprawy” III RP i nie podzielam wiary w „mechanizmy demokracji”, które mogłyby zmienić status tego państwa. Nie życzę sobie „budowania wspólnoty narodowej” razem z apatrydami, ani „zasypywania podziałów” z osobnikami, którzy wyrzekli się polskości. Uważam, że nie można zbudować społeczności ludzi wolnych wraz z tymi, którzy noszą piętno niewolnictwa. Kto próbuje takiej sztuki – nie tylko nie ocali niewolników, ale zgubi ludzi pragnących wolności.
Nie znam też żadnych osiągnięć politycznych pana Dudy i zachowuję dystans wobec deklaracji składanych w czasie kampanii. Zwracam uwagę, że do tej chwili, postać nowego prezydenta można oceniać wyłącznie na podstawie jego słów i oświadczeń. Póki Andrzej Duda nie podejmie pierwszych decyzji  i nie określi priorytetów swojej misji, nie sposób orzec, jakim będzie prezydentem.
Jako złą prognozę odbieram zapowiedź zatrudnienia w Kancelarii Prezydenckiej Piotra Glińskiego i kilku innych osób, znanych z wierności „ideałom” III RP i z wielce „umiarkowanych” poglądów.  Mam jednak nadzieję, że człowiek, który uczył się spraw polskich od prezydenta Lecha Kaczyńskiego, będzie wiedział, że największym wyzwaniem jego prezydentury jest prawda o zamachu smoleńskiego. Tylko wówczas to zwycięstwo będzie miało wartość i tylko wtedy może otworzyć nowy rozdział polskiej historii, jeśli ofiara życia smoleńskich pielgrzymów nie zostanie zaprzepaszczona.
Po czwarte – wciąż stawiam sobie kilka niebezpiecznych pytań i nie znajduję na nie odpowiedzi.

wtorek, 19 maja 2015

GDYBY WIĘKSZOŚĆ POLAKÓW…


Podsumowaniem kampanii wyborczej powinien być zapewne tekst pozytywny, napisany w konwencji „ku pokrzepieniu serc”. Dziś wydaje się to wręcz nieodzowne, bo nigdy wcześniej nie widziałem tak silnej wiary w zwycięstwo ani takich emocji towarzyszących wyborom. Gdyby ten nastrój miał oparcie w faktach i mógł decydować o ostatecznym wyniku, już teraz musiałbym zmienić większość dotychczasowych ocen.
Mam jednak nadzieję, że czytelnicy bezdekretu wybaczą mi odejście od konwencji „mobilizacyjnej”. Ten blog nigdy nie był pisany „ku pokrzepieniu” i w tym zakresie nie spełnia standardów „niezależnej” publicystyki. Jeśli ktoś odczuwa nieodpartą potrzebę umocnienia wiary w wygraną kandydata opozycji, jestem przekonany, że publikacje i analizy zamieszczane w „wolnych mediach” doskonale sprostają takiej potrzebie.
Pod poprzednim tekstem – „Trudno uwierzyć w wyborczy cud nad Wisłą” znalazło się wiele cennych komentarzy i opinii na temat ostatnich dni kampanii.  Nie ma zatem konieczności wracania do tematu tzw. debaty ani roztrząsania minionych wydarzeń.
Zgodnie z obietnicą złożoną na blogu, nie zamierzam też powracać do recenzowania przebiegu kampanii partii opozycyjnej. Stwierdzenie, że w zupełności opierała się ona na taktyce z roku 2010, niech będzie jedyną refleksją. Da Bóg, że popełnię pomyłkę najlepszą z możliwych i za kilka dni będziemy świadkami końca haniebnej prezydentury lokatora Belwederu. Zapewniam, że taki błąd uważałbym za jedno z najszczęśliwszych wydarzeń w życiu.  
Jeśli jednak B. Komorowski zachowa swoje stanowisko, nie zamierzam sięgać po gesty Rejtana ani pisać ponurych jeremiad. Przynajmniej od roku przedstawiam taki scenariusz i nie sądzę, by czytelnicy bezdekretu  mogli  odczuwać zaskoczenie lub byli przerażeni świadomością klęski.
Nie muszę też wyjaśniać, kim jest dzisiejszy lokator Belwederu i z jakim zagrożeniem wiąże się jego prezydentura. Pisałem o tym przed laty, jak w tekście „Kandydat Komorowski” ze stycznia 2010 roku, gdy nikt jeszcze nie próbował dostrzec, że bohater afery marszałkowej został przeznaczony do misji necandusa:
 „Kandydatura marszałka Sejmu może być najważniejszym elementem przyszłego porozumienia ludzi służb cywilnych i wojskowych, dającego gwarancję trwałości układu III RP. Przed miesiącem Komorowski w wywiadzie dla TVN deklarował: „Chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Okres konfliktu i braku współpracy z rządem. Ten słynny meldunek: "Panie prezesie melduję wykonanie zadania", zaciążył nad całą prezydenturą” – dodał.  Jeśli w efekcie medialnych manipulacji i bezpieczniackich gier operacyjnych, Bronisław Komorowski zostałby prezydentem Polski – dziś można jeszcze pytać - komu złoży meldunek o wykonaniu zadania? Za kilka miesięcy, możemy już nie móc zadać tego pytania.”
W późniejszym tekście - „Kto zatrzyma Bronisława K.” z marca 2010 roku, przypomniałem, że „pisząc o tchórzostwie Bronisława Komorowskiego, przytoczyłem kiedyś słowa Bułhakowa, iż ‘ tchórzostwo nie jest jedną z ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą’.

środa, 13 maja 2015

TRUDNO UWIERZYĆ W WYBORCZY CUD NAD WISŁĄ


16 listopada ubiegłego roku, chwilę po ogłoszeniu tzw. exit poll wyborcy PiS usłyszeli radosną wiadomość – „Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory samorządowe!”. „Sztab PiS triumfuje”, „PiS wygrywa niemal w każdej grupie wiekowej. Młodzi zdecydowanie wskazali na partię Kaczyńskiego”– głosiły „wolne media”, a Jarosław Kaczyński stwierdził: „Wygraliśmy! Wszystko jest możliwe!”
Przyszły kandydat opozycji w wyborach prezydenckich Andrzej Duda nie krył zadowolenia i w wypowiedzi dla wPolityce.pl uznał: „To piękny wieczór. Monopol, który miała Platforma, da się przełamać! Przede wszystkim to niesamowity dla nas, piękny wieczór. To pierwsze zwycięstwo od dawna, bo przecież to nasze zwycięstwo po długiej przerwie. Nie tylko jesteśmy bardzo szczęśliwi, ale dziękujemy tym wszystkim, którzy poszli do wyborów i zagłosowali na naszych kandydatów”.
Chwilę później, demokratycznym „sznytem” popisała się E. Kopacz:
"My tych wyników nie będziemy kwestionować, nie będziemy mówić, że ktoś sfałszował wybory. Gratulujemy zwycięzcom, tym, którzy w tych wyborach byli od nas lepsi. Co nie znaczy, że wszystko jest dane na zawsze".
Ostatnie zdanie tej wypowiedzi raczej umknęło uwadze rozemocjonowanych polityków opozycji. 16 listopada, na podstawie wróżby zwanej exit poll, PiS i wszystkie „wolne media” zgodnie wiwatowały z powodu „święta demokracji”.
Następnego dnia dowiedzieliśmy się, jak należy rozumieć zagadkową przepowiednię E. Kopacz. Schwytana w „pułapkę” exit poll opozycja została zmuszona do nagłej zmiany narracji i wkrótce łamy „wolnych mediów” zaroiły się od uwag dalece odbiegających od radosnej atmosfery: „Najbardziej skandaliczne wybory w III RP. Takich rzeczy nie widziano nawet w PRL...” – głosili „niezależni” publicyści po konfrontacji z faktami. "Nie krasnoludki, tylko ‘zielone ludziki’ sfałszowały wybory. Niestety było na to przyzwolenie władz" – grzmiał rzecznik Mastalerek, a J.Gowin dopowiadał "Jestem przekonany, że mogło dojść do masowego zafałszowania, czy nazwijmy rzecz precyzyjnie: sfałszowania wyborów”. Również prezes PiS nie miał wątpliwości, jak wyglądało „święto demokracji” III RP: „Muszą paść słowa prawdy. Te wybory zostały sfałszowane!” – ogłosił Jarosław Kaczyński z mównicy sejmowej. Padły też  zapowiedzi konkretnych działań: „Przyjdzie moment, gdy pokażemy całkiem bezpośrednie dowody na fałszerstwa tych wyborów. Jest ich wiele”, „Chcemy audytu i nowych wyborów!, To szansa na obronę polskiej demokracji", „Wykażemy na jaką skalę w Polsce fałszuje się wybory” – deklarowali politycy PiS.
W raporcie przygotowanym przez posłów zasiadających w Zespole Parlamentarnym ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa, znalazło się stwierdzenie – „Wybory samorządowe naruszają standardy demokratyczne i są niezgodne z wymogami instytucji UE, zasługują na ocenę niedostateczną”.
Słuchając wówczas wypowiedzi niektórych polityków PiS, można było odnieść wrażenie, że opozycja nie uzna legalności wyborów i wezwie swoich zwolenników do ogólnopolskiego protestu: ”Majdan byłby odpowiednią reakcją na obecną sytuację. III RP od początku była zarażona bakteriami gnicia” – twierdził prof. Legutko, zaś wiceprezes PiS Brudziński zauważył - "Nigdy nie było takiego społecznego oburzenia, jak teraz, gdy wyraźnie widać, że mamy do czynienia ze sfałszowanym wynikiem wyborów samorządowych".
Po kilkutygodniowej medialnej „burzy”, sprawa fałszerstw wyborczych została jednak definitywnie porzucona, a ostateczne reakcje opozycji dostosowano do „rady” udzielonej przez niezrównaną prof. Staniszkis – „Jarosław Kaczyński popełnia błąd. PiS powinno powtarzać: wygraliśmy! PiS powinno cieszyć się, że ma najwięcej młodych ludzi, że jednak wygrał. Pokazywać twarz triumfu, a nie twarz kogoś kto szuka dziury w całym, słusznie być może, ale to nie pomaga w kolejnej wygranej”. Ponieważ w podobnym tonie wypowiadali się opozycyjni „specjaliści od służb” („Radykalizowanie nastrojów sprzyja pozostaniu rządzących przy władzy”- ogłosił B. Święczkowski) -  temat wygaszono i zepchnięto na margines.
Ówczesny problem opozycji trafnie wyraził prof. Andrzej Nowak: „Stajemy wobec straszliwego dylematu. Albo uznamy się za głupców, którzy nie umieją skreślić poprawnie krzyżyka na kartce wyborczej, albo za podpalaczy, którzy chcą zniszczyć obywatelski konsensus”. Niestety, w tej logice wyraźnie zabrakło trzeciej opcji i wezwania, byśmy wreszcie stali się  panami własnego losu i podjęli otwartą walkę z reżimowym determinizmem.
Przez kolejne miesiące narrację zdominował nastrój  „oczekiwania na zwycięstwo” i nakaz „mobilizacji elektoratu”, a ktokolwiek próbował podważać partyjny optymizm lub przypominał o powinnościach i obietnicach PiS-u z okresu wyborów samorządowych, mógł liczyć na miano defetysty i „wroga opozycji”.

sobota, 9 maja 2015

O POSTAWIE WYPROSTOWANEJ*


Od początku kadencji obecnego lokatora Belwederu z nadzieją oczekiwałem roku 2015. Wydawało się, że szaleństwo, jakie ogarnęło moich rodaków przed pięcioma laty, nie może się powtórzyć. Do dziś nie potrafiłbym wyjaśnić -  jak to możliwe, że po kwietniowym koszmarze i doświadczeniach związanych z rządami reżimu PO-PSL, Polacy powierzyli temu człowiekowi najwyższą godność w państwie? Ale nie znajduję też racjonalnego wytłumaczenia na inne, intrygujące pytanie - dlaczego przez pięć lat nie dostrzegli złowróżbnego cienia necandusa i godzili się na setki upokorzeń związanych z tą prezydenturą?
Jutrzejsza odsłona realiów III RP, zwana „wyborami prezydenckimi” wymagałaby pewnie zamieszczenia tekstu analitycznego, odpowiedniego do rangi tego wydarzenia. Jednak z największą szczerością wyznaję, że nie wiem, co miałbym nowego napisać i jakimi słowami skomentować obecną sytuację.
Stali czytelnicy bezdekretu znają moje poglądy na temat Komorowskiego, wiedzą też, jak oceniam postawę partii opozycyjnej i przebieg kampanii wyborczej. Podtrzymuję dziś opinię, że opozycja i związane z nią media roztrwoniły ten czas i w pogoni za drugorzędnymi sensacjami utraciły szansę pokazania rzeczywistych zagrożeń związanych z prezydenturą Komorowskiego. Zabrakło miejsca na poważną analizę skutków tej kadencji, odstąpiono od prognoz dotyczących reelekcji. Przemilczano lub utajono szereg najgroźniejszych właściwości lokatora Belwederu – od prorosyjskości poczynając, na stanie zdrowia kończąc. W efekcie, większość Polaków nie posiada nawet podstawowej wiedzy o Komorowskim, a cały przekaz na jego temat jest obarczony powierzchownością, dezinformacją i gigantyczną manipulacją. Do rangi symbolu tego zaniechania urasta przemilczenie ostatniej książki Wojciecha Sumlińskiego.
Mógłbym przypomnieć, że już przed dwoma laty, w tekście „O uderzeniu z demokracji” (dla którego zabrakło wówczas miejsca w tygodniku Gazeta Polska), pisałem o potrzebie prowadzenia stałej, konsekwentnej kampanii informacyjnej.
Znalazło się  tam stwierdzenie, że „opozycja może wygrać tylko wtedy, gdy główne wysiłki będą zmierzały do storpedowania planów Belwederu i pozbawienia Komorowskiego prezydentury. Bez zamknięcia Komorowskiemu drogi do reelekcji, nawet potencjalna wygrana w wyborach parlamentarnych nie zapewni PiS-owi przejęcia władzy”.

wtorek, 5 maja 2015

KOMOROWSKI. W CIENIU MOSKWY – 4 ZAKOŃCZENIE


Gdyby nie doszło do napaści Rosjan na Ukrainę i wymuszonego odwrotu od polityki „pojednania”, państwo Putina byłoby dziś gwarantem bezpieczeństwa III RP. Nasi rodacy nadal wydają się nie rozumieć, że tylko wydarzenia na Majdanie i odwaga Ukraińców uratowały nas od wprowadzenia w życie obłędnych koncepcji bezpieczeństwa narodowego, których celem była „redefinicja dotychczasowych tez polityki polskiej” i uczynienie z III RP państwa bezbronnego wobec współczesnych wyzwań.
Projekt tzw. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) został podjęty natychmiast po zaprzysiężeniu obecnego lokatora Belwederu i miał stać się sztandarową inicjatywą Bronisława Komorowskiego. Już wówczas wiele wskazywało, że mamy do czynienia z realizacją autorskiego pomysłu gen. Stanisława Kozieja, który od wielu lat prowadził prace nad narodową strategią. Ta hipoteza znalazła potwierdzenie, gdy do SPBN zaangażowano osoby z prywatnej uczelni i fundacji, w szef BBN zasiadał do niedawna jako członek rady nadzorczej.
Fundacja Gloria Victoribus oraz Wyższa Szkoła Zarządzania Personelem (WSZP), w której pracował gen. Koziej, były szczególnie zaangażowane w projekt Strategicznego Przeglądu i zainteresowane jego realizacją. Już w roku 2006, w ramach działalności WSZP powołano tzw. Instytut Bezpieczeństwa Krajowego (IBK), na którego czele stanął Stanisław Koziej. Jednym z podstawowych zadań instytutu miało być „badanie spraw bezpieczeństwa i sporządzanie analiz prognoz i ekspertyz”, a jego struktura w dużej mierze odzwierciedlała misję prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Z bełkotliwej nowomowy uzasadniającej projekt SPBN można było wywnioskować, że chodzi o sporządzenie raportu zawierającego „analizy i rekomendacje w zakresie bezpieczeństwa narodowego RP”. Jego opracowaniem miało zająć się szereg komisji, sztabów oraz grono tzw. ekspertów.  Wśród nich znaleźli się m.in.: Adam Rotfeld, Dariusz Rosati, Krzysztof Kozłowski, Janusz Onyszkiewicz, Leon Kieres, Roman Kuźniar, Aleksander Smolar, Paweł Świeboda, Janusz Reiter, Maria Wągrowska, Jerzy Nowak, Marek Goliszewski, Piotr Gulczyński, Henryk Goryszewski i Marek Siwiec. Szefem sztabu SPBN został zastępca szefa BBN Zdzisław Lachowski – zidentyfikowany przez „Gazetę Polską” jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Zelwer”. Zespołowi Systemu Bezpieczeństwa Narodowego przewodniczył Andrzej Karkoszka z WSZP, jego zastępcą był płk Maciej Marszałek, zaś członkami zespołu Krzysztof Janik i płk Jacek Pawłowski z Instytutu Bezpieczeństwa Krajowego WSZP. Członkiem zespołu Interesów Narodowych i Celów Strategicznych został Tadeusz Chabiera z rady naukowej IBK WSZP.
Sztandarowym dokumentem opracowanym na potrzeby nowej strategii bezpieczeństwa, była ekspertyza autorstwa prof. dr hab. Ryszarda Zięby i dr hab. Justyny Zając zatytułowana „Budowa zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego Polski”. Znajdujące się w niej rekomendacje miały posłużyć sporządzeniu końcowego dokumentu.
W opracowaniu tym mogliśmy m.in. przeczytać:
Warunkiem jaki musimy zaakceptować, co wymaga kroku do przodu ze strony Polski i całej wspólnoty atlantyckiej, jest porozumienie z Rosją taką jaka ona jest i chce być. Trzeba zrezygnować z misyjności i życzeniowej polityki zmierzającej do skłonienia Rosji do pełnego przyjęcia zachodniego modelu ustrojowego i uznać, że jest możliwa promowana przez Kreml modernizacja Rosji bez demokratyzacji na wzór zachodni.
Polska w tym scenariuszu musi zdecydować się na pojednanie z Rosjanami i traktowanie ich państwa nie jako tradycyjnego przeciwnika, lecz istotnego gwaranta bezpieczeństwa europejskiego, w tym naszego bezpieczeństwa. Zacieśnianie współpracy z Rosją ułatwi pojednanie polsko-rosyjskie. Zwielokrotni się również szansa innych państw poradzieckich na utrwalenie demokracji i włączenie się w proces integracji europejskiej. Stanie się tak dlatego, że nie będzie do wywoływało dezaprobaty w Moskwie ani zachowawczych elit politycznych w tych krajach”.