Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

wtorek, 19 maja 2015

GDYBY WIĘKSZOŚĆ POLAKÓW…


Podsumowaniem kampanii wyborczej powinien być zapewne tekst pozytywny, napisany w konwencji „ku pokrzepieniu serc”. Dziś wydaje się to wręcz nieodzowne, bo nigdy wcześniej nie widziałem tak silnej wiary w zwycięstwo ani takich emocji towarzyszących wyborom. Gdyby ten nastrój miał oparcie w faktach i mógł decydować o ostatecznym wyniku, już teraz musiałbym zmienić większość dotychczasowych ocen.
Mam jednak nadzieję, że czytelnicy bezdekretu wybaczą mi odejście od konwencji „mobilizacyjnej”. Ten blog nigdy nie był pisany „ku pokrzepieniu” i w tym zakresie nie spełnia standardów „niezależnej” publicystyki. Jeśli ktoś odczuwa nieodpartą potrzebę umocnienia wiary w wygraną kandydata opozycji, jestem przekonany, że publikacje i analizy zamieszczane w „wolnych mediach” doskonale sprostają takiej potrzebie.
Pod poprzednim tekstem – „Trudno uwierzyć w wyborczy cud nad Wisłą” znalazło się wiele cennych komentarzy i opinii na temat ostatnich dni kampanii.  Nie ma zatem konieczności wracania do tematu tzw. debaty ani roztrząsania minionych wydarzeń.
Zgodnie z obietnicą złożoną na blogu, nie zamierzam też powracać do recenzowania przebiegu kampanii partii opozycyjnej. Stwierdzenie, że w zupełności opierała się ona na taktyce z roku 2010, niech będzie jedyną refleksją. Da Bóg, że popełnię pomyłkę najlepszą z możliwych i za kilka dni będziemy świadkami końca haniebnej prezydentury lokatora Belwederu. Zapewniam, że taki błąd uważałbym za jedno z nieszczęśliwych wydarzeń w życiu.  
Jeśli jednak B. Komorowski zachowa swoje stanowisko, nie zamierzam sięgać po gesty Rejtana ani pisać ponurych jeremiad. Przynajmniej od roku przedstawiam taki scenariusz i nie sądzę, by czytelnicy bezdekretu  mogli  odczuwać zaskoczenie lub byli przerażeni świadomością klęski.
Nie muszę też wyjaśniać, kim jest dzisiejszy lokator Belwederu i z jakim zagrożeniem wiąże się jego prezydentura. Pisałem o tym przed laty, jak w tekście „Kandydat Komorowski” ze stycznia 2010 roku, gdy nikt jeszcze nie próbował dostrzec, że bohater afery marszałkowej został przeznaczony do misji necandusa:
 „Kandydatura marszałka Sejmu może być najważniejszym elementem przyszłego porozumienia ludzi służb cywilnych i wojskowych, dającego gwarancję trwałości układu III RP. Przed miesiącem Komorowski w wywiadzie dla TVN deklarował: „Chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Okres konfliktu i braku współpracy z rządem. Ten słynny meldunek: "Panie prezesie melduję wykonanie zadania", zaciążył nad całą prezydenturą” – dodał.  Jeśli w efekcie medialnych manipulacji i bezpieczniackich gier operacyjnych, Bronisław Komorowski zostałby prezydentem Polski – dziś można jeszcze pytać - komu złoży meldunek o wykonaniu zadania? Za kilka miesięcy, możemy już nie móc zadać tego pytania.”
W późniejszym tekście - „Kto zatrzyma Bronisława K.” z marca 2010 roku, przypomniałem, że „pisząc o tchórzostwie Bronisława Komorowskiego, przytoczyłem kiedyś słowa Bułhakowa, iż ‘ tchórzostwo nie jest jedną z ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą’.
Na każdego, kto za wszelką cenę starał się ukryć swoją przeszłość i okazywał lęk przed jej ujawnieniem przychodzi chwila, gdy na odwagę jest już za późno. Wówczas - tchórz staje się postacią tragiczną, bo przeświadczoną o własnej wielkości i nietykalności. Myślę, że Bronisław Komorowski jest bliski tej chwili. Gdy ona nastąpi – dla nas będzie za późno”.
Wówczas, przed pięcioma laty – te wielokrotnie powtarzane ostrzeżenia oraz 50 pytań do kandydata Komorowskiego, nie wzbudziły uwagi partii pana Kaczyńskiego i nie interesowały środowiska żurnalistów z „wolnych mediów”. Zaledwie kilka miesięcy po zamachu smoleńskim, nikt nie potrzebował wizerunku tak dalece odbiegającego od normy „opozycyjnej” poprawności.
Nie potrzebowano również takiej wizji w obecnej kampanii wyborczej i proszę się nie dziwić, że moje teksty z tego okresu zawierały znacznie mniejszy ładunek emocji.
Nie są one potrzebne, bo dziś wiemy, że prawdziwa walka nie toczy się w „przestrzeni politycznej” III RP i nie dotyczy tylko zwycięstwa wyborczego. To nie jest bój o wynik pana Dudy ani o przyszłość prezesa Kaczyńskiego. Nie chodzi też o „naprawę demokracji” lub modernizację tego, czego nie sposób naprawić. Zmiany, jakie proponuje obecna opozycja, są ograniczone do funkcjonalności systemu III RP i w żadnym zakresie nie prowadzą do obalenia komunistycznych fundamentów dzisiejszej państwowości. Nie ma też woli wytyczenia kanciastej granicy, a dychotomia My-Oni od dawna została skazana na zapomnienie.
To najistotniejsza bariera przed łatwym optymizmem, ale również wskazówka, w jakim kierunku musi prowadzić długi marsz.  

Nastrój przygnębienia lub rezygnacji. nie przystoi ludziom wolnym. Nie jest nam do niczego potrzebny. Dlatego wiem, że nawet w przypadku przegranej, nikt ze stałych czytelników tego blogu nie będzie spoglądał w przeszłość ani pokładał nadziei w mirażach fałszywej „opozycyjności”.
W przededniu tego rozstrzygnięcia, chcę natomiast przypomnieć słowa człowieka niezwykle mi bliskiego, kogoś, kto świadectwem własnego życia potwierdził niezłomność autentycznej wolności i pokazał nam drogę do jej osiągnięcia:
Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu.
Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapominała, co było dla niej prawdą jeszcze przed niespełna rokiem, stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później jako konsekwencja tej wolności ducha i wierności prawdzie.
Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Chrystus wielokrotnie przypominał swoim uczniom: "Nie bójcie się. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a nic więcej uczynić nie mogą".

Ksiądz Jerzy Popiełuszko - 30 października 1982 r.

środa, 13 maja 2015

TRUDNO UWIERZYĆ W WYBORCZY CUD NAD WISŁĄ


16 listopada ubiegłego roku, chwilę po ogłoszeniu tzw. exit poll wyborcy PiS usłyszeli radosną wiadomość – „Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory samorządowe!”. „Sztab PiS triumfuje”, „PiS wygrywa niemal w każdej grupie wiekowej. Młodzi zdecydowanie wskazali na partię Kaczyńskiego”– głosiły „wolne media”, a Jarosław Kaczyński stwierdził: „Wygraliśmy! Wszystko jest możliwe!”
Przyszły kandydat opozycji w wyborach prezydenckich Andrzej Duda nie krył zadowolenia i w wypowiedzi dla wPolityce.pl uznał: „To piękny wieczór. Monopol, który miała Platforma, da się przełamać! Przede wszystkim to niesamowity dla nas, piękny wieczór. To pierwsze zwycięstwo od dawna, bo przecież to nasze zwycięstwo po długiej przerwie. Nie tylko jesteśmy bardzo szczęśliwi, ale dziękujemy tym wszystkim, którzy poszli do wyborów i zagłosowali na naszych kandydatów”.
Chwilę później, demokratycznym „sznytem” popisała się E. Kopacz:
"My tych wyników nie będziemy kwestionować, nie będziemy mówić, że ktoś sfałszował wybory. Gratulujemy zwycięzcom, tym, którzy w tych wyborach byli od nas lepsi. Co nie znaczy, że wszystko jest dane na zawsze".
Ostatnie zdanie tej wypowiedzi raczej umknęło uwadze rozemocjonowanych polityków opozycji. 16 listopada, na podstawie wróżby zwanej exit poll, PiS i wszystkie „wolne media” zgodnie wiwatowały z powodu „święta demokracji”.
Następnego dnia dowiedzieliśmy się, jak należy rozumieć zagadkową przepowiednię E. Kopacz. Schwytana w „pułapkę” exit poll opozycja została zmuszona do nagłej zmiany narracji i wkrótce łamy „wolnych mediów” zaroiły się od uwag dalece odbiegających od radosnej atmosfery: „Najbardziej skandaliczne wybory w III RP. Takich rzeczy nie widziano nawet w PRL...” – głosili „niezależni” publicyści po konfrontacji z faktami. "Nie krasnoludki, tylko ‘zielone ludziki’ sfałszowały wybory. Niestety było na to przyzwolenie władz" – grzmiał rzecznik Mastalerek, a J.Gowin dopowiadał "Jestem przekonany, że mogło dojść do masowego zafałszowania, czy nazwijmy rzecz precyzyjnie: sfałszowania wyborów”. Również prezes PiS nie miał wątpliwości, jak wyglądało „święto demokracji” III RP: „Muszą paść słowa prawdy. Te wybory zostały sfałszowane!” – ogłosił Jarosław Kaczyński z mównicy sejmowej. Padły też  zapowiedzi konkretnych działań: „Przyjdzie moment, gdy pokażemy całkiem bezpośrednie dowody na fałszerstwa tych wyborów. Jest ich wiele”, „Chcemy audytu i nowych wyborów!, To szansa na obronę polskiej demokracji", „Wykażemy na jaką skalę w Polsce fałszuje się wybory” – deklarowali politycy PiS.
W raporcie przygotowanym przez posłów zasiadających w Zespole Parlamentarnym ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa, znalazło się stwierdzenie – „Wybory samorządowe naruszają standardy demokratyczne i są niezgodne z wymogami instytucji UE, zasługują na ocenę niedostateczną”.
Słuchając wówczas wypowiedzi niektórych polityków PiS, można było odnieść wrażenie, że opozycja nie uzna legalności wyborów i wezwie swoich zwolenników do ogólnopolskiego protestu: ”Majdan byłby odpowiednią reakcją na obecną sytuację. III RP od początku była zarażona bakteriami gnicia” – twierdził prof. Legutko, zaś wiceprezes PiS Brudziński zauważył - "Nigdy nie było takiego społecznego oburzenia, jak teraz, gdy wyraźnie widać, że mamy do czynienia ze sfałszowanym wynikiem wyborów samorządowych".
Po kilkutygodniowej medialnej „burzy”, sprawa fałszerstw wyborczych została jednak definitywnie porzucona, a ostateczne reakcje opozycji dostosowano do „rady” udzielonej przez niezrównaną prof. Staniszkis – „Jarosław Kaczyński popełnia błąd. PiS powinno powtarzać: wygraliśmy! PiS powinno cieszyć się, że ma najwięcej młodych ludzi, że jednak wygrał. Pokazywać twarz triumfu, a nie twarz kogoś kto szuka dziury w całym, słusznie być może, ale to nie pomaga w kolejnej wygranej”. Ponieważ w podobnym tonie wypowiadali się opozycyjni „specjaliści od służb” („Radykalizowanie nastrojów sprzyja pozostaniu rządzących przy władzy”- ogłosił B. Święczkowski) -  temat wygaszono i zepchnięto na margines.
Ówczesny problem opozycji trafnie wyraził prof. Andrzej Nowak: „Stajemy wobec straszliwego dylematu. Albo uznamy się za głupców, którzy nie umieją skreślić poprawnie krzyżyka na kartce wyborczej, albo za podpalaczy, którzy chcą zniszczyć obywatelski konsensus”. Niestety, w tej logice wyraźnie zabrakło trzeciej opcji i wezwania, byśmy wreszcie stali się  panami własnego losu i podjęli otwartą walkę z reżimowym determinizmem.
Przez kolejne miesiące narrację zdominował nastrój  „oczekiwania na zwycięstwo” i nakaz „mobilizacji elektoratu”, a ktokolwiek próbował podważać partyjny optymizm lub przypominał o powinnościach i obietnicach PiS-u z okresu wyborów samorządowych, mógł liczyć na miano defetysty i „wroga opozycji”.

sobota, 9 maja 2015

O POSTAWIE WYPROSTOWANEJ*


Od początku kadencji obecnego lokatora Belwederu z nadzieją oczekiwałem roku 2015. Wydawało się, że szaleństwo, jakie ogarnęło moich rodaków przed pięcioma laty, nie może się powtórzyć. Do dziś nie potrafiłbym wyjaśnić -  jak to możliwe, że po kwietniowym koszmarze i doświadczeniach związanych z rządami reżimu PO-PSL, Polacy powierzyli temu człowiekowi najwyższą godność w państwie? Ale nie znajduję też racjonalnego wytłumaczenia na inne, intrygujące pytanie - dlaczego przez pięć lat nie dostrzegli złowróżbnego cienia necandusa i godzili się na setki upokorzeń związanych z tą prezydenturą?
Jutrzejsza odsłona realiów III RP, zwana „wyborami prezydenckimi” wymagałaby pewnie zamieszczenia tekstu analitycznego, odpowiedniego do rangi tego wydarzenia. Jednak z największą szczerością wyznaję, że nie wiem, co miałbym nowego napisać i jakimi słowami skomentować obecną sytuację.
Stali czytelnicy bezdekretu znają moje poglądy na temat Komorowskiego, wiedzą też, jak oceniam postawę partii opozycyjnej i przebieg kampanii wyborczej. Podtrzymuję dziś opinię, że opozycja i związane z nią media roztrwoniły ten czas i w pogoni za drugorzędnymi sensacjami utraciły szansę pokazania rzeczywistych zagrożeń związanych z prezydenturą Komorowskiego. Zabrakło miejsca na poważną analizę skutków tej kadencji, odstąpiono od prognoz dotyczących reelekcji. Przemilczano lub utajono szereg najgroźniejszych właściwości lokatora Belwederu – od prorosyjskości poczynając, na stanie zdrowia kończąc. W efekcie, większość Polaków nie posiada nawet podstawowej wiedzy o Komorowskim, a cały przekaz na jego temat jest obarczony powierzchownością, dezinformacją i gigantyczną manipulacją. Do rangi symbolu tego zaniechania urasta przemilczenie ostatniej książki Wojciecha Sumlińskiego.
Mógłbym przypomnieć, że już przed dwoma laty, w tekście „O uderzeniu z demokracji” (dla którego zabrakło wówczas miejsca w tygodniku Gazeta Polska), pisałem o potrzebie prowadzenia stałej, konsekwentnej kampanii informacyjnej.
Znalazło się  tam stwierdzenie, że „opozycja może wygrać tylko wtedy, gdy główne wysiłki będą zmierzały do storpedowania planów Belwederu i pozbawienia Komorowskiego prezydentury. Bez zamknięcia Komorowskiemu drogi do reelekcji, nawet potencjalna wygrana w wyborach parlamentarnych nie zapewni PiS-owi przejęcia władzy”.

wtorek, 5 maja 2015

KOMOROWSKI. W CIENIU MOSKWY – 4 ZAKOŃCZENIE


Gdyby nie doszło do napaści Rosjan na Ukrainę i wymuszonego odwrotu od polityki „pojednania”, państwo Putina byłoby dziś gwarantem bezpieczeństwa III RP. Nasi rodacy nadal wydają się nie rozumieć, że tylko wydarzenia na Majdanie i odwaga Ukraińców uratowały nas od wprowadzenia w życie obłędnych koncepcji bezpieczeństwa narodowego, których celem była „redefinicja dotychczasowych tez polityki polskiej” i uczynienie z III RP państwa bezbronnego wobec współczesnych wyzwań.
Projekt tzw. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) został podjęty natychmiast po zaprzysiężeniu obecnego lokatora Belwederu i miał stać się sztandarową inicjatywą Bronisława Komorowskiego. Już wówczas wiele wskazywało, że mamy do czynienia z realizacją autorskiego pomysłu gen. Stanisława Kozieja, który od wielu lat prowadził prace nad narodową strategią. Ta hipoteza znalazła potwierdzenie, gdy do SPBN zaangażowano osoby z prywatnej uczelni i fundacji, w szef BBN zasiadał do niedawna jako członek rady nadzorczej.
Fundacja Gloria Victoribus oraz Wyższa Szkoła Zarządzania Personelem (WSZP), w której pracował gen. Koziej, były szczególnie zaangażowane w projekt Strategicznego Przeglądu i zainteresowane jego realizacją. Już w roku 2006, w ramach działalności WSZP powołano tzw. Instytut Bezpieczeństwa Krajowego (IBK), na którego czele stanął Stanisław Koziej. Jednym z podstawowych zadań instytutu miało być „badanie spraw bezpieczeństwa i sporządzanie analiz prognoz i ekspertyz”, a jego struktura w dużej mierze odzwierciedlała misję prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Z bełkotliwej nowomowy uzasadniającej projekt SPBN można było wywnioskować, że chodzi o sporządzenie raportu zawierającego „analizy i rekomendacje w zakresie bezpieczeństwa narodowego RP”. Jego opracowaniem miało zająć się szereg komisji, sztabów oraz grono tzw. ekspertów.  Wśród nich znaleźli się m.in.: Adam Rotfeld, Dariusz Rosati, Krzysztof Kozłowski, Janusz Onyszkiewicz, Leon Kieres, Roman Kuźniar, Aleksander Smolar, Paweł Świeboda, Janusz Reiter, Maria Wągrowska, Jerzy Nowak, Marek Goliszewski, Piotr Gulczyński, Henryk Goryszewski i Marek Siwiec. Szefem sztabu SPBN został zastępca szefa BBN Zdzisław Lachowski – zidentyfikowany przez „Gazetę Polską” jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Zelwer”. Zespołowi Systemu Bezpieczeństwa Narodowego przewodniczył Andrzej Karkoszka z WSZP, jego zastępcą był płk Maciej Marszałek, zaś członkami zespołu Krzysztof Janik i płk Jacek Pawłowski z Instytutu Bezpieczeństwa Krajowego WSZP. Członkiem zespołu Interesów Narodowych i Celów Strategicznych został Tadeusz Chabiera z rady naukowej IBK WSZP.
Sztandarowym dokumentem opracowanym na potrzeby nowej strategii bezpieczeństwa, była ekspertyza autorstwa prof. dr hab. Ryszarda Zięby i dr hab. Justyny Zając zatytułowana „Budowa zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego Polski”. Znajdujące się w niej rekomendacje miały posłużyć sporządzeniu końcowego dokumentu.
W opracowaniu tym mogliśmy m.in. przeczytać:
Warunkiem jaki musimy zaakceptować, co wymaga kroku do przodu ze strony Polski i całej wspólnoty atlantyckiej, jest porozumienie z Rosją taką jaka ona jest i chce być. Trzeba zrezygnować z misyjności i życzeniowej polityki zmierzającej do skłonienia Rosji do pełnego przyjęcia zachodniego modelu ustrojowego i uznać, że jest możliwa promowana przez Kreml modernizacja Rosji bez demokratyzacji na wzór zachodni.
Polska w tym scenariuszu musi zdecydować się na pojednanie z Rosjanami i traktowanie ich państwa nie jako tradycyjnego przeciwnika, lecz istotnego gwaranta bezpieczeństwa europejskiego, w tym naszego bezpieczeństwa. Zacieśnianie współpracy z Rosją ułatwi pojednanie polsko-rosyjskie. Zwielokrotni się również szansa innych państw poradzieckich na utrwalenie demokracji i włączenie się w proces integracji europejskiej. Stanie się tak dlatego, że nie będzie do wywoływało dezaprobaty w Moskwie ani zachowawczych elit politycznych w tych krajach”.

czwartek, 30 kwietnia 2015

KOMOROWSKI. W CIENIU MOSKWY - 3


Od kilku lat ośrodek belwederski stanowi centrum decyzyjne w sprawach kluczowych dla bezpieczeństwa Polski. Wszystkie projekty zmian systemowych w Siłach Zbrojnych, służbach specjalnych i przemyśle zbrojeniowym powstały w środowisku Komorowskiego, lub były inspirowane przez Belweder. Trzeba sięgnąć do opracowań gen. Kozieja z roku 2009 oraz tzw. rekomendacji Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), by dostrzec, że „ projekty rządowe” zostały opracowane przez ludzi związanych z Belwederem.
 Wyjątkowa pozycja Komorowskiego została ustalona już na początku 2010 roku, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach doszło do nagłej rezygnacja Tuska z ubiegania o prezydenturę i wystawienia kandydatury marszałka Sejmu. Poznanie przyczyn tej rezygnacji pozwoliłoby dostrzec rzeczywisty układ sił rządzących III RP. Potwierdzeniem pozycji byłego marszałka Sejmu były wydarzenia po zamachu smoleńskim, gdy Komorowski w sposób bezwzględny zawłaszczał prerogatywy prezydenckie i dokonywał przejęcia Kancelarii Lecha Kaczyńskiego. Już tylko ta okoliczność powinna uświadomić, jak fałszywy jest obraz „niezdarnego fajtłapy” i bezwolnego „strażnika żyrandola”, budowany przez tzw. wolne media.
Wywołanie i eskalacja konfliktu wokół krzyża smoleńskiego ukazały z kolei prawdziwe oblicze owego „konserwatysty”, zaś pierwsza inicjatywa ustawodawcza – nowela ustawy o stanie wojennym i rozpoczęcie SPBN, dały początek projektom legislacyjnym zmierzającym do budowy reżimu prezydenckiego.
Prorosyjskość Komorowskiego jest szczególnie widoczna w obszarze spraw dotyczących bezpieczeństwa narodowego oraz projektów politycznych forsowanych na arenie międzynarodowej Gdy w roku 2010 Komorowskiego niespodziewanie wyznał - "w porozumieniu z premierem jest już przygotowywana strategia naszego wyjścia z NATO", stwierdzenie to wcale nie musiało być językowym lapsusem. Już wówczas mogło wskazywać na plany środowiska belwederskiego i zapowiadało istotne zmiany w obszarze bezpieczeństwa narodowego.
Jeśli od niedawna Komorowski jest uznawany za polityka pronatowskiego i proamerykańskiego, zawdzięczamy to wyłącznie skutecznej kampanii propagandowej, realizowanej przez ośrodki III RP po agresji rosyjskiej na Ukrainę. Rzeczywista aktywność lokatora Belwederu świadczy, że taka orientacja byłaby zjawiskiem całkowicie fikcyjnym i równie wiarygodnym, jak zapał, z jakim neofici z PZPR przeistoczyli się w piewców demokracji europejskiej.
Już pierwszy występ Komorowskiego na arenie międzynarodowej ujawnił prawdziwe cele tej prezydentury.
W listopadzie 2010 roku podczas szczytu NATO w Lizbonie największą troską Bronisława Komorowskiego była kwestia „zbliżenia” Rosja-NATO. „Polska w pełni popiera szukanie sposobu na współpracę z Rosją, to jest w interesie sojuszu jako całości i w interesie Polski. Współpraca polsko-rosyjska będzie elementem ułatwiającym lub nawet warunkującym współpracę NATO-Rosja, bo my jesteśmy w sojuszu, Rosja nie” – deliberował reprezentant III RP.
Komorowski uznał wówczas, iż szczyt sojuszu był "wyjątkowo udany i dobrze przeprowadzony oraz zaowocował przyjęciem dokumentu absolutnie po myśli Polski". Ponieważ wśród oficjalnych dokumentów, a w szczególności w tzw. „Deklaracji Szczytu w Lizbonie” nie było żadnego stwierdzenia, który uprawniałoby do takiej deklaracji, przyczyn zadowolenia Komorowskiego należało poszukiwać w innym obszarze.
Z wypowiedzi lokatora Belwederu, opublikowanych wówczas na stronie prezydenckiej jasno wynikało, że podstawową korzyść upatrywał on w zapowiedzi współpracy Rosja-NATO. „Sesja Rady NATO-Rosja, z udziałem rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, otworzyła nowe perspektywy współpracy, mimo że obie strony dzielą niektóre aspekty polityki międzynarodowej. Ujawniły się różne wrażliwości, ale dominował ton szukania możliwości pogłębionej współpracy” – perorował Komorowski. „Sojusz podkreślił chęć budowy systemu, który byłby w stanie współpracować z systemem rosyjskim. Ze strony rosyjskiej padły słowa, które świadczą o pełnym zrozumieniu dla takiego rozwiązania. Ze strony prezydenta Miedwiediewa została złożona bardzo ważna deklaracja, że Rosja zaakceptuje głębokość tej współpracy w zależności od propozycji sojuszu” – dodawał.
Peany na cześć Miedwiediewa przeplatały się z zapewnieniami o  sukcesie całego sojuszu i Polski”. Komorowski dowodził, że Polsce w sposób szczególny zależało, aby sojusz nie zamieniał się w organizację bezpieczeństwa na całym świecie, ale „by utrzymał spoistość w sprawach podstawowych, czyli w sprawach zdolności do obrony terytorium krajów członkowskich”.

sobota, 25 kwietnia 2015

KOMOROWSKI. W CIENIU MOSKWY - 2


Miesiąc po tragedii smoleńskiej w organie putinowskiej „Naszej Rosji” napisano - „Moskwa powinna teraz maksymalnie wykorzystać czas, który ma do dyspozycji, by sprawić, aby korzystne zmiany w stosunkach z Warszawą stały się nieodwracalne”.
Czytając takie słowa, racjonalnie myślący człowiek mógłby zapytać – w jaki sposób tragiczna śmierć 96 wybitnych Polaków, poniesiona na nieludzkiej ziemi, może stanowić fundament „pojednania” i „korzystnych zmian” w relacjach polsko-rosyjskich?
W książce „Białe plamy – Czarne plamy” Adama Rotfelda i Anatolija Torkunowa (z tzw. Grupy ds. Trudnych) nie próbowano nawet sprostać takim wątpliwościom. Posłużono się ordynarną demagogią i zrównując katów z ofiarami stwierdzono:
Wydarzenia z 7 i 10 kwietnia 2010 stały się punktem zwrotnym w relacjach między naszymi państwami. Nie tylko dlatego, że zerwały tkaną przez 70 lat pajęczynę kłamstwa – ale co ważniejsze – uświadomiły milionom Polaków i Rosjan, że w masowych grobach w lesie pod Smoleńskiem spoczywają obok polskich jeńców tysiące innych, bezimiennych ofiar represji stalinowskich. [...] To, co się wydarzyło na wiosnę 2010 roku jest szansą. Można ją wykorzystać jedynie poprzez wyjście naprzeciw sobie w sposób trwały i instytucjonalny”.
Było coś wyjątkowo makabrycznego w tej fałszywej wspólnocie zatroskania nad „pojednaniem polsko-rosyjskim” – wyrażanej natychmiast po śmierci polskiej elity. Ówczesne głosy polityków, hierarchów i reżimowych publicystów, nie mieściły się bowiem w racjonalnej logice ludzkich reakcji i były wyrazem jakiejś antypolskiej aberracji, która w śmierci rodaków nakazywała upatrywać szansę na „zbliżenie dwóch narodów”. Aberracji tym większej, że proces ten nie został poprzedzony jakimkolwiek wyznaniem win, rachunkiem krzywd i próbą ich naprawienia, zaś miesiące poprzedzające Smoleńsk były okresem szczególnie agresywnej propagandy antypolskiej i wrogich, niechętnych Polakom wystąpień.
Zwracałem kiedyś uwagę, że semantyczne podwaliny owego „pojednania” wytyczyła retoryka byłego pułkownika bezpieki Tomasza Turowskiego. Straszliwy w swej wymowie passus o krwi będącej „zaczynem pojednania polsko –rosyjskiego” oraz słowa o „mieszaniu z krwią polską ogromu krwi narodu rosyjskiego  - niosły najgroźniejsze, historyczne  fałszerstwo, w którym następowało zrównanie losu ofiar z losem katów. W wizjach kreślonych przez Turowskiego i powielanych przez polskich hierarchów, nie było wskazania winnych śmierci naszych rodaków ani potępienia dwóch stuleci rosyjskiego terroru. Zamiast Rosjan-oprawców i nazwania zbrodni –znajdowaliśmy niewolniczą „wspólnotę krwi”, brednie o „słowiańszczyźnie” i „tradycji judeochrześcijańskiej” oraz  mityczny „nieludzki system”, który sam wymordował miliony istnień. Polityczny dogmat, iż „kwestie historyczne stały się w istocie przeszkodą  determinował język zwolenników „pojednania” i leżał u podstaw fałszowania relacji polsko-rosyjskich.
Wspominam o tym okresie wyjątkowego upodlenia, bo nie byłby on możliwy, gdyby nie ludzie, na których Rosjanie mogli opierać swoje kalkulacje i liczyć na ich wsparcie.
Postać Komorowskiego urasta w tym czasie do wymiaru negatywnego symbolu, a jego prorosyjskość znajduje rozkwit w  rozlicznych inicjatywach, wypowiedziach i aktach poddania woli Moskwy.

środa, 22 kwietnia 2015

KOMOROWSKI. W CIENIU MOSKWY - 1


-Kocham moją władzę.
-A za co ją właściwie kochasz?
-Za wszystko.
-Za to, że cię nie ruszała i nie wsadzała do więzienia?
-Za to szczególnie. Za wszystko gotów jestem kochać moją władzę.
-A co ci się najbardziej podoba w twojej władzy: jej słowa, jej usta, jej chód i czyny?
-Wszystko w niej kocham. To wy, kurwa mać, możecie sobie rozprawiać o mojej władzy. Wy możecie strugać wariata, ja bardzo kocham swoją władzę, i nikt tak nie kocha swojej władzy, żadna gadzina nie kocha tak mojej władzy
 Wieniedikt Jerofiejew, „Moskwa-Pietuszki”

Nie ma w życiu publicznym III RP polityka bardziej prorosyjskiego niż Bronisław Komorowski. W dobie zagrożenia rosyjską agresją i obalenia mitologii „pojednania” z państwem Putina - ta cecha lokatora Belwederu nabiera wyjątkowego znaczenia i powinna decydować o pozbawieniu go urzędu prezydenckiego.
Działalności politycznej tego człowieka – od funkcji wiceministra ON, po stanowisko prezydenta- nie można należycie ocenić, nie uwzględniając faktu, że ów „prawicowiec” i „konserwatysta” od ponad ćwierćwiecza wykazuje szczególną fascynacje ludźmi służącymi Moskwie i w sposób gorliwy zabiega o interesy rosyjskie.      Zatajenie tej prawdy jest jednym z największych wyczynów aparatu propagandy w dziele budowania fałszywego wizerunku Komorowskiego. Było to zadanie tym trudniejsze, że obecny lokator Belwederu niespecjalnie ukrywał swój prawdziwy stosunek do państwa Putina i do ludzi służących sowieckiemu okupantowi. 
Prorosyjskość Komorowskiego miała niewątpliwy wpływ na decyzje personalne podejmowane  przezeń na początku lat 90.(„gruba kreska” w MON) i po roku 2000, rzutowała na jego działania na stanowisku szefa sejmowej komisji obrony (m.in. sprawa utajnienia decyzji o umorzeniu śledztwa w/s płk. R. Kuklińskiego) oraz decydowała o szeregu jego wypowiedzi i reakcji jako marszałka Sejmu.
Przedstawione tu przykłady obejmują tylko okres rządów PO-PSL i ledwie sygnalizują rzeczywisty zakres tego groźnego zjawiska.
Bronisław Komorowski wielokrotnie udowadniał, że w sytuacji konfliktu interesu polskiego z racją rosyjską, zajmuje pozycję rzecznika Rosjan. Tak było w listopadzie 2008, gdy podczas wizyty prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji, Rosjanie ostrzelali konwój prezydencki. Znane słowa Komorowskiego - „Jaka wizyta, taki zamach, bo z 30 metrów nie trafić w samochód to trzeba ślepego snajpera”, poza bezprzykładnym cynizmem i grubiaństwem zawierają więcej niż kpinę wyrażoną przez kogoś, który nigdy nie narażał własnego bezpieczeństwa. Winą za ostrzelanie prezydenckiego konwoju, Komorowski obarczył bowiem Lecha Kaczyńskiego, a jedyną troską ówczesnego marszałka Sejmu była obawa, iż „incydent będzie miał negatywny wpływ na stosunki polsko-rosyjskie”.  Pytany wówczas - czy polskie władze powinny domagać się wyjaśnień od strony rosyjskiej, Komorowski zdecydowanie oponował i twierdził, że „trzeba zacząć zadawać pytania, idąc od siebie samych, to znaczy najpierw muszą paść pytania do polskiego prezydenta, do jego ochrony, do osób, które organizowały wizytę, odpowiadały za przebieg tej wizyty. Potem, oczywiście, także do Gruzinów”. Taka reakcja - całkowicie zgodna z ówczesną narracją Moskwy, stawiała polityka PO w roli rzecznika interesów rosyjskich.
Podobną reakcję Komorowskiego można dostrzec w sprawie amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Z ujawnionej w Wikileaks depeszy ambasadora USA w Polsce Victora Ashe z 7 maja 2009 roku, na uwagę zasługuje fragment, w którym ambasador relacjonuje swoją rozmowę z politykami Platformy -Bronisławem Komorowskim i Sławomirem Nowakiem. Ashe zanotował: „Marszałek Komorowski i Nowak zgodnie wskazywali na to, że zgadzając się na lokalizację tarczy antyrakietowej Polska zapłaciła „wysoką cenę” – szczególnie w relacjach z innymi członkami UE i Rosją. Komorowski wyraził obawę, że po dwunastu latach poprawy relacji Polska ponownie staje się rosyjskim celem – wysocy rangą rosyjscy politycy grozili wymierzeniem w Polskę głowic nuklearnych, podgrzewane są antypolskie nastroje wśród Rosjan i podejmowane działania przeciwko polskim interesom na Ukrainie.”

wtorek, 14 kwietnia 2015

O KOLEKTYWNYM WYSIŁKU


W lutym br., po opublikowaniu pierwszej części tekstu „Jak wygrać?” obiecałem nie wracać więcej do tematu tzw. strategii wyborczej opozycji. Była to decyzja świadoma, podjęta po rozważeniu za i przeciw. Uznałem, że pisanie o wyborach i postulowanie rozwiązań, które nie mają cienia szansy na realizację, nazbyt przypomina walkę z wiatrakami. Ja zaś, w żadnym stopniu nie mogę sobie pozwolić na odgrywanie roli groteskowego Don Kichota. 
Po dwóch miesiącach od publikacji „Jak wygrać” jestem przekonany o trafności tej decyzji. Zaoszczędziłem sobie zbytecznej pracy, a czytelnikom straty cennego czasu.
W tym okresie „linia wyborcza” opozycji nie uległa najmniejszej zmianie i nie warto wierzyć, by istniały skuteczne metody otrzeźwienia sztabowców PiS lub przywołania do rozumu małych demiurgów z „wolnych mediów”. Ponieważ jedni i drudzy czytają ten blog – ślę im pozdrowienia i życzę, by za kilka miesięcy wyborcy i czytelnicy okazali kompletny brak wyrozumiałości.
Jest jednak temat, o którym nie mogę nie wspomnieć. Od co najmniej dwóch miesięcy „niezależne media” oraz politycy opozycji poświęcają mnóstwo uwagi lokatorowi Belwederu. Jako autor owładnięty „obsesją” na punkcie Komorowskiego (co onegdaj zdiagnozowała u mnie pewna pani redaktor) bardzo się cieszę z zainteresowania najważniejszą postacią reżimu III RP. Cieszę się z neofickiego zapału, z jakim przedstawiciele „naszych mediów” odkrywają dziś ciemne strony życiorysu Komorowskiego i tropią dawno wytropione sprawy. Z niesłabnącym podziwem odbieram wysiłki m.in. red. Janeckiego, który po ośmiu latach od publikacji Raportu z  Weryfikacji WSI, odważnie i samodzielnie ustala dziś fakty opisane w tym dokumencie. Szczególnie zaś cieszy, że ludzie, którzy do tej chwili uważali lokatora Belwederu za postać drugoplanową i podporządkowaną woli genseka -Tuska, nagle dostrzegli ogromne wpływy „ciapowatego strażnika żyrandola” i zostali zaskoczeni jego drugim, marsowym obliczem.
Nie zasłużyłbym jednak na miano zaciętego malkontenta, gdybym do tej wyborczej sielanki nie dolał  kilku słów dziegciu.
Robię to w gorzkim przeświadczeniu, iż wielu z tych, którzy wykazują dziś natężone zainteresowanie postacią Komorowskiego, w istocie gromadzi argumenty mające osłodzić gorycz porażki wyborczej. Po co? Być może po to, że jeśli wybory prezydenckie zostaną przegrane, a wśród wyborców i czytelników znajdą się osobnicy nazbyt dociekliwi,  dzisiejsze wzmożenie posłuży za tarczę, za którą schronią się medialni „opozycjoniści”. Usłyszymy wówczas znany (acz rozpisany na głosy) monolog - „wspólnym wysiłkiem całego kolektywu, no budowali my, no i pff...”.

Podziwiam więc ów „wysiłek kolektywu”, ale nie okażę zaskoczenia, jeśli będzie on całkowicie daremny. Nie tylko z tej przyczyny, że większość polityków i publicystów  podejmuje tematy drugo, a nawet trzeciorzędne w skali dokonań Komorowskiego, lecz dlatego, że obecne wzmożenie można porównać do próby przekopania łopatką Mierzei Wiślanej. To imponujące, ale mało efektywne.
Przed wielu laty, były członek partii komunistycznej Jerzy Surdykowski napisał w „Tygodniku Powszechnym" - „W komunizmie dziennikarz-publicysta miał być lepiej wiedzącym i dalej widzącym „ojcem narodu", wieść go jak pasterz ku jedynie słusznej przyszłości”. Myślę, że taka pokusa pasterzowania nie ominęła również współczesnych żurnalistów i wielu z tych, którzy przypisują sobie miano niezależnych, chętnie kreuje się na „lepiej widzących ojców narodu”. Szkoda, że przy tym zapomnieli, że podstawowym obowiązkiem w tej profesji nie jest kreowanie rzeczywistości, „krzepienie ducha”, „mobilizacja elektoratu” itp. zadania partyjne, lecz przekazywanie rzetelnych informacji. Zawsze i wszędzie. Bez względu na cudowne „strategie wyborcze” czy pijarowskie wizje partyjnych macherów.
Może się zatem zdarzyć, że osobnicy nazbyt dociekliwi zadadzą trudne pytania: dlaczego w czasie tej prezydentury tak niewiele pisano o dokonaniach lokatora Belwederu; dlaczego przez tyle lat bagatelizowano lub umniejszano znaczenie tej postaci; czemu przemilczano rolę ośrodka belwederskiego w sprawach dotyczących służb specjalnych, armii i naszego bezpieczeństwa; dlaczego nie dostrzegano dziesiątków wydarzeń, które świadczyły o budowaniu reżimu prezydenckiego i ukazywały autentyczne centrum decyzyjne?  
Jakiż to genialny strateg sprawił, że przez ostatnie pięć lat goniono za pospolitym figurantem (którego dezercja nie wywołała nawet rysy na obliczu reżimu), lecz kompletnie zapomniano o postaci, która w tym samym czasie umacniała wpływy swojego środowiska i wznosiła mury fałszywej mitologii ?

środa, 8 kwietnia 2015

NIE BĘDZIEMY RAZEM


- Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu, po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę, idź wyprostowany wśród tych co na kolanach, wśród odwróconych plecami i obalonych w proch ocalałeś nie po to aby żyć...
Trzeba było, by mój Prezydent zginął w Katyniu, w ziemi ciemnego kresu, gdzie giną najlepsi z najlepszych odbierając ostatnią nagrodę. Trzeba było, by mój Prezydent wrócił w prostej trumnie, by tym, co na kolanach i tym odwróconym od prawdy przypomnieć, czym jest ofiara życia.
- bądź odważny gdy rozum zawodzi, bądź odważny, w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy...
Odwaga jest w nienawiści u tchórzy. Dlatego szydzili z niej, pytając o „ślepego snajpera”, gdy mój Prezydent został bohaterem Gruzji. Dlatego zagłuszano jego głos, gdy przypominał o mordercach z Katynia i drwiono z niego, gdy bronił naszej pamięci.
- oni wygrają pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę, a kornik napisze twój uładzony życiorys...
Oni wiedzą, że dziś można. Pokazywać zdjęcia nigdy nie oglądane, nazywać mężem stanu i ciepłym człowiekiem. Dziś, gdy mój Prezydent nie żyje, zgraja hipokrytów prześciga się w pochwałach, z nikczemnym przekonaniem, że martwy już im nie przeszkodzi. Po latach szyderstw  tanim bełkotem próbują zmyć hańbę, wierzą, że oszukać Polaków jest rzeczą łatwą.
- i nie przebaczaj, zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie...
Nie będzie przebaczenia. Póki trwa kolejna odsłona kłamstwa katyńskiego, załgany spektakl pod dyktando Moskwy - odgrywany przez media i rządzących. Rozpoczęty przed wieloma miesiącami, gdy ten rząd z tym pułkownikiem KGB uczynili z mojego Prezydenta przedmiot antypolskich rozgrywek. Nie będzie przebaczenia, bo nim zebrano ciała ze smoleńskiego lotniska już zabrzmiał haniebny dwugłos  - o „winie polskich pilotów” i „roli jaką mógł odegrać upór prezydenta” - zwiastujący to, co będzie się działo za kilka tygodni.
Nie będzie przebaczenia, bo chcą nam zabrać nawet naszą dumę…
- strzeż się jednak dumy niepotrzebnej, oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz...
Chcą, żebyśmy nienawiścią wystawili się na ciosy. Łatwe do zadania, bo ten kto nienawidzi- już przegrał. Przed swoją maską „żalu” chcą postawić naszą „wrogość” i pokazać ją światu, jako dumę niepotrzebną.
- niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda, dla szpiclów katów tchórzy...
I dla namiestnika, który w nienawiści do mojego Prezydenta przez lata topił lęk. Dziś – wyniesiony na jego śmierci chce „łączyć w żałobie” i załganym frazesem - „bądźmy wszyscy razem” próbuje zatrzeć nieprzekraczalne granice.
Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

***

Napisałem te słowa przed pięcioma laty, 11 kwietnia 2010 roku. Zamieszczam je ponownie -nie dlatego, by oszczędzić sobie trudu pisania rocznicowego tekstu, ale z tej przyczyny, że nadal opisują one realia III RP.
Ci, których zdradzono, wciąż są zdradzani, ci zaś, którzy zdrady się dopuścili, nie zostali nawet nazwani po imieniu.
Podobnie, jak przed pięcioma laty uważam, że zamach smoleński nie stworzył nowej, zaskakującej rzeczywistości. Te wydarzenia były następstwem wyborów dokonanych po roku 1989 i stanowiły kontynuacją tamtej - komunistycznej dżumy, która miała zabić w nas wspólnotę narodu i zamienić Polaków w skarlałą formę człowieka sowieckiego. Śmierć polskiej elity wieńczyła proces rozpoczęty przed wielu laty.  

sobota, 4 kwietnia 2015





GDY SĄ PRZED NAMI WSZYSTKIE MOŻLIWOŚCI...


Moi towarzysze doli są pełni pogody i wesela. Słyszę ich śpiewne głosy. Siostra kręci się po korytarzu i nuci sobie, O Filii et filiæ, Rex cælestis, Rex gloriæ, ex morte resurrexit hodie, Alleluja. - A ksiądz zadowolony, że już jest "w domu", a nie w klinice, podejmuje coraz to nową pieśń Zmartwychwstania. Gdy Chrystus zmartwychwstał, objawił tyle możliwości przed ludźmi, że już jest nam wszystko jedno, w jakiej obecnie jesteśmy sytuacji. Wiemy, że są przed nami wszystkie możliwości. A kto "wszystko może w Tym, który umacnia", nie pamięta o tym, co jest dziś.

10.IV.1955, Niedziela Wielkanocna. Stefan Kardynał Wyszyński - "Zapiski więzienne"

.............................

Wszystkim Państwu, którzy odwiedzacie mój blog, życzę prawdziwej radości, siły i pogody ducha oraz wszelkich łask płynących z przeżywania Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.
Odkąd w nasze dzieje wkroczył Bóg – wiemy, że nie wolno nam zatrzymywać się przy Wielkim Piątku.  
Przed nami są wszystkie możliwości – tak nieograniczone, że symbol hańby i poniżenia zamieniły w znak nadziei i zwycięstwa.
Odkąd „wszystko zmartwychwstaje” życzę Państwu, by  - za słowami Prymasa Tysiąclecia – „było nam wszystko jedno” i żadne smutki, lęki i doświadczenia nie pokonały radości Zmartwychwstania.

Wesołego Alleluja !

wtorek, 31 marca 2015

ŚWIAT WIELKIEGO PIĄTKU


„Życie w komunizmie jest piekłem, ale nie dla wszystkich – pisał Leopold Tyrmand - Jest piekłem dla ludzi dobrej woli. Dla uczciwych. Dla rozsądnych. Dla chcących pracować z pożytkiem dla siebie i dla innych. Dla przedsiębiorczych. Dla tych, którzy chcą coś zrobić lepiej, wydajniej, ładniej. Dla tych, którzy chcą rozwijać, wzbogacać, pomnażać. Dla wrażliwych. Dla prostolinijnych i skromnych. Natomiast dobrze prosperują w komunizmie głupcy nie dostrzegający własnej marności i śmieszności. Doskonale powodzi się służalcom, oportunistom i konformistom; wiedzie im się tym lepiej, że z czystym sumieniem mogą nie robić nic, albowiem i tak nie sądzą, że należy coś robić w zamian za serwilizm - czują się zwolnieni z wszelkiej odpowiedzialności co wzmaga ich znakomite samopoczucie”.
            Jeśli w realiach III RP wciąż znajdujemy rys komunistycznego piekła - czy wolno nam karmić się wiarą w „śmierć komunizmu” i utrzymywać, że od ćwierćwiecza przemierzamy „wielki plac czyśćca”? Czy mamy prawo zamykać oczy na piętno tej sukcesji – tylko dlatego, że definiując ją zostaniemy zmuszeni do porzucenia kilku wygodnych dogmatów?  
Widok służalców i kanalii, decydujących dziś o przyszłości Polaków ujawnia nie tylko historyczną otchłań dychotomii My-Oni, ale jest dowodem tragicznego zniewolenia. Dotyka ono ludzi nieświadomych istnienia tak głębokiej sukcesji, ale również tych, którzy z rozmysłem uciekają od nazywania rzeczy po imieniu.
Tam, gdzie większość akceptuje życie w kłamstwie i dobrowolnie „uczęszcza na przyspieszone kursy padania na kolana” – herbertowska „postawa wyprostowana” staje się niedościgłą metaforą, a ludzie, którzy chcieliby ją przyjąć, zostają skazani na samotność.
Problem z nazwaniem naszych czasów wynika z kryzysu, w jakim znalazły się polskie elity. Pisząc – elity –mam na myśli środowiska, które przyznają się do tradycji patriotycznej lub chcą uchodzić za rzeczników polskich interesów. To kryzys odwagi i ucieczka od zdefiniowania rzeczywistości. Ujawnia on postawy, w których nadzieja na rychłe „zmartwychwstanie” ma usprawiedliwiać zacieranie wizji komunistycznego piekła. Stąd rodzi się przeświadczenie, że łatwiej tłumaczyć zjawiska III RP fałszywą miarą „postkomunizmu” lub „złożonością procesów demokracji” niż sięgając korzeni, dostrzec grozę obecnego położenia.
W napisanym przed kilkoma laty tekście „Świat Wielkiego Piątku” przypomniałem o definicji „ketmana” – wyjątkowo załganym sofizmacie, który „ukąszonym” komunizmem miernotom pozwalał dostąpić łaski fałszywego przebaczenia, zaś pospolitych zdrajców stroił w szaty „biegłych dialektyków”.
„Ketmani” pojawiali się tam, gdzie do ludzkiej nędzy przykładano miarę mądrości, gdzie słabość tłumaczono rozsądkiem, a lęk rozgrzeszano cnotą przezorności. Według reguł „ketmana” - Judasz dokonał politycznego wyboru, słusznie rozczarowany „niemesjańskim“ przesłaniem Jezusa. One stały za Potockim i Kossakowskim - tłumacząc hańbę Targowicy. Według nich działali literaccy „inżynierowie dusz” i szczytne Puczymordy PRL-u - przeświadczeni o moralnej dostojności i heroicznym „potykaniu się ze złem”. Wysublimowany z pospolitej zdrady „ketman” miał zaspokajać potrzeby ludzi nazbyt słabych, by pogodzili się z własnym zbydlęceniem i zbyt tchórzliwych, by znosili widok własnej twarzy.
Pisałem wówczas, że nie wolno nam godzić się na postawę „ketmanów” – którzy z negacji dobra i zła chcą budować załgane państwo i swoją niby obecnością występują przeciwko tym, którzy mają odwagę stawiania trudnych pytań. Nie można pozwolić, by pseudointelektualny bełkot „ketmanów” uzasadniał najzwyklejsze łajdactwo i z zaprzeczenia rzeczom niezaprzeczalnym, czynił fałszywą normę. Nie wolno było na to pozwolić - bo każdy z „ketmanów” zabijał prawdę o naszej rzeczywistości i drwił z ludzi zdolnych udźwignąć jej ciężar.
Po ćwierćwieczu III RP znamy już wszystkie odmiany „ketmana”. Znamy ich nazwiska i rejestr dokonań i żadna dodatkowa wiedza nie jest konieczna, by powtórzyć za Tyrmandem - „doskonale powodzi się służalcom, oportunistom i konformistom”.  
I na tym poprzestać, bo przekroczenie granic piekła komunizmu wciąż wydaje się nieosiągalne.
Już nie za sprawą twórców komunistycznej hybrydy, lecz z winy tych, którzy mamią Polaków wizją nieistniejącej demokracji i utrzymują w próżnej nadziei „zmartwychwstania”.  Ci ludzie tworzą dziś świat najgroźniejszej fikcji, w którym istnieje przyzwolenie na postawy oportunistów, lecz nie ma miejsca dla chcących „spojrzeć losowi prosto w oczy”.
Nikt nie zapyta - jakiej Polski dla nas pragną, jeśli nie mają odwagi zdefiniować komunistycznego piekła? Do czego „mobilizują” naród, skoro sami ulegają wrzaskom oportunistów i pozwalają im na zabójczą dialektykę? 
Przed czterema laty napisałem, że trzeba, byśmy zostawili „ketmanów” w ich świecie Wielkiego Piątku, „podziwiających zawrotną grę losu, potencje i uśmiechy fortuny”. Nie znajdą z niego wyjścia i nie doczekają dnia Zmartwychwstania.
Ten rok rozstrzygnie, czy w świecie Wielkiego Piątku pozostaną również polskie elity i ci, którzy im zawierzyli. 


Na czas wielkotygodniowego zamyślenia szczerze polecam lekturę wiersza Zbigniewa Herberta – „Pan Cogito o postawie wyprostowanej”.

piątek, 27 marca 2015

ROTH I WYJŚCIE Z PUŁAPKI


W oczach Zachodu „koegzystencja” z Rosją jest możliwa, jeśli państwo to otrzyma „należną” mu strefę wpływów i zaspokoi swoje mocarstwowe ambicje. W równym stopniu, ten kierunek polityczny wytyczony został niechęcią lewackich elit wobec Ameryki, jak intencją  ograniczenia hegemonii USA. Nie powinno nas dziwić, że putinowska Rosja bez trudu znalazła sprzymierzeńców wśród przywódców Zachodu, a kwestia ustalenia prawdziwych okoliczności tragedii smoleńskiej staje się drugorzędna i rozpatrywana wyłącznie w kategoriach bilansu zysku i strat. Na Zachodzie nikt „nie będzie umierał” za prawdę o śmierci polskiego prezydenta.(…)  Dla europejskich stolic „szatanem” jest dziś groźba otwartego konfliktu z państwem Putina i utrata dotychczasowych efektów resetu.  Dla jej zażegnania gotowe są na każdy rodzaj sojuszu z kremlowskim „diabłem” i jak najmocniejsze zaciśnięcie oczu na prawdę o smoleńskiej tragedii.
Dlatego kalkulacje polityków opozycji i nadzieje części polskiego społeczeństwa na stworzenie komisji międzynarodowej i pomoc państw Zachodu, mogą okazać się bezpodstawne – szczególnie,  jeśli natrafią na sprzeciw zakładników kłamstwa i mur zmowy milczenia. W tej sytuacji Rosja może sobie pozwolić na grę va banque, licząc (w równej mierze), na wsparcie „partii rosyjskiej” w Polsce, jak na milczące współuczestnictwo europejskich elit.”
Taką ocenę relacji Zachodu z państwem Putina zawarłem w tekście „Nikt nie umrze za polską prawdę”, opublikowanym w lutym 2011 roku w miesięczniku „Nowe Państwo”.
Wydawało się wtedy, że sprawa zbrodni smoleńskiej na długie lata pozostanie depozytem, podobnym zbrodni katyńskiej. Powojenny ład jałtański sprawił, że przywódcy „wolnego świata” przyjęli wówczas rolę wspólników sowieckiego ludobójstwa i zostali naznaczeni moralną odpowiedzialność za dziesięciolecia kłamstwa katyńskiego. Ten sam mechanizm zastosowano po 10 kwietnia, gdy nowy „reset” wymagał przyzwolenia na ekspansję kremlowskiego satrapy i wygaszania „polskiej rusofobii”.  
Kalkulacje Rosjan towarzyszące zbrodni smoleńskiej, nie były efektem wybitnych zdolności strategicznych pułkownika KGB. Putin doskonale wiedział, że nadrzędnym celem społeczeństw Zachodu nie jest prawda historyczna ani racje moralne, lecz dobrobyt i spokój – i za obie te wartości gotowe są zapłacił każdą cenę. Tym większą, gdy płaconą cudzą krwią.
Dopiero napaść na Ukrainę tworzyła sytuację, której nie można było przemilczeć. Ale i ta wojna nie była (i dotąd nie jest) wyrazem jakiejś "tajnej strategii" Putina, lecz wyłącznie oznaką trzeźwego realizmu. Władca Kremla doskonale odrobił lekcję najnowszej historii i wyciągnął trafne wnioski z błędów popełnianych przez przywódców Zachodu.

poniedziałek, 23 marca 2015

CYWILNY MINISTER I WOJSKOWE PRO CIVILI


W życiorysie politycznym Bronisława Komorowskiego są tematy wywołujące szczególnie nerwową reakcję polityka PO.
W listopadzie 2008 roku Antoni Macierewicz w jednym z wywiadów zauważył:
„Ostatnio kilkakrotnie widziałem marszałka w stanie silnego podenerwowania. Pierwszy raz, gdy pytano go o związaną z WSI spółkę „Pro Civili”. Drugi raz niedawno, gdy pytano go o kontakty z Leszkiem Tobiaszem i Aleksandrem L.”
Wypowiedź ta nawiązywała do przesłuchania przez sejmową komisję ds.służb specjalnych redaktora Wojciecha Sumlińskiego. Dowiedzieliśmy się wówczas, że Komorowski skłamał przed prokuratorem zeznając iż nie zna dziennikarza. Kłamał również publicznie przed mikrofonami radia, gdy 1 sierpnia 2008 roku twierdził, iż „akurat o panu Sumlińskim nic nie wiem, chyba nie znałem tego pana, więc moje zeznania dotyczyły byłego czy pułkownika dawnych służb komunistycznych.
Tymczasem Wojciech Sumliński występując przed sejmową komisją oświadczył, że spotykał się z Komorowskim w roku 2007, a tematem rozmów był przygotowywany dla programu „30 minut" w TVP Info materiał o Fundacji Pro Civili.
Sprawa fundacji musiała szczególnie utkwić Komorowskiemu w pamięci, bo pytany w lutym 2007 r w wywiadzie dla Gazety.pl – czy z WSI nie było problemów - stwierdził:
 Były. Ale znaczna większość grzechów WSI przytoczonych w raporcie nie jest żadną sensacją. Te sprawy od dawna bada prokuratura. Np. afera fundacji Pro Civili. Rozpracowały ją same WSI za czasów gen. Rusaka. W 2000 roku, kiedy kierowałem MON, sprawa została skierowana do prokuratury i znalazła finał w sądzie.”
Ponieważ w przestrzeni medialnej pojawia się coraz więcej informacji na temat Pro Civili, a wiele z nich dotyczy osoby obecnego lokatora Belwederu, warto przypomnieć o okresie szefowania Komorowskiego w MON i spróbować wyjaśnić, dlaczego wzmianka o tej szczególnej fundacji może wywoływać u polityka Platformy „stan silnego podenerwowania”.  
Przed kilkoma laty Wojciech Sumliński na blogu Wojciecha Wybranowskiego na Salonie24, pod tekstem „Mój przyjaciel szpieg” napisał:
Zakładam, że dyskusję śledzi wielu dziennikarzy, nawet jeśli nie biorą w niej udziału. Może któryś z nich podjąłby temat Fundacji Pro Civili i sprawdził, czy to tylko przypadek, że badających ten temat spotykają różne "przypadłości", że Roberta Zielińskiego zablokowano i grożono mu, że Darka Kosa wyrzucono z pracy, a mnie, cóż... ja zostałem "wyłączony" z działalności dziennikarza śledczego. Może to rzeczywiście tylko ciąg przypadków, a może nie - warto to sprawdzić. Warto także z tego względu, że temat nie został wyczerpany i choć przy pomocy tej fundacji zdefraudowano kilkaset milionów złotych, nikt nie poniósł konsekwencji. Bo co do badania tej sprawy przez WSI, o czym mówił marszałek Komorowski, to proszę wybaczyć, wolne żarty. "Badanie" polegało na tym, by przez siedem lat markować śledztwo mając nad nim pełną kontrolę i by w efekcie dojść donikąd. Ale to już temat właśnie dla dziennikarza śledczego, który zechciałby przejąć pałeczkę. Tylko który dziennikarz i która redakcja naprawdę byłabym zainteresowana dociekaniem prawdy, po odkryciu której - jak w oparciu o szereg danych przypuszczam z prawdopodobieństwem bliskim pewności - ziemia zatrząsałby się na dobre?
Sumlinski nie był pierwszym, który próbował rozwikłać aferę związaną z Pro Civili. W lutym 2007 roku dziennikarz Dariusz Kos tak opisywał okoliczności, w jakich wspólnie z Robertem Zielińskim badali w „Super Expresie” sprawę fundacji:

środa, 18 marca 2015

ILE MOŻNA ZYSKAĆ NA „KRYZYSIE PUTINOWSKIM” ?


Niedawne zniknięcie Putina i związane z tym spekulacje, musiały wywołać niemałe zaniepokojenie w szeregach decydentów III RP. Pułkownik KGB był dla nich partnerem w grze wymierzonej w polskiego prezydenta i do dziś spełnia rolę gwaranta tajemnic związanych z zamachem smoleńskim i procesem „pojednania” polsko-rosyjskiego.
Wprawdzie od czasu napaści Rosjan na Ukrainę, rządowe ośrodki propagandy (przy wydatnym wsparciu opozycji) wykreowały polityków reżimu na krytyków, a nawet przeciwników Putina, ta wizja nie znajduje najmniejszego oparcia w rzeczywistości. Jedynym miernikiem postawy grupy rządzącej jest sprawa Smoleńska i póki w tym obszarze nie nastąpiły zmiany, nie wolno nawet dywagować o procesie „nawrócenia”.
Logika więzi łączących Putina z ludźmi obecnego reżimu, wynika wprost z depozytu wiedzy o przebiegu zamachu smoleńskiego i mechanizmach fałszowania tej zbrodni. Taka relacja czyni z grupy rządzącej uległych zakładników, zdanych całkowicie na wolę kremlowskiego władcy. W układzie, doskonale znanym z pragmatyki służb sowieckich, nie ma miejsca na sprzeciw lub odstępstwo i nie sposób sobie wyobrazić, by ludzie zależni od Moskwy mogli samowolnie zmienić niewolnicze status quo. To oznacza, że ani agresja na Ukrainę ani jakiekolwiek bandyckie działania Rosji, nie mogą mieć wpływu na postawę zakładników kłamstwa smoleńskiego. Los tych ludzi spoczywa w rękach pułkownika KGB i ktokolwiek dopuszcza inną perspektywę relacji, wykazuje kompromitującą niewiedzę.
Wielodniowa nieobecność Putina i medialne spekulacje o śmierci lub obaleniu dyktatora, mogły zatem sprawić, że ludzie paktujący z kremlowskim satrapą poczuli się zagrożeni. Taki stan można porównać do lęku szantażowanego wspólnika, który dowiaduje się, iż właściciel tajnego depozytu stracił nad nim kontrolę i wpadł on w ręce innych graczy.

poniedziałek, 16 marca 2015

MACHIAVELLI Z BUDY RUSKIEJ


Przed pięcioma laty, w czerwcu 2010 roku opublikowałem na blogu dwuczęściowy tekst zatytułowany „Machiavelli z Budy Ruskiej”. Znajdują się w nim wypowiedzi Bronisława Komorowskiego z lat 2007 – 2010 oraz opinie na temat tego polityka. Ponieważ dziś pojawia się szansa obalenia reżimu prezydenckiego i uniknięcia kolejnych lat upokorzeń, przypominam ten tekst w nadziei, że poszerza on wiedzę o osobie lokatora Belwederu.  


Każdy widzi, za jakiego uchodzisz, lecz bardzo mało wie, kim jesteś”- „Książe”.

Wprawdzie wyborcom PO skutecznie wmówiono, że B. Komorowski jest naturalnym i najlepszym kandydatem ich partii, to warto przypomnieć, że w rzeczywistości jest kandydatem "z przypadku”, zaś prawdziwym „ojcem” tej kandydatury powinien być przyjaciel i  alter ego Komorowskiego  - Janusz Palikot. 
To on, 28 maja 2008 roku obwieścił w RMF FM- „gdyby Donald Tusk nie zdecydował się kandydować, to najbardziej prawdopodobnym kandydatem jest Bronisław Komorowski”. 1 Sam marszałek Sejmu, jeszcze do niedawna zdawał się doskonale rozumieć własne ograniczenia. Pytany w czerwcu 2008  o ewentualny start w wyborach prezydenckich, wyznał wprost - „Nie mam takich planów”  i zdobył się na ciekawą refleksję -„Nie należy sobie przesadnie planować. Życie pisze scenariusze takie jakie uważa, że są stosowne. Werdykty demokracji są różne, a dzisiaj planowanie wszelkie w tym zakresie jest szkodliwe dla sprawy - z każdego punktu widzenia. Uważam, że prezydent powinien dobrze pełnić swoją funkcję, premier premierowską, a ja - jak Bóg da – marszałkowską”.
Według Komorowskiego „polityk, który nie ma ambicji nie powinien brać się za politykę, ale najgorsze dla polityka to być ambicjonerem, który przede wszystkim myśli w kategoriach własnych aspiracji i własnej kariery”.2
W marcu 2009 roku Komorowski pytany o kandydaturę prezydencką Tuska, zadeklarował: „Nie dam się wmontować w sytuację, w której będę kontrkandydatem Tuska”  i dodał „Dziś tylko wariat albo kanalia mógłby chcieć osłabiać szanse kandydata z tak dużym poparciem jak Donald Tusk” .3  Jeśli w lutym 2010 roku poparcie dla D.Tuska było równie wysokie jak przed rokiem, warto się zastanowić – kto z osób decydujących o zmianie kandydata PO zasługuje na te epitety? 
W październiku ubiegłego roku posłowie Platformy pytani o ewentualną kandydaturę Komorowskiego, twierdzili, że marszałek Sejmu ma znikome szanse na wygranie z innymi kandydatami i zapewniali, że „Donald Tusk jest obecnie idealnym kandydatem Platformy na prezydenta Polski. Bronisław Komorowski to też dobry kandydat, ale nie jest idealny. A idealny to taki, który wygrywa - twierdził poseł Tomasz Tomczykiewicz.
-„Nic mu nie ujmując, ale Donald Tusk w trudnych sytuacjach radzi sobie lepiej. Polacy mu ufają, sprawdził się w roli premiera” – wtórował poseł PO Zbigniew Rynasiewicz. 4
O tym, jaką pozycję wśród wyborców Platformy faktycznie zajmował Komorowski, nim został im wskazany przez rządowe media i okrzyknięty „najlepszym kandydatem”, świadczy wynik sondażu GfK Polonia na zlecenie "Rzeczpospolitej" z czerwca 2009 roku, w którym na pytanie - kto byłby najlepszym kandydatem PO na prezydenta? – tylko 5 procent wskazało ówczesnego marszałka Sejmu. 5 Jeszcze gorzej wypadł Komorowski w listopadzie 2009 roku, gdy otrzymał tylko 4 procentowe poparcie. 6  Zaledwie dwa miesiące później, gdy ośrodki propagandy rozpoczęły kampanię „rozprowadzania”, zaś uczynne „sondażownie” przystąpiły do kreowania nowej rzeczywistości, wynik marszałka w sondażu GfK Polonia ustalono już na 45 procent. 7
Spójrzmy zatem, w jaki sposób B. Komorowski pełnił  funkcję marszałkowską, by na tej podstawie móc wnioskować, jak wyglądałaby ewentualna prezydentura tego człowieka.
Znamy poglądy polityka PO na temat zasad, jakimi winien kierować się  marszałek Sejmu  – wypowiadane wówczas, gdy dotyczyły innych polityków zajmujących to stanowisko. Jako samorodny moralista, poseł Platformy był rzecznikiem wysokich standardów: 
Marszałek jest drugą osobą w państwie po prezydencie, więc kwestia jego wiarygodności, jego słowa jest sprawą bardzo istotną. [...]  jeżeli mówimy o autorytecie, no to od polityków odpowiedzialnych, którzy deklarują swoje propaństwowe myślenie należy oczekiwać trochę więcej niż takie pełne tylko i wyłącznie podporządkowanie się prawu. Tu chodzi o autorytet państwa, autorytet prawa, autorytet parlamentu również” – deliberował Komorowski z roku 2004 i domagał się ustąpienia marszałka Oleksego, po nieprawomocnej decyzji sądu, uznającej Oleksego za kłamcę lustracyjnego. 8
Dwa lata później, gdy marszałkiem Sejmu był Marek Jurek, Komorowski grzmiał na dyktat partii rządzącej i nieliczenie się z głosem parlamentarnej opozycji, twierdząc, iż PiS „dysponuje marszałkiem, a marszałek dysponuje władzą w Parlamencie ogromną, może decydować o posiedzeniu, o braku posiedzenia, o tym, co jest wprowadzane pod obrady. Natomiast według mnie rolą marszałka jest jako właśnie drugiej osoby w państwie jednak tworzenie możliwości debaty publicznej w Parlamencie, bo inaczej jak tego nie ma, to się ona toczy na ulicach. Taka jest zawsze reguła9

środa, 11 marca 2015

NIEBEZPIECZNIE JAK ZA KOMOROWSKIEGO


Największym zagrożeniem, przed jakim stoją dziś Polacy, jest perspektywa drugiej kadencji Bronisława Komorowskiego. Gdyby w systemie prawnym III RP nie istniały tak szerokie uprawnienia prezydenta w zakresie bezpieczeństwa i obronności państwa i był on (jak utrzymują niektórzy) „strażnikiem żyrandola”, kolejne pięć lat sprawowania urzędu przez polityka PO narażałoby nas wyłącznie na ryzyko rozlicznych gaf, lapsusów i skandali dyplomatycznych. 
Niestety, Bronisław Komorowski jest nie tylko zwierzchnikiem Sił Zbrojnych i reprezentantem państwa w stosunkach zewnętrznych, ale wytycza strategię bezpieczeństwa narodowego, zatwierdza plany operacyjne użycia Sił Zbrojnych, może wprowadzać stany nadzwyczajne i posiada prawo mianowania najwyższych dowódców i urzędników państwowych. W trakcie pierwszej kadencji lokator Belwederu zadbał o znaczące poszerzenie swoich uprawnień m.in. poprzez zgłoszenie noweli ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych, ustawy o powszechnym obowiązku obrony oraz ustawami dotyczącymi „reformy armii i służb specjalnych”, które powstały na postawie tzw. rekomendacji Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN).
W czasie obecnej kampanii prezydenckiej, Komorowski kreuje się osobę szczególnie przygotowaną do pełnienia funkcji zwierzchnika armii i podkreśla swoje doświadczenia związane z wojskowością. Predyspozycje lokatora Belwederu mają wynikać z pełnionych w przeszłości funkcji wiceministra i ministra obrony narodowej oraz wypracowania w ostatnich latach tzw. doktryny Komorowskiego, która miałaby stanowić fundament bezpieczeństwa III RP.
Te propagandowe slogany warto skonfrontować z rzeczywistością i przypomnieć, że Bronisław Komorowski był nie tylko wyjątkowo nieudolnym i słabym wiceministrem ON oraz najgorszym w dziejach III RP szefem tego resortu, ale jego dokonania z czasów pierwszej kadencji dyskwalifikują go w roli zwierzchnika armii i gwaranta bezpieczeństwa Polaków.
Z nieznanych do dziś powodów ten były nauczyciel historii trafił na początku lat 90. do MON i objął funkcję wiceministra. Atutem Komorowskiego miał być fakt, że umiał rozmawiać z „czerwonymi” generałami i ułożyć sobie stosunki z generałem satelickiej armii LWP Florianem Siwickim. „Ułożenie stosunków” polegało w istocie na przyjęciu optyki „czerwonej” generalicji oraz na negatywnym stosunku do lustracji i dekomunizacji w wojsku.

poniedziałek, 9 marca 2015

JAK OBRONIĆ PUTINA KŁAMSTWEM O ŚMIERCI KSIĘDZA JERZEGO


Od czasu dojścia do władzy płk Putina i ustanowienia dyktatury siłowików, „eliminacja doskonała” stała się w Rosji nie tylko narzędziem umacniania wpływów, ale również metodą kreowania rzeczywistości i rozwiązywania konfliktów. Reżim Putina nigdy nie wahał się mordować własnych obywateli, zaś każdy krok na drodze politycznej funkcjonariusza KGB był  poprzedzany zbrodniczą sekwencją.
Po objęciu przez Putina stanowiska premiera Rosji, niemal natychmiast nastąpiła seria krwawych zamachów, o które oskarżono „terrorystów czeczeńskich”:
- 4 września 1999 nastąpił wybuch samochodu pułapki pod blokiem dla wojskowych i ich rodzin w Bujnaksku w Dagestanie, zginęły 64 osoby,
- 9 września 1999 wybuch zniszczył dziewięciopiętrowy blok w południowo-wschodniej części Moskwy, zabijając co najmniej 93 osoby,
- 13 września 1999  identyczna eksplozja zniszczyła dom w południowej części Moskwy. Zginęło kilkadziesiąt osób,
- 16 września 1999 wybuchła bomba podłożona po dziewięciokondygnacyjny budynek mieszkalny w Wołgodońsku na południu Rosji, zabijając 18 osób i raniąc kilkadziesiąt.
Aleksander Litwinienko w książce „ FSB blows up Russia” twierdził, że zamachy na budynki mieszkalne były przygotowane i przeprowadzone przez agentów FSB w celu zrzucenia odpowiedzialności na Czeczenów i uzyskania pretekstu do wznowienia wojny z Czeczenią oraz wzmocnienia szans Putina w wyborach prezydenckich 2000 roku. Te same zarzuty pojawiły się w filmie dokumentalnym Andrieja Niekrasowa z 2007 „Bunt. Sprawa Litwinienki”.
Sekwencję „zamachów terrorystycznych” można ponownie prześledzić przed wyborami prezydenckimi w Rosji w roku 2004.
 - 5 lipca 2003  dwie samobójczynie wysadziły się u wejścia do kas sprzedających bilety na koncert rockowy odbywający się na moskiewskim lotnisku Tuszyno. Śmierć poniosło 15 osób, a 59 zostały ranne,
- 9 grudnia 2003 w centrum Moskwy wysadziła się kobieta-zamachowiec powodując śmierć sześciu osób i raniąc kilkadziesiąt,
- 6 lutego 2004 wybuch w pociągu moskiewskiego metra zabił 41 osób i ranił ponad sto. Charakterystyczną cechą tych zdarzeń był fakt, że stanowiły dzieła terrorystów- samobójców, po których nie pozostał żaden ślad pozwalający na ustalenie sprawców i inspiratorów.
Niezależna opinia publiczna w Rosji jest przekonana, że sowieckie KGB nigdy nie umarło, lecz przeistoczyło się w obecną FSB i stanowi twór znacznie groźniejszy od poprzedniczki. Przed kilkoma laty znana rosyjska opozycjonistka Ludmiła Aleksiejewa w wywiadzie dla Reutersa stwierdziła, że „U schyłku czasów sowieckich KGB był aparatem ucisku, ale nie tak niebezpiecznym jak dzisiejsze służby. Były wtedy więzienia i szpitale psychiatryczne, ale nikogo nie zabijali. Morderstwa się nie zdarzały. A teraz się zdarzają...".
Zdaniem poważnych analityków, FSB nie podlega dziś żadnej kontroli ze strony organów państwa i jest samodzielną siłą, która decyduje o kierunkach rozwoju Federacji Rosyjskiej. Jednym dysponentem tego narzędzia, jest prezydent Rosji.

wtorek, 3 marca 2015

O KANCIASTEJ GRANICY


„Stan wojny z najeźdźcą nie znaczy, jak go chcą niektórzy ośmieszyć, porywanie się „z kłonicą na bombę atomową”. Ale znaczy tego rodzaju postawę moralną, która by wpływała hamująco na spadek po równi pochyłej, po której toczy się w tej chwili cały naród. Tej właśnie równi pochyłej, spowodowanej przez pewne środowiska na emigracji i w kraju, której dziś, dla zatuszowania swej odpowiedzialności, nadają niewinne miano: „przemiany społeczno-polityczne”! – Nie wyobrażam sobie bowiem, jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”.  Tymczasem wiemy z praktyki, że granica tych pojęć się zaciera”– napisał przed 70 laty Józef Mackiewicz w artykule „Dlaczego nie mogę wziąć udziału w ankiecie”, opublikowanym w czasopiśmie „Lwów i Wilno”.
Słowa pisarza pochodzą z epoki, do której chętnie odwołują się współcześni politycy „obozu patriotycznego”, publicyści, środowiska opozycji. Nie tylko dla wykazania własnego patriotyzmu, ale źródeł inspiracji i narodowych idei. To z postaw Żołnierzy Niezłomnych i czasów okupacji sowieckiej, mamy czerpać przykłady heroizmu i uczyć się polskości. Oni mają być się znakiem dla młodych pokoleń i źródłem narodowej dumy.
Z tej powszechnej, medialnej wizji, umyka jednak świadomość, że walka z bronią w ręku i czynny sprzeciw wobec okupanta, nie byłby możliwy bez przyjęcia fundamentalnej „kanciastej granicy”, o której przypominał Józef Mackiewicz.
Gdy w dniach poświęconych Żołnierzom Niezłomnym słuchałem wypowiedzi ludzi opozycji, rozlicznych zaklęć i dumnych deklaracji, odniosłem wrażenie, że przypisujemy sobie tradycję, od której oddziela nas nieprzebyta, historyczna bariera. Próby odwoływania się do dziedzictwa powojennego antykomunizmu, przy jednoczesnej negacji obowiązku wytyczenia „kanciastej granicy”, prowadzą nie tylko do zafałszowania prawdy o polskich bohaterach, ale stanowią haniebne nadużycie.
Choć w roku 1944 Mackiewicz nie mówił nic nowego, jego ówczesny „radykalizm” wywoływał sprzeciw londyńskich elit, a dla społeczeństwa doświadczonego wojną i podziałami, wydawał się nazbyt skrajną propozycją. Pisarz przypominał, że aby ocalić naród, trzeba oddzielić od siebie dwa, nieprzystające światy – zdrady i męstwa, swoich i obcych, trzeba nazwać rzeczy po imieniu i uporządkować system podstawowych pojęć. Wskazanie nieprzyjaciół, nazwanie wrogów – pełniło nie tylko funkcję integrującą, ale budowało grupową solidarność. Bez tego nakazu nie można było oddzielić dobra od zła ani uformować narodowej tożsamości. Taka postawa chroniła przed relatywizmem i błędną identyfikacją. Była konieczna, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Ludzie, których nazwaliśmy Żołnierzami Niezłomnymi być może nie zaprzątali sobie głowy socjologicznym fundamentem swoich ocen. Ruski żołdak, moskiewski agitator czy polskojęzyczny ubek – byli wrogami tej samej kategorii, delegatami obcej, antypolskiej zgrai, z którą należało walczyć na śmierć i życie lub ulegając jej – zginąć.  
Tak rozumiany antykomunizm oznaczał w istocie przyjęcie żelaznej dychotomii My-Oni, w której nie ma miejsca na światłocienie i pseudo moralne dylematy, w której nie praktykuje się kompromisów i odrzuca pośrednie wybory. Mądrość takiej postawy polegała na zrozumieniu, że próba połączenia dwóch nieprzystających rzeczywistości musi skończyć się klęską wartości i pochłonięciem ich przez „rozbestwione kłamstwo”. Ci ludzie nie tłumaczyli sobie, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko lub idąc z nim na ustępstwa, można ocalić dobro. Nie szukali „dróg kompromisu”, bo każda łatwa droga prowadziła do upadku i zaprzaństwa. Nie próbowali odnajdywać „zgody budującej”, bo mieli świadomość, że jednymi budowlami komunizmu, były baraki obozów i miliony bezimiennych grobów.

środa, 25 lutego 2015

PRZECIWKO MITOLOGOM „RUSKIEJ SIŁY”


Wyhodowanie pokoleń „georealistów” jest bodaj największym, historycznym osiągnięciem komunizmu i jego sukcesorów. Samonapędzająca machina strachu nie zważa dziś na realną pozycję Rosji; nie przyjmuje do wiadomości danych ekonomicznych i socjologicznych, nie dostrzega stanu zapaści i cywilizacyjnego zacofania, nie widzi słabości militarnej i technologicznej państwa Putina. By usprawiedliwić własne ograniczenia karmi się wyobrażeniami o „wielkim mocarstwie”, wnioskuje z mitów i propagandowych wizji, czerpie z lęku, jaki niewolnik odczuwa przed gniewem „pana”.
Ten rodzaj „realizmu” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. To pogląd narzucony kulami sowieckich karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków.
Przez półwiecze sowieckiej okupacji przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka "wojny z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji.
Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystywali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
Uwspółcześniona koncepcja „georealizmu” kazała Bronisławowi Komorowskiemu w orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym wyznać: "nie będzie stabilnego rozwoju naszego regionu bez współpracy z Rosją" i mówić o „interesie nas wszystkich w pojednaniu z Rosją”.
Wprawdzie rosyjska napaść na Ukrainę wymusiła chwilową zmianę retoryki, to ujawniła również, że lęk przez Rosją stanowi dziś główną przeszkodę na drodze do wyzwolenia spod władzy „czynnika rosyjskiego”.
Nie przypadkiem rozgrywanie tych lęków następuje w czasie, gdy Polacy zobaczyli, jak obala się reżim kremlowskich marionetek. Lekcja ukraińska druzgocze przecież mitologię „okrągłych stołów” i bezlitośnie obnaża fikcję tzw. mechanizmów demokracji – całkowicie martwych w państwach zawłaszczonych przez „partię rosyjską”. Co więcej - ta lekcja pokazuje rzeczywisty status Rosji – jako fikcyjnego „mocarstwa”, którego główną bronią nie jest potęga militarna lub ekonomiczna lecz ekspansja zbrodniczej mentalności, możliwa dzięki uległości zgrai eurołajdaków i słabości najgorszego w dziejach prezydenta USA.
Rosyjska agresja na Ukrainę nie może być żadnym dowodem siły militarnej („postępy” armii Putina w stosunku do ogromnych strat własnych są wręcz żałosne), lecz staje się efektem agenturalnej koniunktury i przyzwolenia na „światową ekspansję” prymitywnego kagebisty i jego bandyckiej zbieraniny.
Poczucie bezkarności kremlowskiego watażki ma trwałe, historyczne podstawy. Od czasu ustanowienia ładu jałtańskiego, polityka Rosji Sowieckiej i jej służb przyczyniła się do wyhodowania zastępów mędrków, którzy przyznają Rosji wyjątkowe prawo do ingerowania w życie innych narodów oraz wyznają dogmat poszanowania interesów rosyjskich. Szczególnie, jeśli wartość tych interesów jest mierzona w dolarach lub euro. Ci ludzie i kreowana przez nich polityka stanowią dziś śmiertelne zagrożenie dla świata. Znacznie większe niż zdezelowane ruskie tanki i zdemoralizowana armia Putina. Militarnie słaba i technologicznie zacofana Rosja, nie musi nawet udowadniać swojej siły. Robi to za nią armia tchórzliwych głupców, wspierana przez zastępy agentury wpływu.
Gdy w marcu 2013 roku opublikowałem w Gazecie Polskiej tekst – „ROSJA – IMPERIUM CZY POTĘGA MITU”, nie przypuszczałem, że kolejne dwa lata upłyną na umacnianiu rosyjskiej mitologii i triumfie postaw „georealizmu”. W zakończeniu tamtego tekstu znalazły się słowa:   
Jeśli dzisiejsza Rosja musi imitować mocarstwo i straszyć nas hardą retoryką – oznacza to tylko tyle, że państwo Putina staje się coraz słabsze i jest zmuszone sięgać do arsenału komunistycznych środków. Nic też nie wskazuje, by to państwo było w stanie sprostać globalnemu konfliktowi lub miało dążyć do jego sprowokowania. Taka konfrontacja   przyniosłaby Rosji militarną klęskę i spowodowała utratę jej najważniejszej broni - ekspansywnej sieci intryg i dezinformacji oplatającej współczesny świat. 

środa, 18 lutego 2015

JAK WYGRAĆ - 1


Im dłużej rozbrzmiewa chór „niezależnych” optymistów i głośniej płyną proroctwa rychłego zwycięstwa, tym łatwiej przewidzieć, że tegoroczne wybory zakończą się według tradycyjnego scenariusza. Wygląda na to, że tuż przed najważniejszą rozgrywką, opozycja i wtórujące jej media po raz kolejny wiodą elektorat na manowce i podążają drogą tych samych błędów, próżnych nadziei i fasadowej gry pozorów. 
Wróżenie wyniku wyborczego na podstawie kilku wystąpień i efektu konwencji, wyrokowanie z „sondaży” lub z reakcji reżimowych gadzinówek - być może zaspokaja aspiracje „wolnych” mediów i przysparza dochodów redaktorom naczelnym. Nie ma jednak nic wspólnego z rzetelną analizą szans wyborczych kandydata PiS-u ani z oceną polskiej rzeczywistości.
Istnieją dziś cztery podstawowe przeszkody na drodze do wygranej:
1 – brak realnego nadzoru nad procesem wyborczym;
2- przeświadczenie, że o wyniku mogą decydować reguły demokracji i głosy obywateli oddane w wolnym akcie wyborczym;
3- przeświadczenie, że strategia kandydata opozycji ma polegać na „budowaniu pozytywnego wizerunku”, nagłaśnianiu „treści merytorycznych” i ukazywaniu lokatora Belwederu jako „strażnika żyrandola”, polityka słabego i pasywnego;
4 – przeświadczenie, że tylko obecność opozycji (i jej kandydata) w reżimowych ośrodkach propagandy może wpłynąć na decyzje „elektoratu centrowego” i stanowić przeciwwagę kampanii negatywnej.

Jeśli chodzi o punkt 1 – opozycja kontynuuje nieskuteczny i wielekroć skompromitowany sposób „pilnowania wyborów”.
Zapowiadana przez PiS struktura "centralnego biura ochrony wyborów" i inne tego typu inicjatywy, są  oparte o zasadę „pospolitego ruszenia” i pracę wolontariatu. O nieefektywności działań polegających na kontrolowaniu wyników w komisjach wyborczych (liczenie głosów, kart, frekwencji) przesądzają dwa czynniki:
- ostateczny wynik jest zależny od „metodologii” przekazywania danych elektronicznych i zostanie wygenerowany w Krajowym Biurze Wyborczym;
- w III RP nie istnieją  niezależne  instytucje i organy państwa nadzorujące proces wyborczy.
Organizowane przez PiS akcje „Uczciwe wybory” wyglądają na propagandowy humbug. Jedynym efektem poprzedniej kampanii (wybory do PE) był kilkustronicowy „raport” o treści przypominającej wypracowanie gimnazjalisty. Zawierający liczne błędy i komunały, napisany w sposób niechlujny i nieprofesjonalny. Nie tylko nie wymieniono w nim wielu istotnych nieprawidłowości, nie dostrzeżono specyfiki przedwyborczych przetargów oraz treści dokumentów produkowanych przez PKW, ale nie odpowiedziano na najważniejsze pytanie: z jakiego oprogramowania i czyich serwerów korzystała PKW w trakcie tych wyborów? Gdy kilka dni później Sąd Najwyższy odrzucił wszystkie protesty PiS, informacja na ten temat nie została nawet ujawniona przez „wolne” media i została przemilczana przez opozycję.
Z akcji „Uczciwe wybory” 2014 do dnia dzisiejszego nie sporządzono żadnego sprawozdania ani raportu. Choć w roku ubiegłym słyszeliśmy setki szumnych deklaracji, a wynik farsy wyborczej został bezczelnie sfałszowany, do dziś opozycja nie przedstawiła żadnego raportu i nie wypracowała merytorycznych wniosków.