Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lipca 2013

SNOWDEN - AGENT ZNIEWOLENIA

Działalność Edwarda Snowdena od wielu tygodni pogrąża administrację Obamy i obnaża słabość Stanów Zjednoczonych w starciu z sojuszem rosyjsko-chińskim. Wprawdzie trudno jeszcze ocenić rozmiar strat spowodowanych aktywnością byłego pracownika NSA, to rozgłaszane przezeń rewelacje już dziś wywołują wstrząs w stosunkach politycznych USA-reszta świata i niosą zapowiedź poważnych konsekwencji.
Histeryczne reakcje tradycyjnych sojuszników Moskwy -  Francji, Niemiec i Polski, były do przewidzenia. Podobnie jak błazenada polityków unijnych żądających „sprawdzenia pomieszczeń KE na obecność amerykańskich podsłuchów” czy ochłodzenie relacji z innymi państwami UE. W dalszej perspektywie sprawa ta zostanie z pewnością wykorzystana przez zwolenników wypchnięcia Ameryki z obszaru europejskiego i posłuży do politycznej dezintegracji struktur NATO. Może mieć także wpływ na funkcjonowanie największej sieci wywiadu elektronicznego, znanej pod nazwą Echelon.
Rzeczą istotną jest również wizja ograniczenia działań wywiadu w zakresie zbierania danych o potencjalnych zagrożeniach, w tym identyfikacji grup i środowisk terrorystycznych oraz groźba pozbawienia służb amerykańskich jednego z najskuteczniejszych narzędzi w walce z terroryzmem. Wywiad elektroniczny i pozyskiwanie informacji z sieci internetowych pozwala bowiem analizować siatki powiązań oraz identyfikować grupy, którym przyświecają “wspólne cele” – zwykle wymierzone w USA. Można przypuszczać, że rewelacje Snowdena wymuszą również zmianę procedur i zabezpieczeń stosowanych przez wywiad oraz rezygnację z niektórych – ważnych dla bezpieczeństwa Ameryki - obszarów inwigilacji.
Przewidywanie takich następstw pozwala sformułować tezę, że casus Snowdena przyniesie Stanom Zjednoczonym o wiele większe straty niż działania każdej „normalnej” agentury. Z wielu względów mogą być to straty największe od czasu zakończenia „zimnej wojny”.
W przypadku byłego pracownika CIA mamy bowiem do czynienia z nową jakością w pracy agenturalnej. Dotychczas ludzie zwerbowani przez obce służby dzielili się wiedzą ze swoimi mocodawcami w zaciszu gabinetów i podczas zamkniętych przesłuchań. Snowden działa poprzez media i rozgłasza swoje rewelacje publicznie. Warto zauważyć, że choć są to informacje ogólnikowe, to o takim wydźwięku, by wzbudzały zainteresowanie mediów i opinii publicznej. Budują one negatywny obraz Ameryki, jako państwa „dwóch standardów” (© Ławrow) i wyraźnie grają na antyamerykańskich nastrojach wśród społeczeństw Zachodu. To okoliczność niezwykle korzystna dla mocodawców Snowdena. Przekaz trafia natychmiast do publiczności i jest nagłaśniany przez rozlicznych rezonatorów. Nie ma przy tym możliwości zweryfikowania prawdziwości informacji. Każda z nich jest powielana i przyjmowana bezkrytycznie, służąc utrwaleniu zakodowanych wcześniej stereotypów.

środa, 10 października 2012

„CZYSTY INTERNET” , ROSYJSKIE PRAWO


Finansowany przez Komisję Europejską projekt „Czysty Internet” (CleanIT) wygląda niczym kopia pomysłów legislacyjnych, przyjętych w lipcu br. przez rosyjską Dumę. Można się zastanawiać, które z rozwiązań ograniczających wolność w Internecie dzierży palmę pierwszeństwa, ale nie sposób nie zauważyć zdumiewającego podobieństwa pomysłów unijnych komisarzy i kremlowskich siłowików.
Przed kilkoma dniami, Fundacja Panoptykon monitorująca zagrożenia wynikające ze współczesnych form kontroli i nadzoru nad społeczeństwem, ujawniła treść wewnętrznego dokumentu KE poświęconego projektowi CleanIT. Zawiera on koncepcję współpracy między rządami państw UE a firmami obsługującymi sieć internetową. Celem współpracy ma być „walka z terroryzmem”, prowadzona poprzez zastosowanie tzw. dobrowolnych środków kontrolowania aktywności użytkowników. Pomysł jest prosty. Dostawcy usług internetowych, kierując się wytycznymi KE oraz „własnymi zasadami i etyką biznesu” mają być zobowiązani do aktywnego nadzorowania klientów oraz blokowania i filtrowania treści, które sami uznają za kontrowersyjne. Prywatne firmy we współpracy z rządami państw UE mają zapewnić dodatkowy filtr bezpieczeństwa, chroniąc społeczeństwa przed treściami, których nie udało się wyeliminować przy wykorzystaniu dotychczasowych rozwiązań prawnych. Chodzi o treści nie zakazane przez prawo lecz – z jakichś względów – uznane za niepożądane.
Fundacja zwraca uwagę, że „Czysty Internet” powiela wiele rozwiązań promowanych przez koalicję szefów firm telekomunikacyjnych i technologicznych (CEO Coalition), która działa na rzecz ochrony dzieci w Internecie i również jest finansowana ze środków Komisji Europejskiej. Oba projekty, niezależnie i bez koordynacji prac, rozwijają takie technologie, jak „przyciski” do zgłaszania lub oznaczania (oflagowywania) treści w sieci, tym samym powielając badania nad dobrowolnymi metodami powiadamiania oraz usuwania potencjalnie nielegalnych treści z Internetu.”
Zdaniem Panoptykon, projekt KE zmierza do stworzenia prywatnych mechanizmów cenzury, które będą egzekwowane w oparciu o ogólne warunki umów i nie będą poddane żadnej kontroli sadowej.
Dokument poświęcony koncepcji CleanIT zawiera propozycje skierowane do rządów europejskich. Ich sens sprowadza się do głębokiej ingerencji w treści internetowe oraz poddanie sieci ścisłemu nadzorowi. Postuluje się m.in.: wprowadzanie  prawa zezwalającego policji na kontrolowanie przepływu informacji (włącznie z dyskusjami online), usunięcie wszelkiego ustawodawstwa, które zabraniałoby filtrowania treści, ułatwienie procedur usuwania treści internetowych (zgodnie z zasadą „zaobserwuj i zareaguj”), tworzenie  regulacji prawnych służących wprowadzeniu obowiązkowego systemu identyfikacji, celem zapobiegania anonimowemu korzystaniu z usług internetowych oraz budowanie sieci „zaufanych informatorów online”, zajmujących się zgłaszaniem „podejrzanych” przypadków. 
Państwom członkowskim rekomenduje się tworzenie baz danych, zawierających wykaz zakazanych treści oraz rejestr blokowanych  adresów i stron internetowych. 
KE chciałaby również, by dostawcy usług internetowych byli pociągani do odpowiedzialności za niewykorzystywanie w „rozsądny sposób” możliwości sprawowania nadzoru elektronicznego „w celu identyfikowania działalności terrorystycznej w Internecie” – przy czym nie proponuje się żadnej definicji, która miałaby taką działalność opisywać. Również firmy udostępniające technologie filtrujące oraz użytkownicy sieci powinni być pociągani do odpowiedzialności w przypadku niezgłoszenia „nielegalnych” treści rozpoznanych przez programy filtrujące. Za działalność cenzorską firmy mają być nagradzane. Zgodnie z projektem, rządy państw europejskich powinny brać pod uwagę stopień zaangażowania dostawców usług internetowych w filtrowanie i nadzorowanie treści internetowych przy rozstrzyganiu publicznych przetargów na usługi internetowe.
W dokumencie postuluje się także odstąpienie od systemu opartego na dotychczasowej zasadzie, iż to sąd decyduje o tym, czy dana treść narusza prawo oraz dążenie do rozwiązań, w których decyzje quasi-sądowe będą podejmowały organy egzekwujące, np. policja. One też będą mogły żądać od dostawców usług internetowych usuwania treści z sieci.
Projekt „Czysty Internet” może zostać wprowadzony w taki sposób, by zawartych w nim dyspozycji nie można było zablokować w oparciu o prawodawstwo istniejące w poszczególnych krajach UE lub sprzeciw organizacji społecznych.
Clean IT oparty jest bowiem o tzw. koncepcję samoregulacji, czyli może zostać wdrożony poprzez ustalenia na linii rządy – biznes z pominięciem konieczności ustanawiania dodatkowych rozwiązań legislacyjnych. To oznacza, że projekt nie trafi pod obrady lokalnych parlamentów i nie będzie tematem publicznych debat.
By zastosować pomysły zawarte w Clean IT wystarczy dobrowolne porozumienie stron: rządu oraz firm dostarczających usługi internetowe. Ponieważ „Czysty Internet” powiela rozwiązania wspierane przez grupę CEO Coalition, można mieć pewność, że przedsiębiorstwa tworzące tę grupę, przyjmą go bez żadnego sprzeciwu. W CEO Coalition znajdziemy największe firmy branży IT, m.in. Apple, Deutsche Telekom, Facebook, France Telecom-Orange, Google, LG Electronics, Microsoft, Netlog, Nokia, Opera Software, Research in Motion, RTL Group, Samsung, Telefonica, Telenor Group, Vivendi czy Vodafone. Przyjęcie projektu oznacza więc zastosowanie globalnej cenzury sieci internetowej.
Nietrudno zauważyć, że niektóre z propozycji CleanIT próbował niedawno wprowadzić rząd Donalda Tuska, gdy pod koniec ubiegłego roku forsował zmianę ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz ustawy kodeks cywilny. Nowelizacja wprowadzała dodatkowy rozdział 3a w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną, w którym opisywano procedurę „powiadomienia i blokowania dostępu do bezprawnych informacji”.  Dzięki niej,  każdy, kto „posiada informację o bezprawnych treściach zamieszczonych w sieci Internet” mógł zwrócić się do usługodawcy internetowego z wnioskiem o zablokowanie takiej treści. Przepis skonstruowano w taki sposób, by rolę cenzora i decydenta spełniała firma - dostawca usługi internetowej. W uzasadnieniu nowelizacji, powoływano się na unijną Dyrektywę 2000/31/WE, która w istocie nie zawierała procedury blokowania informacji, pozostawiając jej wybór państwom członkowskim.
Z pewnością „Czysty Internet” zostałby powitany w Polsce entuzjastycznie, jako wychodzący naprzeciw intencjom rodzimych cenzorów.
Zawarte w nim rozwiązania muszą też satysfakcjonować Władymira Putina i kremlowskich decydentów. Ci bowiem (podobnie jak komisarze KE) kierowani potrzebą „walki z terroryzmem  i ochrony dzieci przed zagrożeniami płynącymi z sieci” uchwalili w lipcu br. nowelizację ustawy federalnej z dnia 29 grudnia 2010 N 436-FZ "O ochronie dzieci przed informacjami szkodliwymi dla ich zdrowia i rozwoju". Nazwa ustawy ma niewiele wspólnego z intencjami legislatorów i służy jako parawan dla wprowadzenia ścisłej kontroli sieci internetowej. Pomysły kremlowskich decydentów są wręcz identyczne z projektem CleanIT.
Zapisy nowelizacji dotyczą m.in. zmian w ustawie o  informacji, technologiach informacji oraz ochronie informacji, w której wprowadza się zapis w pkt. 15 umożliwiający stworzenie rejestru, w którym wpisane zostaną nazwy domen oraz adresów sieciowych zawierające treści zakazane do rozprzestrzeniania na terytorium Federacji Rosyjskiej. Podobny rejestr, pod nazwą  Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych – próbował wprowadzić niedawno rząd Donalda Tuska, a rekomendacje do tworzenia takich  wykazów  znajdziemy w projekcie Komisji Europejskiej.
Dla wpisania w rejestr nazwy domeny, odnośników do stron internetowych oraz adresów sieciowych, zobowiązani zostali dostawcy usług internetowych. Podstawą wpisu będą „kryteria stworzone przez rząd Federacji Rosyjskiej”, przy czym ustawa nie określa jakiego rodzaju będą to kryteria. Mowa jest jedynie o zakazie rozpowszechniania informacji dotyczących pornografii, narkotyków lub sposobów popełnienia samobójstwa oraz „każdych innych informacji, których rozprzestrzenianie jest zakazane na terytorium Federacji Rosyjskiej”. Podobnie więc, jak w przypadku „Czystego Internetu”, brak czytelnych reguł umożliwi całkowitą uznaniowość i arbitralność decyzji.
Strony internetowe będą blokowane bez decyzji sądu. Podejmie ją organizacja non-profit spełniająca opracowane przez rząd kryteria. Właściciel ocenzurowanej strony zostanie o tym powiadomiony przez dostawcę hostingu i w ciągu doby będzie musiał usunąć ją z sieci, w przeciwnym wypadku operatorzy usług internetowych otrzymają nakaz zablokowania jej adresu IP.
Ustawa wywołała w Rosji liczne protesty, do których przyłączyła się również firma Google. W oficjalnym oświadczeniu Google Russia  napisano m.in.- „Jesteśmy przekonani, że istnieją bardziej skuteczne sposoby zwalczania nielegalnych treści, niż te oferowane przez prawo. Oczekujemy konstruktywnego dialogu między ustawodawcami, przedstawicielami biznesu i społecznością użytkowników, w celu wspólnego opracowania skutecznych metod ochrony użytkowników Internetu”.
Jeśli zauważyć, że firma Google jest członkiem grupy CEO Coalition, zainteresowanej wprowadzeniem projektu „Czysty Internet” – ten sprzeciw powinien zaskakiwać. Unijny projekt zawiera przecież propozycje identyczne z rosyjskim prawodawstwem, a jedyna różnica polega na zastosowaniu przez KE kamuflażu w postaci zasady „samoregulacji” pozwalającej wprowadzić cenzurę Internetu bez konieczności zmian w systemie prawnym. W obu przypadkach, pomysłodawcom przyświeca ten sam cel – „wyczyszczenia” sieci z treści „kontrowersyjnych” i niepożądanych. Nowelizując ustawę „ o ochronie dzieci” - Putin zrobił dokładnie to, o czym marzą unijni komisarze, nie przejmując się jednak opinią publiczną. Nowe prawo zacznie obowiązywać w Rosji od 1 listopada br., co pozwala kremlowskim siłowikom poczuć się prekursorami rozwiązań unijnych, a wśród komisarzy powinno wywołać poczucie zazdrości. My na „czysty Internet” musimy jeszcze poczekać.


Artykuł opublikowany w nr 41/2012 Gazety Polskiej.

sobota, 5 listopada 2011

RZĄD WPROWADZA CENZURĘ INTERNETU

Za kilkanaście tygodni rząd Donalda Tuska uzyska ustawowe narzędzie cenzury Internetu. Praktycznie każdą, niewygodną dla władzy informację umieszczoną w sieci internetowej będzie można skutecznie zablokować, działając  na wniosek „osoby fizycznej, osoby  prawnej lub jednostki organizacyjnej nieposiadającej osobowości prawnej”.
Taką możliwość przewiduje rządowy projekt ustawy  o zmianie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz ustawy kodeks cywilny. Obecnie projekt jest rozpatrywany przez  Komitet Rady Ministrów, a następnie trafi do Sejmu.
Nowelizacja wprowadza dodatkowy rozdział 3a w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Opisuje on  „procedurę powiadomienia i blokowania dostępu do bezprawnych informacji”.  Odtąd każdy, kto „posiada informację o bezprawnych treściach zamieszczonych w sieci Internet” będzie mógł zwrócić się do usługodawcy internetowego z wnioskiem o zablokowanie takiej informacji. O tym, co podlega pod definicję „informacji bezprawnej” decyduje wnioskodawca, zaś usługodawca może, choć nie musi przychylić się do jego wniosku. Na decyzję o zablokowaniu informacji, użytkownik sieci internetowej będzie miał możliwość złożenia sprzeciwu. 
Nietrudno się domyśleć, do czego w praktyce zmierza ten przepis. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy użytkownik - bloger portalu internetowego zamieszcza wpis zawierający sensacyjnie brzmiącą informację dotyczącą działań któregoś z polityków grupy rządzącej, opis afery z podaniem nazw podmiotów gospodarczych lub wzmiankę na temat poczynań służb specjalnych.
Natychmiast po pojawieniu się takiej informacji, osoba uprawniona – w tym przypadku polityk, zarząd firmy lub szef służb, może zgłosić do usługodawcy internetowego (właściciela portalu) wniosek o  zablokowanie dostępu do wpisu, uzasadniając iż zawiera on „bezprawną informację”. Wniosek elektroniczny zostanie złożony na formularzu określonym przez „ministra właściwego do spraw informatyzacji” i będzie zawierał m.in. oświadczenie uprawnionego o braku autoryzacji treści zamieszczonych w Internecie lub braku „zgodności z prawdą przedstawionych informacji”.
Ilu usługodawców internetowych oprze się takiej interwencji lub odważy się sprzeciwić opinii przedstawiciela władzy? Jeśli polityk lub urząd składający wniosek stwierdzi, że zawarta w sieci informacja „nie jest zgodna z prawdą”, łatwo przewidzieć, że właściciel  portalu da wiarę ich zapewnieniom i dla własnego bezpieczeństwa zablokuje „niebezpieczną” treść rozpowszechnianą przez anonimowego blogera.
 Ustawa przewiduje, że w przypadku prawidłowego wniesienia wniosku, usługodawca – administrator portalu niezwłocznie może „zablokować dostęp do treści bezprawnych oraz przesłać usługobiorcy, w terminie 7 dni roboczych od dnia zablokowania dostępu, uzasadnienie blokowania bezprawnych treści”.  Usługobiorca, np. bloger ma wówczas możliwość złożenia sprzeciwu od decyzji administratora. Musi to jednak uczynić w ciągu 3 dni, a w sprzeciwie musi zawrzeć wyjaśnienia o „posiadaniu zgody uprawnionego na zamieszczenie informacji w sieci Internet” lub wykazać, że działał „w ramach dozwolonego użytku”.
Teoretycznie usługodawca – administrator portalu może również odmówić zablokowania informacji, bierze jednak na siebie odpowiedzialność za jej bezprawne rozpowszechnianie. Znając represyjność praktyk obecnej władzy, administrator musiałby wykazać się nie lada odwagą sprzeciwiając się żądaniom urzędu lub przedstawiciela grupy rządzącej.
Przepis skonstruowano w taki sposób, by rolę cenzora i pozornego decydenta spełniał administrator portalu internetowego. Ten zaś zawsze może się tłumaczyć, że zablokował informację ponieważ uzyskał wiarygodną wiadomość, że zawiera ona „treści bezprawne”.
Warto przy tym zauważyć, że włączony do ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną nowy rozdział 3a, jest w pełni autorskim pomysłem rządu Donalda Tuska. Przywołana dla uzasadnienia nowelizacji unijna Dyrektywa 2000/31/WE nie zawiera bowiem procedury blokowania informacji, pozostawiając jej określenie państwom członkowskim. Co istotne – w unijnych przepisach procedura blokowania dotyczy „informacji, które naruszają prawa lub przedmiot działalności uprawnionego” i odnosi się wyłącznie do utworów chronionych prawem autorskim. Chodzi zatem o plagiaty oraz publikowanie w sieci utworów bez zgody autora.
Rząd Tuska w oparciu o te przepisy dokonał interpretacji rozszerzającej i wpisał do ustawy procedurę umożliwiającą blokowanie wszystkich „bezprawnych informacji” - uzurpując sobie przy tym prawo decydowania, co jest lub nie jest taką informacją.
Nie ma wątpliwości, że wprowadzenie w życie nowelizacji ustawy pozwoli rządzącym na skuteczną i „zgodną z prawem” cenzurę treści internetowych.



Tekst został opublikowany w Warszawskiej Gazecie. 

wtorek, 14 czerwca 2011

STAN WYJĄTKOWY W INTERNECIE?

Wspólną cechą wszystkich regulacji prawnych, proponowanych przez obecny rząd w zakresie bezpieczeństwa państwa, było skupienie całej władzy w rękach szefa ABW Krzysztofa Bondaryka. Formalnym pretekstem uzasadniającym wydawanie nowych aktów prawnych stał się rządowy „Program ochrony cyberprzestrzeni RP na lata 2009-2011", przyjęty przez rząd Tuska w marcu 2009 roku. Podstawowe założenia tego programu przewidywały przekazanie szczególnych uprawnień w zakresie „ochrony infrastruktury krytycznej kraju, w przede wszystkim krytycznej infrastruktury teleinformatycznej” Ministerstwu Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Miało to doprowadzić do „zwiększenia poziomu bezpieczeństwa krytycznej infrastruktury teleinformatycznej państwa, zwiększenia poziomu odporności państwa na ataki cyberterrorystyczne, oraz stworzenia i realizacji spójnej dla wszystkich zaangażowanych podmiotów administracji publicznej oraz innych współstanowiących krytyczną infrastrukturę teleinformatyczną państwa polityki dotyczącej bezpieczeństwa cyberprzestrzeni”.
 W praktyce, zapisy zawarte w rządowym programie posłużyły głównie do tworzenia regulacji zwiększających uprawnienia służby Krzysztofa Bondaryka. Taki cel zdawał się przyświecać nowelizacji ustawy o zarządzaniu kryzysowym, przeforsowanej w ekspresowym tempie 6 miesięcy czy uchwalonej niedawno nowelizacji ustawy o ochronie informacji niejawnych, której przepisy powierzają szefowi ABW funkcję krajowej władzy bezpieczeństwa - instytucji odpowiadającej za kontakty m.in. z NATO, ale także udzielają mu prawa wydawania upoważnień do dostępu do informacji niejawnych oraz arbitralnego określania definicji informacji ściśle tajnych i tajnych. Ten sam cel przyświecał założeniom nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i pomysłom w zakresie tzw. retencji danych telekomunikacyjnych. Dzięki ciągłemu poszerzaniu uprawnień inwigilacyjnych służb przez rząd Donalda Tuska, III RP awansowała na zaszczytne pierwsze miejsce wśród państw UE w ilości stosowanych podsłuchów. Wiemy również, że cały czas trwają podchody zmierzające do ograniczenia „wpływu szkodliwych treści w Internecie”, jak eufemistycznie określa się cenzorskie zapędy obecnej władzy, dążącej do ukrócenia internetowej „samowoli”.
Nie dziwi zatem, że ze środowiska najbliższego partii rządzącej wyszedł obecnie projekt „ustawy o cyberbezpieczeństwie”, a dokładnie „projekt ustawy o zmianie ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych i zasadach jego podległości konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej Polskiej oraz niektórych innych ustaw.” Choć samo zjawisko cyberwojny, czyli wykorzystania Internetu jako przestrzeni agresji motywowanej politycznie, jest znane od dawna i stanowi jak najbardziej realne zagrożenie, ten projekt mówi o szczególnych regulacjach.
Autorem noweli, skierowanej dziś do Sejmu jest Bronisław Komorowski i stanowi ona jedną z nielicznych inicjatyw ustawodawczych obecnego prezydenta. Ponieważ mamy do czynienia z człowiekiem, który w kwestiach bezpieczeństwa państwa polskiego uznaje za eksperta sowieckiego agenta zbrodniczej Informacji Wojskowej, należy z wielką uwagą przyjrzeć się regulacjom wychodzącym z tego środowiska i ocenić – czy są one zgodne z interesem obywateli czy raczej z optyką „przyjaciół Moskwy”?
Już pobieżna lektura tekstu nowelizacji pozwala dostrzec, że zawarto w niej zapisy, o których istnieniu nie sposób dowiedzieć się z oficjalnych informacji. Trudno też zrozumieć, na czym konkretnie miałby polegać wzrost naszego bezpieczeństwa.
W komunikacie BBN-u i na stronie prezydenta można przeczytać, że „Zasadniczym celem projektowanej ustawy jest wprowadzenie do porządku prawnego kategorii cyberprzestrzeni, jako jednego z ważniejszych elementów bezpieczeństwa narodowego. Projektowane regulacje dotyczą uwzględnienia problematyki związanej z bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni w działaniach państwa w sytuacjach szczególnych zagrożeń, wymagających wprowadzenia jednego ze stanów nadzwyczajnych.[...]
Tymczasem nowela ustawy wita nas zapisem:
„W razie zewnętrznego zagrożenia państwa, zbrojnej napaści na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub gdy z umowy międzynarodowej wynika zobowiązanie do wspólnej obrony przeciwko agresji, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej może, na wniosek Rady Ministrów, wprowadzić stan wojenny na części albo na całym terytorium państwa” oraz niemniej groźnie brzmiącą dyrektywą zmieniającą ustawę o stanie wyjątkowym:
„W sytuacji szczególnego zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa, bezpieczeństwa obywateli lub porządku publicznego, w tym spowodowanego działaniami o charakterze terrorystycznym lub działaniami w cyberprzestrzeni, które nie może być usunięte poprzez użycie zwykłych środków konstytucyjnych, Rada Ministrów może podjąć uchwałę o skierowaniu do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wniosku o wprowadzenie stanu wyjątkowego.”
Tekst przynosi również definicję „zewnętrznego zagrożenia państwa” oraz „cyberprzestrzeni”.   Ta ostania ma oznaczać  „przestrzeń przetwarzania i wymiany informacji tworzoną przez systemy teleinformatyczne, w rozumieniu art. 3 pkt 3 ustawy z dnia 17 lutego 2005 r. o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne (Dz. U. Nr 64, poz. 565, z późn. zm.) wraz z powiązaniami pomiędzy nimi oraz relacjami z użytkownikami”,  a zatem każdy system teleinformatyczny służący przetwarzaniu i przechowywaniu, wysyłaniu i odbieraniu danych poprzez sieci telekomunikacyjne.
Ciekawsza jednak wydaje się definicja „zewnętrznego zagrożenia państwa”. W ustawie proponuje się ,by pojęcie to oznaczało „celowe działania, w tym o charakterze terrorystycznym, godzące w niepodległość, niepodzielność terytorium lub w ważny interes gospodarczy Rzeczypospolitej Polskiej, a także zmierzające do uniemożliwienia wykonywania lub zakłócenia przez organy państwowe ich funkcji, podejmowane przez zewnętrzne w stosunku do niej podmioty, na lądzie, wodzie, w przestrzeni powietrznej, przestrzeni kosmicznej lub cyberprzestrzeni”. Z uzasadnienia projektu możemy się dowiedzieć, że chodzi tu o „szkodliwe z punktu widzenia żywotnych interesów i celów strategicznych Polski działanie podmiotu zewnętrznego, niezależnie od miejsca podejmowania przez niego tych działań (zarówno w Polsce, jak i poza jej terytorium).
Nie dowiemy się natomiast, co oznaczają sformułowania „sytuacja szczególnego zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa” ani czym jest działanie zmierzające do ” uniemożliwienia wykonywania lub zakłócenia przez organy państwowe ich funkcji”. Nie wiemy, kim miałby być ów „podmiot  zewnętrzny, niezależnie od miejsca podejmowania przez niego tych działań”.
Ponieważ definicja tych zagrożeń będzie zależna od ludzi dzierżących dziś władzę, a rzecz dotyczy szeroko rozumianej „cyberprzestrzeni” ( w tym działań portali internetowych) i tzw. walki z terroryzmem – pod którą można podciągnąć dowolne działania skierowane przeciwko „organom państwowym”, sądzę, że prezydencka nowela winna stać się przedmiotem szczególnego zainteresowania opozycji.  Dodatkowo z dwóch powodów: ekspresowego tempa w jakim została przygotowana oraz postaci, jakie z woli Bronisława Komorowskiego zajmują się dziś kwestiami naszego bezpieczeństwa. Przegląd niektórych zaprezentowałem w tekście „EKSPERCI OD BEZPIECZEŃSTWA”.
Warto się zastanowić: czy mocno nierealna wydaje się sytuacja, w której grupa rządząca wprowadza stan wyjątkowy posiłkując się zapisami prezydenckiej nowelizacji, powołując się przy tym na „działania w cyberprzestrzeni o charakterze terrorystycznym” ? Czy na postawie tej ustawy  potrafimy sobie wyobrazić, jakie przesłanki musiałby zaistnieć, by Polacy mieli pewność, że nie staną się obiektem symulacji zagrożeń, a będą mieli do czynienia z rzeczywistym niebezpieczeństwem?  Jaki ważny interes wymusza tę właśnie inicjatywę Bronisława Komorowskiego w okresie przedwyborczym i na czym miałoby polegać „zwiększenie bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni”?
Dzisiejszy tekst zaledwie sygnalizuje ten ważny temat. Wymaga rozwinięcia i pogłębienia, choćby o przykłady realnych zagrożeń, jakie niesie z sobą prezydencka nowelizacja.
Z całą pewnością będę do niego powracał.