„GPU dokonało
największego cudu wszechczasów. Zdołało zmienić naturę Rosjanina, bowiem po raz
pierwszy w Rosji uznano donosicielstwo za cnotę, a funkcjonariuszy tajnej policji
za bohaterów” – głosił w roku 1925 główny ideolog partii bolszewickiej
Nikołaj Bucharin.
Donosicielstwo – uznane za synonim
„uspołecznienia”, stanowiło jedną z podstawowych norm funkcjonowania systemu
sowieckiego. Podniesione do rangi postawy chwalebnej i prospołecznej, stało się
głównym czynnikiem ułatwiającym kontrolowanie i represjonowanie społeczeństwa. Sekretnyje sotrudniki (zwani seksotami) stanowili nieocenione „oczy i
uszy” władzy komunistycznej, na nich również wspierała się działalność organów
bezpieczeństwa. „Każdy pracujący jest
funkcjonariuszem NKWD” – mógł deklarować Anastas Mikojan w przemówieniu z
okazji 20-lecia istnienia służb sowieckich.
„Polskim komunistom” instalującym w naszym kraju
zbrodniczy system, nigdy nie powiódł się zamysł stworzenia „społeczeństwa socjalistycznego”, w
którym zdrada i donosicielstwo byłoby uznane za cnotę. Kolaboracja z bezpieką,
donoszenie na sąsiadów i bliskich – zawsze uważane było za hańbiące i naganne.
Donosicieli się bano, ale obdarzano ich pogardą, zaś ujawnienie zdrady groziło
zwykle ostracyzmem i środowiskowym wykluczeniem. Nawet w latach największego
terroru nie udało się zaszczepić Polakom norm „człowieka sowieckiego”.
Zdecydowana większość odrzucała mentalność zdrajcy i gardziła seksotami bezpieki.
[…]
„Cud
wszechczasów”, którym chwalił się Bucharin dokonał się dopiero po rzekomym
upadku komuny, gdy esbecy i ich pomagierzy przedzierzgnęli się w moralne
„autorytety” i na mocy ustaleń okrągłego stołu, stali elitą nowego państwa. Z
perspektywy ostatnich dwóch dekad, wyraźnie widać, że okres III RP uczynił w
świadomości Polaków większe spustoszenie niż 50 lat sowieckiej indoktrynacji.
Wprawdzie komunistom nie udało się zbudować społeczeństwa agenturalnego, to ich
sukcesorom powiodła się próba uodpornienia nas na dżumę donosicielstwa.
Może właśnie „mit
nieważności donosicielstwa” (jak celnie nazwał tę chorobę Waldemar Łysiak)
– jest największym zwycięstwem komunistycznej zgrai i pośmiertnym tryumfem
peerelowskich esbeków. To co nie udało się przez lata jawnej komuny, bez
najmniejszego problemu narzuciły nam ośrodki propagandy i rzesze parcianych
„autorytetów”.
Gdy Łysiak pytał - „Czy można unieważnić donosicielstwo? Usprawiedliwić czymkolwiek
denuncjowanie kolegów, familiantów i ludzi mniej lub bardziej znajomych?” -
jest to tylko pytaniem retorycznym, na które odpowiedź zna każdy obserwator
życia publicznego.
Gdyby po roku 1989 nie można było „unieważnić
donosicielstwa” - nie powstałbym żaden z rządów tego państwa, nie byłoby
ministrów z przeszłością kapusiów ani prezydentów denuncjujących kolegów. Gdyby
nie „unieważnienie donosicielstwa” - nie słuchalibyśmy ćwierćinteligentów
obsadzonych w rolach autorytetów i nie czytali bełkotu seksotów nazywanych dziennikarzami.
W roku 2008 autor „Mitologii świata bez klamek”
mógł jeszcze napisać:
„Autorytety”
są więc wśród nas, chwilowo pół
anonimowe, bez szyldu TW. I coraz mniej boją się ujawnienia, gdyż wiedzą, że
błogosławiony salonowy mit o nieważności kolaboracji i o chwalebnym męczeństwie
kolaborantów nabiera rozpędu orlego. Jeszcze trochę, a donosicielstwo zostanie
przez Salon zaliczone - jak niegdyś przez KGB na obszarze ZSRR - do kanonu cnót.”
Dziś to już słowa nieaktualne, bo rządzący III RP
reżim przekroczył kolejne granice, nadając pospolitym kapusiom nimb cnoty, a
nawet „opozycyjnego” bohaterstwa.
Być może kiedyś poważni socjologowie spróbują
odpowiedzieć na pytanie – dlaczego Polacy zaakceptowali donosicieli na
najwyższych stanowiskach i przyzwolili na rządy miernot, których jedynym atutem
była kolaboracja z bezpieką? Skąd wzięło się to społeczne przyzwolenie na panoszenie
kreatur, którym w czasach komuny nikt nie podałby ręki?
Będą musieli wówczas uwzględnić rolę byłych
esbeków i zdefiniować mity funkcjonujące w polskim społeczeństwie.
To za sprawą ludzi „służb specjalnych” PRL
wmówiono Polakom, że współpraca z organami represji była zaledwie „pomocnictwem w działalności polskich służb
wywiadowczych”, a donoszenie na przyjaciół i znajomych „mieści się w granicach postawy obywatelskiej”.
Posłużono się załganą logiką - skoro każdy z esbeków wiernie „służył Polsce”,
ich seksotom przysługuje przecież
miano patriotów.
Wprawdzie nietrudno dostrzec, że rozpowszechniając
te łgarstwa, esbecy bronili własnych życiorysów i usprawiedliwiali służbę
okupantowi, kłamstwo to jest najmocniejszym fundamentem współczesnej nieważności donosicielstwa.
Widząc kapusiów na najwyższych stanowiskach,
oglądając ich codziennie w telewizji i czytając ich wytwory w prasie –
większość Polaków jest gotowa wierzyć, że współpraca z bezpieką nie była niczym
kompromitującym, a policja polityczna to zwykła instytucja porządku publicznego,
nieróżniąca się od służb specjalnych działających w wolnym świecie.
Z tej samej przyczyny obowiązuje mit, jakoby
większość donosów była tylko nieszkodliwą makulaturą gromadzoną przez
zapobiegliwych esbeków w celu „sprawozdawczości” i wykazania się przed
zwierzchnikami. Sami zaś kapusie (dopiero pod wpływem niezbitych dowodów)
przyznają, że – owszem donosili, ale nikomu nie zrobili krzywdy i nie pomagali
bezpiece w prześladowaniu rodaków. Niemal każdy TW twierdzi, że jego współpraca
była incydentalna, lub on sam nie miał wiedzy o zarejestrowaniu przez bezpiekę.
Innym, powszechnym argumentem, jest wskazywanie na brak zobowiązania do
współpracy lub brak pokwitowań odbioru wynagrodzenia, jako rzekomego dowodu
niewinności. Esbecy z kolei bagatelizują najczęściej znaczenie tajnych
współpracowników, lub insynuują, że dochodziło do fałszowania akt i nadużyć, a
rola TW w ich pracy nie miała istotnego znaczenia.
Rozpowszechnia się też kłamstwa o „społecznej
przydatności” donosicielstwa, sugerując jakoby miało ono służyć ochronie
interesów gospodarczych, bezpieczeństwu zwykłych obywateli, a nawet
bezpieczeństwu Kościoła i samego papieża – czym byli TW tłumaczą kapownictwo
podczas pielgrzymek papieskich czy uroczystości kościelnych.
Do pospolitego donosicielstwa dorabia się nawet
tanią ideologię, bredząc o „chęci
niesienia pomocy”, „motywacjach
patriotycznych” lub „prowadzeniu
własnych gier z bezpieką”.
Wokół takich mitów toczą się typowe kampanie
dezinformacyjne, budowane wokół tez o fałszowaniu dokumentacji operacyjnej
(przede wszystkim agenturalnej) i powszechnych praktykach funkcjonariuszy,
którzy wprowadzali w błąd swoich przełożonych, produkując teczki
nieistniejących współpracowników. Tylko niewielu słuchaczy tych opowieści ma
świadomość, że dotychczas nie stwierdzono choćby jednego ewidentnego przypadku
sfałszowania dokumentacji agenta czy informatora.
[…]
O rzeczywistym znaczeniu agentury, musi świadczyć
fakt, że organy bezpieki niezwykle serio traktowały „proces wychowawczy”,
jakiemu poddawany był tajny współpracownik. Osoby podejmujące współpracę nie
tylko instruowano, uczono określonych zachowań i procedur, ale poddawano
wyjątkowej formacji mentalnej, czy, jak byśmy to dziś określili – praniu mózgu.
Ten szczególny proces, w największym stopniu świadczy
o powielaniu sowieckich wzorców pracy z agenturą. Jest również dowodem, że
narzucony z zewnątrz system dążył do stworzenia społeczeństwa agenturalnego, w
którym donosicielstwo nie tylko miało być cnotą, ale rodzajem misyjnego powołania
w służbie „ludowej ojczyzny”.
Posługiwano się przy tym całym arsenałem metod,
począwszy od „wytworzenia atmosfery
zaufania”, po prowadzenie szkoleń ideologicznych, stosowanie systemu nagród
i kar. Każda z dyspozycji zawartych w instrukcjach operacyjnych bezpieki
świadczy o doskonałej znajomości ludzkiej psychiki i podkreśla intencje
towarzyszące tworzeniu sieci agenturalnej.
Określenie tajnego współpracownika mianem - wiernego, oddanego nam człowieka, użyte
w pierwszej instrukcji operacyjnej z roku 1945, wynika najprawdopodobniej z
tłumaczenia rosyjskiego rozporządzenia, na którym opierała się instrukcja. Bez
wątpienia – właśnie ta nazwa najpełniej charakteryzuje ludzi podejmujących
współpracę z reżimem i niezwykle trafnie oddaje istotę relacji łączących
donosicieli z esbekami.
[…]
W instrukcji z marca 1955 roku, zawarto natomiast
definicję wychowania tajnych współpracowników. Dowiemy się, na czym polega
proces wychowawczy i jakiego człowieka chciał uformować aparat represji.
Jakkolwiek użyte w tekście sformułowania mogą dziś brzmieć anachronicznie, a
nawet budzić uśmiech, nie należy zapominać, jaka rzeczywistość kryła się za tym
moralizatorskim bełkotem. Dowodem, że nie były to czcze postulaty, są ofiary
donosów TW i cierpienia tysięcy Polaków, którzy mieli nieszczęście doświadczyć
efektów esbeckiego „wychowania do nienawiści”.
Instrukcja nr 04/55 o zasadach pracy z agenturą w
organach bezpieczeństwa publicznego PRL stanowiła:
„Wychowanie
tajnych współpracowników polega na systematycznym wpajaniu im uczucia miłości
do Polski Ludowej i nienawiści do jej wrogów (wytł.moje), jak również na
przygotowywaniu agentury do wykonania trudnych i odpowiedzialnych zadań,
zlecanych przez organy bezpieczeństwa publicznego.[…] Wychowanie ideologiczne
winno uzmysłowić tajnemu współpracownikowi głęboki polityczny sens jego współpracy
z organami bezpieczeństwa i otrzymywanych konkretnych zadań w walce z wrogami
narodu polskiego, stworzyć i rozwinąć w nim poczucie współodpowiedzialności za
stan bezpieczeństwa na konkretnym odcinku, uczynić z niego świadomego swej
roli, aktywnego patriotę”.
[…]
Komunistyczna bezpieka werbowała donosicieli nie
tylko w celu „realizacji zadań organów
bezpieczeństwa”, lecz rozbudowie sieci agenturalnej towarzyszył swoisty
zamysł wychowawczy. O ile w latach powojennych kładziono nacisk na „uświadomienie polityczne”, o tyle po
roku 1956 można zauważyć, że akcenty położono głównie na „zacieśnianie więzi TW ze służbą bezpieczeństwa”. W praktyce
oznaczało to najczęściej uzależnianie tajnego współpracownika od kontaktów z
oficerem prowadzącym.
Uzależnienie to mogło przyjmować różne formy,
poczynając od utożsamiania się TW z zadaniami bezpieki, (co było postawą
najwyżej ocenianą) po wytworzenie silnych relacji płatnik-wykonawca. W każdym
przypadku stosowano bodźce psychologiczne – metodę nagród i kar, szantażu lub
pochwały, które miały wychowywać TW i uzależniać go od współpracy z bezpieką. Warto
zauważyć, że zawarty w instrukcjach nakaz „zjednywania
tajnego współpracownika i wiązania go z nami” podyktowany jest głębszymi
potrzebami, niż wynikałoby to z „realizacji
zadań”.
System wychowawczy, stosowany przez aparat
bezpieczeństwa szedł bowiem znacznie dalej i w swojej warstwie psychologicznej bardziej
przypominał proces tresury i przysposobienia do niewolnictwa, niż kształtowania
postaw przydatnych w pracy operacyjnej.
Tego rodzaju „dydaktyki” próżno szukać w
dokumentach regulujących pracę innych wywiadów i kontrwywiadów. Po raz kolejny
trzeba zauważyć, że nie ma na świecie służb specjalnych, które w swoich
instrukcjach pracy operacyjnej zawierałyby nakaz „wpajania miłości” do „ludowej
ojczyzny”, a jednocześnie „wychowywały
do nienawiści”. Gdyby nie było dziesiątków innych argumentów na pozbawienie
peerelowskiej bezpieki miana służb specjalnych, ten jeden jest wystarczający.
Sens takich określeń staje się zrozumiały dopiero w
perspektywie celów, do jakich powołano te organy, czyli wówczas, gdy do
działalności owych „służb specjalnych” przyłożymy miarę sowieckiego planu, w
którym zniewolenie Polaków i stworzenie „społeczeństwa socjalistycznego”
zajmowało poczesne miejsce. Tajny współpracownik SB miał nie tylko donosić na
swoich bliskich, ale przede wszystkim - być narzędziem w procesie zaplanowanym
przez okupanta. Stając się współpracownikiem organu represji, miał być
narzędziem bezwzględnie podporządkowanym „sprawie
socjalizmu”. Trwałość tego podporządkowania do dziś zatruwa polską
rzeczywistość.
Nie jest prawdą, że „dydaktyczne” sformułowania zawarte
w dokumentach normatywnych SB wynikały z ówczesnych „uwarunkowań politycznych”,
z powszechnego stosowania języka komunistycznej nowomowy, lub, że są efektem
sztucznego ideologizowania pracy bezpieki. Opracowania naukowe, podejmujące
problematykę pracy z agenturą, pomijają zwykle ten wątek lub traktują „aspekt
wychowawczy” marginalnie, jako uboczny produkt komunistycznej nomenklatury,
niemający głębszego związku z pracą tajnych współpracowników.
Takiej klasyfikacji zjawiska przeczy obserwacja
dzisiejszych zachowań i postaw ludzi, którym dowiedziono współpracy z bezpieką.
Szczególnie tych, którzy zajmują eksponowane stanowiska i mają możliwość
oddziaływania na sprawy polskie. Odczuwają oni nie tylko poczucie silnej więzi
z rzeczywistością PRL (ujawniające się np. w relatywizowaniu zbrodni
komunistycznych), ale stanowią najsilniejszą grupę broniącą interesów byłych
esbeków i funkcjonariuszy partii komunistycznej. Niepojęte poczucie lojalności
wobec magdalenkowych towarzyszy, czy histeryczną obronę ustaleń „okrągłego
stołu”, trzeba widzieć jako oczywistą konsekwencję długoletniego „procesu
wychowawczego”.
Ze wszystkich poleceń i instrukcji, jakie przewijały
się przez dokumenty bezpieki wytworzone w czasie półwiecza działalności „służb
specjalnych” PRL - ich funkcjonariusze najlepiej wykonali zadanie „wychowania do nienawiści”.
Dowodem dobrze wykonanej roboty, są setki
donosicieli zaludniających dziś polskie życie publiczne. Postawy tych ludzi i
prezentowany przez nich system wartości dowodzą, że nadal odczuwają
najsilniejszą więź z „ludową ojczyzną” i są nierozerwalnie związani ze swoimi „panami”
z bezpieki.
Konsekwencje „wychowania do nienawiści” odczuliśmy
szczególnie po 10 kwietnia 2010 roku, gdy nienawiść do polskości sprowadziła
śmierć na naszą elitę i znalazła finał w pułapce smoleńskiej.
***
Powyższy tekst składa się z fragmentów ostatniego rozdziału
mojej książki „Bezpieka. O mitologii służb specjalnych PRL”, wydanej w roku
2013 przez Bollinari Publishing House.
Myślę, że podczas medialnej kampanii heroizowania rozmaitych
donosicieli (np. casus TW Tamizy) oraz kreowania byłych esbeków na rzetelnych profesjonalistów
i strażników bezpieczeństwa publicznego, warto przypomnieć niektóre zasady
rządzące menażerią tzw. służb specjalnych PRL.
Panie Aleksandrze,
OdpowiedzUsuńKiedy w III RP esbecy i ich pomagierzy przedzierzgnęli się w moralne „autorytety” i na mocy ustaleń okrągłego stołu, stali elitą nowego państwa nastąpiło POMIESZANIE DOBREGO I ZŁEGO, a naród podążający ślepo za instrukcjami "elit okrągłostołowych" zamienił się w gromadę bezmyślnych błaznów.
Jak Pan myśli, czy spełnią się kiedyś poetyckie przepowiednie? Bo "czyny i rozmowy" są wprawdzie spisywane, ale "sznura i gałęzi" - nie widać, nie widać...
Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,
Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze dzień jeden przeżyli,
Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.
Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.
Pozdrawiam i dziękuję, że przypomniał Pan wszystkim "niuansującym" i "relatywizującym", ten właśnie fragment swojej znakomitej "Bezpieki".
Errata
UsuńPoleniłam się spisywać z pamięci i przekopiowałam wiersz z błędem w przedostatnim wersie. Powinno być: "świt zimowy".
Pani Urszulo,
UsuńPoetyckie przepowiednie rzadko się sprawdzają. Póki trwa III RP - powstała na sojuszu esbeków z donosicielami, nie ma najmniejszych szans na "sznur i gałąź".
Nie ma jej nawet na elementarną sprawiedliwość - czyli prawną i moralną ocenę zjawiska donosicielstwa.
Jak dalece Polacy pogodzili się z tym łajdactwem, świadczą przecież kariery setek esbeckich kapusiów. Rzecz niewyobrażalna w wolnym kraju, wśród wolnych ludzi.
Zwrócę tu uwagę na pewną istotną okoliczność. Dość często i niesłusznie zestawia się UB z Gestapo - tajną policją III Rzeszy. To poważny błąd historyczny.
Gestapo, choć była to zbrodnicza formacja polityczna, powstała przecież na mocy suwerennej decyzji niemieckiego ministra spraw wewnętrznych i była organem wolnego, niepodległego państwa, w którym władzę sprawowali demokratycznie wyłonieni przedstawiciele narodu. Ludzie służący w Gestapo reprezentowali więc interesy Niemiec i pełnili służbę na rzecz narodu niemieckiego.
UB czy Informacja Wojskowa (oraz ich następcy), nigdy nie posiadali takich właściwości. Formacje te zostały utworzone przez władze okupacyjne, na mocy decyzji ZSRR, a służący w nich obywatele polscy działali na rzecz okupanta i występowali przeciwko interesom własnego społeczeństwa.
Od początku były to służby całkowicie obce, zależne i wrogie polskości. Nawet formalna legalizacja okupacji sowieckiej, czyli uznanie PRL za państwo polskie, nie zmieniła faktu, że fundament władzy komunistycznej opierał się na bezprawiu, zdradzie i służbie obcemu mocarstwu.
Dlatego historia bezpieki to dzieje zniewolenia kilku pokoleń Polaków, którzy podjęli haniebną współpracę z okupantem i wystąpili przeciwko własnemu społeczeństwu.
Ze względu na tę istotną okoliczność, ludzi służących w organach represji oraz ich seksotów, należy konsekwentnie nazwać kolaborantami, a ich „służbę Polsce” – aktem zdrady.
Niestety, w III RP nie ma przyzwolenia na takie poglądy, a rzesza esbeków i donosicieli skutecznie zaszczepiła Polakom fałszywe wyobrażenia.
Bardzo Pani dziękuję i serdecznie pozdrawiam
Szanowny Autorze,
OdpowiedzUsuńKolejny tekst nad którym nie można przejść obojętnie. Donosicielstwo i kolaboracja z reżimami PRL-u i III RP. Skala tego zjawiska jest chyba nawet większa niż w tekście. To hańba domowa, trup w szafie, wisielec w rodzinie zusammen. Nawet jeżeli donosili nieliczni, to czym tłumaczyć przedziwne milczenie gdy rozmowa na imieninach u cioci "zweksluje" na ten temat? Rozmówcy spoglądają na siebie z zakłopotaniem, spuszczają oczy i szybko zmieniają temat. Bywa też i gorzej - "relatywizują" lub atakują za wzniecanie wojny polsko -polskiej. Jest oczywistym że skoro degradacja życia zbiorowego trwała tyle dziesiątków lat, poświecono temu aż tyle wysiłku i z tak znakomitym skutkiem, to odwrócenie tego procesu nie będzie ani łatwe, ani szybkie. Aby ze zbiorowiska mogła powstać wspólnota, musi pojawić się: (1) poważne zagrożenie zewnętrzne, (2) przekonanie że można go wspólnie pokonać, (3) przywódca który wie jak to zrobić. Dopiero wtedy można wprowadzić kary i sankcje za kolaboracje z najeźdźcą, za zdradę interesów wspólnoty. Myślę też że wielu chętnie poszłoby "na skróty" i nie czekając na (1)-(3) skorzystało z "podpowiedzi" Pani Urszuli.
Pozdrawiam,
Tadeusz
Szanowny Tadeuszu,
UsuńDziękuję za tak precyzyjną, sensowną wskazówkę i wytyczenie drogi ku prawdziwej wspólnocie.
Myślę, że przed pięcioma laty znaleźliśmy się właśnie w punkcie 1.
Zagrożenie, przed jakim stanęli Polacy oraz trauma tragedii smoleńskiej ,mogły wyzwolić silne więzi społeczne i zintegrować nas wokół wspólnego celu. Taki potencjał był wówczas na wyciągnięcie ręki i wielu z tych, którzy pamiętają kwiecień 2010 roku, było gotowych do działań i wysiłku. Dziś wiemy, że ten potencjał zmarnowano i przekierowano w pustkę wiary w "mechanizmy demokracji". Zabrakło również ( i nadal brakuje) autentycznego przywódcy.
Pisałem wówczas, że znajdujemy się w momencie historycznym, który zdecyduje o powstaniu lub upadku wspólnoty narodowej.
Nie mam też wątpliwości, że ludzie służący okupantowi - esbecy i ich tajni współpracownicy, powinni być wykluczeni z tej wspólnoty. Gdyby Polska była państwem w pełni wolnym i niepodległym, nie mogłaby inaczej potraktować służby w SB, czy w WSW, jak aktu pospolitej zdrady.
Znam tylko jeden historyczny przykład właściwego rozliczenia takiego aktu. Przeprowadzili go Norwegowie, podczas powojennej rozprawy z Quislingiem i jego ludźmi. To porównanie uprawnione, nie tylko dlatego, że faszyzm jest młodszą odmianą komunizmu. Dlatego Norwegowie postawili pod ścianą samego Quislinga i jego partyjnych kamratów, zabrali im majątki i media, zaś pomniejszych łotrów skazali na banicję. Był to głęboko słuszny i sprawiedliwy sposób rozprawy ze zdrajcami.
cdn.
cd.
UsuńWarto też uświadomić sobie skalę zjawiska donosicielstwa, bo ta antypolska armia bez najmniejszych problemów weszła w realia III RP i do dziś zajmuje wiodącą pozycję w wielu obszarach życia publicznego.
W roku 1949 z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego współpracowało ponad 53 tys. osób, w tym 5 tys. agentów i 48 tys. informatorów. Wielu z nich to ludzie „odziedziczeni” po Gestapo, jak np. Danko Redlich, przedwojenny komunistyczny agent, który po współpracy z Niemcami donosił później dla UB. W następnych latach liczba współpracowników uległa zwielokrotnieniu i w roku 1953 było ich już blisko 120 tys.
Jak podaje Filip Musiał w opracowaniu – „Mity historyczne - mity polityczne” ( w pracy zbiorowej „Rzeczpospolita 1989-2009: zwykłe państwo Polaków?” Ośrodek Myśli Politycznej 2009r):
„U schyłku 1988 r. SB miała „na kontakcie” 98 tys. tajnych współpracowników. Do tej liczby należy dodać pozostałe kategorie osobowych źródeł informacji pionów SB działających w kraju (kontakty operacyjne, konsultantów), tzw. wywiadu MSW oraz służb wojskowych]. Mówimy zatem o liczbie znacznie przekraczającej 100 tys. osób, które w chwili wydarzeń 1989 r. tajnie wspierały komunistyczny aparat represji. Liczba ta jednak wciąż nie jest ostateczna, bowiem musimy do niej dodać wszystkie te osoby, które w 1989 r. nie utrzymywały już kontaktów z SB czy służbami wojskowymi, jednak wcześniej – z różnych względów, w różnych okolicznościach i w różnym zakresie – były uwikłane w tajne kontakty z komunistycznym aparatem represji. Ostrożnie szacując mówimy zapewne o kilkuset tysiącach osób (wśród których liczni byli reprezentanci byłej opozycji, środowisk naukowych, twórczych, artystycznych, dziennikarskich itp.), które nie były zainteresowane publicznym ujawnianiem swych kontaktów z komunistyczną policją polityczną".
Serdecznie pozdrawiam
Witam serdecznie.
OdpowiedzUsuńMiałbym pytanie do szanownego Gospodarza, gdyż całkiem możliwe, że delikatnie zahacza o temat agentury. Pokrótce: jak zapewne państwo wiedzą w połowie czerwca Wojciech Sumliński na spotkaniu w Nowym Targu został zapytany, co sądzi o Zbigniewie Stonodze. Ten stwierdził, że ma informacje, iż stoją za nim służby. Stonoga poczuł się urażony, jakiś dziennikarz Marcin Rola chce robić debatę, wstępnie ustalono ją na 2 lipca, jednak p. Sumliński kilka dni przed uprzedził, że nie będzie w niej uczestniczył, proponując jednocześnie następny termin - przełom sierpnia i września. I teraz "najlepsze": Stonoga przychodzi na spotkanie autorskie Sumlińskiego w Wołominie i przerywa mu wykład. I jaki mamy efekt tej całej sytuacji? Nigdy nie wchodziłem na fb tej ohydnej postaci, ale wczoraj zrobiłem wyjątek: masa wyzwisk i obelg pod adresem p. Sumlińskiego, apel o "solidarność" i wyrzucanie książek p. Sumlińskiego, naciąganie faktów, oskarżanie o tchórzostwo i podstęp. Ale co najgorsze: filmiki z udziałem p. Sumlińskiego zalewane są minusami, wypowiedzi krytykujące go mają najwięcej plusów. Totalna nagonka i całkowicie fatalna sytuacja, w którą żałuję, że p. Sumliński został wplątany.
Pytanie do szanownego Autora: co sądzi Pan o tej sytuacji? Wielu dziennikarzy zarzuca Panu Sumlińskiemu, że idąc na debatę ze Stonogą tylko go uwiarygodni. Ten jednak stwierdził, że waha się, ale nie boi się dyskusji z nikim, o ile ta będzie oparta na merytorycznych argumentach i prowadzona na wysokim poziomie kultury. Zastanawia mnie jedna rzecz: czy to spotkanie w Nowym Targu (p. Sumliński twierdzi, że było na nim 50 sympatyków Stonogi), czy na tym spotkaniu ktoś specjalnie nie pociągnął za język p. Sumlińskiego, by ten później zrobił to, co zrobił 2 lipca, czyli oskarżył go o brak wiarygodności. Rozumiem, że można mieć pretensje do p. Sumlińskiego, że zgadza się na taką debatę, ale z drugiej strony - czy nie został on do niej wciągnięty podstępem? Domyślam się, że jakby się nie zgodził, to efekt byłby identyczny, tj. Stonoga zwyzywał by go od najgorszych. Samej postawy Stonogi nie oceniam, gdyż chyba dla wszystkich wydaje się ona oczywista.
PS.
Jeszcze jeden wątek, który mi się bardzo nie podoba. Wspomniany dziennikarz Marcin Rola, mimo, że Sumliński kilka dni wcześniej uprzedził go, że nie weźmie udziału w debacie - stwierdził autorytatywnie, że "debata" odbędzie się tylko z udziałem Stonogi, nie informując tego ostatniego, że Sumliński odwołał swój udział. O fakcie nie poinformowania p. Stonogi o nieobecności Sumlińskiego w debacie, p. Rola poinformował p. Sumlińskiego W DNIU DEBATY. Do czego zmierzam? P. Sumliński chciał zweryfikować dziennikarza - ten powołał się na znajomość z Ewą Stankiewicz. Po rozmowie telefonicznej z nią p. Sumliński dostał informacje, że ów dziennikarz "to dobry człowiek, z dobrymi intencjami". Moja smutna konstatacja: p. Sumliński nie może liczyć nawet na najbliższych (mogłoby się zdawać) kolegów po fachu, którzy podstawiają mu pod nos takich "fachowców" jak Rola. Smutne, jak samotny w tej walce jest p. Wojciech Sumliński.
Pozdrawiam i z góry dziękuję za poruszenie tego wątku
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńGeorge Smith,
UsuńObawiam się, że Pańskie pytania wynikają z niezrozumienia tematu.
Nie widzę żadnego związku, między obecnością w PZPR, a posiadaniem rzetelnej wiedzy z konkretnej dziedziny, między donosicielstwem dla SB, a predyspozycjami naukowymi.
Oczywiście, gdy nie rozpatrujemy sprawy pod kątem pytania - na ile współpraca z komuną pomagała w takich karierach.
Bezpieka werbowała kapusiów z różnych środowisk, a ci najbardziej uzdolnieni lub utytułowani byli szczególnie cennymi nabytkami.
Czym innym natomiast jest kreowanie takich osób na "autorytety" lub "bohaterów". Tym bardziej, gdy mamy do wyboru dziesiątki lepszych naukowców, czy ciekawszych postaci Powstania Warszawskiego.
Pozdrawiam
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńPan Aleksander, George Smith
UsuńOczywiście, że dokonania, wiedza i umiejętności osób publicznych to jedno, a ich niechlubna przeszłość, to odrębna sprawa. Jeśli chodzi o oceny moralne, to na wieczne potępienie może skazać człowieka jedynie Bóg, chociaż wiemy, że i On jest skłonny wybaczyć nawet bardzo złe uczynki pod warunkiem ich uznania, wyznania i zadośćuczynienia za nie. Wystarczy tu przykład takich postaci z historii i literatury, jak Św. Paweł, Jacek Soplica czy Andrzej Kmicic. Dwaj ostatni to bohaterowie fikcyjni, ale dla wielu pokoleń Polaków stanowili symbol ludzi potrafiących podnieść się z upadku, przejść na „jasną stronę mocy” (swoją drogą to smutne, że dzisiejsze młode pokolenie świetnie zna postać Skywalkera, a mniej Kmicica i ks. Robaka) i pozbyć się piętna zdrajcy. Ale potrzebna była do tego wewnętrzna przemiana, decyzja, która zmieniła ich dalsze życie. Natomiast osobnicy, o których pisze Pan Aleksander, po prostu mieli hurtowo odpuszczone winy przez środowiska reprezentowane przez A. Michnika, bez spełnienia powyższych warunków. Większość z nich nie potrafiła przyznać się do swoich czynów, uznać ich za naganne, już nie mówiąc o odpokutowaniu za nie, wręcz przeciwnie – często do dziś czerpią z nich profity, żyjąc w glorii „autorytetów” i „bohaterów”. Wiem, że to oczywiste, czy wręcz trywialne, ale bez przypomnienia warunków koniecznych odpuszczenia win trudno odpierać zarzuty rzekomego braku wybaczenia dla ubeków i donosicieli.
Pozdrawiam
Piotr B.,
OdpowiedzUsuńMoja ocena takiej sytuacji jest jednoznaczna - nie rozmawiać. Od wielu lat podtrzymuję pogląd, że podejmowanie jakichkolwiek "dialogów" i "debat" z ludźmi tego reżimu, jest zajęciem dla głupców.
Jeszcze wielokrotnie będę przypominał słowa Jarosława Marka Rymkiewicza:
"Mickiewicz tłumaczy nam wyraźnie, że istnieją dwie Polski. Jest Polska rosyjskich kolaborantów, tych, którzy występują w "Salonie warszawskim" z III części "Dziadów", i jest Polska tych Polaków, którzy chcą pozostać wierni swoim narodowym obowiązkom".
Mówiąc zaś o "Polsce rosyjskich kolaborantów", poeta stwierdził:
"Nawet nazywać ich nie warto - w ogóle nie warto się nimi zajmować, najlepiej jest uznać, że ich nie ma. Trzeba wychodzić, kiedy wchodzą, odwracać się, kiedy do nas podchodzą. Polska należy do nas, a oni niech sobie gadają w swoich postkolonialnych telewizjach, co chcą, niech sobie piszą w swoich postkolonialnych gazetach, co im się podoba. Nas to nie dotyczy".
Tacy jak ów Stonoga (i wielu,wielu innych medialnych krzykaczy) mogą zaistnieć w przestrzeni publicznej tylko dlatego, że zwracamy uwagę na ich słowa, przywiązujemy do nich znaczenie i okazujemy im zainteresowanie. To ogromny błąd, jeden z tych, które decydują o deficycie samodzielnego myślenia.
W tym procederze celują tzw. wolne media, w których obsesyjnie nagłaśnia się każdą brednię, byle odzywkę lub występ jakiegoś nieszczęśnika. Nikt nie zapyta - co to obchodzi Polaków i jakie ma znaczenie dla naszych polskich spraw? Bezkrytycznie przyjmujemy przekaz oparty na zainteresowaniach "niepokornych" żurnalistów i ich środowiskowych kompleksach.
Jeśli odmawiam znaczenia takiej formie "opozycyjności" i "niezależnej" publicystyki, to nie tylko z tej przyczyny, że ludzie owych mediów nie próbują uwolnić się od konotacji towarzyskich i podległości informacyjnej, ale przede wszystkim dlatego, że ich aktywność dziennikarska odbywa się wyłącznie w kontrakcji do tzw. mainstreamu, z którego najczęściej się wywodzą i do którego żałośnie tęsknią. Ci ludzie dotąd nie pojęli, że rzetelne informowanie Polaków, budowanie nowych obszarów zainteresowań i niezależności od obcej narracji, wymaga porzucenia podglądactwa i samodzielnego spojrzenia na świat.
Gdyby kompletnie zamilczano owego Stonogę, gdyby nigdy i pod żadnym pozorem nie nagłaśniano głupot JKM, gdyby ignorowano wyziewy TVN-ów, Polsatów i nie przywiązywano wagi do bełkotu reżimowych pajaców - może byłaby szansa na uniknięcie wielu pułapek, na budowę wolnych mediów i odwrócenie uwagi Polaków od "warszawskiego salonu".
Warto też dostrzec, że w tym, konkretnym przypadku, mamy do czynienia z niemal klasyczną grą na uwiarygodnienie. Gdy w latach komuny esbecja chciała wprowadzić swojego człowieka, stawał się on najbardziej radykalnym opozycjonistą, najodważniejszym drukarzem lub kolporterem, rzucał z pięściami na zomowców i ciskał gromy na komunistyczną zgraję.
Dziś stosuje się podobne metody uwiarygodnienia i legendowania. Czasem będzie to postać "ludowego trybuna", innym razem objawi się zaciekły "antysystemowiec" lub gość, który odważnie ujawnia tajne dokumenty i przekręty władzy.
I choć żyjemy w państwie, które prześladuje młodych ludzi za okrzyk "precz z komuną", choć policja nęka tu obywateli chcących odwołać prezydenta z PO i skazuje Polaków za udział w marszach niepodległościowych lub "profanację" ruskich obelisków, to nikt się nie dziwi, że oto pojawia się gość, który bezkarnie rzuca wyzwanie służbom tego państwa, ciska publicznie wyzwiskami i wywołuje polityczną burzę.
Uważam, że niezależnie, jakie pobudki kierowały panem Sumlińskim, rozmowa z kimś pokroju Stonogi jest kompletnym nonsensem. Głownie z jednego powodu - opinie tego człowieka nie powinny nas w ogóle interesować.
Pozdrawiam Pana
Bardzo serdecznie dziękuję za tą ważną odpowiedź. Przepraszam, że zmuszam Pana niejednokrotnie do odpowiedzi na być może głupie pytania - uważam jednak Pana za wielki autorytet i wiem, że tam, gdzie ja często czegoś nie dostrzegę - Pan, ze swoją wiedzą - może to wyjaśnić albo nakierować na właściwe tory. Za to dziękuję.
UsuńChociaż zgadzam się z tym co Pan pisze, jednocześnie doskonale rozumiem Pana Sumlińskiego. Myślę, że on sam nie chce się w to mieszać, ale pociągnięty za język, jest w stanie ten jeden raz spotkać się w bezpośredniej konfrontacji. I na tym koniec. A Stonoga robi i będzie robił, co będzie chciał. I tak całe środowisko Kaczyńskiego, Kościół i samego Sumlińskiego obsmarował z każdej strony.
Mi osobiście bardzo szkoda Pana Sumlińskiego, którego proces zmierza powoli do końca, a który znów musi się z kimś innym męczyć. Twierdzę, że akcja ze Stonogą ma na celu dyskredytację Sumlińskiego i całego środowiska PiS-u. A na to, co robi Stonoga, p. Sumliński nie ma wpływu. Mam do niego 100-procentowe zaufanie.
Jeśliby był Pan zainteresowany tym, co na temat spotkania ze Stonogą ma p. Sumliński - przesyłam linka, który rozjaśnia tę kwestię.
https://www.youtube.com/watch?v=y2GPMkEryYw
Dziękuję serdecznie i pozdrawiam
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńGeorge Smith,
UsuńJeśli chce Pan zestawiać postać Wojciecha Sumlińskiego z obywatelem o nazwisku Stonoga, proszę nie robić tego na moim blogu.
Nikt Panu nie zabrania pochylania się nad "krzywdą" Stonogi i zwracania uwagi na jego występy.
Uważam jednak za dalece fałszywe porównywanie roli ofiary kombinacji operacyjnej służb z udziałem BK, z "krzywdą", jakiej doznaje ów biznesmen.
Jeśli Stonoga miałby mieć status pokrzywdzonego, to tylko poprzez własną ambicję lub efekt gry interesów.
Ponieważ nie widzę najmniejszego związku tego tematu z treścią mojego wpisu, uprzejmie proszę nie kontynuować tak marginalnego wątku.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńJeśli chodzi o Pana Wojciecha Sumlińskiego, to wydaje mi się, że albo ktoś go sprowokował, a wiem, że jest on już na prawdę zmęczony całą sytuacją ciągnącą się od 2008 roku, albo ma jakiegoś "życzliwego doradcę".
UsuńDebatowanie z robalami nigdy nic dobrego nikomu nie przyniosła. Dlatego sama byłam tym faktem zdziwiona.
Wydaje mi się, że rolą Pana Sumlińskiego w tym scenariuszu było właśnie to "uwiarygodnienie" anty-systemowości Stonogi.
Jeśli znaleźli się tacy co posłuchali tego robala i wyrzucili książkę Wojciecha Sumlińskiego, to byli to bardzo mało pojętni czytelnicy.
Pozdrawiam
George Smith,
UsuńMa Pan zadziwiającą łatwość formułowania dość poważnych zarzutów, ale biorę to raczej na karb nieświadomości niż złej woli. Przyznam też, że po wielu latach spędzonych na rozmowach z moimi gośćmi oraz po lekturze tego, co wypisuje się w sieci na mój temat , nie jestem zaskoczony żadną insynuacją ani najbardziej absurdalnymi zarzutami.
Muszę Panu powiedzieć, że gdyby nie zachowanie, które zechciał Pan nazwać cenzurą, mój blog dawno by nie istniał lub przemienił się w miejsce, w którym króluje bełkot i głupota. Czyli takie, z jakimi najczęściej mamy do czynienia, czytając wytwory "prawicowej" blogosfery.
Proponuję, by zechciał Pan odróżnić akt cenzury (czyli działań służących tłumieniu wolnego słowa i ukryciu prawdy) z moją blogerską "prewencją", której celem jest unikanie wielorakich prowokacji oraz forsowania na tym blogu błędnych lub zgoła groźnych (bo dezinformujących) tez.
Zaglądający tu czytelnik ma prawo oczekiwać (i myślę,że po siedmiu latach przyzwyczaiłem do tego), że na bezdekretu nie spotka wyznawców teorii "maskirowki", "liberałów" od JKM, czy piewców mądrości P.Kukiza i G.Brauna. Tu nie podąża się za każdym ,kogo pokazują w okienku tv i nie głosi poglądów w rytm medialnych gier i kombinacji.
Nie spotka tu również jednodniowych mędrców, którym wydaje się, że wszystko, co piszą i mówią w "wolnych mediach" jest krynicą prawdy, a których pamięć o minionych wydarzeniach można porównać z predyspozycjami złotej rybki.
Czy nie sądzi Pan, że w naszej blogosferze jest dość miejsc, w których każdy może wylewać swoje żale, propagować najbardziej nonsensowne pomysły, epatować ignorancją i pisać, co mu głupota na klawiaturę przyniesie?
Otóż, moim celem jest uniknięcie takiej "dyskusji" i takiej formy blogowania.
Uważam, że poważne traktowanie czytelnika wymaga stałości i stabilności poglądów oraz zachowania tego, co nazywam higieną umysłową. Ta zaś wymaga unikania szaleństwa tzw. bieżączki oraz propagowania ocen racjonalnych i merytorycznych. Choćby dlatego, nie każda myśl zasługuje na rozważanie i nie każdy pogląd wart jest dyskusji. Jeśli ktoś z tego powodu poczuje się obrażony, zmuszony jestem powiedzieć sobie - trudno. Gdybym nie unikał takich pułapek, musiałbym pewnie spędzać tu całe dnie i (wciąż na nowo) tłumaczyć rzeczy elementarne.
Wokół nas mamy dość pseudowolności, w której każdy może pleść, co zechce i ile zechce. Pod tym wszakże warunkiem, by nie była to prawda..
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńWIND OF CHANGE
OdpowiedzUsuńI.
Follow the Moskva
Down to Gorky Park
Listening to the wind of change
An August summer night
Soldiers passing by
Listening to the wind of change
II.
Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina
Starszy czy młodszy chłopak czy dziewczyna
Cóż, Panie Aleksandrze,
Pan to wie,
I ja także wiem...
Zerwał się Wind of Change i poprzestawiał... figury na szachownicy.
Prezydent w Pałacu, namiestnik w Belwedrze, Jarosław II w Alejach.
Targowica przystępuje do IV RP i urządza się wygodnie przy POPIS-ie.
Trzecie pokolenie resortowych dzieci obejmuje zagraniczne placówki,
tubylcze urzędy, wasze i nasze media.
Łączka - wzorem katyńskim - przywalona Panteonem.
Dość wykopalisk!
Nasza waleczność pogrzebana w smoleńskim błocie.
Dziś jej atrapa maszeruje z drewnianymi szablami
w Grupach Rekonstrukcyjnych. Ku pokrzepieniu serc!
Psy wojny z pojednanych obozów - gdzie nie ma zwycięzców
ani pokonanych - same się poszczują na garstkę niedobitków
trwających uparcie przy swoim WIELKIM "NIE".
Biało - czerwone baloniki. Mnóstwo baloników.
Niech żyje Pojednanie i Święta Demokracja!
- - - - - - - - - - - -
I tylko sny nasze nie zostały upokorzone.
Wytrzymamy.
UsuńBackground music for "God's Playground":
https://www.youtube.com/watch?v=n4RjJKxsamQ
https://www.youtube.com/watch?t=40&v=gmmpvGvmwjQ
https://www.youtube.com/watch?v=hBlB8RAJEEc
Pani Urszulo,
UsuńBardzo dziękuję za ten niezwykły komentarz. Ponieważ oboje dostrzegamy zadziwiające efekty tej chwilowej "wichury", życzmy sobie, by - wbrew intencjom małych demiurgów, przemieniła się w coś prawdziwie cennego -
-The wind of change
Blows straight into the face of time
Like a stormwind that will ring the freedom bell
Jedno wiem na pewno - "garstka niedobitków" ma rację. I choćby krzyczeli i warczeli na nią ze wszystkich stron, kiedyś będą musieli to przyznać.
Pozdrawiam serdecznie
Panie Aleksandrze!
OdpowiedzUsuńCzy zdaje Pan sobie sprawę (jak i wszyscy czytający te słowa), że POlski system sprawiedliwości (zapewne świadomie i z rozmysłem) skutecznie odebrał ochotę osobom prowadzącym badania naukowe w archiwach IPN (należę do tego grona) na ujawnianie publiczne personaliów TW, na jakich w tych archiwach co rusz się natykają?
To proste: taki ex-TW może zgłosić się do sądu z pozwem cywilnym, iż ujawniając jego przeszłość naruszono jego dobra osobiste, a on przecież dzisiaj żyje sobie skromnie na uboczu społeczeństwa i - nie pełniąc żadnych funkcji publicznych - ma prawo do świętego spokoju, który zostałby przecież zakłócony przez kogoś, kto chce ujawnić jego niezbyt świetlaną przeszłość!
Jak pracują POlskie sądy - wiadomo! A nikt (także i ja!) nie chce płacić ze swych oszczędności odszkodowania byłemu kapusiowi, któremu sąd przyznałby rację. I w ten sposób domyka się nigdy do końca nie otwarty proces lustracji...
Czy jest szansa na taką zmianę prawa, która dawałaby niezagrożone penalizacją prawo do ujawniania PRAWDY (dodatkowo potwierdzonej autorytetem IPN) o minionych latach naszej historii? Czy prezydent-elekt lub - w przypadku zwycięstwa w wyborach parlamentarnych - liderzy PiS-u mają na uwadze taką potrzebę? Śmiem wątpić...
Pozdrawiam!
Krzysztof Borowiak
Donosicielstwo to najniższy czyn, na jaki może "zdobyć się" człowiek. Wiemy to chyba wszyscy.
OdpowiedzUsuńTen felieton jest o wytworzeniu "kultury donosu". Obserwuję narastanie akceptacji dla donosicielstwa od wielu lat: w korporacjach od około dekady chwali się "sygnalistów", na blogach artystyczny (sam kiedyś taki prowadziłem), admin wciąż i wciąż zasypywany jest donosami kolegó "artystów" na innych kolegów. Wszystkie domagają się ukarania "winnego", wszystkie żądają anonimowości.
Wychowałem się w Nowej Hucie. Potrafię jeszcze kląć, kląć nie jak szewc, ale jak typowy ruski. Ugryzę się w język, tu, na tym blogu. Nie ma inwektywy, której oszczędziłbym donosicielowi.
Są dwa problemy do rozwiązania. Pierwszy, to realne rozliczenie i ukaranie oficerów prowadzących i TW. Drugi, to przeciwdziałanie głębokiej zmianie kulturowej, polegającej na akceptacji działań donosicielskich.
Pierwszy krok wymaga uznania MSW i WSW za organizacje zbrojne o charakterze przestępczym, podżegające do zbrodni lub organizujace zbrodnie. Drugi, daleko trudniejszy, wymaga działań edukacyjnych i medialnych w wielkiej skali.
Spotykam się z donosicielstwem w środowisku poetów, pilotów, fotografików, przedsiębiorców. jest nagminne. I bezkarne. Czy te środowiska są awangardą donosicieli (innych nie znam tak dobrze)? Czy tak jest również w innych środowiskach?
Obawiam się, że tak jest w każdej grupie społecznej. Zaczynam od siebie, to jasne. Donosiciel, który przekazuje mi informację jest świadom, że pierwszy zostanie ukarany (pracownicy). Nienawidzę kablowania. W Nowej Hucie, za taki akt, kolega z podwórka miał "obity pysk" (przepraszam). Eliminacja donosicieli to warunek konieczny, choć nie wystarczający, przywrócenia solidarności społecznej.
Donosiciel to ambasador Szarego. Tego Szarego znanego z powieści Wiktora Jerofiejewa (Encyklopedia duszy rosyjskiej - tu nawet Jerofiejew popełnia kluczowy, bo wbudowany w myslenie błąd; to, co napisał, to nie jest encyklopedia duszy rosyjskiej, tylko encyklopedia duszy sowieckiej). Nie możemy godzić się na obecność Szarego w naszym życiu. Dlatego musimy wykazywać energię na granicy agresji w tępieniu przejawów jego wpływu, w tepieniu jego apostołów.
Witam.
OdpowiedzUsuńJeśli IIIRP nie upadnie za mojego życia, to jestem przekonana, że dożyję chwili, w której wytworzy się termin: „donosiciel na donosiciela”. To znaczy człowiek, który na podstawie aktów IPN, prawdziwej historii Polski odkrywa prawdę o TW czy kapusiu. I o tym jawnie mówi! Taki np. Pan Cenckiewicz, P. Sumliński… inaczej wyjść nie może, ale autor tego blog też, już są „donosicielami na donosiciela/ donosicieli”. Pan Cenckiewicz – nie ma wątpliwości - powydzierał „z akt IPN” za fraki niejednego takiego „opozycyjnego” bohatera. I wówczas dopiero pojęcie - donosiciel nabierze „właściwego” znaczenia. To znaczy, pojęcie to przestanie być uznawane za cnotę! Do pomocy zostanie użyty wówczas paralizator: „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. A jakby i tego było mało, by zakneblować usta „donosicielowi”, to „trzeba wychodzić, kiedy wchodzą, odwracać się, kiedy do nas podchodzą”. Zastanawia mnie, dlaczego jeszcze tak się nie dzieje? Dlaczego Panu Rymkiewiczowi i wszystkim tym, którzy są zgodni z jego stanowiskiem: nie obrywa się jeszcze od paralizatora: Jezus z celnikami jadł, a Pan Rymkiewicz to się ma za kogoś lepszego. I w taki to sposób pojęcie donosiciela zostanie jeszcze dodatkowo wywrócone jak i tak już wywrócone gacie na lewą stronę – jak na komunizm przystało. Z jedną zasadniczą różnicą. Donoszący na donosiciela będzie katem, ( ale też sędzią i oskarżycielem w jednej osobie – tak po sowieckiemu) zaś sam donosiciel – a tak, tak – ofiarą, osobą, która została „uwikłana” lub – w zależności, co będzie dla „ofiary” korzystne – bohaterem na miarę Wallenroda.
Donosiciela na donosiciela – takich IIIRP ostatecznie wykluczy. Takie niecnoty – jak przystało na komunistyczne państwo - IIIRP powolutku wytępi!
Pozdrawiam
Panie Aleksandrze,
OdpowiedzUsuńCieszy mnie, że właśnie ten wątek został poruszony.
Uważam, że właśnie sprawa wyuczenia do kolaboranctwa, donosicielstwa jest zawsze pomijana, a przecież widać gołym okiem, że machina, zajmująca się takim działaniem nadal działa pełną parą. Wychowując najmłodszych, zwłaszcza do nienawiści.
Do Pańskiego opracowania dodałabym jeszcze rolę jaką miał Komsomoł.
Zajmował się indoktrynacją młodzieży 14- 28 lat. Młodzież miała tam jak powiedział Stalin
"Uczyć się komunizmu". Dobrze wiadomo, że Ci młodzi ludzie potrafili zadenuncjować swoich bliskich, byle by dobrze przysłużyć się Partii.
Także czytając Orwella, natrafiamy na wyuczone kapusiostwo i nienawiść do wszystkiego co niezgodne z wolą Wielkiego Brata. Dzieci donosiły na rodziców, pomimo tego, iż wiedziały, że zostaną oni surowo ukarani. Rodzice bali się nawet myśleć. Wszakże myślozbrodnia była jedną z najcięższych zbrodni. A każde dziecko chciało przysłużyć się do doskonałego funkcjonowania państwa(...) Zaskakujące jak tzw. antyutopie Orwella czy Huxleya ( "Nowy wspaniały świat") pisane tak dawno, tak bardzo dobrze przewidują i wpisują się w dzisiejsze funkcjonowanie świata(...)
Dziś szkoły publiczne zajmują się takim wychowaniem społecznym, polegającym na przeciąganiu autorytetu z rodzica na nauczyciela a dalej na funkcjonariusza publicznego.
Przede wszystkim dziecko nie ma prawa do samoobrony i do swobodnego subiektywnego myślenia. Zmusza się je do donosicielstwa w każdym wypadku, a przejawy swobodnego myślenia są karane niedostateczną oceną. Tylko wiedza, która została przekazana przez nauczyciela, ma być stricte wyuczona przez ucznia i tylko za taką wiedzę, uczeń może dostać dobrą ocenę. Każde dziecko odbiegające od standardów wychowawczych szkoły, bądź programu nauczania jest traktowany jako potencjalne zagrożenie dla reszty stada owiec...
Z autopsji mogę opisać sytuację w której to okazuję się, że ofiara zostaje zrównana z katem. Moje dziecko broniło się przed innym, zostało ukarane, natomiast dziecko atakujące zostało potraktowane jako ofiara tegoż zajścia.
Miałam dużo przepychanek słownych z wychowawczynią, która powiedziała, że szkoła nie życzy sobie takiego zachowania, że dziecko ma przyjść i donieść o tym co się stało a nie samo rozwiązywać konflikt. Ja poinformowałam, że nie ma takiej opcji by moje dziecko było pozbawione możliwości obrony i, że ja będę swojemu dziecku powtarzać, że ma się bronić a skarżenie/donosicielstwo jest nieprzyzwoite.
Cały czas pracuje nad swoim dzieckiem, które niestety do tej pory wyuczone jest takiego zachowania. Co widzę np. w domu gdy donosi na młodszą siostrę czy na mnie lub męża do moich rodziców. Tak właśnie działa zastępowanie autorytetów i to samo dzieje się na płaszczyźnie obywatel- władza.
Co zastraszające w szkole namawiają także, by dzieci zgłaszały i mówiły o tym co dzieje się w domach, czy na pewno czegoś niedobrego nie robią im rodzice.
Czytają im prawa dziecka w tym np. ile czasu ma prawo korzystać z komputera i, że dziecko ma prawo mieć do niego dostęp. Co oznaczałoby, że jeśli nie ma komputera w domu to prawo to jest łamane przez rodzica...Totalna paranoja ucząca dzieci donosicielstwa w zamian za jakąś korzyść, myślenia przede wszystkim o sobie i swoich potrzebach. Strach się bać co z tych dzieciaków wyrośnie za lat 20...
To samo na wyższych poziomach nauczania, jak np. na studiach. Wielki poziom nienawiści do wszystkich, którzy mieli odrębne poglądy, zostawali właściwie wyśmiewani i lekceważeni przez autorytet na studiach czyli profesorów. Ci sami dawali za przykład czytanie odpowiednich gazet, czy oglądania tylko tych programów, które według nich niosły jakąś korzyść.
To się cały czas odbywa i z pokolenia na pokolenie rosną nam kapusie, cyngle, sobki, które mają w nosie wartości wyższe, i nie interesują się co się tam na górze dzieje, dopóki mają za co się zabawić.
Pozdrawiam serdecznie
NA BEZCZELA
OdpowiedzUsuńNajobrzydliwszy polityk PO - ten porośnięty siwym włosiem na szyi - wypowiada się o Jarosławie Kaczyńskim:
"Słyszę ton prawdziwego wychowanka PRL-u. To język człowieka, który chyba nie wyrósł z Polski ludowej i mówi językiem starych propagandzistów. Straszenie obywatele polskich, że jesteśmy tylko reprezentantami bogatych, to język ludzi, którzy mówili o bankach czy instytucjach czy ludziach, których „Trybuna Ludu” nazywała „psami łańcuchowymi kapitalizmu”. Prezes wraca do swojej starej „dobrej” formy z IV RP'
http://wpolityce.pl/polityka/258583-rafal-grupinski-bezpardonowo-atakuje-jaroslawa-kaczynskiego-slysze-ton-prawdziwego-wychowanka-prl-u-ktory-chyba-nie-wyrosl-z-polski-ludowej
A TAK JUŻ BYŁO MIŁO...
Cwana gapa z PO (aktualnie minister ON i wicepremier) - dotknięty do żywego "pomówieniami" taśmowymi (z odcinka: Kwaśniewski - Kalisz) łka na konferencji prasowej: "Oczekiwałbym od Ryszarda Kalisza bardziej stanowczego odcięcia się".
To nawet nie kabaret, Panie Aleksandrze. Eto nastojaszczij ruskij cyrk!
= = = = = = = = =
- Tutaj można poczytać o niezwykle interesującej (zwłaszcza dla umiejących czytać między wierszami) - drodze życiowej TS:
http://www.wprost.pl/ar/445777/Zolnierz-Tuska-Kulisy-kariery-Tomasza-Siemoniaka/
- A tu komentarz A. Macierewicza:
http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/258605-macierewicz-o-tasmie-z-kaliszem-i-zamieszaniu-wokol-mon-i-gen-noska-nalezy-to-analizowac-w-kontekscie-olbrzymiej-sumy-na-uzbrojenie-polskiej-armii-nasz-wywiad
UsuńWsławiony rzetelnością w dotrzymywaniu słowa (m. in. w wytaczaniu procesu Komorowskiemu) - ex MON - Szeremietiew cyt. "wie, kogo PiS typuje na Ministra Obrony Narodowej w swoim rządzie." I podaje nazwiska:
1. Ryszard Czarnecki, europoseł, uczestnik panelu nt. obrony na konwencji PiS,
2. Jacek Kotas, były wiceminister w MON. uczestnik panelu nt. obrony na konwencji PiS,
3. Antoni Macierewicz były wiceminister w MON, wiceprezes PiS,
4. Roman Polko, generał dywizji, były zastępca szefa BBN,
5. Waldemar Skrzypczak generał broni, były wiceminister w MON,
6. Paweł Soloch, były wiceminister spraw wewnętrznych,
7. Tomasz Szatkowski, prezes Narodowego Centrum Studiów Strategicznych,
8. Witold Waszczykowski, były wiceminister spraw zagranicznych, zastępca szefa BBN,
9. Przemysław Żurawski vel Grajewski uczestnik panelu nt. obrony na konwencji PiS.
http://telewizjarepublika.pl/kogo-pis-widzi-na-stanowisku-szefa-mon-szeremietiew-zna-odpowiedz,21298.html
Nie wiem, czy kolejność przypadkowa, ale przyznaję, że wiele kandydatur wywołuje zgrozę. Nadzieja w "wiarygodności inaczej" pleciugi R. Sz.
Pozdrowienia
Pani Urszulo, rzeczywiście trudno o bardziej bezczelne i pokrętne zarzuty, zwłaszcza że wypowiada je jeden z wybitnych utrwalaczy PRL-u. Ale, jeśli Pani pozwoli, z jednym nie mogę się zgodzić: przecież powszechnie wiadomo, że najobrzydliwszym politykiem PO jest Szejnfeld! :)
UsuńPozdrawiam
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Usuń