czwartek, 29 marca 2012

DŁUGI MARSZ CZY KRÓTKI BIEG ?

Coraz częściej w publikacjach medialnych oraz w wypowiedziach posłów PiS-u pojawia się sugestia, że czas rządów Donalda Tuska dobiega końca, a w najbliższej perspektywie powinniśmy spodziewać się przyspieszonych wyborów parlamentarnych lub rychłego upadku grupy rządzącej.
Tymczasem w ostatnich miesiącach nie mieliśmy do czynienia z żadnym wydarzeniem, które można byłoby uznać za zwiastun takiego scenariusza. Nie ma przełomu w oficjalnym śledztwie smoleńskim; nikt z przedstawicieli władzy nie został oskarżony w sprawach setek afer tandemu PO-PSL; nie doszło do zmian w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości; nie istnieje kontrola władzy wykonawczej ze strony instytucji państwa;  kwitnie propaganda sukcesu i szkalowanie opozycji zaś media nadal roztaczają nad rządzącymi parasol ochronny; ukrywane są informacje o stanie finansów państwa; obowiązuje zmowa milczenia w sprawach bezpieczeństwa i działań służb specjalnych. Nie można uznać, by grupa rządząca utraciła kontrolę nad jakimkolwiek obszarem życia publicznego lub poniosła zauważalne straty.
Jeśli więc podstawą budowania optymistycznych scenariuszy są doniesienia medialne – mają one tyle wspólnego z prawdą, ile media III RP z rzetelnym dziennikarstwem. To jednak dzięki nim obowiązują fałszywe wyobrażenia na temat „walk frakcyjnych” w PO, frondzie „schetynistów” czy narastaniu konfliktu na linii prezydent-premier. Nagłaśniając rzekome kontrowersje i spory medialni kreatorzy doskonale rozgrywają klasyczną „strategię nożyczek”, której istota polega właśnie na symulowaniu rozbieżności, generowaniu sztucznych konfliktów i pozorowanej walce dobra ze złem. Końcowy efekt tej strategii jest zawsze korzystny dla interesów grupy rządzącej, zaś społeczeństwo otrzymuje teatr politycznego pluralizmu i substytut demokracji.
Powinno dziwić, że ci sami politycy i publicyści, którzy zarzucają głównym mediom nierzetelność i służbę interesom władzy – w tym zakresie dają wiarę opisom nieistniejących mechanizmów. Są to dziś mity tak mocno utrwalone, że ich wyznawcy ignorują wiedzę o prawdziwej roli Pałacu Prezydenckiego,  wierzą w „gorszych” i „lepszych” polityków PO, a nawet nie dostrzegają tak znamiennej, lecz niezgodnej z teorią konfliktu postawy Bronisława Komorowskiego w sprawie systemu emerytalnego.
Równie niepewnym wskaźnikiem są sondaże i badania opinii publicznej, które w realiach III RP spełniają funkcję kreatora nastrojów społecznych lub są przekaźnikiem intencji wpływowych środowisk Rzekomy spadek poparcia dla PO, może więc oznaczać tylko tyle, że partia władzy otrzymuje właśnie sygnał dyscyplinujący, zaś poprawa notowań będzie zwykle wyrazem zlecenia propagandowego. 
Istnieją co najmniej cztery przesłanki nakazujące z rezerwą traktować nazbyt optymistyczne scenariusze.
            W pierwszej kolejności są to wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Stanowią one najmocniejszy dowód, że lata rządów obecnego układu oraz finał w postaci tragedii smoleńskiej pozostały bez większego wpływu na postawy milionów naszych rodaków. Można wprawdzie wskazywać na patologie i skażone źródła takich wyborów – nie sposób jednak zaprzeczyć, że ta władza nadal znajduje silne poparcie, a poziom świadomości politycznej polskiego społeczeństwa jest zatrważający.
Drugą przesłanką jest obecność głównego atrybutu tej władzy, jakim są ośrodki propagandy, zwane mediami. To one i zatrudnieni w nich mali demiurdzy, sprawują faktyczny rząd dusz nad Polakami. Ich potencjał oraz możliwości wpływu na opinie społeczeństwa pozostają nienaruszone – tym bardziej, że w czasie ostatnich pięciu lat opozycja nie podjęła nawet próby podważenia tego monopolu. Dlatego niemal każda konfrontacja z metodami propagandystów i aparatem dezinformacji musi kończyć się klęską.
Trzecim powodem, dla którego warto zachować dystans wobec scenariusza przyspieszonych wyborów, jest bez wątpienia sprawa tragedii smoleńskiej. Rola zakładników kłamstwa smoleńskiego oraz perspektywa odpowiedzialności politycznej i karnej za śmierć 96 Polaków – to dostateczne przesłanki, by uznać, że grupa rządząca nigdy nie odda władzy dobrowolnie. Ma tego świadomość Jarosław Kaczyński, gdy w trakcie niedawnego spotkania z mieszkańcami Lublina powiedział: „Trzeba wykorzystywać te możliwości, które ciągle mamy - bo uważajmy, żeby nie było tak jak w Rosji, że zaczną nam zabierać - czyli prawo do demonstracji, prawo do petycji, prawo do żądania referendum i cisnąć, cisnąć tą władzę, bo ona sama się nie rozwiąże.”
Skoro zatem wiemy, że Tusk i spółka nie mogą – bez narażenia się na akt oskarżenia – oddać rządów w drodze przemian demokratycznych, pojawia się pytanie: jak miałoby dojść do przyspieszonych wyborów i dobrowolnej rezygnacji z władzy? „Ciśnięcie” nie wydaje się środkiem dostatecznym, ponieważ aparat państwa przy użyciu dezinformacji, cenzury oraz medialnych gier operacyjnych zapewnia sobie wpływ na kształtowanie poglądów Polaków i jest w stanie zneutralizować każdy przejaw niezadowolenia społecznego. Gdyby i to okazało się nieskuteczne, władza sięgnie po środki represyjne. Przykładem działania tego systemu są fałszerstwa w sprawie tragedii smoleńskiej czy wyciszenie horrendalnych afer koalicji PO-PSL. Tu także ma rację Jarosław Kaczyński, gdy podczas demonstracji w dniu 14 marca stwierdził: „Póki tutaj jest ten premier, i jego kompania, to towarzystwo z boiska i ci co nie grają, póty prawdy się nie dowiemy”.
Dlatego wiarę w mechanizmy nacisku społecznego lub w zasady demokracji parlamentarnej - trzeba uznać za szkodliwą mrzonkę.
Prorokowanie rychłego końca tego rządu mogłoby okazać się zasadne tylko wówczas, gdyby doszło do zakulisowych ustaleń między głównymi graczami sceny politycznej lub część polityków opozycji planowała udział w inscenizacji związanej ze zmianą ekipy. Kontrolowany proces zastąpienia Tuska postacią mniej skompromitowaną czy nawet utworzenie egzotycznej koalicji, otworzyłby drogę do swoistego consensusu, w którym ceną politycznej abolicji byłby rząd złożony z „fachowców”. Gdyby takie scenariusze były poważnie rozważane, ich twórcy musieliby pamiętać, że „okrągłe stoły” stanowią stylistyczny przeżytek, a zabawy z politycznymi hybrydami kończą się przykrym efektem bastardyzacji.
Czwartą przesłanką, którą warto uwzględniać na tle obecnej sytuacji międzynarodowej jest prezydentura Władymira Putina i perspektywa kolejnej dekady rządów kremlowskich „siłowików”. Dla III RP przynosi ona zapowiedź pogłębiania procesu „integracji” i „pojednania” oraz wytyczenia nowych zadań w roli rosyjskiego konia trojańskiego. Ich realizacja będzie możliwa tylko wtedy, gdy w „priwislinskim kraju” władza będzie należała do „przyjaciół Moskwy”. Obalenie tej władzy, a - w konsekwencji - ujawnienie przyczyn tragedii smoleńskiej, mogłoby zagrozić globalnym interesom Putina i pokrzyżować rosyjskie plany ekspansji na Europę. W warunkach III RP ta przesłanka prowadzi również do wzmocnienia wpływów środowisk skupionych wokół Pałacu Prezydenckiego i uczynienia z  niego głównego ośrodka władzy. To zaś oznacza, że cały obszar bezpieczeństwa narodowego oraz „zmiany systemowe” w funkcjonowaniu służb specjalnych i resortów siłowych zostaną podporządkowane planom opracowanym w prezydenckim BBN-ie.  
Ignorowanie takich faktów bądź próba zastąpienia ich projekcją życzeń, muszą doprowadzić do błędnych konkluzji w ocenie sytuacji. Autorzy pozytywnych scenariuszy niespecjalnie ukrywają, że wsłuchują się głównie w doniesienia medialne, wypowiedzi polityków PO lub reakcje koncesjonowanej opozycji, spod znaku Palikota i SLD. Popełniają tym samy kardynalny błąd, poddając bezkrytycznej analizie głosy swoich przeciwników i środowisk, które mają oczywisty interes w fałszowaniu polskiej rzeczywistości. Prognozy te opierają się na infantylnej wierze w istnienie takich mechanizmów demokracji, które pozwalają obalać złe i nieudolne rządy przy pomocy karty wyborczej. Niejako w oderwaniu od wyników ubiegłorocznych wyborów odwołują się do mitycznej „mądrości społeczeństwa”, wierząc w jego dojrzałość i zdolność do samodzielnego decydowania o swoim losie.
Wprawdzie chciałbym podzielać podobne opinie i życzyć sobie jak najszybszego upadku rządów PO-PSL, nie sposób jednak przystać na miłe sercu scenariusze za cenę rozminięcia z realiami.
Nietrudno przewidzieć, że najbliższe miesiące zweryfikują optymistyczne rachuby i rozstrzygną polityczne kalkulacje. Być może ich autorzy wolą liczyć na amnezję Polaków, ale taka postawa oznacza prostą drogę do utraty elektoratu i wzrost poczucia zniechęcenia wśród milionów zwolenników opozycji. Co powiedzieć tym ludziom, gdy minie czas Euro, a kolejne miesiące nie przyniosą oczekiwanych rozstrzygnięć? Jakich argumentów użyć, jeśli okopana w wąskim szańcu opozycja dotrwa do następnych wyborów, lecz i one niczego nie zmienią? Wiara w optymizm – jak pisał Mackiewicz – nie zastąpi nam Polski.
Jestem przekonany, że ludzie wspierający PiS zasługują na dużo więcej niż wynika to z mglistych obietnic czy demagogicznych zapowiedzi. Są w stanie wesprzeć każdą formę aktywności opozycji, jeśli jest sensowna i skuteczna. Potrafią wiele zrozumieć i mają dość siły, by wytrwać w długim marszu. Mogą też znosić kolejne porażki - byle wiedzieli, że  na końcu tej drogi jest wolna Polska.


Artykuł opublikowany w nr 13/2012 Gazety Polskiej.

środa, 28 marca 2012

CZY ZASŁUGUJEMY NA TAKĄ JEDNOŚĆ ?

W opublikowanym przed dwoma laty liście otwartym dotyczącym polityki zagranicznej, Jarosław Kaczyński przypomniał fundamentalną zasadę: "by polityka była skuteczna musi być najpierw moralnie słuszna". O potrzebie stosowania tej zasady miało nam również przypomnieć hasło wyborcze PiS –u. Słowa: "Polacy zasługują na więcej" – zapowiadały, że tym „więcej” stanie się  zgodna z elementarną etyką korelacja słów i czynów. Były to słowa na miarę naszych oczekiwań, ale równie wysokie standardy wyznaczały ludziom partii opozycyjnej.
Nie można więc nie zapytać: jak oceniać stwierdzenia, które pojawiły się wczoraj na blogu Jarosława Kaczyńskiego?  Jakim zasadom przypisać zdumiewającą konfrontację partii Marka Jurka z ludźmi, którzy do niedawna jeszcze stanowili trzon  PiS-u? Konfrontację tym bardziej osobliwą, że za jej zwycięzcę mamy uznać człowieka, który w polityce kieruje się zasadą moralnego relatywizmu i do niedawna jeszcze odrzucał możliwość współpracy z PiS-em.
Jarosław Kaczyński napisał: „Formacja Marka Jurka to formacja pewnej, już nie sięgając głębiej, a tylko do życiorysu przywódcy, 35-letniej tradycji działania z pozycji, nazwijmy to, radykalnego konserwatyzmu. To jest pozycja, która w naszym przekonaniu mieściłaby się w naszej partii, ale jest tam też mocna tendencja do politycznej samodzielności. Uznaliśmy, że ten dorobek i ta pewna odrębność jeśli chodzi o poglądy są przesłanką, którą możemy przyjąć do wiadomości i stąd tego rodzaju porozumienie jest możliwe.”
Gdybym miał serio traktować tę rekomendację, musiałbym uznać, że prezes PiS oczekuje od nas głębokiej amnezji i napisał swoje wyjaśnienia tylko po to, by niestosownością porównania pogrążyć niedawnych kolegów partyjnych z Solidarnej Polski.
Trzeba wyraźnie powiedzieć, że niezależnie od definicji, jaką  Jarosław Kaczyński przykłada do określenia „radykalny konserwatyzm” oraz rodzaju „odrębności” umożliwiających porozumienie z Markiem Jurkiem – nie wolno nam zapominać o postawie tego polityka po tragedii smoleńskiej ani tracić z oczu zasad politycznej „samodzielności”, jakim hołduje założyciel Prawicy Rzeczpospolitej.
Postawę pana Jurka mogliśmy poznać tuż po 10 kwietnia 2010 roku, gdy na blogu polityka pojawiały się teksty z deklaracjami, iż nie zamierza rezygnować z kandydowania w wyborach prezydenckich. W tym najboleśniejszym dla Polaków okresie, ów „konserwatysta” za najważniejszą sprawę uznał informowanie rodaków o przebiegu swojej kampanii wyborczej, nie zapominając przy tym pochwalić prezydenta Rosji za słowa: „przywódcy sowieccy dopuścili się zbrodni na polskich oficerach w Katyniu, podobnie jak zbrodni na narodzie rosyjskim”.  Pięć dni po tragedii smoleńskiej dla Marka Jurka była to „najważniejsza rosyjska oficjalna deklaracja historyczna od kilkunastu lat i krok w stronę desowietyzacji stosunków polsko-rosyjskich”.
„Polityczna samodzielność” nakazała następnie owemu „antykomuniście” tworzyć wspólne „sztaby” ze środowiskiem byłych oficerów LWP i komitetem wyborczym „Nowego Ekranu” - skąd bezustannie trwały ataki na PiS i Jarosława Kaczyńskiego. 22 września 2011 r w siedzibie NE doszło do spotkania przedstawicieli „organizacji społecznych i politycznych o szerokim spektrum programowym”.  Prawica Rzeczpospolitej Marka Jurka zawarła wówczas porozumienie m.in. z :Komitetem Wyborczym Marka Króla, Komitetem OLW Nowy Ekran, Samoobroną Rzeczpospolitej Polskiej, Unią Polityki Realnej oraz Stowarzyszeniem Pro Milito – organizacją założoną przed pięcioma laty przez gen. Tadeusza Wileckiego i gen. Marka Dukaczewskiego – ostatniego szefa WSI.
Grono to spotkało się, by „doprowadzić do wyborów opartych o nie uprzywilejowujące partie Okrągłego Stołu nowe prawo wyborcze”.  Powołany wówczas „sztab” uznał, że „system wyborczy w Polsce jest obarczony grzechem pierworodnym kontraktowych wyborów do Sejmu w 1989 r. Siły Okrągłego Stołu zagwarantowały sobie faktyczny monopol w polskiej polityce poprzez wadliwe prawo wyborcze, czerpanie funduszy publicznych na własne potrzeby oraz kontrolę mediów zwłaszcza publicznych. Stanowi to naruszenia wolności wyboru i fundamentalnych zasad demokracji.”
Wypowiedzi Marka Jurka z tego okresu wskazują na szczególny rodzaj „koncyliacyjności” prawicowego polityka:
Problem Jarosława Kaczyńskiego polega na tym, że nie potrafi wziąć odpowiedzialności za własne decyzje. Tak było nie tylko z pracami konstytucyjnymi przed czterema laty. Tak było z ubiegłoroczną kampanią prezydencką. I tak jest ciągle.” – uznał Jurek pod koniec września 2011 roku i doszedł do wniosku: „Te wybory przekonały mnie ostatecznie, że porozumienie z partią Jarosława Kaczyńskiego nie jest możliwe, bo – nie tylko dla lidera, ale nawet dla zwolenników tej partii – jedność to po prostu polityka jej lidera”.
Kilka dni później w wywiadzie dla Frondy, Jurek powtórzył: „Porażka w zbieraniu podpisów i słaby wynik wyborczy zmuszają nas do opracowania porządnego planu akcji na najbliższe trzy lata. Muszę otwarcie przyznać, że wybory każą nam definitywnie się pożegnać się z nadzieją – sformułowaną przeze mnie po powołaniu Prawicy Rzeczypospolitej – że po czasie bezwarunkowego poparcia opinii katolickiej dla PiS przyjedzie czas warunkowej współpracy. Niestety, doświadczenie pokazuje, że PiS-owi można się podporządkować (co z radością albo z oporami zrobiło wiele środowisk prawicowych i katolickich) albo można się z PiS-em konfrontować, jednak partnerska współpraca z partią Jarosława Kaczyńskiego nie jest możliwa. Po wielu próbach porozumienia (również po tej ostatniej) czas to spokojnie stwierdzić.”
Warto pamiętać o tych słowach, by docenić trwałość poglądów pana Jurka i jego konsekwentną postawę.
Nie wszyscy jednak zasługiwali na tak ostrą ocenę. Prócz wyborczego porozumienia ze środowiskiem służb wojskowych, pan Jurek dostrzegał również możliwość współpracy z politykami PJN- u, których Jarosław Kaczyński uznał wczoraj za „całkowicie skompromitowanych, nie tylko z punktu widzenia partii, ale także z punktu widzenia polskiej demokracji i kryteriów moralnych,”.
Warto tę opinię skonfrontować ze słowami Marka Jurka, który pod koniec października 2011 stwierdził: „Deklaracja PJN o potrzebie współpracy i porozumienia to znak, że Polska Jest Najważniejsza jest trwałą formacją, a nie tylko jednorazowym projektem wyborczym. [...] Dobrze, że koledzy z PJN już dziś myślą o pracach konsolidacyjnych. Będę zachęcał Prawicę Rzeczypospolitej i naszych kolegów, którzy w ramach Zespołu Polityczno-Programowego pracują nad nową strategią naszej partii, do podjęcia poważnych rozmów (a lepiej prac programowo-politycznych) – oczywiście jeżeli będziemy mieli nastawionych na to samo partnerów..”.
Nie ma potrzeby dręczyć czytelników innymi przykładami „konserwatyzmu” pana Jurka. W politycznym krajobrazie III RP jest to postać marginalna, jakkolwiek poziomem koniunkturalizmu i hipokryzji wzbudzająca we mnie najgorsze odczucia. Pojawiają się one zawsze, gdy obyczajową ortodoksją próbuje się kamuflować egotyzm i polityczną tandetę.
Bez wątpienia partia opozycyjna ma prawo podejmować współpracę z kim zechce, a jej prezes może nawet uznać „dorobek” kanapowej formacji za znaczący.  Nim tego rodzaju decyzje ocenią wyborcy warto byłoby jednak zapytać: jaką normą moralną oceniać działania Marka Jurka i jakim regułom przypisać  jego polityczną „skuteczność”?  Co nowego wnosi do polskiej prawicy polityk, który dla doraźnych korzyści skłonny jest zawierać sojusz z każdym środowiskiem?    

Sądzę, że mamy prawo oczekiwać, by politycy opozycji serio traktowali własne słowa. Ta gwarancja jest nam potrzebna, by miarą zasad moralnych odróżnić politykę od demagogicznej kazuistyki. To zaledwie minimum - jeśli słowa „Polacy zasługują na więcej” mają oznaczać szacunek dla wyborców i nieść zapowiedź nowych relacji.  Tego „więcej” powinniśmy oczekiwać od PiS-u  - szczególnie gdy rzecz dotyczy naszej przyszłości i działań jednoczących prawicę. 

poniedziałek, 26 marca 2012

NOWE ROZDANIE - STARA INSCENIZACJA

W maju 2010 roku, Bronisław Komorowski odnosząc się wizerunku publicznego swojego przyjaciela i „alter ego” Janusza Palikota powiedział: „Ludzie o ostrym języku, o ostrym stylu uprawiania polityki, najlepiej wyrażają różne wątpliwości, różne zagrożenia i poglądy. To już jest kwestia taktyki politycznej”.
W tej ocenie zawiera się niezwykle dogodny mechanizm działań prowadzonych w ramach strategii nożyczek –ulubionej formy sprawowania władzy przez grupę rządzącą. Pozwala ona na symulowanie rzekomych rozbieżności politycznych, generowanie konfliktów i pozorowanie walki dobra ze złem. Dzięki niej społeczeństwo otrzymuje teatr pluralizmu i substytut demokracji, zaś końcowy efekt jest zawsze korzystny dla interesów decydentów.
Mając w ręku wszystkie najważniejsze narzędzia władzy, grupa rządząca nie może forsować obrazu monolitu i jednomyślności. O wiele korzystniejsze jest stworzenie mitu o kilku niezależnych, a czasem skonfliktowanych środowiskach oraz generowanie rzekomych sporów. Pozwala to również na zbudowanie fałszywej opozycji i zastąpienie nią autentycznych przeciwników politycznych.
Utworzenie partii Palikota było zatem klasycznym posunięciem w ramach tej strategii i pozwoliło scedować na tego polityka wszystkie działania i poglądy, których oficjalnie nie mógł wyrażać Bronisław Komorowski. Jego przyjaciel zebrał ponadto „skrajne skrzydła” tzw. formacji lewicowych oraz różnego rodzaju przedstawicieli środowisk patologicznych. 
Społeczeństwo dostało erzac polaryzacji sceny politycznej i wizję „nowej” (nieobciążonej bagażem Platformy) partii. To zaś, czego nie mógł głośno powiedzieć lokator Belwederu lub premier rządu - otwarcie głosił ich kamrat. Skuteczność tej metody poznaliśmy podczas najazdów hord barbarzyńców na Krakowskim Przedmieściu i eskalacji ataków na ludzi broniących krzyża. Dowodem efektywności był przede wszystkim wynik wyborów parlamentarnych i wprowadzenie egzotycznej formacji Palikota do parlamentu.
Otwierało to przed grupą rządzącą ogromne pole prowadzenia gier i kombinacji politycznych, bez narażania się na utratę władzy lub zdarzenia nieprzewidywalne.
W najbliższej przyszłości czeka nas zapewne inscenizacja związana ze zmianą koalicjanta i propagandowym zabiegiem poprawy wizerunku grupy rządzącej. Choć jej scenariusz jest niezwykle prosty, a nawet prymitywny to dzięki niskiej świadomości politycznej Polaków oraz wsparciu ze strony ośrodków propagandy wydaje się całkowicie realny.
By osiągnąć cele tej kombinacji, przez ostatnie miesiące usilnie uwiarygodniano Palikota, przedstawiając go jako rzekomą opozycję parlamentarną. W powiązaniu z równie fałszywym mitem o frondzie „schetynistów” i konfliktach na linii prezydent-premier – stwarzało to dogodne warunki do zainicjowania obecnej rozgrywki. Również dlatego, że w fałszywą narrację włączono PiS i środowiska autentycznej opozycji. Głoszone przezeń wizje przedterminowych wyborów i upadku rządu Tuska, doskonale wpisywały się w plany inscenizacji.
Do działań tych wykorzystano także Komorowskiego, który w niedawnym wywiadzie dla RMF FM zapewniał Polaków, że jego przyjaciel Palikot „to jest opozycja, to jest licząca się część opozycji. To jest nowe zjawisko na polskiej scenie politycznej” i przedstawiał go jako polityka „zdradzającego postawy propaństwowe” i „skłonnego podejmować ryzyko z tytułu przeprowadzenia reform koniecznych dla Polski”.
Na bazie rzekomego sporu o reformę emerytalną zbudowano zatem przekaz o „kryzysie koalicji” i wewnętrznych tarciach w PO. Ośrodki propagandy nagłaśniają zaś groźbę „zerwania koalicji” i wieszczą rychłe wybory parlamentarne. Stworzą one warunki do dokonania kolejnej roszady w granicach grupy rządzącej, pozwolą zatuszować błędy i wpadki Tuska i wywołają symulowany  efekt pluralizmu i demokracji.
Niewykluczone zatem, że do takich wyborów dojdzie - nawet jeśli bezpieczniejszą formą przeprowadzenia zmian byłyby ustalenia dokonane wewnątrz parlamentu. Doświadczenia ubiegłoroczne dowodzą jednak, że wybory nie stanowią żadnego zagrożenia dla grupy rządzącej, a ich wynik jest doskonale moderowany przez tzw. sondaże i zabiegi ośrodków propagandy.
Zastąpienie mocno „sfatygowanego” koalicjanta, nowym nabytkiem wydaje się nietrudne i pożyteczne, nie tylko ze względów wizerunkowych. Powrót Palikota do „macierzy” wiąże się z włączeniem do establishmentu III RP ludzi „lewicy” oraz szeregu środowisk o specyficznych poglądach i proweniencji. W antypaństwowych i antypolskich planach mogą one odegrać istotną rolę i być wykorzystane również do dalszej marginalizacji Kościoła. Takie rozwiązanie ogranicza - co prawda - możliwości prowadzenia gier „na opozycję”, ale daje szansę na powolne wygaszanie „projektu PO” i budowanie w jego miejsce kolejnej mutacji reprezentującej interesy grup zarządzających III RP. Dla samego Palikota stwarza zaś doskonałe miejsce startowe na stanowisko prezydenta.
Nie można też wykluczyć, że w ramach obecnej rozgrywki istnieje zamysł utworzenia tzw. rządu fachowców, do którego swój akces zgłosiłaby pewna grupa posłów opozycji. Taki rząd, działając pod szyldem walki z zagrożeniami ekonomicznymi mógłby powstać przy wsparciu PiS-u i funkcjonować jako nowa hybryda układu. Na początku marca wspominał o tym rzecznik PiS Adam Hofman: „Gdyby koalicja się nie dogadała, bylibyśmy gotowi na konstruktywne wotum nieufności, rząd fachowców, być może rozmowy z Pawlakiem. Koalicja z rządem fachowców, byleby powstrzymać sięganie do kieszeni Polaków jest lepsza niż to co jest”. Zadziwiająca „koncyliacyjność” niektórych polityków opozycji oraz umizgi i zapewnienia Gowina o „wzmacnianiu prawicowego skrzydła PO” mogą świadczyć, że takie scenariusze są również  brane pod uwagę.
Skuteczne przeprowadzenie inscenizacji z wymianą koalicjanta bądź stworzeniem „rządu fachowców” pozostanie oczywiście bez wpływu na stan państwa i poprawę realnej sytuacji Polaków. Nie rozwiąże to żadnych problemów i nie uleczy patologii III RP. Tego rodzaju zabiegi reanimacyjne mogą natomiast odsunąć groźbę upadku grupy rządzącej i na długi czas zapewnią ochronę jej interesów.

Tekst zamieszczony w Warszawskiej Gazecie.

piątek, 23 marca 2012

CZAS SŁUŻBY PROPAGANDOWEJ

Historia sporu sądowego grupy International Trading and Investments Holding S.A. Luxenburg (ITI) z Antonim Macierewiczem sięga 2007 roku, gdy do warszawskiego sądu rejonowego wpłynął akt oskarżenia przeciwko ówczesnemu szefowi Służby Kontrwywiadu Wojskowego. W wydanym wówczas komunikacie ITI napisano: "Media to sektor zaufania publicznego, gdzie niezależność, wiarygodność i wolność wypowiedzi są podstawą naszej działalności, a rozpowszechniane bez skrupułów oskarżenia pomówienia właśnie w te zasady godzą”. W tym samym czasie z prywatnymi pozwami wystąpili także założyciele grupy - Jan Wejchert i Mariusz Walter.
Reakcję koncernu medialnego wywołał wywiad Antoniego Macierewicza udzielony „Rzeczpospolitej” w lutym 2007, w którym padły m.in. słowa: "Raport ujawnia nowe fakty i zeznania, które opisują mechanizm powstawania koncernu medialnego ITI, pokazują, jak był w to zaangażowany Zarząd II Sztabu Generalnego, czyli wywiad komunistyczny". Szef SKW powoływał się przy tym na fragment zeznań Grzegorza Żemka złożonych pod przysięgą przed Sądem Okręgowym w Warszawie, sygn. akt VIIIK37/98 podczas procesu FOZZ, w których można przeczytać: „Ja dostałem od służb specjalnych wojskowych zadanie po konsultacjach z Pospieszyńskim aby znaleźć za granicą firmę, która mogłaby pełnić rolę „konia trojańskiego", to znaczy która mogłaby służyć do wprowadzenia agentów na obszar na Zachodzie, w dziedzinie mediów. Był to rok 1987. Jedyną firmą zagraniczną w dziedzinie mediów, którą znałem była firma należąca do Jana Wejherta, ulokowana w Irlandii [...]Firma ta nazywała się Cantal, a później zmieniono jej nazwę na I.T.I. Ta firma finansowała się z kredytów banku handlowego International w Luksemburgu. Zapytałem służb wojskowych czy mogę podjąć kontakt z Wejhertem. Otrzymałem wówczas informację, że on już współpracuje ze służbami wojskowymi, więc będzie to proste.”
Protokół zeznań Żemka został zamieszczony w Raporcie z Weryfikacji WSI, jako aneks nr.9. W Raporcie możemy przeczytać, że wywiad wojskowy PRL " podejmował też wysiłki powołania firmy telewizyjnej. Pierwotnie zamierzonym celem tych działań miało być ułatwienie plasowania agentury na zachodzie. Tak tłumaczył swoje działanie Grzegorz Żemek, który na zlecenie wywiadu miał podjąć w tej sprawie rozmowy z firmą ITI i reprezentującymi ją Janem Wejchertem i Mariuszem Walterem.”
Liczne procesy sądowe wytoczone przez grupę ITI i jej założycieli, kończyły się wygraną Antoniego Macierewicza. W uzasadnieniu wyroku z czerwca 2010 roku Sąd Rejonowy dla Warszawy - Woli IV Wydział Karny w procesie z oskarżenia prywatnego stwierdził, iż Macierewicz udzielając wywiadu prasowego pozostawał w dalszym ciągu osobą sprawującą funkcje publiczną - Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej : „Bez względu na sposób i miejsce prezentacji opinii publicznej dokumentu urzędowego, jakim pozostawał Raport, w dalszym ciągu pozostaje on dokumentem wydanym na podstawie obowiązującego prawa zaś osoba przedstawiająca ten dokument nie może być sprawcą przestępstwa z art. 212 kk w ramach prezentowanej treści o ile nie wykracza w swej wypowiedzi poza ramy prezentowanego aktu.” – podkreśli sąd. Z kolei Sąd Okręgowy w Warszawie, XXV Wydział Cywilny w sprawie z powództwa Mariusza Waltera w roku 2008 uznał: „Sąd stoi na stanowisku, że Raport jest dokumentem szczególnej rangi. Sporządzony przez ustawowo do tego powołany organ jakim jest Przewodniczący Komisji Weryfikacyjnej i przez niego podpisany.[...] Nie można więc mówić o bezprawnym naruszeniu dóbr osobistych skoro pozwany wykonywał prawo. Sporządzenie i publikacja Raportu była działaniem na podstawie ustawy a więc wyłączającym bezprawność”.
Całkowicie odmienną stanowisko zaprezentował natomiast rząd Donalda Tuska, zwierając już w maju 2008 roku sądową ugodę z Janem Wejchertem i Mariuszem Walterem w sprawie o ochronę dóbr osobistych. W przeprosinach opublikowanych w prasie oraz w Dzienniku Urzędowym MON napisano, iż „Minister Obrony Narodowej [...] przeprasza Pana Jana Wejcherta, Mariusza Waltera i Grupę ITI za naruszenie ich dóbr osobistych poprzez zamieszczenie w Raporcie Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej [...] nieuprawnionych, krzywdzących i podważających wiarygodność biznesową informacji o tym, iż Pan Jan Wejchert, Mariusz Walter i Grupa ITI, współpracowali z wojskowymi służbami specjalnymi PRL i brali udział w plasowaniu agentury wywiadu wojskowego PRL w krajach zachodniej Europy oraz w finansowaniu takiej agentury. Minister Obrony Narodowej wyraża głębokie ubolewanie z powodu zaistniałej sytuacji". Do dziś nie wiadomo, na podstawie jakich faktów, resort obrony III RP uznał, iż informacje zamieszczone w Raporcie są „nieuprawnione, krzywdzące i podważające wiarygodność”.
Gdy Antoni Macierewicz nazwał przeprosiny MON “zmową i działaniem na szkodę Skarbu Państwa” i powiedział o „wielkich firmach, które wykorzystują państwowe pieniądze”, TVN skierował do sądu kolejny pozew, ponownie domagając się przeprosin i wpłaty 100 tysięcy złotych. W styczniu 2010 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie odrzucił również to roszczenie, a w ustnym uzasadnieniu stwierdził, że nie dopatrzył się naruszenia dóbr osobistych powoda, zaś „wytaczanie procesów za słowa wyrwane z kontekstu całej wypowiedzi. Sąd uważa za działania podważające wiarygodność firmy, która to czyni.” Podobnie Sąd Najwyższy rozpatrując skargę kasacyjną TVN uznał, że poseł swoimi wypowiedziami nie naruszył dóbr osobistych powoda.
Kuriozalne orzeczenie zapadło natomiast we wrześniu 2011 roku, gdy Sąd Apelacyjny w Warszawie rozpatrując (po raz kolejny) pozew ITI za słowa Macierewicza z 2007 r. o związkach tej spółki z wojskowymi służbami i finansowaniu jej ze środków FOZZ orzekł, iż: „pozwany nie wykazał prawdziwości swych słów, a z odpowiedzialności nie zwalnia go fakt, że powoływał się na raport o WSI, bo daleko wykroczył poza niego”. Sędzia Małgorzata Kuracka uznała, że wprawdzie raport o WSI to dokument urzędowy, ale słowa o ITI "nie mają przymiotu zaświadczającego". Jej zdaniem "Raport zawiera pomieszanie części zaświadczającej z uzasadniającą. Skoro tak, to sformułowanie to nie korzysta z domniemania prawdziwości, a pozwany powinien był wykazać jego prawdziwość".
Już przed czterema laty „Gazeta Polska” w artykule „Jak SB pomagała przyszłemu właścicielowi TVN” informowała, że Jan Wejchert dzięki interwencji SB i urzędników rządu PRL mógł wyjeżdżać zagranicę już od lat 70., zaś kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego, „ze względów operacyjnych" otrzymał paszport wielokrotny, ważny na wszystkie kraje świata. Wejchert pytany w roku 2008 przez pełnomocnika Antoniego Macierewicza, czy był współpracownikiem służb specjalnych PRL, oświadczył, że nie widzi powodów, żeby na to pytanie odpowiadać.
O roli drugiego z założycieli ITI, Mariusza Waltera można natomiast wnioskować na podstawie szczególnej rekomendacji Jerzego Urbana. Rzecznik komunistycznego rządu był autorem listu skierowanego do Czesława Kiszczaka w dniu 22.02.1983 roku, w którym padła propozycja utworzenia oddzielnego pionu „służby propagandowej” kierowanej przez MSW. Na „głównego konsultanta" takiej służby, Urban wskazywał Mariusza Waltera – określając go jako „wielki talent i wulkan energii. Oczywiście członek PZPR, ale raczej profesjonalista niż polityk”. W liście do Kiszczaka, Urban pisał:
„Dopóki w kraju toczyć się będzie walka polityczna, MSW będzie planować i realizować przedsięwzięcia o największym znaczeniu z punktu widzenia jej przebiegu. Niezbędny jest, więc poważny, instytucjonalny instrument umożliwiający lepsze wykorzystanie propagandowe tych operacji, bezpośrednie oddziaływanie na społeczeństwo w pożądanym kierunku. (...)
Służba propagandowa MSW powinna mieć możliwość dawania do TV, radia i prasy gotowych programów do druku, albo też dostarczania TV, radiu i prasie półproduktów, którym ostateczny kształt nadadzą redakcje TV, radia i prasy.(..) Służba propagandowa MSW winna działać w oparciu o zasadę, że wszystko można i trzeba rejestrować i dokumentować, a dopiero kwestia czy, kiedy i jak wykorzystać to do publikacji musi być przedmiotem politycznej decyzji odpowiedniego szczebla.(...) Trudno jednak znaleźć dobrych dziennikarzy, którzy zdecydują się przejść do MSW. Nie mniej mam pewne propozycje, które jak uważam, warto przynajmniej rozważyć”.
Na stanowisko „głównego konsultanta, jakiegoś szefa propagowania, szefa realizacji programów radiowo-tv - jednym słowem na kierownika pionu propagandy, lecz główną siłę koncepcyjno – fachową” Urban proponował Mariusza Waltera, twierdząc, iż „w tej chwili Walter jest do wzięcia i wkrótce będzie za późno, bo ma otrzymać wysokie stanowisko w TV, jak mu się tam oczyści przedpole. (....) Gdyby udało się pociągnąć Waltera, on zaproponuje dużo młodych, zdolnych ludzi.”
Do zadań nowej „służby propagandowej” miało m.in. należeć „programowanie i realizacja ‘czarnej propagandy” oraz „inspirowanie przecieków i inne operacje oddziałujące na zachodnią propagandę”.
Propozycja Urbana została wówczas odrzucona, choć Kiszczak uznał ją za interesującą i zasługującą na poważne potraktowanie. Resort jednak obawiał się dopuścić cywili do swoich tajemnic i miał inne plany dotyczące wzmocnienia roli Biura Studiów MSW, specjalnej jednostki SB utworzonej do walki z „Solidarnością”.
Rok później, Mariusz Walter razem z Janem Wejchertem założyli spółkę holding ITI. Początkowo spółka zajmowała się produkcją chipsów i ulepszaczy do chleba oraz prowadzeniem sieci sprzedaży sprzętu RTV. Wkrótce firma otrzymała koncesję od władz PRL na sprowadzanie sprzętu elektronicznego z zagranicy i rozprowadzanie kaset wideo. W 1997 r. powstała telewizja TVN.
Wydział prezydialny gabinetu ministra Kiszczaka w odpowiedzi udzielonej Urbanowi, napisał m.in.:„Bazując na osiągniętych doświadczeniach, rozwijając bardziej inicjatywy można osiągnąć cele zakładane w koncepcji tow. Urbana bez sięgania do form konwencjonalnych, bez powoływania instytucji specjalnej z całym warsztatowym zapleczem nadzwyczaj kosztownym w fazie organizacji i eksploatacji”.


Artykuł opublikowany w nr 12/2012 Gazety Polskiej.

wtorek, 20 marca 2012

CZY TRZEBA BYŁO MOCNIEJSZYCH SŁÓW?

W tym samym czasie, gdy władze Federacji Rosyjskiej niszczyły dowody zbrodni smoleńskiej i obarczały winą pilotów i polskiego prezydenta, gdy reżim Putina w odpowiedzi na skargę rodzin katyńskich skierowaną do Trybunału w Strasburgu stwierdził, że „nie ma dowodu na to, iż Polaków zamordowano. [...]nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono” - prymas Polski w homilii  wygłoszonej w archikatedrze warszawskiej podczas żałobnej Mszy św. 17 kwietnia 2010 roku głosił:
Dramat, który rozegrał się na rosyjskiej ziemi – jak nigdy dotąd – połączył Polaków i Rosjan. Zbrodnia na polskich oficerach, dokonana w 1940 roku przez stalinowskich oprawców, przemilczana i systemowo zakłamywana, dzieliła Polaków i Rosjan przez dziesiątki lat. [...] Przyjmujemy z wdzięcznością wszystkie oznaki szczerego współczucia i międzyludzkiej solidarności. Odczytujemy je jako znak nadziei po latach rozdzielenia, i szansę na zbliżenie i pojednanie naszych narodów, dla dobra Polski, Rosji, Europy i świata. [...] Obecnie, w tych tragicznych dniach doświadczamy, że przelana przed 70 laty krew potrafi łączyć zarówno polityków, jak i zwykłych szarych ludzi..”
Pięć dni wcześniej, agent komunistycznych służb, ambasador tytularny w Moskwie, Tomasz Turowski udzielając wywiadu rosyjskiemu radiu FINAM FM. oznajmił: „I Rosja, i Polska należą [...] do tej samej ogromnej judeo-chrześcijańskiej tradycji, a wielkie rzeczy w tej tradycji zawsze rodziły się we krwi. I jestem pewien, że z tej krwi wyrośnie to, na co my wszyscy czekamy - nowe, dobre stosunki pomiędzy Polską i Rosją”.
Głębia tej ekumenicznej myśli staje się przerażająco jasna, gdy dostrzeżemy, że dwanaście dni po tragedii podobne słowa powtórzył sekretarz Konferencji Episkopatu Polski. bp Stanisław Budzik: „Mam nadzieję, że wspólne przeżywanie katastrofy, jaka wydarzyła się pod Smoleńskiem będzie nowym otwarciem, kamieniem milowym na drodze porozumienia i pojednania polsko-rosyjskiego”.  Bp. Budzik przypomniał również, że hierarchowie polskiego Kościoła „zinterpretowali tragiczne wydarzenia pod Smoleńskiem jako okazję do pogłębienia dialogu polsko-rosyjskiego” oraz powołał się na słowa abp Michalika, który w homilii wygłoszonej na Placu Piłsudskiego uznał, że „życzliwość i wrażliwość rosyjskiego ludu znaliśmy od zawsze, ale w Smoleńsku we wzruszający sposób współbrzmiała z nią serdeczność i pomoc najwyższych przywódców Rosji, oni tam pierwsi pospieszyli z pomocą. Dziękujemy także za wielką życzliwość i pomoc, o której słyszymy, rodzinom zmarłych okazywaną w Moskwie.”
Trzeba przypomnieć, że był to czas, gdy Rosjanie – wbrew wcześniejszym ustaleniom - otwarcie zawłaszczali miejsce kaźni polskich oficerów w Katyniu, budując na terenie Zespołu Memorialnego Cerkiew Zmartwychwstania Chrystusa. Bez przeprowadzenia ekshumacji, na ziemi, w której spoczywają szczątki ofiar sowieckiego ludobójstwa postawiono prócz cerkwi dzwonnicę, klasy do zajęć z młodzieżą, plebanię oraz budynek administracyjny. Inicjatorem budowy był zwierzchnik Cerkwi, patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, a kompleks sfinansował koncern Rosnieft, zarządzany wtedy przez oficera KGB Igora Sieczina. Fundament cerkwi został poświęcony 7 kwietnia 2010 w obecności  polskiego premiera i bp. Tadeusza Pikusa. 
W tym czasie trwały już, prowadzone od wielu miesięcy, rozmowy Episkopatu z rosyjską Cerkwią „na temat pojednania polsko-rosyjskiego”, zaś podczas wizyty metropolity Hilariona w czerwcu 2010 dyskutowano o projekcie wspólnego dokumentu w tej sprawie.
Gdy w grudniu 2010 roku Warszawę odwiedził Dimitrij Miedwiediew, biskup Pikus, członek Zespołu Konferencji Episkopatu Polski do rozmów z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym uznał, że „ta wizyta może wpłynąć na zbliżenie narodów, na rozwój wymiany gospodarczej i kulturalnej oraz ożywienie wszelkiego rodzaju relacji między obu społecznościami”.
Idea „pojednania” znalazła zresztą wymiar bardzo konkretny, bo kilka miesięcy później rządowa instytucja służąca zadekretowaniu „przyjaźni” polsko-rosyjskiej - Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia – otrzymała wygodną siedzibę w warszawskim biurowcu Centrum Jasna. Właścicielem tego luksusowego budynku jest Centrum Jasna sp. z o.o. - założona przez Archidiecezję Warszawską. We władzach spółki zasiadają ksiądz prałat Marian Raciński, ekonom Archidiecezji Warszawskiej oraz salezjanin ks. Kazimierz Olędzki.
W pamiętnym sierpniu 2010 roku, gdy na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie ludzie broniący krzyża byli bici i atakowani przez sforę degeneratów, a znak chrześcijaństwa  stał się przedmiotem drwin barbarzyńskiej zgrai, usłyszeliśmy wypowiedź rzecznika Episkopatu Polski ks. Józefa Klocha:
„To nie jest spór religijny, tylko polityczny. To nie księża powinni prowadzić dialog z obrońcami krzyża. Mamy krzyż jako zakładnika, który jest niemym świadkiem tego, co się przed nim dzieje. Jeśli spojrzymy na znajdujące się tam kartki, to nie ma tam wątków religijnych, jest Katyń, jest tło polityczne. Nie traktujmy Kościoła, jako strażaka tylko dlatego, że ktoś się bawił zapałkami i powstał pożar. To spór polityczny”.
Zaledwie miesiąc wcześniej, biskupi wystosowali niespotykane w historii polskiego Kościoła homagium, gratulując wyboru na urząd Prezydenta RP człowiekowi, który nienawiścią i fałszem utorował sobie drogę do najwyższej godności w państwie.
Niech dobry Bóg daje Panu Prezydentowi potrzebne siły i konieczne łaski dla owocnego wypełnienia tego zaszczytnego zadania. Polecamy Bogu osobę Pana Prezydenta, Jego Rodzinę i wszystkich współpracowników, życząc obfitości Bożych darów na lata szczególnej odpowiedzialności za Ojczyznę i wszystkich jej obywateli.” – napisano w liście Konferencji Episkopatu Polski z 5 lipca 2010 roku.
Całkowicie inny przekaz Episkopat skierował wówczas do wiernych na Krakowskim Przedmieściu. W oświadczeniu Prezydium Konferencji Episkopatu Polski i Arcybiskupa Metropolity Warszawskiego z 12.08.2010 można przeczytać:
 „W wyniku nieprzemyślanych wypowiedzi i politycznie motywowanych działań, miejsce zadumy i jedności Polaków stało się terenem gorszących manifestacji, wywołujących niepokój w całym kraju i zdumienie międzynarodowej opinii publicznej. [...]  Apelujemy do polityków, aby krzyż przestał być traktowany jako narzędzie w sporze politycznym. Krzyż nie może być „zakładnikiem” w słusznej sprawie upamiętnienia miejsca modlitwy Polaków oraz wszystkich ofiar smoleńskiej katastrofy. [...] Modlącym się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu zwracamy uwagę, że w zaistniałej sytuacji stają się, mimo swej najlepszej woli, politycznym punktem przetargowym stron konfliktu.”
Podobną ocenę przedstawił Donald Tusk w wypowiedzi z 18 sierpnia, uznając, że „ten osobliwy Hyde Park nie jest dla miasta szczególnie groźny. [...]nie widzę powodu, żeby stwierdzić, że dzieją się tam rzeczy straszliwe. Owszem, dla niektórych osobliwe, ale emocje dotyczą głownie polityków, którzy chcą za pomocą krzyża prowadzić politykę. „
Kiedy w październiku 2010 roku, Jarosław Kaczyński przypomniał, że po objęciu najwyższego urzędu w państwie, Komorowski rozpętał antykościelną kampanię, której elementem była m.in. sprawa krzyża przed Pałacem Prezydenckim, jedyną reakcją hierarchów na te słowa była wypowiedź metropolity lubelskiego, który uznał opinię  prezesa PiS za „niesprawiedliwą” i „niedopuszczalną" i pouczył, że „Ewangelia nie pozwala by oceniać wiarę swojego brata. Kościół takich klasyfikacji nie prowadzi, bo pozorni wrogowie okazywali się apostołami, a nieraz największą szkodę wyrządzili ci, którzy podawali się za obrońców”.
Kościół nie potrzebuje takich obrońców” - oznajmił też metropolita, dodając, że „żadnego obywatela nie wolno oceniać w sposób, jaki to uczynił Kaczyński”.
Dowiedzieliśmy się wówczas, że współpraca rządu i Kościoła układa się znakomicie, zaś obecnej sytuacji Kościoła w Polsce nie wolno porównywać do metod władzy z czasów księdza Jerzego Popiełuszki: „ Nie wolno stawiać bolesnych zjawisk dzisiejszego dnia na tym samym poziomie. Bo w obecnych realiach nie ma walki między Kościołem a rządem. Są różnice stanowisk, jak przy pewnych trudnych kwestiach etycznych związanych np. z in vitro, ale jest współpraca, zatroskanie, jest szczerość, jest wzajemna autonomia, co jawi się jako warunek konieczny istnienia każdego społeczeństwa opartego na zasadach demokracji”.
W okresie poprzedzającym pierwszą rocznicę tragedii smoleńskiej, Polacy otrzymali ze strony prymasa Józefa Kowalczyka przypomnienie, że „Rocznica katastrofy smoleńskiej powinna być przeżywana poprzez uczciwą, szczerą modlitwę. Nie zgadzam się na żadne upolitycznienie tego wydarzenia”. „W Polsce – pouczył abp. Kowalczyk - szacunek dla zmarłych był ogromny. Na śmierci brata, siostry czy ojca nie możemy zbijać pseudokapitału politycznego, bo to jest pogarda dla zmarłych, dla wartości ich życia i dla ich pracy, którą wnieśli dla naszego wspólnego dobra".
W dokumencie Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski wydanym przed pierwszą rocznicą tragedii  mogliśmy natomiast przeczytać:
 „[...] cmentarz nie może stać się naszą świątynią, ani naszym domem. Nie pomożemy zmarłym zatrzymując się w nieskończoność przy grobie. Nie odnajdziemy tam naszych bliskich, ponieważ oni przeszli już do wieczności i odtąd miejscem spotkania z nimi jest wiara i ufna modlitwa, a także podjęcie ideałów ich życia. [...] Zamiast więc rozpaczać nad tym, że nie da się cofnąć czasu, ani unieważnić dokonanego zła i jego skutków, trzeba raczej z całą żarliwością zwrócić się ku Bożemu miłosierdziu. Wtedy to cześć dla naszych zmarłych nie będzie tylko i wyłącznie powierzchownym kultem w postaci pomników, tablic, lampek i kwiatów oraz łez żalu.”
           
Zastanawiam się dziś – jak bardzo pomylił się arcybiskup lubelski mówiąc, iż „Kościół nie potrzebuje takich obrońców” i jak dalece mylili się polscy hierarchowie pokładając zaufanie w intencjach obecnej władzy, a nawet współdziałając z nią w dziele ukrycia prawdy o tragedii smoleńskiej i sfałszowania naszych relacji z reżimem ludobójcy.  Nie ma i nie będzie innych obrońców Kościoła prócz „fanatycznej sekty broniącej krzyża” i ludzi „zadymionych PiS-em”.
Można byłoby zapytać: co wydarzyło się obecnie, że tak widoczna linia porozumienia rządu i hierarchów została mocno zachwiana, że biskupi mówią otwarcie o „wojnie z Kościołem” i nie krytykują polityka, który utożsamia atak na Kościół z atakiem na Polskę?
Jakie wartości i normy chrześcijańskie zostały podeptane, że prymas Polski przypomina publicznie: „Jak Kościół był potrzebny, to się pchali, wchodzili do zakrystii, prosili o pomoc” i nie przestrzega nas byśmy nie stali się „punktem przetargowym stron konfliktu”?
Skoro do niedawna istniała w relacjach z władzą „wzajemna autonomia” i opierały się one „na zasadach demokracji” – czym wyjaśnić słowa abp. Głódzia o „zmasowanym ataku na Kościół, który tchnie PRL, jakimś szukaniem wroga ludu”?
Przez ostatnie dwa lata czekałem na mocny głos hierarchów w sprawie tragedii smoleńskiej. Tak mocny, by obudził sumienia Polaków i strzaskał skorupę zaprzaństwa i strachu. Potrzebowaliśmy takiego głosu, nie dla populistycznych „racji politycznych”, ale z powodu naszej samotności. Z szacunku dla życia i prawdy. By przetrwać. Po to także, by tajemnica zagłady polskiej elity nie dołączyła do upiornego depozytu zbrodni, w którym III RP skrywa już prawdę o śmierć księdza Jerzego i zabójstwach niepokornych kapłanów.
Zamiast mocnego głosu, przez dwa lata słyszeliśmy nieczysty falset o „kamieniu milowym na drodze pojednania polsko-rosyjskiego”, o „sporze politycznym wokół krzyża” i szkodach „wyrządzanych przez tych którzy podawali się za obrońców Kościoła”. Poznaliśmy „nowy Dekalog”  i etykę chrześcijańską - sprowadzone do roli użytecznego narzędzia.
Ta niepojęta słabość hierarchów, zaniechania w  piętnowaniu łgarstw i pazerności władzy, przyzwolenie na tryumf pogardy i nienawiści – musiały doprowadzić do uderzenia w Kościół.
Nie można pobłażać bestii i być zdziwionym, że zaatakowała.
Przypomniałem kiedyś fragment kazania księdza Józefa Wójcika podczas uroczystości pogrzebowych śp. Przemysława Gosiewskiego, gdy ten, prześladowany przez komunę kapłan zacytował słowa Jana Pawła II, wypowiedziane w Kielcach 3 czerwca 1991. Mocne, bodaj najmocniejsze słowa, jakie usłyszeliśmy z ust naszego Papieża:
 „Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!
Po przypomnieniu słów Jana Pawła II, ksiądz Wójcik powiedział:
 „Te słowa musiały tu paść, bo niestety nie przejęliśmy się wtedy tymi słowami Ojca Świętego, nie bolało nas to, że niektóre rzeczy w Polsce, że Polska idzie w złym kierunku. Nie bolało nas to, że pana Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej Polskiej, pana profesora Lecha Kaczyńskiego tak znieważano i obrażano, tak ukrywano tę prawdę o jego wielkości, jego wartości, jak ukrywano prawdę o Katyniu. Nie bolało nas to, że Polsce podcina się korzenie tożsamości, nie bolało nas to, że podcina się Polsce korzenie na których stała od tysiąca lat. Wierna krzyżowi.
 I widocznie słabe były te słowa naszego ukochanego Ojca Świętego. Trzeba było jeszcze mocniejszych słów. I one przyszły. One przyszły spod Smoleńska, kiedy naród zawołał „O Boże, co się stało”. A stało się i wtedy żeśmy zaboleli, wtedy ból doszedł aż do kości szpiku i zrozumieliśmy, że te ofiary przemawiają, te ofiary potrząsają nasze sumienia, te ofiary pokazują nam prawdę o nas, prawdę o Polsce!”.

piątek, 16 marca 2012

ROSYJSKIE NARRACJE WIKILEAKS

Nie ma wątpliwości, że Rosjanie z uwagą śledzą postępy prac parlamentarnego zespołu PiS ds. zbadania przyczyn tragedii smoleńskiej. To ich media nadają główny ton narracji polskojęzycznych przekaźników oraz udzielają podpowiedzi rzecznikom kłamstwa smoleńskiego. Już opublikowana przez zespół Biała Księga, w której zawarto 19 wniosków dotyczących kwestii związanych z przygotowaniami do obchodów uroczystości katyńskich oraz organizacją i przebiegiem lotu do Smoleńska – wywołała gwałtowne reakcje rosyjskich ośrodków propagandy.
Gdy Władimir Mamontow redaktor organu Gazpromu”, „Izwiestii” określił publikację Białej Księgi jako "taniec na grobach" i uznał, że jest to „najczystszej wody brudna polityka” – dopiero wówczas komentatorzy polskojęzycznych mediów oraz ludzie z grupy rządzącej wyrazili swoje opinie. Ponieważ rosyjskie „czynniki oficjalne” odmówiły komentowania dowodów zawartych w Księdze, identycznie postąpili „polscy przyjaciele” uchylając się od rzeczowych komentarzy, a poprzestając na knajackich złośliwościach i twierdzeniach o „fobiach i frustracjach Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza”.
Już wówczas rozpoczęto kampanię „propagandowej prewencji”, której celem miało stać się zdyskredytowanie tez końcowego raportu zespołu smoleńskiego oraz atakowanie Antoniego Macierewicza i osób współpracujących z zespołem smoleńskim. Jako wzorcowym argument tej kampanii można wskazać opinię anonimowego autora ze stowarzyszenia SOWA, zrzeszającego byłych oficerów WSI, który tuż po publikacji Białej Księgi napisał:
„Mamy kolejny ”Raport Macierewicza”, tym razem na temat katastrofy smoleńskiej. Wierny harcownik Kaczyńskiego ponownie wkroczył do akcji i przy pomocy sprawdzonych, skutecznych metod sączy do głów Polaków to, co stanowi istotę bytu politycznego PIS-u, jad nienawiści zakamuflowany miłością do ojczyzny. [...] Szokuje wszystkich prawdą objawioną, prezentując mieszankę faktów i mitów i wyciągając z tej papki niewiarygodne wnioski, zawsze jednak służące konkretnemu celowi. Tym razem ma udowodnić, że katastrofa była zamachem i do tego z dużym prawdopodobieństwem udziału ekipy rządzącej.”
Nietrudno dostrzec, że motywy zawarte w tej opinii zostały następnie utrwalone w wielu wypowiedziach i publikacjach, a po poddaniu pewnym modyfikacjom znalazły miejsce w narracji niektórych osób zaangażowanych w tzw. śledztwa blogerskie bądź forsowanie tezy o „maskirowce”. 
Działania w ramach „propagandowej prewencji” wymagają jednak znacznie szerszego zasięgu i dotarcia z rosyjskim przekazem do światowej opinii publicznej. Tam bowiem, w najbliższym czasie  może rozgrywać się walka z kłamstwem smoleńskim.

Perspektywa zorganizowania przez zespół parlamentarny konferencji w Brukseli oraz zapowiedź udziału ekspertów zespołu w międzynarodowej konferencji "Earth and Space 2012" w Pasadenie, gdzie jeden dzień ma zostać poświęcony sprawie katastrofy smoleńskiej, nie mogły ujść uwadze służb płk Putina. Z programu konferencji wiadomo, że w dniu 17 kwietnia przewidziano specjalną sesję plenarną, podczas której głównym mówcą będzie prof. Wiesław Binienda – wykładowca Uniwersytetu w Akron, ekspert zespołu parlamentarnego. Antoni Macierewicz w wywiadzie z grudnia 2011 roku wyraźnie sygnalizował, że ludzie współpracujący z zespołem stali się obiektem zainteresowania i nacisków służb rosyjskich. Padły tam słowa: „Oni (tego) doświadczyli i jeszcze raz powtarzam, nie są to naciski medialne, a sprawa jest naprawdę poważna. Zobaczymy jak dalej to się potoczy, będzie musiało to pociągnąć za sobą kontrreakcję, co jest oczywiste. Mogę jeszcze dodać, że służby rosyjskie są wyraźnie poruszone tą konferencją i reagują.”
Należało się zatem spodziewać, że tuż przed konferencją w Pasadenie zostaną podjęte wielowątkowe działania dezinformacyjne służące m.in. utrwaleniu rosyjskiej wersji wydarzeń.
Jako wręcz klasyczny przykład takich działań, należałoby wskazać publikację portalu WikiLeaks, na którym ujawniono służbowe e-maile pracowników Stratforu, prywatnej organizacji wywiadowczej. Wśród ujawnionych dokumentów znalazła się wiadomości z 22 kwietnia 2010 r., w której wiceprezydent Statforu Fred Burton cytuje opinie Siergieja Tretiakowa - byłego agenta KGB, a potem Służby Wywiadu Zagranicznego, który w 2000 roku podjął współpracę z Amerykanami.
Z treści e- maila wyraźnie wynika, że zdaniem byłego agenta KGB: „intencją Rosjan nie było zabicie Kaczyńskiego", a „zmuszenie go do lądowania w Mińsku”, po to, by udaremnić polskiej delegacji udział w uroczystościach katyńskich.  Rosjanie mieli „celowo odmawiać prawa do lądowania wiedząc, że polski prezydent będzie chciał zmusić pilota”. Plan się nie powiódł, bo „zamiast tego piloci próbowali lądować i rozbili samolot”.
W przypadku tak zbudowanej wiadomości mamy do czynienia z powtórzeniem wszystkich, podstawowych tez rosyjskiej wersji zdarzeń: o naciskach wywieranych na pilotów, o winie prezydenta, o podejściu do lądowania zakończonym katastrofą. Bez problemów dostrzeżemy, że akcję medialną przeprowadzono według podstawowych zasad dezinformacji.
Rolę wykonawcy powierzono portalowi założonemu przez putinowskiego pupila Juliana Assange’a, który po kilkuletnim procesie „legendowania” i uzyskaniu wśród społeczności międzynarodowej opinii „bojownika o prawdę i wolność”, mógł już bezpiecznie osiąść w państwowej telewizji Russia Today – najbardziej antyzachodniej tubie propagandowej Kremla. Wieloletnia misja Assange’a, polegająca głównie na osłabianiu i dezintegracji systemów informatycznych USA i państw NATO, została nagrodzona rolą prokremlowskiego komentatora, przypominającą - nie przypadkiem - zadanie agenta wpływu. Ujawniona przez brytyjski tygodnik „New Statesman" informacja, iż bliski współpracownik Assange'a, Israel Shamir zawoził na Białoruś kopie jeszcze niepublikowanych depesz Departamentu Stanu na temat Białorusi, na podstawie których reżim Łukaszenki oskarżał następnie działaczy opozycji, że są finansowani przez USA – doskonale oddaje prawdziwy charakter misji Assange’a i rolę, jaką ten człowiek i jego portal wykonują w ramach rosyjskiej strategii.
Należy przypuszczać, że nawet taka wiadomość pozostanie bez wpływu na zaufanie, jakim wśród ogłupionych społeczności Zachodu cieszy się WikiLeaks. Opublikowanie w tym miejscu i w tym momencie rzekomych „rewelacji” Siergieja Trietiakowa, których w żaden sposób nie można obecnie zweryfikować -  mogło być zatem doskonałym posunięciem rosyjskich decydentów.
Temat został natychmiast podchwycony przez sprawdzone przekaźniki i poddany dalszym próbom uwiarygodnienia. W tym celu należało zbudować narrację, jakoby opinie Trietiakowa na temat okoliczności tragedii były niezwykle cenne i okryte głęboką tajemnicą, za której ujawnienie został on   zgładzony przez służby rosyjskie. To już wyższy stopień dezinformacji, mającej na celu wzmocnienie przekazu zawartego w  korespondencji Statforu i przekonanie odbiorców, że mają do czynienia z wiadomością szczególnej wagi.
Dla  stworzenia takiej legendy wykorzystano znany z lewackich poglądów włoski tygodnik  L’Espresso - zaś rolę wykonawcy powierzono przyjaciółce Assange’a, autorce  książki-panegiryku na jego cześć  - dziennikarce Stefanii Maurizi. Jej artykuł z 8 marca br. zatytułowany „Polska masakra. Cień Putina” zawiera przede wszystkim powtórzenie głównych tez rosyjskiego kłamstwa o naciskach i winie pilotów. Następnie autorka sugeruje, że nagła śmierć Siergieja Trietiakowa może mieć związek z tragedią smoleńską i wiedzą, jaką ten funkcjonariusz KGB i SVR posiadał na temat działań służb płk Putina w dniu 10 kwietnia.
Przekaz płynący z takich publikacji ma sprawić, że ich odbiorca będzie przekonany, iż w relacji Trietiakowa otrzymuje informację tak tajną i prawdziwą, że jej autor stracił życie z powodu swojej szczególnej wiedzy. Bo skoro służby rosyjskie posunęły się do „likwidacji” Trietiakowa – czy można wątpić w prawdziwość jego słów, iż „intencją Rosjan nie było zabicie Kaczyńskiego" a „piloci próbowali lądować i rozbili samolot”?
Kreatorzy tej kampanii słusznie założyli, że wezmą w niej czynny udział polscy blogerzy oraz  dziennikarze,  występując w użytecznej roli rezonatorów.
Piętrowa konstrukcja dezinformacji, dobór wykonawców i przekaźników, pozwala dopatrywać się w tych „rewelacjach” celowej akcji służb rosyjskich mającej za cel wzmocnienie kłamstwa smoleńskiego oraz wyprzedzenie negatywnych następstw międzynarodowych konferencji  z udziałem ekspertów zespołu parlamentarnego. Przekaz zawarty w publikacjach WikiLeaks ma utwierdzić opinię publiczną, że 10 kwietnia doszło do przypadkowej katastrofy, gdy wbrew intencjom Rosjan polscy piloci naciskani przez polskiego prezydenta podjęli nieudaną próbę lądowania.
Można się spodziewać, że w najbliższym czasie będziemy świadkami kilku innych operacji medialnych  podjętych w ramach „propagandowej prewencji”



Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie. 

niedziela, 11 marca 2012

CZAS NIEODWRACALNEJ RADOŚCI

Nie ma w Europie większego demokraty niż Władimir Władimirowicz  Putin. Zrozumie to każdy, kto poznał wyborcze deklaracje pułkownika KGB i ma wiedzę o dokonaniach jego poprzedników: od Iwana Groźnego i carycy Katarzyny, po Józefa Wisarionowicza. Z tej perspektywy, wizja 12 – letnich rządów Putina, oznacza dla Rosjan i „bliskiej zagranicy” świetlaną przyszłość.
 „W Rosji mają działać instytucje bezpośredniej demokracji i kontroli społecznej. Udział obywateli w zarządzaniu krajem będzie się rozszerzać. Miejscowe referenda, masowe badania opinii publicznej, w tym także za pomocą Internetu, powinny stać się sposobem na zapewnienie ciągłej łączności między władzą a społeczeństwem” – zapowiedział Putin na spotkaniu z członkami Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego. Zgodnie z tą deklaracją, Rosja odmówiła podpisania deklaracji OBWE o wolności słowa w internecie, wprowadziła monitoring sieci społecznościowych i blokady portali, zaś FSB nagrywa i rozpowszechnia rozmowy telefoniczne polityków opozycji.
Znamy też opinię kremlowskiego demokraty na temat norm współżycia z innymi narodami. Zechciał ją wyrazić w artykule „Rosja w zmieniającym się świecie”, opublikowanym w "Moskowskije Nowosti". Zdaniem Putina: „jednym z najważniejszych postulatów są niepodważalne gwarancje bezpieczeństwa dla wszystkich państw, niedopuszczalność użycia siły oraz bezwarunkowy szacunek dla podstawowych zasad prawa międzynarodowego.  Ignorowanie ich prowadzi do destabilizacji stosunków międzynarodowych.”
Nie ulega wątpliwości, że człowiek, na którego rozkaz zgładzono 250 tysięcy Czeczenów, w tym ponad 45 tysięcy dzieci, odpowiedzialny za mordy etniczne, bandycki atak na Gruzję oraz aneksję Abchazji i Osetii – doskonale rozumie, na czym polega „szacunek dla zasad prawa międzynarodowego”. 
Gdy władca Rosji zapewnia, że „w sposób uczciwy i otwarty broniliśmy swoich interesów, uczestniczyliśmy w budowie bardziej sprawiedliwego systemu politycznego oraz gospodarczego w ładzie światowym” i  deklaruje: „będziemy to robić również w przyszłości, by wszyscy partnerzy zagraniczni zdali sobie sprawę, że Rosja jest krajem demokratycznym, a także niezawodnym i przewidywalnym partnerem” – my - doświadczeni Katyniem i Smoleńskiem, możemy jedynie własną historią potwierdzić siłę rosyjskiej demokracji.
Będziemy niszczyć powiązania między sądami i służbami ochrony porządku publicznego oraz wykluczać możliwości samowoli służb ochrony porządku publicznego. W tym celu z ustawodawstwa karnego, z tak zwanych artykułów ekonomicznych, zostaną wyeliminowane wszystkie haczyki, które pozwalają przekształcić spór gospodarczy w sprawę karną jednego z uczestników” – obiecał niedawno Putin. 13 lat łagru dla Chodorkowskiego, zamordowanie  Markiełowa i Baburowej czy zabójstwo w więziennej celi Siergieja Magnickiego dowodzi, że znany demokrata nie rzuca słów na wiatr.
Ledwie Putin oświadczył, że wie, iż opozycja planuje fałszerstwa wyborcze i wezwał konkurentów, by „nie wychodzili poza ramy przestrzeni prawnej” oraz nie stosowali środków „nie do zaakceptowania przez społeczeństwo demokratyczne” - brytyjski „Sky News” poinformował że „tysiącom urzędników rosyjskich obiecano nagrody pieniężne w zamian za sfałszowanie głosów na korzyść Putina”. Nie umilkły echa wypowiedzi o wzroście zagrożenia terrorystycznego i planowanym zamachu na atrapę, a rosyjscy opozycjoniści  zaczęli się już zastawiać, kiedy szef rządu wykorzysta „atmosferę terroru” i zacznie likwidować swoich przeciwników. Gdy na spotkaniu z dziennikarzami zagranicznymi, władca Kremla uznał, że „nasilenie nastrojów opozycyjnych i akcje protestacyjne są zdrową oznaką rosyjskiej demokracji” –dwa dni później spałowano tysiące manifestantów na Placu Puszkina, a ponad 100 z nich trafiło za kratki.  
Nie przypadkiem - ta zdumiewająca zgodność słów i czynów przypomina nam taktykę działania grupy rządzącej.  I nie tylko poprzez wspólnotę haseł: „polityki miłości”, „zgoda buduje” czy „Putin kocha wszystkich”. Nawet nie powodu pogrzebania w smoleńskim lesie „kości niezgody w relacjach Warszawy i Moskwy”, fascynacji „strategią kułaka” czy tworzeniem instytucji rządowych dla zadekretowania „pojednania polsko-rosyjskiego”.
„Rób co innego, niż mówisz” - jest bowiem podstawowym przykazaniem dla ludzi wyzbytych  zasad, dla władzy wspartej na kłamstwie, dla mniejszych i większych zamordystów. Zgodnie z nią, retorykę „miłości” wspiera się kampanią nienawiści, zapowiedź „standardów” toruje drogę aferzystom, zaś postulat „zaufania” prowadzi do kontroli społeczeństwa i samowoli esbeckiej kamaryli.
W logice działań podjętych przez grupę rządzącą po 2007 roku bez trudu można znaleźć źródła rosyjskich inspiracji – nawet - jeśli wymóg zachowania fasadowej demokracji wymuszał nieznaczną modyfikację metod. Nie powinno zatem dziwić, że reżim największego demokraty - odpowiedzialny za ludobójstwo, mordy polityczne, akty cenzury i prześladowania opozycji, bazujący na oligarchii i mafijnym sterowaniu gospodarką - dostrzega właśnie w „partii liberałów” stosownego partnera i  na ludziach z tego środowiska opiera swoją dominację w „priwislinskim kraju”. Sformułowaną w starożytności zasadę prawa przyrody, zgodnie z którą podobne dąży do podobnego, należy stosować również w polityce, o czym wielu obserwatorów życia publicznego zdaje się zapominać.
Już dojście Platformy do władzy zostało powitane na Kremlu ze zrozumiałą radością. Rządowe "Izwiestia" donosiły z tryumfem o porażce braci Kaczyńskich tytułując artykuł: "Blizniec-krig nie udałsja", co miało stanowić przeróbkę wojskowego terminu "blitz-krieg" w neologizm "blizniec-krieg"  -czyli „wojnę prowadzoną przez bliźniaków”. Po pobycie Tuska w Moskwie w roku 2008, płk Putin zapewniał, że "problemy z Polską dadzą się rozwiązać dzięki Tuskowi ", zaś wizyta na Westerplatte została skomentowana przez agencję Interfax słowami: "Miejmy nadzieję, że w Polsce wejdzie w życie nowe pokolenie, które nie ma uprzedzeń. Ono zrozumie, że Polska musi szukać przyjaciół nie tylko w Ameryce, ale także w Rosji ".
Kremlowski festiwal poparcia dla PO mogliśmy obserwować w trakcie wyborów prezydenckich w 2010 roku. Rosyjskie media rządowe orzekły wówczas, że "Komorowski nie musi nawet robić kampanii. I wygra.", zaś "Izwiestia" zachwalała: "liberał Komorowski ma image elastycznego i pragmatycznego polityka ".
„Z Polską, gdzie prezydentem jest pan Komorowski, a rządem kieruje pan Donald Tusk, będzie się nam udawać, jak sądzę, znajdować punkty styczne i porozumienie znacznie bardziej konsekwentnie i konstruktywnie niż działo się to dotychczas w warunkach stałego współzawodnictwa prezydenta i rządu” – podsumował wygraną polityka PO szef komisji spraw zagranicznych Dumy Konstantin Kosaczow, zaś organ Gazpromu "Izwiestija” mógł już tryumfalnie ogłosić: „Wybranie na prezydenta pragmatyka Komorowskiego ustawiło wszystko na swoje miejsca. Ideologicznie emocjonalna przesada epoki Kaczyńskiego dobiegła końca."
Nie mam wątpliwości, że perspektywa długiej dekady rządów Putina musi radować warszawskich epigonów i skłaniać ich do jeszcze gorliwszego praktykowania zasad  demokracji. Dał temu wyraz lokator Belwederu, gdy przed miesiącem ogłosił, że „Polska liczy na ponowną intensyfikację dialogu z Rosją po wiosennych wyborach prezydenckich w tym kraju.”  Zdaniem Komorowskiego „Polska uruchomiła swój własny reset w stosunkach z Rosją, ale jego dynamika dzisiaj nie odpowiada naszym oczekiwaniom". Należy zatem przypuszczać, że dopiero prezydentura Putina przyspieszy proces „pojednania” polsko – rosyjskiego i ukoi integracyjne dążenia członków „partii rosyjskiej”. Ludzie ci znajdują dziś silnego i naturalnego sojusznika w putinowskiej Rosji i choć wizja rządów kremlowskiego satrapy wzbudza coraz wyraźniejszy opór wśród społeczności światowych -  takich głosów nie usłyszymy ze strony zakładników kłamstwa smoleńskiego. 
Powrót Putina pozwoli natomiast na wzmocnienie środowiska Bronisława Komorowskiego i sprawi, że Pałac Prezydencki zacznie pełnić rolę głównego ośrodka władzy.
Miesiąc po tragedii smoleńskiej w organie putinowskiej „Naszej Rosji” napisano: „Moskwa powinna teraz maksymalnie wykorzystać czas, który ma do dyspozycji, by sprawić, aby korzystne zmiany w stosunkach z Warszawą stały się nieodwracalne”.
Recydywa rządów Putina czyni tę groźbę całkowicie realną.


Artykuł zamieszczony w Warszawskiej Gazecie

piątek, 9 marca 2012

AZERSKI ŚLAD - O TAJNEJ WIZYCIE BRONISŁAWA KOMOROWSKIEGO

Gdyby priorytety polskiej polityki zagranicznej oceniać na podstawie kontaktów utrzymywanych przez Bronisława Komorowskiego, należałoby uznać, że jednym z najważniejszych partnerów III RP jest Republika Azerbejdżanu. Powinno jedynie dziwić, że opinia publiczna nie została poinformowana o niedawnej wizycie  Komorowskiego w tym kraju.
Szanowny Władimirze  Władimirowiczu
Proszę przyjąć moje szczere gratulacje z okazji wyboru na prezydenta Federacji Rosyjskiej.
Twoje zwycięstwo w wyborach świadczy o wysokim zaufaniu Rosjan do Ciebie i Twojego programu stabilności politycznej i społecznej, zapewnienia wzrostu gospodarczego, rozwoju instytucji demokratycznych, wzmocnienia legalności i porządku publicznego, ochrony duchowych i moralnych norm w życiu społecznym kraju.  Dzisiaj przyjaźń i dobre relacje oparte na sąsiedztwie i wielowiekowych dobrych tradycjach między naszymi krajami rozwijają się wszechstronnie i dynamicznie.
Ten fragment depeszy gratulacyjnej prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa z 5 marca br. dobrze oddaje obecny stan stosunków tej byłej republiki sowieckiej z jej wielkim sąsiadem. Pozwala również dostrzec, że Alijewa i Komorowskiego łączy reakcja na „zwycięstwo” Putina i farsę rosyjskich wyborów.
Komunikat służb prasowych prezydenta Azerbejdżanu dotyczący rozmowy telefonicznej Alijewa z Putinem z dnia 5 marca zawierał informację, iż  „strony wyraziły zadowolenie z pomyślnego rozwoju stosunków między Republiką Azerbejdżanu a Federacją Rosyjską w różnych dziedzinach i wyraziły nadzieję, że te związki będą się nadal wzmacniać.”
Komorowski rozmawiał telefonicznie z Putinem dwa dni później, a z oficjalnego komunikatu dowiemy się, że „Prezydent podkreślił, ze Polska i Rosja w ostatnich latach potrafiły nawiązać dialog, który służy rozwiązywaniu spraw trudnych i budowaniu współpracy dwustronnej. Prezydent wyraził przekonanie, że współpraca i dialog będą trwałym elementem w tworzeniu partnerskich relacji Federacji Rosyjskiej z Unią Europejską.”
Warto przypomnieć, że media rosyjskie szczególnie mocno nagłaśniały wypowiedź przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej Azerbejdżanu – obserwatora rosyjskich wyborów prezydenckich, który zapewniał, że  były one uczciwe i demokratyczne, a "rosyjska Centralna Komisja Wyborcza zrobiła wszystko, aby zapewnić przejrzystość głosowania tak, aby ludzie mogli swobodnie wyrażać swoją wolę.” Azerbejdżan – który w 2008 roku zorganizował wybory prezydenckie uznane przez opinie światową za niezgodne z  międzynarodowymi standardami - jest pionierem w zakresie rozwiązań służących inwigilacji osób odwiedzających lokale wyborcze. Chodzi o instalowanie w nich kamer internetowych. Ta  „nowoczesna metoda demokracji” została po raz pierwszy zastosowana w tegorocznych wyborach w Rosji.
Bronisław Komorowski przebywał z oficjalną wizytą w Azerbejdżanie w dniach 25-26 lipca 2011 roku, podczas podróży po  krajach Kaukazu Południowego.  Już wówczas trudno było odgadnąć cel tej dwudniowej wizyty. Wiemy, że podpisano umowę o współpracy w dziedzinie weterynarii oraz zrezygnowano z wiz w przypadku gdy któryś z obywateli Azerbejdżanu lub Polski posiada paszport dyplomatyczny. Z wypowiedzi Komorowskiego, iż „projekt ropociągu Odessa-Brody-Gdańsk jest nadal aktualny, a  Polska podtrzymuje swoje daleko idące zainteresowanie budową systemów przesyłowych, które by pomagały w rozwiązaniu problemów energetycznych Polski, ale przede wszystkim byłyby ważnymi rozwiązaniami dla całej UE” - można przypuszczać, że chodziło głównie o rozmowy dotyczące współpracy energetycznej.
Kalendarz dalszych kontaktów może wskazywać, że satrapa Azerbejdżanu jest obecnie jednym z najważniejszych partnerów Komorowskiego, zaś III RP łączą szczególnie bliskie związki z tym państwem.
We wrześniu Alijew został zaproszony na szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, gdzie spotkał się z Komorowskim. Do kolejnego spotkania prezydentów doszło podczas forum ekonomicznego w Davos, na początku stycznia 2012 roku.  Z wypowiedzi Olgierda Dziekońskiego, ministra w Kancelarii Prezydenta wiemy, że zadeklarowano wówczas, iż Polska i Azerbejdżan chcą zaangażować się w przedłużenie rurociągu Odessa-Brody. Dziekoński stwierdził również, że „prócz deklaracji politycznych, w tej kwestii ważny jest rachunek ekonomiczny. Jeżeli nie będzie firm, które zechcą tę ropę kupić i koncernów zainteresowanych dostarczaniem surowca, to ten projekt zostanie piękną ideą polityczną. My chcemy, by piękne idee przekształcały się w rzeczywistość"
9 lutego br. szef BBN Stanisław Koziej gościł u siebie ambasadora Republiki Azerbejdżanu w RP Hasana Hasanowa, a spotkanie zostało poświęcone „określeniu obszarów współpracy dwustronnej BBN z instytucjami partnerskimi w Azerbejdżanie” oraz „ożywieniu dialogu Warszawy i Baku w sferze bezpieczeństwa”.
O kolejnym spotkaniu Komorowskiego z Alijewem nie dowiemy się z oficjalnych komunikatów prasowych.  Nie informują o nim żadne media III RP.
Doszło do niego 6 marca br., gdy Komorowski udawał się z wizytą do Afganistanu.  Podczas  międzylądowania w Baku spotkał się z Alijewem, zaś krótki komunikat służb prasowych prezydenta Azerbejdżanu głosi, że „obie strony wyraziły zadowolenie z pomyślnego rozwoju stosunków dwustronnych w różnych dziedzinach, w tym politycznej, gospodarczej, energetycznej itp. oraz nadzieję, że związki te nadal będą  się rozwijać.”
Informacji o spotkaniu próżno natomiast szukać na stronie internetowej Bronisława Komorowskiego. Podobnie, jak w przypadku wcześniejszych międzylądowań lokatora Belwederu: w Jekaterynburgu i  Irkucku (podczas lotu do Chin) czy w Armenii (w trakcie powrotu z Afganistanu w roku 2010), gdy polska opinia publiczna nie była informowana o spotkaniach  Komorowskiego z ludźmi płk Putina.
Jedyna wzmianka o lądowaniu w Baku pochodzi z tygodnika BBN (nr 75, 1-7 marca 2012 r) i ogranicza się do lakonicznego stwierdzenia: „6 marca 2012 r. prezydent RP Bronisław Komorowski udał się z wizytą do Afganistanu. Podczas międzylądowania w Azerbejdżanie Bronisław Komorowski spotkał się z prezydentem Ilhamem Alijewem, z którym omówił m.in. współpracę obydwu krajów, w tym perspektywy współdziałania w dziedzinie energetyki.”
Trudno przypuszczać, by Komorowski i Alijew spotkali się po raz kolejny tylko po to, by „wyrazić zadowolenie” lub „omówić perspektywy współpracy”.  Jeśli w istocie chodzi o „współdziałania w dziedzinie energetyki”, jej zakres może dotyczyć planów azerskiego koncernu Socar - choć niekoniecznie związanych z interesami energetycznymi państwa polskiego.
Nasilenie kontaktów Komorowskiego i Alijewa zdaje się mieć przyczyny głębsze niż wynika to z brzmienia dyplomatycznych formułek. Wprawdzie za wcześnie dziś na budowanie twardych hipotez, myślę jednak, że wyjazd do Afganistanu mógł stanowić zaledwie pretekst do dużo ważniejszego spotkania w Baku.  Wymowa spotkania mogła być tym większa, że odbyło się ono dwa dni po  wyborach prezydenckich w Rosji, a obaj prezydenci należą do żarliwych zwolenników zbliżenia z reżimem Putina.
Trudno natomiast wskazać racjonalny powód nagłej wizyty Komorowskiego w polskim kontyngencie. Po spotkaniu z żołnierzami, Komorowski poinformował: „Cel tej wizyty jest oczywisty. Zbliża się szczyt NATO w Chicago. Chcemy tam potwierdzić wolę wykonania strategii zakończenia misji w Afganistanie. Trzeba także zapoznać się z opinią Afgańczyków i dowódców operacji NATO”.  Warto jednak pamiętać, że natowski szczyt ma odbyć się dopiero pod koniec maja br., zaś sami Afgańczycy nie wykazywali szczególnego zainteresowania wizytą polskiego gościa. Media afgańskie nie poświęciły jej większej uwagi, zaś relacji ze spotkania Komorowskiego z prezydentem Hamidem Karzajem nie sposób w ogóle dostrzec wśród doniesień służb prasowych afgańskiego prezydenta.
W demokracji III RP istnieją niewielkie szanse, by którykolwiek pracownik mediów miał odwagę zapytać Komorowskiego o spotkania z Alijewem lub dociekać przyczyn zatajenia niedawnej wizyty w Azerbejdżanie.  Tym bardziej, jeśli sprawa dotyczy naszej przyszłości i bezpieczeństwa. Wydaje się więc, że jesteśmy zdani na własne domysły i szczątkowe informacje. Być może najbliższe miesiące przyniosą odpowiedź na niektóre z pytań.
Warto na koniec przypomnieć kilka prawd o azerskim reżimie i jego przywódcy. Są to rzeczy tym ważniejsze, że mogą zawierać podpowiedź w kwestii kontaktów Komorowskiego z Alijewem.
Elmar Chakhtakhtinski - przewodniczący Azerbaijani-Americans for Democracy (AZAD), amerykańskiej organizacji, która jest rzecznikiem wsparcia USA dla demokracji w Azerbejdżanie, tak napisał przed rokiem o swoim kraju:
Jest to państwo, w którym prorządowe bojówki są wysyłane wraz z policją do rozpędzania wieców opozycyjnych, blogerzy są ofiarami brutalnych ataków ubranych po cywilnemu "sportowców" a potem wrzucani do więzienia, dziennikarze są zabijani lub trzymani za kratkami wbrew decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, a zachodnim stacjom radiowym odmawia się lokalnych częstotliwości. [...]Reżim ten uważa stosunki ze Stanami Zjednoczonymi i innymi potężnymi demokracjami jako jedynie taktykę dla ochrony swoich własnych, bardzo partykularnych interesów. Nie ma ani woli ani chęci do reform, gdyż uważa wprowadzenie nawet podstawowych swobód politycznych za zagrożenie dla swojej władzy. Dlatego też chętnie zbacza ku Rosji kiedy ma nieporozumienia ze swoimi zachodnimi partnerami. [...]Wszystkie duże gałęzie przemysłu są monopolami ściśle kontrolowanymi przez krąg rządzących oligarchów, nie pozostawiając żadnego realnego miejsca dla innych przedsiębiorstw. Spadek cen ropy naftowej albo jakaś inna zapaść finansowa mogłyby łatwo doprowadzić do krwawych zamieszek z nieprzewidywalnymi konsekwencjami. [...]
Zamiast daremnych, krótkowzrocznych wysiłków zmierzających do zadowolenia rządzącej Azerbejdżanem dynastii zachodnia polityka powinna koncentrować się na wspieraniu tych sił wewnątrz Azerbejdżanu, które promują wspólne wartości demokracji i swobód jednostki.”

piątek, 2 marca 2012

RECENZJE ROLEXA - CZYLI O SWOBODZIE KOMBINOWANIA

Lektura tekstu Rolexa, w którym Autor przedstawia nam własną wizję zespołu parlamentarnego ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej – musi prowadzić do smutnych refleksji. Nieczęsto bowiem zdarza mi się przeczytać tekst, w którym niewątpliwa inteligencja twórcy została użyta dla propagowania ocen tak dalekich od rzeczywistości. Słowo „użyta” nie oznacza oczywiście, że mamy do czynienia z treścią inspirowaną bądź pisaną „na zamówienie”. Chodzi raczej – by posłużyć się odwołaniem do literatury – o casus dobrego i „zaangażowanego” poety Broniewskiego, którego późne wiersze przypominają mezalians agitki PKWN-u z wybornym sonetem.
Smutkiem może też napełniać obserwacja, iż Autor rozprawiając ze swadą o najgłębszych przyczynach powołania zespołu nie zechciał zajrzeć do oficjalnych dokumentów tego gremium. Jak choćby do regulaminu, w którym szczegółowo wyjaśniono zadania stojące przed grupą posłów opozycji, a wśród nich „nawiązywanie i utrzymywanie kontaktów z instytucjami odpowiedzialnymi za prowadzenie postępowań wyjaśniających” czy „przedstawienie opinii publicznej wyników prac zespołu”. Jasno też przedstawia się cel działania zespołu. Jest nim „koordynowanie działań obu izb parlamentu w ramach kompetencji określonych ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, zmierzających do uzyskania wyjaśnień przyczyn i okoliczności katastrofy Tu-154M w dniu 10 kwietnia 2010 roku, wspieranie wszelkich działań zmierzających do upamiętnienia ofiar i pomocy ich rodzinom, inicjowanie zmian prawnych zapobiegających podobnym tragediom”.
W miejsce analizy tych celów, bloger Rolex proponuje nam wykładnię daleką od nudnego brzmienia cytowanych dokumentów. Dowiemy się zatem, że „Zespół Parlamentarny stał się tą częścią reprezentacji, która z wypowiedzeniem sojuszu Ameryce się nie zgadza, i który jest jedynym partnerem reprezentującym obóz atlantycki, niepodległościowy i pro-amerykański w Polsce, dodatkowo chcącym rozmawiać o interesie Polski z Ameryką”  - co niekoniecznie musi być błędne, za to umieszcza zadania zespołu w takim obszarze, że tylko śmiała refleksja geopolityczna może nas uratować od  poczucia beznadziei. Autor nie unika konsekwencji i podaje nam odważną diagnozę: „Rola Zespołu Parlamentarnego ds Wyjaśnienia Przyczyn katastrofy w zakresie wyjaśniania przyczyn jest pochodną tych wszystkich celów zarysowanych powyżej. Przyczyny katastrofy smoleńskiej można wyjaśnić jutro, jeśli taka będzie wola polityczna tych, którzy te przyczyna znają, i to jest możliwe, ale tylko wtedy, gdy w Polsce zmieni się ustrój polityczny, a PRL, przebity osinowym kołkiem, odejdzie w niebyt.”
Rozprawiwszy się zatem z mirażami celów doczesnych i wskazawszy realne rokowania zespołu, Rolex tłumaczy nam cierpliwie, że ze względu na swój status bycia częścią parlamentarnej reprezentacji, a więc częścią legalnego systemu władzy, zespół „nie mógł zrobić niczego innego, jak zająć się badaniem tych właśnie (urzędowe dokumenty, opinie i analizy wytworzone i wparte autorytetem suwerennych państw) dowodów”.
Dowiemy się wówczas, że „falsyfikacja raportu Millera, ze względu na zawarte w nim oczywiste przekłamania, przeinaczania i błędy jest łatwa”, a jeśli trwa tak długo, to dlatego, że „wymaga przeprowadzenia żmudnych i długotrwałych obliczeń zakończonych pewnym wynikiem”. Wprawdzie uzasadnienie to wydaje się przeczyć tezie o „łatwości” – uwierzmy jednak, że „raport Millera zostanie zdruzgotany jako przykład ordynarnego oszustwa, copy-paste wzornika prosto z Moskwy”. 
Nasza radość – po dotarciu do tej prawdy - będzie jednak przedwczesna. Kilka zdań dalej, Rolex próbuje nam przpomnieć, że w ostatecznym rozrachunku, praca zespołu i tak nie będzie miała większego znaczenia. Przyczyna wydaje się prosta:. „Końce w wodę. Żadna legalna instytucja państwowa Federacji Rosyjskiej nie podpisała się pod tym śmiesznym bublem” – zatem ustalenia zespołu w niczym nie zaszkodzą „neutralnej” pozycji reżimu Putina, zaś Antoni Macierewicz już dziś zdaje się przypominać nieszczęsnego Don Kichota kierującego ostrze krytyki w stronę nieaktualnych zagrożeń.
Dowiemy się także, że przecież ludzie rozsądni dawno rozstali się kłamstwami raportu Millera i „na tym etapie prawda jest taka, że dla większości (tej zainteresowanej w ogóle sprawą) opinii publicznej raport Millera jest martwy, do tego obciachowy, i  passe (a to wbrew pozorom ważne).
Pociesza nas jednak Rolex, że  „obok falsyfikacji raportu Millera Zespół dokonuje również wysłuchań, które są potem nagłaśniane medialnie” lecz gdy ze słabnącą nadzieją próbujemy uchwycić się tego wątku i dostrzec sens takich poczynań, wstrzymuje nas odważna konstatacja, że treści tych wysłuchań zespół i tak nie może nagłośnić  „bo prokuratura z miejsca wszczęłaby śledztwo”. A skoro tak rzeczy się mają, wniosek wydaje się oczywisty i Rolex nie uchyla się od jego sformułowania:
Zespół nie zna przebiegu postępowania prokuratorskiego, o ile prokuratura nie uzna za stosowne coś publicznie ogłosić. [...] Nie zna również treści złożonych w prokuraturze zeznań”.
Logiczna konstrukcja takiego wywodu, musi prowadzić do równie racjonalnych wniosków. Otrzymujemy je w szczególnej formie ostrzeżenia - ze strony człowieka, który z troską pochyla się nad naszą ułomnością i chce nas przestrzec przed knowaniami złych ludzi.  Trafnie zatem dostrzega Rolex, że przed ogłoszeniem końcowego raportu prac zespołu, „możemy spodziewać się  „narracji” osłabiających jego wydźwięk”.
Wyjaśniam nam również, że narracja ta będzie ukierunkowana dwutorowo: po pierwsze na „pobudzenie emocji kanalizujących krytykę tego raportu tak, żeby wychodziła ona nie od brzozo-pancernych, ale od swoich”, po wtóre: „na napompowaniu oczekiwań, sugerowaniu, że prace Zespołu przebiegają w ścisłym porozumieniu i przy przepływie informacji z prokuratur (tak nie jest), w związku z tym raport przyniesie ostateczne, niepodważalne i oparte na badaniach dowodów materialnych ustalenia”.
Wprawdzie już wcześniejsze demaskacje realnych możliwości zespołu winny nas pozbawić złudzeń i zapobiec „pompowaniu oczekiwań” – to przecież z wdzięcznością przyjmujemy ostrzeżenie, że nadmierne nadzieje związane z publikacją raportu, a w szczególności oczekiwanie, że przyniesie on „ostateczne ustalenia”, mogą pochodzić wyłącznie od złego ducha i wrogów Antoniego Macierewicza, a zatem powinny wzbudzić naszą najwyższą czujność. Nim bezrozumny czytelnik dorwie się do raportu zespołu smoleńskiego i pogrąży w jego niepewnych odmętach, bloger Rolex udziela nam drogocennej rady: „Trzeba odczekać, a potem zabrać się za spokojne analizowanie jego zawartości, pamiętając o ograniczeniach jakim podlega.”
Na poparcie tych ostrzeżeń podsuwa nam argument oparty na wybitnej wiedzy psychologicznej oraz znajomości działań agentury i mechanizmów dezinformacji: „Ci, którzy dzisiaj Was przekonują o przełomowym dla całego śledztwa znaczeniu raportu, o zawartych w nim niepodważalnych tezach, już za dwa miesiące będą lać łzy krokodyle, że tak mało udało się osiągnąć. Nie dajcie się na to nabrać. Największym osiągnięciem raportu będzie dalszy krok w stronę lub ostateczne zdezawuowanie bubla Millera. Tylko tyle i AŻ TYLE.”
Gdy zatem wdzięczny czytelnik dotrze do tej wyśmienitej konkluzji, musi trwożliwie zapytać: co dalej, jak i gdzie szukać prawdy o Smoleńsku? Wie już przecież, że tak naprawdę „zdezawuowanie bubla Millera” to  rzecz niewielkiej wagi, bo ani nie zaszkodzi interesom Rosji ani nie przekona „większości zainteresowanej sprawą”. Wartość „aż tyle” ujawni się zaś dopiero, gdy pojawi się sprzyjająca sytuacja międzynarodowa, „zmieni się ustrój polityczny, a PRL, przebity osinowym kołkiem, odejdzie w niebyt.”.
Trzeba przyznać, że poczciwy bloger Rolex nie pozostawia nas w rozpaczy i nie skazuje na niepewny rezultat prac zespołu smoleńskiego. To niewątpliwie największa zasługa tych pracowitych recenzji. Z poprzedniego panegiryku pamiętamy przecież o istnieniu dzieła, które „traktuje o tragedii smoleńskiej i zajmuje się krytyczną analizą źródeł: zeznań świadków zdarzenia (wypowiadających się poza reżimem kpk bądź jego rosyjskim odpowiednikiem), analizą dostępnych publicznie materiałów audio i wideo, informacji medialnych, uporządkowaniem tych relacji i umieszczeniem ich na osi czasu, oraz próbą rekonstrukcji faktycznego przebiegu wypadków 10 kwietnia 2010 roku”.  Wiemy także, że dzieło to „spełnia wszelkie wymogi pracy naukowej” i  „stanowi faktycznie fachową, krytyczną analizę źródeł”.
Jakże znaczący kontrast rysuje się w wyobraźni czytelnika i jakim szczęściem musi napełniać go podpowiedź Rolexa! Z jednej strony, ma przecież świadomość, że zespół parlamentarny podlega ograniczeniom politycznymi, zajmuje się zaledwie „martwym” raportem Millera, zaś jego końcowy raport będzie zbiorem okrojonych i ocenzurowanych przez prokuraturę hipotez - z drugiej zaś -  otwiera się przed nim perspektywa obcowania z niezwykłym dziełem naukowym, opartym na „analizie źródeł” i (o czym też Rolex zapewnia) akademickiej rzetelności. Co więcej - po jeden stronie, czytelnik dostrzega grupę posłów uwikłanych w polityczne projekty i zależności – na drugiej zaś – widzi bezinteresownych, apolitycznych blogerów, którzy pod kierunkiem wybitnego umysłu podążają czystą drogą poznania.
Głupcem  byłby ten, kto stojąc w obliczu takiej alternatywy nie dostrzegł szansy i nie dokonał mądrego wyboru. .
Nietrudno zrozumieć, że Autor tych „obywatelskich recenzji” nie mógł czekać do czasu opublikowania raportu z prac zespołu. Wówczas byłyby one mocno spóźnione, a nieświadomi odbiorcy raportu zostaliby narażeni na błędną interpretację i nieprawomyślne konkluzje.

Wracając z „czerwonego księżyca” do naszej przaśnej rzeczywistości, pora zauważyć, że ostatnie dni przyniosły nam sporo blogerskich publikacji związanych z istnieniem rzekomego konfliktu między zwolennikami teorii „maskirowki”, a zespołem parlamentarnym PiS.. Rzekomego, ponieważ taki problem nie ma prawa w ogóle zaistnieć, zaś wszelkie porównywanie i zestawianie prac zespołu z jakąkolwiek formą „śledztw blogerskich” jest kompletnym idiotyzmem – dowodzący co najwyżej niezrozumienia procesu dochodzenia do prawdy lub dylematów ludzi  o wyrośniętych ponad miarę ambicjach.
Lektura dzieła FYM-a, czytanie uczonych recenzji czy miłych wywiadów – mogą być ciekawym zajęciem na długie (jeszcze) wieczory, zaś udział w blogerskich pyskówkach zawsze będzie alternatywą dla poważnych dyskusji. Warto jednak pamiętać, że nadchodzi czas wiosny, dni stają się coraz dłuższe, a w perspektywie najbliższych miesięcy czeka nas publikacja dokumentu opartego na rzetelnej wiedzy i doświadczeniu. 
Myślę, że straciliśmy dość czasu na zajmowanie się fantastyką i analizą czyichś aspiracji. Poświęcanie go więcej, byłoby niebezpieczne i prowadziło do odwrócenia uwagi od rzeczy prawdziwie istotnych. Ujemnym i najbardziej szkodliwym skutkiem domniemanego konfliktu są bowiem głębokie podziały wśród użytkowników blogosfery oraz wywołany nimi stan chaosu, oddalający nas od wspólnego celu.  Nie można go przedłużać.
Na tym etapie sprawy, temat jest dla mnie zakończony, a nawet ośmielam się prosić, by taką decyzję przemyśleli wszyscy, którzy myślą podobnie.
Panu Rolexowi i wtórującym jego „recenzjom” zwolennikom teorii „maskirowki” proponuję natomiast przyjęcie rozsądnej, bo zgodnej z ich poglądami postawy. Pozwólcie Państwo, by zespół parlamentarny działał jak dotychczas: badał oficjalne dokumenty, sporządzał analizy i żmudne obliczenia, angażował ekspertów i przesłuchiwał świadków – jednym słowem, by nadal kompromitował się „dezawuowaniem bubla Millera” i „pompowaniem” oczekiwań gawiedzi. Pozwólcie również, by pozostał politycznym bytem in spe – o którego znaczeniu zadecydują dopiero przyszłe i niepewne zdarzenia, a głównie polityka „amerykańskiego sojusznika”.
Przyjęcie takiej postawy pozwoli Państwu nie tylko na zachowanie spokoju ducha i koncentracji, ale uczyni zbędnym dramatyczny apel Rolexa: „a nam pozwólcie szukać, myśleć i kombinować dalej.”  Kombinujcie zatem - jeśli nawet w zakresie tego ostatniego zamysłu napotkacie na moją kontrę.




Linki do tekstów: