sobota, 24 grudnia 2011

NIE MA TAKIEGO DRUGIEGO KRAJU...

Nie ma na świecie takiego drugiego kraju, gdzie by Boże Narodzenie tak wrosło w historię i było przeżywane z tak wielką dawką uczucia, jak w naszej Ojczyźnie. Boże Narodzenie to święto miłości, święto przebaczenia. Wieczór wigilijny potrafi często skruszyć serca najbardziej zatwardziałe w nienawiści.” – zanotował w swoich zapiskach  ksiądz Jerzy Popiełuszko. Szczególnie on ma prawo powiedzieć nam, jaki jest sens tych najpiękniejszych, najbardziej polskich świąt.
Potrzeba nam tego wieczoru i doświadczenia Tajemnicy Bożego Narodzenia – również po to, by w czasach pogardy i zniewolenia nie zatracić człowieczeństwa i wiary w zwycięstwo. Z tej Tajemnicy czerpiemy siłę, nawet wówczas, gdy doświadczają nas ciężary, które trudno podźwignąć.

Nie trzeba wiele. Jak przypominał ksiądz Jerzy  - „W wieczór Bożego Narodzenia wystarczyłoby podać sobie nawzajem dłonie, spojrzeć głęboko w oczy, ogarnąć uczuciem miłości siebie nawzajem. Zobaczyć łzy cierpiących. W myśli przytulić do serca niewinnie prześladowanych, ich rodziny. Przytulić do serca dzieci osierocone, żony owdowiałe przedwcześnie. Zaśpiewać kolędę. I to by wystarczyło.”
Chciałbym życzyć wszystkim – znanym i nieznanym Przyjaciołom odwiedzającym ten blog, byśmy na przekór czasom hańby potrafili dokonywać tych rzeczy „niewielkich”: czynić dobro, gdy wokół sieją nienawiść, mówić prawdę, gdy wokół milczą i przebaczać, gdy inni tego nie potrafią. 
Błogosławionych Świąt i Szczęśliwego Nowego -2012 Roku.


Aleksander Ścios

poniedziałek, 19 grudnia 2011

KURACJA – CZYLI SOWA NA WOJNIE

Jest pewne, że tożsamość gen. Dukaczewskiego na wieki wieków będzie wypełniona istotnym elementem – bólem egzystencjalnym po utracie WSI. No trudno, gen. Dukaczewski będzie się musiał z tym pogodzić – był szefem WSI, ale WSI zostały zlikwidowane, w mojej ocenie zresztą za późno. Zachowanie zdrowego dystansu do formacji, w której się pełni lub pełniło służbę, jest warunkiem zachowania zdrowia psychicznego, i to radzę gen. Dukaczewskiemu. Nie wszystko, co robiły WSI, było świetne, profesjonalne. Wysoki profesjonalizm WSI to mit.” – mówił w czerwcu br. Grzegorz Reszka, były p.o. szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, w wywiadzie udzielonym „Gazecie Polskiej”.
Egzystencjalny ból” po stracie WSI wydaje się rodzajem przypadłości, która dotknęła nie tylko Marka Dukaczewskiego, a jej zasięg przypomina dziś „elitarną” epidemię.  Po roku 2006 ten sam ból odczuwało szereg tzw. publicystów i dziennikarzy III RP oraz rzesza szacownych polityków – z prawej i lewej strony sceny politycznej.   
Był to ból dotkliwy, słuszny i nieutulony. Likwidacja WSI – owego „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa” (jak określił tę służbę prof. Zybertowicz) sprawiła, że funkcjonujący dotąd triumwirat III RP (służb-biznesu-polityki) został mocno zdezorganizowany i osłabiony. Dlatego bezwzględnym priorytetem rządu Donalda Tuska stało się przywrócenie wpływów tego środowiska. Z chwilą przejęcia władzy przez Platformę wszelkie działania rządu zostały ukierunkowane na zablokowanie procesu weryfikacji żołnierzy WSI, przejęcie nowopowstałych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego oraz pełną reaktywację postkomunistycznego układu. Tuż po powstaniu rządu PO-PSL nastąpiły czystki w służbach specjalnych, szykany wobec szefów służb; nagonka na Mariusza Kamińskiego, oskarżenia przeciwko Święczkowskiemu, przesłuchania i represje wobec funkcjonariuszy kontrwywiadu wojskowego. Jedną z pierwszych decyzji nowego rządu było powołanie na stanowisko dyrektora Departamentu Kadr MON gen Janusza Bojarskiego, byłego szefa WSI.
Zmiana ekipy politycznej uaktywniła również obrońców tej służby. Już w listopadzie 2007 r. złożono do TK wniosek o stwierdzenie niezgodności z konstytucją niektórych przepisów ustawy wprowadzającej ustawę o SKW i SWW. Kolejne miesiące przyniosły szereg zawiadomień do prokuratury przeciwko członkom Komisji Weryfikacyjnej oraz zawiadomień i pozwów przeciwko Antoniemu Macierewiczowi. W czerwcową noc 2008 roku, Sejm głosami obecnej koalicji uchwalił nowelizację ustawy o SKW i SW, która faktycznie zakończyła proces weryfikacji. W uzasadnieniu noweli napisano: „Projektowane przepisy generalnie otworzą drogę żołnierzom zawodowym zniesionych Wojskowych Służbach Informacyjnych do „zagospodarowania ich” niezależnie od faktu czy Komisja Weryfikacyjna wyda, czy też nie, swoje stanowisko.”
Intencje rządu wobec żołnierzy WSI zostały ujawnione w ówczesnym komunikacie MON, w którym napisano: „ ministerstwo stoi na stanowisku, iż nie można im odbierać szansy udowodnienia, że są dobrymi fachowcami, a ich wiedza i doświadczenie mogą być w dalszym ciągu wykorzystywane w odnowionych służbach wywiadu i kontrwywiadu wojskowego”.
Na wszelkie sposoby utrudniano pracę Komisji Weryfikacyjnej, zniesławiano i zastraszano jej członków, a wokół procesu likwidacji wytworzono atmosferę oskarżeń i klimat działań nielegalnych. Pod koniec 2007 roku rozpoczęto kombinację operacyjną z udziałem ludzi WSW/WSI, szefostwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, nazwaną przeze mnie aferą marszałkową. Polegała na działaniach zmierzających do uzyskania dostępu do tajnego aneksu z Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy okazało się to niemożliwe, na zdyskredytowaniu członków Komisji Weryfikacyjnej i dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Działania te mogły również mieć na celu dezawuowanie treści zawartych w aneksie oraz uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI.
Częścią operacji prowadzonej m.in. przez rządowe media była kampania oszczerstw i pomówień pod adresem Antoniego Macierewicza oraz akcja dezinformacji na temat skutków likwidacji wojskowych służb. Zadanie było o tyle łatwe, że zdecydowana większość Polaków nie mając żadnej wiedzy na temat działania tych służb i ich historii, ulegała komunałom podawanym przez dyspozycyjne media. Wiedzę na temat likwidacji WSI odbiorcy mieli czerpać głównie od brylującego w przekazach medialnych gen. Marka Dukaczewskiego.
Jednocześnie prokuratura wojskowa umarzała kolejne postępowania prowadzone na skutek zawiadomień złożonych przez Komisję Weryfikacyjną WSI, przy czym opinia publiczna nie miała żadnych możliwości, by dowiedzieć się, na jakiej podstawie dochodziło do umorzenia. Żadna ze spraw nie została rozpatrzona przez sąd i w żadnej nie pozwolono na uchylenie rzekomych tajemnic wojskowych służb.  Mimo, iż prokuratorskie decyzje o umorzeniu nie mają mocy rozstrzygnięć sądowych, nie korzystają z tzw. powagi rzeczy osądzonej, są tajne i pozbawione uzasadnień – zostały przez media i środowisko byłych WSI okrzyknięte koronnymi dowodami „niewinności”. Odbiorcy tak spreparowanego przekazu mieli nabrać przekonania, że likwidacja WSI była szkodliwa dla Polski, a sam likwidator i jego Raport nie zasługują na zaufanie.
Oceniając dzisiejszą informację nt wniosku prokuratury o uchylenie immunitetu Antoniemu Macierewiczowi, warto dostrzec, że poprzedziły ją intensywne działania żołnierzy i funkcjonariuszy  byłych WSI skupionych w stowarzyszeniu „Sowa”.
W sierpniu 2010 roku „Sowa” złożyła do Prokuratury Rejonowej zawiadomienie o „podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej” oraz wystąpiła do RPO i Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w Polsce z prośbami o objęcie „zakresem ich możliwego działania spraw w obszarze zmierzającym do naprawy niezgodnego z Konstytucją RP prawa”. 21 września 2010, w nawiązaniu do wcześniejszego zawiadomienia „Sowa” złożyła w prokuraturze „pismo procesowe zawiadamiającego zawierające opis poszczególnych przestępczych zachowań osoby podejrzanej”.  Jednocześnie stowarzyszenie zwróciło się do szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego z informacją „o ujawnieniu nowych informacji i okoliczności, które wpływają na treść Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI „ oraz prośbą o sporządzenie uzupełnienia Raportu dołączając m.in. „orzeczenia sądów, postanowienia prokuratury i ogólne analizy wykonane przez stowarzyszenie SOWA.” Miesiąc później ludzie byłych WSI wystąpili do przewodniczącego sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka „z prośbą o objęcie obszarem działania Komisji bezczynności organów Państwa wobec krzywd wyrządzonych publikacją nieprawdziwych danych w Raporcie o działaniach żołnierzy i pracowników WSI”.
Na skutek zawiadomienia złożonego w sierpniu 2010 roku, postanowieniem z dn. 29 listopada 2010 r prokuratura podjęła śledztwo „w sprawie przekroczenia uprawnień służbowych i niedopełnienia obowiązków przez Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej przez zawarcie nierzetelnych danych w opracowanym raporcie”. Kilka dni później, stowarzyszenie złożyło kolejne „pismo procesowe zawiadamiającego” informując „o ustaleniu nowych okoliczności, wskazujących na uzasadnione podejrzenie naruszenia przepisów ustawy o ochronie danych osobowych przez Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej”
W piśmie zatytułowanym „Wprowadzenie” zamieszczonym na stronie internetowej stowarzyszenia „Sowa” można m.in. przeczytać:
Nie żywimy żalu do polityków PO, że przy ich akceptacji zostały rozwiązane Wojskowe Służby Informacyjne – każda władza ma prawo kształtować struktury państwowe według swoich wyobrażeń i pomysłów. Jednak nie możemy zrozumieć, dlaczego politycy PO do dziś nie rozliczyli członków Komisji Weryfikacyjnej, na czele z jej przewodniczącymi, za niezgodne z prawem wykonanie powierzonych im zadań – za popełnione przestępstwa w czasie przeprowadzania weryfikacji, za tendencyjny Raport i Aneks oraz za brak Sprawozdania z działalności komisji, którego wymagała ustawa uchwalona przez Sejm RP.”
Gen. Marek Dukaczewski w piśmie skierowanym do premiera Tuska z 25 maja br. przypomniał również o „problemach” środowiska WSI:  
Pragnę podkreślić, ze do chwili obecnej nasze problemy nie zostały rozwiązane mimo deklaracji przedwyborczych partii Pana Premiera oraz oburzenia wyrażonego w tzw. "Antyraporcie", jak również mimo uchwalenia przez posłów Platformy Obywatelskiej zmian w ustawie znoszącej WSI w dniu 25 lipca 2008 r., która nie uwzględnia zapisów zawartych w wyrokach Trybunału Konstytucyjnego”.
Odpowiedź z dnia 8 czerwca 2011 roku, udzielona generałowi przez Grzegorza Szymańskiego – z-cę dyrektora Centrum Informacyjnego Rządu dowodzi, że Dukaczewski nazbyt pochopnie ocenił bezczynność rządu. Dyrektor CIR przypominał bowiem, że już w listopadzie 2010 roku Tusk (zarządzeniem nr 80) uchylił decyzję premiera Jarosława Kaczyńskiego zawartą w zarządzeniu nr 53 z 29 maja 2007 roku. Zawierało ono tylko jedną dyspozycję – uznawaną przez ludzi WSI za niezwykle krzywdzącą dla tego środowiska: „Powierza się Szefowi Służby Kontrwywiadu Wojskowego koordynacje działań w zakresie zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa wynikających z działań żołnierzy i współpracowników b. Wojskowych Służb Informacyjnych”.
W piśmie z 28 czerwca br. Dukaczewski podziękował zatem za uchylenie zarządzenia i wyraził nadzieję, iż ta decyzja „ pozwala wierzyć, ze sprawa skrzywdzonych przez Raport Antoniego Macierewicza i Komisje Weryfikacyjna żołnierzy i pracowników WSI zostanie w końcu rozwiązana zgodnie z zasadami obowiązującymi w demokratycznym państwie”.
Podziękowania zamieszczono również na stronie internetowej stowarzyszenia Sowa:
„Mimo, iż musieliśmy czekać na ten moment przeszło 3 lata, a uchylenie tego zarządzenia nastąpiło w wyniku naszych starań (szczegóły znajdują się w zamieszczonej poniżej korespondencji), to dziękujemy politykom PO, że stać ich chociaż na taki gest wobec kadr byłych WSI.”
Komentując działania stowarzyszenia, w artykule „SOWA IDZIE NA WOJNĘ” z maja 2011 roku (GP 18/2011) napisałem m.in.:
Nietrudno zauważyć, że zamiarem oficerów byłych WSI jest podważenie całego procesu likwidacji i weryfikacji tej służby, postawienie przed sądem osób dokonujących weryfikacji oraz sporządzenie nowego kontr - raportu, w którym działalność formacji zostanie przedstawiona zgodnie z wolą „pokrzywdzonych”. Nie można również wykluczyć, że w ofensywę środowiska WSI wpisany jest plan dyskredytacji Antoniego Macierewicza, a uderzenie w szefa parlamentarnego zespołu PiS ds.zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej koresponduje z polityczny „zapotrzebowaniem” grupy rządzącej. Na stronie internetowej stowarzyszenia podkreśla się, że śledztwo prokuratorskie wszczęte na wniosek stowarzyszenia i grupy dziewięciu oficerów WSI ma zakończyć się do 5 października 2011 roku, a zatem w terminie bliskim wyborom parlamentarnym. Gdyby w tym czasie prokuratura chciała postawić Macierewiczowi zarzuty karne, zostanie to natychmiast wykorzystane przez rządową propagandę dla podważenia ustaleń sejmowego zespołu PiS i posłuży jako pretekst do ataku na partię opozycyjną”
Wniosek o uchylenie immunitetu Antoniemu Macierewiczowi wpisuje się w ten scenariusz i w pełni potwierdza polityczne tło decyzji prokuratury. 
Zaledwie przed czterema dniami na stronie stowarzyszenia Sowa ukazał się tekst zatytułowany „Wprowadzenie do obszaru ‘Interwencje’, a w nim „dramatyczne” pytanie ludzi byłych WSI:  „Czy możemy liczyć na sprawiedliwość I, II, III i IV Władzy w demokratycznym państwie”
Po zacytowaniu odpowiednich zapisów Konstytucji, wskazano głównych winowajców „egzystencjalnego bólu”:  Niestety zapisy te nie dotyczą żołnierzy i pracowników WSI, którzy w oczach polskiego społeczeństwa zostali przestępcami i zdrajcami kraju, dzięki naiwności posłów PO, którzy po wystąpieniu posła Andrzeja Urbańskiego ramię w ramię z posłami PiS głosowali w Sejmie za tymi ustawami, a także dzięki cynizmowi Prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego i Prezesa RM, Jarosława Koczyńskiego, którzy powołali polityczny skład Komisji Weryfikacyjnej i powierzyli kierowanie jej pracami dwóm nieodpowiedzialnym politykom: Antoniemu Macierewiczowi i Janowi Olszewskiemu.”

piątek, 16 grudnia 2011

CIĘŻAR KŁAMSTWA

Do dziś w narracji publicznej na temat pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, obowiązują zasady ustalone przez esbeckich propagandystów, a następnie utrwalone w wystąpieniach rzecznika peerelowskiej junty Jerzego Urbana. Zostały sformułowane w treści  dwóch dokumentów: sporządzonej w MSW „Notatki dot. argumentów i tez kontrpropagandowych wobec wywiadu R. Kuklińskiego dla „Kultury” oraz „Koncepcji zdyskontowania publikacji R. Kuklińskiego w czasie konferencji prasowej” autorstwa politruków z LWP. Z tego zasobu pochodzą podstawowe epitety, jakimi do dziś opisuje się postać pułkownika. „Zdrajca”, „dezerter” „agent i szpieg CIA”, „megaloman i prowokator”, „rzekomy ideowiec i zbawca Polski”, „człowiek który opluwa i szkaluje Solidarność” – to tylko niektóre z określeń zaproponowanych Urbanowi przez SB.
III RP  - kontynuując kłamstwa PRL-u przedstawia osobę płk Kuklińskiego w zgodzie z tym wzorcem i przez dwa dziesięciolecia utrzymuje Polaków w przeświadczeniu, iż mają do czynienia co najmniej z postacią „kontrowersyjną” i „niejednoznaczną”. Na podobnej zasadzie interpretuje się także przyczyny wprowadzenia stanu wojennego, korzystając do dziś z argumentów zawartych w tajnym opracowaniu:„Propozycje działań związanych z ósmą rocznicą wprowadzenia stanu wojennego w Polsce” z listopada 1989 roku, przygotowanym w tzw. Zespole Programującym KC PZPR, MON, MSW i Prokuratury Generalnej. Tam właśnie sformułowano generalną tezę historiozofii III RP, w której stan wojenny nazywa się „mniejszym złem”: „W propagandzie należy łączyć rzeczową analizę przyczyn wprowadzenia stanu wojennego z ukazywaniem tego, w jaki sposób przerwanie groźnego biegu wydarzeń z 1981 r. umożliwiło późniejsze porozumienie, a w efekcie „okrągły stół” i głęboką transformację systemu politycznego Polski. Szczególnie mocno powinien być wyeksponowany motyw „mniejszego zła”.
Jedno z najbardziej ordynarnych kłamstw związanych z postacią pułkownika Kuklińskiego dotyczy zarzutu nieprzekazania informacji o planach wprowadzenia stanu wojennego. Po raz pierwszy argument ten pojawił się na konferencji prasowej Urbana w roku 1986, gdy rzecznik wojskowej junty szkalował skazanego na śmierć pułkownika, działając ściśle według esbeckich instrukcji. Urban dowodził wówczas, iż Amerykanie (i Kukliński) zachowali się „nielojalnie” nie zawiadamiając ani „Solidarności”, ani Kościoła w Polsce o planowanym stanie wojennym, o czym przecież dzięki Kuklińskiemu doskonale wiedzieli. Interpretacja zmierzała do wykazania, jakoby nie informując „polskich sojuszników” o zamiarach rozwiązań siłowych Amerykanie chcieli doprowadzić w ten sposób do rozlewu krwi, zaś sam pułkownik okazywał obojętność wobec losu zdradzonych rodaków. 
Urban twierdził też, że prezydent Reagan "mógł zapobiec aresztowaniom i internowaniom" przywódców "Solidarności", ale nie zrobił tego, gdyż miał nadzieję sprowokować "krwawą łaźnię na europejską skalę". Miał zamiar użyć "Solidarności" jako narzędzia w geopolitycznej rywalizacji ze Związkiem Sowieckim. Reagan - uważał Urban - nie był przyjacielem Polski, a jego polityka była "moralnie odrażająca".
Tą samą argumentację odnajdziemy w artykule Andrzeja Brzezieckiego w „Gazecie Wyborczej” z roku 2009 - „Zachód wiedział, niewiele powiedział”, w którym autor pytał:
Co "Solidarność" zrobiłaby z wiedzą o stanie wojennym? I tak musiałaby ulec przemocy. [...] Kukliński nie znał dokładnej daty wprowadzenia stanu wojennego, ale "Solidarność" mogłaby w porę zabezpieczyć część sprzętu, wycofać pieniądze związkowe z kont, mogłaby wreszcie nie zwoływać beztrosko do Gdańska całej Komisji Krajowej. Wszystko to wpłynęłoby kapitalnie na formę działalności opozycji po 13 grudnia. [...] Tej szansy nie dał jednak "Solidarności" Waszyngton.” Autor GW twierdził, jakoby „Kukliński był przekonany, że Amerykanie uprzedzili o stanie wojennym Polaków. Amerykanie tego nie zrobili. I to pokazuje, jak instrumentalnie traktowali i Kuklińskiego, i Polskę.” oraz dywagował :„W cynicznej postawie Zachodu ginie bohaterstwo Kuklińskiego. Per saldo stan wojenny opłacił się Waszyngtonowi, był argumentem na rzecz wyścigu zbrojeń, pozwalał grzmieć na komunistów z moralnych wyżyn, ale nie zmuszał do ryzyka bezpośredniego zaangażowania.”
Wprawdzie w roku 2000 historyk CIA Benjamin B. Fischer w artykule „Utracona cześć pułkownika Kuklińskiego”, ("Studies in Intelligence" nr 9, 2000) przedrukowanym przez „Rzeczpospolitą” (nr 299/2000) skutecznie rozprawił się z tezami komunistycznej propagandy i wykazał na czym polegało urbanowskie kłamstwo – do dziś jednak pokutuje przeświadczenie, że w roku 1981 Amerykanie i Kukliński „zdradzili” polskie społeczeństwo.
Jak bardzo bano się ujawnienia prawdy niech świadczy fakt, że w roku 1994 dokonano włamania do redakcji „Tygodnika Solidarność”, gdzie znajdowały się kopie dokumentów przekazanych przez Kuklińskiego dziennikarce tygodnika Marcie Miklaszewskiej podczas wywiadu przeprowadzonego z pułkownikiem w USA.  Z redakcji skradziono wówczas kopie telegramów podpisanych przez Jacka Stronga (pseudonim Kuklińskiego) informujące właśnie o zamiarze wprowadzenia stanu wojennego.
Sam Ryszard Kukliński zdawał sobie sprawę z wagi tych oskarżeń. W wywiadzie udzielonym paryskiej „Kulturze”  nr 4/475, z kwietnia roku 1987, wiele miejsca poświęcił wyjaśnieniu przyczyn swojej postawy i podkreślił, że zdecydowałby się na publiczne ujawnienie planów stanu wojennego, gdyby w ocenie skutków tej decyzji kierował się wyłącznie emocjami. Warto przypomnieć ówczesną argumentację pułkownika i podkreślić fakty, o których milczą współcześni apologeci urabanowskich łgarstw . Kukliński dowodził zatem, że decyzja o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, w początkach listopada była nieodwołalna, a operacje stanu wojennego miały prowadzić wyłącznie siły policyjno-wojskowe. „Gdyby jednak z jakichkolwiek powodów nie były one w stanie złamać oporu społeczeństwa, do akcji miały wkroczyć czekające u granic Polski w pełnej gotowości dywizje radzieckie, czeskie i niemieckie. W dniu 7 listopada 1981 roku (gdy Kukliński opuścił Polskę, przyp. moje)  do uruchomienia całej policyjno-wojskowej maszyny wystarczyło tylko naciśniecie przysłowiowego guzika. Jedynym problemem do rozwiązania pozostało spreparowanie [...] pretekstu do rozpoczęcia konfrontacji oraz wybór najlepszego momentu uderzenia.” Wnioski były logiczne:  „Ujawnienie przeze mnie planów uderzenia nie mogło ich w żadnym stopniu udaremnić lub choćby opóźnić. Mogło je tylko przyśpieszyć.” – uznał Kukliński i zauważył, że „jeśliby Solidarność uwierzyła w to ostrzeżenie, wówczas niemal na pewno doszłoby do natychmiastowego ogłoszenia strajku generalnego, a w konsekwencji do zorganizowanego oporu w setkach fabryk, zakładów pracy i uczelni”. „Wiedziałem – twierdził pułkownik, „ze w takiej sytuacji [...] .musiałoby nastąpić uderzenie sil pancernych, przede wszystkim czołgów; ze wreszcie przy ewentualnym powszechnym oporze ludności, sił polskich byłoby za mało i na pewno do akcji wkroczyłyby również pozostające w strategicznych rezerwach dywizje radzieckie, a nawet czeskie i niemieckie”.
Konkluzja ujawniała tragizm dylematu, przed którym stał wówczas Kukliński:
„Nie mogłem wziąć na siebie odpowiedzialności za tego typu posuniecie. Powiem więcej, gdyby ktokolwiek inny, łącznie z rządem Stanów Zjednoczonych chciał takie ostrzeżenie przekazać, to mógłby to uczynić tylko wbrew mojej opinii. Zdawałem sobie sprawę, ze powstrzymanie się od takiego ostrzeżenia może się kiedyś w przyszłości spotkać z krytyka. Krytykę te przyjmuje w pokorze. [...] Dziś - mimo ciążącego na mnie wyroku śmierci - śpię spokojnie, dlatego, ze na moim sumieniu nie ciąży żadne ludzkie życie.”
Tego samego nie mogą powiedzieć twórcy stanu wojennego, skazujący na śmierć setki swoich rodaków – w imię obrony interesów sowieckiego okupanta.  Nie mogą tego powiedzieć również ci z propagandystów III RP, którym urbanowskie kłamstwa są bliższe niż świadectwo polskiego bohatera. Józef Szaniawski opowiadając przed laty o śmierci pułkownika przypomniał, że była ona następstwem wylewu, którego Kukliński doznał, gdy pracował nad odpowiedzią na paszkwil Bartosza Węglarczyka z „Gazety Wyborczej”. Gazeta zamieściła wówczas recenzję książki Benjamina Weisera „Ryszard Kukliński. Życie ściśle tajne”. Recenzja została tak skonstruowana i zmanipulowana, iż wynikało z niej, że Kukliński potwierdza motywy wprowadzenia stanu wojennego, o których mówi generał Jaruzelski.
Komunistyczne kłamstwo, które w latach 80. miało zabić prawdę o bohaterstwie pułkownika i skazać go na miano „zdrajcy” dopadło go po latach, w „wolnej Polsce”.


Artykuł zamieszczony w nr 50/2010 Gazety Polskiej.

piątek, 9 grudnia 2011

WITAJCIE W UKŁADZIE WARSZAWSKIM


"Gdyby nie Armia Czerwona, to Polacy byliby dziś służącymi i prostytutkami u Aryjczyków" – zapewniał nas jeszcze przed dwoma laty Siergiej Markow, przedstawiciel putinowskiej „Jednej Rosji”, w reakcji na uchwałę Sejmu RP ws. agresji ZSRR na Polskę.
Tragedia smoleńska i „pochowanie katyńskiej kości niezgody w relacjach Warszawy i Moskwy razem z prezydentem Lechem Kaczyńskim" zakończyły jednak ten okres błędów i wypaczeń w stosunkach warszawsko-moskiewskich. Członkowie „partii rosyjskiej” w Polsce mogą zatem bez przeszkód kultywować pamięć o dobrodziejstwach doznanych od Armii Czerwonej i z wdzięcznością wspominać okres zażyłych kontaktów sojuszniczych.
Wyznanie uczynione przed rokiem przez Bronisława Komorowskiego, iż „w porozumieniu z premierem jest już przygotowywana strategia naszego wyjścia z NATO” – wcale nie musiało być językowym lapsusem. Mogło natomiast potwierdzać, że obecny lokator Belwederu cierpi na rodzaj słownego refluksu i czasami dzieli się ze słuchaczami treścią tego co usłyszał lub o czym miał zapomnieć. Wybitny znawca poglądów członków „partii rosyjskiej” Konstantin Kosaczow - szef komisji spraw zagranicznych rosyjskiej Dumy, po wygranych przez Komorowskiego wyborach prezydenckich, trafnie stwierdził, że „z Polską, gdzie prezydentem jest pan Komorowski, a rządem kieruje pan Donald Tusk, będzie się nam udawać, jak sądzę, znajdować punkty styczne i porozumienie znacznie bardziej konsekwentnie i konstruktywnie niż działo się to dotychczas w warunkach stałego współzawodnictwa prezydenta i rządu.”
Nie powinno zatem dziwić, jeśli największą troską Bronisława Komorowskiego w trakcie ubiegłorocznego szczytu NATO w Lizbonie była kwestia „zbliżenia” Rosja-NATO, a polityk Platformy nie ukrywał swojej roli rzecznika interesów Kremla. „Sojusz podkreślił chęć budowy systemu, który byłby w stanie współpracować z systemem rosyjskim. Ze strony rosyjskiej padły słowa, które świadczą o pełnym zrozumieniu dla takiego rozwiązania. Ze strony prezydenta Miedwiediewa została złożona bardzo ważna deklaracja, że Rosja zaakceptuje głębokość tej współpracy w zależności od propozycji sojuszu” – perorował w Lizbonie Komorowski.
My jesteśmy krajem na krawędzi systemu natowskiego i w sposób szczególny musimy o to zabiegać” – dodał wówczas Komorowski - podkreślając, iż jego zdaniem, nie ma żadnej sprzeczności „między dbałością o zwartość i sprawność sojuszu obronnego a otwarciem na zewnątrz i szukaniem partnerskich rozwiązań także z krajami spoza sojuszu.”
Ta myśl była w zadziwiający sposób zgodna z projektem tzw. "sektorowej obrony przeciwrakietowej" przedstawionym przez Dmitrija Miedwiediewa podczas posiedzenia Rady NATO-Rosja w Lizbonie. Zakładał ona roztoczenie przez Federację Rosyjską „parasola antyrakietowego” nad Europą. Relacjonujący tę koncepcję dziennik "Kommiersant" twierdzi, iż „Miedwiediew zaproponował NATO zbudowanie takiego wspólnego systemu obrony przeciwrakietowej, w którym Rosja będzie chronić Europę przed ewentualnym zagrożeniem rakietowym w zamian za analogiczne zobowiązanie Zachodu.”
Wprawdzie projekt rosyjski został odrzucony przez NATO, zaś Rosja wróciła do zminowojennej retoryki i gróźb pod adresem paktu - nie ma to jednak najmniejszego wpływu na rozwój „partnerskiej współpracy z krajami spoza sojuszu”, przy czym proces ten coraz mocniej zdaje się przypominać budowanie nowej struktury Układu Warszawskiego.
Już na przełomie lutego i marca 2010 roku do MON trafiło pismo attache wojskowego rosyjskiej ambasady ws. "wzmocnienia dwustronnej współpracy". Rosjanie zaproponowali wówczas współdziałanie Marynarek Wojennych obydwu państw na Morzu Bałtyckim, nawiązanie kontaktów dowódców jednostek przygranicznych i zgrupowań wojskowych oraz organizację nauczania polskich oficerów w rosyjskich ośrodkach szkolenia. Kwestie te były omawiane na spotkaniu przedstawicieli obydwu stron w Moskwie 22-24 marca 2010 r.
Pod koniec czerwca 2010 informowano o podpisaniu umowy o współpracy wojskowej z przedstawicielem innej „partnerskiej armii”. Mianowany przez Komorowskiego nowy szef Sztabu Generalnego WP gen. Mieczysław Cieniuch spotkał się wówczas z szefem Sztabu Generalnego Białorusi gen. Tichonowskim, zaś przedmiotem współpracy stało się. „planowanie, prowadzenie i obserwacja ćwiczeń, a także szkolenie wojsk i dowództw oraz wykorzystanie poligonów”. W sierpniu 2010 zawitał do Warszawy szef rosyjskiego Sztabu Generalnego gen. Nikołaj Makarow. Gen. Cieniuch zaproponował wówczas Rosjanom „wymianę doświadczenia w sferze unowocześnienia sił zbrojnych i nawiązanie roboczych stosunków między wojskowymi pododdziałami Wojsk Lądowych, Sił Powietrznych oraz Marynarki Wojennej, dyslokowanych w przygranicznych rejonach.” Zaplanowano także prowadzenie i obserwację wspólnych ćwiczeń, oraz szkolenie wojsk i dowództw.
Za moment decydujący o powrocie do koncepcji Układu Warszawskiego–bis można uznać wizytę sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaja Patruszewa, zaproszonego na obchody dwudziestolecia prezydenckiego BBN-u. Nawet rządowe media nie chwaliły się wówczas podpisaniem z Rosją „Planu współpracy między Biurem Bezpieczeństwa Narodowego i Aparatem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej na lata 2011-2012”, a jeszcze mniej mówiono o spotkaniu generała KGB Patruszewa z ministrem ON Klichem, podczas którego „omawiano warunki współpracy przygranicznych jednostek wojskowych i Marynarki Wojennej w przypadku wystąpienia różnego rodzaju sytuacji kryzysowych”.
Przed dwoma miesiącami Wojsko Polskie odnalazło kolejną „partnerską armię”. Nastąpiło to w Pekinie, gdzie dowódca Wojsk Lądowych generał Zbigniew Głowienka spotkał się z chińskim ministrem obrony Liang Guanglie. Chińska agencja Xinhua poinformowała, że „w trakcie rozmowy obie strony zobowiązały się do zwiększenia współpracy militarnej”. Minister Liang zapewnił zaś polskiego gościa, iż „chińskie siły zbrojne są skłonne zwiększyć pragmatyczną współpracę z Wojskiem Polskim i dążyć do wyniesienia wzajemnych stosunków na wyższy poziom”. Towarzyszom chińskim musiały spodobać się ciepłe słowa gen. Głowienki, który pogratulował Chinom „osiągnięć na drodze rozwoju” i zapewnił, że „Wojsko Polskie jest otwarte na rozszerzenie wymiany i zacieśnienie współpracy ze stroną chińską” wyznając także, iż „doświadczenia Chin w zakresie budowania armii są wartościowe i Polska powinna z nich skorzystać”.
Kulminacja procesu „szukania partnerskich rozwiązań” nastąpiła na początku tego tygodnia w Moskwie, gdzie na zaproszenie Rosjan udał się z wizytą szef Sztabu Generalnego WP gen. Mieczysław Cieniuch. W lakonicznym komunikacie MON, przypominającym mocno retorykę „minionego okresu” stwierdzono, iż „6 grudnia br., szefowie sztabów Polski i Federacji Rosyjskiej odbyli dwustronne rozmowy. Podczas spotkania omówiono perspektywy aktywizacji dwustronnej współpracy wojskowej, wymieniono informacje na temat zmian wprowadzanych w siłach zbrojnych obu państw, a także dokonano przeglądu możliwości współpracy szkoleniowej w zakresie kształcenia oficerów oraz przygotowania pododdziałów do udziału w operacjach i misjach.”
Poinformowano także, że „w ostatnich dwóch latach przeprowadzono jeszcze kilka (cztery) spotkań między wysokimi przedstawicielami wojskowymi, w trakcie których obie strony potwierdzały zamiar kontynuowania współpracy i zacieśniania wzajemnych kontaktów wojskowych”, zaś gen Cieniuch potwierdził, iż „jesteśmy zainteresowani współpracą wojskową z Siłami Zbrojnymi Federacji Rosyjskiej i dostrzegamy szereg możliwych jej płaszczyzn.”
Nieco więcej informacji przekazały media rosyjskie. Wiemy zatem, że z wizyty polskich gości zadowolony był szef Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych FR generał armii Nikołaj Makarow. „W ostatnich latach stosunki Rosji i Polski we wszystkich dziedzinach, w tym także w politycznej i wojskowo-techniczne, były napięte, lecz od czasu ostatniej wizyty w Warszawie udało się je zepchnąć z martwego punktu.” – uznał Makarow i dodał, że „nadszedł ten okres, w którym powinniśmy stworzyć punkty wyjściowe, gdyż jesteśmy sąsiednimi państwami, musimy więc koegzystować ze sobą w warunkach przyjaźni i zrozumienia wzajemnego”. Poinformował także, że w trakcie przeprowadzonych negocjacji „dowódcy wojskowi dwóch krajów sprecyzowali wspólne akcje, jakie armie Rosji i Polski planują przeprowadzić w okresie od 2012 do 2014 roku.” Omówiono również „zagadnienia, dotyczące rozmieszczenia europejskiego systemu obrony przeciwrakietowej.” , zaś deklarację gen Cieniucha:„dziś jesteśmy gotowi do omawiania wszystkich skomplikowanych zagadnień” - powitano z radością.
Przypominając przed dwoma tygodniami „Rekomendacje dla Polski” i opracowywany pod okiem Komorowskiego „Strategiczny Przegląd Bezpieczeństwa Narodowego” zacytowałem niektóre z zaleceń zawartych w sztandarowym dokumencie opracowanym na potrzeby BBN-u. Zapisano tam postulat zmierzający wprost do rozbrojenia polskiej armii:
Z racji tego, że w średnioterminowej perspektywie nie należy się spodziewać bezpośredniego zagrożenia naszego terytorium ani zagrożenia naszych sojuszników, specjalny wysiłek na rzecz dozbrojenia polskiej armii nie wydaje się konieczny. Wystarczy unowocześnianie posiadanego uzbrojenia i zwiększanie interoperacyjności z armiami naszych sojuszników.”
Zawarto również uniwersalną sugestię, nad którego sensem powinni się natychmiast pochylić politycy opozycji - „Warunkiem jaki musimy zaakceptować, co wymaga kroku do przodu ze strony Polski i całej wspólnoty atlantyckiej, jest porozumienie z Rosją taką jaka ona jest i chce być.”
Dopiero z tej perspektywy można dostrzec w jakim kierunku zmierza polityka grupy rządzącej oraz zauważyć wręcz niezwykłą korelację z myślą wyrażoną niedawno przez organ Kremla „Moskowskij Komsomolec”. Zastanawiano się tam - „czy Polska i Rosja mogą być już na zawsze słowiańskimi siostrami”, by dojść do konkluzji, że „prawdziwe pojednanie będzie możliwe, gdy przyjmiemy siebie nie takimi, jakimi byśmy chcieli, żeby była ta druga strona, ale takimi jakimi naprawdę jesteśmy".
Czytając relacje rosyjskich mediów z wizyty szefa armii III RP odnoszę nieodparte wrażenie historycznego deja vu. Cokolwiek znaczy - „zepchnięcie z martwego punktu” - w słowach rosyjskiego generała odnajdziemy pamięć o relacjach, które zniewalały Polaków przez dziesięciolecia i trzeba wyjątkowej amnezji lub cynicznej podłości, by w realiach współczesnej Rosji dostrzec możliwość „koegzystowania ze sobą w warunkach przyjaźni i zrozumienia wzajemnego”.
Gdy przed dwoma laty przywódca rosyjskich komunistów Ziuganow napisał, że "bracia Kaczyńscy niepotrzebnie wyskakują z portek - nie uda im się napisać historii od nowa” – trzeba było kolejnego roku i doświadczenia Smoleńska, żeby zrozumieć intencje kremlowskiego kacyka. Ile jeszcze potrzebujemy czasu, by dostrzec, że grupa rządząca uczyniła właśnie milowy krok w stronę historii pisanej przez Rosję?


Tekst został zamieszczony w Warszawskiej Gazecie.

środa, 7 grudnia 2011

WOJNA CYWILIZACJI

„Europa zagrożona jest wojną nie z muzułmanami, ale z Rosją, dla której wartości cywilizacji europejskiej są całkowicie obce" – ostrzegł przed kilkoma dniami pierwszy prezydent niepodległej Litwy Vytautas Landsbergis podczas konferencji „Historia i pamięć. Sowiecka przeszłość 1952/90”. Jako główny problem Europy, Landsbergis wskazał na „amnezję, zapominanie o własnej historii i historycznej sprawiedliwości” i uznał, że skutki międzynarodowego kryzysu finansowego, „kryzysu uczciwości” zostaną wykorzystane przez Rosję do narzucenie Europie cywilizacji „pozbawionej sumienia”. 
Po śmierci Lecha Kaczyńskiego nie ma dziś  w Europie polityka zdolnego do równie dogłębnej i odważnej  oceny rzeczywistości.  To Landsbergis był autorem stwierdzenia, że „Lech Kaczyński stanowił przeszkodę dla planów współpracy z Rosją za wszelką cenę” i   zauważył, że  nikt w Europie nie postawi pytania: czy tragedia smoleńska była działaniem celowym, zamachem - w obawie przed narażeniem dobrych stosunków z Rosją . „Gdyby to się   okazało prawdą” -  konkludował  Landsbergis,  „pojawia się następne straszne pytanie - co robić ? Nie ma odpowiedzi. Zerwać stosunki? Wszyscy się boją , nikt więc tego pytania nie zada”
Od 10 kwietnia 2010 roku na tym lęku Rosja buduje swoją pozycję i poszerza obszar wpływów, przy czym proces ten bardziej przypomina wrogie działania zaczepne niż pokojową ekspansję. Kremlowscy stratedzy z sowieckich szkół KGB potrafią doskonale rozgrywać obawy i słabości polityków europejskich i przy udziale agentury oraz narzędzi dyplomatycznych i ekonomicznych prowadzą od dawna regularną wojnę cywilizacyjną.
Symbolem tego podboju nie musi być Nord Stream bądź zgoda na wejście Rosji do Światowej Organizacji Handlu. Wskazałbym raczej na postulat przyznania językowi rosyjskiemu statusu oficjalnego języka Unii Europejskiej. Taki projekt został zgłoszony oficjalnie na forum UE przez łotewską europosłankę Tatianę Żdanok i został natychmiast wsparty przez ambasadora Rosji przy NATO Dmitrija Rogozina. Przyznał on, że władze FR zamierzają do tego celu wykorzystać przepis pozwalający na wniesienie pod obrady PE projektu ustawy, jeśli zostanie on zgłoszony przez milion obywateli Unii. Według Rogozina, w krajach UE mieszka kilka milionów Rosjan, którzy z radością poprą ten projekt. Status języka rosyjskiego miałby przyczynić się do „podniesienia prestiżu Rosji”, ale także do „rozwiązania problemów Rosjan w krajach bałtyckich”. Jest to pomysł niezwykle groźny i niesłusznie bagatelizowany, za którym kryją się prawdziwe plany kremlowskich siłowików.
Jeśli zauważyć, że przed rokiem uchwalono w Rosji doktrynę wojskową pozwalającą na interwencję zbrojną  poza granicami FR, „wszędzie tam, gdzie naruszane są prawa obywateli rosyjskich”, zaś kwestie językowe należą do podstawowych „tematów zaczepnych”    wykorzystywanych przez FR wobec Łotwy, Litwy bądź  Estonii -  nietrudno zrozumieć, do czego może zmierzać ów pozornie niewinny pomysł.
Ta sytuacja pokazuje również, jak Rosja postrzega instytucje unijne i w jaki sposób zamierza wykorzystać obecność swoich obywateli w państwach UE. Jest to przykład, który winien zmusić do refleksji tych wszystkich, którzy nadal lekceważą skutki obłędnego planu otwarcia polskiej granicy z obwodem kaliningradzkim i nie dostrzegają związanych z tym niebezpieczeństw. 
Na przestrzeni ostatnich miesięcy można wskazać co najmniej kilkanaście decyzji lub wypowiedzi polityków rosyjskich formułowanych w trybie roszczeniowym i nacechowanych wrogością wobec Zachodu i Ameryki. Począwszy od żądania przekazania do Rosji „handlarza śmierci” Wiktora Buta, poprzez groźby szefa Rosyjskiego Stowarzyszenia Gazowego Walerija Jazewa pod adresem UE za wprowadzenie tzw. III pakietu energetycznego, po zapowiedź zerwania układu START i umieszczenie w Kaliningradzie radaru kontrolującego przestrzeń powietrzną całej Europy Zachodniej. Przed kilkoma tygodniami Rosjanie wprowadzili zakaz wjazdu dla 11 urzędników amerykańskich, m.in.  związanych ze sprawą Wiktora Buta. Uczyniono to w odwecie za zakazanie wjazdu do USA 11 rosyjskim urzędnikom winnym śmierci Siergieja Magnitskiego, prawnika, który oskarżył grupę oficerów służb specjalnych, policji i urzędników skarbowych o wrogie przejęcie firm funduszu Hermitage. W tle tej decyzji warto odnotować odważną wypowiedź republikańskiego senatora Johna McCaina, który po upadku Kadafiego wezwał Rosjan do  podążenia za przykładem Libijczyków i powstania przeciwko reżimowi Putina.
Wykorzystując słabość obecnej administracji amerykańskiej, Rosja zamierzała dyktować  warunki w kwestii tarczy antyrakietowej i groziła zerwaniem  przyszłorocznego szczytu Rady Rosja – NATO, jeśli dojdzie do umieszczenia w Europie elementów amerykańskiej instalacji. Początkowo – przy ogromnym wsparciu Niemiec - proponowano utworzenie wspólnego, rosyjsko-NATO -wskiego systemu i wpływu na decyzje o rozlokowaniu jego elementów na terytorium Sojuszu. Później Rosja zażądała gwarancji na piśmie, że system nie będzie jej zagrażał. Gdy oba żądania zostały odrzucone, Kreml wrócił do gróźb i zimnowojennej retoryki. Siergiej Ławrow oznajmił niedawno, że Moskwa podejmie kroki o charakterze wojskowo-techniczym, jeśli jej stanowisko w sprawie obrony przeciwrakietowej nadal będzie ignorowane przez USA i NATO.
To zachowanie potwierdza, jak ogromnym błędem była polityka „resetu” forsowana przez administrację Obamy i europejskich „przyjaciół Putina”. W jej efekcie doszło do tragedii smoleńskiej, ekspansji Gazpromu na rynki europejskie, umocnienia wpływów Kremla w państwach byłego bloku sowieckiego i wtargnięcia Rosji w politykę natowską. Histeryczne, niewspółmierne do zagrożenia reakcje w sprawie defensywnych instalacji tarczy są przykładem skutecznego, propagandowego humbugu, pozwalającego Rosji na wymuszenie kolejnych ustępstw i usprawiedliwienie własnych, wrogich wobec Zachodu działań. Rozgrywając temat, dokończono m.in. budowę Nord Streamu, który w planach Kremla ma wagę kilkuset dywizji Armii Czerwonej. Od znaczenia politycznego i ekonomicznego tej inwestycji niemniej ważny jest fakt, że rurociąg przy odpowiednim „oprzyrządowaniu" będzie spełniał rolę 1200 kilometrowej, gigantycznej anteny, obejmującej swoim zasięgiem powierzchnię wielu tysięcy kilometrów kwadratowych.
            W ostatnich tygodniach pojawiły się jednak oznaki mogące sugerować odwrót od fatalnej polityki „restetu” i dostrzeżenie zagrożeń, o których mówił Vytautas Landsbergis.  Choć trudno jeszcze ocenić, na ile są to trwałe tendencje,  wydaje się, że stosunki z Rosją wkraczają powoli w nową, realistyczną fazę. Niewykluczone, że momentem przełomowym stało się ogłoszenie prezydenckiej kandydatury płk Putina i świadomość związanych z tym zagrożeń. Przez media europejskie przetoczyła się wówczas fala publikacji niezwykle krytycznie oceniających ten pomysł. Po raz pierwszy od wielu lat można było przeczytać tak negatywne opinie na temat władcy Kremla  i prognozy, w których nie szczędzono przestróg związanych z perspektywą rządów Putina. Ponieważ większość tych głosów została całkowicie przemilczana przez polskojęzyczne media, warto przypomnieć o niektórych zdarzeniach.
Bez echa w Polsce przeszła publikacja  Ivara Amundsena – dyrektora organizacji Chechnya Peace Forum „Władymir Putin: Ostatni car Rosji?”, w której autor przypomniał o zbrodniach kremlowskiego reżimu i zasugerował, że prezydentura ma zapewnić Putinowi skuteczny immunitet na wypadek próby rozliczenia. W artykule podano również szczegółową informację o osobistym majątku Putina, z której wynika, że od dawna jest on najbogatszym człowiekiem świata.
Kilka dni później „The Daily Telegraph” ujawnił istnienie tajnej dyrektywy FSB z roku 2003, która zezwalała na „eliminację w krajach bliskiej zagranicy i w państwach Unii Europejskiej liderów nielegalnych ugrupowań terrorystycznych i organizacji, formacji ekstremistów i stowarzyszeń, osób, które nielegalnie opuściły Rosję” przez federalne organy ścigania. To na jej podstawie dokonano zabójstwa Aleksandra Litwinienki i planowano zamordowanie Ahmeda Zakajewa. Gazeta przypomniała, że prezydentem Rosji był wówczas płk Putin, który przeforsował ustawy o "przeciwdziałaniu terroryzmowi" i dał FSB prawo do zabijania "terrorystów" za granicą i ostrzegła, że  powrót Putina może oznaczać kolejną falę mordów politycznych. Wkrótce po tej publikacji, rząd brytyjski ogłosił, że zaprzestaje wymiany informacji wojskowych z Rosją na podstawie Traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie, ponieważ Moskwa odmawia jego wykonywania. Dostrzeżono wreszcie, że Rosja od czterech lat nie respektuje postanowień traktatu i odmawia dzielenia się informacjami wojskowymi.
W tym samym czasie pojawił się raport ministerstwa obrony Estonii, w którym ostrzegano, iż Rosja zwiększa wydatki militarne, podczas gdy państwa NATO prowadzą de facto politykę rozbrojenia sojuszu. Przypomniano, że do 2020 r. Rosja zaplanowała  zainwestowanie 503 miliardów euro na obronę i „jeśli nawet połowa tych pieniędzy zostanie rozkradziona, jest to wciąż ogromna suma, pozwalająca na stworzenie silnej armii”. Nękana kryzysem Ameryka i kraje natowskie nie będą w stanie ponieść takich wydatków.  Podkreślono również, że okres prezydentury Putina zostanie wykorzystany głównie dla wzmocnienia militarnego Rosji, a w przypadku nieuchronnego pojawienia się wewnętrznych problemów w tym kraju, Putin będzie zmierzał do wywołania globalnego konfliktu zbrojnego.
W październiku br. doszło do zatrzymania dwóch szpiegów rosyjskich, działających od 20 lat na terenie Niemiec. Ponieważ był to pierwszy tego rodzaju przypadek od czasu zjednoczenia Niemiec w roku 1990 – zdarzenie to można uznać wręcz za przełomowe. Aresztowanie agentów Kremla było również dowodem, że mimo skutków politycznego „resetu” nadal istnieje efektywna współpraca FBI z niemieckimi tajnymi służbami. Coraz częściej mówi się też o  zagrożeniach rosyjskim cyber – szpiegostwem, kradzieży tajemnic handlowych i ryzyku ataków komputerowych ze strony Rosji. Ostrzeżenia tej treści zawarto w raporcie amerykańskiego kontrwywiadu, wskazując na Rosję i Chiny jako głównych agresorów.
Z kolej raport amerykańskiego ośrodka badań strategiczno-politycznych Stratfor przynosi mocną tezę, iż Rosja zamierza wykorzystać kryzys zadłużeniowy w Europie, aby zwiększyć swoje wpływy polityczne na kontynencie, poprzez skupowanie europejskich aktywów, zachęcanie do inwestowania w Rosji i oferowania finansowego wsparcia dla mechanizmu ratowania strefy euro. Zwraca się uwagę, że dzięki wysokim cenom ropy naftowej Rosja zgromadziła  znaczne zapasy gotówki. Według oficjalnych danych, jej rezerwy walutowe wynoszą 580 miliardów dolarów, ale zdaniem Stratforu,  ma jeszcze dodatkowe 600 mld dol. Daje to Rosji  możliwości oddziaływania na pogrążoną w kryzysie Europę.
W wielu publikacjach zachodnich analityków pojawia się twierdzenie, że powrót Putina będzie prowadził do odbudowy „modelu państwa korupcyjnego”, zaś środki z eksportu ropy i gazu – podstawowego dochodu Rosji, zostaną wykorzystane dla zaspokojenia potrzeb  skorumpowanych oligarchów, oficerów służb i urzędników, na których Putin oprze swoje rządy. Znana publicystka „Financial Times” Catherine Bolton w tekście „Analiza: dopasowanie rzeczywistości do cara” powołuje się na dokumenty dostarczone gazecie przez Siergieja Kolesnikowa – uciekiniera z Rosji. Kolesnikow już przed rokiem ujawnił informacje o ogromnych malwersacjach finansowych dokonywanych przez Putina i jego otoczenie, w związku z przekształceniami Banku Rossija. Na konta Putina i związanych z nim oligarchów miały trafić miliardy dolarów, m.in. dzięki przejęciu aktywów Gazpromu. Powrót do tego tematu może oznaczać, że inwestorzy zachodni okażą się znacznie ostrożniejsi w inwestycjach rosyjskich, a Putinowi niełatwo przyjdzie budowanie „prywatnego imperium”.
            Szereg ostrych reakcji Kremla może z kolei świadczyć, że siłowicy dostrzegają poważną rysę na dotychczasowej polityce „resetu”. Wściekłość w Moskwie wywołały np. kontrole Komisji Europejskiej przeprowadzane w spółkach współpracujących i zależnych od Gazpromu, m.in. w polskim PGNiG, Gaz-Systemie oraz EuRoPol Gaz- ie.  KE podejrzewa, że kontrolowane spółki mogą być zaangażowane w antykonkurencyjne praktyki albo mają informacje o stosowaniu takich praktyk. Podobnie zareagowano na krytyczne oceny Zachodu wobec pomysłu powołania Unii Euroazjatyckiej i wzmocnienia wpływów na obszarze postsowieckim. W odpowiedzi na krytykę, autor tych koncepcji – płk Putin poradził politykom zachodnim, by  lepiej „zajęli się swoimi problemami: walką z inflacją, rosnącym zadłużeniem państw i… otyłością”.  O tym, jak  groźne dla kremlowskiego satrapy są głosy płynące z cytowanych powyżej publikacji świadczy fakt, iż doniesienia zagranicznych agencji zostały w Rosji objęte ścisłą cenzurą. Przed kilkoma dniami państwowa RIA Novosti nakazała swoim pracownikom, aby unikać cytowania krytycznych ocen na temat Putina zamieszczonych w prasie zachodniej. Do czasu wyborów prezydenckich przekłady z zagranicznej prasy mają być publikowane wybiórczo i zamieszczane na dalszych miejscach serwisów informacyjnych.
Szczególną złość Kremla wywołują te publikacje, w których analitycy wieszczą rychły upadek Putina lub przewidują wzrost znaczenia opozycji i wybuch rewolucji, która zmiecie dotychczasowy reżim. Obawy Putina dotyczą głównie oddziaływania internetu. By zapobiec rozprzestrzenianiu się takich koncepcji, rosyjska Rada Bezpieczeństwa i MSZ przygotowały projekt konwencji ONZ zatytułowanej "O zapewnieniu międzynarodowego bezpieczeństwa informatycznego", w której wśród głównych niebezpieczeństw wymieniono: "masową oddziaływanie psychologiczne na ludność w celu destabilizacji społeczeństwa i kraju", czyli e-rewolucję.
Jednak najmocniejszym dowodem końca polityki „resetu” może okazać się niedawne wystąpienie ministrów spraw zagranicznych Polski i Niemiec, którzy w liście do szefowej dyplomacji UE Catherine Ashton zaapelowali o „europejską strategię w relacjach z Rosją”. Napisano tam m.in.”Chociaż zapowiedziana zamiana funkcji między prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem a premierem Władimirem Putinem nie jest zachęcająca, musimy utrzymać kurs w kierunku ożywienia stosunków między UE a Rosją i przezwyciężenia politycznego oraz gospodarczego letargu”. W języku dyplomacji zabrzmiało to niczym żałobny „łabędzi śpiew”.
Jeśli płk Putin został zmuszony, by otwarcie posłużyć się  swoimi marionetkami i  przyznać do potrzeby „przezwyciężania letargu”, istnieje szansa, że dotychczasowa polityka bliska jest bankructwa i w niedalekiej przyszłości czeka nas korzystny „restart” w stosunkach z „cywilizacją pozbawioną sumienia”.


Artykuł zamieszczony w nr 47/2011 Gazety Polskiej.  

niedziela, 4 grudnia 2011

DWA ŚWIATY

Przedstawiona przed kilkoma dniami prezentacja sejmowego zespołu  parlamentarnego ds. katastrofy smoleńskiej, była bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem ostatnich miesięcy. Informacje ujawnione przez amerykańskich i polskich ekspertów obalają całą konstrukcję kłamstwa smoleńskiego i podważają podstawowe tezy moskiewsko-warszawskiej dezinformacji.
Wyniki badań naukowych, przeprowadzonych przez prof. Wiesława Biniendę i dr Kazimierza Nowaczyka przeczą oficjalnej wersji katastrofy, wg której Tu-154 miał zaczepić o brzozę, w wyniku czego stracił fragment skrzydła, po czym obrócił się o 180 st. i spadł na ziemię. W przeciwieństwie do ustaleń Rosjan i anonimowych ekspertów tzw. komisji Millera, analiza zespołu parlamentarnego oparta została na obiektywnych danych i przeprowadzona przy użyciu profesjonalnego oprogramowania.
Wiemy zatem, że w ogóle nie doszło do żadnego zderzenia z brzozą, bowiem samolot przeleciał ok. 14 m nad drzewami, a  część skrzydła stracił na wysokości 26 m nad ziemią, w momencie gdy nastąpiły dwa potężne wstrząsy, odnotowane przez skrzynkę parametrów lotu. Kilka sekund później, na wysokości ok. 15 m, samolot utracił zasilanie i przestał działać komputer pokładowy. Maszyna znajdowała się wówczas ok. 60 m przed miejscem pierwszego zderzenia z ziemią.
Przewodniczący sejmowego zespołu Antoni Macierewicz podsumował wyniki badań stwierdzeniem: „Trzeba jasno powiedzieć to, czego tak boją się rządzący i duża część establishmentu. Przeprowadzone analizy i badania wskazują z dużą dozą pewności, że do tragedii TU-154M w dniu 10 kwietnia 2010 r. doszło na skutek działania osób trzecich. Ta hipoteza śledcza – zawieszona, jak mówił prokurator Seremet, 1 kwietnia br. – musi być natychmiast podjęta na nowo.”
Nie ma oczywiście najmniejszych wątpliwości, że organy tego państwa nie tylko nie podejmą żadnych działań sprzecznych z wolą decydentów i interesami Moskwy, ale całkowicie zignorują twarde dowody przedstawione przez polsko-amerykański zespół naukowców. Kłamstwo – leżące u podstaw warszawsko-moskiewskiego sojuszu, jest bowiem  bezbronne wobec racjonalnej argumentacji, zaś  grupa rządząca nie zna innej narracji, prócz zapożyczonej od płk Putina.
Już publikacja Białej Księgi zespołu parlamentarnego PiS została przyjęta w zgodzie z tchórzliwą zasadą indoktrynacji, która mówi, że jeśli nie da się kłamać tak, by zachować przynajmniej pozory prawdy -  należy szydzić z przeciwnika i milczeć co do faktów. Przemilczano zatem 19 niezwykle ważnych wniosków Białej Księgi, ograniczając reakcję do prostackich dywagacji o „fobiach i frustracjach Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza”. Ponieważ taka retoryka zadowala niewybredne potrzeby elektoratu partii rządzącej i wyczerpuje zdolności intelektu dziennikarskich demiurgów – również dziś zastosowano metodę ignorowania i ukrywania prawdy.
Warto sobie uświadomić, że obecna władza sięgnie po takie metody nawet wówczas, gdy niezależne gremium ekspertów przedstawi dowody na rosyjski zamach w Smoleńsku lub wskaże wprost na polskich wspólników Putina. Byłyby one skuteczne również w przypadku udowodnienia udziału w zbrodni lub potwierdzenia zarzutu zdrady.  Bezgraniczne zaufanie, jakim Polacy darzą ośrodki propagandy, powszechne tchórzostwo i upośledzenie samodzielnego myślenia sprawia, że zza zasłony medialnego bełkotu nie przedrze  się żadna, niewygodna dla władzy informacja.
Brak reakcji na prezentację sejmowego zespołu  parlamentarnego po raz kolejny udowadnia, że tylko budowa własnych mediów i systematyczny, bezpośredni przekaz, mogą przełamać te ograniczenia.
Znajdujemy tu również potwierdzenie tezy o istnieniu dwóch, krańcowo odmiennych światów oraz dowód, że tylko uwzględnienie dychotomii My - Oni pozwala zrozumieć realia III RP, uniknąć złudzeń i pokusy budowania fałszywej wspólnoty.
W świecie wyznawców obecnej władzy oraz dla ludzi karmionych medialną breją - tragedia smoleńska stanowi zamknięty, historyczny rozdział, opisany kilkoma prostackimi definicjami. Nie wolno do niego wracać - tym bardziej, jeśli powrót oznaczałby wyrwanie ze stanu drętwoty, zmuszał do aktywnej refleksji lub rozstania z orężem nienawiści. Dla milionów Polaków narodowa tragedia skończyła się wraz z medialną żałobą i została zdefiniowana rosyjskimi kłamstwami. Głupota, tchórzostwo bądź na nowo wzniecony zabobon „realizmu geopolitycznego”, skutecznie wznoszą świat, w którym nie ma miejsca na prawdę o śmierci polskiej elity i rewizję dotychczasowych ustaleń.
Pora sobie uświadomić, że do tego świata nie przedrze się głos rozumu, rzeczowy argument bądź moralna racja. Stanowi enklawę, do której dostępu strzegą antypolskie i antyludzkie  demony – hodowane przez dwudziestolecie III RP.  Wyjść z niej jest równie trudno, jak przyjąć werdykt o śmiertelnej chorobie.
Jeśli stoimy dziś przed szansą rozwiania smoleńskiej mgły i odkrywamy makabryczną  prawdę o pułapce zastawionej na polskiego prezydenta – trzeba także zrozumieć, jakie wyzwania przyniesie ta prawda i czego będzie wymagać.  Nie da się jej ukazać korzystając z pośrednictwa ośrodków nienawistnej propagandy ani posługując martwym językiem politycznej poprawności.
Głos opozycji i głosy każdego z nas zabrzmią tylko wówczas, jeśli odrzucimy nierzeczywistość świata „onych” i przestaniemy liczyć się z dyktatem medialnych terrorystów. Warunkiem ujawnienia tej prawdy jest zbudowanie własnych mediów i prostego, jednowymiarowego języka przekazu, w którym nie będzie miejsca na relatywistyczny bełkot.  Nie da się jej pokazać próbując połączyć dwa nieprzystawalne światy ani ulegając pokusie politycznej schizofrenii.  To ich fałsz i ich niby-świat muszą zniknąć.


Artykuł zamieszczony w Warszawskiej Gazecie.