piątek, 30 września 2011

POJEDNANIE ZE SZCZEGÓLNYM BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM

Podczas osobistej rozmowy Donalda Tuska z płk Putinem w Katyniu uzgodniono powołanie odrębnych instytucji państwowych - centrów odpowiedzialnych za „krzewienie idei dialogu polsko-rosyjskiego”. Zbudowany na wzór Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej urząd miał doprowadzić do „społecznej „ratyfikacji” polsko-rosyjskiego procesu dialogu i porozumienia.”
Tragedia smoleńska nie stanowiła przeszkody w realizacji tych planów. Przeciwnie - natychmiast po 10 kwietnia 2010 roku przystąpiono do zadekretowania sojuszu zawiązanego nad katyńskimi grobami. Głównym architektem tych działań był ambasador tytularny w Moskwie Tomasz Turowski, którego słowa: „z tej krwi wyrośnie to, na co my wszyscy czekamy - nowe, dobre stosunki pomiędzy Polską i Rosją” –wyznaczają dziś podstawowy kierunek myślenia „elit” III RP. W grudniu 2010 roku, podczas wizyty prezydenta Rosji Miedwiediewa w Polsce, uroczyście podpisano list intencyjny w sprawie powołania Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.
Obecna władza w błyskawicznym tempie przeforsowała uchwalenie specjalnej ustawy o utworzeniu Centrum. Jej projekt wpłynął do Sejmu w dniu 3 grudnia 2010 roku, a już 25 marca 2011 roku ustawa została przyjęta głosami klubów PO i PSL. Przeciwko głosowało jedynie 138 posłów PiS-u. 7 kwietnia br. - w rocznicę spotkania Putin-Tusk, ustawę podpisał Bronisław Komorowski, a 19 kwietnia weszła w życie.
Cele działalności rządowego Centrum są  identyczne z zapisami zawartymi w peerelowskich  statutach TPPR. Nie próbowano nawet maskować tej zbieżności i poddając tekst stylistycznej kosmetyce zapisano w nowej ustawie wszystkie zadania wyznaczane dotąd Towarzystwu przez komunistycznych ministrów spraw wewnętrznych.
Wzniesienie rządowej instytucji na fundamentach organizacji sławiącej „przyjaźń” z okupantem cofnęło nas w relacjach z Rosją do okresu Polski Ludowej i jest świadectwem wręcz niewiarygodnej podległości obecnych władz III RP. Wynika to również z faktu, że w Rosji nie powstało podobne Centrum, zatem Polska występuje z pozycji petenta zabiegając o „ratyfikację polsko-rosyjskiego dialogu i porozumienia” z państwem, które ostentacyjnie okazuje nam wrogość i pogardę. Podczas zorganizowanego we Wrocławiu w czerwcu br. I Polsko-Rosyjskiego Kongresu Mediów, miała zostać ogłoszona decyzja o powołaniu analogicznej instytucji w Rosji. W odczytanym podczas kongresu liście prezydenta Miedwiediewa nie było jednak słowa na ten temat, zatem „polscy przyjaciele” nadal cierpliwie oczekują na wzajemność Rosjan.
Tymczasem Centrum, na którego potrzeby przeznaczono z budżetu 4 mln zł prowadzi już działalność. Włączyło się np. w patronat nad  konkursem dla młodzieży szkolnej "Historia bliska". Honorowym patronem tego konkursu jest Bronisław Komorowski. Nie powinno dziwić, że w tym roku wygrała praca nawiązująca do tematu „Polska – Rosjanie..”. W komunikacie jury z XV edycji konkursu można przeczytać: „Temat polsko-rosyjski wydawał się pozornie najłatwiejszy, przynajmniej w wymiarze źródłowym – można się było bowiem odwołać do okresu powojennego, mniej odległego i dobrze obecnego w pamięci pokolenia dziadków i rodziców. Ale i tu na uczestników czyhały pułapki; jednym z najczęstszych historycznych uproszczeń było badanie stosunków polsko-rosyjskich rozumianych jako polsko-radzieckie i niemal wyłącznie z perspektywy „doznanych przez nas-Polaków krzywd”. Temat wymagał od uczestników wysiłku zmierzenia się z pokutującymi w naszym myśleniu uproszczeniami.”
Przemawiając na uroczystości wręczenia nagród, pełnomocnik ministra kultury ds. organizacji Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia Sławomir Dębski wyraził nadzieję, że  „nowe pokolenia Polaków i Rosjan doprowadzą do końca wielką sprawę sprawiedliwego wyrównania wzajemnych stosunków w oparciu o prawdę historyczną, wyrwania ich z gorsetu – jak to ujął Juliusz Mieroszewski – "emocji, niekontrolowanych reakcji i głuchej a upokarzającej nienawiści". Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia będzie takie wysiłki wspierać!”
By współczesna postać TPPR-u mogła „wspierać wysiłki” i wypełniać ustawowe powinności, Centrum potrzebował nowej siedziby. I to siedziby nie byle jakiej. Trwa obecnie przeprowadzka do warszawskiego biurowca Centrum Jasna, położonego przy zbiegu ulic Świętokrzyskiej i Jasnej. Właścicielem tego luksusowego budynku jest  Centrum Jasna sp. z o.o. - założona przez Archidiecezję Warszawską w celu zarządzania nieruchomością. We władzach spółki zasiadają ksiądz prałat Marian Raciński, ekonom Archidiecezji Warszawskiej oraz salezjanin ks. Kazimierz Olędzki.
Trudno uwierzyć, by ulokowanie Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia w biurowcu należącym do Archidiecezji Warszawskiej było dziełem przypadku lub mogło się dokonać bez wiedzy i zgody ordynariusza archidiecezji. W Centrum Jasna mają swoje siedziby m.in.: Biuro Informacyjne Parlamentu Europejskiego oraz Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce. Z informacji zamieszczonej na stronie internetowej spółki wynika, że cała powierzchnia ośmiokondygnacyjnego budynku jest od dawna wynajęta, zatem znalezienie miejsca dla rządowego Centrum nie było rzeczą łatwą i zapewne nie mogło umknąć uwadze właściciela.
Można przypuszczać, że ta konkretna decyzja jest kolejną oznaką sojuszu łączącego władzę państwową i kościelną w kwestii zadekretowania „pojednania” z Rosją. Po 10 kwietnia wielokrotnie z ust hierarchów Kościoła słyszeliśmy nawoływania do „otwarcia na pojednanie”. Już w trakcie pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu, kard. Dziwisz przypomniał, jak „przed blisko półwieczem biskupi polscy wykonali prawdziwie proroczy krok w kierunku Niemców, mówiąc do nich w imieniu narodu polskiego: ,,Wybaczamy i prosimy o wybaczenie!“  i stwierdził: „Musimy dorastać do wypowiedzenia tych samych słów wobec braci Rosjan.” Metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz komentując zaś grudniową wizytę Miediwiediewa w Polsce uznał, że „może mieć ona pozytywny wpływ na prace wspólnej komisji Kościoła w Polsce i Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, która opracowuje dokument o pojednaniu obydwu narodów.”  
Głos metropolity warszawskiego zabrzmiał w tym samym czasie, gdy władze Rosji niszczyły nie tylko ślady po smoleńskiej tragedii, ale bez żadnego sprzeciwu Kościoła zawłaszczały miejsce kaźni polskich oficerów w Katyniu stawiając na terenie Zespołu Memorialnego w Lesie Katyńskim Cerkiew Zmartwychwstania Chrystusa. Inicjatorem tej budowy jest zwierzchnik rosyjskiej Cerkwi Cyryl, podejrzewany o wieloletnią współpracę z KGB, a projekt finansuje koncern Rosnieft  zarządzany do niedawna przez oficera KGB - Igora Sieczina.
Obraz dzisiejszych, fatalnych stosunków polsko-rosyjskich wskazuje, że postulat pojednania miałby się wypełnić na mocy spec ustaw i fałszywych, werbalnych deklaracji. Takie „pojednanie” nie ma nic wspólnego z wymiarem religijnym bądź moralnym, jaki nadaje się tej chrześcijańskiej powinności.
Nie opiera się na uczciwym rachunku krzywd, nie wypływa z żalu i uznania winy.  Zachodzi również obawa, że powołana w szczególnym trybie rządowa agenda zostanie wykorzystana do dławienia głosów krytycznych wobec Rosji i posłuży do narzucenia Polakom oficjalnej interpretacji w sprawach stosunków polsko-rosyjskich. Ogromne zagrożenie wynika z prób indoktrynowania młodych Polaków podejmowanych przy współudziale tej instytucji i analizowania wspólnej przeszłości poprzez odrzucenie „historycznych uproszczeń”. Tak tworzy się pozory dialogu, próbując za pomocą fasadowych urzędów ukryć prawdę historyczną i zaprzeczyć istnieniu rzeczywistych podziałów. Władze kościelne, które takie instytucje wspierają, a nawet udzielają im gościny, nie służą dobrze Polsce ani Kościołowi.

Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

środa, 28 września 2011

ALTERNATYWNE WIDMA PRZYSZŁOŚCI

Chcąc panować nad człowiekiem, trzeba sprawić, by zaczął się bać. Tę najprostszą zasadę władzy   doskonale rozumiał Stalin, przyznając,  że woli, by ludzie popierali go ze strachu niż z przekonania. Ono bowiem jest zmienne, podczas gdy strach zawsze pozostaje ten sam. Również grupa rządząca Polską opanowała perfekcyjnie tę regułę i z rozgrywania lęków uczyniła podstawowe narzędzie swojej władzy. Prymitywny, lecz skuteczny przekaz sączony przez ośrodki propagandy szermował lękiem przed  demonicznymi „kaczorami”, epatował setkami rzekomych afer, straszył powrotem rządów przemocy i zniewolenia - oferując w zamian życie bez narodowych trosk i obywatelskiej odpowiedzialności. Funkcjonalność tej metody pozwala również dziś odwoływać się do najniższych instynktów społeczeństwa i straszyć Polaków recydywą „PiS-owskiej nocy”.
Podstawową miarą tego lęku jest jego całkowita irracjonalność, widoczna w zderzeniu z mizernymi efektami czteroletnich poszukiwań uzasadnienia dla tezy o „PiS-owskich zbrodniach”. Kłamstwa propagandystów okazują się wyjątkowo czytelne, gdy demagogię i medialny terroryzm zastąpimy rzeczowymi argumentami i spróbujemy wskazać prawdziwe zagrożenia odpowiadając na pytanie: co czeka Polaków, jeśli obecnej koalicji ponownie powierzą swój los i zdecydują o oddaniu władzy na kolejne lata?
Nie trzeba w tym celu snuć domysłów ani posługiwać się insynuacjami. Ostatnie cztery lata rządów PO-PSL przyniosły dość dowodów, na których można oprzeć opis realiów po 2011 roku i przedstawić scenariusz przyszłych wydarzeń. Zamiast pozwalać, by Polacy byli traktowani i straszeni niczym dzieci - stwórzmy zatem kompendium autentycznych zagrożeń ze strony grupy rządzącej.
Po pierwsze trzeba dostrzec, że obecna władza dysponuje wszystkimi narzędziami, by utrzymać się przez następne lata, niezależnie od pogarszających się wskaźników ekonomicznych oraz politycznych zawirowań.
Temu celowi podporządkowano niemal wszystkie regulacje prawne, decyzje personalne, działania polityczne i ekonomiczne -  tworząc monopartyjny, pseudodemokratyczny system, w którym media, służby specjalne oraz środowiska oligarchii spełniają rolę wsporników i strażników patologicznego układu.  System ten obejmuje całą strukturę państwa, jego organy konstytucyjne, sądy, prokuratury i instytucje nadzoru, porządkując życie publiczne zgodnie z aktualnymi potrzebami władzy. Jest to system wzorowany na rządach kremlowskich „siłowików”. Tym mianem określa się w Rosji grupę dawnych i obecnych oficerów służb specjalnych, którzy mają bezpośredni wpływ na strategię polityczną oraz działania prezydenta i rządu Rosji. Ludzie ci konsolidują swoje interesy w wąskim kręgu decydentów i podejmują decyzje o charakterze scentralizowanym. Działaniom „siłowików” towarzyszą pozory legalizmu i demokracji, ponieważ formalne decyzje zapadają w sposób zgodny z obowiązującym prawem, a ich przesłanką są zwykle kwestie „bezpieczeństwa narodowego” lub wzgląd na „dobro obywateli”.
Obecny rząd III RP uchwalił szereg ustaw, posiłkując się hasłem „zagrożeń terrorystycznych” lub „obowiązkiem implementacji prawa europejskiego”. Ich wspólna cecha polega na forsowaniu takich regulacji, które zapewniają  kontrolę jak największych obszarów życia publicznego, a jednocześnie poszerzają uprawnień służb specjalnych. Służyły temu m.in.: nowelizacja ustawy o zarządzaniu kryzysowym, nowelizacja ustawy o ochronie informacji niejawnych, rozporządzenie o wdrożeniu unijnej dyrektywy o tzw. retencji danych, ustawa medialna, ustawa dotycząca bezpieczeństwa podczas Euro2012 czy nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej, pozwalająca ukryć niewygodne dla rządu informacje za parawanem „ochrony ważnego interesu gospodarczego państwa”. Znowelizowano także ustawy o policji, wywiadzie skarbowym, CBA, ABW, AW, Straży Granicznej, Żandarmerii Wojskowej oraz Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu Wojskowego – dając służbom m.in. prawo ingerencji w procesy gospodarcze oraz rozległego stosowania metod operacyjnych. Dzięki ciągłemu poszerzaniu uprawnień inwigilacyjnych służb, III RP awansowała na pierwsze miejsce wśród państw UE w ilości stosowanych podsłuchów. Uchwalona przed kilkoma dniami ustawa o wymianie informacji z organami ścigania państw członkowskich Unii Europejskiej, umożliwia natomiast służbom zbieranie najbardziej poufnych danych o polskich obywatelach oraz przekazywanie ich nie tylko organom UE, ale także służbom specjalnym Rosji, Chin, czy Białorusi.
W przypadku wygranej PO należy spodziewać się powstania kolejnych aktów prawnych pozwalających na jeszcze ściślejszą kontrolę społeczeństwa, w tym cenzurę internetu. Temu ma służyć nowela ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, która pozwoli na skuteczne zablokowanie treści internetowych niekorzystnych dla władzy. Istnieje również projekt zmian prawa dotyczącego retencji danych telekomunikacyjnych. Wprowadzenie tych rozwiązań umożliwi służbom niekontrolowany dostęp do naszych danych gromadzonych przez operatorów. Po wygranych wyborach rząd planuje kolejne nowelizacje i poszerzenie uprawnień służb, a szczególnie policji - do pozyskiwania w uproszczony sposób, a więc bez decyzji sądu, informacji dotyczących osób podejrzanych o dokonanie przestępstw oraz utworzenie ogromnej bazy danych - Elektronicznego Systemu Odzyskiwania Mienia (ESOM), zapewniającego służbom dostęp do informacji o klientach banków czy biur maklerskich.
Jednocześnie na podstawie już przyjętych przepisów rząd skutecznie ukryje informacje o stanie gospodarki i działaniach prywatyzacyjnych. Nadzór nad CBA oraz planowana obecnie pacyfikacja NIK-u pozwolą skupić w rękach władzy wszystkie mechanizmy kontroli antykorupcyjnej i zapewnią „ręczne” sterowanie procesami gospodarczymi. Po wyborach – ujawnienie nawet największych afer - stanie się wręcz niemożliwe. Na szczególną uwagę zasługuje zgłoszona przez Bronisława Komorowskiego tzw. ustawa o cyberbezpieczeństwie, a dokładnie nowela ustawy o stanie wojennym oraz o kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych i zasadach jego podległości konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej Polskiej, przyjęta głosami koalicji w dniu 30 sierpnia br. Jej uchwalenie pozwala prezydentowi m.in. na wprowadzenie stanu wyjątkowego na podstawie niezdefiniowanych „zagrożeń w cyberprzestrzeni”.
Konstruując takie prawo grupa rządząca przygotowuje się do ostatecznej rozprawy z opozycją  i stworzenia modelu parlamentarnego istniejącego w putinowskiej Rosji. Działalność przeciwników politycznych lub niezależnych mediów kontrolujących władzę jest niedopuszczalna w systemie opartym na kłamstwie. W trakcie drugiej kadencji grupa rządząca przystąpi zatem do ograniczenia aktywności, a następnie rozbicia i likwidacji partii opozycyjnej i zgodnie z logiką sprawdzoną w latach 80. zastąpi ją grupami „konstruktywnej”, ściśle kontrolowanej opozycji. Prognozy takich działań słyszeliśmy wielokrotnie, by wspomnieć tylko dywagacje Mazowieckiego o „rokoszu” czynionym przez PiS, deklarację Schetyny:„zrobimy wszystko, żeby przerwać tę eskalację nienawiści” czy radę prezydenckiego ministra o potrzebie leczenia „takich ludzi”, którą wkrótce potem chciał wprowadzić w życie warszawski sąd kierując prezesa PiS na obserwacje psychiatryczną. Podobnych działań należy spodziewać się w stosunku do niezależnych mediów. Inwigilacja dziennikarzy Gazety Polskiej, ataki na Radio Maryja, utrudnianie dystrybucji nowego tygodnika „Wprost Przeciwnie”, wystąpienia Rady Etyki Mediów w związku z artykułami o Smoleńsku czy utworzenie przez KRRiT centrum monitoringu prasy i mediów, by wspólnie z prezydentem „obserwować, jak realizuje się dziennikarska rzetelność i obiektywizm" – można uznać za zapowiedź represji, jakie mogą spaść na niezależne środowiska medialne.
Niewykluczone, że podobnie jak w Rosji do niszczenia opozycji zostaną wykorzystane nośne  hasła zagrożenia „prawicowym ekstremizmem” oraz postulat walki z „przejawami nacjonalizmu”. Niedawną deklarację Prokuratora Generalnego o zamiarze spotkania z szefem ABW w sprawie „incydentów o charakterze nacjonalistycznym i rasistowskim”, można odczytać również w tym kontekście. Wywoływanie takich incydentów od dawna należy do kanonu działań służb Putina, czemu więc miałby nie pojawić w Polsce?
Intencja zatajenia prawdy o tragedii smoleńskiej zmusza grupę rządząca do podjęcia takich kroków, również po to, by zapewnić sobie bezkarność. Opozycja wskazująca winnych tragedii, piętnująca błędy i akty zaprzaństwa, działająca na arenie międzynarodowej według reguł demokracji - stanowi  śmiertelne zagrożenie dla obecnego porządku i musi zostać zneutralizowana. Błędne wydają się kalkulacje przejęcia władzy przez PiS na skutek całkowitego krachu gospodarczego lub innej formy kompromitacji władzy. Nie biorą one pod uwagę, że istniejący w III RP system wypracował skuteczne metody kanalizowania nastrojów społecznych, a posługując się dezinformacją i grą medialną z udziałem służb, zapewnił sobie wpływ na kształtowanie poglądów i zachowań Polaków. Przeświadczenie ogromnej części społeczeństwa o istnieniu naturalnych mechanizmów demokracji i towarzyszące tej wierze zaufanie do przekazu medialnego, jest jednym z najmocniejszych i cynicznie wykorzystywanych atutów grupy rządzącej. Najnowsza historia Polski zna upadki rządów, które chciały „same się wyżywić”, nie zna jednak przypadku obalania rządów uznanych przez społeczeństwo za demokratyczne.
Najpoważniejsze zagrożenie płynące z wygranej Platformy polega jednak na perspektywie trwałego związania Polski z władzą kremlowskich „siłowików” i dobrowolnym oddaniu naszego kraju w strefę wpływów Rosji. Podstawę tego scenariusza stanowią: zmowa milczenia wokół tragedii smoleńskiej i przyjęta przez grupę rządzącą rola zakładników kłamstwa smoleńskiego, ekonomiczne uzależnienie Polski od dostaw rosyjskich źródeł energii, instytucjonalne zadekretowanie „przyjaźni” polsko-rosyjskiej oraz zdominowanie życia publicznego przez członków „partii moskiewskiej”. Pewne zwycięstwo płk Putina w przyszłorocznych wyborach prezydenckich w Rosji, będzie nieuchronnie prowadziło do wzmocnienia tendencji mocarstwowych i totalitarnych w tym kraju. Jeśli sąsiadem Rosji będzie państwo tak słabe jak dzisiejsza Polska, rządzone przez ludzi paktujących z wrogiem przeciwko własnemu prezydentowi – absurdalne byłoby oczekiwanie, że państwo to zdobędzie się na działania samodzielne i suwerenne. Nie można zapominać, że grupa rządząca Polską opiera swoje poczucie bezkarności na współdziałaniu z putinowską Rosją.  To ona jest gwarantem, że sprawa Smoleńska zostanie przemilczana na arenie międzynarodowej. Stolice europejskie nie zdobędą się dziś na otwarty konflikt z państwem Putina i utratę ekonomicznych efektów „resetu”. Dla zażegnania takiej konfrontacji gotowe są na każdy rodzaj sojuszu z kremlowskim „diabłem” i jak najmocniejsze zaciśnięcie oczu na prawdę o smoleńskiej tragedii. Dla Zachodu, koegzystencja z Rosją jest możliwa, jeśli państwo to otrzyma „należną” mu strefę wpływów i zaspokoi swoje mocarstwowe ambicje.
Dlatego w przypadku kontynuacji obecnych rządów, możemy się spodziewać, że kłamstwo smoleńskie stanie się podstawą „nowego ładu” europejskiego, w którym Polsce przewidziano rolę  „łącznika” i „obszaru tranzytowego”. Zawarty ponad naszymi głowami sojusz Moskwy i Berlina, ma – według tej koncepcji - doprowadzić do budowy historycznych fundamentów trwałego współistnienia Wschodu z Zachodem. Nawet za cenę Polski. Wszystkie negatywne procesy zachodzące w polityce zagranicznej III RP ulegną zatem pogłębieniu, a jej cele zostaną wyraźnie zdominowane przez rolę rosyjskiego „konia trojańskiego”. Stwierdzenie Bronisława Komorowskiego o wyjściu Polski z NATO, nie musiało być językowym lapsusem. Mogło bowiem wyrażać przyszłe intencje i zapowiadać decyzję zależną wyłącznie od woli Moskwy.
            Polska słaba, bezwolna i pozbawiona perspektyw. Kraj wszechwładzy służb, inwigilacji obywateli, bez wolnych mediów i autentycznej opozycji. Zrujnowana gospodarka i rabunkowa polityka – ukryte za propagandową zasłoną. Polska poddana dyktatowi wrogich mocarstw, niezdolna do samo-istnienia i walki o własne interesy – to wizja zagrożeń niezwykle realnych w przypadku wygranej Platformy. Uświadamia nam, że nigdy wcześniej nie staliśmy wobec tak dramatycznej sytuacji  i nigdy wcześniej od naszego wyboru nie zależało tak wiele.

Artykuł opublikowany w nr 39/2011 Gazety Polskiej

poniedziałek, 26 września 2011

WYBORY W CIENIU USTAWY O STANIE WOJENNYM

Za dwa tygodnie Bronisław Komorowski i jego partyjni koledzy, będą mieli w rękach realne narzędzie pozwalające wprowadzić w Polsce stan wyjątkowy.
Jutro bowiem, o godz. 10 Komorowski podpisze ustawę z dnia 30 sierpnia 2011 r. o zmianie ustawy o stanie wojennym oraz o kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych i zasadach jego podległości konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej Polskiej oraz niektórych innych ustaw. Ustawa wejdzie w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia.
Projekt nowelizacji wpłynął do Sejmu w dniu 10 czerwca br. i była to bodaj pierwsza inicjatywa ustawodawcza Komorowskiego od czasu wyboru na prezydenta. W tekście z 13. 06. zatytułowanym STAN WYJĄTKOWY W INTERNECIE? przedstawiłem treść tej nowelizacji i związane z nią zagrożenia.
Opinia prawna sporządzona przez prof. dr hab. Andrzej Szmyt eksperta ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych, zawierała jednoznaczną konkluzję: „Wyrażam istotną wątpliwość co do potrzeby i kształtu proponowanej nowelizacji wymienionych ustaw”. Pytanie: po co potrzebna jest ta nowelizacja - przewijało się również w trakcie prac sejmowych komisji obrony narodowej, spraw zagranicznych oraz administracji i spraw wewnętrznych, debatujących nad ustawą.
Jedyna odpowiedź pochodziła od szefa BBN Stanisława Kozieja, który wyjaśnił posłom, że celem nowelizacji ustawy o stanie wojennym jest „wprowadzenie do obrotu prawnego pojęcia cyberprzestrzeni”. Na pytanie: po co wprowadzać to pojęcie i co uzasadnia taką pilną potrzebę – nie udzielono sensownej odpowiedzi.
Zdaniem sejmowego eksperta „pojęcie „cyberprzestrzeni” wydaje się być pojęciem jednak niedookreślonym, w świadomości społecznej nieco „domyślnym”, o nieustalonej treści normatywnej, raczej dość potoczną „zbitką pojęciową”. Tym większe znaczenie musi mieć jego prawne dookreślenie (zdefiniowanie), jako że potencjalnie wiąże się z konsekwencjami w sferze praw i wolności człowieka i obywatela.”
Zaproponowana przez Komorowskiego definicja „cyberprzestrzeni” jest tak dalece nieprecyzyjna i ogólnikowa, że można pod nią podciągnąć każdy system teleinformatyczny służący przetwarzaniu, przechowywaniu, wysyłaniu i odbieraniu danych poprzez sieci telekomunikacyjne. Zwraca na to uwagę również ekspert sejmowy i podkreśla, że „nawet w Uzasadnieniu projektu określenie „cyberprzestrzeń” używane jest częściowo wymiennie, a częściowo we fragmentarycznym związku z pojęciem „przestrzeni wirtualnej”.
Nie precyzując zatem, o jakie zagrożenie może chodzić, nowelizacja pozwala Komorowskiemu wprowadzić na wniosek Rady Ministrów stan wojenny lub stan wyjątkowy na części albo na całym terytorium państwa. Szczególnie ważny jest art.2 nowelizacji, przewidujący zmianę w ustawie o stanie wyjątkowym. Czytamy w nim:
W sytuacji szczególnego zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa, bezpieczeństwa obywateli lub porządku publicznego, w tym spowodowanego działaniami o charakterze terrorystycznym lub działaniami w cyberprzestrzeni, które nie może być usunięte poprzez użycie zwykłych środków konstytucyjnych, Rada Ministrów może podjąć uchwałę o skierowaniu do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wniosku o wprowadzenie stanu wyjątkowego”.
O tym, co stanowi „szczególne zagrożenie” dla ustroju państwa lub czym są „działania w cyberprzestrzeni” będzie decydować Rada Ministrów w oparciu o prawo, które nie zawiera żadnej precyzyjnej definicji tych określeń. Ewentualna decyzja RM będzie całkowicie fakultatywna i zależna od swobodnej interpretacji zagrożeń.
Jeśli nawet przyjmiemy, że inicjatywa Komorowskiego nie ma związku z wyborami parlamentarnymi, a uchwalona nowelizacja nie posłuży do pacyfikacji społeczeństwa - pojawiają się istotne pytania, na które nikt z rządzących nie udzielił odpowiedzi.
Przede wszystkim, o ekspresowe tempo uchwalenia ustawy. Nie znajduje ono uzasadnienia w żadnym realnym zagrożeniu, ani nawet w ulubionym przez rządzących argumencie – wytrychu o potrzebie „implementacji prawa europejskiego”. Na polu „definiowania cyberprzestrzeni” III RP dzierży bowiem palmę pierwszeństwa, a żadne inne państwo UE nie uznało za konieczne tworzenie w tym celu specjalnej ustawy. W ostatnich miesiącach nie słyszeliśmy też o szczególnie groźnych atakach hakerskich na urzędy państwowe, zaś lektura strony internetowej CERT Polska nie wywołuje nadmiernych emocji.
Pytać także trzeba o entuzjazm, z jakim inicjatywa ustawodawcza Komorowskiego spotkała się wśród jego partyjnych towarzyszy. Bo choć w trakcie prac sejmowych komisji, opozycja (a nawet SLD) zgłaszała wiele uwag, podkreślając m.in. szkodliwość zmiany materii konstytucyjnej poprzez niedopracowaną i zbędną ustawę - tylko posłowie rządzącej koalicji nie mieli najmniejszych wątpliwości, że dzieło Komorowskiego zasługuje na jak najszybsze uchwalenie.
Posłanka PO Bożena Sławiak zdobyła się nawet na pochwalne peany pod adresem twórcy ustawy i w trakcie prac komisji wyznała: „Ja się akurat bardzo cieszę i dziękuję panu prezydentowi, że zainicjował wprowadzenie pojęcia cyberprzestrzeni. Myślę, że już od wielu miesięcy, od wielu lat funkcjonujemy w tej cyberprzestrzeni, wszyscy o niej mówimy, a tak naprawdę nie była ona zdefiniowana i nawet jeśli żadne państwo nie wprowadziło jeszcze takiego pojęcia, to chyba dobrze, że Polska zasygnalizowała, że cyberprzestrzeń istnieje i że istnieją zagrożenia z nią związane.”
Pytania o przyczyny uchwalenia tej ustawy są z pewnością zasadne, jeśli przypomnimy sobie, co grupa rządząca i jej stronnicy uznają za „zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa” lub nazywają „działaniami w cyberprzestrzeni” - a zatem - co ich zdaniem mogłoby wywołać zagrożenie na tyle poważne, by zgłosić Komorowskiemu wniosek o wprowadzenie stanu wyjątkowego.
Tak się bowiem składa, że w czasie ostatnich miesięcy poznaliśmy definicję PiS-u, jako „partii antysystemowej”, walczącej „z systemem ustrojowym”. Usłyszeliśmy również porównanie tej formacji do Komunistycznej Partii Polski i określenie jej „opozycją antysystemową i antypaństwową”. Zdaniem prominentnego autora tych słów - PiS „to formacja, która chce unicestwić państwo demokratyczne, ukształtowane po 1989 r”. Pamiętamy również, że zdaniem obecnej władzy, groźnymi „działaniami w cyberprzestrzeni” okazały się publikacje zawarte na stronie internetowej antykomor.pl. Były to czyny na tyle niebezpieczne, że wymagały zaangażowania Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Pamiętamy też o nadzwyczaj bliskich związkach Komorowskiego z ludźmi policji politycznej PRL i o szczególnym afekcie, z jakim dzisiejszy mieszkaniec Belwederu traktuje człowieka odpowiedzialnego za wprowadzenie w Polsce stanu wojennego.
Ustawa, którą Komorowski podpisze stwarza realne możliwości, by na mocy jednej, fakultatywnej decyzji zmienić każdy niekorzystny werdykt wyborczy lub zablokować zmiany groźne dla układu rządzącego. Jeśli taki scenariusz byłby brany pod uwagę – warto wiedzieć, że jutro to narzędzie zostanie uzbrojone.



piątek, 23 września 2011

INFORMACJE BEZ GRANIC

Projekt tej ustawy wpłynął do Sejmu 1 sierpnia 2011 roku i już po pięciu dniach został skierowany do pierwszego czytania. 11 sierpnia ustawa została pozytywnie zaopiniowana przez  Prokuratora Generalnego. Obradująca nad projektem sejmowa Komisja Administracji i Spraw Wewnętrznych przedstawiła swoje sprawozdanie już 29 sierpnia, zaś Senat uwinął się z pracą do 15 września. Ostateczny tekst Ustawy „o wymianie informacji z organami ścigania państw członkowskich Unii Europejskiej” został uchwalony przez Sejm w dniu 16 września br.
Powstały w błyskawicznym tempie totalny bubel prawny, może stać się jednym z najgroźniejszych narzędzi wymierzonych w polskich obywateli i stanowi kolejne, realne zagrożenie dla  naszych praw obywatelskich.
Rząd Donalda Tuska uzasadniając projekt ustawy użył zwyczajowej formuły – wytrychu o „dostosowaniu prawa krajowego do unijnych standardów” oraz  wdrażaniu do polskiego systemu prawnego zasad wynikających z kilku decyzji ramowych Unii Europejskiej”. To tylko część prawdy, zaś nadany ustawie tytuł ma niewiele wspólnego z jej treścią.
 Z założenia - ten akt prawny ma określać „zasady i warunki wymiany informacji z organami ścigania państw członkowskich Unii Europejskiej w celu wykrywania i ścigania sprawców przestępstw lub przestępstw skarbowych oraz zapobiegania przestępczości i jej zwalczania oraz przetwarzania informacji, a także podmioty uprawnione w tych sprawach”.
Tymczasem do projektu włączono liczne zmiany w ustawach, które miały dawać nowe uprawnienia - Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Straży Granicznej, Żandarmerii Wojskowej, Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu, Agencji Wywiadu, Służbie Wywiadu Wojskowego i Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, a szczególnie Policji - do pozyskiwania w uproszczony sposób, a więc bez decyzji sądu, informacji dotyczących osób podejrzanych o dokonanie przestępstw. Dopiero sprzeciw opozycji oraz medialne nagłośnienie intencji rządu zdecydowały o wycofaniu najbardziej kontrowersyjnych zapisów. Pierwotny projekt przewidział np. stworzenie nowego systemu danych pod nazwą Elektroniczny System Odzyskiwania Mienia (ESOM)- zapewniającego policji i służbom dostęp do baz danych banków czy biur maklerskich.
Obecny kształt ustawy nadal musi budzić poważne zastrzeżenia. Jej przepisy rozciągają bowiem procedury wymiany informacji o polskich obywatelach na organizacje międzynarodowe oraz państwa nie będące członkami UE i pozwalają na całkowitą dowolność działań służb. Sugestia zawarta w tytule ustawy, nie ma nic wspólnego z jej rzeczywistą zawartością.
Ustawa przewiduje utworzenie „punktu kontaktowego” w którym funkcjonariusze służb specjalnych III RP będą mieli bezpośredni dostęp do wszystkich baz danych na temat obywateli. Zadania „punktu kontaktowego” ma wykonywać Komendant Główny Policji, Komendant Główny Straży Granicznej oraz Szefowie ABW i AW. „Punkt kontaktowy” ma służyć  wymianie informacji z organami ścigania państw członkowskich UE oraz organami „państw trzecich” poprzez kanały komunikacji wykorzystywane w międzynarodowej współpracy policyjnej, w szczególności udostępnianymi przez: INTERPOL, Europejski Urząd Policji – EUROPOL oraz biura SIRENE. Informacje mogą również przekazywać oficerowie łącznikowi lub „inni przedstawiciele podmiotów uprawnionych”.
 „Punkt kontaktowy” będzie miał bezpośredni dostęp m.in. do: Krajowego Systemu Informacyjnego Policji, zbiorów danych PESEL, Centralnej Ewidencji Pojazdów, Centralnej Ewidencji Kierowców, systemu Pobyt, Krajowego Rejestru Karnego, Krajowego Rejestru Sądowego, Rejestru Dowodów Osobistych, Krajowego Rejestru Urzędowego Podmiotów Gospodarki Narodowej, Centralnej Ewidencji Wydanych i Unieważnionych Paszportów, Centralnej Bazy Osób Pozbawionych Wolności, danych udostępnianych za pośrednictwem Krajowego Systemu Informatycznego oraz tzw. danych referencyjnych obejmujących profile DNA.
Na podstawie uchwalonej ustawy - wszystkie informacje zawarte w tych systemach, mogą być przekazywane do dowolnego państwa świata, praktycznie bez czyjejkolwiek zgody i wiedzy. Taką możliwość wyraźnie przewiduje art.18 ustawy, pozwalający „w przypadkach niecierpiących zwłoki,  jeżeli jest to niezbędne do zapobieżenia bezpośredniemu i poważnemu zagrożeniu bezpieczeństwa lub porządku publicznego” przekazywać informacje według uznania służb, a dopiero po ich przekazaniu informować „organ właściwy do udzielenia zgody”. Co więcej - służby nie mają obowiązku powiadamiania osoby o przetwarzaniu jej danych osobowych, czyli przekazują zagranicę dane bez jej zgody i wiedzy.
W praktyce oznacza to, że najbardziej poufne informacje o obywatelach polskich mogą bez przeszkód trafić do takich państw jak: Chiny, Kuba, Rosja, Wietnam czy Białoruś – wszystkie one bowiem są członkami międzynarodowej organizacji policyjnej INTERPOL oraz należą do „państw trzecich”, o których mowa w ustawie. Niedawny przypadek haniebnej denuncjacji białoruskich opozycjonistów, byłby zatem pod rządami nowej ustawy w pełni umotywowany. Można przyjąć, że po jej uchwaleniu, takie incydenty staną się stałą praktyką, zaś „wymiana informacji” – czyli donoszenie na własnych obywateli, również organom państw totalitarnych, będzie się odbywać w majestacie prawa.
Dzięki przyjęciu nowej ustawy Policja i służby specjalne, dzięki działalności „punktów kontaktowych” uzyskują wręcz nieograniczony dostęp do każdej informacji na temat obywateli. Zapisy zawarte w art.27 umożliwiają zaś Policji przetwarzanie tych danych „w innym celu” niż ten, w którym zostały uzyskane. Wystarczy, że uzna, iż „jest to niezbędne do realizacji zadań ustawowych Policji”.
Dziś jeszcze trudno przewidzieć wszystkie negatywne skutki, jakie może przynieść ustawa o zwodniczej nazwie. Poseł Tadeusz Woźniak z PiS, prezentując stanowisko Klubu Parlamentarnego stwierdził, że wynikające z tej ustawy „praktyki obozu rządzącego Polską mogą być niebezpieczne zarówno dla obywateli polskich, jak i miłujących wolność obywateli innych państw”.
Mamy nadzieję - dodał Woźniak, „że po tegorocznych wyborach parlamentarnych Platforma Obywatelska będzie odsunięta od władzy i możliwości podstępnego przepychania niekorzystnych z punktu widzenia obywateli rozwiązań.”



Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

czwartek, 22 września 2011

ZABÓJCZE MODERNIZACJE „PANÓW W MUNDURACH”

Bronisław Komorowski może mieć istotne powody, by w sprawie katastrofy samolotu wojskowego CASA obarczać odpowiedzialnością ówczesne dowództwo Sił Powietrznych, w tym generała Andrzeja Błasika.
W niedawnej wypowiedzi radiowej Komorowski stwierdził, że „trzeba mieć odwagę powiedzenia publicznie i jednoznacznie”, że były minister obrony Klich popełnił błąd nie odwołując w roku 2008 gen. Błasika ze stanowiska szefa Sił Powietrznych. W wystąpieniu Komorowskiego znajdowała się sugestia, że to dowódca SP ponosił odpowiedzialność za katastrofę samolotu CASA.

Bez certyfikatu, bez przetargu

Warto zatem, by obecny prezydent - tak chętnie pouczający innych o potrzebie odwagi - sam wykazał choćby minimum tej cechy i publicznie ujawnił swoją rolę w zakupie hiszpańskiego samolotu oraz wyjaśnił szokujące okoliczności towarzyszące tej transakcji.
To on, jako minister obrony narodowej w rządzie Jerzego Buzka w połowie 2001 roku podpisał umowę na zakup samolotów CASA. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 2000 r. MON ogłosił przetarg na samolot transportowy.
Przystąpiły do niego trzy firmy: hiszpańska CASA, włoska Alenia i ukraiński Antonow. W momencie zgłoszenia, żadna z nich nie posiadała odpowiednich certyfikatów natowskich. Dwie ostatnie firmy wykluczono z przetargu natychmiast, choć w krótkim czasie przedstawiły stosowne certyfikaty. CASA, która również nie miała certyfikatów na awionikę, potraktowana została ulgowo.
Już wówczas zwracano uwagę, że CASA C-295 sprawia wrażenie przerobionego na potrzeby wojska samolotu cywilnego i nie spełnia podstawowych warunków militarnych. Zbyt mała przestrzeń ładunkowa samolotu uniemożliwia m.in. załadunek standardowych palet NATO-wskich czy samochodu Hammer, a źle poukładany bagaż stwarzał zagrożenie katastrofą. Zaproponowany przez Włochów C-27J Spartan nie tylko miał większą ładowność i parametry amerykańskiego Herkulesa, ale znacznie dalej i szybciej latał.
Decyzję o rezygnacji z trybu przetargowego podjął minister obrony narodowej Bronisław Komorowski. 28 sierpnia 2001 roku podpisano kontrakt o wartości 211 mln dolarów, na mocy którego Polska otrzymała osiem maszyn z możliwością dokupienia czterech następnych. W zamian za zamówienie hiszpańskie EADS CASA i Avia System Group kupiły większościowy pakiet PZL Warszawa-Okęcie za 28,5 miliona złotych obiecując zainwestowanie w najbliższych dwóch latach kolejnych 16 milionów. Miało tam powstać m.in. centrum serwisowe dla samolotów CASA. Centrum nigdy jednak nie powstało, przez co maszyny na wszystkie przeglądy i naprawy musiały każdorazowo latać do Hiszpanii.
W roku 2001 decydowały się losy trzech ogromnych przetargów na: samolot wielozadaniowy, transporter kołowy opancerzony i przeciwpancerny pocisk kierowany. Wartość tych zakupów przekraczała 25 mld zł.
Zastępcą Komorowskiego odpowiedzialnym za sprawy przetargów był wówczas wiceminister Romuald Szeremietiew – zwolennik przejrzystych procedur przetargowych. Postawa wiceministra musiała kolidować z interesami nieformalnych grup interesów w MON, w których główne role odgrywali oficerowie Wojskowych Służb Informacyjnych. Szeremietiew twierdził, że w sprawie wyboru samolotu transportowego istniały silne naciski ze strony tego środowiska.
W czerwcu 2001 r. minister Komorowski zaprosił mnie na rozmowę” – wspominał Szeremietiew. „Wtedy z wyraźną troska w głosie powiedział, że w „dużej gazecie” wkrótce ukaże się bardzo „nieprzyjemny” dla mnie artykuł. I zapytał – ty wytłumaczysz się z budowy domu?
7 lipca 2001 r. w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł. autorstwa Bertolda Kittela i Anny Marszałek pt. „Kasjer z Ministerstwa Obrony”, w którym dziennikarze oskarżyli o korupcję Zbigniewa Farmusa - najbliższego współpracownika Szeremietiewa. O nim samym napisano, że „w ciągu czterech lat urzędowania poczynił inwestycje, na które nie ma pokrycia w dochodach.”
Tego samego dnia, po spektakularnym zatrzymaniu Farmus trafił do aresztu, gdzie następnie spędził łącznie 2,5 roku. W kilka godzin później, w atmosferze skandalu ze stanowiska odwołano Szeremietiewa. Wprawdzie wszystkie zarzuty okazały się nieprawdziwe i nie znalazły potwierdzenia w wieloletnim śledztwie, cel publikacji został osiągnięty. Szeremietiew odszedł z MON, a sprawy zakupów dla armii przejęli ludzie wyznaczeni przez Komorowskiego. Razem z wiceministrem posadę stracił płk Janusz Zwoliński, dyrektor Departamentu Zaopatrywania Sił Zbrojnych MON, któremu bezpośrednio podlegała kontrola nad przetargami. Zastąpił go protegowany Komorowskiego, płk Paweł Nowak – absolwent studiów podyplomowych Akademii Wojsk Pancernych w Moskwie. To on zdecydował o zakupie CASY. Wkrótce nastąpiła zmiana rządów, a nowym ministrem obrony został Jerzy Szmajdziński. Na stanowiskach pozostali jednak ludzie Komorowskiego, związani z przetargami dla wojska. Płk. Nowak za czasów rządów SLD dokonał zakupu transportera kołowego Patria i rakiety przeciwpancernej.

Brak winnych i deklaracje

25.lutego 2008 r., po katastrofie CASY (w której zginęło 20 oficerów WP) Prokuratura Wojskowa wszczęła śledztwo, w trakcie którego badano czy nie doszło do korupcji przy zakupie samolotów. Uwagę śledczych skupiły kwestie związane z wyborem dostawcy, zawarciem umowy i jej aneksowaniem.
W roku 2007 prowadzono również postępowanie dotyczące Bronisława Komorowskiego. Z odpowiedzi szefa Prokuratury Wojskowej Krzysztofa Parulskiego na interpelację posła Ludwika Dorna w sprawie śledztwa związanego z zakupem CASY wynika, że rozstrzygnięcie tego postępowania nastąpiło natychmiast po dojściu do władzy koalicji PO-PSL. W odpowiedzi ze stycznia 2009 roku Parulski stwierdził: „Prokurator Prokuratury Okręgowej w Warszawie prawomocnym postanowieniem z dnia 19 listopada 2007 r. odmówił wszczęcia śledztwa, sygn. V Ds. 385/07, w sprawie niedopełnienia w 2000 r. i następnych latach w Warszawie obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy publicznych działających w celu osiągnięcia korzyści osobistych lub majątkowych w okresie pełnienia funkcji ministra obrony narodowej przez Bronisława Komorowskiego w związku z ogłoszonym, a następnie realizowanym przetargiem na zakup samolotu transportowego na potrzeby Wojska Polskiego, tj. o czyn z art. 231 § 2 K.k., stwierdzając w uzasadnieniu tego postanowienia, że ˝proces realizacji zobowiązań offsetowych, choć realizowany nieterminowo, trwa˝.
Po tragicznym wypadku CASY Bronisław Komorowski chętnie brylował w mediach i dywagował iż „należy zastanowić się nad wprowadzeniem odpowiednich regulacji dotyczących lotów z udziałem takiej kadry”. Twierdził wówczas, że „takie procedury dotyczą tylko najważniejszych osób w państwie. Prezydent, premier czy marszałek Sejmu nie mogą latać jednym samolotem”. Kilka dni później składał wieniec przed warszawskim Pomnikiem Lotnika „w geście solidarności z rodzinami 20 lotników - ofiar katastrofy”.
Informacje prasowe o braku centrum serwisowego hiszpańskich samolotów Komorowski określił jako „przedziwną plotkę”. Pytany wówczas o przyczyny katastrofy powiedział, że należy zachować ostrożność przy spekulowaniu i pouczył : „Wyniki mogą być zaskakujące, a spekulacjami można komuś zrobić krzywdę. Politycy powinni z daleka się trzymać się od udawania, że wiedzą wszystko o lotnictwie, nawet jak są byłymi ministrami obrony narodowej. Powinni zachować umiar w ponaglaniu wojskowych. Są procedury, jest komisja wypadkowa, która w tej chwili bada wszystkie dokumenty, przygotowuje się do przesłuchania wszystkich nagrań, jest czarna skrzynka, jestem pewien, że ten werdykt będzie jednoznaczny”.

Podraporty podkomisji

Śledztwo dotyczące katastrofy CASY można określić mianem złowrogiego preludium przed podobnymi działaniami podejmowanymi przez grupę rządzącą w sprawie tragedii smoleńskiej. Wbrew zapewnieniom ministra Klicha, iż „wszystkie okoliczności zostaną wyjaśnione” - postępowanie prowadzono nierzetelnie, pod z góry założoną tezę, ukrywając przed opinią publiczną szereg istotnych informacji.
Komisja badająca przyczyny katastrofy pracowała przez ponad dwa miesiące i podzielona została na kilka podkomisji, z których każda miała do sporządzenia podraport dotyczący np. pogody, stanu technicznego czy akcji ratowniczej. Dawało to w sumie kilkaset stron analiz, wniosków i ekspertyz. Tymczasem raport końcowy komisji liczył nieco ponad 30 stron i nie zawierał najważniejszych informacji zawartych w podraportach.
Odpowiedzialnością za katastrofę obarczono wyłącznie załogę i kontrolerów lotów. Piloci - jak stwierdzono w raporcie – „zamiast kontrolować wskaźniki, wzrokiem poszukiwali lądowiska”. Komisji ustaliła, że tragicznemu zdarzeniu sprzyjały w szczególności: niewłaściwy dobór załogi, niewłaściwa współpraca załogi w kabinie, niekorzystne warunki atmosferyczne, dezorientacja przestrzenna załogi w wyniku niewłaściwego podziału uwagi w czasie lotu bez widoczności ziemi, Stwierdzono też, że system nawigacyjny ILS, w jaki wyposażony był samolot, nie mógł być użyty, bo system ten nie działał na lotnisku w Mirosławcu.
Oficjalny, odtajniony raport nie wspominał ani słowem, że awarii mogła ulec sama CASA. Za nieistotne uznano informacje, że w ciągu całego lotu aż dziewięć razy włączała się sygnalizacja awarii instalacji przeciwoblodzeniowej, a problemy z tą instalacją samolot miał już podczas wcześniejszych lotów. Komisja uznała to zjawisko normalne. Zawodziła także instalacja elektryczna. Wyłączenie jednej z tzw. szyn energetycznych było spowodowane, zdaniem komisji, włączeniem dodatkowych pomp hydraulicznych w samolocie. Również to zdarzenie komisja uznała za całkowicie prawidłowe. Wątpliwości komisji nie wzbudził też fakt, że samolot zatankowano paliwem o bardzo złej jakości, które mogło poważnie uszkodzić silniki.
W opinii wielu ekspertów, raport sprawiał wrażenie napisanego pod presją, z wyraźnie zarysowaną tezą - w taki sposób, by zrzucić winę na błąd człowieka (pilotów i kontrolerów), a nie na zawodność sprzętu.
Jednocześnie śledztwu towarzyszyły okoliczności, które mogły wskazywać, że komuś bardzo zależało na ukryciu prawdy o przyczynach katastrofy.
Prawdopodobnie doszło do sfałszowania nagrań prowadzonych pomiędzy załogą samolotu a wieżą. Wśród nagrań były również rozmowy telefoniczne prowadzone przez służbowe telefony stacjonarne na terenie portu lotniczego. Prof. Stefan Grocholewski z Politechniki Poznańskiej badając na zlecenie prokuratury treść tych rozmów zauważył, że fragment dialogu pomiędzy dwoma oficerami został zarejestrowany w dwóch różnych miejscach. Ekspert nie wykluczył manipulacji przy nagraniach, jednak nie mógł tego stwierdzić ze stuprocentową pewnością, ponieważ prokuratura do badań przekazała mu kopie, a nie oryginał zapisów. Zakwestionowany fragment dotyczył m.in. liczby ofiar i wynikało z niego, że rozmówcy nie wiedzieli, ile osób zginęło. Prokuratura nie zajęła się tym wątkiem, a autor ekspertyzy zmarł 25 marca 2010 r., w pół roku po jej sporządzeniu.

Milczenie po katastrofie


Wielokrotnie wracano uwagę na istotne podobieństwa katastrofy w Mirosławcu i okoliczności towarzyszących tragedii smoleńskiej. Jednym ze wspólnych elementów może być kwestia nagłego zdarzenia – awarii, do której miało dojść jeszcze nad ziemią. W Tu - 154 urządzenia pokładowe zarejestrowały dwa potężne wstrząsy i następującą po nich awarię systemu zasilania samolotu, w przypadku CASY mieliśmy do czynienia z gwałtownym przerwaniem zapisu czarnych skrzynek w momencie, gdy samolot znajdował się 329 stóp (czyli ok. 100 metrów) nad ziemią. Dane na ten temat pochodzą z wykresu pracy silników i sterów CASY i zostały umieszczone w jednym z załączników do upublicznionego przez armię raportu. Wynika z niego, że na 14 sekund przed rozbiciem samolotu załoga wyłączyła autopilota i przeszła na sterowanie ręczne. W tym czasie żaden z pilotów i nawigator nie nawiązali kontaktu z wieżą kontrolną we Mirosławcu.. Wypowiadający się na ten temat piloci przypuszczali, że w kabinie musiało dojść do nagłej awarii, na tyle niespodziewanej, że załoga nie miała czasu poinformować o tym kontrolerów.
W czasie śledztwa zastraszano również rodziny ofiar, m.in. córkę gen. Andrzeja Andrzejewskiego grożąc im po tym, jak zakwestionowali wyniki ustaleń komisji badającej przyczyny wypadku.
Andrzej Smyczyński, brat tragicznie zmarłego pilota samolotu CASA kpt. Michała Smyczyńskiego, próbował na własną rękę dociec prawdy. Opowiadał, że już po ujawnieniu raportu na ulicy pod jego domem zaczepiło go dwóch mężczyzn. Podjechali czarnym mercedesem z zasłoniętymi numerami rejestracyjnymi. Kierowca samochodu ostrzegł Smyczyńskiego: „Zostaw, gnoju, sprawę Mirosławca, bo jesteś na to za cienki. Wiemy dokładnie, gdzie mieszkasz, co robisz, z kim pracujesz, z kim się spotykasz. Jest to na razie prośba od wysoko postawionych panów w mundurach”. Na pożegnanie pokazał Smyczyńskiemu kaburę i wykonał ruch dłonią, jakby do niego wystrzelił
Również Klaudyna Andrzejewska – córka gen. Andrzejewskiego informowała o naciskach i groźbach, wywieranych na nią i na żonę generała. Próbowano wymóc, by córka nie publikowała żadnych artykułów ani nie występowała w mediach przed rocznicą katastrofy.
Przed rokiem media informowały, że resort obrony zbierał kompromitujące materiały na temat niektórych członków rodzin ofiar i zastanawiał się nad ich publikacją w tabloidach. Świadkowie twierdzili, iż próbowano zdyskredytować wizerunek tych rodzin, które krytykowały działania MON.
Sprawę gróźb, podobnie jak wszystkich pozostałych wątków związanych z katastrofą CASY umorzono, a nad zdarzeniem z 2008 roku zapadło milczenie.
Identycznie jak w przypadku tragedii smoleńskiej, winą obarczono załogę samolotu, żołnierzy i dowódców. Dywagowano o naciskach na lądowanie, a niedawna wypowiedź Komorowskiego wyraźnie nawiązuje do zarzutów stawianych gen Błasikowi. Nikt nie poniósł odpowiedzialności politycznej, zaś sprawy dotyczące serwisowania samolotów skutecznie wyciszono.
Człowiek, który zdecydował o ich zakupie i zaakceptował fatalne warunki offsetowe, w wywiadzie z lutego br. uznał zakup samolotu CASA za jeden z „dwóch największych, gigantycznych projektów modernizacji” i „gigantyczny wysiłek modernizacyjny za gigantyczną ilość pieniędzy.”
Uważam – pochwalił się Komorowski, „że zwierzchnictwo cywilne, akurat w odniesieniu do Sił Powietrznych może poszczycić się ogromnymi osiągnięciami w zakresie skutecznego i dobrego dla Sił Powietrznych kierowania”. Zdaniem Komorowskiego „szwankowało” jedynie dowodzenie SP, „które dało o sobie znać m.in. katastrofą pod Mirosławcem i brakiem wyciągnięcia daleko idących wniosków i odpowiednich wniosków, a to z kolei miało swój jakiś wpływ, w moim przekonaniu - to albo stwierdzi raport Millera, albo nie - ale gdzieś to prowadziło także do katastrofy smoleńskiej.”


Artykuł opublikowany w nr 38/2011 Gazety Polskiej.

wtorek, 20 września 2011

ANATOMIA KAPITULACJI

Wszelkie refleksje na temat bezpieczeństwa państwa polskiego przypominają dziś dyskusję akademicką, prowadzoną na bezużytecznym poziomie abstrakcji. Głownie z tej przyczyny, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do tragicznego zdarzenia, które totalnie obezwładniło i skompromitowało cały system bezpieczeństwa państwa, a w wyniku tego zdarzenia państwo polskie dobrowolnie wyrzekło się części swoich zewnętrznych prerogatyw oraz zrezygnowało z  istotnych składników suwerenności.
Skutki tragedii smoleńskiej można porównać jedynie do następstw zbrojnej agresji, w wyniku której ginie głowa państwa i całe dowództwo wojsk, zaś pozostała w kraju władza wykonawcza ogłasza całkowitą i bezwarunkową kapitulację.
Do dziś żadna z osób odpowiedzialnych za doprowadzenie do katastrofy nie poniosła najmniejszych konsekwencji, a organy konstytucyjne tego państwa nie są w stanie ustalić wiarygodnych okoliczności tragedii. Państwo zbudowane pod rządami PO-PSL wykazało, że nie tylko nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa najwyższych rangą przedstawicieli, ale nie może sprostać egzekwowaniu swoich praw na arenie międzynarodowej i nie chce  poznać winnych śmierci własnych rodaków.
Od 10 kwietnia ubiegłego roku mamy natomiast do czynienia z pogłębianiem procesu kapitulacji w obszarze politycznym i gospodarczym oraz wrogimi wobec Polski aktami dezinformacji, w stopniu  porównywalnym jedynie z wojną informacyjną prowadzoną na terytorium obcego państwa.
W tej sytuacji rozważanie kwestii bezpieczeństwa staje się bezprzedmiotowe, ponieważ każda z nich jest dotknięta skazą w postaci nieusuniętych skutków tragedii smoleńskiej. Dopóki trwa stan permanentnej kapitulacji, nie sposób w ogóle mówić o poczuciu braku zagrożenia. Zapewnienia, iż „państwo zdało egzamin” są przejawem nie tylko pospolitej głupoty ale też pogardy dla państwa i jego obywateli.
Przykłady takiego skażenia można wskazać w dwóch, niezwykle ważnych obszarach: rezygnacji z bezpieczeństwa energetycznego oraz zaprzestania prowadzenia samodzielnej polityki zagranicznej.
Podpisana w październiku 2010 roku umowa gazowa z Rosją zakończyła dwuletni spektakl, w którym rząd Donalda Tuska oraz inne organy państwa polskiego traktowane były jako adresaci żądań i wykonawcy poleceń. Na tak uwłaczającą relację pozwolono Rosjanom już we wrześniu 2009 roku, przyjmując jako podstawę przyszłego kontraktu gazowego dyrektywy płk Władimira Putina. Zdecydowanym przeciwnikiem podpisania długoterminowej umowy był prezydent Lech Kaczyński, dla którego bezpieczeństwo energetyczne Polski stanowiło bezwzględny priorytet. Projekt jego autorstwa - Euroazjatycki Korytarz Transportu Ropy Naftowej, - którego część miał stanowić rurociąg Odessa-Brody-Płock-Gdańsk pozwalał na dostawy ropy naftowej z regionu Morza Kaspijskiego do Polski i Europy. W kręgu zainteresowania Lecha Kaczyńskiego leżała również sprawa wydobycia gazu łupkowego oraz jak najszybsze uruchomienie gazoportu. Również sprzeciw wobec budowy Nord Stream, blokującego wejście do portu w Świnoujściu wynikał z konsekwentnej, zgodnej z polskim interesem polityki bezpieczeństwa energetycznego.
17 listopada 2009 roku Lech Kaczyński przesłał do Donalda Tuska list, w którym zawarł pytania dotyczące kilku kluczowych kwestii związanych ze stanowiskiem negocjacyjnym rządu, zaś 26 marca 2010 roku odbyło się w Belwederze spotkanie ekspertów poświęcone bezpieczeństwu energetycznemu. Wywołało ono olbrzymie wzburzenie grupy rządzącej i sprowadziło liczne ataki medialne na prezydenta, a obecni na spotkaniu przedstawiciele rządu opuścili salę obrad. Główny wniosek, płynący z przedstawionego wówczas raportu Piotra Naimskiego był bowiem taki, że umowa z Rosją jest niekorzystna dla Polski i zagraża naszemu bezpieczeństwu. Lech Kaczyński poważnie zastanawiał się nad prawnymi możliwościami zablokowania umów z Gazpromem i prowadził w tej sprawie liczne konsultacje. Można zatem przyjąć, że śmierć prezydenta usuwała poważną przeszkodę na drodze do podpisania kontraktu, który skazywał Polskę na 27 –letni dyktat Gazpromu i prowadził do ścisłego związania polskiej gospodarki z interesami rosyjskimi.
Nie może być dziełem przypadku, że negocjacje w sprawie umowy wyraźnie nabrały tempa po 10 kwietnia, przy czym grupa rządząca konsekwentnie odmawiała ujawnienia warunków umowy zasłaniając się rzekomą tajemnicą handlową. Doprowadziło to do sytuacji, w której polskie społeczeństwo pozbawiono elementarnej wiedzy o treści dokumentu, zastępując rzetelną wiedzę propagandowymi banałami o „sukcesach negocjacyjnych”.
Po ujawnieniu faktycznych zapisów kontraktu stało się oczywiste, że nie zawiera on jakichkolwiek ekonomicznych pożytków dla strony polskiej, a u podstaw jego zawarcia leżał dogmatyczny kosmopolityzm i antypolonizm grupy rządzącej. Umowa stała się symbolem wasalnych, asymetrycznych stosunków łączących grupę Tuska z reżimem Putina. Nie sposób dziś jeszcze ocenić katastrofalnych skutków, jakie dla naszego bezpieczeństwa energetycznego będzie miało długoletnie i wyniszczające związanie gospodarki z potrzebami rosyjskich eksporterów energii i uczynienie z Polski organizmu zależnego od paliwowego „krwioobiegu” Federacji Rosyjskiej. W ramach podporządkowania interesom rosyjskim obecny rząd zrezygnował również ze sprzeciwu wobec lokalizacji niemieckiego odcinka Nord Stream i  nie uczynił nic w sprawie zablokowania niekorzystnej inwestycji. Tym samym, losy gazoportu w Świnoujściu wydają się przesądzone, ponieważ biegnący po dnie Bałtyku gazociąg zablokuje wejście do polskich portów statków o największym tonażu i uniemożliwi rozwój gazoportu.
Nie trzeba tworzyć historii alternatywnej by zrozumieć, że po 10 kwietnia i eliminacji najgroźniejszego przeciwnika umowy gazowej, nastąpiła całkowita kapitulacja w zakresie bezpieczeństwa energetycznego i przyjęcie wszystkich warunków rosyjskich.
W jeszcze większym stopniu, następstwa poddania państwa polskiego widoczne są w obszarze dyplomacji i polityki zagranicznej. Przejawia się to nie tylko w rezygnacji z roli lidera wobec państw strefy postsowieckiej, odrzuceniu strategicznej polityki wobec Gruzji i Ukrainy czy sabotażu w sprawie tarczy antyrakietowej. Takie intencje grupa rządząca okazywała bowiem już od chwili dojścia do władzy, konsekwentnie zmieniając kierunki polskiej dyplomacji i podporządkowując ją interesom Moskwy i Berlina. Przeciwwagę dla demontażu polityki zagranicznej stanowił jednak silny ośrodek prezydencki, a aktywna i nieugięta postawa Lecha Kaczyńskiego wywoływała wściekłość decydentów rządowych. To prezydent sprzeciwiał się ustępstwom w sprawie podpisania nowego porozumienia o wzajemnych stosunkach między Rosją, a UE, krytykował stanowisko Niemiec w sprawie wejścia Ukrainy i Gruzji do NATO i stał na przeszkodzie rosyjsko-niemieckim planom zawiązania sojuszu ponad głowami Polaków. Przede wszystkim jednak był strażnikiem prawdy historycznej i sprzeciwiał się próbom podporządkowania polskiej polityki fałszywym relacjom historycznym.
Tytuł jednej z publikacji „Niezawisimaj Gaziety” z 13 kwietnia 2010 roku : "Katyńska kość niezgody w relacjach Warszawy i Moskwy zostanie pochowana razem z prezydentem Lechem Kaczyńskim” – wiernie oddaje rosyjskie nadzieje związane ze śmiercią polskiego prezydenta.
Podobnie, jak oczekiwania polityków grupy rządzącej trafnie określa cytat z rosyjskiego  "Kommiersanta", w którym cztery dni po tragedii smoleńskiej napisano: "ci politycy w Polsce, którzy opowiadają się za pojednaniem z Rosją, otrzymali taką swobodę manewru, o jakiej tydzień temu mogli tylko marzyć.
Tę „swobodę manewru” politycy PO-PSL wykorzystali do rezygnacji państwa polskiego z prowadzenia własnej – czyli nakierowanej na obronę polskich interesów - polityki zagranicznej i zastąpili ją uwłaczającą postawą rosyjskiego „konia trojańskiego”. Nie istnieje dziś w tym obszarze żaden, znaczący projekt, o którym moglibyśmy powiedzieć, że służy polskiej racji stanu.
To ja decyduję, co jest polską racją stanu" – oznajmił rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej Donald Tusk, gdy przyznał, że nie występował do Federacji Rosyjskiej z wnioskiem o wspólne śledztwo, a nawet nie miał takiego pomysłu. Ale i w tym wyznaniu premier rozmija się z prawdą, bo od 10 kwietnia nie sposób wskazać działań, które służyłyby polskim interesom, można za to wymienić wiele celów realizowanych w interesie putinowskiej Rosji.
Począwszy od obłędnego pomysłu otwarcia granicy z Kaliningradem i akceptacji dla rosyjsko-niemieckiego projektu „Prusy Wschodnie”, reaktywacji Trójkąta Weimarskiego, tylko po to, by  zaprosić doń Rosję i włączyć to państwo w decyzje dotyczące Europy, po starania w sprawie nowego układu między Federacją Rosyjską i UE i zabiegi o przyjęcie Rosji do Światowej Organizacji Handlu. Wszystkie cele tzw. polskiej prezydencji w UE zostały podporządkowane interesom Kremla, a  podstawowym zadaniem koalicji PO-PSL na arenie międzynarodowej jest „usuwanie przeszkód stojących na drodze poprawy relacji rosyjsko-niemieckich” - jak zdefiniował swoją misję Donald Tusk.
Nie ma dziś w UE państwa, które w podobny sposób zrezygnowałoby z suwerennej polityki w stosunkach z innymi państwami i podporządkowało ją celom obcego mocarstwa. Mimo tej serwilistycznej postawy, obraz stosunków polsko – rosyjskich jest dziś fatalny i próżno szukać choćby jednego aktu świadczącego o poprawie relacji z Rosją. Nawet stworzenie rządowego Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia nie wywołało partnerskiej  reakcji strony rosyjskiej i zostało zignorowane przez prezydenta Miedwiediewa.
To nie przypadek, że za czasów obecnego rządu do dyplomacji wrócili absolwenci Państwowego Instytutu Spraw Międzynarodowych, Akademii Dyplomatycznej czy podyplomowego studium w WSNS przy KC PZPR. Prorosyjskie zadania stawiane polityce zagranicznej III RP wymagają kadr wyhodowanych w kuźniach aparatczyków i ośrodkach agentury.
Symbolem służby dyplomatycznej pod rządami PO-PSL jest dziś postać Tomasza Turowskiego – pułkownika SB, któremu powierzono organizację wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Takim symbolem może być również osoba ostatniego szefa WSI gen Marka Dukaczewskiego, o którym wiemy, że był częstym gościem w gabinecie ministra Sikorskiego i prawdopodobnie doradzał szefowi MSZ w sprawach kadrowych.
Słowa Turowskiego z wywiadu, jakiego ambasador tytularny w Moskwie udzielił w dniu 12 kwietnia 2010 roku rosyjskiemu radiu, ukazują zaś nie tylko wymiar grozy wynikającej ze skutków tragedii smoleńskiej, ale również rzeczywistą skalę kapitulacji państwa polskiego.  I Rosja, i Polska – powiedział Turowski -  należą [...] do tej samej ogromnej judeo-chrześcijańskiej tradycji, a wielkie rzeczy w tej tradycji zawsze rodziły się we krwi. I jestem pewien, że z tej krwi wyrośnie to, na co my wszyscy czekamy - nowe, dobre stosunki pomiędzy Polską i Rosją



Artykuł opublikowany w nr 8/2011 miesięcznika „Nowe Państwo”.

sobota, 17 września 2011

DWA GŁOSY

Gdy przeczytałem dziś wystąpienie Bronisława Komorowskiego wygłoszone w 72. rocznicę napaści sowieckiej na Polskę, po raz kolejny zrozumiałem, że państwo, którego przedstawicielem jest ten człowiek nigdy nie wyzwoli się ze stanu haniebnego upodlenia.
Każdy, kto poznał dzieje naszego kraju i wie, czym była rozciągająca się nad Polską noc sowieckiej okupacji, musi odczuwać głębokie upokorzenie czytając słowa Komorowskiego. Upokorzenie – ale i gniew, że moi rodacy wybrali prezydentem postać tak niegodną i daleką od rozumienia polskiej historii.
 Nie znajduję w języku konwenansów słów dostatecznie mocnych, by wyraziły odrazę wobec wykorzystywania tej daty dla wygłoszenia prostackiej, nacechowanej żałosną próżnością mowy, w  której megalomania miesza się z intencją zamazywania prawdy historycznej.  Można byłoby pytać: co wspólnego z agresją sowiecką mają opowieści o budowaniu pomników, recenzja marnego filmu Wajdy czy pogadanki o bohaterskich bojach Komorowskiego, okraszone ukraińskimi reminiscencjami? Jaki historyczny przekaz płynie dla Polaków od kogoś, kto nie potrafi nawet nazwać agresora po imieniu  i chce w tragicznej dla nas dacie upatrywać „dobry dzień”? Nie zamierzam jednak cytować nawet fragmentów tego wystąpienia, pozostawiając jego lekturę zainteresowanym.
Tak brzmi głos człowieka, którego nie stać na prowadzenie odpowiedzialnej i godnej niepodległego państwa polityki historycznej. Człowieka, który z racji swoich słów i czynów -nie ma moralnego prawa, by stać się reprezentantem narodu zdradzonego o świcie 17 września 1939 roku.

Pamięć o tym dniu, pamięć o milionach ofiar sowieckiego bestialstwa wymaga, żebyśmy dziś właśnie usłyszeli głos człowieka odważnego i dumnego. Kogoś, kto mówił językiem wolnych Polaków i nie kłaniał się kremlowskim satrapom.
Dlatego chcę przypomnieć słowa mojego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wygłoszone 17 września 2009 roku pod warszawskim pomnikiem Poległych i Pomordowanych na Wschodzie:

Dokładnie siedemdziesiąt lat temu Polska otrzymała cios w plecy. Wojsko Polskie walczyło wtedy w Warszawie, Modlinie, na Helu, w rejonie Lwowa, na Lubelszczyźnie i w wielu innych miejscach naszego kraju; trwała jeszcze bitwa pod Kutnem. Tego dnia około drugiej w nocy ponad sześćsettysięczna armia sowiecka wdarła się w granice Rzeczypospolitej – dokonała aktu agresji; nie było to wkroczenie. O godzinie trzeciej nad ranem polski ambasador został wezwany do sowieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, żeby dowiedzieć się, że państwo polskie nie istnieje, a rząd uciekł. W rzeczywistości rząd Rzeczpospolitej urzędował wtedy na jej terytorium.
Doszło do najzwyklejszego aktu agresji – aktu, który był aktem wojennym. Polska stała się ofiarą dwóch agresorów w trakcie, gdy wojna jeszcze trwała. Wiem, że powtarzam to nie po raz pierwszy, ale tę prawdę trzeba choćby i codziennie powtarzać.
Nasza armia w niejednym miejscu stawiała opór sowieckiemu agresorowi. Niektóre z licznych bitew i potyczek zostały przed chwilą przypomniane. Bohaterska była obrona Grodna, bohaterstwo żołnierze polscy wykazali w wielu innych miejscach, chociaż działali bez wyraźnego rozkazu. Po prostu bronili swojej ojczyzny i był to akt spontaniczny i normalny; żołnierze są od tego, żeby ojczyzny bronić.
Wielu z nich, w szczególności wielu oficerów dostało się do niewoli i decyzją z 5 marca 1940 roku, która formalnie była decyzją Biura Politycznego, a w rzeczywistości decyzją Stalina, zostali wymordowani. Jeżeli tego rodzaju akt, dotyczący 30 tysięcy ludzi, nie jest aktem ludobójstwa, to co nim jest? Pytam, bo to zostało w Polsce zakwestionowane, i to nie przez byle kogo. Świetnie rozumiem potrzebę pojednania, ale narody jednać się mogą tylko i wyłącznie w prawdzie, powtarzam: tylko i wyłącznie w prawdzie, szczególnie jeżeli chodzi o duży naród, taki jak polski, i jeszcze większy. Prawda natomiast jest prosta: pakt Ribbentrop-Mołotow, czyli w istocie Hitler-Stalin, to był pakt dwóch wyjątkowo agresywnych imperializmów i totalitaryzmów.
Czy mord katyński był aktem zemsty? Tak, bo jego rzeczywistym motywem był odwet za rok 1920. Czy nie był to akt szowinizmu, wielkoruskiego szowinizmu? Tak, był. Już wtedy, w 1940 roku tak to należało określić. To nie były już lata 20., lecz czasy, gdy ten wielkoruski szowinizm zaczął dominować także w ramach komunizmu. I taka jest prawda – i taką tylko prawdę jesteśmy w stanie przyjąć.
Lata 1939-1941 na terenie, który obejmował więcej niż 50 procent terytorium przedwojennej Drugiej Rzeczypospolitej, to lata nie tylko mordów na oficerach. To także tysiące egzekucji działaczy politycznych, w tym, co ciekawe, i działaczy lewicy, którzy w pierwszej chwili myśleli, że oto nadchodzą dobre czasy; szybko się skończyły, przed sowieckimi plutonami egzekucyjnymi. To niszczenie polskiej inteligencji, to wywiezienie setek tysięcy ludzi do Kazachstanu, na Zabajkale, do republik w północnej Europie, republik autonomicznych. To obozy i śmierć dzieci, kobiet i mężczyzn. Taka jest prawda o tych czasach i jest w naszym interesie, także politycznym, żeby o tym pamiętać – szczególnie wtedy, gdy 1 września, w 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej na Westerplatte, w miejscu, które jest symbolem, słyszymy o planie nowej architektury Europy.
Mówiłem przed kilkoma godzinami na zjeździe Polskiego Towarzystwa Historycznego, że miejsce Polski w tej nowej architekturze musi być niezwykle ciasne; z natury rzeczy można powiedzieć. Nie próbujmy się więc w to miejsce wpisywać!
Szukajmy Europy partnerskiej, w której naszemu krajowi należy się miejsce wynikające z jego wielkości i historii. Od historii bowiem nie da się uciec. Nasz świat to – dla dziś żyjących pokoleń – oczywiście przede wszystkim przyszłość, ale jej nie da się oddzielić od przeszłości.
Pojednanie w Europie, rozumianej w tym momencie szeroko, jest potrzebne. Ale podstawą tego pojednania musi być niejednokrotnie twarda prawda. Powtarzam raz jeszcze: Polska nie ma powodów do odrabiania lekcji pokory. Polska zachowała się tak, jak należało się zachować. Niech lekcję pokory odrabiają ci, którym niejedna taka lekcja się należy. W imię czego? Właśnie w imię przyszłości”.



linki:
wystąpienie Bronisława Komorowskiego:

wystąpienie Lecha Kaczyńskiego:

piątek, 16 września 2011

PROWOKACJA JAKO ŚRODEK WYBORCZY

Skierowanie do mediów  fałszywego oświadczenia o rezygnacji z kandydowania posłanki Beaty Kempy dowodzi, że przeciwnicy PiS-u sięgnęli po nowatorskie metody prowokacji.  Okoliczności w jakich do niej doszło, zdają się wykluczać przypadkowość tej akcji.  Również ze względu na wybór ofiary i formę przekazu zawartego w  rzekomym liście.
Od wielu dni Beata Kempa prowadzi aktywną kampanię wyborczą, zajmując się przy tym tematami, które mogły przysporzyć jej kilku zaciekłych wrogów.
Na początku września ukazał się wywiad, w którym posłanka oceniała sytuację w swoim regionie. Padły m.in. słowa: "Jestem  porażona osadzaniem się PSL-u na różnego rodzaju urzędach. Odnoszę wrażenie, że w świętokrzyskim, gdzie od lutego działam, jest tak, że jak się nie jest związanym z PSL-em, to nie będzie się miało pracy w swoim powiecie. Stołek jest najważniejszy. Będę o tym szerzej mówić w kampanii wyborczej. Koalicja PO-PSL przerasta komunistów w rozdawnictwie urzędów dla swoich. Jestem tym zbulwersowana.”
Dwa dni później na blogu pewnego posła PSL z regionu świętokrzyskiego znalazł się tekst o intrygującym tytule „Porażenie Kempy”. Na wstępie poseł uspokajał, że nie chodzi o żadną „nową chorobę” i cierpliwie wyjaśniał: „Chodzi o Panią Beatę Kempę, tymczasową naczelną funkcjonariuszkę PiS w regionie świętokrzyskim, przebywającą ostatnio na zesłaniu w Kielcach. Prezes tej partii, który bywa „porażony” średnio raz dziennie faktami tak „porażającymi”, że zwołuje konferencje prasowe, by o „porażeniach” donieść mieszkańcom Polski, niewątpliwie jest dla pewnych środowisk człowiekiem charyzmatycznym. Odpryski tej charyzmy zstąpiły ostatnio również na Panią Beatę Kempę, która „porażona” jest Polskim Stronnictwem Ludowym w regionie świętokrzyskim. […] Według niej PSL nie reprezentuje rolników i chrześcijan, tylko popiera narkomanów i homoseksualistów. I do tego zajmuje intratne stanowiska. Dobre? A jakże – oddaje w stu procentach PiS-owskie fobie, ale może też być emanacją ich skrywanych marzeń, a przy okazji przypina się łatkę ludowcom.”
Autorem elaboratu był poseł Aleksander Sopliński, a tekst natychmiast powielił na swoim blogu inny prominentny działacz PSL z tego regionu, marszałek województwa świętokrzyskiego Adam Jarubas. Dwa dni wcześniej Jarubas pisał na swoim blogu (pisownia oryginalna) :
Dowiadujęsię oto dziś rano, że PSL nie reprezentuje rolników,  nie wyznaje wartości chrześcijańskich, anawet chce pomóc dilerom  w dostarczaniunaszym dzieciom narkotyków . Prawo i Sprawiedliwość, a  w tym konkretnym przypadku posłanka  Kępa robi to , aby zwykłych wyborców, niewyznawców, ale wyborców,  zmierzić,odepchnąć, zostawić w domach, ewentualnie tych co się dadzą, przeciągnąć na swojąstronę. Liczy się każda duszyczka, a i bezcenne są te, które zostaną w domu. Wszystkiechwyty dozwolone, byleby osiągnąć cel. Trzeba przyznać, żołnierzy to PiS ma, anajdzielniejsza żołnierka, bezkompromisowa i bez hamulców jest wświętokrzyskiem.”
Co sprawiło, że mężom stanu z PSL tak gwałtownie puściły nerwy, poplątały się słowa i zasady składni? Czym  wytłumaczyć ten atak  polityków koalicji rządzącej na posłankę PiS ?  Kolejne dni przyniosły wyjaśnienie zagadki.
12 września świętokrzyscy politycy Prawa i Sprawiedliwości zorganizowali konferencję prasową, na której poinformowali o  wystosowaniu listu do przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso w sprawie wykorzystywania  funduszy unijnych do kampanii wyborczej polityków PSL. Przewodnicząca świętokrzyskich struktur PiS Beata Kempa powołała się na publikację „Gazety Polskiej Codziennie”, z której wynikało, że w reklamach Regionalnego Programu Operacyjnego Unii Europejskiej występują kandydaci do Sejmu z listy wyborczej PSL, w tym  marszałek województwa świętokrzyskiego Adam Jarubas. Darmowa kampania ludowców kosztowała około 600 tys. zł i została sfinansowana ze środków UE.
W liście do Barroso politycy PiS-u napisali m.in.: „Niedopuszczalne jest, by pod pretekstem kampanii informacyjnej o sukcesie programów unijnych promowany był wizerunek polityków rządzącego w regionie ugrupowania w czasie bezpośrednio przed wyborami parlamentarnymi lub lokalnymi w sytuacji, gdy są oni czołowymi kandydatami tego ugrupowania w wyborach. Ten sposób promocji kandydatów powinien być finansowany ze środków Komitetów Wyborczych, a nie z funduszy unijnych.”
PiS poinformował również przewodniczącego KE, że w wyniku protestów i nagłośnienia sprawy w lokalnych mediach, występujący dotąd w spotach reklamowych politycy PSL zostali zastąpieni  przez  profesjonalnych lektorów. W wypowiedzi dla Radia Kielce marszałek Jarubas stwierdził natomiast, że nie ma sobie nic do zarzucenia, a akcja PiS to „zwykła zagrywka polityczna”.
            Kilka godzin po konferencji prasowej świętokrzyskich działaczy, z adresu mailowego identycznego z  adresem sejmowej poczty elektronicznej Beaty Kempy wysłano list  do Polskiej Agencji Prasowej, zatytułowany „Oświadczenie o rezygnacji z ubiegania się  o kolejny mandat poselski”. Mail został wysłany o g.17.38, a już kilka  minut później (17.44) PAP podała informację o rzekomej rezygnacji posłanki.
Musi dziwić, że Agencja nie próbowała zweryfikować otrzymanej informacji ani uzyskać jej potwierdzenia z innego źródła. W tym przypadku natychmiastowe upublicznienie fałszywki stanowiło rażące naruszenie zasad prawa prasowego, które w art.12.1 wyraźnie wskazuje, iż „Dziennikarz jest obowiązany zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło.”
W treści maila znalazł się niezwykle charakterystyczny fragment, na który nikt dotąd nie zwrócił większej uwagi. Posłance PiS przypisano następujące słowa: „kategorycznie zaprzeczam, że moja decyzja ma jakikolwiek związek z obrzydliwymi insynuacjami sugerującymi iż jako wiceminister sprawiedliwości miałam w 2006 roku w ramach osobistej zemsty doprowadzić do aresztowania prezesa Rafinerii Trzebinia. To kłamstwo!
Tak się składa, że przed kilkoma dniami na stronie internetowej redagowanej przez zwolenników byłego posła PO z Lublina zamieszczono wyjątkowo podły paszkwil – donos, w którym padło m.in. pytanie.: „Czy wiceminister sprawiedliwości w rządzie PiS Beata Kempa kazała aresztować prezesa Rafinerii Trzebinia tylko dlatego że w czasie wspólnych studiów prawniczych na Uniwersytecie Wrocławskim nie chciał być przez nią adorowany?! Zapytajcie samą Beatę Kempę!
Autor paszkwilu zatytułowanego „Obnażmy obłudę radiomaryjnych oszustów!” twierdził jakoby aresztowanie w roku 2006 prezesa Rafinerii Trzebinia Grzegorza Ślaka miało mieć „związek z faktem że Grzegorz Ślak studiował razem z Beatą Kempą na Uniwersytecie Wrocławskim na Wydziale Prawa i Administracji” i było  aktem „zemsty za złamanie jej serca”.
Na końcu donosu podkreślono: „Nie chcemy tu szokować szczegółami ale jeżeli ktoś będzie zainteresowany tą sprawą to dysponujemy dramatycznym opisem całej sytuacji która zostawiła u Kempy trwały ślad i wieloletnią nienawiść do Ślaka.”
Twórca fałszywego maila musiał najwidoczniej korzystać z tekstu zamieszczonego na stronie wyborców byłego posła PO. To wątek wart podkreślenia, bowiem temat aresztowania Grzegorza Ślaka w powiązaniu z insynuacjami o rzekomych związkach z Beatą Kempą jest rozpowszechniany wyłącznie  na tym portalu i próżno szukać go w innych miejscach sieci.
Drugim specyficznym wątkiem jest rozgrywanie akcentów osobistych dotyczących prywatnych  spraw posłanki. W mailu wysłanym do PAP jako uzasadnienie rezygnacji z kandydowania do Sejmu wskazane zostały względy rodzinne. W tekście pojawiają się sugestie, że praca dla PiS-u „odbywała się  kosztem życia osobistego”. Na szczególną uwagę zasługuje jednak passus:  Nadal chcę być czynna w życiu publicznym ale nie za wszelką cenę. Nie kosztem mojej rodziny” i powtórzona na końcu listu deklaracja: „Ten czas chcę poświęcić rodzinie. Jestem im to winna”. Tak wyraziste odwołania do rodziny i życia rodzinnego użyte w kontekście rezygnacji z kandydowania, mogą świadczyć o intencji zastraszenia posłanki. Zawarty w nich przekaz wydaje się sugerować, że powinna zrezygnować z pracy poselskiej dla dobra swoich bliskich.
            Wbrew dywagacjom medialnych „analityków” oraz lekceważącym wypowiedziom polityków grupy rządzącej, nie można bagatelizować tej prowokacji ani nazywać jej żartem. Przygotowano ją  w sposób świadczący o sporej wiedzy z zakresu informatyki i równie obszernej znajomości reguł manipulacji i dezinformacji. Warto przy tym pamiętać, że w realiach III RP produkcją fałszywek zajmowali się głównie ludzie służb wywodzący się z policji politycznej  PRL. Sprawca mógł w tym przypadku liczyć na zdumiewającą łatwowierność PAP oraz odpowiednio ukierunkowany rezonans rządowych mediów. Natychmiast bowiem pojawili się użyteczni politolodzy i wszelkiej maści „analitycy”, którzy zgodnie orzekli, że mamy do czynienia z wewnętrzną rozgrywką w łonie PiS-u lub sytuacją, w której sama posłanka spreparowała maila, by „zrobić wokół siebie szum”.
Jest raczej pewne, że organy ścigania III RP nie będą w stanie ustalić sprawcy/sprawców tej prowokacji. Niezależnie, kto za nią stoi – stanowi mocny argument, że przeciwnicy PiS -u nie cofną się przed użyciem wszelkich środków by wygrać wybory i sięgną w tym celu po każdą metodę fałszerstwa.


Tekst  opublikowany w Warszawskiej Gazecie.  

czwartek, 15 września 2011

ŚWIAT OSTREGO WIDZENIA

Trudno, coraz trudniej wyznać: „Świat zaczyna się od dokładnego, ostrego widzenia. Ostrego widzenia przedmiotów w jasnym obiektywnym świetle. Bez cienia.” Choć minęło ledwie kilka lat, gdy Książę Poetów przypomniał tę oczywistą prawdę – ilu z nas potrafi jeszcze patrzeć na rzeczywistość bez skazy „straszliwego zamazania”? Bez lęku przed kształtem i słowem, które kształt nadaje?
Nawet ci, deklarujący wybór „w imię prawa i sprawiedliwości” – czy nie zasłaniają oczu znoszoną szmatą pragmatyzmu, słusznie przeczuwając, że jej porzucenie skończy złudny czas spokoju i wymusi decyzje, od których chcieliby uciec? Decyzje ostateczne, niosące odpowiedzialność ponad ich wątłe siły. Znajdą odwagę, by nam o tym powiedzieć? Czy po raz kolejny nazwą swoje tchórzostwo „politycznym realizmem” pozostawiając nas z otwartymi gębami? Na pośmiewisko.
Tylko poetę stać dziś na słowa: „teraz jest wojna”. Kto jej nie dostrzegł, niech nie mówi o wygranej i nie snuje planów na przyszłość. Ta bowiem niesie hańbę Wielkiej Ściemy, o której wkrótce będą pisać tylko samobójcy.
Adolf Bocheński w tekście z 1934 roku przypomniał, jak po stłumieniu Powstania Listopadowego car Mikołaj I przemówił do generała Łubieńskiego: „Ja wam wszystko przebaczam, bunt, detronizację... ale czego nie mogę to — żeście mi zwichnęli plan panowania. Ja chciałem przez was cywilizować Rosję Wyście temu stanęli na przeszkodzie przez waszą głupią rewolucję". Bocheński dalej napisał: „Gdyby dziś Woroszyłow zlikwidował regime bolszewicki, reprezentant polskiej opinii — może redaktor „Wiadomości" — odezwałby się doń prawdopodobnie w te słowa: „Wszystko wam daruję Klim Jefremowicz, ale nie to, żeście zwichnęli mi plan. Przez Rosję bolszewicką pragnąłem cywilizować Polskę".

Świat ostrego widzenia dla każdego zaczyna się za inną granicą. Nie zna reguły ani wzorca . Ci, którzy wiedzą o co dziś toczy się wojna, muszą odczuwać lęk. Jest to lęk przed powtórzeniem rozmowy z „Rusyfikacji Polski współczesnej” – tego dziejowego dialogu, w którym Polsce zawsze przypada rola ofiary. W świecie, o którym przypomniał nam Książę Poetów – nie ma miejsca na taki dialog.
Tym, którzy z zamazywania tego świata czynią dziś polityczny spektakl – trzeba wyznaczyć nieprzekraczalne granice. Trzeba, by wiedzieli, że naruszając je wystawiają się na naszą pogardę i gniew.

piątek, 9 września 2011

CZY ZASŁUGUJEMY NA WIĘCEJ ?

„Bywało, że traciliśmy wolność, ale nie traciliśmy godności. Pod kierownictwem premiera Donalda Tuska idzie ku temu, że stracimy godność, a wolność też będzie zagrożona” - powiedział w Sejmie Jarosław Kaczyński podczas styczniowej debaty nad informacją rządu ws. katastrofy smoleńskiej.
Warto, by sztab wyborczy partii opozycyjnej pamiętał o tym oświadczeniu, gdy rozważa obecnie propozycję debaty Tusk-Kaczyński. Jeśli do niej dojdzie – rozmówca Tuska ryzykuje nie tylko oddanie pola, na którym rozgrywa się walka o znaczenie słów, ale również utratę podstawowego atrybutu odróżniającego opozycję od grupy rządzącej.
Przed rokiem Jarosław Kaczyński w liście otwartym dotyczącym spraw polityki zagranicznej przypomniał fundamentalną zasadę: "by polityka była skuteczna musi być najpierw moralnie słuszna". Z tej zasady słuszności powinna wynikać odrębność programu PiS i ona decyduje o sile argumentów partii opozycyjnej. Niezależnie od wartości poszczególnych propozycji gospodarczych bądź politycznych, o ich doniosłości rozstrzygają przede wszystkim  standardy moralne reprezentowane przez głoszących je polityków. Bez tych norm – projekty PiS-u nie będą się różniły od  pustych obietnic wyborczych PO.
W ciągu ostatniego roku, Jarosław Kaczyński wielokrotnie pokazywał, że jego stosunek do ludzi z grupy rządzącej znajduje źródło w  nakazie respektowania praw i zasad moralnych, bez których polityka staje się zaledwie prymitywną walką o władzę. 
Słowa prezesa PiS: „Nie będę współpracował z nikim, kto był nie w porządku wobec mojego brata i innych poległych. Bo zachowania wobec nich były haniebne, one politycznie i moralnie wykluczają współpracę.” - wyrażały nie tylko sprzeciw wobec postaw przeciwników politycznych, ale ustalały nieprzekraczalne granice moralnego konsensusu.
Absolutnie wykluczam mój udział we współpracy do czasu daleko posuniętej ekspiacji z ich strony” – dodał wówczas Kaczyński, wyraźnie określając warunki na jakich współpraca byłaby dopuszczalna.
Po 10 kwietnia 2010 roku te warunki nigdy nie zostały spełnione. W niedawnym wywiadzie dla „Naszego Dziennika” Kaczyński przypomniał, że nie chciał się spotkać z premierami Tuskiem i Putinem w Smoleńsku, by przyjąć ich kondolencje, mimo specjalnego zaproszenia z ich strony.  Padły słowa:  Nie chciałem odbierać kondolencji od ludzi, którzy w takim czy innym sensie są za to, co się stało, odpowiedzialni. Nie chciałem stwarzać wrażenia, że w kwestii tej tragedii traktuję ich jako niewinnych.
Partia opozycyjna wielokrotnie podkreślała osobistą odpowiedzialność Donalda Tuska za rozpętanie kampanii nienawiści i pogardy, której konsekwencją była tragedia smoleńska. „Winą obciążającą Tuska jest generalnie ten tragiczny finał wojny z Prezydentem, a więc rozdzielenie wizyt w Katyniu na dwie. Finałem rozdzielenia była katastrofa i śmierć Prezydenta wraz z towarzyszącymi mu osobami. Tak widziałem to wtedy i tak widzę to do dziś” –stwierdził niedawno Jarosław Kaczyński, a w Białej Księdze parlamentarnego zespołu PiS znalazły się mocne słowa, w których wskazano, że rząd Tuska ponosi bezpośrednią  odpowiedzialność za  sytuację, która doprowadziła do tragedii smoleńskiej.
Przemawiając podczas styczniowego posiedzenia Rady Politycznej szef partii opozycyjnej nie miał wątpliwości, że zachowania grupy rządzącej po 10 kwietnia wynikają z kontynuacji programu nienawiści. "Przez wiele miesięcy” – uznał Kaczyński -  trwała fatalna, żeby nie powiedzieć haniebna, zniesławiająca wielu ludzi, w tym świętej pamięci prezydenta RP kampania wokół nacisków, wokół rzekomych win tych, którzy polegli. Sam pomysł, żeby obciążyć za katastrofę tych, którzy zginęli już pokazuje poziom moralny osób, które się w to angażowały”.
Gdy były członek Platformy Obywatelskiej dokonał w Łodzi okrutnego mordu politycznego, politycy PiS zaproponowali rządzącym podpisanie wspólnej deklaracji przeciw przemocy w życiu publicznym. Spotkali się z cynicznym rechotem i usłyszeli oświadczenie wiceszefa PO Rafała Grupinskiego : „Jednostronne deklaracje i ustawianie się w roli pokrzywdzonego niewiele dają. Więcej refleksji nad sobą i mniej apeli do innych. To będzie lepsze dla całości sprawy”. Kaczyńskiemu zarzucono, że nie chce się spotkać z Bronisławem Komorowskim, a swoimi wypowiedziami „pokazuje niestety, że ciągle jest rozemocjonowany i ta agresja ciągle jest obecna w życiu publicznym”.
Po morderstwie w Łodzi, prezes PiS przemawiając w Sejmie przypomniał, że kampania przeciwko niemu i jego partii rozpoczęła się 5 lat temu od przemówienia Donalda Tuska i jest dziś prowadzona w ramach „przemysłu nienawiści”. Podkreślił również, że „to nie jest tylko atak na PiS, ale na wielką część społeczeństwa”.
Polacy mają prawo do wolności, suwerenności i godności” – przypomniał polityk podczas niedawnej konwencji wyborczej we Wrocławiu – „Nie wolno nas oszukiwać ani nami manipulować.”
Jeśli przyjmiemy, że w cytowanych wyżej słowach Kaczyńskiego zawarty jest autentyczny wyznacznik zasad, którymi chce kierować się partia opozycyjna, trzeba postawić pytania: czy wolno wówczas prowadzić partnerską debatę z człowiekiem oskarżanym o wzniecenie kampanii nienawiści, człowiekiem odpowiedzialnym moralnie i politycznie za tragedię smoleńską?  A skoro w wystąpieniach Jarosława Kaczyńskiego pojawia się zapowiedź wyjaśnienia prawdziwych okoliczności tragedii smoleńskiej i osądzenia winnych śmierci polskiej elity, trzeba pytać: czy prezes PiS ma prawo siadać do rozmów z człowiekiem, którego odpowiedzialność wydaje się bezsporna i który za lata swoich rządów może ponieść konsekwencje karne?
Za odpowiedzią na te pytania kryje się niemniej ważny dylemat: jakiej treści przekaz otrzyma elektorat PiS, gdy po werbalnych deklaracjach szefa opozycji, Donald Tusk zostanie potraktowany jako partner i uznany godnym rozmówcą Jarosława Kaczyńskiego?

Juliusz Mieroszewski, na którego słowa "by polityka była skuteczna musi być najpierw moralnie słuszna" powoływał się Kaczyński, napisał kiedyś w emigracyjnej „Kulturze” : „Polscy politycy nie doceniają słowa jako instrumentu oddziaływania politycznego. Domorośli "realiści" pouczają nas ustawicznie, że w polityce liczą się tylko fakty. Zapominają natomiast, że w polityce początkiem z którego kiełkuje i wyrasta fakt, jest zawsze słowo. 
Powinniśmy mieć pewność, że politycy opozycji traktują serio własne słowa i oświadczenia. Taka gwarancja jest nam potrzebna, by miarą zasad moralnych odróżnić skuteczną politykę od populistycznego politykierstwa. Jeśli hasłem wyborczym PiS mają być słowa:  "Polacy zasługują na więcej" – niech tym „więcej” będzie zgodna z elementarną etyką  korelacja słów i czynów.


Artykuł opublikowany w Warszawskiej Gazecie.