środa, 31 sierpnia 2011

METODA PROPAGANDOWEJ PREWENCJI


„Mamy kolejny ”Raport Macierewicza”, tym razem na temat katastrofy smoleńskiej. Wierny harcownik Kaczyńskiego ponownie wkroczył do akcji i przy pomocy sprawdzonych, skutecznych metod sączy do głów Polaków to, co stanowi istotę bytu politycznego PIS-u, jad nienawiści zakamuflowany miłością do ojczyzny. [...] Szokuje wszystkich prawdą objawioną, prezentując mieszankę faktów i mitów i wyciągając z tej papki niewiarygodne wnioski, zawsze jednak służące konkretnemu celowi. Tym razem ma udowodnić, że katastrofa była zamachem i do tego z dużym prawdopodobieństwem udziału ekipy rządzącej.” Ta opinia anonimowego autora ze stowarzyszenia „SOWA”, zrzeszającego byłych oficerów WSI doskonale odzwierciedla rodzaj retoryki stosowanej przez media w odniesieniu do Białej Księgi parlamentarnego zespołu PiS.
 Jak należało się spodziewać, publikacja Białej Księgi została przyjęta przez rządowe media w zgodzie z podstawową zasadą propagandy, która mówi, że gdy nie da się o pewnych sprawach skutecznie kłamać, tak - by zachować przynajmniej pozory prawdy -   rozwiązaniem staje się wówczas przemilczenie. Zgodnie przemilczano zatem 19 niezwykle ważnych wniosków zawartych w dokumencie, a reakcję ograniczono do wyświechtanych dywagacji  o „fobiach i frustracjach Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza”.
Ponieważ rosyjskie „czynniki oficjalne” odmówiły komentowania dowodów zawartych w Księdze, identycznie postąpili „polscy przyjaciele” uchylając się od rzeczowych komentarzy i wyjaśnień, a poprzestając na knajackich złośliwościach.
Za tą symulowaną ignorancją  skrywa się jednak potężny lęk grupy rządzącej. Ludzie odpowiedzialni za doprowadzenie do tragedii smoleńskiej zdają sobie sprawę, że ujawnienie końcowych tez raportu parlamentarnego zespołu PiS może zasadniczo zmienić obecną sytuację i będzie miało wpływ na wynik wyborów parlamentarnych. Już tezy zawarte w Białej Księdze wskazywały wyraźnie na odpowiedzialność polityczną rządu Donalda Tuska w kwestiach związanych z przygotowaniem do prezydenckiej wizyty w Katyniu, a w punkcie 18 przynosiły stwierdzenie o w pełni świadomym współdziałaniu przedstawicieli polskiego rządu z władzami Federacji Rosyjskiej na szkodę polskiego śledztwa, w celu uniemożliwienia dojścia do prawdy. Raport końcowy komisji PiS-u, będzie zatem faktycznym aktem oskarżenia wobec grupy rządzącej i przyniesie Polakom wiedzę o przyczynach katastrofy oraz mechanizmach, które doprowadziły do narodowej tragedii.
O lęku grupy rządzącej, świadczy cały szereg działań podejmowanych nie tylko przez organy państwa ale przez środowiska związane z obecnym układem.
Toteż od wielu miesięcy wśród byłych oficerów WSI prowadzona jest akcja skierowana bezpośrednio przeciwko Antoniemu Macierewiczowi. Mamy do czynienia z podważeniem procesu weryfikacji WSI, żądaniami postawienia przed sądem osób dokonujących weryfikacji (liczne zawiadomienia o rzekomych przestępstwach członków Komisji Weryfikacyjnej) oraz postulatem sporządzenia nowego kontr - raportu, w którym działalność formacji zostanie przedstawiona zgodnie z wolą „pokrzywdzonych”. W tę ofensywę wpisany jest plan zdyskredytowania Antoniego Macierewicza i współpracujących z nim osób, z których wiele uczestniczy dziś w pracach parlamentarnej komisji w sprawie tragedii smoleńskiej. Istnieje zamiar, by do tego celu wykorzystać również materiały Komisji Weryfikacyjnej WSI, „odzyskane” przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego z Kancelarii Lecha Kaczyńskiego. Chodzi o akta, które w listopadzie 2007 r., tuż przed przejęciem władzy przez obecną koalicję zostały przewiezione z siedziby SKW do prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego i służyły pracom nad aneksem do Raportu z Weryfikacji WSI.
Materiały te są obecnie analizowane przez SKW pod kątem nieprawidłowości w pracach Komisji. W lutym ub.r. gen. Marek Dukaczewski sugerował, że „Komisja mogła szukać haków na trzech byłych szefów MON - a dziś kandydatów na prezydenta - Bronisława Komorowskiego, Radosława Sikorskiego i Jerzego Szmajdzińskiego” oraz informował, że "Macierewicz w rozmowach w cztery oczy z oficerami szukał negatywnych informacji o Sikorskim i Szmajdzińskim.” Warto pamiętać, że śledztwo prokuratorskie wszczęte na wniosek stowarzyszenia „SOWA” i grupy dziewięciu oficerów WSI ma zakończyć się do 5 października 2011 roku.. Gdyby w tym czasie prokuratura postawiła Antoniemu Macierewiczowi zarzuty karne, zostanie to natychmiast wykorzystane przez rządową propagandę dla podważenia raportu sejmowego zespołu PiS i posłuży jako pretekst do ataku na partię opozycyjną. W tym samym kierunku zdają się zdążać inne działania prokuratury wojskowej, która bada obecnie czy zespół parlamentarny nie złamał prawa prezentując Białą Księgę. Nie można wykluczyć postawienia zarzutów Antoniemu Macierewiczowi i wykorzystania prokuratury i sądów do walki politycznej. Z pewnością uderzenie w szefa zespołu koresponduje z polityczny zapotrzebowaniem grupy rządzącej, a ponieważ nie ma możliwości skutecznego zablokowania jego prac, a tym bardziej odwołania zeń Macierewicza podejmowane są próby zdyskredytowania niewygodnego polityka.
Część tej planowej akcji rozgrywa się również w sieci internetowej, a dotyczy głównie tych obszarów aktywności, gdzie toczy się tzw. śledztwo blogerskie. Ponieważ blogi są dziś jedynym miejscem, gdzie prowadzi się dyskusję o tragedii smoleńskiej i rozważa jej przyczyny, stały się również obiektem zainteresowania specjalistów od manipulacji i dezinformacji. Wprawdzie po 10 kwietnia pojawiła się wręcz niezliczona ilość publikacji internetowych na temat Smoleńska, można przyjąć, że zdecydowaną większość analiz, spekulacji i hipotez rozpowszechniano w ramach kampanii dezinformacji, a za autorami tych  dzieł stali ludzie służb lub osoby związane z obecnym układem rządzącym. Przy czym - im bardziej absurdalna wydawała się hipoteza, tym mocniej była nagłaśniana i znajdowała rzesze internetowych rezonatorów. Świadczyło to nie tylko o intencji kierowania śledztw blogerskich na ślepe tory, ale także o zamiarze podważenia sensu samodzielnych poszukiwań.
Od kilku tygodni jesteśmy natomiast świadkami pojawienia się publikacji, których autorzy w sposób bezpośredni atakują przewodniczącego zespołu PiS i usilnie kontestują dotychczasowe ustalenia parlamentarzystów.  Szczególny nacisk położony jest na podważenie twierdzeń, iż  przyczyną katastrofy smoleńskiej były "dwa wielkie wstrząsy" zarejestrowane przez urządzenia pokładowe i następująca po nich awaria systemu zasilania samolotu. 
Autorzy tych publikacji zarzucają zespołowi parlamentarnemu, jakoby opierał swoje ustalenia na materiałach udostępnionych przez Rosję oraz sporządzonych na tej podstawie ekspertyzach, wykonanych w Redmond w USA. Odmawiając wiarygodności tych ustaleń i odrzucając twierdzenie o zablokowaniu systemów pokładowych samolotu na wysokości kilkunastu metrów nad ziemią, autorzy najczęściej przeciwstawiają jej hipotezę o „wielkiej mistyfikacji” jaka miała się dokonać na lotnisku w Smoleńsku. Niezależnie od argumentacji technicznej stosowanej w tych publikacjach, ich podstawowa cecha polega na oskarżaniu Antoniego Macierewicza o wprowadzanie w błąd opinii publicznej i narażaniu PiS-u na kompromitację. Insynuuje się również, że przewodniczący komisji działa z pobudek politycznych i dąży głównie do wypromowania własnej osoby.  Troska autorów ma zatem wynikać z dbałości o prawdę i interesy partii opozycyjnej, a osoby te występują z pozycji zatroskanych „prawicowców” i zwolenników PiS-u. Podkreśla się przy tym, że wprawdzie Biała Księga zawiera trafne wnioski polityczne, jednak w zakresie przyczyn katastrofy formułuje błędne oceny.   
Nietrudno dostrzec, że w tym przypadku mamy do czynienia z działaniem wyprzedzającym skutki ujawnienia końcowego raportu, ponieważ Biała Księga jedynie w ostatnim 19 wniosku informuje, iż „upadek Tu-154 M nr 101 na ziemię był konsekwencją wydarzeń, które rozegrały się 15 metrów nad ziemią” i nie zawiera szczegółowej argumentacji odnośnie hipotezy „dwóch wielkich wstrząsów”. Wiemy natomiast, że zapowiadany na początek września końcowy raport zespołu parlamentarnego ma przynieść wyjaśnienie przyczyn katastrofy oraz konkluzję wynikającą z badań  urządzeń pokładowych.
Podważanie końcowych ustaleń zespołu przed opublikowaniem raportu stanowi więc klasyczny rodzaj prewencji propagandowej i wskazuje na intencje autorów owych publikacji. Wybór zarzutu, którego prawdziwości nie sposób dziś jeszcze zweryfikować, ma prowadzić do zdezawuowania całości prac zespołu, a wyprowadzany zza rzekomej „argumentacji technicznej” bezpośredni atak na osobę przewodniczącego, obnaża prawdziwy cel tych zabiegów. Dodatkowa korzyść takich działań polega na dezintegracji i skłóceniu środowiska blogosfery, wywołaniu chaosu myślowego i podważeniu zaufania do opozycji.
W cytowanym na początku tekście autor „SOWY”, kojarzy Raport z Weryfikacji WSI z raportem zespołu parlamentarnego  PiS i  zadaje istotne pytanie. Możemy przeczytać:  Mieszanina faktów i kłamstw oraz zarzutów o zbrodniczą działalność miała już miejsce wcześniej, w Raporcie Macierewicza dot. WSI.[...] Ta sama metoda działania z nadzieją na kolejny sukces. Przecież już raz się udało. Z lekcji historii należy jednak wyciągać wnioski. Drugi raz się nie damy nabrać. A może jednak ???
Podążając tropem takich skojarzeń można zauważyć, że istnieje ścisła relacja między obecnymi działaniami w sieci i prewencją propagandową, a metodą zastosowaną w latach 2006-2007 dla dyskredytowania Raportu z Weryfikacji WSI. Obrzucenie epitetami, rozliczne insynuacje i pomówienia oraz medialny atak na osobę Antoniego Macierewicza miał wówczas sprawić, że wszystkie tezy kilkusetstronicowego dokumentu Komisji Weryfikacyjnej zostaną przez społeczeństwo zignorowane, a jego treść ośmieszona. Z tamtej, udanej lekcji wyciągnięto właściwe wnioski i ponownie zastosowano identyczny mechanizm, licząc, że nadal nie potrafimy odpowiedzieć na proste pytanie.



Artykuł opublikowany w nr 35/2011 Gazety Polskiej 

niedziela, 28 sierpnia 2011

UDUSZENI WOLNOŚCIĄ


Gdyby zapytać dziennikarzy tzw. wiodących mediów: czy czują się dziś zniewoleni, obrzuciliby nas pogardliwym spojrzeniem, uznali za oszołomów i pisowskich szaleńców. Zapewne wielu z nich podobnie zareagowało na noworoczne życzenia Jarosława Kaczyńskiego z 2007 roku, gdy były premier życzył dziennikarzom „przede wszystkim tego, czym powinni oddychać i jestem przekonany, że oddychają - czyli wolności, jak najwięcej wolności w 2008 roku. To służy dobremu wypełnianiu misji bardzo ważnej, ogromnie wpływowej”.
Wierzę tym ludziom. Wierzę, że ten rząd i to państwo zapewnia dziennikarzom upragnione poczucie wolności. Pozwala im na upojenie mianem „czwartej władzy” i poznanie tajników „inżynierii dusz”. Wierzę tym ludziom, ponieważ opierają swoje przekonanie na świadomości bycia po właściwej stronie i uczestnictwa w delektowaniu się technologią kłamstwa.
Z tym przekonaniem żyli w latach komunizmu, mając  pewność, że bycie po stronie „pana” zapewni im nie tylko dochody i profity ale obdarzy również poczuciem wyższości wynikającym z roli małych demiurgów posługujących wokół pańskiego stołu.. Ilu z nich mogłoby doświadczyć podobnych rozkoszy, gdyby droga kariery była uzależniona od zdolności intelektu lub sprawności pióra?
W komunizmie dziennikarz-publicysta miał być lepiej wiedzącym i dalej widzącym „ojcem narodu", wieść go jak pasterz ku jedynie słusznej przyszłości.” – pisał przed laty towarzysz Jerzy Surdykowski, a Dariusz Fikus, w książce o stanie wojennym przypominał: „Dobór w tym zawodzie polegał na selekcji ujemnej. Kariery robili szybko ludzie bezmyślni i posłuszni. Dziennikarze należeli do tej grupy społecznej, która dość obficie czerpała z dobrodziejstw „budowania drugiej Polski". (...) Pętając się wokół władzy, pełnymi rękami zagarniali to, co z tego obficie w owych latach zaopatrzonego stołu spadało.”
Trzeba przyznać się do własnej głupoty, jeśli po roku 1989 sądziliśmy, że „nowe państwo” zbudowane na sojuszu bandyty i cwaniaka, pozwoli ludziom mediów pozbyć się pęt niewolnictwa i odrzucić służebną dialektykę. A oni sami - po co mieliby to czynić, skoro obrana po 1989 r. idea ciągłości wymagała włączenia w nowy ustrój kolaborantów i gloryfikowała mentalność niewolników? Mając do wyboru kamienistą ścieżkę rzeczników społeczeństwa i szeroki gościniec przywilejów władzy – co innego mogli uczynić mali demiurgowie, jak nie podążyć za głosem „pana”?  
Wierzę zatem, że obecna władza daje dziennikarzom bezkresne poczucie wolności i stanowi dla nich wcielenie ideału heglowskiej „dialektyki panowania i służebności”. Ponieważ cała strategia rządzenia partii Tuska opiera się na utrzymaniu dodatniego, medialnego wizerunku i jest zależna od efektów propagandowych – ten rząd dopuścił dziennikarzy do stołu obfitości i na nowo pozwolił rozkoszować się uczestnictwem w totalnym kłamstwie. Wystarczy, by uznając wyższość „pana” podporządkowali mu swoje aspiracje i oczekiwania.
Tych, którzy nie skorzystali z propozycji udziału w „rządzie dusz” i wykazywali skłonności do walki skazano na marginalizację lub skierowano do nich agentów ABW. Do pozostałych prewencyjne pouczenia wygłosił główny reżyser afery marszałkowej Bronisław Komorowski, gdy we wrześniu 2008 roku, stwierdził: „Ja bym sugerował dużą wstrzemięźliwość w okazywaniu solidarności zawodowej dziennikarskiej” i powtórzył ten apel kilka miesięcy później: „Ja uważam, że tutaj jest jakaś głęboka przesada w okazywaniu solidarności korporacyjnej przez niektórych... a może środowiskowej”. Środowisko, pomne przykładu Sumlińskiego, musiało zapamiętać, że „przesada w okazywaniu solidarności korporacyjnej” może się również zakończyć „wsadzaniem do aresztu”.
Możemy sobie roić, że dziennikarskim obowiązkiem jest opisywanie rzeczywistości, szczególnie tej, którą ludzie władzy chcieliby ukryć przed wzrokiem Polaków. Możemy utrzymywać, że obowiązek publicysty polega na stawianiu władzy trudnych pytań i ujawnianiu mechanizmów jej funkcjonowania. Wolno nam nawet sądzić, że istnieją standardy demokracji wyznaczające mediom rolę niezależnego arbitra i rzecznika interesów społeczeństwa.
Jednak to nie my i nie wciąż pauperyzowane społeczeństwo wyznaczamy granice dziennikarskich wolności. Ludziom oddanym w służbę wokół „pańskiego” stołu, nie mamy nic do zaproponowania, prócz kilku staroświeckich zasad i nudnych moralitetów. Oni wiedzą, że tylko wierne uczestnictwo w teatrze mimów zapewni im przetrwanie i pozwoli korzystać z nienależnej roli „autorytetów” i „władców dusz”. Bez „pana” i jego atrybutów władzy, byliby wciąż skazani na poszukiwanie życiowej roli. W poczuciu misji kreatorów rzeczywistości, którą gwarantuje im obecny układ, odgrywają swoje żałosne role wirtualnych zwycięzców.  
Przed kilkoma laty, w jednym z tekstów przypominałem słowa Józefa Tischner z ważnej książki „Spowiedź rewolucjonisty” w której autor zawarł przemyślenia dotyczące heglowskiej „Fenomenologii ducha”.
Nie ma bardziej niebezpiecznej sytuacji dla człowieka — pisał Tischner  niż sytuacja pana-zwycięzcy. Oto we wnętrzu świadomości pana gnieździ się iluzja. Są przekonani, że są panami. Nie byliby jednak panami, gdyby nie masy niewolników, którzy ich za panów uznali.”
Kim zatem są owe „masy niewolników” sankcjonujące fałszywą dialektykę i na kim opiera się gliniana potęga „czwartej władzy”?  To dzięki nim funkcjonuje załgany układ, w którym byle ćwierćinteligent uzurpuje sobie pozycję mędrca, a zakompleksiony żurnalista sili się na pozę wojownika. Tylko dlatego możliwe są występy bełkocących „analityków” i partyjne agitki miernot, odznaczonych przez rasę „panów” za "wybitne zasługi dla rozwoju niezależnego dziennikarstwa".
„Nie byliby jednak panami, gdyby nie masy niewolników, którzy ich za panów uznali”. Trzeba tę prawdę wybić wielkimi literami i rzucać w twarz wszystkim, którzy sami konserwują zabójczą dla wolności dialektykę. Komu rzesze dziennikarskich wyrobników zawdzięczają dziś swoją nienależną pozycję, jeśli nie tym, którzy ślepi i głusi na prawdę obdarzają ich zainteresowaniem lub chcą w nich postrzegać rzeczników naszych interesów?
Na nas spada odpowiedzialność za urojenia witkiewiczowskich Puczymordów, którym marzą się „papawerdy zakrapiane oblikatoryjnymi fąframi” i nie ma większego upodlenia, niż przynależność do „masy niewolników” podtrzymujących małych demiurgów w przeświadczeniu o wyjątkowości. 

czwartek, 25 sierpnia 2011

SAMOBÓJSTWA DOSKONAŁE


Przez historię XX wieku przewija się długa lista organizacji przestępczych, które na „zbrodni doskonałej” zbudowały fundamenty komunistycznego porządku: Grupa Jaszy, Wydział II NKWD, Zarząd IV, Wydział DR MGB, Wydział IX WGU, Departament XIII PGU, VIII Departament Zarządu "S" PGU, Grupa „D" MSW..... Zastępy koncesjonowanych morderców, „nieznani sprawcy”, specjaliści od eliminacji idealnej. Działający w systemie, który ze zbrodni uczynił rzecz banalną i  powszechną.
Do dziś rosyjskie służby i ich filie w państwach bloku wschodniego stosują śmierć, jako narzędzie nacisku i kontroli. Zabójstwa przeciwników politycznych, niewyjaśnione zgony rywali czy samobójstwa niewygodnych świadków nikogo nie dziwią, a świat  Zachodu ze zrozumieniem przyjmuje tę współczesną postać opriczniny. Na przestrzeni dziesięcioleci to piętno „zbrodni doskonałej” najpełniej wskazuje na przynależność do kręgu moskiewskiego dominium i wyznacza obszar wpływów kremlowskich suwerenów.

Piętno obcego elementu


 III RP, której fundamenty zbudowano na zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki, przez ostatnie 20 lat doświadczyła również aktów takiej zbrodni. Jadwiga Popiełuszko, ksiądz Suchowolec, Niedzielak, Zych, Walerian Pańko, Michał Falzmann, Marek Karp, ale też Stanisław Trafalski, Piotr Jaroszewicz, Sylwester Kaliski, Jerzy Fonkowicz, Tadeusz Steć, Ireneusz Sekuła, Jeremiasz Barański,  to tylko najbardziej znane nazwiska ludzi, których dopadli  specjaliści od eliminacji.
Od czasu dojścia do władzy płk Putina i przejęcia rządów przez grupę  siłowików „eliminacja doskonała” stała się w Rosji nie tylko narzędziem umacniania wpływów ale również metodą rozwiązywania konfliktów. Obok zabójstw Litwinienki, Politkowskiej, Estemirowej czy dziesiątków niewygodnych dziennikarzy, reżim Putina nie waha się sięgać po środki ostateczne również wobec własnych, niewygodnych funkcjonariuszy. Rozpętana przez Putina „wojna służb” przynosi każdego roku  kolejne ofiary, które w oficjalnych statystykach figurują jako „akty samobójcze” i „nieszczęśliwe wypadki”.
We wrześniu 2008 roku w katastrofie samolotu na Uralu zginął generał Giennadij Troszew - doradca Putina do spraw kozackich, zwolennik publicznych egzekucji Czeczenów. 21 czerwca 2009 w Moskwie, w niewyjaśnionych okolicznościach zginął gen. mjr Konstantin Petrow, a 23 listopada tego samego roku został otruty w kawiarni w Iżewsku pułkownik GRU Anton V. Surikow. W sierpniu 2010 „utopił się” major Jurij Iwanow zastępca szefa Głównego Zarządu Wywiadu (GRU), zaś dwa miesiące później były szef Federalnej Służby Ochrony generał Wiktor Czerwizow wyszedł na klatkę schodową w swoim domu tylko po to, by strzelić sobie w głowę z pamiątkowego makarowa. Nie upłynął miesiąc, gdy w identyczny sposób rozstał się z życiem główny ekonomista Gazpromu, Siergiej Kljuka.
Przywołuję  realia współczesnej Rosji, by wskazać, że po roku 2007 również w polskim życiu publicznym odciska się piętno „obcego elementu”. W logice działań grupy rządzącej można dostrzec wiele źródeł rosyjskich inspiracji, nawet wówczas,  gdy wymóg zachowania fasadowej demokracji wymusza modyfikację metod.
Gdy przed kilkoma laty Wiktor Suworow ostrzegał: "kiedy u was w tajemniczych okolicznościach zaczną ginąć dziennikarze, to będzie znak, że władza moskiewskich służb rozlewa się na Polskę” , niewiele osób chciało wierzyć, że „wtedy będzie za późno". I choć w III RP nie giną jeszcze niewygodni dziennikarze, nie sposób nie zauważyć, że okres obecnych rządów to czas, gdy śmierć „w niewyjaśnionych okolicznościach” zagościła na stałe w naszej rzeczywistości. Oceniając kolejne, coraz liczniejsze przypadki, trudno zapomnieć o „złotej myśli” zabójców z KGB, którzy twierdzili, że  Każdy głupiec potrafi popełnić morderstwo, ale trzeba być artystą by popełnić naturalną śmierć”. W tym „artystycznym” pojęciu naturalnej śmierci zawiera się również akt samobójstwa, jako najbardziej dojrzała forma zbrodni doskonałej.

Polski korowód śmierci

Po 2007 roku mamy zatem do czynienia ze złowrogą sekwencją zdarzeń. Można ją dostrzec  w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika, gdzie doszło do likwidowania niewygodnych świadków, aktów zastraszania, niszczenia dowodów oraz wielu innych zdarzeń wskazujących na poczucie bezkarności mocodawców tej zbrodni. Cena „złotego milczenia” wymagała sięgnięcia po tak dobrane środki, by wykrycie prawdziwych przyczyn zgonu stało się niemożliwe.
W kwietniu 2008 roku „samobójstwo” popełnił Sławomir Kościuk – jeden ze skazanych za zabójstwo Olewnika. W styczniu 2009 roku w celi więziennej w Sztumie w identyczny sposób doszło do „samobójstwa” drugiego ze sprawców, Roberta Pazika, a w lipcu na rozstanie z życiem zdecydował się strażnik więzienny, który pełnił dyżur w olsztyńskim więzieniu, gdy w celi powiesił się Wojciech .Franiewski – przywódca grupy porywaczy. Już jeden przypadek równie zdumiewających, desperackich czynów stanowiłby ostrzeżenie dla każdej praworządnej demokracji. W Polsce, ta potrójna, samobójcza sekwencja wywołała ledwie kilka lakonicznych komunikatów prokuratury, w których zapewniono społeczeństwo, że samobójstwa zatwardziałych recydywistów należą do epizodów równie oczywistych, co incydentalnych. 
W tej samej konwencji przedstawiono Polakom inne, tajemnicze wydarzenia.
19 stycznia 2009 roku w swoim domku letniskowym w Owczygłowach koło Obornik powiesiła się funkcjonariuszka ABW ppłk Barbara P. Choć zmarła zostawiła list pożegnalny do rodziny, przyczyny targnięcia na życie nie zostały wyjaśnione i podane do publicznej wiadomości. „Barbara P. za rządów PiS zajmowała się najpoważniejszymi sprawami w ABW. Gdy do władzy doszła PO, oficer została odsunięta od śledztw” – twierdził wówczas portal  dziennik.pl. Kobieta w liście pożegnalnym oskarżyła obecne kierownictwo agencji o nagonkę oraz nękanie „ w związku z pełnieniem ważnych funkcji w czasach PiS”.
13 kwietnia 2009 roku zaginął chorąży Służby Wywiadu Wojskowego Stefan Zielonka, służący w wojskowych służbach od 30 lat. Zielonka dysponował wiedzą o tajnikach łączności w NATO oraz miał dostęp do najściślejszych danych, m.in. wiadomości nadawanych z placówek zagranicznych do centrali. Wielomiesięczny teatr medialnych spekulacji i celowych dezinformacji zakończono wiadomością o rzekomym samobójstwie szyfranta i odnalezieniu jego zwłok w Wiśle. W kreacji scenariusza samobójstwa posunięto się tak daleko, że przy ciele mężczyzny wyłowionego z rzeki odnaleziono torbę z dokumentami, wśród których znajdować się miały m.in. wyciągi z kont bankowych na nazwisko Stefana Zielonki. Informacja ta była sprzeczna z treścią pierwszych doniesień po zaginięciu szyfranta, w których podkreślano, że Zielonka zabrał z domu różnego rodzaju rzeczy pamiątkowe, ale pozostawił wszystkie dokumenty. Przyczyny śmierci Stefana Zielonki nie zostały ustalone, a prokuratura nie potwierdziła, że żołnierz popełnił samobójstwo. 
Kilka miesięcy później, 23 grudnia 2009 roku w niezwykle zagadkowych okolicznościach samobójstwo przez powieszenie popełnił Grzegorz Michniewicz - Dyrektor Generalny Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, członek Rady Nadzorczej PKN Orlen. Natychmiast po śmierci Michniewicza znikła z internetu większość wiadomości i artykułów związanych z osobą samobójcy. Ponieważ operację w takim zakresie mogły przeprowadzić tylko służby ochrony państwa, zasadne wydaje się pytanie: jakie informacje i przed kim starano się ukryć? Na temat śmierci Michniewicza pojawiły się liczne hipotezy.  Po 10 kwietnia 2010 roku zwracano uwagę, że w dniu domniemanego samobójstwa do Polski wrócił remontowany w rosyjskiej Samarze Tu-154M nr 101, który potem uległ katastrofie pod Smoleńskiem, a śmierć urzędnika może mieć związek z organizacją wizyty prezydenta Kaczyńskiego w Katyniu. Również postępowanie prokuratury wzbudziło zasadne wątpliwości. W śledztwie nie sprawdzono bilingów rozmów Michniewicza. Nie zbadano także uwarunkowań zawodowych urzędnika, z których wynikało, że miał on dostęp do tajnych informacji w kancelarii Donalda Tuska. Lekarz dokonujący sekcji zwłok nie określił nawet godziny zgonu Michniewicza, zaś prokuratura nie odtworzyła przebiegu ostatnich godzin z życia rzekomego samobójcy. Prokurator uznał, że nie doszło do ingerencji osób trzecich, a śledztwo szybko zakończono.
12 czerwca 2011 roku samobójstwo przez powieszenie popełnił oficer Służby Kontrwywiadu Wojskowego, służący w Centrum Wsparcia Teleinformatycznego i Dowodzenia Marynarki Wojennej w Wejherowie. Centrum jest jednostką zabezpieczenia operacyjnego i odpowiada za całokształt przedsięwzięć związanych z funkcjonowaniem systemów łączności i informatyki Marynarki Wojennej. Żołnierz  posiadał najwyższą klauzulę dostępu do materiałów niejawnych. Samobójstwo oficera SKW miało nastąpić po godzinach służbowych i poza miejscem wykonywania obowiązków.
5 sierpnia br. w siedzibie Samoobrony w Warszawie znaleziono zwłoki byłego wicepremiera Andrzeja Leppera. Zdaniem policji i prokuratury, Lepper miał popełnić samobójstwo przez powieszenie. Taką wersję podano natychmiast po ujawnieniu zdarzenia, sugerując jednocześnie, że przyczyną samobójstwa miały być problemy finansowe zmarłego.  Dwa dni później redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz zgłosił się do prokuratury, by przekazać dowody wskazujące, że Andrzej Lepper chciał potwierdzić zeznania Jarosława Kaczyńskiego ws. afery gruntowej oraz że obawiał się o swoje życie. Sekcję zwłok rzekomego samobójcy przeprowadzono z trzydniowym opóźnieniem, nie stwierdzając „obrażeń, które wskazywałyby na udział osób trzecich”.  Lepper jako były wicepremier miał dostęp do wielu informacji niejawnych, był również ważnym świadkiem w sprawach prokuratorskich i sądowych.

Mord – przemilczana codzienność?

            Wszystkie wskazane powyżej zdarzenia łączą dwie zasadnicze cechy. Po pierwsze, dotyczą osób, które z racji swojej pracy zawodowej lub zajmowanego stanowiska posiadały unikalną, tajną wiedzę. W każdym przypadku były to informacje dotyczące bezpieczeństwa państwa lub spraw związanych z działalnością ośrodków władzy i najwyższych rangą decydentów. Depozyt takiej wiedzy stanowił o wyjątkowej pozycji zmarłych osób, ale niósł również realne zagrożenia dla ich osobistego bezpieczeństwa
Drugim wspólnym wyróżnikiem są niejasne okoliczności, w jakich miało dojść do samobójstw, brak istotnych ustaleń oraz charakterystyczne działania organów śledczych. W każdej ze spraw niemal natychmiast przyjęto wersję o śmierci samobójczej, choć późniejsze informacje ujawniały błędy lub zaniechania prokuratury i służb.
Można oczywiście zakładać, że spektakularne samobójstwa dokonywane przez najwyższych urzędników państwowych i oficerów służb specjalnych stanowią zaledwie ciąg przypadkowych incydentów, nie mających związku z sytuacją, w jakiej znalazła się Polska po roku 2007. Można zakładać, że służby ochrony państwa działają wzorowo, a III RP stanowi oazę, wolną od ingerencji obcych mocarstw, wewnętrznych konfliktów i walk grup interesów.
Wolno również sądzić, że brak kontroli nad służbami, poszerzanie ich uprawnień oraz wprowadzanie represyjnych ustaw, nie dowodzi inspiracji putinowskim modelem władzy i nie ma związku z polityką „pojednania” zawartego nad grobami ofiar Smoleńska.
Taka wiara cechuje jednak osoby żyjące w ahistorycznej amnezji, które z tchórzostwa lub wyrachowania rezygnują z daru samodzielnego myślenia i zadowalają się medialnym schematem interpretacji zdarzeń.
Tymczasem w każdym państwie tak niezwykła sekwencja aktów samobójczych musiałaby wzbudzić reakcje organów władzy, wywołać niepokój społeczeństwa i prowokować dziesiątki zasadnych pytań. Nie przypadkiem wskazuję w tym kontekście na realia rosyjskie, bo tylko tam „doskonałe samobójstwa”, a nawet mordy polityczne stanowią przemilczaną codzienność i tylko tamtejsze społeczeństwo potrafi przyjąć je jako zdarzenia naturalne.  Jeśli takie postawy zaczną dominować również wśród Polaków, nie musimy czekać innych znaków, by już dziś wiedzieć, że „władza moskiewskich służb rozlewa się na Polskę”.

 

Artykuł opublikowany w nr 34/2011 Gazety Polskiej. 

wtorek, 23 sierpnia 2011

NIE ROZMAWIAĆ


Mam szczerą nadzieję, że Jarosław Kaczyński nigdy nie zgodzi się na telewizyjną debatę z Donaldem Tuskiem. Z trzech, podstawowych  powodów:

1.         Tego rodzaju debaty nie mają żadnego znaczenia informacyjnego i nie służą poznaniu myśli dyskutantów. Ich końcowe przesłanie zależne jest wyłącznie od ocen dokonywanych przez funkcyjne media. Cokolwiek zatem powie Kaczyński i jakkolwiek skompromituje się Tusk, ośrodki propagandy okrzykną zwycięzcą polityka PO. Znając układ sił i rolę dzisiejszych mediów - nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości.
Prezes PiS-u musi mieć w pamięci swoją debatę z Bronisławem Komorowskim, z czasu kampanii prezydenckiej. Mimo, iż operując faktami i rzeczowymi argumentami rozgromił wówczas prymitywnego rozmówcę, zostawiając go z pustą szklanką i z pustą głową – Polakom zafundowano dwudniowy spektakl propagandowy, w którym pracownicy mediów prześcigali się w zapewnieniach o wygranej Komorowskiego. Ilustracją tej hucpy był choćby sondaż telefoniczny GfK przeprowadzony natychmiast na zlecenie „Rzeczpospolitej”, w którym zwycięzcą debaty okrzyknięto marszałka Sejmu. Również na Salonie 24 byliśmy świadkami propagandowej kampanii „czerwonych” blogerów, przekuwających w sukces druzgocącą klęskę Komorowskiego. Pora zatem przyjąć, że każdy, nawet najbardziej udany występ telewizyjny Jarosława Kaczyńskiego zostanie zdewaluowany i przytłoczony bełkotem dyżurnych analityków i publicystów. Ponieważ większość Polaków dopiero z mediów dowiaduje się - jak i co powinna myśleć – efekt debaty jest łatwy do przewidzenia.

2.         Każde wspólne wystąpienie prezesa partii opozycyjnej z premierem tego rządu, zostanie wykorzystane jako propagandowy glejt i posłuży uwiarygodnieniu polityki grupy rządzącej. Już pozytywna reakcja ludzi PO i rządowych mediów na propozycję debaty powinna wskazywać, że konfrontacja tych polityków zostanie obrócona przeciwko Kaczyńskiemu i przedstawiona w formie alibi na uwierzytelnienie fasadowej demokracji III RP.
PiS nie może zapominać, że przez cztery lata rządów obecnego układu, był pozbawiany praw opozycji parlamentarnej, oczerniany i atakowany w sposób sprzeczny z zasadami cywilizowanych państw. W konsekwencji doszło do zdarzeń, które diametralnie zmieniły polską rzeczywistość. Tragedia smoleńska była możliwa, ponieważ przez wcześniejsze lata deptano godność prezydenta RP, drwiono z niego i szydzono, za cenę poklepywania z rosyjskim ludobójcą. Była możliwa, bo nienawiść do braci Kaczyńskich przerastała nawet poczucie wspólnoty narodowej i skłaniała obecny rząd do wrogich działań przeciwko polskiemu prezydentowi.
Podobnie - morderstwo działacza PiS-u było możliwe, ponieważ grupa rządząca świadomie wytworzyła atmosferę nagonki wobec opozycji, czyniąc ze ślepej nienawiści jedyny program polityczny. Bandyta, który 19 października ubiegłego roku przyszedł zabić Jarosława Kaczyńskiego, nie był szaleńcem ani desperatem. Przyszedł, by wykonać to, do czego był nakłaniany i motywowany przez wiele miesięcy. Zabił, bo do zabójstw i przemocy został wezwany przez ludzi mieniących się politykami i dziennikarzami. Zabił, bo czuł przyzwolenie i akceptację dla zbrodni.
Dlatego prezes PiS nie powinien dziś swoją osobą legalizować czteroletniej kampanii nienawiści. Obraz Tuska jako partnera politycznego dla szefa opozycji, służy wyłącznie interesom propagandowym Platformy i zostanie wykorzystany w celu uzasadnienia iluzorycznej demokracji III RP. To rząd Tuska poszukuje potwierdzenia swojej pozycji w stosunku do środowiska, z którym prowadził śmiertelną wojnę. Debatą, w której premier zostanie wykreowany na męża stanu chce się zatrzeć pamięć o latach nikczemnych praktyk i udowodnić Polakom, że kraj pod rządami PO-PSL to państwo dojrzałej i stabilnej demokracji. 
Tego rodzaju spektakle mają również rozbić siłę argumentacji PiS-u w sprawie tragedii smoleńskiej i pozbawić tę partię wiarygodności krytyków grupy rządzącej.
Jeśli jedna z podstawowych tez Białej Księgi głosi: „Rząd D. Tuska od jesieni 2009 r. współdziałał z rządem Federacji Rosyjskiej przeciwko Prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu w celu rozdzielenia rocznicowych uroczystości katyńskich poprzez zorganizowanie odrębnego spotkania premiera D. Tuska z W. Putinem w Katyniu w dn. 7 kwietnia 2010 r. Rządy obu państw ponoszą odpowiedzialność za tę sytuację, która doprowadziła do tragedii smoleńskiej.” – w jakich kategoriach oceniać wówczas zasiadanie do debaty z Donaldem Tuskiem?

3.         Nie można prowadzić partnerskiej rozmowy z człowiekiem, którego oskarża się o polityczną i moralną odpowiedzialność za tragedię smoleńską.  Nie będę współpracował z nikim, kto był nie w porządku wobec mojego brata i innych poległych. Bo zachowania wobec nich były haniebne, one politycznie i moralnie wykluczają współpracę. Absolutnie wykluczam mój udział we współpracy do czasu jakiejś daleko posuniętej ekspiacji z ich strony.” – powiedział Jarosław Kaczyński dwa dni po przegranych wyborach prezydenckich.
Debata z szefem PO byłaby zatem aktem politycznej schizofrenii i relatywizmu – całkowicie niezrozumiałym i nieakceptowanym przez ogromną rzeszę wyborców PiS-u. Przekaz płynący z takiego zdarzenia, nie tylko nie przyniósłby korzyści politykowi opozycji, ale zdecydowanie osłabił  jego wizerunek człowieka o trwałych, moralnych zasadach.
Jeśli w wystąpieniach Jarosława Kaczyńskiego pojawia się zdecydowana zapowiedź wyjaśnienia prawdziwych okoliczności tragedii smoleńskiej i osądzenia winnych śmierci polskiej elity – czy prezes PiS ma prawo siadać do rozmów z człowiekiem, którego odpowiedzialność wydaje się bezsporna i który za lata swoich rządów może ponieść konsekwencje  karne? 
W tym kontekście pojawia się również problem powinności człowieka honorowego. Ten bowiem nie podejmuje polemiki ani dyskusji z kimś, kto nie zasługuje na miano godnego przeciwnika, kto posługuje się fałszem, zdradą i przemocą, a z własnego państwa uczynił folwark prywaty i obcego dominium. Ponieważ mamy dziś do czynienia z władzą totalną, wspartą na osłonie propagandy i grze służb specjalnych, walczącą z opozycją przy pomocy aparatu państwa – nie można w tej walce ulegać zwodniczym „regułom demokracji”, a tym bardziej rezygnować z jedynej broni ludzi uczciwych. Tą bronią jest moc słowa i nazywania rzeczy po imieniu - bez światłocieni i zabójczych kompromisów. Tylko tak możliwa jest walka z „bezkształtem” dławiącym Polskę. Zamiast z nim debatować i uwiarygodniać jego draństwa,  trzeba uczynić go widocznym, nazwać prawdziwym imieniem i powalić w bezpośredniej bitwie


sobota, 20 sierpnia 2011

TRZEBA „WIEDZIEĆ JAK”


Są obszary życia publicznego, w których obecny rząd wykazuje nadzwyczajną aktywność. Dotyczy to m.in. sfery legislacyjnej, gdzie mobilizacja objawia się niekoniecznie w sprawach najpilniejszych czy leżących w centrum zainteresowania społeczeństwa.
Nie wiemy zatem, co sprawiło, że grupa rządząca uznała nagle za niezbędne zgłoszenie ustawy, która od 12 lat nie mogła doczekać się uchwalenia. 22 lipca br. wpłynął do Sejmu rządowy projekt ustawy o pomocy rozwojowej. W opisie projektu można przeczytać, że dotyczy on „organizacji, zasad i form współpracy rozwojowej podejmowanej z krajami - biorcami pomocy rozwojowej poprzez m.in. wsparcie trwałego rozwoju społeczno-gospodarczego, działania zmierzające do redukcji ubóstwa, poprawę stanu zdrowia, promocji standardów demokratycznych i społeczeństwa obywatelskiego”. Wśród form owej współpracy wymienia się np. udzielanie kredytów i pożyczek oraz redukcję i konwersję zadłużenia państw rozwijających się.  Do odbiorców tej pomocy zaliczono takie państwa jak: Białoruś, Ukraina, Mołdawia, Kazachstan czy państwa afrykańskie .
Zgłoszenie ustawy poprzedziła równie nagła reaktywacja działalności Fundacji „Wiedzieć Jak", powołanej w roku 2001 przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wśród celów fundacji wymienia się „udzielanie pomocy krajom w okresie transformacji w kierunku gospodarki rynkowej i prywatnej przedsiębiorczości oraz wspomaganie ich rozwoju gospodarczego, społecznego i politycznego.”  Fundacja zaprzestała działalności kilka lat temu, a jej ostatnim prezesem był Jacek Kluczkowski, w latach 80. sekretarz komisji kultury ZSMP i dziennikarz m.in. „Sztandaru Młodych”. W III RP Kluczkowski był m.in. szefem gabinetu marszałka Sejmu Marka Borowskiego, ambasadorem Polski na Ukrainie, a od 2011 roku jest ambasadorem w Kazachstanie i Kirgistanie.
Przed zgłoszeniem rządowego projektu ustawy, 27 czerwca br. odbyło się posiedzenie odnowionej rady Fundacji „Wiedzieć Jak". Omówiono na nim kwestie związane ze wznowieniem działalności oraz propozycje zmian statutu, w tym nazwy na "Fundacja Solidarności Międzynarodowej". Dokonano również wyboru nowych władz. Przewodniczącym został Krzysztof Stanowski, podsekretarz stanu w MSZ, zajmujący się współpracą rozwojową. W skład rady fundacji weszli m.in. Marek Borowski – wieloletni członek PZPR, były marszałek Sejmu i minister finansów za rządów SLD, Paweł Kowal, były wiceminister spraw zagranicznych w rządzie PiS, obecnie członek PJN, Jerzy Koźmiński, były ambasador w USA, Henryka Krzywonos, Katarzyna Pełczyńska- Nałęcz, Ks. Kazimierz Sowa, Henryk Wujec i Jacek Protasiewicz – poseł PO.
Dopiero lektura rządowego projektu ustawy o pomocy rozwojowej pozwala zrozumieć, w jakim celu reaktywowano fundację powołaną za rządów SLD.
W projekcie przewiduje się bowiem, że minister spraw zagranicznych – z uwagi na szczególne warunki polityczne w danym kraju – będzie mógł zlecić zadania z dziedziny współpracy rozwojowej Polskiej Fundacji Międzynarodowej Współpracy i Rozwoju „Fundacja Wiedzieć Jak”. Na  realizację tych zadań fundacja otrzyma dotację celową z budżetu MSZ.  Jak wyjaśniono w uzasadnieniu „chodzi o zadania polegające na wspieraniu organizacji pozarządowych, niezależnych mediów, instytucji demokratycznych, rządów prawa oraz promowaniu ochrony praw i wolności człowieka.”
W III RP nikogo nie dziwi już sytuacja, gdy promocją „praw i wolności człowieka” zajmują się członkowie partii komunistycznej lub tajni współpracownicy bezpieki. Pozornie egzotyczny skład rady fundacji również nie jest żadną osobliwością, jeśli zauważyć, że powołano do niej osoby wspierające obecny układ rządzący.
Trudno natomiast pozbyć się wrażenia, że celem niespodziewanej aktywności w obszarze „pomocy dla państw rozwijających się” nie jest sama ustawa o pomocy rozwojowej, a wskrzeszenie postkomunistycznej fundacji i skierowanie do niej środków budżetowych i unijnych. W projekcie ustawy mówi się bowiem o możliwości wykorzystania programów oraz instrumentów finansowych Unii Europejskiej. Dotychczas z powodu braku instytucji zarządzającej takimi funduszami, było to utrudnione. Odpowiedni zapis ustawy czyni z Fundacji „Wiedzieć Jak" faktyczny organ decyzyjny w zakresie dystrybucji środków przeznaczanych na pomoc. W przypadku „państw niedemokratycznych lub o niestabilnej sytuacji politycznej” rozdział tych środków będzie się odbywał bez konieczności organizowania przetargów publicznych, a zatem fundacja sama zdecyduje, komu i w jakim zakresie powierzy realizację zamówień. Nowy skład rady fundacji zdaje się natomiast świadczyć, że jest ona miejscem powstałym w ramach budowania „szerokiej koalicji”, zawiązywanej przed zbliżającymi się wyborami.


Tekst został zamieszczony w Warszawskiej Gazecie.

środa, 17 sierpnia 2011

PRZYJACIELE ŁUKASZENKI


Obecny rząd do perfekcji opanował umiejętność adaptacji polskiej polityki zagranicznej do potrzeb Moskwy lub Berlina. Toteż od czterech lat podstawowym zadaniem koalicji PO-PSL na arenie międzynarodowej jest „usuwanie przeszkód stojących na drodze poprawy relacji rosyjsko-niemieckich” - jak trafnie zdefiniował swoją misję Donald Tusk. Dokonana pod tym kątem analiza wyczynów ministra Sikorskiego zawsze wskaże, że  płk Putin lub kanclerz Merkel znajdują się wśród prawdziwych i zwykle jedynych beneficjantów.
Prawdziwe intencje grupy rządzącej są szczególnie widoczne w stosunkach polsko-białoruskich. Państwo Łukaszenki, będąc postsowieckim dominium Moskwy stanowi idealne narzędzie dla rozgrywania rosyjskich interesów ekonomicznych i politycznych. To Rosja jest dziś głównym partnerem Białorusi i tylko wsparcie Moskwy pozwala funkcjonować tej byłej republice sowieckiej. Bez dostaw taniego gazu, kredytów i otwarcia rynku dla białoruskich towarów, gospodarka Białorusi upadłaby natychmiast. Jednocześnie istnienie reżimu Łukaszenki stanowi dziś mocną kartę przetargową w procesie negocjacji porozumienia Rosja-UE. Państwa UE uznają bowiem prawo Rosji do ingerencji na tym obszarze i upatrują w niej gwaranta „demokratycznych przemian”.
Dopóki zachowanie białoruskiego status quo leżało w interesie Moskwy grupa rządząca prowadziła politykę zbliżenia z reżimem Łukaszenki, nie dbając przy tym o represje dotykające opozycję i polską mniejszość na Białorusi. Stąd okres ocieplenia stosunków z Łukaszenką, wizyta Sikorskiego w Mińsku czy gesty „pogodnej dyplomacji”. Jeszcze przed białoruskimi wyborami polski i niemiecki minister spraw zagranicznych ściskali dłoń dyktatora, prosząc o uczciwy przebieg wyborów i zabiegając o zbliżenie Białorusi z Zachodem.
Słowa Łukaszenki z grudnia ubiegłego roku: „To, co ostatnio Polska zrobiła dla Białorusi, warte jest każdych pieniędzy”, trafnie charakteryzują ówczesne relacje. Białoruski przywódca pomylił się jednak twierdząc, że "stosunki polsko-białoruskie czeka świetlana przyszłość”.  Sytuacja uległa gwałtownej zmianie, gdy fałszując wybory i rozpędzając manifestacje opozycji Łukaszenka zadarł jednocześnie z Moskwą odmawiając podporządkowania się żądaniom Kremla. Po ostatniej fali represji reżim białoruski utracił bowiem jakiekolwiek pole manewru na arenie międzynarodowej i znajdując się pod presją narastających problemów gospodarczych, stanął wobec konieczności przyjęcia rosyjskiego dyktatu. W zamian za kredyty Rosja żąda wykupienia kluczowych białoruskich zakładów przez rosyjskich inwestorów. Dokonana w ten sposób przymusowa prywatyzacja doprowadzi do przejęcia kontroli nad białoruską gospodarką, a w konsekwencji do upadku państwa i umocnienia dominującej pozycji Rosji w tym regionie. W interesie Moskwy leży dziś, by nagłaśniać i krytykować posunięcia reżimu, a nawet inspirować akty sprzeciwu wobec Łukaszenki. Wszystko to w celu zmuszenia dyktatora do ustępstw. Białoruś staje się również mocną kartą przetargową w procesie negocjacji porozumienia Rosja-UE. Państwa Zachodu liczą, że działania Moskwy pozwolą obalić lub złagodzić reżim Łukaszenki i otworzyć rynek białoruski na unijne inwestycje.
Od czasu zaostrzenia rosyjskiego kursu, identyczną tendencję można zauważyć w wypowiedziach polityków z grupy rządzącej. Podczas posiedzenia Rady Gabinetowej Bronisław Komorowski oświadczył, że „szczególnym wyzwaniem dla polskiej prezydencji będzie ostra reakcja na sytuację na Białorusi” i podkreślił, że „tylko wspólne działanie w tym zakresie wszystkich krajów wrażliwych na kwestie demokracji na wschodzie Europy może przynieść pozytywne efekty”.  Nagła aktywność polskich polityków w nagłaśnianiu represji reżimu, nie wypływa jednak z pragnienia obrony „wolności i demokracji” lecz znajduje mocne uzasadnienie w realizacji interesów Rosji. Od wielu miesięcy Białoruś i rozgrywane tam operacje stanowią jeden z najmocniejszych atutów w relacjach z UE, a kryzys białoruski stwarza Moskwie możliwość przejęcia władzy w tym kraju. Tylko dlatego, grupa rządząca występuje dziś przeciwko reżimowi i stroi się w szaty rzeczników demokracji.
By rozumieć w pełni istotę relacji polsko-białoruskich, warto zwrócić uwagę na cyniczny spektakl jaki został odegrany po ujawnieniu wiadomości, że Prokuratura Generalna przekazała białoruskim śledczym informację o rachunkach bankowych Alesia Bialackiego, szefa białoruskiego Centrum Praw Człowieka "Wiasna". Bialacki  został następnie zatrzymany przez KGB i oskarżony o ukrywanie dochodów.
Dobiegające z rządowych mediów głosy oburzenia i krytyczne wypowiedzi polityków PO-PSL są bezprzykładnym aktem obłudy ale też wiary w niewiedzę Polaków, zaś słowa Sikorskiego o „karygodnym błędzie” i  zdwojeniu wysiłków na rzecz demokracji na Białorusi" – zasługują na miano szczytu hipokryzji.
Przekazanie przez organ III RP informacji białoruskiemu KGB nie jest bowiem żadnym „błędem” ani zdarzeniem incydentalnym. Od dawna istnieje ścisła współpraca służb polskich i białoruskich, a jej ofiarami padło już wielu obywateli Białorusi. Ostatnia informacja potwierdza jedynie, że mamy do czynienia ze stałą choć ukrywaną przed Polakami praktyką.
Już w lutym 2008 roku, na portalu Kresy24.pl pojawiła się informacja, że polskie służby zrobiły prezent białoruskiemu KGB i wydały zakaz wjazdu Józefowi Porzeckiemu – wiceprezesowi zwalczanego przez Łukaszenkę Związku Polaków na Białorusi. Znający okoliczności sprawy informator twierdził, że polskie służby uległy sugestiom białoruskiego KGB na temat rzekomej „agenturalnej działalności” Porzeckiego. Nie zweryfikowano tych informacji i zaufano osobie, która je przekazała. Portal podkreślał, że „nie ulega wątpliwości, iż zakazując Porzeckiemu wjazdu polskie służby po raz kolejny zrobiły prezent KGB, uderzając w sam środek ZPB. Można tylko sobie wyobrazić jaką radość sprawiło białoruskim służbom podważenie zaufania do Porzeckiego w polskim środowisku na Grodzieńszczyźnie i jak destrukcyjnie wpłynie to na Związek”. Już wcześniej, Porzecki był szykanowany przez polskie władze, a zakaz wobec niego zdjęto na jesieni 2005 roku, po dojściu do władzy PiS. Polskie MSZ przeprosiło wówczas działacza za dawne szykany, przyznając, że wcześniejsza decyzja o zakazie wjazdu była całkowicie bezpodstawna. Po cofnięciu zakazu Porzecki wielokrotnie przyjeżdżał do Polski i reprezentował ZPB, w towarzystwie Andżeliki Borys.  W opinii polskich działaczy na Białorusi, sprawa Porzeckiego mogła być sygnałem do władz w Mińsku, że w sprawie polskiej mniejszości Warszawa jest skłonna pójść na ustępstwa. Polacy w Grodnie byli wówczas oburzeni sytuacją:„Kto podejmuje podobne decyzje? To prowokacja wymierzona w Polaków na Białorusi. Tyle wycierpieliśmy od białoruskich władz, teraz przez swoich mamy cierpieć?” – mówił wówczas czołowy działacz ZPB Wiesław Kiewlak.
Można byłoby to zdarzenie uznać za incydentalne, gdyby nie informacja z listopada 2009 roku, mówiąca o tym, że Polska przekazała do białoruskiego KGB dane o transakcjach Białorusinów w naszym kraju, a białoruska bezpieka szantażuje tymi informacjami swoich obywateli i pracowników polskiego konsulatu w Grodnie, wzywając dziesiątki osób na przesłuchania. Białorusini opowiadali wówczas, że przesłuchujący ich funkcjonariusze KGB obiecywali umorzenie postępowania bądź rezygnację ze ściągania cła w zamian za informacje o polskich urzędach celnych. – „Interesowało ich, jak działa polski urząd celny, czy ktokolwiek z celników po polskiej bądź białoruskiej stronie bierze łapówki. Kto się z kim przyjaźni” - opowiadał jeden z drobnych handlarzy.
Z kolei na przesłuchania do białoruskiej milicji finansowej (Departament Dochodzeń Finansowych Komitetu Kontroli Państwowej) wzywano też obywateli Białorusi pracujących w dziale wizowym Konsulatu Generalnego RP w Grodnie. Formalnym powodem były rzekome nieprawidłowości przy wydawaniu wiz.„Naprawdę chodziło o zastraszenie naszych pracowników” - twierdził jeden z konsulów. Było oczywiste, że wykorzystując dane przekazane przez polskie służby, KGB prowadzi działania zagrażające naszemu bezpieczeństwu i wykorzystuje materiały do typowych działań wywiadowczych i werbowniczych. Rzeczniczka ABW ppłk Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska zapytana wówczas, czy polska instytucja, do której KGB zwraca się o dokumenty powinna o tym powiadomić ABW odparła, że instytucje państwowe nie mają takiego obowiązku. Gdy próbowano ustalić, która z polskich instytucji przekazała materiały do KGB, Ministerstwo Finansów orzekło, że nie pochodzą one ze służb skarbowych i celnych - jedynych, które mają zbiorczy wykaz takich danych. Być może odpowiedzi należało szukać w informacji ujawnionej w grudniu 2009 roku, na temat wewnętrznego dokumentu wywiadu skarbowego, w którym funkcjonariusz tej służby opisywał, jak na żądanie przełożonych przekazał oficerom ABW wiadomości z baz danych ministerstwa skarbu. Tak bliska (i bezprawna) współpraca nie może dziwić, bowiem od lat kolejni szefowie wywiadu skarbowego to osoby, których kariery są ściśle związane z ABW. W ten sposób Agencja miała pozyskiwać dane o przedsiębiorcach, którzy nie są objęci żadnym postępowaniem.
W marcu 2010 roku potwierdzono, że Polska przekazuje białoruskiemu KGB informacje o transakcjach handlowych na terenie naszego kraju, przeprowadzanych przez obywateli Białorusi, w tym polskiego pochodzenia. Do zaprzestania tej praktyki wezwali rząd parlamentarzyści z sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą, występując do Tuska z dezyderatem. Rada Naczelna Związku Polaków na Białorusi  wystosowała zaś list do premiera, w którym napisano: "Ocieplenie relacji między Polską a Białorusią, które obserwujemy od kilkunastu miesięcy, nie przełożyło się wcale na polepszenie sytuacji mniejszości polskiej, czego świadectwem są prześladowania Polaków m.in. w Iwieńcu". Miesiąc później Maciej Płażyński, szef Stowarzyszenia Wspólnota Polska oświadczył, że oczekuje twardego stanowiska władz polskich w sprawie przejęcia przez władze białoruskie należącego do Związku Polaków Domu Polskiego w Iwieńcu. Również prezydent Lech Kaczyński oczekiwał, że przedstawiciel rządu polskiego i minister Sikorski „w mocnych słowach przedyskutuje z szefem białoruskiej dyplomacji kwestię mniejszości polskiej na Białorusi”.
Trafną ocenę ówczesnej sytuacji zawarł Tomasz Pisula, prezes fundacji Wolność i Demokracja, gdy w grudniu 2009 roku stwierdził: „Kontakty polsko-białoruskie trwają od ponad roku, ale wszystko odbywa się w najwyższej tajemnicy. Szkoda, bo jesteśmy państwem demokratycznym, wybieramy urzędników i powinniśmy wiedzieć o ich działaniach. W tym przypadku mam wrażenie, że ponad głowami Polaków w Polsce oraz na Grodzieńszczyźnie i ponad głowami Białorusinów powstają pewne fakty polityczne, które potem dość trudno będzie odkręcić, bo mają dalekosiężne konsekwencji”.
Wiemy obecnie, że współpraca służb i instytucji polskich z KGB trwa do dnia dzisiejszego, a ujawniony ostatnio kazus Alesia Bialackiego jest typowym „wypadkiem przy pracy”. Kolaboracja z reżimem Łukaszenki odbywa się w ścisłej tajemnicy, zatem to, co przenika do mediów zdradza zaledwie fragment rzeczywistości. Przyjęta przez polityków PO-PSL poza „obrońców demokracji” stanowi element cynicznej gry w spektaklu reżyserowanym przez Moskwę. Ich werbalne deklaracje i propagandowa krytyka reżimu przypominają teatr odgrywany na potrzeby opinii publicznej i są mistyfikacją podporządkowaną interesom Kremla.


Artykuł opublikowany w nr 33/2011 Gazety Polskiej 

niedziela, 14 sierpnia 2011

RĘKA Z TAMTEGO ŚWIATA. ROK 1920


Dziwny jakiś traf zrządził, że kierunek kontrakcji naszej Brygady rozwijał się właśnie wzdłuż dróg prowadzących do mej okolicy. Po nagłym załamaniu się generalnego ataku nieprzyjaciela na linię Wisły i odparciu go od Warszawy, kolej zwyciężać przyszła na wojska polskie. Dwojąc się i trojąc w powszechnym natarciu na zuchwałego wroga, forsownymi marszami dosłownie nadeptywając mu na pięty, ledwośmy zdążali go wytracać, roznosząc na bagnetach i szablach bose i głodne kupy najeźdźców, którzy, potraciwszy głowy i dowódców, umykali w popłochu, czasami tylko zwracając się ku nam do obrony, z rozpaczą i rozjuszeniem osaczonego zwierza. (...) Po niejakim czasie straciliśmy nawet łączność z rozbitym nieprzyjacielem. Uchodził zawsze o dzień drogi marszu przed nami, plądrując, niszcząc, paląc i rabując, co się da.
Jako dowódcy kompanii piechoty, dano mi rozkaz zajęcia i utrzymania, aż do nadejścia sił głównych, pewnego wzgórza, które było położone na rozstaju dróg, skąd kilkanaście tylko wiorst dzieliłoby mnie od wsi Jaskrońca.
Prawie bez przeszkód, wyłapując jedynie maruderów, oraz czerwonoarmistów, brodatych wielkorusów, chcących się poddać "z dobrawoli", dotarłem pomyślnie do wskazanego miejsca. Na owym wzgórzu u rozstajnych dróg stał znany mi z dawien dawna dworek, otoczony starym parkiem. Właściciele uszli przed burzą wojenną, zaś zdobywcy stali tam przez jakiś czas kwaterą, o czym świadczyły wymownie ślady ich krótkiej, ale że się tak wyrażę, doszczętnej gospodarki.
Dla tego dworku miałem zawsze osobliwy sentyment. Leżał na drodze do powiatu, którędym jeździł do szkół za czasów mego chłopięctwa. Ile razy mijałem to miejsce, i wtenczas, i potem uderzało mię zawsze wielkie podobieństwo tego domu i ogrodu i w ogóle całego obejścia, do własnego mego gniazda, gdziem się urodził, wychował i żył.
Skoro więc rozstawiłem placówki i posłałem dowództwu odpowiedni meldunek, nie mogłem się opędzić dawnemu sentymentowi. I w szczerym wzruszeniu jąłem lustrować opuszczone obejście, począwszy od domu.
Smutny obraz dawało to domostwo, urządzane jak widać, w ciągu długich lat, może paru stuleci. W czcigodne naczynie, wznoszone i przebudowywane przez szereg pokoleń, kształtując zbiorową duszę szlacheckiej familii od dziadów-pradziadów tu osiadłej, rojne od wspomnień droższych, nad relikwie, pełne żywego smutku i radości tych, co się w zaciszu starych ścian urodzili, żyli byli i pomarli - wdarł się żywioł obcy, wrogi i niszczący. I pohulał, wygodziwszy niszczycielskim swym instynktem.
W oknach nie zostało ani jednej całej szyby. Nie od kul wyleciały - powytłukiwano je snać naumyślnie kolbą, kijem, pięścią, z sołdackiej chandry, dla zbytku. W pokojach wszystka posadzka była dokładnie wyważona, klepka po klepce wydarta ze spojeń. W pośrodku izby, niegdyś jadalnej, pozostała kupa popiołu i węgli po ognisku, wznieconym z połamanych mebli. Komu i po co przydał się ten ogień - niewiadome; było lato, upał dokuczał nawet w nocy, a dla uwarzenia strawy znajdowała się obok dobrze urządzona kuchnia. Wszystkie meble, szafy, kredensy, leżały w drzazgach, szczapach i strzępach. Nogi co krok deptały po szkle, ścielącym się od roztrzaskanych luster. Tapety tu i ówdzie powydzierano pasami od sufitu aż do podłogi, ściany okryto szeregiem odręcznych napisów i rysunków kredą, węglem lub dziegciem, utrzymanych w stylu owych prymitywów, które zdobią mury i parkany moskiewskich koszar, więzień i fabryk. Doborowa biblioteka, składająca się z paru tysięcy starannie oprawionych ksiąg, przedstawiała zwichrzoną kupę podartych, zetlonych szpargałów.
Uwagę mą zwróciła duża księga in folio, leżąca na podłodze w niedbałym rozwarciu i roztrzepaniu kart, z resztkami grubej pozłoty na brzegach i grzbiecie, tłoczona czcionkami greckimi na papierze, pożółkłym od czasu. Nachyliwszy się zapuściłem wzrok między wiersze. Owiała mię wspomnieniem znajoma treść:
boski Platon bronił w obliczu wieków nieśmiertelnego Sokratesa... Przebiegłem oczami kartę do samego dołu i odwróciłem ją, sam o tym dobrze nie wiedząc. Wtem nagły fetor odepchnął, odtrącił mię od rozwartej księgi... Odwróconą kartę ohydną lepką kałużą okrywały rozlane odchody ludzkie. Jakem się przekonał, wszystkim wykwintniejszym księgom tej bibijoteki, przygodni czytelnicy wygodzili w ten sam sposób.
I co wogóle szczególniej mię uderzyło w całym tym rozgromionym domu, to mnogość tego specyficznie moskiewskiego zostawiania po sobie zelżywej, śmierdzącej pamiątki: w każdym kącie, w pośrodku każdego pokoju, na parapetach okien, na rozprutych materacach łóżek, na potłuczonej klawiaturze rozbitego fortepianu. Szczególna to chuć robić ze wszystkiego kloakę. Jeśli ślad obecności tych ludzi jest taki, cóż dopiero dziać się musi w nich samych, pomyślałem...
Ból prawie fizyczny targnął mą duszę. Wybiegłem co tchu z zapowietrzonych izb, aby się przejść po ogrodzie. Lecz i tu ścigała mię zmora w obrazie krzewów, roślin południowych, które wyniszczone były w sposób niezwykle gruntowny, tak, aby nigdy już odrosnąć nie mogły: w obrazie malw, róż, georginii, słoneczników, pościnanych snać ciosami kija czy też knuta; w obrazie urodzajnych jabłoni i grusz, których gałęzie, obciążone rzęsnym, zielonym jeszcze owocem, zwisały, wsparte czubem o stratowaną murawę; odłamano je od macierzystego pnia, który świecił w miejscu oddarcia gałęzi okrutną, białą raną.
Uchodząc od tych widoków zabrnąłem, idąc zboczem porosłego gęsto wzgórza, aż nad staw, będący właściwie dużą sadzawką, sakramentalnym dodatkiem "parku" w każdym niemal obejściu dworskim w Polsce.
Woda, obrzeżona gajem tataraków, lśniła w sierpniowym słońcu, jak żywe srebro i jak szczere złoto. Bliżej ku zaroślom brzegów wydawała się być szczelnie okryta mnóstwem dużych, mokrych szmaragdów: to rzęsa wodna, oraz wywrócone na kształt płaskich talerzów, lśniące listowie przekwitłych nenufarów leżały na wodnej tafli, niby zielona łuska bajecznych płazów, pospanych w południowym upale.
Z rozkoszą zanurzyłem wzrok w tym zakątku wilgotnej zieleni. Wtem zwidziało mi się, że w pośrodku srebrno - złotej wody nieruchomieje coś białego, coś niby kilka kęp śniegu, kiedy wraz z lodem taje na wiosnę w odmarzającym stawie. Po uważnych oględzinach rozpoznałem, że są to martwe łabędzie. Jeden, drugi, trzeci... piąty... dziesiąty... Powystrzelano je zapewne, ot, tak sobie, dla moskiewskiej, hulaszczej zabawy.
W drodze powrotnej szczegół innych, nierównie więcej przykry, zabrał mą uwagę. Idąc aleją wygracowaną brzegiem stawu, ujrzałem jeszcze kilka łabędzi. Były również martwe. Ktoś wpadł widocznie na pomysł osobliwy. Młode sadzonki wierzb nad stawem czyjeś ręce rozłupały toporem, czy szablą od góry aż do korzenia i w otrzymane stąd widły, sprężyście zwierające się rozdartemi połowami, powszczepiano wysmukłe długie szyje ptaków. Płaskie ich głowy, z rozwartymi szeroko dziobem, zwisały martwo z jednej strony drzewek, zaś z rozpacznie rozpostartymi skrzydły, których pióra wbiły się, wgrzebały w ziemię, niby zgrabiałe palce zmarłych w męce. Szary i biały puch wyścielał dokoła trawę i słaniał się za najlżejszym powiewem.
- Łabędziom nawet, za to jedno, że były "pańskim" ptactwem, nie darowali ci ludzie -pomyślałem w zgryzocie i cały nieswój, dygocąc z obrzydzenia, podążyłem w stronę rozstawionych za parkiem placówek, niby to w celu sprawdzenia, jak się służba pełni, w istocie zaś po to, żeby coś czynić, czymś się zająć, żeby tylko nie pozostawać dłużej sam na sam z sobą, z moją męką pęczniejącą mi w głowie, jak obolały gnojny wrzód.
Ledwom się z parku wydostał, natrafiłem wnet na mych żołnierzy. Zgromadzeni byli w liczbie kilku pod murem ogrodu. Mówili bardzo głośno i wszyscy razem, pilnie ze wszystkich stron oglądając coś znajdującego się na ziemi. Na mój widok ucichli i rozstąpili się, dając mi przejść. Rzuciłem okiem wdół na rzecz, która wywołała zbiegowisko.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś niesamowity, pokraczny grzyb, białawy, i bardzo duży, po niedawnym deszczu wyparł się z mokrego gruntu.
- Melduję posłusznie - posłusznie - odraportował mi któryś - względem tego, co wiejskie ludzie powiadają, że tutaj ma leżeć nasz polski oficer. Ciężko był ranny, powiadają. Popod lasem znalazły go "bolszewniki" po jednej bitwie i przywlokły, psiekrwie, aż tutaj; ciągli za nogi, włócząc gębą po ziemi, ta i zakopały żywcem, nieboraka. Ino ręką z tamtego świata kiwa nam teraz... Mamy los, panie poruczniku!
Ukląkłem, aby się lepiej przyjrzeć. Nie nasuwało się żadnych wątpliwości, że ręka stercząca z ziemi, należy do człowieka, zakopanego żywcem. Dokoła kiści ziemia była szczególniej zruszona. A w zastygłym na wieki ruchu samej ręki było coś, mrożącego krew w żyłach: wymowna, chociaż niema jak śmierć, opowieść umarłego gestu o strasznym skonie istoty żywcem pogrzebanej, która ostatnim wysiłkiem rozpaczy, z podziemnym krzykiem ust, pełnych gliny, siliła się wydostać na powietrze, lecz tylko tą ręką okropną ręką trupa, zdołała wydrzeć się z grobu na świat...
- Sterczy ku tobie błagalna dłoń! - samo się tak określiło w mej myśli, wersetem z ponurego "Chorału", zjawisko z pod ziemi wyszłe, zapozywające Wojnę przed sąd Boga Żywego...
Po ziemistym już ciele owej ręki biegało kilka skrzętnych mrówek, jak to mrówki zazwyczaj biegają po czymś: pośpiesznie, niby-to bez żadnego celu, po mrówczemu. Wszystkie palce, prócz wskazującego, układały się w nieszczelną pięść, ten jeden zaś, niedołężnie przygarbiony, wskazywał kędyś na ukos, w niewiadomy punkt. Wpełzła nań właśnie boża krówka, podobna do toczącej się kropelki krwi, wydostała się na koniec paznokcia, po czem rozpołowiła nie odrazu twarde korale swych łusek, wreszcie rozpięła błoniaste skrzydełka i odleciała prosto w sierpniowy błękit!...
- Sierżancie! gdzie jest sierżant? zawołać sierżanta! - krzyknąłem, nie wiedząc o tym, że głos mój brzmi charkotliwie jak bełkot, pomieszany z jękiem, i że na twarzy jestem blady i ziemisty, jak ta z pod ziemi wskazująca na coś ręka.
- Ściągnąć zaraz wszystkie posterunki. Opatrzyć broń. Za kwadrans maszerujemy do Jaskrońca!...
Serce tłukło się mi po całej piersi wyżalonym tempie, niby sto bębnów, głuchym warkotem uderzających z nagła na alarm.

***********************


Tom opowiadań "Koń na wzgórzu" 23-letniego porucznika Eugeniusza Małaczewskiego (1897-1922), z którego pochodzi powyższy fragment był uważany w okresie międzywojennym za jedną z najbardziej wstrząsających opowieści o wojnie bolszewickiej, a także za jeden z najbardziej antysowieckich utworów, jakie stworzyła literatura polska.
Do twórczości Małaczewskiego nawiązywał Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński, gdy 3 sierpnia 1962 roku mówił w Warszawie:
"Będziemy szli najmilsi, po kolana w polskim błocie, a jeśli trzeba, to padniemy na twarz w to błoto, bo mamy je uświęcić (...), tak - jak zapowiadał ongiś Eugeniusz Małaczewski w 'Koniu na wzgórzu'. Upaść duchowo na ziemię polską, miłośnie ją objąć, a przycisnąwszy usta i serce swoje do niej, wsłuchiwać się w głosy, które tam słychać. Może jeszcze nie słychać ich na powierzchni w pogwarze, jak to określił Małaczewski - 'sejmikującego życia', ale już są w głębi serca Matki - ziemi polskiej, już idą".
W przededniu święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 91 rocznicy Bitwy Warszawskiej i Dnia Wojska Polskiego - warto przypomnieć fragment wielkiej, a zapomnianej literatury oraz nadal aktualne słowa Prymasa Wyszyńskiego.



Fragment opowiadania został opublikowany w Biuletynie Informacyjnym AK sierpień-wrzesień 2006r.
Cytat z homilii kard. Stefana Wyszyńskiego pochodzi z Naszego Dziennika, z artykułu „Wielcy Zapomniani: Eugeniusz Korwin-Małaczewski - pisarz i żołnierz”
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20090814&id=my11.txt

piątek, 12 sierpnia 2011

ŚWIADEK „W KORONIE”


Jedna z głównych trosk posłów Platformy w trakcie prac tzw. komisji naciskowej dotyczyła niedopuszczenia do przesłuchania Ryszarda Krauzego. Chociaż nazwisko biznesmena początkowo znajdowało się na liście świadków, to kolejne miesiące przyniosły radykalną zmianę stanowiska PO i ujawniły histeryczny sprzeciw przed wezwaniem świadka.  Działania jakie podejmowano, by uniknąć jego przesłuchania przybierały niekiedy groteskową formę.
Od 2009 roku koronnym argumentem szefa komisji Andrzeja Czumy, stało się orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z dnia 28.11.2008 r. Poseł PO na podstawie werdyktu, który zapadł w sprawie wniosku PiS-u o stwierdzenie niekonstytucyjności uchwały o powołaniu komisji śledczej, wysnuł własny wniosek i autorytarnie stwierdził, jakoby Trybunał zakazał komisji przesłuchiwania Krauzego.
O wartości tego argumentu przesądzili sami eksperci prawni komisji, którzy na pytanie posła Mularczyka : „czy w wyroku TK wprost jest mowa o  panu Ryszardzie Krauze i czy Komisja może a priori wykluczyć świadka, który występuje w aktach sprawy, z przesłuchania, twierdząc, że ten świadek i tak nic nie wniesie do naszej sprawy i że nie przybliży nas do wyjaśnienia tutaj prawdy”, udzielili zdecydowanej odpowiedzi przeczącej. Ekspert prawny komisji Magdalena Bielowicka stwierdziła: „Wyrok Trybunału Konstytucyjnego ani nie nakazuje, ani nie zakazuje przesłuchania jakiegokolwiek świadka. To, czy świadek zostanie przesłuchany przez Komisję, czy jest przydatny, czy ma wiedzę, [...] to tylko zależy wyłącznie od Komisji. Czyli to Komisja decyduje o tym, jakiego świadka wzywa bądź jakiego świadka nie wzywa.”
Tej treści stanowisko zajęło trzech spośród czterech ekspertów. Mimo wyraźnej wykładni, Andrzej Czuma stanowczo sprzeciwiał się wezwaniu świadka, zaś poddany pod głosowanie wniosek posłów PiS-u został natychmiast odrzucony głosami PO i SLD. Do dziś w rządowych mediach Czuma powtarza swój psedoprawny „argument z orzeczenia TK”.
Do wykreślenia biznesmena z listy świadków doszło w przeddzień wezwania przed komisję Zbigniewa Ziobro. Posłowie PiS stwierdzili wówczas, że Platforma chroni Krauzego przed przesłuchaniem i zapowiedzieli ponowne zgłoszenie wniosku. Uczynił to poseł Arkadiusz Mularczyk w trakcie posiedzenia komisji w dniu 24.09.2010. Mularczyk podkreślał, że „istotne jest wyjaśnienie, jakie relacje łączyły pana Ryszarda Krauze z panem Andrzejem Lepperem, czego dotyczyły spotkania z panem Kaczmarkiem na 40. piętrze w hotelu Marriott. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego państwo tych okoliczności nie chcecie poznać i nie chcecie, ażeby opinia publiczna w Polsce również poznała tą stronę sprawy tzw. afery gruntowej i afery przeciekowej. Więc mówię, nieprzesłuchanie tego świadka naraża prace naszej Komisji na nieważność”.
Po odrzuceniu również tego wniosku, Arkadiusz Mularczyk podczas konferencji prasowej w Sejmie stwierdził, że "komisja staje się po prostu farsą", a Platforma "chce pokazać wyłącznie jedną stronę medalu".
Po raz kolejny, nazwisko biznesmena powróciło w dniu 26 sierpnia br. za sprawą Zbigniewa Ziobry. Wezwany tego dnia przed komisję były minister sprawiedliwości oświadczył bowiem, że chce złożyć wniosek o przesłuchanie Ryszarda Krauze i od rozpatrzenia tego wniosku uzależnia swoje dalsze wyjaśnienia. W uzasadnieniu Ziobro stwierdził:„Pan Ryszard Krauze z całą pewnością posiada bardzo obszerną wiedzę na temat ewentualnych nacisków, nieprawidłowości działania również tutaj siedzącego prokuratora generalnego. Wiem o tym, choćby z jego wywiadów, jakich udzielał. Tak, że jest osobą bardzo dobrze poinformowaną, miał kontakt z wieloma świadkami, którzy tu byli przesłuchiwani, czy też osobami pełniącymi kluczowe funkcje publiczne w naszym państwie. Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od Ryszarda Krauze, jego spotkania z Januszem Kaczmarkiem. Ta zagadka 40. piętra Hotelu Marriott do dziś nie została rozwiązana. Ale z całą pewnością Ryszard Krauze był osobą od początku zaangażowaną w całą sprawę, co więcej, prokuratura uznała go za osobę centralną całej sprawy, ponieważ stawiała mu zarzuty składania fałszywych zeznań i mataczenia w sprawie.”
Ziobro przywołał następnie wypowiedzi biznesmena z wywiadu, jakiego udzielił tygodnikowi  „Newsweek”. Krauze twierdził w nim, jakoby wydarzenia związane z jego osobą miały „bardzo negatywny wpływ na jego wiarygodność i notowania spółek, kryzys giełdowy.” Polityk PiS-u trafnie więc zauważył, że Krauze „może tutaj świadczyć o konsekwencjach tych ewentualnych nacisków i nadużyć, które miały rzekomo mieć miejsce w okresie mojego funkcjonowania w prokuraturze. Podaje tu nawet dokładne liczby, które robią wrażenie, 5 mld, o które kapitał zmniejszył się do 1,5 mld. Więc jednym słowem, pan Ryszard Krauze jest osobą, jak sam mówi, pokrzywdzoną, centralnie zaangażowaną w całą sprawę, posiada ogromną wiedzę, z racji tych swoich kontaktów z wszystkimi tutaj przesłuchiwanymi niemal osobami. [...]osoba, która odgrywa tak istotną rolę w całym tym przedsięwzięciu rzekomych nadużyć, których miałem się dopuszczać, wydaje mi się osobą centralną, z którą chętnie też bym się skonfrontował, jeśli Komisja uznałaby to za rzecz oczywiście ważną dla poznania prawdy”.
W reakcji na wniosek Ziobry, Andrzej Czuma ponownie powołał się na zużyty „argument z Trybunału”, a gdy Ziobro zaoponował przeciwko takiej nadinterpretacji, usłyszał w odpowiedzi: „To, że pan Krauze w wywiadach mówi, że naciska lub nie naciska, lub jego naciskano, to chciałbym się podzielić z panem posłem moją refleksją z zeszłego tygodnia, kiedy gościłem w biurze poselskim osobnika, który ma bezpośrednie kontakty z panem Jezusem i mówił, że on ma bezpośrednio…, wie, co dla Polski jest ważne i nieważne. Objawienia pana Ryszarda Krauzego naprawdę nie interesują absolutnie komisji i jego wynurzenia, czy ktoś naciskał na niego, albo on naciskał, albo próbowano naciskać, kompletnie nas nie interesują panie pośle”.
Sam Mrożek nie wymyśliłby bardziej niedorzecznej sytuacji, w której „obwiniony” wnioskuje o przesłuchanie przeciwnika mającego potwierdzić jego winy, zaś „oskarżyciel” sprzeciwia się temu, uznając a priori ewentualne zeznania świadka za „objawienia”.
Tuż po wyjściu z obrad komisji Ziobro zorganizował konferencje prasową, na której stwierdził, że „liderzy Platformy Obywatelskiej obawiają się z jakichś powodów wezwania Ryszarda Krauzego. Donald Tusk, Grzegorz Schetyna, nie wiem dlaczego, obawiają się, by pan Ryszard Krauze stanął przed tą komisją.[...] Nie może być tak, że są święte krowy, równi i równiejsi. Całą sprawa zaczęła się od wind, którymi poruszał się Ryszard Krauze i Janusz Kaczmarek. Pan Krauze, to nie ulega wątpliwości, jest postacią kluczową w tej sprawie, w wątku związanych z przeciekiem oraz przekroczeniem uprawnień.” Nawiązując do niedawnego przesłuchania Roberta Murdocha, Ziobro podkreślił, że „w Polsce miliarder może mieć poczucie, że stoi ponad prawem i zasady go nie wiążą”. Padło zatem pytanie: „pytam premiera i marszałka Sejmu, dlaczego?
Choć jest to pytanie najwyższej wagi, nie uzyskamy na nie odpowiedzi. Kilka dni później, komisja naciskowa nagle zakończyła prace, a sprawę przesłuchania Ryszarda Krauzego przykryła teza zawarta w projekcie stanowiska komisji, iż „nie ma podstaw do stwierdzenia, aby w latach 2005- 2007 istniał mechanizm, który umożliwiałby funkcjonariuszom publicznym zajmujących kierownicze stanowiska państwowe nielegalne wywieranie wpływów na prokuratorów, funkcjonariuszy policji i służb specjalnych".
Tak sformułowany wniosek końcowy, musiał zostać odebrany pozytywnie przez opozycję. Tym samym, zablokowano możliwość zadawania kłopotliwych pytań i dalsze drążenie tematu świadka. Rządowe media natychmiast zadbały, by nawet ta ewidentna kompromitacja została przemilczana, a przy wydatnym udziale opozycji wręcz przekuta w sukces. Spektakl, jaki grupa rządząca odegrała z zakończeniem prac komisji naciskowej zasługuje zatem na miano wzorcowego aktu propagandy i manipulacji. Propagandy, ponieważ dzięki brzmieniu konkluzji raportu, Andrzej Czuma został obdarzony mianem „człowieka przyzwoitego”, a Platforma zyskała wizerunek partii, którą stać na obiektywną ocenę politycznego rywala. Manipulacji, bowiem zamykając prace komisji Platforma działała przede wszystkim we własnym interesie i ta prawda została ukryta przed społeczeństwem. Celem tego zabiegu było uniknięcie uciążliwej sytuacji  związanej z osobą świadka, którego przez trzy lata nie chciano wezwać ani przesłuchać. Kończąc farsę komisji naciskowej, politycy PO najwyraźniej uciekli od pytań dotyczących powiązań z kluczową postacią afery gruntowej i przeciekowej.


Tekst opublikowany  w „Warszawskiej Gazecie”. 

środa, 10 sierpnia 2011

JEDNYM GŁOSEM

Gdy 12 stycznia br. gen. Tatiana Anodina oficjalnie ogłaszała tezy rosyjskiej dezinformacji, wielu komentatorów orzekło, że publikacja raportu MAK uderzy w rząd Donalda Tuska, a nawet może doprowadzić do zmian na polskiej scenie politycznej. Wydawało się, że sposób w jaki Rosjanie zaprezentowali ewidentne kłamstwa godzi w propagandową wizję poprawy stosunków polsko-rosyjskich, obnaża błędy i indolencję rządu i daje mocne argumenty partii opozycyjnej. Towarzyszącą wydarzeniu atmosferę skandalu potęgowała reakcja grupy rządzącej, której przedstawiciele unikali wyraźnego potępienia rosyjskich tez. Zwracałem wówczas uwagę, że jesteśmy świadkami wspólnej i dobrze reżyserowanej gry, w której stawką jest nie tylko sprawa smoleńska, ale również wynik jesiennych wyborów parlamentarnych i utrzymanie przy władzy obecnego rządu. 

Reżyseria „lepszych czasów”


Następnego dnia, po widowiskowym powrocie z Dolomitów, Donald Tusk występując w roli polskiego męża stanu oświadczył: „Raport MAK nie jest kompletny. Zwrócimy się do Rosji o wspólną wersję raportu”. Deklaracja Tuska wydawała się całkowicie niedorzeczna, ponieważ  szefowa MAK-u podczas prezentacji w Moskwie stwierdziła, że „raport niezależnej komisji jest ostateczny, a zostaje opublikowany z polskim i uwagami. Forma wspólnego raportu w standardach konwencji chicagowskiej nie jest przewidziana”.
Mimo tych twardych słów, premier rządu oznajmił, że zgodnie z konwencją chicagowską prześle prośbę do Rosjan o rozmowy w sprawie „uzgodnienia wspólnej wersji raportu”. Gdyby to się nie udało, Tusk zapowiadał dalsze kroki: „Jeśli rozmowy z Rosją nie doprowadzą do wspólnego stanowiska, możliwe będzie odwołanie się do instytucji międzynarodowych. Mam jednak nadzieję, że dojdzie do porozumienia z Rosjanami.”
Jakby dla wsparcia tego oświadczenia, następnego dnia „Moskowskij Komsomolec" zamieścił artykuł, w którym znalazło się ważne sformułowanie: „Moskwa musi mieć świadomość, co naszym dalszym stosunkom przyniesie zwycięstwo tej czy innej siły politycznej w Polsce" oraz przypomnienie, że w 2011 roku odbywają się u nas wybory parlamentarne, po których zwycięska partia sformuje nowy rząd.
Ponieważ do dziś, grupa rządząca nie skierowała odwołania do żadnej z instytucji międzynarodowych, należy uznać, że doszło do porozumienia w kwestii „wspólnej wersji raportu”, a zaprezentowany przez ministra Millera dokument jest efektem politycznego kompromisu i został uzgodniony z Rosjanami. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że Tusk wielokrotnie przekładał datę publikacji, oczekując najwyraźniej na wynik ostatecznych ustaleń ze stroną rosyjską. Trwały one przez cały okres pracy nad „polską wersją”. Pod koniec stycznia rosyjskie MSZ informowało, że „Rosja i Polska mają zamiar kontynuować współpracę w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem”, a najpełniejszy scenariusz przyszłych wydarzeń zamieściła wówczas „Nowaja Gazieta”.  Zdaniem wiceszefa tego pisma Andrieja Lipskiego: „obecnie obliczane są procenty winy stron za to, co się stało. Ich zakres jest szeroki: od pełnego negowania jakichkolwiek błędów ze strony rosyjskich kontrolerów (raport MAK) po oskarżanie strony rosyjskiej o świadome doprowadzenie do katastrofy prezydenckiego Tu-154M, czyli faktycznie o zamach na polskiego prezydenta (ze strony wielu postaci z obozu Jarosława Kaczyńskiego)". „Nowaja Gazieta” uznała zatem, że "coś pośredniego najpewniej znajdzie się w zapowiedzianym na koniec lutego lub początek marca raporcie polskiej komisji, którą kieruje minister spraw wewnętrznych Jerzy Miller" i  dobitnie wyjawiła cel tej gry: „nieprzyjazne wobec Rosji siły w Polsce się umocniły, tworząc polityczny przyczółek dla przedwyborczej ofensywy przeciwko premierowi Tuskowi i jego partii. Ci zaś muszą się bronić i dowodzić, że nie sprzedali się Rosjanom, lecz jedynie chcą wyjaśnić prawdę bez skłócenia się z Rosją. Jeśli obie strony nie wykażą gotowości do dalszej współpracy [...] i nie spróbują w jakiś sposób uzgodnić stanowisk, a także wzajemnych pretensji, nasze stosunki znów czekają nie najlepsze czasy.”

Dychotomia sterowana


 We wspólnym charakterze „raportu” Millera można również znaleźć wyjaśnienie zagadki dotyczącej datowania dokumentu, ujawnionej przez portal niezależna.pl. Jeśli bowiem wersja rosyjskojęzyczna została zatwierdzona z dniem 1 lipca 2011 r. (taka data znajduje się na tej wersji), musiało  upłynąć wiele dni, nim dokument przetłumaczono i zespolono z wersją polską. Stąd na dokumencie w języku polskim widnieje data  25 lipca.
Jest oczywiste, że opinia publiczna nie mogła dowiedzieć się o prawdziwym pochodzeniu „raportu”, ani nabrać podejrzeń, że został uzgodniony z Rosjanami. Zarysowana już w styczniu br. fałszywa dychotomia miała sugerować, że istnieją jednak rozbieżności między tezami MAK-u, a ustaleniami komisji Millera. Wytworzenie propagandowej atmosfery  sporu  leżało w interesie obu stron. Grupa rządząca mogła w ten sposób dowieść troski o wyjaśnienie przyczyn tragedii i wykazać rzekomą samodzielność. Rosjanie zaś uzyskiwali potwierdzenie swoich tez z „niezależnego źródła” i osiągali efekt dobrowolnego przyznania się do winy. „Raport Millera” był zatem niezbędnym uzupełnieniem rosyjskich kłamstw, nadając im wymiar polskojęzycznej nostryfikacji. Jak dalece sięga to usprawiedliwienie mogliśmy się przekonać czytając zapewnienia ppłk Roberta Benedicta o tym, iż „Rosjanie nie zniszczyli wraku Tupolewa, by ukryć dowody.  To strona polska pozwoliła rozmontować wrak na części.”
O wspólnym autorstwie „raportu Millera” świadczą także pierwsze reakcje Rosjan, którzy nie mogąc przyznać się do dwustronnych uzgodnień, wskazywali na istotne podobieństwa, szczególnie w zakresie akceptacji polskiej odpowiedzialności za katastrofę. W wielu wystąpienia strony rosyjskiej widoczna jest nie tylko satysfakcja z uległej postawy rządu Tuska, ale również pogarda, z jaką Rosjanie traktują słabych i zniewolonych „partnerów”.
Leonid Słucki, wiceprzewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Dumy już kilka godzin po konferencji prasowej Millera orzekł: „W tej historii postawiono kropkę nad i. Wszystkie fakty ustalono. Żadne dodatkowe dochodzenie niczego nie doda i nie zmieni. Dlatego też należy pogodzić się z prawdą, jakakolwiek by była, i odłożyć dossier do historii.”
Przewodniczący Komisji Technicznej MAK Aleksiej Morozow zareagował podobnie i uznał, że: „polska wersja katastrofy pod Smoleńskiem w dużej mierze jest zbieżna z raportem Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, lecz niektóre wnioski na razie są niezrozumiałe” Zapowiedział przy tym, że „szczegółowe komentarze techniczne MAK ujawni po zapoznaniu się z materiałami polskiej komisji”. W oświadczeniu Morozowa był zawarty element  wręcz ironicznej gry, bowiem owa „polska komisja” korzystała wyłącznie z danych  udostępnionych przez Rosjan i nie dysponowała własnym materiałem dowodowym. Po dwóch dniach Morozow mógł zatem podzielić się odkrywczą uwagą: „Nie zobaczyliśmy nic nowego w raporcie polskiej komisji w stosunku do naszego. Strona polska praktyczne powtórzyła nasze uwagi techniczne”.

Legalizacja kłamstwa

Dobry nastrój nie opuścił przedstawiciela MAK-u podczas całej konferencji prasowej. Rosjanin podkreślał, że istnieje całkowita zgoda strony polskiej i rosyjskiej w kwestii odpowiedzialności pilotów, ich złego wyposażenia i przygotowania oraz błędów popełnionych podczas przygotowania do lotu. Zwracał uwagę, że podstawą tej zgody jest akceptacja rządu polskiego na wyjaśnianie przyczyn katastrofy na podstawie załącznika 13 Konwencji Chicagowskiej. Morozow z satysfakcją podkreślał, że to Donald Tusk zgodził się, aby katastrofa była wyjaśnia na podstawie załącznika 13 Konwencji Chicagowskiej i oświadczył wprost: „Z punktu widzenia prawa raport wszedł w życie. Zgodnie z  informacją od strony polskiej w związku z załącznikiem 13 raport polski jest wewnętrzny, a załącznik 13 Konwencji Chicagowskiej nie przewiduje formy wspólnego raportu ze śledztwa.”
Otrzymaliśmy wyraźną sugestię, że po zgodzie Tuska na przekazanie całego śledztwa Rosjanom, nie mamy dziś żadnych możliwości, by zakwestionować ustalenia MAK. Nazwanie „raportu Millera” dokumentem „wewnętrznym” pokazuje, że Rosjanie tratują go jako uzupełnienie swojego raportu, głównie w zakresie legalizacji  podstawowych kłamstw i uwiarygodnienia polskiej winy.
Nie przypadkiem największy nacisk Morozow położył na wzmocnienie tezy o rzekomym wpływie na załogę gen. Andrzeja Błasika oraz dywagacjom na temat roli „głównego pasażera”. W stwierdzeniu, iż: „Dowódca Sił Powietrznych, idąc do kabiny, musiał przejść przez salon głównego pasażera. Wnioski każdy może wyciągnąć sam” - zawarta jest nie tylko esencja rosyjskiej dezinformacji ale również bezgraniczna pogarda, z jaką moskiewscy decydenci traktują obecny rząd i polskojęzyczne media, gorliwie uczestniczące w rozpowszechnianiu oszczerstw.
Dogodną podstawą do dalszego rozgrywania tego wątku stanowił zapis, jaki znalazł się w „raporcie” Millera.: "Można natomiast stwierdzić, że istniała presja, która oddziaływała na załogę w sposób pośredni, związana z rangą lotu, obecnością najważniejszych osób w państwie na pokładzie samolotu i wagą uroczystości w Lesie Katyńskim. Należy także przyznać, że elementem presji pośredniej była obecność Dowódcy Sił Powietrznych w kabinie załogi, gdyż w świadomości dowódcy statku powietrznego mogła pojawić się obawa o ocenę jakości wykonania przez niego podejścia do lądowania. "
Tzw. eksperci MAK twórczo rozwinęli tę myśl i podczas konferencji prasowej mogliśmy usłyszeć, że „obecność dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika w kabinie pilotów Tu-154M jest dowodem na wywieranie na nich bezpośredniej presji psychicznej”.

Razem ku przyszłości

Istotnym dowodem wspólnej gry wokół „raportu” komisji Millera są również dwa zdarzenia, następujące tuż po publikacji. Następnego dnia pojawiła się bowiem zaskakująca informacja, że jest już organizowany specjalny transport do Smoleńska, a wrak tupolewa zostanie niebawem przewieziony do Polski. Kolejny dzień przyniósł natomiast wiadomość, że prokuratura wojskowa zwróciła się do strony rosyjskiej o możliwość przebadania we wrześniu przez polskich ekspertów wraku składowanego w Smoleńsku. Skąd ta nagła aktywność w kwestii wraku tupolewa? Nie ulega wątpliwości, że tego rodzaju rewelacje mogły się pojawić tylko wówczas, jeśli Rosjanie uznali, że zwrot samolotu jest już możliwy, a zatem jego badanie nie podważy tez zawartych w oficjalnej wersji zdarzeń. Informacje podane natychmiast po prezentacji „raportu” Millera mają głównie wydźwięk propagandowy i służą wykazaniu skuteczności działań strony polskiej, ale też uwiarygodnieniu „dobrej woli” Rosjan.
Bezspornym potwierdzeniem rosyjskich inspiracji jest też decyzja o likwidacji 36 Specjalnego Pułku oraz dymisje generałów i oficerów “z pionu odpowiedzialnego za szkolenia i przestrzeganie procedur bezpieczeństwa lotów”. W „raporcie” MAK znalazły się liczne „zalecenia” dotyczące tej jednostki (str.184 i nast.), w których m.in. podkreślano konieczność zmian w przepisach oraz „wprowadzenia wielu zmian dotyczących treningu na symulatorach i zastosowania Specjalnych Procedur Operacyjnych, z naciskiem na współdziałania załogi”. Likwidacja pułku jest gestem w stronę potwierdzenia winy polskich pilotów i stanowi akt nadgorliwego wypełnienia rosyjskich dyspozycji. Dzięki tej decyzji staniemy się jedynym krajem, którego transport samolotowy najważniejszych osób w państwie realizować będą cywile. Odtąd nad bezpieczeństwem lotów VIP-ów czuwać będą „wyspecjalizowane” firmy, szczególnie podatne na wpływy obcych wywiadów. 
Punktowane przez wielu komentatorów różnice techniczne widoczne w obu „raportach” nie mają istotnego znaczenia. Specjaliści od dezinformacji doskonale wiedzą, że większość Polaków nigdy nie przeczyta żadnego z dokumentów, a wśród tych, którzy przebrnęli przez ich lekturę, tylko niewielu zdoła zrozumieć kwestie techniczne i dostrzeże różnice w interpretacji.  W tej sytuacji podstawowe znaczenie ma przekaz rządowych mediów i taka prezentacja tematów, by stanowiły pożywkę dla medialnych spekulacji. Dlatego w rosyjskich i polskojęzycznych mediach przewija się ton, w którym podkreśla się winę polskich pilotów, mówi o naszych zaniedbaniach i błędach oraz eksploatuje wątek rzekomych nacisków. Obowiązująca od 10 kwietnia narracja nie uległa zmianie, a oba dokumenty należy osądzić wyłącznie w kategorii środków politycznych. Oceniany z tej perspektywy „raport” Millera przynosi potwierdzenie, że grupa rządząca nadal wykonuje misję zakładników kłamstwa smoleńskiego.


Artykuł opublikowany w nr 32/2011 Gazety Polskiej
(śródtytuły od redakcji)