sobota, 30 lipca 2011

AFERA MARSZAŁKOWA. PROTOKOŁY NIEZGODNOŚCI

Sprawa afery marszałkowej - „matki” wszystkich późniejszych afer za czasów rządów PO-PSL, zdaje się nie zaprzątać dziś uwagi publicznej. Zgodnie z zasadą przemilczania własnych draństw, rządowe media nie poświęcają uwagi procesowi, który niedawno rozpoczął się przed warszawskim Sądem Rejonowym na Bemowie. Proces ma zostać przemilczany, chociaż na liście świadków znajdują się m.in. Bronisław Komorowski, szef ABW Krzysztof Bondaryk, rzecznik rządu Paweł Graś, Antoni Macierewicz, a także znani dziennikarze oraz wysocy rangą byli oficerowie WSI.
Przypomnę, że chodzi o kombinację operacyjną z udziałem ludzi WSW/WSI, szefostwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, rozgrywaną w latach 2007-2008. Celem kombinacji było uzyskanie dostępu do tajnego aneksu z Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy okazało się to niemożliwe – podjęcie działań zmierzających do oskarżenia członków Komisji Weryfikacyjnej WSI oraz dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Chodziło przy tym o zdezawuowanie treści zawartych w aneksie oraz uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków Platformy ze środowiskiem byłych WSI. Priorytetem kombinacji pozostawała osłona politycznego „patrona” wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.
W toku kombinacji korzystano z silnego wsparcia medialnego, a sygnałem do rozpoczęcia akcji pod fałszywą nazwą „afera aneksowa” był artykuł Anny Marszałek opublikowany w „Dzienniku” w dn. 19 listopada 2007r. zatytułowany - „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż” i opatrzony nagłówkiem – „Każdy może kupić tajne dokumenty”. Żadne z kłamstw rozpowszechnianych przez rządowe media nie znalazły potwierdzenia. Nigdy nie było żadnej „afery z aneksem”, nigdy nie wykazano, by nastąpił jakikolwiek przeciek treści z tego dokumentu. Wszelkie oskarżenia i rzekome dowody, o których miesiącami zapewniali nas żurnaliści i „specjaliści” od służb okazały się fałszywe, a intensywnie prowadzone czynności śledcze nie przyniosły rezultatów.  To z tego powodu trwa dziś tchórzliwe milczenie „wiodących mediów”.
Oskarżenie przeciwko Wojciechowi Sumlińskiemu o „płatną protekcję” oparto zatem na doniesieniu złożonym przez byłego pułkownika WSW/WSI Leszka Tobiasza z Oddziału 33. Zarządu III WSI. Tobiasz - absolwent moskiewskich kursów GRU, pracował w charakterze oficera operacyjnego ataszatu w Moskwie, a  w okresie rządów SLD - UP był odpowiedzialny za działania wobec hierarchów Kościoła katolickiego, a następnie - do chwili rozwiązana WSI - za inwigilację i pozyskiwanie dziennikarzy. W sprawie Tobiasza prokuratury wojskowe prowadziły od 2006 r. dwa śledztwa: z doniesienia podwładnych o fałszowanie dokumentów i z doniesienia Komisji Weryfikacyjnej WSI o złożenie nieprawdziwego oświadczenia weryfikacyjnego. W lipcu br. Leszek Tobiasz został prawomocnie skazany na pół roku więzienia w zawieszeniu za przekroczenie uprawnień. Sądy uznały za przestępstwo wezwanie przezeń do WSI pewnego oficera – po to, by uniemożliwić mu udział w ważnym głosowaniu.
Nie przeszkadzało to prokuraturze traktować Tobiasza jako w pełni wiarygodnego świadka oskarżenia i na podstawie jego donosu  przez wiele miesięcy podejmować działania wobec członków Komisji Weryfikacyjnej WSI.
Przed kilkoma dniami portal niezależna.pl opublikował kopie dokumentów dotyczących afery marszałkowej. Są to  m.in. zawiadomienie Krzysztofa Bondaryka do prokuratury, protokół jego przesłuchania oraz postanowienie o przeszukaniu domu Piotra Bączka.
Treść tych dokumentów winna wywołać polityczne „trzęsienie ziemi” w każdym praworządnym państwie. Lektura protokołu przesłuchania szefa ABW oraz złożonego przezeń zawiadomienia, pozwala na postawienie tezy, że mamy do czynienia z rażącą niezgodnością między zeznaniami Komorowskiego, a oświadczeniem Bondaryka.
Przypomnę, że 30 października 2008 roku Wojciech Sumliński złożył w warszawskiej prokuraturze doniesienie, w którym wskazał, że stał się ofiarą fałszywego pomówienia i podkreślił, iż prowokację przeprowadzili wspólnie i w porozumieniu marszałek Sejmu Bronisław Komorowski i szef ABW Krzysztof Bondaryk. Doniesienie dotyczyło możliwości zorganizowanych działań, które miały na celu skompromitowanie Komisji Weryfikacyjnej WSI, a sam Sumliński jako dziennikarz, który sprawę WSI badał, niejako "przy okazji" stał się jednym z celów prowokacji. Miesiąc wcześniej, ówczesny szef klubu PiS Przemysław Gosiewski, zwrócił się do prokuratury z wnioskiem o zbadanie, czy Bronisław Komorowski miał obowiązek zawiadomić prokuraturę, po tym jak oficer WSW/WSI Aleksander L. złożył mu propozycję korupcyjną, a Leszek Tobiasz poinformował go o rzekomej korupcji. Klub PiS złożył zawiadomienie po ujawnieniu przez media na początku września 2008 roku treści zeznań Komorowskiego złożonych przed prokuraturą.
W przypadku obu zawiadomień, prokuratura nie dopatrzyła się ze strony marszałka Sejmu żadnego naruszenia prawa i odmówiła wszczęcia śledztwa.
Warto zatem zwrócić uwagę, że w zeznaniach Komorowskiego oraz w ujawnionych obecnie zeznaniach Bondaryka, występują oczywiste, rażące niezgodności.
Ówczesny marszałek Sejmu zeznał bowiem, że jego pierwsze spotkanie z Tobiaszem miało miejsce 21 listopada 2007r.. Co więcej podkreślił: „tej daty jestem pewien, w kalendarzu niestety nie zapisano dnia spotkania z Lichockim, ale mogło to być około dzień lub dwa przed rozmową z Tobiaszem.” Dalej Komorowski oświadczył: „Tobiasz chciał mi okazać zdobyte dowody w postaci nagrań i na kolejne spotkanie, 3 grudnia 2007 r. – przyniósł je. Widziałem kamerę, dyktafon, kasetę video i kasety do dyktafonu.”
O ile pamiętam – oświadczył Komorowski prokuratorowi -  następnego dnia przekazałem powyższą informację Ministrowi Koordynatorowi Pawłowi Grasiowi oraz szefowi SKW płk. Reszce. Minister Graś następnie powiedział mi , że jest to sprawa, którą powinno zająć się ABW z uwagi nie tylko na korupcję, ale również na zagrożenie państwa. Po kilku dniach przeprowadziłem rozmowę z szefem ABW panem Bondarykiem. Po pewnym czasie, myślę że po około dwóch tygodniach, Tobiasz stawił się w umówionym miejscu i czasie do dyspozycji ABW, która zajęła się tą sprawą.”
Całkowicie inny przebieg zdarzeń wynika z ujawnionego przez niezależna.pl protokołu przesłuchania Krzysztofa Bondaryka. Szef ABW zeznał, że „około tygodnia po powierzeniu mi przez Premiera funkcji p.o obowiązki szefa ABW w dniu 16 listopada 2008 w godzinach popołudniowych  minister Graś poinformował mnie telefonicznie o potrzebie spotkania” na terenie Sejmu i zawiadomił, „w skrócie, że istnieje potrzeba-prośba ze strony Marszałka Komorowskiego, abym się udał do jego biura poselskiego, ponieważ jest u niego w tym memencie ktoś, kto ma informacje ważne dla bezpieczeństwa kraju”. Z treści dalszych zeznań Bondaryka wynika, że spotkanie z Tobiaszem odbyło się w Sejmie tego samego dnia, a Tobiasz miał mieć przy sobie dowody na rzekomą korupcję w Komisji Weryfikacyjnej WSI. W tym samym też dniu, Bondaryk swoim samochodem przewiózł Tobiasza do siedziby ABW na Rakowiecką, zaprowadził do pokoju, po czym wezwał „funkcjonariusza pionu śledczego panią Fetke”. Tobiasz został przesłuchany i przyjęto od niego zawiadomienie o przestępstwie.
Z zeznań Bondaryka wynika zatem, że Komorowski wezwał szefa ABW 23 listopada 2007 roku, a nie, jak twierdził marszałek Sejmu dopiero w grudniu.  Bondaryk przewiózł Tobiasza swoim samochodem do siedziby ABW, a nie Tobiasz „stawił się w umówionym miejscu i czasie do dyspozycji ABW”.  Tobiasz miał przy sobie „dowody” rzekomej korupcji już w dniu spotkania z Bondarykiem, a nie 3 grudnia, jak twierdzi Komorowski.
Najciekawsze jednak, że w zawiadomieniu złożonym do prokuratury w dniu 27 listopada 2007 roku Bondaryk przedstawia jeszcze inny scenariusz i w ogóle przemilcza rolę Komorowskiego.  Szef ABW zawiadamia bowiem Prokuraturę Okręgową w Warszawie, że „w dniu 23 listopada do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zgłosił się ob. RP Leszek Tobiasz”. Nie ma słowa o roli Komorowskiego, o osobistej eskorcie Bondaryka ani o zdarzeniach, które doprowadziły Tobiasza do siedziby ABW. 
Te i wiele innych niezgodności w zeznaniach najważniejszych aktorów afery marszałkowej powinny zainteresować każdy niezależny organ ścigania oraz wzbudzić podejrzenia odnośnie intencji owych świadków. Z umorzeń dokonanych przez prokuraturę wynika, że takich niezgodności nie stwierdzono, choć dysponowała ona tymi samymi materiałami. 
To zaledwie jeden przykład z szeregu nieprawidłowości, jakie można dostrzec w tej sprawie. O prawdziwym przebiegu afery, Polacy nigdy nie zostali poinformowani. Obowiązująca do dziś zmowa milczenia sprawiła, że została ona ukryta przed opinią publiczną i żadne z jej elementów nie pojawiły się w trakcie prezydenckiej kampanii Bronisława Komorowskiego. Wybór tej postaci na prezydenta Polski, to ceną, jaką już zapłaciliśmy za zaniechanie wyjaśnienia afery marszałkowej.


Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie”  

czwartek, 28 lipca 2011

KRĄG MILCZENIA

Druga połowa roku upłynie pod znakiem kampanii wyborczej, ta zaś zostanie zdominowana tematem tragedii smoleńskiej. W najbliższym czasie czeka nas bowiem prezentacja aż trzech dokumentów dotyczących zdarzeń z 10 kwietnia.
Po raz kolejny Donald Tusk wyznaczył termin publikacji tzw. raportu komisji Millera, zastrzegając jednak, że data 29 lipca nie jest do końca pewna. Obietnicę ogłoszenia raportu słyszeliśmy już w lutym br., a następne miesiące przyniosły dalsze, nie zrealizowane zapowiedzi. Trudno wręcz policzyć, ile podawano terminów i jakich argumentów używano, by usprawiedliwić zwłokę. Ten stan niepewności utrzymywany jest do chwili obecnej. Jeszcze na początku czerwca br. Tusk stwierdził: „Jestem bliski pewności, że czerwiec to będzie ten miesiąc, kiedy cała sprawa znajdzie swój finał”. Pod koniec miesiąca rzecznik rządu zapowiedział jednak, że raport zostanie podany do publicznej wiadomości dopiero za kilkanaście dni. Obecne wyjaśnienia o rzekomo przedłużającym się tłumaczeniu dokumentu, świadczą jedynie o bezmiarze nonszalancji, z jaką Tusk traktuje Polaków.
 Zachowanie grupy rządzącej nie pozostawia złudzeń, że raport Millera ma zostać wykorzystany w bieżącej grze politycznej i stanowi element przedwyborczej strategii. Takie zastosowanie wynika głównie z moskiewsko-warszawskich kalkulacji, zaś podstawowym powodem wielokrotnego przesuwania terminu wydaje się brak gotowości Rosjan na zaakceptowanie konkluzji „wspólnego raportu”.
O konstrukcji wspólnego dzieła mówił wyraźnie premier rządu, gdy w styczniu br., tuż po publikacji tzw. raportu MAK, zapowiedział: „Raport MAK nie jest kompletny. Zwrócimy się do Rosji o wspólną wersję raportu”. W ramach tuskowej deklaracji, można spodziewać się nieznacznej modyfikacji stanowiska Rosji o punkty wyznaczające ewentualną współwinę strony rosyjskiej. Może chodzić o ustępstwa w kwestii odpowiedzialności kontrolerów lotniska w Siewiernym lub uznanie, że błędne było udzieleniu pozwolenia na lądowanie Tu-154 i niezamknięcie lotniska z powodu zlej pogody. Tego rodzaju „element krytyki” zostanie wykorzystany przez rządowe media w trakcie kampanii wyborczej i przedstawiony jako triumf polityki Tuska. Kampania propagandowa prowadzona w bliskości wyborów wykreowałaby szefa Platformy na „bohatera narodowego”, tego co się „Putinowi nie kłania” i dezinformując znaczną część społeczeństwa mogła zaważyć na wyniku wyborczym.
Z zapowiedzi ministra Millera wiemy, że jego raport ma być w 90 procentach zbieżny z rosyjskim, a różnice będą polegały na „zaskakującej konkluzji”, zaanonsowanej już dawno przez premiera rządu. Podczas sejmowego wystąpienia poświęconego tzw. raportowi MAK, wzburzony okrzykami opozycji Tusk wypalił: „Ci, którzy teraz krzyczą, potem będą słuchać prawdy w milczeniu i smutku” i dodał, że „Polska dysponuje pełniejszymi dokumentami na temat katastrofy”. Można sądzić, że ów „wspólny raport” będzie zawierał informacje poszerzone o wiedzę dotyczącą rzekomego przebiegu rozmowy braci Kaczyńskich, a wskazując na ewentualne błędy rosyjskich kontrolerów przyniesie rewelacje, przy których zbledną rosyjskie oszczerstwa wobec generała Błasika.
Całkowicie odmienne od pozerstwa grupy rządzącej, jest zachowanie parlamentarnego zespołu PiS ds. tragedii smoleńskiej. Po publikacji Białej Księgi, w której zawarto 19 wniosków dotyczących kwestii związanych z przygotowaniami, organizacją i przebiegiem lotu oraz działaniami władz polskich i rosyjskich po katastrofie, padła zapowiedź, że końcowy raport zostanie ogłoszony na początku września. Jasność deklaracji Antoniego Macierewicza wskazuje, że intencją zespołu jest jak najszybsze i najpełniejsze poinformowanie Polaków o faktach związanych z tragedią 10 kwietnia. Tę zasadniczą różnicę podkreślił szef parlamentarnego zespołu, gdy pytany, czy Biała Księga powstała, aby wymusić publikację raportu Jerzego Millera, odpowiedział: "Z ministrem Millerem nie sposób konkurować, gdyż od czterech miesięcy zapowiada coś, czego nie robi. W tej konkurencji nie startuję. Miller łamie swoje wszystkie obietnice i słowa. Z tym konkurować nie sposób".
Trzecim dokumentem dotyczącym okoliczności tragedii smoleńskiej ma być raport Najwyższej Izby Kontroli. Warto przypomnieć, że w sierpniu ubiegłego roku przewodniczący zespołu parlamentarnego PiS zwrócił się z wnioskiem do NIK o przeprowadzenie kontroli administracji rządowej w zakresie właściwego przygotowania wizyt prezydenta i premiera w Katyniu. W odpowiedzi na wniosek, wiceprezes NIK stwierdził, że Izba z własnej inicjatywy przygotowuje już obszerną kontrolę funkcjonowania służb państwowych, traktując ją jako zadanie priorytetowe.
Choć publikację raportu zapowiedziano dopiero późną jesienią, już dziś wzbudza zainteresowanie, ponieważ w jednym z punktów mają znaleźć się zarzuty przeciwko szefowi MON. Inspektorzy NIK skontrolują w sumie siedem instytucji rządowych: MON, Sztab Generalny, Dowództwo Sił Powietrznych, 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, Kancelarię Prezydenta i Premiera oraz BOR, sprawdzając, czy przestrzegano w nich procedur i zasad bezpieczeństwa.
Wiele wskazuje, że to właśnie raport NIK-u może mieć największe znaczenie w ocenie stopnia odpowiedzialności grupy rządzącej. Ta jedna z ostatnich niezależnych instytucji, ma bowiem bezpośredni wgląd w dokumentacje dotyczącą przygotowań do tragicznego lotu,  a zatem do tych dowodów, które grupa rządząca ukrywała dotąd przed opinią publiczną. NIK posiadając narzędzia kontroli, których nie miał zespół poselski PiS-u może dotrzeć do wielu interesujących informacji i znacząco zweryfikować prawdziwość raportu komisji Millera.
Jednym z najważniejszych elementów kontroli, wydaje się sprawdzenie stanu zabezpieczenia prezydenckiej wizyty przez BOR. Już z Białej Księgi mogliśmy się dowiedzieć, że działania Biura Ochrony Rządu były niewystarczające i niezgodne z obowiązującymi przepisami. Lista uchybień jest długa. Począwszy od niesprawdzenia stanu lotniska i wieży kontroli lotu i wyrażenia zgody na warunki narzucone przez Rosjan (m.in. brak broni), poprzez brak łączności grupy z oficerem funkcyjnym w Warszawie i zlekceważenie informacji o zagrożeniu atakiem terrorystycznym, po nieobecność funkcjonariuszy na lotnisku Siewiernyj. Szef Biura publicznie zarzekał się, że funkcjonariusze byli obecni na płycie lotniska w Smoleńsku. Dopiero po wielu miesiącach przyznał, że BOR-owcy czekali na przylot delegacji w oddalonym o kilkanaście kilometrów Katyniu. Wbrew ustawie o BOR, po katastrofie nie wszczęto nawet wewnętrznego postępowania wyjaśniającego, a szef tej służby został awansowany za „całokształt pracy”. 
Wszystko, co dotyczyło zabezpieczenia wizyty prezydenta, powinno znaleźć się w tzw. teczce operacyjnej. Chodzi m.in. o informacje, kto zabezpieczał transport, jak i kiedy dokonano sprawdzenia terenu lotniska, jaki był plan ochrony prezydenta i osób mu towarzyszących. Przed wylotem taka teczka, jako główny plan działania jest zatwierdzana przez szefa BOR lub jego zastępcę. Do tych kluczowych informacji dotrą lub już dotarli inspektorzy Najwyższej Izby Kontroli.
Rzetelne sprawdzenie jednej ze służb specjalnych w kwestii zabezpieczenia wizyty w Katyniu, byłoby rzeczą bezprecedensową.  Bo choć od tragedii smoleńskiej upłynęło 15 miesięcy, polska opinia publiczna nadal nic nie wie o działaniach służb specjalnych podejmowanych przed i po 10 kwietnia. Nie wiemy: co robiły poszczególne formacje, by zapewnić ochronę najważniejszych osób w państwie i jakie czynności asekuracyjne podjęto przed tragedią, co robiły służby w dniu katastrofy i w jaki sposób gromadzono informacje dotyczące jej przebiegu?
Zdarzenia z ostatnich lat dowiodły natomiast, że „odzyskane” przez układ rządzący służby  nie potrafiły zapewnić bezpieczeństwa w kluczowych momentach i poza dbałością o interesy własne i swoich mocodawców ich szefowie nie wykazywali zainteresowania ochroną spraw polskich. Dość wymienić czystki po przejęciu władzy, sterowane przecieki do mediów, wewnętrzne audyty  i kontrole czy donosy pisane na poprzedników. Służby ochrony państwa winne są zaniedbań w sprawie geologa zamordowanego przez Talibów, zaginięcia szyfranta Zielonki, braków w ochronie kontrwywiadowczej przetargów stoczniowych, licznych afer z udziałem szefów służb oraz niemniej częstych przecieków tajnych informacji. To za rządów PO-PSL służby specjalne otrzymały wręcz nieograniczone możliwości zbierania dowolnych informacji na temat obywateli. Równocześnie, za czasów tych rządów obywatele utracili prawo do posiadania podstawowej wiedzy na temat pracy służb, a próby wyjaśnienia zdarzeń z ich udziałem, zawsze kończyły się fiaskiem. Odkąd grupa rządząca opanowała sejmową komisję ds. specłużb, a Donald Tusk stał się największym specjalistą w sprawach tajnych formacji i objął osobisty dozór nad ich funkcjonowaniem, nad tym obszarem nie istnieje również kontrola ze strony parlamentu.
W warunkach III RP, która po esbeckich „władcach tajemnic” odziedziczyła całą koncepcję działania służb specjalnych, podstawowym gwarantem nienaruszalności ich interesów jest mit tajności. Nie przypadkiem w polskim prawie istnieją aż 62 akty prawne, w których definiuje się rodzaje tajemnic prawnie chronionych. Choć ujawnienie większości z nich nie grozi żadnym niebezpieczeństwem, służby czuwają nad podtrzymywaniem mitologii „tajemnic państwowych”, upatrując w tym sposób na wykazanie własnej niezbędności. Taka konstrukcja jest niezwykle przydatna również wówczas, gdy chcąc ukryć nieudolność lub nawet najcięższe przestępstwa, sięga się po tarczę w postaci formuły o konieczności ochrony informacji niejawnych i zapewnia społeczeństwo o wymogu tajności. 
Nie chodzi przy tym o wiedzę dotyczącą „kuchni” służb i ich pracy operacyjnej, a wyłącznie o informacje związane z wykonywaniem obowiązków wynikających z jawnych ustaw i rozporządzeń. Jako przykład dotyczący Smoleńska, można wymienić bulwersującą sprawę wielomiesięcznego ukrywania przez jedną ze służb zdjęć satelitarnych, przekazanych przez Amerykanów tuż po katastrofie. Nie znamy żadnych okoliczności sprawy, a nawet nazwy służby odpowiedzialnej za tę sytuację, zaś płk Rzepa z Prokuratury Wojskowej posłużył się i w tym przypadku formułą o niemożności ujawnienia „procesowych materiałów dowodowych mających charakter niejawny”. Czy istnieją powody, by Polacy nie mogli dowiedzieć się, co robiła Służba Kontrwywiadu Wojskowego i Żandarmeria Wojskowa przerzucone, zgodnie z oświadczeniem ministra Klicha „ w sobotę wieczorem na miejsce katastrofy” ? Jak polskie służby zabezpieczyły teren zdarzenia, czy nie dopuściły do przechwycenia przez obce państwo naszych tajemnic? Jak zapobiegano niszczeniu przez Rosjan dowodów rzeczowych, jakie działania podjęto, by je odzyskać? Na te i setki innych pytań, nie znamy odpowiedzi.
Ukrywanie informacji dotyczących zdarzeń z 10 kwietnia za fasadą tajemnicy lub rzekomej troski o bezpieczeństwo państwa, jest oczywistym nonsensem. Nie tylko dlatego, że samo dopuszczenie do gigantycznej tragedii stanowiło największą kompromitację w dziejach służb specjalnych i przyniosło zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa, ale przede wszystkim z racji wagi samego wydarzenia – najważniejszego w historii ostatnich kilkudziesięciu lat. Mamy prawo sądzić, że argument tajemnicy, tak chętnie nadużywany również przez prokuraturę, służy głównie do ograniczenia prawa obywateli do uzyskania rzetelnych informacji.
Raport komisji Millera nie przyniesie żadnych odpowiedzi na pytania dotyczące służb specjalnych. Znamy już bowiem stanowisko rządzących i graniczącą z histerią obronę szefów tych służb przez premiera. Również dokument parlamentarnego zespołu PiS, z uwagi na brak dostępu do materiałów źródłowych, nie będzie zawierał danych z tego obszaru. Wydaje się, że raport kontrolny NIK, w którym znajdą się informacje dotyczące BOR-u może stanowić przełom w dotychczasowej praktyce i choć w tym zakresie przerwie krąg milczenia wokół służb III RP i roli, jaką odegrały w tragedii smoleńskiej.


Artykuł opublikowany w nr 30/2011 Gazety Polskiej. 

środa, 27 lipca 2011

ROSYJSKI ŚLAD. FAKTY

Dwa miesiące przed zamachami w Norwegii, na stronie internetowej jednej z rosyjskich organizacji nacjonalistycznych, pojawiły się fotografie 82 osób zatrzymanych przez norweską policję podczas manifestacji antyfaszystowskich w ubiegłych latach. Były to zdjęcia pochodzące z policyjnych kartotek, jakie policja sporządza standardowo wobec każdego zatrzymanego. O publikacji zdjęć, policję zawiadomili młodzi Norwedzy, przerażeni zapowiedzią odwetu ze strony rosyjskich nacjonalistów.
Czuję się zdradzony przez policję” – powiedział jeden z mężczyzn. Większość z nich w rozmowie z reporterem VG Nett twierdziła, że nie miała żadnego związku z organizacjami antyfaszystowskimi, a na manifestacjach znalazła się przypadkowo. Ich obawy wywołały groźby zamieszczone pod zdjęciami. Policja ustaliła, że fotografie zamieścił w Internecie 22 letni Rosjanin, mieszkaniec miejscowości Vestfold. W jaki sposób trafiły do niego z  policyjnych kartotek, nie ustalono. Nie wykluczone, że norweskie służby będą musiały przypomnieć sobie to zdarzenie i sprawdzić, czy na zdjęciach zamieszczonych na rosyjskiej stronie nie znaleźli się przypadkiem członkowie młodzieżówki Partii Pracy.
Zagrożenie ze strony rosyjskich organizacji nacjonalistycznych, było poważnie analizowane przez norweskie służby. Policyjna Służba Bezpieczeństwa (PST) w corocznym raporcie opublikowanym w lutym 2011 roku stwierdzała, że „związki rosyjskich neonazistów z norweskimi grupami antyislamskimi stanowią zabójczy koktail, który może wybuchnąć w każdej chwili”.
W marcu br. podczas procesu ekstradycyjnego Wiaczesława Datsika, prasa norweska przypomniała tezę zamieszczoną w raporcie PST : „Istnieją przesłanki, że doszło do kontaktu między norweskimi prawicowymi ekstremistami, a zorganizowanymi grupami przestępczymi. Może to ułatwić ekstremistom łatwiejszy dostęp do broni, zwiększając tym samym zagrożenie użycia przemocy "
Zwracano również uwagę na wzrost wpływów brytyjskich i rosyjskich organizacji ekstremistycznych w Norwegii. Zdaniem Janne Kristiansena z PST, szczególnie groźne były kontakty z rosyjską Unią Słowiańską, którą reprezentował Datsik. Przywódca rosyjskiej organizacji Dmitrij Demuskin twierdził, że posiada ona w Norwegii 15-20 członków. W ocenie PST, pobyt Datsika w Norwegii posłużył do zbudowania w tym kraju „przyczółka Unii Słowiańskiej”.  W tym celu wykorzystano m.in. popularność, jaką Datsik cieszył się kręgach fanów MMA (Mixed Martial Arts) – dyscypliny, w której zawodnicy walczą wręcz stosując wszystkie techniki dozwolone w innych sportach walki bez broni. Anders Breivik wyznał w swoim internetowym „manifeście”, że zalicza się do miłośników tej dyscypliny.
Wczoraj w norweskim dzienniku „Aftenposten” po raz pierwszy pojawiła się sugestia, że sprawca zamachu mógł mieć związki z Wiaczesławem Datsikiem i grupą rosyjskich neonazistów. Podobne twierdzenie znalazło się również we wczorajszej relacji Aleksandra Braterskiego z rosyjskiego The Moskow Times.
W poprzednim tekście na temat rosyjskiego śladu, wspominałem o akcji norweskich służb z grudnia ubiegłego roku, gdy pod zarzutem przygotowania zbrojnego zamachu zatrzymano w Oslo trzech Rosjan, a podczas rewizji przeprowadzonej w studiu tatuażu znaleziono arsenał broni, mundury policyjne i sprzęt wojskowy. Akcja norweskiej policji była możliwa dzięki pomocy rosyjskiego FSB. Po przybyciu Wiaczesława Datsika do Norwegii, Rosjanie przekazali szczegółowe informacje dotyczące planowania zamachu na ambasadę Rosji w Oslo, sugerując również, że celem mogą być Norwedzy lub norwescy muzułmanie.
"Broń jest ukryta w kanapie narożnej ze skóry, która stoi w recepcji w studio tatuażu" – informował PST szef ochrony rosyjskiej ambasady w Oslo.. Rosyjska FSB zabiegała, by norweska policja podjęła działania w czasie gdy do Oslo przybył Wiaczesław Datsik. Ambasada Rosji przekazała nawet zdjęcia Datsika paradującego po ulicach Oslo, informując, że ma on przy sobie dwa rewolwery. Informacje były na tyle szczegółowe, że podano, iż w jednym z rewolwerów znajduje się  pięć kul.
Warto przypomnieć, że  następnego dnia po zamachu, FSB zaproponowała (jako pierwsza) pomoc służbom norweskim, a przewodniczący komisji spraw zagranicznych Rady Federacji Michaił Margiełow zapowiedział, że Rosja oferuje pomoc śledczych, mających „ogromne doświadczenie w walce z ekstremizmem.”

Już tylko na podstawie powyższych faktów, można uznać, że rosyjski ślad w sprawie piątkowego zamachu jest jak najbardziej wiarygodny i nie sposób zaliczyć go do „prawackich teorii spiskowych”.  
Jeśli przeżyję i zostanę aresztowany, rozpocznie się etap propagandy” – napisał  Anders Breivik w swoim „manifeście” „2083. Europejska Deklaracja Niepodległości" opublikowanym w sieci na dwie godziny przed zamachami. To jedne z nielicznych prawdziwych słów w tym kilkusetstronicowym zbiorze bredni, które od piątkowego wieczoru stanowią podstawową lekturę podekscytowanych żurnalistów i domorosłych ekspertów od terroryzmu.  
Jeśli po „etapie propagandy” przyjdzie czas na rozsądek i rzetelne śledztwo, jestem przekonany, że  rosyjski ślad zostanie potraktowany  z należytą  uwagą.      



Źródła:

http://www.vg.no/nyheter/innenriks/artikkel.php?artid=10012735

niedziela, 24 lipca 2011

NORWEGIA. ROSYJSKI ŚLAD

Jeśli władzom Norwegii wystarczy determinacji, by wnikliwie zbadać wszystkie okoliczności piątkowej tragedii, będą musiały poddać analizie również tropy prowadzące do Rosji. Istnieją poszlaki, by na zbrodnicze dzieło „prawicowego ekstremisty” spojrzeć w perspektywie niedawnych wydarzeń związanych z barwną postacią pewnego rosyjskiego awanturnika.  
My, działacze publiczni z Rosji, poprosimy o pomoc dla naszego przyjaciela, który został niedawno aresztowany w Norwegii i o uratowanie jego życie. Według naszej wiedzy, Wiaczesław Datsik, pseudonim "Red Tarzan", mistrz świata w MMA i obywatel Federacji Rosyjskiej, 21 września 2010 przybył z Sankt Petersburga (Rosja) do Norwegii i zwrócił się do władz norweskich o przyznanie mu azylu politycznego” – tej treści apel ukazał się we wrześniu ub. r na wielu stronach internetowych związanych z ruchem nacjonalistycznym. W Polsce zamieścił go portal  autonom.pl.
Człowiekiem, o którego ratowanie zabiegali koledzy nacjonaliści był Wiaczesław Datsik, były komandos, kickbokser i aktywista rosyjskiego ugrupowania nazistowskiego Słowiański Sojusz. W Rosji dał się poznać jako zawodnik w widowiskowych „walkach bez zasad”. Ten „syna boga Swarożyca" jak sam siebie nazywał twierdził, że w ogóle nie odczuwa bólu i jest w stanie przetrzymać wszystkie uderzenia. Podczas walk bił się nie tylko z rywalami, ale również z sędziami i promotorami, co sprawiło, że przestał dostawać zaproszenia i musiał zakończyć karierę. W marcu 2007 roku  Datsik został zatrzymany w Sankt Petersburgu pod zarzutem udziału w 50 napadach z bronią, m.in. na sklepy z telefonami komórkowymi. Do zatrzymania groźnego przestępcy użyto oddziału Specnazu, ponieważ milicja obawiała się sama interweniować. Podczas przeszukania w mieszkaniach rodziny Datsika znaleziono m.in. pojemniki z trującym cyjankiem potasu, którym można było wytruć połowę miasta.
Wkrótce aresztanta uznano jednak za człowieka niespełna rozumu i osadzono w dobrze strzeżonym szpitalu psychiatrycznym. W lipcu 2010 roku niespodziewanie przeniesiono Datsika do zakładu o łagodnym rygorze. Kilkanaście dni później „Red Tarzan” uciekł z „psychuszki” rozrywając rzekomo gołymi rękami ogrodzenie. Jak twierdził, przy pomocy przyjaciół z ugrupowania Słowiański Sojusz, które posiada również oddziały w Norwegii przedostał się na pontonie do tego kraju i nawiązał kontakty z ludźmi z organizacji nazistowskich. We wrześniu 2010 Datsik sam zgłosił się biura emigracyjnego i wręczając urzędnikom kilka sztuk broni, poprosił o azyl polityczny w Norwegii. Przedstawił się jako ofiara politycznych prześladowań, mówił o torturach i wymuszaniu zeznań. Po badaniu przez norweskich psychiatrów został uznany za człowieka zdrowego.
Przed norweskim sądem ekstradycyjnym Datsik złożył sensacyjne oświadczenie mówiąc, że jego ucieczka z Rosji do Norwegii została zorganizowana przez służby specjalne i była związana ze zleceniem, jakie otrzymał od oficerów FSB. Datsikowi miało nakazać zamordowanie przywódcy czeczeńskiej diaspory i szefa emigracyjnego rządu Czeczenii Ahmeda Zakajewa, który w tym czasie został zatrzymywany w Polsce.
W licznych wywiadach udzielonych norweskim mediom Datsik przyznawał się do planowania zabójstw na tle rasowym i obszernie przedstawiał swoje poglądy. Paradował w koszulce ze swastyką i chwalił zdjęciami, na których pozował z bronią. W tym samym czasie norweskie służby otrzymały sygnały, że grupa neonazistów planuje atak na ambasadę Rosji w Oslo lub chce urządzić rzeź norweskich muzułmanów. Informując o tym norweski „Dagbladet” podkreślał, że może mieć to związek z obecnością Wiaczesława Datsika. Pod zarzutem przygotowywania zbrojnych napadów zatrzymano wówczas trzech innych Rosjan. Jednym z nich był 33-letni Stanisław Prihodko, właściciel studia tatuażu w Oslo. To u niego zatrzymał się Datsik po ucieczce do Norwegii. W miejscu gdzie znajdowało się studio, policja zabezpieczyła wiele sztuk broni maszynowej, sprzęt wojskowy oraz skradzione legitymacje policyjne i mundury.
Za posiadanie broni norweski sąd skazał Datsika na osiem miesięcy pozbawienia wolności, zaliczając mu na poczet kary 98 dni spędzonych w areszcie.  O jego ekstradycję wystąpiła jednak Rosja. To wówczas pojawiły się apele do organizacji międzynarodowych, w których przedstawiano Datsika jako działacza politycznego, prześladowanego przez reżim Putina. Sam Datsik przekonywał, że w Rosji grozi mu śmierć za ujawnienie współpracy ze służbami specjalnymi. Liczne organizacje neonazistowskie w Norwegii i w Europie organizowały akcje obrony „Czerwonego Tarzana”. W grudniu 2010 roku odbyła się w Oslo manifestacja jego zwolenników. Choć Norwegia nie ma umowy ekstradycyjnej z Rosją, władze tego kraju po ustaleniach z prokuraturą rosyjską zdecydowały się jednak wydać Datsika i w marcu br. został on deportowany do Rosji. Nie wiadomo, co dzieje się z nim obecnie.
W Norwegii działa wiele grup i organizacji nazistowskich, jawnie głoszących nienawiść rasową i nawołujących do przemocy. Przy niezwykle liberalnym prawie norweskim, działalność tych grup nie napotyka praktycznie na żadne przeszkody. Prasa norweska opisując przypadek Datsika zwracała uwagę, że członkowie grup nie kryją się ani z faszystowską symboliką ani z głoszonymi poglądami. Ta pobłażliwość wydaje się jednak mieć głębsze przyczyny. Pod często prymitywną retoryką i ideologią głoszoną przez tego typu organizacje, kryją się bowiem powiązania sięgające kontaktów politycznych i związków ze służbami specjalnymi. Hasła i symbolika neonazistowska są zwykle propagandową przynętą dla użytecznych „żołnierzy” i służą stworzeniu organizacji karnych i ślepych wykonawców. Prawdziwi przywódcy grup mają zaś powiązania z organizacjami międzynarodowymi, korzystają często z ochrony politycznej i wsparcia ze strony służb. W Rosji np., co nie jest tajemnicą, grupy nacjonalistyczne i nazistowskie są zwykle inspirowane przez służby FR i wykonują pożyteczną rolę „straszaków” wobec „czarnych” przybyszów z Kaukazu.

Dziś jeszcze nie sposób ocenić, czy i na ile wydarzenia związane z Wiaczesławem Datsikiem mogą mieć związek z piątkową masakrą. Służby norweskie będą zapewne analizować również  taką możliwość. Warto natomiast zwrócić uwagę, że jest mało prawdopodobne, by Anders Behring Breivik działał wyłącznie sam. Zorganizowanie akcji terrorystycznej na taką skalę, wydaje się przekraczać możliwości jednego człowieka.
Jeszcze mniej wiarygodne wydają się polityczne motywy tej zbrodni – tak chętnie nagłaśniane przez media i samego sprawcę. Rzeczą całkowicie zaskakującą musi być kompletny eklektyzm, a wręcz chaos w rzekomych poglądach politycznych Breivika. Ten „chrześcijański fundamentalista” okazuję się być jednocześnie członkiem loży masońskiej, a wyznając nienawiść do lewicy, gloryfikuje Obamę. W swoich pismach sprawca przyznaje się zaś do fascynacji Papieżem i Putinem i pisze: „ Putin wydaje się być zdecydowanym liderem, który zasługuje na respekt. Nie jestem pewien, czy mógłby stać się naszym największym przyjacielem, czy wrogiem".
Publikujący manifesty polityczne Breivik kreuje się na ideologa „wojny rasowej” i chce epatować publiczność „prawicowym ekstremizmem”. Jednocześnie wypisuje brednie o „początkach rewolucji” i rewolucyjnych planach „zmieniania społeczeństwa norweskiego”.
Kto  prześledziłby wypowiedzi Wiaczesława Datsika dla norweskich mediów, dostrzegłby z łatwością podobne pomieszanie pojęć, haseł i ideologii. I choć rosyjski bandyta jest z pewnością człowiekiem bardziej prymitywnym od złotowłosego Norwega, ta cecha wydaje się łączyć obu „prawicowych ekstremistów” i sugerować, że prawdziwych motywów i mocodawców należy poszukiwać w zupełnie innych obszarach.



czwartek, 21 lipca 2011

GRY WYBORCZE W TECHNOLOGII IT

Od długiego czasu grupa rządząca prowadzi zakrojone na ogromną skalę przygotowania do październikowych wyborów. Co najmniej od roku trwa sondowanie nastrojów społecznych, mnożą się prowokacje z udziałem ludzi służb i ośrodków propagandy. Przyspieszono tzw. procesy prywatyzacyjne, sprzedając m.in. firmy strategiczne dla bezpieczeństwa państwa. Pod osłoną rozlicznych wrzutek medialnych i tematów zastępczych, rząd PO-PSL poszerza również uprawnienia służb specjalnych oraz wprowadza regulacje służące nadzorowaniu i pacyfikacji społeczeństwa.
Zakres i różnorodność tych akcji wskazują, że obecny układ działa w poczuciu realnego zagrożenia, mając świadomość, że utrata władzy przez PO-PSL przyniesie Polakom prawdę o okolicznościach tragedii smoleńskiej. Proces ten w konsekwencji doprowadzi do osądzenia osób odpowiedzialnych za katastrofę, skompromituje „elity” powielające kremlowską dezinformację i zakończy się upadkiem tworu zbudowanego na kłamstwie „transformacji ustrojowej”. Dla układu rządzącego, stawka zbliżających się wyborów jest na tyle wysoka, że uzasadnia stosowanie każdego środka, nie wykluczając fałszerstw wyborczych i rozwiązań siłowych.
Ważnym składnikiem przygotowań są poszczególne akty prawne, dotyczące przebiegu wyborów. Dzisiejsza koalicja strachu, posiadająca sejmową większość, może dowolnie naginać przepisy, konstruując je w taki sposób, by służyły interesom rządzących .
Przykładem może być Kodeks wyborczy, przyjęty przez Sejm 3 grudnia 2010 roku. Przewiduje on możliwość przeprowadzenia dwudniowych wyborów, wprowadza jednomandatowe okręgi wyborcze do Senatu,  zakazuje publikacji płatnych ogłoszeń i audycji wyborczych, zabrania prowadzenia kampanii billboardowej, umożliwia głosowanie przez pełnomocnika oraz głosowanie korespondencyjne, stwarzając tym samym sposobność do rozlicznych fałszerstw i nadużyć wyborczych. Ponieważ Kodeks ma wejść w życie 1 sierpnia br. , o tym, czy stosowane będą nowe przepisy, czy dotychczasowe zdecyduje Bronisław Komorowski. Wszystko bowiem zależy od tego, kiedy prezydent zarządzi wybory, przed końcem lipca, czy w pierwszym tygodniu sierpnia. Tym samym, na trzy miesiące przed wyborami nadal  nie są znane nawet podstawowe reguły ordynacji wyborczej. 
Z niezrozumiałych przyczyn, ta fatalna, ograniczająca prawa opozycji ustawa została w momencie uchwalenia wsparta głosami PiS-u, a dopiero później zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego.  W dniu, w którym trafi do Państwa obecny numer Gazety Polskiej, Trybunał podejmie decyzję dotyczącą wniosku grupy posłów opozycji.
Niezależnie od rozstrzygnięcia TK, ostateczną decyzję w kwestii terminu i czasu trwania wyborów podejmie Bronisław Komorowski. Stwarza to wręcz idealną sytuację dla grupy rządzącej, która z całą pewnością musi znać prawdziwe intencje swojego partyjnego kolegi.
Wprawdzie przed kilkoma dniami Komorowski zapowiedział, że wyznaczy termin wyborów na 9 października i będą one jednodniowe, zastrzegł jednak, że ostateczna decyzja zostanie ogłoszona na początku sierpnia. Nie można wykluczyć, że obietnica Komorowskiego powstała w związku z zapowiedzią PiS-u o wezwaniu elektoratu do bojkotu pierwszego dnia wyborów oraz pomysłem powołania Korpusu Ochrony Wyborów.
Istnieją przesłanki, by nie traktować tej obietnicy jako wiążącej. Jeśli przyjąć, że  rząd Tuska zna prawdziwe zamiary prezydenta, warto zwrócić uwagę na treść rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie szczegółowych wymagań w zakresie ochrony lokali obwodowych komisji wyborczych w czasie przerwy w głosowaniu.  Jest to projekt z dn.7 lipca br., a zatem powstał już po zapowiedzi Komorowskiego o jednodniowych wyborach.
Regulacje zawarte w tym rozporządzeniu mówią wyraźnie o  "ochronie lokali obwodowych komisji wyborczych, w czasie przerwy w głosowaniu", po „zakończeniu głosowania w pierwszym dniu głosowania”, co może sugerować, że rząd Tuska przygotowuje się jednak do wyborów dwudniowych, a niewiążąca deklaracja Komorowskiego stanowi humbug wypuszczony na potrzeby opozycji. Powinniśmy pamiętać, że jeszcze na początku czerwca br. Komorowski orzekł, że „w interesie polskiej demokracji jest to, żeby jak najwięcej ludzi chciało i mogło uczestniczyć w wyborach” i zapowiedział: „dwudniowe wybory będę oceniał z tego właśnie punktu widzenia”.
Jeśli nawet Trybunał Konstytucyjny uzna wybory dwudniowe za sprzeczne z Konstytucją lub  orzeknie, że nowe przepisy w ogóle nie będą dotyczyć najbliższych wyborów, grupa rządząca ma jeszcze spory arsenał środków, by nie dopuścić do wygranej PiS-u. Próby szykan sądowych wobec lidera opozycji czy zapowiedź wniosku o Trybunał Stanu, można traktować jako działania sondujące reakcje społeczne. Pozwalają absorbować uwagę środowisk opozycyjnych,  tworzą korzystną dla władzy atmosferę propagandową i służą generowaniu nowych konfliktów. W najbliższym czasie można spodziewać się kolejnych tego typu prowokacji. Jakkolwiek  mogą poważnie utrudnić kampanię wyborczą PiS-u, nie one jednak wydają się najgroźniejsze.
Rząd Tuska, sprawując dziś tzw. prezydencję w UE znajduje się bowiem w sytuacji na tyle kłopotliwej, że miałby problem z wytłumaczeniem się z otwartych działań represyjnych wobec opozycji. Dlatego wystąpienie europosłów PiS na forum PE i poinformowanie opinii międzynarodowej o zamordystycznych zapędach „liberałów” z PO, należy uznać za doskonałe, prewencyjne posunięcie.  Tego rodzaju mocne wypowiedzi powinny stanowić przeciwwagę dla rządowej propagandy i towarzyszyć Tuskowi podczas całego okresu przewodnictwa w UE.
            Jeśli w najbliższych miesiącach nie nastąpią żadne przełomowe zdarzenia, ostatnią linią obrony grupy rządzącej może stać się sama procedura wyborcza. Warto pamiętać, że kluczowe znaczenie dla prawidłowego wyniku wyborczego będzie miał tryb przekazywania danych za pośrednictwem sieci elektronicznych, a następnie sposób ich obliczania przez Państwową Komisję Wyborczą. Tą procedurą partia opozycyjna zdaje się jednak w ogóle nie interesować. Tymczasem PKW dokonała już wyboru firm, które zajmą się obsługą październikowych wyborów.
Łącza do sieci publicznej i infrastrukturę techniczną dla Krajowego Biura Wyborczego ma zapewnić spółka ATM S.A, wybrana w bezprzetargowym trybie zapytania o cenę.
Przypomnę, że spółka ATM jest producentem rejestratora lotniczego zamontowanego w samolocie Tu-154 M. Po katastrofie smoleńskiej w mediach ukazała się informacja, że na pokładzie oprócz rosyjskich czarnych skrzynek znajdował się także polski rejestrator – ATM-QAR/R 128 ENC, zapisujący odczyty z urządzeń samolotu. Podczas katastrofy miał on ulec częściowemu zniszczeniu, ale ocalał nośnik, który umożliwił odczytanie danych. Formalnie rejestrator ATM należy do sił powietrznych, jednak faktyczną opiekę nad nim sprawowała Służba Kontrwywiadu Wojskowego. W marcu br. biegli zatrudnieni w ATM .S.A. odczytali informacje zapisane w czarnej skrzynce. Choć rzecznik NPW płk Zbigniewa Rzepa zapewniał wówczas, że opinia biegłych ma być gotowa w ciągu kilku dni, do dziś nic nie wiemy o efektach pracy ekspertów z ATM.
Według komunikatu PKW wyboru oferty ATM. S.A. dokonano ze względu na niską cenę usługi. Z informacji zamieszczonych na stronie spółki wynika, że nigdy wcześniej nie obsługiwała ona wyborów parlamentarnych. 
Drugą z firm wyłonionych do elektronicznej obsługi wyborów jest spółka cywilna  Pixel Technology. Ta łódzka firma już kilkakrotnie była bohaterem skandali związanych z wadliwym funkcjonowaniem systemu informatycznego. W 2002 roku Krajowe Biuro Wyborcze do współpracy przy wyborach zaprosiło samorządową organizację - Związek Powiatów Polskich, który za 6,5 mln zł miał skomputeryzować terenowe komisje wyborcze. Związek za ponad 3 mln zł zatrudnił jako swoich podwykonawców programistów z Pixela. Oprogramowanie użyte przez firmę zawierało jednak błąd, który wpłynął na opóźnienie w obliczaniu wyników wyborów samorządowych. „Wadliwa architektura części stworzonego przez nas oprogramowania spowolniła przesyłanie danych wyborczych do centralnej bazy danych w Krajowym Biurze Wyborczym. Wpłynęło to także na nadmierne obciążenie systemu i spowolnienie przetwarzania w nim danych wyborczych" – stwierdził wówczas Tomasz Szeler, dyrektor Pixel Technology s.c. w oficjalnym komunikacie przekazanym PAP.
PKW zadecydowała, że sporządzi ekspertyzę wyjaśniającą przyczyny niewydolności systemu informatycznego oraz zwróciła się z prośbą do NIK o podjęcie postępowania kontrolnego w Krajowym Biurze Wyborczym (KBW) w zakresie wykorzystania środków na obsługę informatyczną wyborów samorządowych. NIK miała również ustalić przyczyny niewydolności systemu informatycznego.
Minęły zaledwie dwa lata i KBW ponownie wybrało firmę Pixel Technology na wykonawcę systemu informatycznego Platforma Wyborcza. Umowę ze spółką podpisano do końca 2006 r. Obejmowała obsługę siedmiu różnych wyborów do Sejmu i Senatu oraz prezydenckich w 2005 r. i samorządowych w 2006 r. Zwracano wówczas uwagę, że KBW dokonało wyboru Pixela, mimo, że w ogłoszeniu o przetargu na wybór dostawcy Platformy Wyborczej wyraźnie zaznaczono, iż "w przetargu mogą wziąć udział oferenci nie wykluczeni na podstawie art. 19 ust. 1 i art. 22 ust. 7 Ustawy o zamówieniach publicznych". Pierwszy z nich mówił zaś, że "z ubiegania się o udzielenie zamówienia publicznego wyklucza się (...) dostawców i wykonawców, którzy w ciągu ostatnich 3 lat przed wszczęciem postępowania nie wykonali zamówienia lub wykonali je z nienależytą starannością".
Najwyraźniej KBW zapomniało, że firma Pixel brała udział w nieudanym projekcie budowy systemu obsługującego wybory samorządowe w 2002 r i w ogóle nie powinna zostać dopuszczona do przetargu.
O Pixelu usłyszeliśmy ponownie w 2006 roku, gdy w trakcie wyborów samorządowych spółka musiała w ekspresowym tempie dostarczyć komisjom wyborczym w całej Polsce nową, poprawioną wersję systemu komputerowego. Dotychczasowy groził bowiem błędami w trakcie przeliczania głosów na mandaty. W efekcie do komisji wyborczych wysłano komunikat PKW, która poleciła ponowne przeliczenie głosów za pomocą nowej wersji systemu w gminach liczących powyżej 20 tys. mieszkańców.
Pojawia się pytanie: dlaczego, pomimo tylu złych doświadczeń PKW nadal powierza  spółce Pixel wykonanie i obsługę oprogramowania wyborczego? Co decyduje, że niewielka spółka cywilna, o której działalności niemal nic nie wiemy otrzymuje tak poważne, państwowe zamówienia? Warto pamiętać, że Pixel Technology obsługiwała również proces obliczania wyników głosowania w wyborach prezydenckich 2010 roku.
Sprawa jest istotna, bowiem od działania sieci przesyłowych, za które ma odpowiadać ATM oraz oprogramowania spółki Pixel będzie zależał prawidłowy przebieg najbliższych wyborów parlamentarnych, a w szczególności proces naliczania oddanych głosów. Jakiekolwiek błędy bądź awarie systemu mogą wywołać zasadne wątpliwości co do ostatecznego wyniku wyborczego, a w efekcie wpłynąć na radykalizację nastrojów społecznych. Łatwo przewidzieć,  czym skończy się przedłużanie procedury liczenia lub jak zareagują wyborcy na informację o różnicach w obliczaniu głosów, zwłaszcza, jeśli o końcowym zwycięstwie zadecyduje niewiele punktów procentowych.  Czy taki scenariusz był brany pod uwagę przez grupę rządzącą?
Partia opozycyjna nie ma obecnie możliwości, by na jakimkolwiek etapie skontrolować prawidłowość danych przekazywanych drogą elektroniczną. Za tę, szczególnie odpowiedzialną czynność odpowiadają bowiem pełnomocnicy ds. obsługi informatycznej, nadzorujący pracę operatorów obsługujących obwodowe komisje wyborcze. Nawet dysponując danymi od wolontariuszy z Korpusu Ochrony Wyborów, PiS nie będzie w stanie zweryfikować wyników przesyłanych do PKW z obwodowych komisji, a tym bardziej nie będzie mógł uzyskać informacji na temat funkcjonowania systemu zarządzanego przez spółkę Pixel Technology.
Warto byłoby wykazać zainteresowanie procedurą wyłonienia firm odpowiedzialnych za organizację elektronicznej obsługi wyborów oraz zadbać o obsadę stanowisk pełnomocników ds. obsługi elektronicznej. Jeśli dopuszczamy scenariusz, w którym grupa rządząca dokonuje fałszerstwa wyborczego, jest jeszcze czas na podjęcie konkretnych działań. 


Artykuł opublikowany w nr 29/2011 Gazety Polskiej 

środa, 20 lipca 2011

BEZPIECZEŃSTWO NA SPRZEDAŻ – (2)

Przejęcie przez Solorza spółki Polkomtel znacząco zmieni dotychczasowy układ sił na rynku telekomunikacyjnym. Powstaną dwa silne ośrodki: Solorza z Polkomtelem (telefonia Plus) i Cyfrowym Polsatem oraz francusko –niemiecka grupa TP.S.A, PTK Centertel (Orange) współpracująca z T-Mobile. Trzecią, znacznie słabszą grupę stanowić będą rozproszone P4 (Play) i Netia. Dzięki tej transakcji właściciel Polsatu wyrasta na głównego gracza rynku telekomunikacyjnego i może zagrozić dominującej dotychczas Telekomunikacji. Nie chodzi jednak tylko o rozwój nowych technologii, dostępność do Internetu czy przygotowanie nowych ofert dla klientów sieci Plusa.
Prawdziwa gra toczy się o znacznie większą stawkę.
Nietrudno dostrzec, że sprzedaż Emitela i Polkomtela oraz zapowiedź zbycia spółki Exatel są posunięciami w ramach celowej strategii obecnego rządu. Polega ona na wyprowadzeniu na zewnątrz skarbu państwa całej infrastruktury sieci telekomunikacyjnych a zatem na rezygnacji z zarządzania tą infrastrukturą. Na naszych oczach następuje demontaż podstawowego systemu bezpieczeństwa państwa, jakimi są sieci przesyłowe.
W przypadku sprzedaży Emitela, nabywcą jest firma o kapitale zagranicznym, to zaś oznacza, że państwo polskie utraciło możliwość zarządzania własną infrastrukturą bezpieczeństwa. Odtąd istniejąca sieć przesyłowa spółki ale też cała infrastruktura nadawcza, którą Emitel ma zamiar skupić w najbliższych latach, będzie należała do obcego kapitału.
Sprzedaż Solorzowi spółki Polkomtel tylko pozornie oznacza pozostawienie jej w rękach polskiego przedsiębiorcy. Nabywca - spółka Spartan Capital Holdings zarządzana przez Tobiasa Markusa Solorza nie ma 18 mld zł, jakie oferuje za Polkomtel, deklaruje jednak, że finansowanie transakcji jest zabezpieczone. Pieniądze mają pochodzić od konsorcjum pięciu banków, w którego skład wchodzą Crédit Agricole CIB, Deutsche Bank, Royal Bank of Scotland, Société Générale Corporate and Investment Banking oraz PKO Bank Polski SA. Zdaniem wielu analityków o przyszłej strategii zarządzania Polkomtelem będzie decydować zakres porozumienie Solorza z bankami. W tej sytuacji, nie sposób mówić o prywatyzacji, w której stroną jest polski przedsiębiorca. Nie znamy też rzeczywistych partnerów zagranicznych tej transakcji, zaś zarządzanie spółką będzie zależało wyłącznie od planów konsorcjum bankowego.  
Po sprzedaży Polkomtela, Polska Grupa Energetyczna planuje sprzedaż spółki Exatel S.A. w której jest większościowym udziałowcem. Utrata kontroli nad tą spółką oznaczać będzie wejście w ostatnią fazę rozbioru polskich sieci strategicznych.
Wiele wskazuje, że proces ten rozpoczęli i zakończą Rosjanie.
Poprzednia próba sprzedaży Exatela przez PGE zakończyła się niepowodzeniem. W styczniu PGE zdecydowała o unieważnieniu przetargu, po tym jak nie otrzymała ofert wiążących. Oferty złożyły wówczas m.in. GTS Polska i Netia, jednak do finału zostały zakwalifikowane Polkomtel i Mediatel.  Już na początku czerwca br. prezes PGE Tomasz Zadroga poinformował, że bezpośrednio po sprzedaży Polkomtela PGE wróci do sprzedaży spółki Exatel. Zdaniem prezesa, proces ten powinien być mniej skomplikowany, gdyż wiele dokumentów i analiz jest już sporządzonych, a na potrzeby transakcji trzeba będzie dokonać jedynie wyceny spółki.
Po Exatela stoi kolejka zagranicznych spółek. Każdy chce kupić elegancka, niezbyt zadłużoną spółkę. Jesli nie dla siebie, to na handel. Zawsze Rosjanie odkupią polskie sieci strategiczne. Chociażby po to, aby sterować polskim systemem elektroenergetycznym. Będzie można wówczas szantażować Polaków i wymuszać na nich rożne ustępstwa. Za niecały miliard złotych. Gdzie tu jest "polska racja stanu" i "mądre państwo”? – pytał w kwietniu br. prof. Urbanowicz w cytowanym już wcześniej artykule zamieszczonym w „Naszym Dzienniku”.
Dziś wizja utraty kontroli nad całym systemem bezpieczeństwa informatycznego i elektromagnetycznego staje się w pełni realna. Bój o najważniejszą spółkę strategiczną stoczą prawdopodobnie Polkomtel i GTS Poland, należąca do grupy telekomunikacyjnej GTS Central Europe. Ta ostatnia posiada spółki telekomunikacyjne w Czechach, Polsce, Rumunii, Słowacji i na Węgrzech, a dodatkowo świadczy usługi na terenie Ukrainy, Łotwy, Słowenii, Bułgarii, Chorwacji i Serbii. GTS Central Europe należało do konsorcjum finansowego Group Menatep z kapitałem rosyjskim, działającego później pod nazwa GML Ltd.
Zapowiada się powtórka sytuacji z 2005 roku, gdy GTS Polska zakupiła od funduszu Innova Capital 97,5% udziałów w strategicznej spółce telekomunikacyjnej Energis Polska i przejęła nowoczesną sieć światłowodową o łącznej długości 5.200 km. Pod koniec 2007 roku GTS Central Europe został sprzedany konsorcjum trzech funduszy inwestycyjnych, wśród których jest fundusz Innova Capital. Poza nim właścicielem GTS CE jest konsorcjum prywatnych funduszy inwestycyjnych, w skład którego wchodzą m.in. Columbia Capital, M/C Venture Partners, HarbourVest Partners, Oak Investment Partners oraz Bessemer Venture Partners.
W styczniu br. nastąpiło połączenie spółek GTS Poland i GTS Energis, a 4 maja 2011, GTS Poland Sp. z o.o. przejęła spółkę GTS Energis. To połączenie może oznaczać, że fundusze zarządzające GTS CE planują inwestycje na polskim rynku telekomunikacyjnym.
Na początku czerwca br. prezes GTS Poland Piotr Sieluk oświadczył, że jego firma jest  zainteresowana przejęciem Exatela, jeśli ten zostanie wystawiony na sprzedaż. Zdaniem Sieluka, polski rynek jest rozdrobniony i musi nastąpić jego konsolidacja. Spółka planuje również wejście na giełdę i szuka zamówień na rynku publicznym. Niedawno GTS złożyła najlepszą ofertę w jednym z przetargów Ministerstwa Sprawiedliwości.
Mamy zatem sytuację, gdy w ręce funduszu kapitałowego Montagu Private Equity trafia strategiczna spółka Emitel, a inny z funduszy przymierza się do przejęcia Exatel S.A. Ze względu na skomplikowaną i niejasną strukturę kapitałową tego rodzaju funduszy, nie sposób przewidzieć jak zakończy się proces przekształceń własnościowych i kto w rezultacie zostanie właścicielem polskich sieci przesyłowych.
Sygnał ostrzegawczy w postaci sprzedaży Emitela powinien wstrząsnąć służbami. Służby powinny natychmiast zabezpieczyć spółkę Exatel przed sprzedaniem. Jeśli Exatel zostanie sprzedany, poniosą za to odpowiedzialność ci, którzy podpiszą się pod sprzedażą, poczynając od polskiego rządu „ - pisał w kwietni br. prof. Urbanowicz.
Podobnie wypowiada się Antoni Macierewicz, wskazując, że „sprawa sprzedaży spółek strategicznych powinna wywołać reakcję Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a przede wszystkim premiera”.  – „Jeśli Exatel zostanie sprzedany – twierdzi Macierewicz -, będzie to oznaczało, że jest to zgodne z jego wolą, a w związku z tym powinien odpowiadać z art. 231 kk, czyli za niedopełnienie swoich obowiązków. To na premierze, jako odpowiedzialnym za funkcjonowanie służb specjalnych, spoczywa obowiązek zablokowania takiej transakcji”.

Nie znamy oficjalnego stanowiska Donalda Tuska, jednak decyzje prywatyzacyjne podejmowane przez zarządy spółek skarbu państwa jasno wskazują, że dzieje się to za zgodą grupy rządzącej, a zatem nie należy liczyć na wstrzymanie sprzedaży Exatela. Właściciel spółki – PGE, jest tylko wykonawcą woli politycznej rządu PO-PSL. Można przypuszczać, że do sprzedaży Exatela dojdzie jeszcze przed wyborami, by wykorzystując okres wyborczy przykryć transakcję bieżącymi sprawami politycznymi.
Nie należy również oczekiwać, by ABW zablokowała sprzedaż strategicznych spółek. Ich prywatyzacja stanowi bowiem zwieńczenie procesu, którzy można obserwować od wielu miesięcy. W tym procesie, rola służby Krzysztofa Bondaryka została już precyzyjnie ustalona. Kolejne akty prawne i decyzje rządu sprawiły, że w rękach szefa Agencji znalazły się narzędzia pozwalające na skuteczne wpływy i zarządzanie sektorem teleinformatycznym.
Jak wskazywałem w części pierwszej, sprzedaż Emitela, Polkomtela czy Exatela nie pozbawia ABW możliwości nadzoru nad tymi spółkami. Wynika to z regulacji zawartych w ustawie o zarządzaniu kryzysowym, na podstawie których ABW uzyskała dostęp do dokumentów i informacji w firmach zarządzających infrastrukturą krytyczną oraz możliwość wpływu na obsadę stanowisk pełnomocnika ds. kontaktów z ABW. Nowe przepisy nałożyły na szeroki krąg podmiotów obowiązek przekazywania szefowi ABW nie tylko informacji o zagrożeniach o charakterze terrorystycznym, lecz również o zagrożeniach dotyczących działań, „które mogą prowadzić do zagrożenia życia lub zdrowia ludzi, mienia w znacznych rozmiarach, dziedzictwa narodowego lub środowiska”. W praktyce – pod pozorem walki z terroryzmem, dano ABW uprawnienia pozwalające głęboko ingerować w procesy gospodarcze i działalność najważniejszych firm.
Autorem nowelizacji ustawy uchwalonej w błyskawicznym tempie 6 miesięcy był wiceminister spraw wewnętrznych i administracji, szef  Rządowego Centrum Bezpieczeństwa (RCB) Antoni Podolski. Po przyjęciu nowelizacji przez Sejm, ten były funkcjonariusz UOP odszedł z ministerstwa. Wydaje się, że zasadniczym celem uchwalenia ustawy było wyposażenie służby Bondaryka w nowy, potężny instrument nadzoru nad przedsiębiorcami. I choć nominalnie zapisy nowelizacji wzmacniały rolę dyrektora RCB, to faktycznie wiodącą pozycję w kwestiach związanych ze „zwalczaniem terroryzmu” przyznano szefowi ABW. Dziś Antoni Podolski jest członkiem rady nadzorczej firmy Niemczyk i Wspólnicy Ochrona Inwestycji, zajmującej się głównie wywiadem gospodarczym i należy do rady konsultacyjnej przy Centralnym Ośrodku Szkolenia ABW. W radzie zasiada również właściciel firmy Piotr Niemczyk i inny członek rady nadzorczej Bartłomiej Sienkiewicz. Rzeczniczka ABW pytana, czy funkcjonowanie trzech członków rady konsultacyjnej w jednej prywatnej firmie zajmującej się wywiadem gospodarczym nie rodzi ryzyka wycieku tajnych informacji, orzekła, że „członkowie rady nie mają styczności z bieżącą realizacją zadań ABW”. Odmiennie widział sprawę prof. Antoni Kamiński, były szef Transparency International Polska, który stwierdził, że „występuje tu ewidentny konflikt interesów. Ta firma ma uprzywilejowany dostęp do instytucji. Może dzięki temu czerpać korzyści. Przykładowo dzięki swoim kontaktom te osoby mogą uzyskiwać informacje potrzebne ich firmie”.
Potężnym narzędziem w rękach szefa ABW są również zapisy ustawy o ochronie informacji niejawnych. Zawarte w niej regulacje powierzają Agencji funkcję krajowej władzy bezpieczeństwa - instytucji odpowiadającej za kontakty m.in. z NATO, ale także za wydawanie upoważnień do dostępu do informacji niejawnych. Dotychczas odpowiedzialność za kontakty z sojusznikami była w Polsce podzielona. Również w zakresie certyfikatów bezpieczeństwa istniał wyraźny podział, a informacje wojskowe leżały w gestii SKW, cywilne zaś – ABW. Obecnie wojskowy kontrwywiad został faktycznie podporządkowany cywilnej agencji. Według ustawy, to szef ABW ma sprawować nadzór nad stanem ochrony informacji niejawnych i prowadzić inspekcje w podmiotach przetwarzających informacje.
To tylko jeden z mechanizmów pozwalających Bondarykowi na kontrolę spółek strategicznych. Są też inne. Od wielu miesięcy funkcjonariusze ABW obejmują stanowiska w firmach i instytucjach kluczowych w dziedzinie teleinformatyki. Jest to możliwe dzięki ścisłej współpracy z rządem Donalda Tuska. W listopadzie 2009 roku Agencja przejęła kontrolę nad NASK - najważniejszą instytucją polskiego Internetu. Naukowo-Akademicka Sieć Komputerowa zajmuje się m.in. przydzielaniem polskich domen i sprawuje technologiczną pieczę nad polską częścią sieci. W oparciu o rekomendację komisji konkursowej, minister nauki Barbara Kudrycka mianowała na stanowisko dyrektora NASK czynnego pułkownika ABW Michała Chrzanowskiego - byłego dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego i Informacji ABW. Pretekstem do przejęcia kontroli nad NASK było odwołanie poprzedniego szefa tej jednostki po kontroli finansowej. Od tej chwili, NASK stał się de facto kolejnym departamentem ABW. Jeśli zauważyć, że NASK, obok Exatela i Polkomtela posiada jedyne sieci przesyłowe kontrolowane dotąd przez państwo, ta nominacja nabiera szczególnego znaczenia. ABW ma również swojego człowieka w kierownictwie innej ważnej instytucji rządowej. Funkcjonariusz ABW Piotr Durbajło (były podwładny płk Chrzanowskiego) jest dziś członkiem Komitetu Sterującego w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju. Ta wyspecjalizowana agencja rządowa zajmuje się zarządzaniem badaniami naukowymi i pracami rozwojowymi w strategicznych dla Polski dziedzinach. Projekty realizowane przez NCBiR są wykorzystywane m.in. w pracach na rzecz obronności i bezpieczeństwa państwa, a wiele z nich dotyczy sektora technologii informacyjnych i telekomunikacyjnych. W maju br. NCBiR przystąpił do stworzenia „odpowiedniej platformy działania, która mogłaby pomóc w realizacji zadań związanych z rozwojem sektora ICT z wykorzystaniem potencjału polskich jednostek naukowo-badawczych i firm komercyjnych oraz wypracowania podstawy dla podjęcia strategicznych decyzji dotyczących rozwoju rynku telekomunikacyjnego w Polsce w wieloletniej perspektywie.”
Warto dostrzec, że takie ulokowanie ABW i powierzenie służbie ogromnych spec uprawnień, pozwala na głęboką ingerencję w procesy gospodarcze oraz w działalność najważniejszych firm, czyniąc z Agencji faktycznego decydenta w kwestiach dotyczących rynku telekomunikacyjnego. Z tego względu, pozycja szefa ABW wydaje się szczególnie uprzywilejowana w zakresie rozstrzygnięć dotyczących transakcji prywatyzacyjnych. Tam bowiem, gdzie skarb państwa rezygnuje z zarządzania infrastrukturą bezpieczeństwa narodowego, nadal otwarły pozostaje obszar wpływów Krzysztofa Bondaryka. 
Nie sposób zapomnieć, że w latach 2005-2006 Bondaryk pracował dla Zygmunta Solorza w Polskiej Telefonii Cyfrowej (PTC) - operatorze sieci komórkowych Era i Heyah. Był pełnomocnikiem PTC ds. informacji niejawnych mającym dbać o to, by nie dostały się one w niepowołane ręce. Funkcja ta obejmuje również współpracę ze służbami specjalnymi, gdy te żądają informacji o klientach firmy. W PTC działały wtedy dwa zarządy roszczące sobie prawo do kierowania spółką. Jeden związany z francuską firmą Vivendi, a drugi z Elektrimem Zygmunta Solorza. Bondaryk do pracy w PTC był delegowany przez stronę Solorza.
Francuski koncern Vivendi złożył wówczas w sądzie federalnym amerykańskiego stanu Waszyngton skargę przeciwko T-Mobile USA, T-Mobile Deutschland, Deutsche Telekom oraz Zygmuntowi Solorzowi-Żakowi, głównemu udziałowcowi Elektrimu, zarzucając im nielegalne zawłaszczenie inwestycji Vivendi wartych 2,5 mld USD.
Jedną z odsłon wojny właścicieli było zawiadomienie prokuratury o popełnieniu przestępstwa "ujawnienia informacji stanowiących tajemnicę państwową". Chodziło o kopiowanie i wynoszenie poza firmę tajnych informacji o tym, kim interesują się służby. Zawiadomienie do WSI i ABW złożył w tej sprawie Ryszard Pospieszyński, członek zarządu związany z francuską spółką Vivendi. Według niego ludzie z konkurencyjnego zarządu kopiowali dane o klientach Ery. I to dane szczególne - bowiem chodziło o billingi ludzi, którymi w ostatnich latach interesowały się służby specjalne.
W zawiadomieniu z roku 2005 Pospieszyński oskarżył o kopiowanie danych abonentów właśnie Krzysztofa Bondaryka, który odpowiadał w Erze za współpracę ze służbami, m.in. przy zakładaniu podsłuchów i sprawdzaniu billingów. Śledztwo w tej sprawie od 8 grudnia 2005 roku prowadziła ABW, pod nadzorem warszawskiej Prokuratury Okręgowej. Stało się ono główną przyczyną, dla której rząd PiS-u chciał zmienić prawo telekomunikacyjne i pozbawić operatorów wiedzy o tym, czym interesują się służby specjalne. Przygotowano nowelizację, lecz nie zdołano jej wówczas uchwalić. Co ciekawe - konieczność nowelizacji prawa w tym zakresie popierali również nowi szefowie służb specjalnych mianowani już za czasów koalicji PO - PSL oraz szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński. Mimo poczynionych uzgodnień międzyresortowych i ustaleń między służbami - tylko Krzysztof Bondaryk usiłował do końca torpedować zmianę przepisów.
31 stycznia 2008 r, dwa tygodnie przed oficjalnym objęciem przez Bondaryka stanowiska szefa ABW, śledztwo zostało umorzone "wobec braku ustawowych znamion czynu zabronionego". Poprzedni szef ABW Bogdan Świączkowski był tą decyzją zdumiony i twierdził, że "w tym śledztwie były materiały na zarzuty”.
Do sprawy podsłuchów w Erze powróciła "Rzeczpospolita", za sprawą cyklu publikacji Cezarego Gmyza, który powołując się na informacje z umorzonego śledztwa wskazał na faktyczną rolę Bondaryka. Dziennikarz "Rzeczpospolitej" przytoczył liczne dowody ze śledztwa, w tym zeznania Władysław Naja, poprzednika Bondaryka na stanowisku pełnomocnika ochrony informacji niejawnych w PTC. Opisał on spotkanie, do którego miało dojść na przełomie lutego i marca 2005 r., na którym Bondaryk prosił o wskazanie "najważniejszych celów będących w zainteresowaniu służb specjalnych". Naja zeznał, że usłyszał, iż "zbliżają się wybory i informacje te nie są obojętne". Bondaryk miał pytać wprost: "Kto interesował się Zygmuntem Solorzem?".
Cezary Gmyz zadał w tej sprawie kilka istotnych pytań, m.in.:
Czy Krzysztof Bondaryk wypytywał się Władysława Naja o kierunki zainteresowań służb specjalnych, a w szczególności o Zygmunta Solorza właściciela Polsatu? Czy Krzysztof Bondaryk po tym jak przejął władzę nad ABW jesienią 2007 roku podejmował jakieś działania w sprawie tego śledztwa w którym większość czynności prowadziła właśnie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego?
Kilka miesięcy wcześniej ujawniono, że Bondaryk będąc już szefem ABW pobierał od operatora Ery wynagrodzenie (w sumie ok. 1,5 mln zł), a w zeznaniach majątkowych zataił ten fakt.
Warto wrócić do pytań zadanych przez Cezarego Gmyza, ponieważ mamy dziś do czynienia z sekwencją zdarzeń, które wpisują się w scenariusz rozgrywany wokół strategicznych spółek  telekomunikacyjnych. Określenie rzeczywistej roli ABW wydaje się mieć kluczowe znaczenie dla zrozumienia mechanizmów tej gry.
O tym, że sprawy z niedalekiej przeszłości są nadal istotne, może świadczyć fakt, że ABW przed kilkoma dniami zatrzymała Władysława N., który przed laty obciążał w prokuraturze Krzysztofa Bondaryka. Zatrzymania dokonano w ramach śledztwa białostockiej prokuratury, dotyczącego składania nierzetelnej dokumentacji. Media podkreślały, że Agencji zatrzymała przeciwnika szefa ABW.
Gdy przed kilkoma tygodniami „Gazeta Wyborcza” w artykule „Przetrącone śledztwo” opisała podejrzaną transakcję zakupu auta przez Bondaryka i zwróciła uwagę na odsunięcie od śledztwa prokuratora badającego nieprawidłowości u operatora Ery, istotną część tej publikacji stanowiła sprawa handlu fałszywymi fakturami w Polskiej Telefonii Cyfrowej i telewizji Polsat. Już w kwietniu br. media informowały, że Zygmunt Solorz  wpłacił kaucję za menadżerów PTC, zatrzymanych pod zarzutami oszustwa, przestępstwa przeciwko wiarygodności dokumentów, naruszenia kodeksu spółek handlowych i kodeksu karnego skarbowego.
Trudno nie dostrzec, że włączenie szefa ABW w sprawę nieprawidłowości w spółce PTC i medialne wywołanie tematu może mieć związek z planami inwestycyjnymi Solorza: dokonanym już zakupem Polkomtela i zamiarem kupna Exatela. Być może uderzenie w Bondaryka należy odczytać jako próbę pokrzyżowania tych planów.
Można też odnieść wrażenie, że przy udziale prokuratur i służb specjalnych  toczy się ostra walka o dominację na rynku infrastruktury telekomunikacyjnej, a kolejne odsłony tego spektaklu ujawniają rzeczywistą pozycję graczy. Niestety, żaden z nich zdaje się nie reprezentować państwa polskiego, bo choć gra dotyczy spraw strategicznych dla naszego bezpieczeństwa, to zawodnicy działają w interesie obcego kapitału i nieznanych inwestorów.
Trafną diagnozę tego stanu postawił Jarosław Kaczyński, gdy do jednego z głównych problemów Polski zaliczył brak informacji na temat działania służb i ich kontroli przez państwo. „Dziś dostęp do informacji jest blokowany przez mnóstwo różnego rodzaju tajemnic państwowych, które dotyczą nawet najwyższych urzędników - stwierdził prezes PiS i dodał: „chodzi o to żeby pewnych aparatów nikt nie kontrolował, a żeby w istocie je kontrolowali ci, którzy mają duże pieniądze i związane z tym duże możliwości”.  



Artykuł opublikowany w nr 28-29 Gazety Finansowej.
część pierwsza w nr 26-27
http://cogito.salon24.pl/321743,bezpieczenstwo-na-sprzedaz-1

poniedziałek, 18 lipca 2011

METODA „NA ŚCIOSA”

Ilością bredni napisanych na „temat Ściosa” można byłoby obdzielić wielu blogerów lub zespół redakcyjny niejednej gazety. Część z owych dywagacji czerpie inspiracje z  elaboratu zatytułowanego „Aleksander ŚCIOS, czyli - IV prawda...” autorstwa „byłego wieloletniego oficera Kontrwywiadu i Wywiadu RP 2 i 1/2 oraz RP 3” zamieszczonego przed trzema laty na portalu Związku Byłych Funkcjonariuszy Służb Ochrony Państwa. Inni korzystają z cennych myśli zawartych w paszkwilu Michała Podobina ze stowarzyszenia Pro Milito, dziś blogera Nowego Ekranu. Zainteresowanych odsyłam do linków umieszczonych pod tekstem
Pracy tych zacnych autorów i ich epigonów, zawdzięczam rolę agenta służb chińskich, rosyjskich i izraelskich oraz miano cenzora i manipulanta. Od kilku miesięcy, dzięki wzmożonym wysiłkom ludzi z Nowego Ekranu, stałem się dla odmiany Piotrem Bączkiem, cynglem Sakiewicza oraz niszczycielem środowisk prawicowych. Ta diagnoza bliska jest również zadomowionej na S24 grupce „rozumnych inaczej”, którzy śledząc z zapałem moje publikacje przyjmują wdzięczną rolę analityków, podsikujących nogawki autora.
Pomny, że mogło być gorzej, a owi wrogowie mogliby stać się moimi przyjaciółmi – nie narzekam. Nie próbuję też polemizować z ocenami tej maści adwersarzy, mając na uwadze, że nic tak nie deformuje kręgosłupa jak obcowanie z karłami.
W ostatnim czasie pojawiły się jednak oskarżenia znacznie większego kalibru. Ich wspólnym mianownikiem jest przypisywanie mi intencji, jakich nigdy nie wyrażałem oraz imputowanie poglądów nieobecnych w moich tekstach.
Prekursorami tej „metody na Ściosa” byli publicyści „Rzeczpospolitej” - Michał Szułdrzyński i Piotr Skwieciński, którzy z finezją ciężkozbrojnych kafarów wyczytali w moim artykule zamieszczonym w „Gazecie Polskiej” rzeczy kwalifikujące autora na wieloletnią zsyłkę lub co najmniej leczenie psychiatryczne. Dokonując manipulacji moimi cytatami, publicyści „Rzepy” doszli do wniosku, że lekceważę „wręcz samą demokratyczną procedurę wyłaniania władz” i wzywam do rewolucji. Nie potrafiąc sprostać logice artykułu, Szułdrzyński napisał: „Ścios jednak posuwa się znacznie poza granice racjonalnej krytyki: odmawia prawomocności wyłonionej w wyborach władzy, lekceważy wręcz samą demokratyczną procedurę wyłaniania władz. Należałoby więc zapytać autora tekstu z "Gazety Polskiej", jak wyobraża sobie swój własny scenariusz dla Polski? Bo jego manifest brzmi jak wezwanie do wypowiedzenia demokratycznej umowy społecznej, do rewolucji.”
Opinie autorów „Rzepy” zasługiwałyby na polemikę, gdybym był przekonany, że powstały pod wpływem błędu, a nie intencjonalnej manipulacji. Ponieważ trudno uwierzyć, by ludzie rozumni nie potrafili odczytać prostego przekazu, dyskusja stała się zbędna, a jedyną odpowiedzią mógł być satyryczny manifest „Przeciw obłudnym żurnalistom”.
Błazeństwo owych panów byłoby zaledwie niewinną przypadłością, gdybyśmy żyli w państwie, w którym krytyka rządzących nie grozi przykrymi konsekwencjami, a zarzut wzywania „do wypowiedzenia demokratycznej umowy społecznej, do rewolucji” nie przypomina donosu. Po doświadczeniach ostatnich miesięcy trudno jednak podzielać wiarę, by III RP była takim państwem.
Na zakończenie swojej analizy, Michał Szułdrzyński napisał:
Przypomnijmy: od długiego czasu grono rozhisteryzowanych przeciwników PiS podkreśla, że partia Kaczyńskiego jest antysystemowa i antydemokratyczna, powinna więc zostać wyeliminowana z życia publicznego. Teraz Aleksander Ścios nie tylko przemówił językiem bliskim wypowiedziom Stefana Niesiołowskiego, ale przy okazji dał przeciwnikom partii, z którą sympatyzuje, doskonały argument.”

Nie upłynęły trzy miesiące od życzliwego ostrzeżenia dziennikarza „Rzepy”, gdy w dzisiejszym wywiadzie Stefana Niesiołowskiego w „Newsweeku” padły słowa: „Od katastrofy w Smoleńsku nie było właściwie dnia, by nie padały oskarżenia, że zamordowaliśmy świetnego prezydenta, że okupujemy Polskę. Jest taki publicysta Aleksander Ścios, który w „Gazecie Polskiej” wprost stwierdził, że trzeba obalić władzę Tuska wszelkimi metodami.”
Pracownicy medialni Newsweeka przytomnie zareagowali: „Gazeta Polska” to 60 tysięcy nakładu...”, dając tym kłamstwem wyraz swojej frustracji spowodowanej spadkiem sprzedaży "Newsweeka” o 39,2 procenta, podczas gdy sprzedaż „Gazety Polskiej” w kwietniu br. wyniosła 81,7 tys. (średnia ze stycznia br. 88,7 tys.)
Niesiołowski nie miał jednak wątpliwości o szkodliwym wpływie GP: „Ale to organ PiS. Zresztą taktyka Kaczyńskiego jest podobna. On bojkotuje prezydenta, premiera, nie uznaje rządu. Przekonuje, że obalenie Tuska jest patriotycznym obowiązkiem. Pan Ścios jest głupszy od Kaczyńskiego, bo dodaje, że nawet użycie siły byłoby tu uzasadnione. Platforma tego nie mówi. Dlatego nie przyjmę, że w tej sprawie jest jakakolwiek symetria.”
Ponieważ próba prostowania bełkotu Stefana Niesiołowskiego byłaby nieskuteczna, napiszę krótko: polityk Platformy kłamie. W żadnym moim tekście opublikowanym w „Gazecie Polskiej” nie ma stwierdzenia: „trzeba obalić władzę Tuska wszelkimi metodami” ani słów „nawet użycie siły byłoby tu uzasadnione”.  To rzecz łatwa do sprawdzenia i samodzielnej weryfikacji. Tak bezczelny i oparty na fałszu atak dyskwalifikowałby  każdego polityka w normalnym państwie. W III RP kłamstwa Niesiołowskiego zostaną podchwycone i uznane za wiarygodny opis poglądów „Gazety Polskiej”.
Warto natomiast dostrzec, że tego rodzaju oceny znajdują swoje źródło w artykule Michała Szułdrzyńskiego i stanowią twórcze rozwinięcie hipotez autora. Z obserwacji dynamiki tego procesu wynika, że rzucone w przestrzeń medialną dywagacje dziennikarza, ewoluują obecnie w formę wypowiedzi prominentnego polityka grupy rządzącej, a miejsce hipotez i przypuszczeń zajmują już twarde stwierdzenia. Niezmienna pozostaje sugestia, że retoryka Ściosa jest szkodliwa dla PiS- u, dając  przy okazji przeciwnikom partii, z którą sympatyzuje, doskonały argument.”
„Proroctwo” Szułdrzyńskiego już się wypełniło, ja zaś znam odpowiedź na pytanie: co dalej i wiem, skąd nastąpi kolejne uderzenie.
Wiem także, że metoda „na Ściosa” to tylko jeden z elementów manipulacji i propagandowego „dorabiania gęby” PiS-owi. W tej grze, moja osoba i publikacje są zaledwie pretekstem i nie one wydają się najważniejsze. To, co widzimy jest bowiem projekcją lęku.
Tego samego, który po 10 kwietnia stał się nieodłącznym towarzyszem ludzi z grupy rządzącej. Prowadząc ostatnią grę wierzą jeszcze, że ewolucja metody „na Ściosa”  pozwoli im oszukać lub przestraszyć Polaków.
Spróbujmy zniszczyć ich wiarę.  


http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/dziekuje-za-bulteriera--stefan-niesiolowski-dla-newsweeka,79629,1

piątek, 15 lipca 2011

„WSPÓLNOTA BRUDU”

Od czasu, gdy ówczesny kandydat na marszałka Sejmu Bronisław Komorowski, w reakcji na wezwanie przez Komisję Weryfikacyjną WSI oświadczył: „Pan Macierewicz powinien zniknąć”, osoba likwidatora Wojskowych Służb Informacyjnych należy do najczęściej atakowanych przez rządowe media i polityków grupy rządzącej.
Ta nieskrywana nienawiść do Antoniego Macierewicza ma całkowicie racjonalną podstawę.
Likwidacja WSI – owego „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa” (jak określił tę służbę prof. Zybertowicz) sprawiła, że funkcjonujący dotąd „triumwirat” III RP (służb-biznesu-polityki) został mocno zdezorganizowany i osłabiony.
Dlatego bezwzględnym priorytetem rządu Donalda Tuska stało się przywrócenie wpływów środowiska WSI i powrót do wzorca służb ustalonego w roku 2004. Z chwilą przejęcia władzy przez Platformę, wszelkie działania rządu zostały ukierunkowane na zablokowanie procesu weryfikacji żołnierzy WSI, przejęcie nowopowstałych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego oraz pełną reaktywację postkomunistycznego układu. Tuż po powstaniu rządu PO-PSL nastąpiły czystki w służbach specjalnych, szykany wobec szefów służb; nagonka na Mariusza Kamińskiego, oskarżenia przeciwko Święczkowskiemu, przesłuchania i represje wobec funkcjonariuszy kontrwywiadu wojskowego. Jedną z pierwszych decyzji nowego rządu było powołanie na stanowisko dyrektora Departamentu Kadr MON  gen Janusza Bojarskiego, byłego szefa WSI. Zmiana ekipy politycznej uaktywniła również grupy obrońców tej służby.  Już w listopadzie 2007 r. złożono do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją niektórych przepisów ustawy wprowadzającej ustawę o SKW i SWW. Kolejne miesiące przyniosły szereg zawiadomień do prokuratury przeciwko członkom Komisji Weryfikacyjnej oraz zawiadomień i pozwów przeciwko Antoniemu Macierewiczowi. W czerwcową noc 2008 roku, Sejm głosami obecnej koalicji uchwalił nowelizację ustawy o SKW i SW, która faktycznie zakończyła proces weryfikacji. W uzasadnieniu noweli napisano wprost: „Projektowane przepisy generalnie otworzą drogę żołnierzom zawodowym zniesionych Wojskowych Służbach Informacyjnych do „zagospodarowania ich” niezależnie od faktu czy Komisja Weryfikacyjna wyda, czy też nie, swoje stanowisko.”
Jednocześnie utrudniano pracę Komisji Weryfikacyjnej, dyskredytowano i zastraszano jej członków, pomawiano szefa komisji, a wokół procesu likwidacji wytworzono atmosferę oskarżeń i klimat działań nielegalnych. Pod koniec 2007 roku rozpoczęto kombinację operacyjną  z udziałem ludzi WSW/WSI, szefostwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, nazwaną przeze mnie aferą marszałkową. Polegała na działaniach zmierzających do uzyskania dostępu do tajnego aneksu z Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy okazało się to niemożliwe, na zdyskredytowaniu członków Komisji Weryfikacyjnej i dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Działania te miały również na celu zdezawuowanie treści zawartych w aneksie oraz uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków Platformy ze środowiskiem byłych WSI.
Częścią operacji, prowadzonej m.in. przez rządowe media była kampania oszczerstw i pomówień pod adresem Antoniego Macierewicza oraz akcja dezinformacji społeczeństwa na temat skutków likwidacji wojskowych służb. Zadanie było o tyle łatwe, że zdecydowana większość Polaków nie mając żadnej wiedzy merytorycznej na temat działania służb i ich historii, ulegała komunałom podawanym przez dyspozycyjne media. Wiedzę na temat likwidacji WSI odbiorcy mieli czerpać głównie od brylującego w przekazach medialnych gen. Marka Dukaczewskiego, Dość przypomnieć o szczególnych rewelacjach generała: zatrzymaniu zagranicą „kilku znajomych jednej z osób wymienionych w raporcie”, „nielegalnym kopiowaniu ściśle tajnych dokumentów ewidencji operacyjnej”, „wygaszaniu” Służby Kontrwywiadu Wojskowego, „bo straciła kontrolę nad listą współpracowników”, „zagrożeniu życia dwóch agentów zdekonspirowanych w Raporcie”, czy najnowszych - o „hakach skrywanych w lochach Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego”, użyciu „w ciągu 10 dni skopiowanych, nielegalnych materiałów WSI przeciwko jednemu z kandydatów” i straszeniu publikacją aneksu, jako bronią wyborczą. Wprawdzie żadne z opowieści Dukaczewskiego nie znalazły potwierdzenia w faktach, nie przeszkadza to jednak  rządowym mediom nadal traktować byłego szefa WSI  jako wiarygodne źródło informacji i obsadzać go w roli „eksperta”.
Skala manipulacji jest szczególnie widoczna, gdy zauważymy, że te same media zupełnie inaczej odnoszą się do słów Antoniego Macierewicza. Choć nigdy nie wykazano, by był on autorem jakiejkolwiek fałszywej informacji lub wprowadzał w błąd opinię publiczną - jest przez media szkalowany i przedstawiany jako człowiek niewiarygodny. Poziom nienawiści podsycanej najbardziej kłamliwymi i prymitywnymi oskarżeniami, można porównać tylko z poziomem lęku, jaki wśród politycznych patronów WSI wzbudza wiedza byłego przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej. Nie może zatem dziwić, że skala ataku jest zawsze proporcjonalna do skali lęku ale też do skuteczności działania Antoniego Macierewicza.
Nagonkę wobec polityka zorganizowano tuż po przejęciu władzy przez PO-PSL, rozpowszechniając brednie o rzekomym zatrzymaniu na lotnisku. Wkrótce potem bezprawnie pozbawiono go dostępu do informacji niejawnych i oskarżono o najcięższe zbrodnie: wynoszenie dokumentów, kopiowanie tajnych danych, zniszczenie wojskowego kontrwywiadu. Zgiełk wywołała kandydatura Macierewicza do sejmowej komisji ds. zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Ówczesny marszałek Komorowski posunął się nawet do politycznego szantażu informując reporterkę I programu radia, że jeśli klub PiS-u nie wycofa kandydatury, powołanie komisji stanie pod znakiem zapytania. „A przecież czekają na nią Polacy, czeka rodzina Olewników” - ubolewał Komorowski. Szczególne zainteresowanie osobą Macierewicza wykazują członkowie stowarzyszenia „Sowa”, zrzeszającego byłych żołnierzy WSI. Poseł PiS jest bohaterem większości publikacji zamieszczanych na stronie stowarzyszenia oraz zawiadomień kierowanych do prokuratury. Ataki medialne nasiliły się po objęciu przez Macierewicza funkcji przewodniczącego zespołu parlamentarnego PiS ds. tragedii smoleńskiej.
Te same media przemilczają fakt, że Macierewicz wygrał wszystkie procesy wytaczane mu w związku z Raportem WSI, zaś dobrowolne zobowiązania płacone z naszych podatków przez ministra Klicha są konsekwencją politycznych decyzji ministra o zawarciu ugody ze skarżącymi. Chodzi przy tym zwykle o te same osoby, których skargi przeciwko Macierewiczowi zostały już przez sądy odrzucone.
W październiku 2009 roku poseł PiS musiał żądać od Mirosława Harasima redaktora naczelnego Polskiej Agencji Prasowej sprostowania nieprawdziwych informacji na temat procesów, przesyłając obszerne fragmenty 17 orzeczeń, które zapadły w wygranych sprawach. Podobne oświadczenie złożył Macierewicz w maju br. w odpowiedzi na fałszywe informacje rozpowszechniane przez  posłów PO i rządowe media. W oświadczeniu znalazły się słowa:
Pragnę wskazać, że stanowisko zaprezentowane przez Platformę Obywatelską w osobie posła Roberta Tyszkiewicza jest nieudolną próbą obrony premiera Donalda Tuska oraz Ministra Obrony Narodowej Bogdana Klicha, których przychylność wobec byłych żołnierzy WSI skutkuje przegranymi przez Skarb Państwa procesami. Dlatego wskazaną przez posła Tyszkiewicza sumę powinni wspólnie i solidarnie wyłożyć premier Donald Tusk, minister Bogdan Klich oraz poseł Robert Tyszkiewicz.”
Jednocześnie od wielu miesięcy prokuratura wojskowa umarza kolejne postępowania prowadzone na skutek zawiadomień złożonych przez Komisję Weryfikacyjną WSI. W czerwcu br. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie poinformowała np. o umorzeniu kilkunastu śledztw „dotyczących podejrzenia popełnienia szeregu przestępstw, których mieli się dopuścić oficerowie WSI w związku z wykonywaniem obowiązków służbowych”. Wspólną cechą wszystkich rozstrzygnięć prokuratury, jest ich całkowita tajność. Opinia publiczna nie ma żadnych możliwości, by dowiedzieć się, na jakiej podstawie prokurator umorzył postępowanie. Nie ma również możliwości poznania opisu zdarzeń ani ustalonego stanu faktycznego. Żadna ze spraw nie została rozpatrzona przez sąd i w żadnej nie pozwolono na uchylenie rzekomych tajemnic wojskowych służb. To sprawia, że jesteśmy zdani wyłącznie na orzeczenia organu słynącego z apolityczności.
Mimo, iż prokuratorskie decyzje o umorzeniu nie mają mocy rozstrzygnięć sądowych, nie korzystają z tzw. powagi rzeczy osądzonej, są tajne i pozbawione uzasadnień – zostały przez media i środowisko byłych WSI okrzyknięte koronnymi dowodami na „niewinność”. Mają świadczyć, że w WSI w ogóle  nie popełniano przestępstw i są wykorzystywane jako argument na podważenie wiarygodności Raportu. Dzięki tak skonstruowanej manipulacji, odbiorcy mają nabrać przekonania, że likwidacja WSI była szkodliwa dla Polski, a sam likwidator i jego Raport  nie zasługują na zaufanie.
Nietrudno dostrzec, że nasilenie takiej retoryki ma miejsce w czasie, gdy Antoni Macierewicz przedstawił smoleńską Białą Księgę i 19 niezwykle poważnych zarzutów pod adresem obecnej władzy. Ludzie z byłych WSI nie ukrywają, że ich zamysł polega na demagogicznym zestawieniu Raportu z Weryfikacji WSI z tezami Białej Księgi. W tekście „Magia Macierewicza” zamieszczonym na stronie stowarzyszenia „SOWA”, można przeczytać:
„Mamy kolejny ”Raport Macierewicza”, tym razem na temat katastrofy smoleńskiej. Wierny harcownik Kaczyńskiego ponownie wkroczył do akcji i przy pomocy sprawdzonych, skutecznych metod sączy do głów Polaków to, co stanowi istotę bytu politycznego PIS-u, jad nienawiści zakamuflowany miłością do ojczyzny. [...] Mieszanina faktów i kłamstw oraz zarzutów o zbrodniczą działalność miała już miejsce wcześniej, w Raporcie Macierewicza dot. WSI.  Na bazie fałszywych oskarżeń, czego dowodem są także umorzone sprawy przeciwko byłym oficerom WSI, dokonano w białych rękawiczkach egzekucji wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. [...] Ta sama metoda działania z nadzieją na kolejny sukces. Przecież już raz się udało. Z lekcji historii należy jednak wyciągać wnioski. Drugi raz się nie damy nabrać. A może jednak ???” – zadaje „dramatyczne” pytanie autor z „SOWY”.
            Wszelkie decyzje sądowe oraz rozstrzygnięcia prokuratury w sprawach dotyczących byłych WSI, wydają się nieprzypadkowe. Od wielu miesięcy wpisują się w ten sam proces reaktywacji wpływów, z którym mieliśmy do czynienia na początku rządów PO-PSL. Wówczas wydawało się, że rząd Tuska spłaca przedwyborcze zobowiązania wobec środowisk, które ułatwiły Platformie dojście do władzy. Jeśli również dziś obserwujemy ścisłą kooperację i wspólnotę intencji, warto zadać pytanie: jaką cenę przyjdzie nam jeszcze zapłacić?

...................................

 


„Wspólnotą brudu” - nazwał prof. Andrzej Zybertowicz grupę ludzi, "którzy mają wspólnie coś za skórą, mają interes, żeby się wzajemnie chronić, ale jednocześnie trzymają się wzajemnie na uwięzi"


Artykuł opublikowany w Warszawskiej Gazecie. 





AKCJA "BLOGERZY PRZECIWKO CENZURZE" 

Zachęcam Państwa do włączenia się w akcję "Blogerzy przeciwko cenzurze" 
Celem akcji jest zgromadzenie pod listem jak największej liczby podpisów w celu przekazania władzom, że środowisko blogerskie sprzeciwia się pomysłom ograniczania dostępu do informacji publicznej .
Po zebraniu podpisów na stronie blogerzystopcenzurze list zostanie wysłany do premiera, prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu, posłów i senatorów.
Osoby chcące być sygnatariuszami listu mogą wysłać swoją zgodę mailem na podany adres : stopcenzurze@o2.pl, albo mogą wyrazić podpisem w komentarzu pod treścią listu .

http://blogerzystopcenzurze.wordpress.com/

http://blogmedia24.pl/node/50149