czwartek, 30 czerwca 2011

BIAŁA KSIĘGA kontra MOSKIEWSKA PROPAGANDA

 „Biała Księga” sporządzona przez Zespół Parlamentarny PiS ds.zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej, zawiera 19 wniosków dotyczących niektórych kwestii związanych z przygotowaniami do państwowych obchodów uroczystości katyńskich, organizacją i przebiegiem tragicznego lotu do Smoleńska oraz działaniami władz III RP i FR podejmowanymi po katastrofie samolotu Tu-154M :

1. Blokowanie przez rząd Donalda Tuska przetargu na samoloty dla VIP-ów pozbawiło Polskę bezpiecznych statków powietrznych dla najważniejszych osób w pastwie i spowodowało trwałe uzależnienie od sprzętu poradzieckiego.

2. Remont kapitalny Tu-154 M nr 101 zorganizowano i przeprowadzono w sposób urągający zasadom bezpieczeństwa, a odpowiedzialny za to Minister Obrony Narodowej nie dopełnił ciążących na nim obowiązków. Także liczne awarie występujące już po zakończeniu tego remontu wskazują na rażące niedopełnienie obowiązków przez osoby odpowiedzialne za przygotowanie tego statku powietrznego.

3. Rząd D. Tuska od jesieni 2009 r. współdziałał z rządem Federacji Rosyjskiej przeciwko Prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu w celu rozdzielenia rocznicowych uroczystości katyńskich poprzez zorganizowanie odrębnego spotkania premiera D. Tuska z W. Putinem w Katyniu w dn. 7 kwietnia 2010 r. Rządy obu państw ponoszą odpowiedzialność za tę sytuację, która doprowadziła do tragedii smoleńskiej.

4. Premier D. Tusk jako zwierzchnik służb specjalnych i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ponoszą szczególną odpowiedzialność za powierzenie kluczowej roli w przygotowaniu wizyty osobom o przeszłości agenturalnej, w tym Tomaszowi Turowskiemu.

5. Współdziałanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych ze stroną rosyjską prowadziło do odwoływania wizyt przygotowawczych i przedstawiciele Kancelarii Prezydenta RP nie mogli skontrolować stanu lotniska w Smoleńsku.

6. Biuro Ochrony Rządu, a przede wszystkim Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji Jerzy Miller w sposób skandaliczny nie dopełnili obowiązków zorganizowania ochrony Prezydenta RP i najważniejszych osób w Państwie. W szczególności obciąża ich uzgodnienie ze stroną rosyjską powierzenia FSO ochrony Prezydenta RP na lotnisku w Smoleńsku i w drodze do Katynia – bez zapewnienia stronie polskiej koordynacji działań.

7. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych wiedziano, że lotnisko w Smoleńsku nie jest poinformowane o zaplanowanym na 10 kwietnia 2010 r. lądowaniu samolotu z Prezydentem RP na pokładzie i oceniano, że nieprzygotowanie lądowania samolotów w Smoleńsku jest kwestią fundamentalną – lecz zaniechano przeprowadzenia niezbędnych czynności i ustaleń.

8. Ministerstwo Spraw Zagranicznych świadomie współdziałało ze stroną rosyjską w takim organizowaniu wizyty Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, by była ona gorzej przygotowana i gorzej zabezpieczona niż spotkanie premiera D. Tuska z W. Putinem. Zaakceptowano stanowisko MSZ FR, że strona rosyjska nie będzie zajmowała się wizytą Prezydenta RP w dn. 10 kwietnia, a równocześnie lot premiera D. Tuska w dn. 7 kwietnia został skoordynowany z lotem premiera W. Putina.

9. Rząd D. Tuska odpowiada za brak rosyjskiego nawigatora na pokładzie Tu-154M w dniu 10 kwietnia 2010 r. i za wynikające stąd konsekwencje. Rezygnacja z nawigatora zamówionego dla samolotu przewożącego Prezydenta RP była skutkiem zorganizowania dodatkowego spotkania D. Tuska z W. Putinem.

10. Ministerstwo Obrony Narodowej i polski ataszat wojskowy w Moskwie oraz służby rosyjskie całkowicie zlekceważyły swoje obowiązki dostarczenia załodze Tu-154M w dniu 10 kwietnia 2010 r. informacji o zagrożeniu meteorologicznym.

11. Zlekceważono otrzymane ostrzeżenie o możliwości porwania statku powietrznego. Brak reakcji na zagrożenie terrorystyczne obciąża zwłaszcza szefów służb specjalnych i nadzorującego ich premiera D. Tuska.

12. Dostarczone załodze Tu-154M nr 101 w dn. 10 kwietnia 2010 r. karty podejścia zawierały fałszywe dane radionawigacyjne i były mniej precyzyjne od tych, które otrzymała załoga lecąca do Smoleńska w dn. 7 kwietnia 2010 r., co jednoznacznie obciąża stronę rosyjską, wskazując na jej udział w doprowadzeniu do tragedii.

13. Niewskazanie lotniska zapasowego załodze Tu-154M nr 101 jednoznacznie obciąża stronę rosyjską. Rezygnacja z wyznaczenia lotnisk zapasowych wskazuje na współodpowiedzialność Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Biura Ochrony Rządu oraz MSZ Federacji Rosyjskiej za wprowadzenie Tu-154M nr 101 w pułapkę nad lotniskiem Smoleńsk Siewiernyj.

14. Bezpośrednią odpowiedzialność za wprowadzenie Tu-154M nr 101 w pułapkę nad Smoleńskiem ponoszą najwyższe czynniki rosyjskie, które wydały polecenie przekazywania polskim pilotom fałszywych danych.

15. Rosjanie zaniechali ratowania ofiar, z góry założywszy, że nikt nie przeżył. Dotychczas nie wyjaśniono, skąd mieli tę pewność.

16. Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski przejął władzę posiłkując się stanowiskiem prezydenta FR Dmitrija Miedwiediewa i nie czekając na dowody śmierci Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, co było złamaniem Konstytucji RP.

17. Strona rosyjska oraz rząd D. Tuska utrudniały prowadzenie polskich postępowań wyjaśniających przyczyny i okoliczności katastrofy. Takie zachowanie oznaczało współdziałanie z obcym państwem w utrudnianiu śledztwa na szkodę Rzeczpospolitej Polskiej. Wszelką dostępną pomoc w śledztwie proponowały Stany Zjednoczone, lecz strona polska nie skorzystała z tej oferty.

18. Polska opinia publiczna i Sejm RP były systematycznie dezinformowane przez stronę rosyjską i rząd D. Tuska w najistotniejszych kwestiach dotyczących katastrofy oraz badania jej przyczyn i okoliczności. Takie postępowanie wskazuje na w pełni świadome współdziałania przedstawicieli rządu D. Tuska z władzami Federacji Rosyjskiej na szkodę polskiego śledztwa w celu uniemożliwienia dojścia do prawdy. Ponadto przedstawiciele rządu ponoszą odpowiedzialność za brak odpowiedniej reakcji na rosyjską kampanię oczerniającą ofiary katastrofy: w żaden sposób nie przeciwdziałali oni rozpowszechnianiu kłamliwych stwierdzeń na temat m.in. dowódcy Sił Powietrznych RP gen. Andrzeja Błasika.
19. Upadek Tu-154 M nr 101 na ziemię był konsekwencją wydarzeń, które rozegrały się 15 metrów nad ziemią.

Powyższe twierdzenia zostały opracowane na podstawie analizy oficjalnych, urzędowych dokumentów oraz zeznań świadków, zamieszczonych w „Księdze” w formie kserokopii i załączników. Dzięki temu publikacja jest w pełni czytelna, choć jakość poszczególnych kopii może budzić zastrzeżenia.
Warto pamiętać, że opracowanie pod nazwą „Biała Księga” stanowi zaledwie wybór niektórych dokumentów dotyczących tragedii smoleńskiej, nie jest pracą całościową ani pełnym raportem Parlamentarnego Zespołu PiS. Publikacja pełnego raportu została zapowiedziana na początek września.
Pokreślenie tego jest konieczne, ponieważ większość komentatorów próbuje traktować „Księgę” jako pełny raport Zespołu lub poszukuje w niej odpowiedzi na pytania dotyczące przyczyn tragedii z 10 kwietnia.
Zgodnie z dotychczasową praktyką tzw. wiodących mediów, tezy zawarte w prezentacji PiS-u są zasadniczo przemilczane lub przedstawiane w sposób karykaturalny, świadczący o złej woli komentatorów lub ich niezdolności do zrozumienia prostego przekazu.  Przykładem takiej postawy jest ocena zaprezentowana przez posła PO Adama Szejnfelda, który nazwał „Białą księgę”  "quasi-raportem” i stwierdził, że zawiera ona „luźne, prywatne tezy”. Takie słowa to kwintesencja fałszu stosowanego w obecnym przekazie medialnym.
Dokument nie jest bowiem żadnym raportem, a tym bardziej nie prezentuje „luźnych, prywatnych tez”. Twierdzenia w nim zawarte są bowiem logicznie i rzeczowo uzasadnione i opierają się na oficjalnych dokumentach: korespondencji między urzędami państwowymi, notatkach i pismach urzędniczych, raportach oficjalnych instytucji, zeznaniach świadków. Autorami twierdzeń „Białej księgi” nie są osoby prywatne. Parlamentarny Zespół PiS to grupa 158 posłów parlamentu RP, wśród których znajduje się były premier rządu, wielu ministrów i urzędników państwowych.
Tego typu wypowiedzi jasno wskazują, że ich autorzy nigdy nie przeczytali komentowanego dokumentu, nie zadali sobie trudu zrozumienia przekazu, a powielając ewidentny bełkot liczą na podobną niewiedzę obywateli. W identyczny sposób prezentowano przed laty Raport z Weryfikacji WSI, twierdząc bezczelnie, że zawiera on „prywatne tezy” Antoniego Macierewicza, choć nadal jest to oficjalny dokument autorstwa legalnego organu państwa.
Nie ma wątpliwości, że narracja stosowana w odniesieniu do „Białej Księgi” jest bezpośrednio inspirowana przez ośrodki propagandowe Rosji. Cały przekaz tzw. wiodących mediów oraz polityków grupy rządzącej korzysta z interpretacji podawanych przez źródła rosyjskie. Wielokrotnie wskazywałem, że wypowiedzi polityków PO lub żurnalistów – komentatorów, następują dopiero po wyrażeniu opinii przez organy prasowe Kremla i stanowią „twórcze” rozwinięcie tez rosyjskiej dezinformacji.
Przypomnę, że generalną zasadę związaną z komentowaniem postawy PiS-u sformułował już 12 kwietnia 2010 roku "Moskowskij Komsomolec" gdy obwieścił, że "jest już pewne, iż śmierć Kaczyńskiego zostanie wykorzystana do celów politycznych". Instrukcję powtórzono po kilku dniach w publikacji "Komsomolskiej Prawdy" gdzie pojawiła się wypowiedź Siergieja Markowa deputowanego do Dumy Państwowej, który wyraził obawę, że „katastrofa pod Smoleńskiem i tragedia katyńska będą wykorzystane w kampanii wyborczej, co po raz kolejny nastroi zwykłych Polaków przeciwko Rosji i ochłodzi dwustronne relacje”.
Już w kilka dni później, w wypowiedziach ludzi Platformy pojawiły się zarzuty, jakoby prezes PiS chciał wykorzystywać śmierć brata w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego. 26 kwietnia poseł PO Adam Szejnfeld, komentując decyzję Kaczyńskiego o kandydowaniu ostrzegł, że „jeśli PiS i Jarosław Kaczyński będą chcieli wykorzystać dramatyczną, traumatyczną sytuację, to tylko zaszkodzą tym swojej kampanii”, zaś ówczesny kandydat PO Komorowski nie omieszkał podzielić się uwagą, że "druga strona, prowadząc kampanię, umiejętnie zagospodarowuje nastrój żałoby. Trzeba bardzo uważać, żeby nie tworzyć wrażenia nadużycia nastroju żałobnego
Gdy na początku września 2010 r Jarosław Kaczyński oświadczył, że Tusk i spółka „muszą zejść z polskiej sceny politycznej raz na zawsze”, z interpretacją natychmiast pospieszyła "Wriemia Nowostiej", jednoznacznie komentując wystąpienie Kaczyńskiego: "Opozycja upolitycznia tragedię pod Smoleńskiem. [...] Za rozważaniami lidera PiS na temat przyczyn katastrofy kryją się polityczne pobudki i emocje". Dwa dni później Radosław Sikorski zakomunikował, że „prezes PiS już zdecydował kto jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską, choć prokuratura i komisja nie zakończyły pracy”. To również "Wriemia Nowostiej" wydały instrukcję dotyczącą prac sejmowego zespołu parlamentarnego PiS, wyrażając zdziwienie, że zespół chce "przedstawić swoją interpretację wydarzeń, które nastąpiły po smoleńskiej katastrofie. Wszak komisja Macierewicza została powołana do zbadania przyczyn, a nie następstw tragedii". Trafnie odczytał instrukcję Paweł Graś, gdy komentując następnego dnia prace zespołu PiS, oznajmił: „My będziemy spokojnie czekać na pracę instytucji, które zajmują się badaniem katastrofy, prokuratury i komisji. Niech te instytucje wskażą, stwierdzą ewentualnych winnych i odpowiedzialnych”.
Nie może więc dziwić, że komentatorzy polskojęzycznych mediów III RP oraz ludzie z grupy rządzącej, wyrazili swoje opinie o „Białej Księdze” dopiero, gdy Władimir Mamontow redaktor „Izwiestii” - organu Gazpromu” określił wczorajsze wystąpienie posłów PiS-u jako "taniec na grobach" i uznał, że jest to „najczystszej wody brudna polityka”. Ponieważ rosyjskie „czynniki oficjalne” odmówiły komentowania dowodów zawartych w „Księdze”, identycznie postępują „polscy przyjaciele” uchylając się od rzeczowych komentarzy, a poprzestając na knajackich złośliwościach i twierdzeniach o „fobiach i frustracjach Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza”.
Niestety nie mam wątpliwości, że taki przekaz trafi do tych Polaków, dla których tragedia smoleńska ma najczęściej wagę zdarzenia równego bitwie pod Grunwaldem, a nawet najbardziej logiczne twierdzenia i fakty są przez nich odrzucane na rzecz moskiewskiego bełkotu.

Miarą upadku dzisiejszej III RP jest oczywiście przemilczenie tych dziewiętnastu  niezwykle poważnych zarzutów, sformułowanych przez znaczącą grupę reprezentantów polskiego społeczeństwa. Nie ma potrzeby powtarzać, że podobna sytuacja byłaby nie do pomyślenia w państwie demokratycznym, posiadającym wolne media i niezależne instytucje. Nie ma też potrzeby oczekiwać, by prorosyjscy propagandyści zdobyli się na refleksję i porzucenie drogi dezinformacji.
Mam nadzieję, że PiS będzie bardzo mocno eksponował wnioski zawarte w „Białej Księdze” i przypominał o nich na forum międzynarodowym. W okresie trwania prezydencji rosyjskiego konia trojańskiego, jest to zadaniem wręcz koniecznym. Temat powinien być również w centrum kampanii wyborczej, a politycy opozycji pomni doświadczeń z okresu walki o prezydenturę, winni szczególnie mocno „wykorzystać” tragedię smoleńską i nie bać się putinowskiej narracji o „brudnej polityce” i „graniu tragedią”.
Niech boją się ci, których wnioski dotyczą.


środa, 29 czerwca 2011

CENTRUM KATA I OFIARY

Trzy dni przed tragedią smoleńską, podczas osobistej rozmowy Donalda Tuska z Władimirem Putinem w Katyniu, uzgodniono powołanie odrębnych instytucji państwowych- centrów odpowiedzialnych za „krzewienie idei dialogu polsko-rosyjskiego”. Tragedia z 10 kwietnia, późniejsze akty matactwa i wrogich zachowań rosyjskich decydentów nie zahamowały dążeń obecnego rządu w realizacji współczesnego projektu Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej -bis.
Niepodważalny udział w tym procesie miał ambasador tytularny w Moskwie Tomasz Turowski. Dopiero ujawnienie jego szpiegowskiej przeszłości przerwało tę „ostatnią misję” agenta megasłużb sowieckich. W latach 2007-2010 Turowski, występując jako ambasador tytularny w Moskwie oraz doradca szkół wyższych, prowadził ożywioną działalność na rzecz integracji środowisk uniwersyteckich.  Jego bliskie związki z moskiewską Akademią Ekonomii i Prawa (MAEiP) zaowocowały m.in. podpisaniem szeregu umów o współpracy z polskimi uczelniami. To z inicjatywy MAEiP  w październiku 2007 roku powołano do życia Klub Polski w Moskwie, a pięć miesięcy później powstał Klub Rosyjski w Warszawie, założony pod patronatem byłego ambasadora PRL w Moskwie Stanisława Cioska, prezesa Stowarzyszenia "Polska-Wschód" (wcześniejsza nazwa: Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) Stefana Nawrota oraz „przyjaciela uczelni” Tomasza Turowskiego. Zwieńczenie działalności Turowskiego przypadło na okres wizyty w Polsce prezydenta Rosji Miedwiediewa, gdy 6 grudnia 2010 roku podczas wspólnego posiedzenia Klubu Rosyjskiego w Warszawie i Klub Polskiego w Moskwie podpisano porozumienie w sprawie utworzenia "Polsko-Rosyjskiego Centrum” w Warszawie i "Polsko-Rosyjskiego Centrum” w Moskwie.
To również podczas tej wizyty podpisano na szczeblu rządowym list intencyjny w sprawie powołania Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Rząd Donalda Tuska w błyskawicznym tempie przeforsował specjalną ustawę o powołaniu Centrum. Choć jej projekt wpłynął do Sejmu 3 grudnia 2010 roku, to już 25 marca br. została uchwalona. Za przyjęciem był cały klub PO i PSL, przeciwko 138 posłów PiS-u. 7 kwietnia 2011 – równo rok po spotkaniu Putin – Tusk w Katyniu, ustawę podpisał Bronisław Komorowski.
W artykule „Przyjaźń z mocy ustawy” zamieszczonym w kwietniowym numerze miesięcznika „Nowe Państwo” zwracałem uwagę, że wyszczególnione w ustawie cele rządowego Centrum są identyczne z treścią zarządzeń ministrów spraw wewnętrznych PRL z 1975 i 1989 roku, w sprawie ustalenia statutu TPPR. Ostatnie zarządzenie autorstwa Czesława Kiszczaka z marca 1989 roku poszerzało zakres działalności Towarzystwa o zapis dotyczący „inspirowania badań i prac naukowych, sesji, konferencji, seminariów” oraz „inspirowania prasy, radia, tv i wydawnictw do wszechstronnego upowszechniania idei przyjaźni”. Przyjęta głosami PO-PSL-PJN ustawa, wymienia zaś wśród zadań Centrum m.in.: „organizowanie konferencji, sympozjów, wykładów, seminariów i dyskusji” oraz „upowszechnianie w społeczeństwach polskim i rosyjskim wiedzy o stosunkach polsko-rosyjskich, historii, kulturze i dziedzictwie obu narodów”.
Istnieją poważne obawy, że działalność rządowej instytucji zostanie wykorzystana do zdławienia głosów krytycznych wobec Rosji i posłuży do narzucenia Polakom oficjalnej interpretacji w sprawach stosunków polsko-rosyjskich. Centrum powołane jako organ państwowy, będzie wydawać dokumenty mające charakter pism urzędowych, korzystających z ochrony przysługującej im z mocy prawa. Obalenie twierdzeń zawartych w takich dokumentach nie jest rzeczą łatwą, a zatem dyrektywy opatrzone przewidzianą dla Centrum „okrągłą pieczęcią z wizerunkiem godła Rzeczypospolitej Polskiej pośrodku” mogą stać się obowiązującą wykładnią w kwestiach historycznych i politycznych dotyczących Rosji.
W treści uzasadnienia ustawy zapisano, że „ działalność Centrum powinna się przyczyniać do osiągnięcia celu, jakim jest społeczna „ratyfikacja” polsko-rosyjskiego procesu dialogu i porozumienia.”. Jak obecna władza rozumie ową „ratyfikację” mogliśmy wnioskować z wypowiedzi przewodniczącego sejmowej komisji spraw zagranicznych posła PO Andrzeja Halickiego, który nie ukrywał, że powołanie państwowej instytucji ma służyć unifikacji poglądów na sprawy polsko-rosyjskie i narzuceniu jedynie słusznej „urzędowej linii”. Zdaniem Halickiego Centrum powstało po to,  by negatywne opinie o stosunkach polsko-rosyjskich „nie były wygłaszane w życiu publicznym, by było ich najmniej, żeby nie było tez opartych na fałszywych przesłankach i by to, co właśnie jest przedmiotem Centrum, czyli edukacja, wiedza, ale także nasza wzajemna znajomość, były jak najpowszechniejsze i pozbawione tych złych cech.”
Oparcie ustawy o zapisy regulujące działalność komunistycznego TPPR świadczy, że w relacjach z Rosją cofamy się  wprost do okresu Polski Ludowej. Jednocześnie błyskawiczny tryb jej uchwalenia – tak niezwykły dla tego rządu - dowodzi wręcz niewiarygodnego serwilizmu obecnych władz. W sprawie powołania Centrum Rosjanie nie wykazali bowiem podobnego pośpiechu i dopiero przystępują do działań legislacyjnych, stawiając rząd Tuska w upokarzającej roli petenta zabiegającego o „dialog i porozumienie”.
Gdy polski minister kultury ogłasza już konkurs na stanowisko dyrektora Centrum i trwają zaawansowane prace administracyjne, z Rosji dochodzą sygnały, że z woli Kremla oficjalna decyzja w tej sprawie zostanie ogłoszona podczas I Polsko-Rosyjskiego Kongresu Mediów, który w tym tygodniu zbierze się we Wrocławiu. To podczas tego forum nastąpi inauguracja działalności Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, a minister kultury Rosji Aleksandr Awdiejew przywiezie do Wrocławia posłanie od Miedwiediewa, w którym prezydent Rosji poinformuje o podpisaniu dekretu o powołaniu Centrum. Ten tryb, aż nadto wyraźnie wskazuje, jaką pozycję wobec Rosji zajmuje dziś rząd Donalda Tuska.
Z nieoficjalnych informacji wiadomo, że rosyjskim Centrum ma kierować szef Federalnej Agencji Archiwalnej (Rosarchiw) Andriej Artizow. Przed kilkoma dniami został on przyjęty przez premiera Putina, a jednym z tematów rozmowy było właśnie utworzenie Centrum Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” ze stycznia br. Artizow twierdził, że Centrum powstanie jako fundacja powołana przez rząd FR. Taki status prawny ma umożliwić przyznawanie grantów naukowcom z Polski oraz fundowanie stypendiów naukowych dla polskich studentów.  Zdaniem Artizowa, budżet 1 mln euro jako kwota bazowa dla każdego z Centrów może okazać się niewystarczający, zatem rosyjska fundacja będzie korzystać z pomocy „sponsorów, mecenasów i zainteresowanych współpracą między Polską a Rosją”, Choć Artizow zastrzegł, że „będziemy brać tylko od porządnych darczyńców. Pieniądze na szczytny cel muszą być wyłącznie czyste” – to znając realia rosyjskiej gospodarki można być pewnym, że pieniądze na naukowe granty służące „dialogowi i porozumieniu” z Polską wyłożą głównie kremlowscy oligarchowie i ludzie rosyjskiej mafii wywodzący się ze  służb sowieckich.
Kontrowersje powinna wywoływać również sama kandydatura szefa Federalnej Agencji Archiwalnej – instytucji rządowej wykorzystywanej w propagandowych grach politycznych. Warto przypomnieć, że we wrześniu 2009 roku, w przededniu obchodów 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej,  rząd rosyjski zorganizował ogromną kampanię propagandową, skierowaną głównie przeciwko Polsce. Rosyjscy historycy, politolodzy, dziennikarze i publicyści, a także wysocy urzędnicy państwowi, przedstawiciele służb specjalnych i sił zbrojnych FR lansowali w niej tezy powielające schematy sowieckiej historiografii. Usprawiedliwiały one i pozytywnie oceniały politykę ZSRR w końcu lat 30. oskarżając przy tym Polskę, państwa bałtyckie, Wielką Brytanię i ukraińskich nacjonalistów o wspieranie hitlerowskich Niemiec. Mieliśmy wówczas do czynienia z całą serią różnych publikacji, w których powstanie bezpośrednio zaangażowane zostały struktury państwowe FR, w tym Federalna Agencja Archiwalna. Artizow dał się również poznać jako nierzetelny historyk - propagandysta, gdy pod koniec kwietnia 2010 roku publicznie zapewniał, jakoby udostępnione na stronie internetowej Rosarchiwu dokumenty dotyczące zbrodni katyńskiej nigdy wcześniej nie były publikowane. Ujawnienie tych dokumentów miało wskazywać na dobrą wolę władz Rosji. Szef państwowych archiwów dowodził wówczas, że wszystkie umieszczone na stronach Rosarchiw dokumenty były do tej pory ukryte w archiwach pod sygnaturą "ściśle tajne" i "szczególnej ważności", a dostęp do nich miały tylko pojedyncze osoby, w tym sekretarz generalny KPZR. Tymczasem historycy i znawcy tematyki katyńskiej, wśród upublicznionych akt nie znaleźli niczego, czego by do tej pory strona polska jeszcze nie wiedziała.
W styczniowym wywiadzie dla „GW” Artizow ujawnił, że wybrano już dwa „projekty flagowe” dla Centrów Dialogu i Porozumienia. Chodzi o tematy: "Los polskich jeńców wojennych w ZSRR po Wrześniu '39" oraz "Żołnierze Armii Czerwonej, którzy zginęli na ziemiach polskich w latach 1944-45". Zapowiedział też „intensywne poszukiwania” katyńskiej  „listy białoruskiej” i zaangażowanie w tym celu „archiwów państwowych, regionalnych oraz odpowiednich resortów, w tym służb mundurowych”.
Mając na uwadze dotychczasową praktykę władz FR można przypuszczać, że tematy „flagowe” zostaną przedstawione w zgodzie z fałszywą historiografią rosyjską, zaś „cudowne” odnalezienie „listy białoruskiej” będzie okrzyknięte widocznym znakiem „pojednania” i niebywałym sukcesem działalności Centrów Dialogu.
W obradach Polsko-Rosyjskiego Kongresu Mediów, na którym zapowiedziano inaugurację działalności Centrów wezmą udział m.in.  współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, rektor Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (MGIMO) Anatolij Torkunow, przewodniczący Rady ds. polityki zagranicznej i obronnej Siergiej Karaganow oraz komentator polityczny, redaktor naczelny pisma "Rossija w globalnoj politikie" Fiodor Łukjanow.
Dobór tych postaci, wydaje się niemal symboliczny.
Torkunow reprezentuje bowiem „kuźnię” kadr sowieckiej dyplomacji, której absolwenci do dziś zasilają również szeregi polskiego MSZ i nadają ton polityce zagranicznej III RP.  Ich obecność gwarantuje, że „priwislinskij kraj” będzie pozostawał w orbicie wpływów Rosji.
Znany „przyjaciel Polski” Siergiej Karaganow – autor słów „rurociąg po dnie Bałtyku powstanie, niezależnie od sprzeciwu Polski” jest również autorem najgroźniejszej w nowożytnych dziejach Europy koncepcji strategicznego supersojuszu Unii Europejskiej i Rosji oraz planu budowania przez Kreml nowego układu geopolitycznego – Związku Europy. Ten hiperkomunistyczny pomysł zakłada stworzenie ścisłego sojuszu Rosji z Europą, jako rzekomej przeciwwagi dla ekspansji chińskiej, w ramach którego powstałby  wspólny obszar strategiczny w polityce zagranicznej, wspólna przestrzeń gospodarcza i technologiczna oraz m.in. wspólny rynek pracy.”  Ogłaszając „trzecią drogę” dla Europy Karaganow stwierdził: „Za kilka lat nieuchronnie słabnący Europejczycy rozważą proponowaną przeze mnie "trzecią możliwość". Zacznie się wtedy nowa faza zbliżenia Rosji i Europy, która przyniesie korzyści wszystkim Europejczykom - od Atlantyku po Władywostok.”
Fiodor Łukjanow, który przed rokiem zapewniał Polaków, że „Rosji brakuje instynktów imperialnych” jest nie tylko redaktorem naczelnym „Rosji w globalnej polityce” ale należy do członków Rady ds. Polityki Zagranicznej i Obronnej Rosji działającej przy rosyjskim MSZ. To on był rozmówcą Tomasza Turowskiego podczas wywiadu, jakiego ambasador tytularny udzielił w dniu 12 kwietnia 2010 roku rosyjskiemu radiu FINAM FM. Padły wówczas słowa, których grozę i znaczenie dopiero zaczynamy przeczuwać: „I Rosja, i Polska – oświadczył Turowski -  należą [...] do tej samej ogromnej judeo-chrześcijańskiej tradycji, a wielkie rzeczy w tej tradycji zawsze rodziły się we krwi. I jestem pewien, że z tej krwi wyrośnie to, na co my wszyscy czekamy - nowe, dobre stosunki pomiędzy Polską i Rosją”.  Słowom tym wtórował Łukjanow, dowodząc: „Co się tyczy Europy Wschodniej, oczywiście, jest jeden scenariusz, dla Rosji nadzwyczaj negatywny, jeżeli NATO będzie kontynuować, że tak powiem, swoją prężność. I oto to scenariusz nadzwyczaj nieprzychylny, dlatego że za tym idzie nowy zwój wzajemnych ataków histerii. Dlatego myślę, że tym bardziej ważne jest teraz pojednanie Rosji z Polską, dlatego, by Polska jako czołowy kraj Europy Wschodniej miała mniej obaw.”
Obecność Karaganowa i Łukjanowa – głównych propagandystów kremlowskiej strategii podboju Europy podczas obrad wrocławskiego forum, zdaje się świadczyć, że Centrum Dialogu i Porozumienia przewidziano rolę dalece wykraczającą poza peerelowskie cele TPPR – bis. Ma stać się ono ważnym instrumentem rosyjskiej polityki ekspansywnej, w której „pojednanie” polsko-rosyjskie przyniesie „korzyści wszystkim Europejczykom - od Atlantyku po Władywostok”  i pozwoli Rosji na polityczno-militarny podbój Starego Kontynentu.

Wbrew fałszywej historiozofii Turowskiego, Polskę i Rosję nadal dzieli przepaść kulturowa i aksjologiczna, a historia naszych dziejów to proces ciągłego powiększania tego rozłamu. Niemal każda z tragicznych dat polskiej historii, jest jednocześnie datą rosyjskiej agresji, interwencji, wpływów. Ten rozłam tworzył się przez dziesięciolecia i niewiele zdarzeń z ostatnich 20 lat mogłyby zrównoważyć historyczny rachunek dobra i zła. Proces pojednania musi zatem obejmować okres równie długi, w jakim trwało rozrywanie i niszczenie międzyludzkich więzów. Nie sposób przemierzyć tej drogi na mocy spec ustaw i politycznych deklaracji. Nie można też tworzyć pozorów dialogu, próbując przy pomocy rządowych instytucji ukryć prawdziwe podziały.
Dziś tylko ludziom o mentalności sowieckiego raba może się wydawać, że tragedia smoleńska zasypie polsko-rosyjską przepaść, a z krwi polskich elit wyrośnie „pojednanie” kata i ofiary.


Artykuł opublikowany w nr 26 Gazety Polskiej  z 29 czerwca 2011r.

środa, 22 czerwca 2011

POLSKA PREZYDENCJA – ROSYJSKI PLAN

Gdyby prześledzić ewolucje celów polskiej prezydencji na przestrzeni ostatnich dwóch lat, łatwo dostrzec, że niewzruszone pozostają tylko dwa priorytety: relacje ze wschodnimi sąsiadami oraz sprawy bezpieczeństwa europejskiego. Nietrudno też zauważyć, że pod tymi tematami kryją się sprawy, których realizacja leży przede wszystkim w interesie putinowskiej Rosji.
Najbardziej widoczna zmiana polega na porzuceniu przeglądu Strategii Morza Bałtyckiego, którą  jeszcze w roku 2009 wymieniano wśród podstawowych celów polskiej prezydencji. Dotyczyła ona wspólnej koncepcji działania ośmiu państw basenu Morza Bałtyckiego. W ramach tej strategii planowano szereg ważnych dla Polski inwestycji np. budowę autostrady Gdańsk - Brno, linii kolejowej Gdańsk-Warszawa-Brno czy połączeń Rail Baltica i Via Baltica oraz wdrożenie „Planu połączenia rynków energii krajów bałtyckich” w celu zwiększenia liczby połączeń Łotwy, Litwy i Estonii z sieciami europejskimi. Jak każde działania integracyjne państw byłego Bloku Sowieckiego, również ten projekt był postrzegany przez Rosję jako zagrożenie dla jej interesów, głównie energetycznych. W perspektywie planów dotyczących budowy autostrad morskich, projektu oczyszczenia Bałtyku czy zintegrowanej polityki morskiej państw „ósemki”, Strategia Morza Bałtyckiego  mogła zagrozić Nord Streamowi - sztandarowej inwestycji rosyjsko-niemieckiej. Kolidowała również z koncepcją eksterytorialnego korytarza Moskwa – Berlin, w której planuje się budowę linii kolei magnetycznej, biegnącej przez terytorium Polski i Białorusi.
Rezygnację z tej strategii można wyjaśnić, dostrzegając podporządkowanie polskiej polityki zagranicznej dyktatowi Rosji. Łatwo wówczas zrozumieć, dlaczego do tej pory rząd Tuska nie przedstawił szczegółowego zakresu priorytetów, łamiąc tym samym ustawę o współpracy Rady Ministrów z Sejmem i Senatem w sprawach związanych z członkostwem w Unii Europejskiej, która nakłada na rząd obowiązek przedstawienia Sejmowi priorytetów prezydencji, na miesiąc przed jej rozpoczęciem. Wydaje się, że zdecydowały o tym względy wizerunkowe oraz zamiar uniknięcia trudnych pytań ze strony opozycji. Gdyby bowiem grupa rządząca otwarcie przedstawiła Polakom główne cele prezydencji, mogłoby się okazać, że każdy z nich służy przede wszystkim wsparciu planów rosyjskich, związanych z ekspansją na kraje UE  lecz w żadnym nie można wskazać istotnych interesów Polski.
Z jedynego dokumentu rządowego określającego wstępne priorytety, opublikowanego jeszcze w lipcu 2010 roku dowiemy się, że rząd Tuska planował poświęcić szczególną uwagę stosunkom ze Wschodem. „W relacjach z krajami objętymi Partnerstwem Wschodnim – czytamy w dokumencie - polska Prezydencja będzie dążyć do zawierania umów stowarzyszeniowych, tworzenia stref wolnego handlu z UE, dokonania postępu w liberalizacji wizowej i handlowej oraz zintensyfikowania współpracy gospodarczej.”
Kolejnym priorytetem miała być ”bezpieczna Europa”. W ramach tego postulatu planowano działania na rzecz: „wzmocnienia zarządzania gospodarczego w Unii Europejskiej; nowej strategii energetycznej; ochrony granic; wzmocnienia zdolności wojskowych i cywilnych”.
W maju br. sprecyzowano niektóre z tych założeń, podając, że Polska będzie zabiegać o: „tworzenie stref wolnego handlu w ramach Partnerstwa Wschodniego, współpracę z Białorusią; wypracowanie Unijno - rosyjskiego Partnerstwa oraz zakończenie negocjacji w ramach Światowej Organizacji Handlu.”
Odszyfrowanie tych ogólników staje się możliwe, gdy prześledzimy priorytety polityki zagranicznej rządu Donalda Tuska.
Bezwzględnym pierwszeństwem cieszy się projekt dwustronnej umowy z Moskwą, na mocy której mieszkańcy Obwodu Kaliningradzkiego mogliby przekraczać polską granicę bez żadnych ograniczeń wizowych. Od wielu miesięcy pomysł ten stanowi przedmiot największej troski ministra Sikorskiego i w porozumieniu z ministrem Ławrowem i kanclerz Merkel, jest usilnie forsowany  na forum Unii Europejskiej.
Nazwany przeze mnie „Projektem Prusy Wschodnie” zmierza do uczynienia z Obwodu Kaliningradzkiego rosyjskich „drzwi do Europy”, poprzez które Rosjanie wejdą w obszar polityki gospodarczej UE, a ich przedsiębiorcy uzyskają unijne fundusze. W tej koncepcji Kaliningrad - Królewiec ma stać się symbolem odbudowy relacji rosyjsko-niemieckich. Dzięki inwestycjom UE Obwód przekształciłby  się w rodzaj „euroregionu” pod niemiecko-rosyjskim protektoratem. Pozostając oficjalnie pod władzą Rosji chłonąłby niemiecki kapitał, dając w zamian dostęp do rynku rosyjskiego i stając się głównym narzędziem w umacnianiu politycznego znaczenia Niemiec w tym regionie. Polsce przeznaczono rolę kraju tranzytowego i misję „usuwania przeszkód stojących na drodze poprawy relacji rosyjsko-niemieckich” – jak podkreślał Donald Tusk.  
Na przeszkodzie we wprowadzeniu tego obłędnego pomysłu stoi fakt, że wynegocjowana w sierpniu 2010 roku polsko-rosyjska umowa o małym ruchu granicznym jest sprzeczna z prawem unijnym. Zakłada ono bowiem, że państwa UE mogą zawierać umowy dotyczące zewnętrznych granic lądowych, w których szerokość pasa przygranicznego wynosi od 30 do 50 km, podczas gdy Obwód Kaliningradzki rozciąga się z północy na południe na odległość ponad 100 km. Dla polskiej umowy przewidującej objęcie ruchem bezwizowym całego obwodu musiałby zatem zostać stworzony wyjątek. Dodatkową przeszkodą jest fakt, że umowa traktuje obwód jako podmiot prawa międzynarodowego - mimo, iż stanowi on jedynie część terytorium Federacji Rosyjskiej. Ten precedens zostałby z pewnością wykorzystany przez Rosję w toku negocjacji zmierzających do zniesienia wiz pomiędzy całą Rosją a Unią Europejską.
Nie ma najmniejszych wątpliwości, że otwarcie granicy z Kaliningradem stanie się priorytetem polskiej prezydencji. Przed miesiącem szefowie dyplomacji Polski, Niemiec i Rosji opowiedzieli się w Kaliningradzie za jak najszybszym podpisaniem umowy o małym ruchu granicznym. Rosyjski minister Siergiej Ławrow stwierdził wówczas, że jedyną przeszkodą na drodze jak najszybszego podpisania umowy jest "biurokratyczne podejście, które ignoruje interesy dwóch krajów, których to dotyczy, czyli Polski i Rosji" i wyraził nadzieję, że „zdrowy rozsądek, weźmie górę i sprawa zostanie rozwiązana w ciągu najbliższych miesięcy.”. Podczas czerwcowej wizyty w Moskwie marszałek Senatu Borusewicz oznajmił: „Zdecydowanie nastawieni jesteśmy na zapewnienie mieszkańcom Obwodu Kaliningradzkiego możliwości swobodnego przekraczania naszej granicy. Mamy nadzieję, że dojdzie do tego w ramach pełnienia przez Polskę obowiązków przewodniczącego w Unii Europejskiej”. Rosjanie na każdym kroku przypominają nam o tej powinności. Dyrektor oddziału Unii Europejskiej MSZ Rosji Georgij Michno przemawiając w Moskwie na rosyjsko-polskim seminarium stwierdził, że wierzy, iż „Polska dołoży maksymalnych wysiłków, aby słynny regulamin Rady Unii Europejskiej nr. 1931 w sprawie małego ruchu przygranicznego został uzupełniony.”
W oficjalnych wypowiedziach polskich polityków nie znajdziemy ani jednego racjonalnego argumentu wskazującego na korzyści, jakie Polska miałaby odnieść z otwarcia granicy z najbardziej zmilitaryzowanym i słynącym z przestępczości regionem Rosji. Symbolem lekceważenia naszych interesów i wręcz porażającej głupoty rządzących, jest treść wspólnego listu posła PO Andrzeja Halickiego - szefa sejmowej komisji spraw zagranicznych i przewodniczącego komisji zagranicznej rosyjskiej Dumy Konstantina Kosaczowa, wystosowanego do szefów komisji spraw zagranicznych parlamentów UE kilka tygodni po tragedii smoleńskiej. Polityk Platformy uzasadniając pomysł otwarcia granicy z Kaliningradem, dowodził m.in.: "Wymagałoby to specjalnego spojrzenia ze strony Komisji Europejskiej. Obwód jest specjalny, sytuacja jest specjalna i wymaga to - w naszym przekonaniu - takiego specjalnego, życzliwego podejścia ze strony wszystkich państw członkowskich".
Do realizacji tego celu wyznaczono sztandarową inicjatywę dyplomatyczną Tuska – tzw. Partnerstwo Wschodnie, w ramach którego zakłada się zacieśnienie współpracy z Białorusią, Ukrainą, Mołdawią, Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią. W projekcie przewidziano stopniowe wprowadzanie ruchu bezwizowego, jednak z uwagi na ograniczenia nałożone procedurami z Schengen dotychczas żadne z państw Partnerstwa nie uzyskało tego przywileju. Mowa jest jedynie o „mapach drogowych”, a najbliższa otwarciu granicy Ukraina może liczyć na konkrety dopiero w 2012 roku. Podjęta przez Polskę próba włączenia Obwodu Kaliningradzkiego do unijnego programu Partnerstwa odbywa się na zasadzie wyjątku, usprawiedliwionego „specjalnym, życzliwym  podejściem”.
Nietrudno dostrzec, że stworzone na bazie projektu „Prusy Wschodnie” strategiczne przymierze Rosji i Niemiec z wyznaczoną Polsce rolą łącznika, posłuży dezintegracji polityki unijnej i uczynienia z Rosji najważniejszego „klienta” Europy Zachodniej. Stanowi ono element długofalowej strategii rosyjskiej, której celem jest osłabienie więzi europejskich i euroatlantyckich oraz ekspansja gospodarcza na kraje unijne i powrót Rosji do roli hegemona na obszarze wpływów byłego Bloku Sowieckiego. 
Nie przypadkiem, wszędzie tam, gdzie w polskich deklaracjach jest mowa o „bezpieczeństwie europejskim” przebija szczególna troska o „partnerstwo w kształtowaniu ogólnoeuropejskiej przestrzeni bezpieczeństwa i współpracy”. W tle tych politycznych komunałów można dostrzec groźną dla Europy koncepcję Dimitrija Miedwiediewa z października 2008 roku przedstawioną na konferencji w Evian, w której prezydent Rosji wyjawił pomysł  uzupełnienia istniejących struktur bezpieczeństwa w Europie” o pięć systemowych zasad. Miedwiediew zaproponował też NATO zbudowanie takiego wspólnego systemu obrony przeciwrakietowej, w którym Rosja będzie chronić Europę przed ewentualnym zagrożeniem rakietowym w zamian za analogiczne zobowiązanie Zachodu
Kluczowe w  tym planie jest żądanie „równego bezpieczeństwa dla wszystkich”, sprowadzone w praktyce do postulatu ubezwłasnowolnienia państw europejskich. Wdrożenie tego kryterium oznaczałoby konieczność negocjowania z Rosją wszelkich, istotnych dla bezpieczeństwa działań, jak np. rozmieszczenia tarczy przeciwrakietowej czy rozszerzania Sojuszu Północnoatlantyckiego. Krótkoterminowe cele Rosji związane z propozycją zawarcia nowego traktatu o bezpieczeństwie sprowadzają się do trwałego zablokowania procesu rozszerzenia NATO na obszar WNP. Długoterminowe - obejmują rozluźnienie więzi transatlantyckich i osłabienie politycznych wpływów USA w Europie. Ten ostatni cel wydaje się najważniejszy i w pełni osiągalny, zważywszy jak Rosjanie rozgrywają amerykańsko – rosyjski „reset”, wykorzystując bezbłędnie słabość obecnej administracji amerykańskiej.
Pomysłem, który może prowadzić do dezintegracji natowskich struktur bezpieczeństwa wydaje się najnowsza polska inicjatywa utworzenia „grupy bojowej” działającej pod polskim dowództwem w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Rosyjskie media poświęcają wiele uwagi temu pomysłowi, podkreślając, że „nowa struktura wojskowa będzie wykorzystywana do wywierania presji i nawet zarządzania pewnymi wewnętrznymi procesami w Europie Wschodniej. Za decyzją stworzenia „grupy bojowej” kryją się różne motywy. Jest to nie tylko hipotetyczna możliwość ingerencji na obszarze postradzieckim w przypadku nieprzewidzianych okoliczności, lecz również bezpośrednia reakcja na zjawiska kryzysowe w samej Unii Europejskiej i NATO” – informował przed mikrofonem radia „Głos Rosji” politolog Oleg Niemenskij.
Propozycja Miedwiediewa z 2008 roku została początkowo chłodno przyjęta przez wielu członków UE i NATO. Zdecydowanym przeciwnikiem tej koncepcji był prezydent Lech Kaczyński, a sprzeciw Polski mógł skutecznie pokrzyżować plany moskiewskich strategów. Po tragedii smoleńskiej, gdy polska polityka zagraniczna została podporządkowana interesom Kremla, a deklaracje o „pojednaniu” zostały wsparte zabiegami polskiej  dyplomacji na forum UE, projekt stworzenia „nowych struktur bezpieczeństwa” nabrał przyspieszenia. Cytowany już szef komisji zagranicznej Dumy Konstantin Kosaczow, 4 lipca 2010 roku stwierdził: „Polacy dokonali wyboru między orientacją na unijne struktury integracyjne a kierunkiem na maksymalnie ścisły sojusz z USA". I dodał: „Poprzedni prezydent, zmarły Lech Kaczyński, był zwolennikiem drugiego modelu, gdy Komorowski jest zdecydowanym stronnikiem integracji europejskiej i poszukiwania kompromisów z partnerami, a nie konfrontacji Polski z tymi partnerami”.
Troska o integrację europejską i „poszukiwanie kompromisu z partnerami” nie powinna zaskakiwać w ustach moskiewskiego polityka. Oznacza to, że w procesie zbliżenia Polski i UE, Rosja nie dostrzega zagrożeń dla swoich interesów, a przeciwnie – reżim Putina jest zainteresowany jak najściślejszym współdziałaniem Warszawy i Brukseli, wyznaczając Polsce rolę konia trojańskiego. Z tego względu, największym problemem dla Bronisława Komorowskiego w trakcie szczytu NATO w Lizbonie była kwestia „zbliżenia” Rosja-NATO. „Polska w pełni popiera szukanie sposobu na współpracę z Rosją, to jest w interesie sojuszu jako całości i w interesie Polski. Współpraca polsko-rosyjska będzie elementem ułatwiającym lub nawet warunkującym współpracę NATO-Rosja, bo my jesteśmy w sojuszu, Rosja nie” –oświadczył Komorowski.
Warto pamiętać, że dla celów polityki rosyjskiej przystąpiono do reaktywacji tzw. Trójkąta Weimarskiego. Entuzjastycznie przyjęty pomysł Komorowskiego, by zapraszając Rosję, uczynić z martwego „trójkąta” ożywczy „czworokąt”, ma oczywisty związek z planami włączenia tego państwa w decyzje dotyczące całej Europy i traktowania go jako mocarstwa z wyraźnie zakreśloną strefą wpływów.
Okres polskiej prezydencji w UE jest doskonałą okazją dla realizacji rosyjskiej koncepcji bezpieczeństwa europejskiego i przygotowania dla niej korzystnego podłoża  politycznego. Już przed rokiem rzeczniczka prezydenta Rosji oświadczyła w kuluarach szczytu Rosja-Unia Europejska w Rostowie nad Donem, że Kreml liczy na zmianę stanowiska Polski w sprawie współpracy Federacji Rosyjskiej z UE. Sam Miedwiediew oświadczył wówczas, że relacje z UE są najważniejszym elementem polityki zagranicznej jego kraju. Pierwszym krokiem było podpisanie porozumienia o ochronie informacji niejawnych, co według Miedwiediewa, będzie „sprzyjać ściślejszej współpracy FR i UE w sferze bezpieczeństwa”. Kolejnym, ma być porozumienie o wzajemnym zniesieniu wiz, którego Polska jest gorącym  orędownikiem. "Krok taki scementowałby strategiczne partnerstwo Rosji i Unii Europejskiej, a także ułatwił życie milionom osób po obu stronach granicy" – stwierdził Miedwiediew.
Porozumienie o wzajemnych stosunkach między Rosją, a UE miało zostać zawarte już w 2009 roku. Na przeszkodzie stanęło jednak twarde stanowisko prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Powodem sprzeciwu były wydarzenia w Gruzji, stosowany przez Rosję szantaż energetyczny oraz polityka podporządkowania państw byłego Związku Sowieckiego.
Dla Rosji sprawa porozumienia jest bez wątpienia priorytetem, dotyczy bowiem ustaleń w kwestii środków unijnych przeznaczonych na modernizację gospodarki rosyjskiej oraz otwarcia przed nią rynków europejskich. Bez tych środków, Rosja znajdzie się w poważnym kryzysie. Już dziś można przewidzieć, że rabunkowa polityka Putina skończy się groźnym krachem. Zaciąganie kolejnych kredytów i zakupy zboża są zaledwie zwiastunem problemów, jakich można  się spodziewać w perspektywie najbliższych 3-5 lat. Porozumienie z UE jest zatem dla rządzącego Rosją reżimu siłowików sposobem na utrzymanie władzy i uniknięcie protestów społecznych. Również w tym zakresie przewidziano Polsce rolę wspornika interesów rosyjskich.
Przed kilkoma dniami pełnomocnik rządu ds. polskiej prezydencji Mikołaj Dowgielewicz wyraźnie oświadczył, że Polska chce podpisania nowego układu między Federacją Rosyjską i Unią Europejską i zadeklarował, że "w okresie polskiej prezydencji chciałoby się wytyczyć nowe ramy rosyjsko-europejskiej współpracy, jednak nie zależy to tylko od kraju sprawującego przewodnictwo". Zawarcie nowego porozumienia o partnerstwie UE-Rosja usunęłoby również główną barierę przed przystąpieniem Rosji do Światowej Organizacji Handlu, o co państwo to zabiega od 18 lat.  Rządowa "Rossijskaja Gazieta" przytoczyła zatem słowa Dowgilewicza, który wraził życzenie „aby jeszcze w tym roku Rosja przystąpiła do WTO. UE popiera wejście FR do tej organizacji. Polska ze swej strony też jest zwolennikiem takiego kroku".
Jest to deklaracja tym ważniejsza, że niedawny szczyt Rosja–Unia Europejska w Niżnym Nowogrodzie nie przyniósł rozstrzygnięć w żadnej z istotnych dla obu partnerów kwestii (WTO, wizy), demonstrując utrzymujące się rozbieżności interesów Rosji i UE oraz ograniczone możliwości ich przezwyciężenia.
Wiele wskazuje, że mocną kartą przetargową w procesie negocjacji porozumienia Rosja-UE, ma stać się sprawa Białorusi. W tym kontekście pora zauważyć, że nagła aktywność polskich dyplomatów i polityków w nagłaśnianiu represji reżimu Łukaszenki, nie wypływa z pragnienia „obrony wolności i demokracji” lecz w powiązaniu z całokształtem polityki zagranicznej III RP, znajduje mocne uzasadnienie w realizacji  interesów Rosji. 
Jeśli podczas niedawnego posiedzenia Rady Gabinetowej Bronisław Komorowski oświadczył, że  szczególnym wyzwaniem dla polskiej prezydencji będzie ostra reakcja na sytuację na Białorusi” i podkreślił, że „tylko wspólne działanie w tym zakresie wszystkich krajów wrażliwych na kwestie demokracji na wschodzie Europy może przynieść pozytywne efekty” – byłbym daleki od dostrzegania w słowach Komorowskiego troski o wartości wolnego świata. Białoruś i rozgrywane tam operacje stanowią bowiem jeden z najmocniejszych atutów Rosji w relacjach z UE, a kryzys białoruski stwarza Moskwie możliwość przejęcia władzy w tym kraju.
Po rozpędzeniu przez OMON demonstracji opozycji 19 grudnia ub.r , reżim Łukaszenki stracił jakiekolwiek pole manewru na arenie międzynarodowej i znajdując się pod presją narastających problemów gospodarczych musi dziś akceptować warunki rosyjskiego wsparcia kredytowego. To Rosja  jest obecnie jedynym możliwym kredytodawcą Białorusi. W zamian za kredyt żąda jednak wykupienia kluczowych białoruskich zakładów przez rosyjskich inwestorów. Przeprowadzona w ten sposób przymusowa prywatyzacja, może stać się przełomem w wieloletnich dążeniach Rosji do przejęcia kontroli nad białoruską gospodarką, a jej konsekwencją będzie znaczące ograniczenie suwerenności Białorusi.
Już dziś do rosyjskich inwestorów należy większość kluczowych zakładów Białorusi: MTS-Białoruś, Rafineria w Mozyrzu, Biełgazprombank, ŁUKoil–Białoruś czy Jamał–Europa. Obecnie zapowiadana jest sprzedaż 50% udziałów w białoruskim przedsiębiorstwie Biełtransgaz (właściciel białoruskich gazociągów) rosyjskiemu koncernowi Gazprom, który już jest właścicielem połowy akcji. Rosja oczekuje również zgody na połączenie białoruskich zakładów samochodowych MAZ z rosyjskim KAMAZ-em i sprzedaży Rafinerii w Nowopołocku.
Można przyjąć, że przez najbliższe miesiące Moskwa będzie wykorzystywać trudną sytuację Białorusi, nagłaśniać i krytykować posunięcia reżimu, a nawet inspirować akty sprzeciwu wobec Łukaszenki. Wszystko to w celu realizacji swoich interesów i zmuszenia dyktatora do ustępstw. Ta faktyczna aneksja Białorusi odbywa się za przyzwolenia państw UE. Uznają one bowiem prawo Rosji do ingerencji na tym obszarze i upatrują w niej gwaranta „demokratycznych przemian”. Naprzeciw rosyjskim planom wychodzi wspólna deklaracja szefów dyplomacji Rosji, Polski i Niemiec ze spotkania w Kaliningradzie, w której potępiono represje stosowane na Białorusi. „Represje, które obecnie mają miejsce na Białorusi, zamykają Alaksandrowi Łukaszence drogę do zbliżenia z Europą - ocenił Radosław Sikorski, do niedawna zwolennik szukania kompromisu z dyktatorem. Zapowiedź „ostrych reakcji na sytuację na Białorusi” podczas polskiej prezydencji, zostanie odebrana w Brukseli ze zrozumieniem i zaliczona na poczet starań rządu Donalda Tuska w słusznej „walce o demokrację”.
Jest pewne, że działania władz III RP w trakcie prezydencji zostaną przedstawione przez ośrodki propagandy jako pasma dyplomatycznych sukcesów. Ma rację Jarosław Kaczyński, gdy stawia zarzut zaniedbywania przez Tuska polskich interesów na forum unijnym i twierdzi, że prezydencja ma pomóc Platformie w jesiennych wyborach parlamentarnych. Jednakże nawet rządowym mediom niełatwo będzie wskazać polski interes tam, gdzie grupa rządząca odgrywa rolę rosyjskiego konia trojańskiego lub podejmuje działania sprzeczne z naszymi racjami. Tę okoliczność należy nagłośnić i uświadomić Polakom, że polska prezydencja zabiega o cele wyznaczone  przez kremlowskich strategów.


Artykuł opublikowany w nr 25/2011 Gazety Polskiej

wtorek, 21 czerwca 2011

III RZECZPOSPOLITA CZY „TRZECIA FAZA”?

NA POCZĄTKU BYŁA ZBRODNIA...

Teza, iż porwanie i zabójstwo księdza Jerzego było zdarzeniem zaplanowanym jako początek drogi do „okrągłego stołu”, może wydawać się karkołomna, jeśli w ocenie działań partii komunistycznej nie uwzględni się, że były one pozbawione autonomii i poddane nakazom sowieckiego okupanta. Wszelkie wydarzenia, będące efektem działań partii i służb komunistycznych, jeśli ich zasięg obejmował całe życie publiczne i polityczne PRL musiały uwzględniać interes Związku Sowieckiego i stanowiły część globalnej strategii. Bez zrozumienia mechanizmów tej zależności nie sposób dokonać prawidłowej oceny rzeczywistości lat 80.
Nasza jedyna obecnie strategia”, - mówił Lenin już w lipcu 1921 roku -, „to stać się silniejszym, a co za tym idzie, mądrzejszym, bardziej racjonalnym, bardziej oportunistycznym. Im bardziej będziemy oportunistyczni, tym szybciej zgromadzą się masy dookoła nas. Gdy zwyciężymy nad masami przez naszą racjonalną postawę, użyjemy wtedy ofensywnej taktyki, w najściślejszym znaczeniu tego słowa”.
Anatolij Golicyn, w rozdziale zatytułowanym „Nowa metodologia” przedstawia dwie metody analizowania zdarzeń w świecie komunizmu:
Wedle konwencjonalnych poglądów, opartych na przestarzałej metodologii, każde z wydarzeń wskazujących na zmiany w reżimie komunistycznym było objawem spontanicznego wzrostu tendencji odśrodkowych wewnątrz międzynarodowego komunizmu. „Nowa metodologia” prowadzi do całkowicie odmiennego wniosku stwierdzającego, że wszystkie one tworzą część serii zazębiających się strategicznych operacji dezinformacyjnych, zaplanowanych na potrzeby wdrażania długoterminowej polityki Bloku i jej strategii. Istotą „nowej metodologii”, która odróżnia ją od starej, jest wzięcie pod uwagę nowej doktryny i uwzględnienie roli Dezinformacji.
Konwencjonalna metodologia często próbuje analizować i interpretować wydarzenia w świecie komunistycznym w oderwaniu, w systemie „rok po roku”; inicjatywy komunistów są traktowane jako spontaniczne działania na rzecz osiągnięcia celów krótkoterminowych.”
Przypomnienie tego cytatu było konieczne, by spojrzeć na zabójstwo księdza Jerzego poprzez pryzmat planowanej przez władców Kremla „odnowy”, dostrzec w nim element dalekosiężnej strategii partii komunistycznej, w której dla Polski przewidziano miejsce pola doświadczalnego. Tę fazę strategii Golicyn charakteryzuje następująco:
„Dysponując wieloma partiami u władzy, ściśle powiązanymi ze sobą, które zawsze potrafią wykorzystywać okazje dla poszerzania swojej bazy i wykształcenia doświadczonych kadr, stratedzy komunistyczni są wyposażeni obecnie, przy realizowaniu swojej linii politycznej, w takie techniki i strategie gotowe do puszczenia w ruch, jakie byłyby w ogóle poza wyobraźnią Marksa, niedostępne do praktycznego użycia przez Lenina i nie do pomyślenia przez Stalina. Wśród takich, nierozpoznawalnych dawniej strategii, są: wprowadzenie fałszywej liberalizacji we Wschodniej Europie, a prawdopodobnie i w samym Związku Sowieckim, oraz wykorzystywanie fałszywej niezależności przez reżimy w Rumunii, Czechosłowacji i Polsce”.
 Z tego punku widzenia należy odrzucić pogląd, jakoby morderstwo kapłana było efektem wewnątrzpartyjnych rozgrywek lub jakiejkolwiek samowoli. Istota funkcjonowania systemu komunistycznego, opartego na totalnym podporządkowaniu wszystkich struktur państwa wyklucza taką możliwość. Oportunizm – zgodnie z leninowską dyrektywą, był sposobem działania jednostek i całych państw.
Po skutecznym przeprowadzeniu polskiej „fazy drugiej”, czyli stanu wojennego, którego celem miało być wprowadzenie ruchu „Solidarności” pod ścisłą kontrolę i przygotowanie politycznej konsolidacji, należało spodziewać się podjęcia działań zmierzających do „fazy trzeciej”. Od roku 1982, w sukcesji po Breżniewie na moskiewskim tronie zasiada wieloletni szef KGB Jurij Anropow. W opinii niektórych historyków to on właśnie rozpoczął proces tzw. liberalizacji i odwilży w ZSRR.
Po raz kolejny analiza Golicyna, sporządzona w początkach lat 80. wyda się profetyczna. Na stronie 511 swojej książki autor napisał:
Mianowanie byłego szefa KGB, który był odpowiedzialny za przygotowanie fałszywej strategii liberalizacji w ZSRR, informuje, że był to czynnik decydujący przy wyborze Andropowa, a także wskazuje na rychłe nadejście takiej „liberalizacji” w bliskiej przyszłości. [...] Mianowanie Andropowa, uwolnienie przywódcy „Solidarności” oraz zaproszenie przez polski rząd Papieża do odwiedzenia Polski, wszystko to wskazuje, że stratedzy komunistyczni prawdopodobnie planują ponowne pojawienie się „Solidarności” na scenie politycznej, oraz utworzenie na wpół demokratycznego rządu w Polsce (pomyślanego jako koalicja partii komunistycznej, związków zawodowych i Kościoła), następnie, poczynając od około roku 1984 pojawią się reformy polityczne i gospodarcze w ZSRR.”
Krótki epizod rocznych rządów Konstantina Czernienki można uznać za potwierdzenie skuteczności strategii dezinformacji. Po „betonowym” starcu, rządy światowe z ulgą odebrały dojście do władzy „reformatora” Gorbaczowa, szybko zapominając, że był protegowanym kagebisty Andropowa.
Przy zachowaniu proponowanej powyżej optyki, w procesach zachodzących w Polsce można bez trudu dostrzec odbicie kremlowskiej strategii. Istnieją dowody, wskazujące, że zabójstwo księdza Jerzego było zewnętrznie inspirowane i wpisane w taktykę działań sowieckich. We wrześniu 1984 r. w centralnej prasie sowieckiej wydrukowano materiał o organizacji antykomunistycznej w kościele św. Stanisława Kostki. W praktyce bloku komunistycznego, publikacja „Izwiestii” była publicznym ponagleniem polskich towarzyszy, by jak najszybciej rozwiązali problem niewygodnego kapłana. Tezy zawarte w artykule zostały dokładnie powtórzone w "Pro memoria" skierowanym do Episkopatu Polski przez Urząd do spraw Wyznań. W części I cytowałem fragmenty tych publikacji i przedstawiłem kalendarium roku 1984 – ową zbrodniczą chronologię, prowadzącą do mordu na księdzu Jerzym.
W kontekście planowanej „fazy trzeciej”, na uwagę zasługuje również przemówienie Jaruzelskiego wygłoszone 3 czerwca 1984 roku, na zakończenie XVI Plenum KC PZPR, w którym pada zapowiedź przejęcia kontroli nad „ludźmi pracy”: 
Jak pamiętamy, miliony ludzi domagały się tak niedawno demokratyzacji, decentralizacji, samorządności. Poszliśmy daleko w tym kierunku. I spójrzcie - co się okazuje? Wykorzystanie stworzonych możliwości jest wysoce niepełne. Zwiększoną odpowiedzialność niezbyt chętnie bierze się na własne barki. Od okrzyku do okrzyku, od skrajności do skrajności — to jakże częsta u nas choroba. Dlatego zdarza się, że przegrywamy. Raz z autokratyzmem, drugi raz z żywiołem; raz — z konserwatywnym bezwładem, drugi — z nieokiełznaną demagogią. Jaki z tego wniosek? Nasza partia jest siłą w państwie kierowniczą i w społeczeństwie przewodnią.[...]
Główne partyjne zadanie — to być ideowym przewodnikiem i organizatorem, wyrazicielem i wykonawcą robotniczej woli we wszystkich, wielkich i małych sprawach, siłą żywotnie ludziom pracy potrzebną. Walczyć z tym, co słusznie oburza — z niesprawiedliwością, z naruszaniem robotniczej godności, ze społecznym złem. Słowem — być wśród ludzi.[...] Mówiliśmy otwarcie o wielu ważnych dla Polski sprawach [...]. Bierzemy przeszkodę po przeszkodzie. Intensywnie pracujemy nad planem na przyszłe pięciolecie. Nad założeniami rozwojowymi do 1995 r. Wiążemy je ściśle z braterską współpracą ze Związkiem Radzieckim, z innymi państwami socjalistycznymi. Jutro jest, musi być naszą szansą. Aby się spełniła, partia musi być z robotnikami, robotnicy z partią”.
Zwiastunem „nowego otwarcia” mogło być bezterminowe odroczenie procesu czterech działaczy KOR – (Michnika, Kuronia, Romaszewskiego,Wujca )oraz lipcowa powszechna amnestia. Dotarcie do robotników, do społeczeństwa wymagało przetarcia szlaków wiodących do przywódców opozycji, by z ich grona wyselekcjonować grupę gotową do podjęcia rozmów.
Można pytać: po co partii komunistycznej potrzebne było zabójstwo Kapelana „Solidarności”? Jakie cele spodziewano się osiągnąć? Czy śmierć księdza Jerzego była, jak chcą niektórzy, „wypadkiem przy pracy”, próbą zastraszenia społeczeństwa, aktem bezmyślnego okrucieństwa, uderzeniem w Kościół? Czy – jak twierdzą inni – prowokacją wymierzoną w „Solidarność”, grą wewnątrz partii komunistycznej, efektem „wojny służb”?
Nim spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, zacytuję fragment skazanej na zapomnienie książki Wojciecha Sumlińskiego – „Kto naprawdę Go zabił?, w której autor, w sposób spójny i rzetelny przedstawia prawdę o śmierci księdza Jerzego. Opisując realia roku 1984, Wojciech Sumliński trafnie kreśli obraz polskiego Kościoła i tak charakteryzuje stosunek komunistów do tego „problemu”:
W tym okresie prymas Józef Glemp oficjalnie stał na stanowisku, że najlepszym rozwiązaniem w relacjach z władzami PRL jest unikanie napięć, siłą rzeczy był więc zwolennikiem prowadzenia polityki kompromisu w kontaktach z władzami (aby zrozumieć tę postawę, należy pamiętać, iż będąc odpowiedzialnym na cały Kościół w Polsce, prymas nie mógł nie uwzględniać doświadczeń najczarniejszych dni okresu stalinowskiego i zakończonego właśnie stanu wojennego). Znaczna część duchowieństwa, działając zapewne z cichym przyzwoleniem księdza prymasa, otwarcie przeciwstawiała się reżimowi Jaruzelskiego i Kiszczaka – w efekcie Kościół stał się jedyną znaczącą działającą jawnie instytucją, która potrafiła dać odpór reżimowym władzom.
Kościół był postrzegany przez kierownictwo MSW jako wróg numer jeden – zinstytucjonalizowany, mający oparcie w społeczeństwie, ideologicznie wrogi przeciwnik ustroju PRL. Innymi słowy – grupa Jaruzelskiego i Kiszczaka postrzegała Kościół jako zagrożenie. Postawę tę odzwierciedlają między innymi fragmenty wypowiedzi na forum Biura Politycznego KC PZPR (jesień 1984):
„W dalszym ciągu Kościół toleruje podważanie ustroju socjalistycznego. Mimo oficjalnych zakazów praktycznie pozwala części kleru i działaczy opozycyjnych na wykorzystanie obiektów sakralnych do dyskredytowania socjalistycznego państwa i jego władz. Toleruje wywoływanie napięć na tle umieszczania krzyży w szkołach i obiektach użyteczności publicznej. Nie przeciwstawia się przejawom nietolerancji ze strony niektórych księży wobec ludzi wierzących, osłania działaczy antysocjalistycznych”.
Ma rację autor, gdy twierdzi, że Kościół był wrogiem numer jeden, a partia komunistyczna dostrzegała w nim największe zagrożenie. Trzy lata po wprowadzeniu stanu wojennego, rozlicznych represjach, wytężonej „pracy” bandytów z Grupy „D” Departamentu IV MSW, wewnątrzkościelnych działaniach tajnych współpracowników i rzeszy agentury – Kościół nadal stanowił niezdobyty bastion, był suwerenną i autonomiczną strukturą wewnątrz sowieckiego dominium. Przede wszystkim, był w posiadaniu wartości, o której partia komunistyczna w Polsce mogła tylko marzyć – sprawował rząd dusz na podstawie autentycznego, nieprzymuszonego zaufania, jakim obdarzało Kościół polskie społeczeństwo.
Dla sowieckich strategów było oczywiste, że chcąc przeprowadzić w Polsce eksperyment „historycznego kompromisu” muszą brać pod uwagę zachowanie i postawę hierarchów Kościoła Katolickiego. Ten czynnik wydawał się na tyle istotny, że od reakcji Kościoła mogło zależeć powodzenie lub klęska planowanej „odnowy”. W ramach tego założenia, pod nadzorem sekretarzy KC PZPR Świrgonia i Czyrka powstał projekt zatytułowany „Założenia polityki wyznaniowej państwa”, dający ideologiczne podwaliny zaostrzenia kursu w stosunku do Kościoła. O protokole posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR z 25 września 1984 roku, na którym dyskutowano ten projekt, wspomina w swojej książce Wojciech Sumliński. Można zastanawiać się, na ile ów dokument, ( o którym Kościół musiał przecież wiedzieć) zawierał realne dyrektywy, na ile zaś stanowił jeden z elementów strategii dezinformacji, mając za cel wymuszenie ugodowej postawy hierarchii kościelnej.
Już w trakcie „fazy drugiej”, po wprowadzeniu stanu wojennego wykorzystanego również jako test zachowań społecznych, komuniści mieli okazję przekonać się, że pragmatyczna postawa prymasa Polski może stanowić dla nich ważny atut w planowaniu kolejnych kroków. Czym innym jednak była polityka kompromisu, forsowana przez większość Episkopatu, wynikająca z wielowiekowej mądrości Kościoła od akceptacji porozumienia z władzą komunistyczną i odegrania roli jednego ze wsporników tej ugody. By osiągnąć tak dalece korzystną konwersję postawy hierarchii kościelnej, nie ryzykując jednocześnie efektu radykalizacji, musiano zastosować środek adekwatny do zamierzonego celu.
Porwanie i zabójstwo księdza Jerzego stanowiło decyzję perfekcyjnie zaplanowaną i niezwykle trafną – z punktu widzenia sowieckiej strategii. Zapewne nigdy nie dowiemy się, kto był autorem tego iście szatańskiego planu. Gdy z perspektywy naszej dzisiejszej wiedzy, spojrzeć na sytuację roku 1984, nie sposób wskazać żadnego alternatywnego zdarzenia, które w podobny sposób mogło wywrzeć wpływ na sprawy polskie. Można wyróżnić trzy przyczyny, dla których ten mord stanowił zbrodniczo idealny środek do celu.
 W osobie księdza Jerzego spotykają się dwa, elementarne czynniki, decydujące wówczas o kształcie polskiej rzeczywistości: „Solidarność” i Kościół Katolicki. Jego kapłaństwo i patriotyzm, siła wiary i wierność ideałom „Solidarności” wręcz pretendują kapłana do roli, jaką przeznaczyli Mu oprawcy. Jednocześnie, „Solidarność” i Kościół -  to dwa największe zagrożenia, z którymi partia komunistyczna nie jest w stanie sobie poradzić, a które musi podporządkować swoim planom, jeśli chce zagwarantować swoje przetrwanie.
Uderzenie w księdza Jerzego to cios w te dwa porządki – znienawidzone lecz potrzebne, by móc nadal sprawować władzę i zachować jej dotychczasowe zdobycze. Było to uderzenie nie tylko symbolicznie godzące we wszystko, co dla Polaków stanowiło największą wartość lecz obliczone na wywołanie określonej reakcji przywódców Kościoła i opozycji. W roku 1984 nie było w Polsce innej osoby, która łączyłaby w swojej działalności te dwie, najważniejsze dla społeczeństwa wartości.
Ksiądz Popiełuszko był dla Kościoła polskiego błogosławieństwem. Nie wolno jednak ukrywać, że Jego działalność stanowiła problem dla hierarchów, że była wykorzystywana przez władze komunistyczne jako argument przeciwko Kościołowi, dając asumpt do stosowania rozlicznych szykan i ograniczeń. Z zachowanych dokumentów wiemy, że wśród wielu hierarchów i dygnitarzy kościelnych postawa Kapelana Solidarności spotykała się z krytyką i niechęcią. Również Prymas Polski nie był wolny od takich odczuć. Być może nadejdzie kiedyś czas, gdy poznamy rolę, jaką w tym procesie odegrała agentura ulokowana w Kościele i w otoczeniu księdza Jerzego – współodpowiedzialna za Jego męczeństwo i śmierć.
Wojciech Sumliński pisze w swojej książce: „SB miało wśród kościelnych hierarchów wyrobić księdzu Popiełuszce opinię karierowicza. Funkcjonariusze realizowali to zadanie z właściwą dla SB perfidią i cynizmem”.
Wolno w tej sytuacji powiedzieć, że zniknięcie księdza Jerzego mogło zostać przez niektórych ludzi Kościoła odebrane jako „rozwiązanie problemu”, jako przywrócenie właściwych proporcji pomiędzy posługą kapłańską, a zaangażowaniem w kwestie polityczne, mogło przysporzyć im argumentów za prowadzeniem zachowawczej, ograniczonej działalności duszpasterskiej. Działalność żoliborskiego kapłana, nie tylko dla władz komunistycznych była przeszkodą w procesie tzw. normalizacji stosunków państwo – Kościół.
Wreszcie – zabójstwo Kapelana Solidarności było oczywistym ostrzeżeniem, aktem zastraszenia i wymuszenia posłuszeństwa. Precyzja uderzenia w postać bliską Kościołowi i „Solidarności” miała jednoznacznie wskazać, że władza nie cofnie się przed żadnymi środkami, by wyegzekwować posłuszeństwo. Zabójstwo było czytelnym sygnałem dla Kościoła, że nie może dłużej liczyć na pobłażliwość partii komunistycznej i musi brać pod uwagę, że władza zastosuje metody z lat stalinowskich. Choć reakcje społeczne (powołanie Komitetów Obywatelskich Przeciw Przemocy, działalność księży Suchowolca i Niedzielaka) zaprzeczały intencjom władz, nie można wykluczać, że wielu kapłanów i działaczy opozycyjnych poczuło się poważnie zagrożonych.
Cele, jakie władze komunistyczne osiągnęły poprzez zabójstwo księdza Jerzego i sposób przeprowadzenia operacji, nakazują twierdzić, że mieliśmy do czynienia ze szczegółowo zaplanowaną, przeprowadzoną z żelazną konsekwencją wielowątkową kombinacją operacyjną, stanowiącą preludium „fazy trzeciej”.
Myślę, że wszystkie elementy tej kombinacji zostały zrealizowane z premedytacją. Od początku zakładano, że ksiądz zostanie zamordowany w okrutny sposób, tak, by widok poddawanego torturom kapłana wstrząsnął kościelnymi świadkami oględzin zwłok. Od początku zakładano, że ujawnieni i osądzeni zostaną funkcjonariusze odpowiedzialni za porwanie, co miało wskazać na determinację działań bezpieki, ale również pozwoliło zamknąć sprawę i uchronić od odpowiedzialności prawdziwych morderców i mocodawców zbrodni. Od początku zakładano, że w kolosalnej, rozpisanej na setki głosów i wiele lat operacji dezinformacyjnej wezmą udział wyselekcjonowani działacze opozycji i ludzie Kościoła.
Ten aspekt sprawy wydaje się najważniejszy, w kontekście przygotowań do „historycznego kompromisu”, bowiem władze komunistyczne dzieląc się prawdą o morderstwie uczyniły z grupy opozycjonistów i kościelnych dygnitarzy, uczestniczących w kampanii dezinformacji faktycznych wspólników w zbrodni i zakładników swoich planów. Wiemy, że powstały wówczas układ i zmowa milczenia obowiązuje do dnia dzisiejszego, co pozwala nazwać zabójstwo księdza Jerzego mordem założycielskim III RP.
 W kolejnej części przedstawię reakcje niektórych środowisk, które zdają się potwierdzać, że współbrzmienie głosów części opozycji i władz komunistycznych nie było przypadkowe i stanowiło integralną część kombinacji związanej z zabójstwem księdza Jerzego. Przywołam obecnie słowa Lecha Wałęsy z wywiadu, udzielonego „Tygodnikowi Mazowsze” 13 grudnia 1984r. Od zamordowania Kapelana „Solidarności” upłynęły niecałe dwa miesiące, gdy przewodniczący Związku mówił:
Od początku, od Sierpnia wiedziałem, że ruch będzie etapowy, że wielkich rzeczy w pierwszym etapie osiągnąć nie będzie można. [...] Ruch „S” jest w moim odczuciu silniejszy, głębszy niż kiedykolwiek. [...] Polska jest szachownicą, na której my gramy w szachy, a partner w warcaby. Oni mówią o zwycięstwach, my też mówimy, że to jednak my zwyciężamy. A tu nikt nie może zwyciężyć, tu trzeba się umówić do jednej gry. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy, pracować musimy w jednym kierunku. A ten kierunek to jest nasz kraj, to jest Ojczyzna, którą trzeba robić. [...]”

****

Powyższy tekst pochodzi z rozdziału drugiego mojej książki „III Rzeczpospolita czy „Trzecia Faza” wydanej  przez Wydawnictwo „ANTYK”. Próbuję w niej przedstawić  scenariusz, który  doprowadził do obrad „okrągłego stołu” i wyborów 1989 roku oraz dał początek budowie państwa nazwanego III RP. Jest to wizja dalece odbiegająca od oficjalnych przekazów, niepoprawna politycznie i naszpikowana „teoriami spiskowymi”, z których najbardziej obrazoburcza wydaje się teza o metamorfozie komunizmu i jego dalszym trwaniu. 

piątek, 17 czerwca 2011

„EGZYSTENCJALNY BÓL PO STRACIE WSI”

W tle sądowego epilogu sprawy Nangar Khel, pojawiają się coraz wyraźniejsze oznaki „wojny służb”, której przebieg może powiedzieć nam więcej o obecnej rzeczywistości, niż obszerne analizy publicystów. O istnieniu trwałego konfliktu na linii - środowisko byłych WSI – nowe służby wojskowe, można wnioskować po lekturze wywiadu z płk Grzegorzem Reszką, byłym p.o. Szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego zamieszczonym w najnowszym numerze „Gazety Polskiej”..
Pułkownik Reszka powołany na to stanowisko przez ministra Klicha w listopadzie 2007 roku przez trzy miesiące działań wsławił się przede wszystkim dokonaniem czystek w nowej służbie oraz sporządzeniem „tajnego raportu”, którego tezy były natychmiast kolportowane przez rządowe ośrodki propagandy. Wszystkie brednie o „harcerzach i dziennikarzach” zatrudnianych w SKW, 17 dniowych kursach oficerskich, kopiowaniu i wynoszeniu dokumentów – miały pochodzić z osławionego „raportu Reszki” i przez następne miesiące stanowiły podstawowe źródło medialnych dezinformacji. W tej sprawie Antoni Macierewicz skierował zawiadomienie do prokuratury, wskazując płk Reszkę jako winnego złamania prawa, zarzucając mu m.in. przekroczenie uprawnień, pomówienie, fałszywe oskarżenie, stosowanie bezprawnych gróźb oraz wprowadzenie w błąd najwyższych organów państwa. Można jednak domniemywać, że Reszka niezbyt gorliwie wykonał dyspozycje politycznych decydentów, skoro podziękowano mu po trzech miesiącach, a stanowisko szefa SKW objął Janusz Nosek.
Mając na uwadze uprzednie dokonania pułkownika, z tym większym zaskoczeniem czyta się jego dzisiejsze wywody na temat Nangar Khel. Są to bowiem opinie, w których Reszka jawi się jako adwokat Antoniego Macierewicza i otwarcie oskarża generałów Skrzypczaka, Dukaczewskiego i Petelickiego o kłamstwa.
Świadectwo Reszki ma niezwykle istotne znaczenie, gdy czytamy, że w sprawie Nangar Khel nie znalazł niczego, co mogło posłużyć jako dowód na nieprawidłowości w SKW albo jako argument na rzecz tych nieprawidłowości. „Nie nabrałem żadnych podejrzeń, żadnych wątpliwości dotyczących profesjonalizmu albo niezasadnego zaangażowania SKW w wyjaśnienie tej sprawy.” – stwierdza twardo Reszka i dodaje „Osobiście nie czuję niechęci do pana Macierewicza, choć bardzo krytycznie oceniam jego poglądy polityczne. Ale nie oznacza to, że mój krytycyzm jest totalny. Tam, gdzie Antoni Macierewicz i funkcjonariusze SKW nie popełnili błędów, mówię, że nie popełnili. Zaznaczam, że nie mam żadnego interesu politycznego, udzielając tego wywiadu, nie ubiegam się o stanowiska ani o miejsce na liście wyborczej. Mówię to gwoli przyzwoitości, a także dlatego, że irytuje mnie pełna insynuacji treść wypowiedzi gen. Dukaczewskiego, gen. Skrzypczaka, min. Sikorskiego.”
W dalszej części znajdziemy druzgocącą i rzeczową krytykę bezpodstawnych opinii generałów i ministra spraw zagranicznych oraz cenną radę dla Sikorskiego, „by lepiej nic nie mówił, a swoje emocje odreagował w zaciszu domowym”.  Znacząca jest również opinia płk Reszki na temat notatki ministra Macierewicza, o której pisałem w poprzednim tekście „O OBRONIE „ŻOŁNIERSKIEGO HONORU”
Treść odtajnionej notatki – mówi Reszka -  potwierdza profesjonalizm i właściwą reakcję SKW oraz Antoniego Macierewicza w przedmiotowej sprawie. Zawiera wstępne zestawienie najważniejszych faktów, wyjaśnień uzyskanych od uczetników tych tragicznych wydarzeń, postulaty dalszych działań. Absolutnie nie przesądza o tym, że została popełniona zbrodnia, nie identyfikuje winnych i odpowiedzialnych za tę tragedię”.
            Waga oświadczeń byłego szefa SKW jest istotna z dwóch powodów: pochodzą od funkcjonariusza, który miał dostęp do pełnej wiedzy na temat zdarzenia w  Nangar Khel i są świadectwem człowieka, którego nie sposób posądzić o polityczną sympatię do Antoniego Macierewicza. Po raz pierwszy od 2007 roku zdarza się, by tej rangi oficer służb specjalnych, powołany przez obecną grupę rządzącą, w tak jednoznaczny sposób oceniał tezy rządowych propagandystów i zadawał kłam twierdzeniom generałów związanych ze środowiskiem byłych WSI. Wywiad z pułkownikiem musiał być mocnym ciosem dla ludzi powielających kłamstwa na temat okresu rządów PiS.
Byłoby jednak aktem naiwności sądzić, że płk Reszka działa wyłącznie w obronie dobrego imienia swojego poprzednika i w poczuciu honoru staje po stronie prawdy. Choć taka wizja wydaje się kusząca, miałaby chyba niewiele wspólnego z rzeczywistością. 
Od wielu miesięcy można bowiem obserwować narastanie konfliktu między środowiskiem żołnierzy byłych WSI, a obecnym szefostwem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jej symptomy były widoczne tuż po przejęciu władzy przez PO-PSL, gdy ostatni szef WSI gen. Dukaczewski twierdził, że „SKW trzeba wygasić, bo straciła kontrolę nad listą współpracowników”, straszył zagrożeniem życia naszych żołnierzy lub dywagował, jakoby „wojskowy wywiad już nie istniał.”. Trauma, jaką ludzie WSI przeżywają po likwidacji ich służby była widoczna w szeregu krytycznych wypowiedzi Dukaczewskiego  i zarzutach pod adresem nowych służb. We wrześniu 2009 roku widzieliśmy kolejną odsłonę konfliktu, gdy „Gazeta Wyborcza” w oparciu o donos „osoby podającej się za funkcjonariusza obecnego SKW” (który rozesłano prawdopodobnie do wielu redakcji) twierdziła, jakoby służba ta prowadziła inwigilację członków stowarzyszenia SOWA, zrzeszającego byłych oficerów WSI. Natychmiast po tej publikacji pojawiło się pismo gen. Dukaczewskiego do Donalda Tuska, w którym przewodniczący „SOWY” powołując się na artykuł GW pytał premiera „o informację na temat: przesłanek i podstaw inwigilacji Stowarzyszenia „Sowa” przez SKW”.
Istotnym tłem tego konfliktu jest sprawa sporządzenia tzw. uzupełnienia Raportu z Weryfikacji WSI, o co środowisko wojskówki zabiega od chwili objęcia władzy przez obecny układ.. Zgodnie z ustawą, dokument taki może sporządzić szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego, do którego „SOWA” śle kolejne „informacje o ujawnieniu nowych informacji i okoliczności, które wpływają na treść Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” oczekując, że gen. Janusz Nosek przygotuje aneks, po którym nastąpi pełna rehabilitacja żołnierzy byłych WSI.
Ponieważ starania SOWY okazują się nieskuteczne, najwyraźniej narasta irytacja negatywnie zweryfikowanych oficerów i pojawiają się kolejne ataki na SKW. Wypowiedzi Dukaczewskiego na temat Nangar Khel wpisują się w zamiar obciążenia tej służby odpowiedzialnością za sam incydent, a współbrzmiące z nimi dywagacje gen. Skrzyczaka sugerują, jakoby funkcjonariusze SKW byli narzędziami w rękach Antoniego Macierewicza i realizowali złowrogi scenariusz skierowany przeciwko dowódcom. Warto dostrzec, że ludzie tego środowiska budują fałszywy przekaz, korzystając głównie z mediów, których właściciele związani byli w przeszłości z Zarządem II SG WP (tzw. wywiadem wojskowym PRL) . Ponieważ to właśnie te media są dziś jednym z podstawowych przekaźników propagandy rządowej, można z łatwością dostrzec faktyczny rozkład sił i ocenić stopień uzależnienia partii rządzącej od medialnych decydentów.
Obecną sytuację trafnie puentuje płk Reszka, gdy stwierdza:
Jest pewne, że tożsamość gen. Dukaczewskiego na wieki wieków będzie wypełniona istotnym elementem – bólem egzystencjalnym po utracie WSI. No trudno, gen. Dukaczewski będzie się musiał z tym pogodzić – był szefem WSI, ale WSI zostały zlikwidowane, w mojej ocenie zresztą za późno. Zachowanie zdrowego dystansu do formacji, w której się pełni lub pełniło służbę, jest warunkiem zachowania zdrowia psychicznego, i to radzę gen. Dukaczewskiemu. Nie wszystko, co robiły WSI, było świetne, profesjonalne. Wysoki profesjonalizm WSI to mit.”
Takich ocen nie słyszeliśmy dotąd ze strony wysokich oficerów służb ochrony państwa. Jeśli się pojawiają, szczególnie w kontekście obrony służby zorganizowanej przez Antoniego Macierewicza, należy je uznać za dobrą prognozę. Niewykluczone, że zwiastują istotny przełom w dotychczasowej „wojnie służb”.


Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

link do wywiadu: http://niezalezna.pl/11983-musze-byc-adwokatem-macierewicza

środa, 15 czerwca 2011

CENA AFERY MARSZAŁKOWEJ

„Ci, co liche swoje przywileje okupują tylko milczeniem w obliczu świństwa, na które mogą reagować, będą musieli za te same przywileje płacić rychło aktywnym udziałem w świństwie” – napisał przed laty Kołakowski. Coraz dotkliwiej doświadczamy prawdziwości tych słów, widząc jak państwo zbudowane na historycznym „udziale w świństwie” upada przygniecione monumentalną  „sumą zaniechań”.
Do tych najważniejszych i najbardziej brzemiennych w skutki należy przemilczenie afery marszałkowej – „matki” wszystkich późniejszych afer za czasów rządów PO-PSL. Przypomnę, że chodzi o kombinację operacyjną z udziałem ludzi byłych WSW/WSI, szefostwa ABW oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego rozgrywaną w latach 2007-2008. Scenariusz kombinacji .zakładał m.in. aresztowanie Wojciecha Sumlińskiego pod zarzutem płatnej protekcji i handlu tajnym aneksem. Liczono, że osadzony w „areszcie wydobywczym” dziennikarz zrobi wszystko, aby wyjść na wolność. W zamian, musiałby złożyć zeznania obciążające kluczowych polityków PiS w tym Antoniego Macierewicza. Pozwoliłoby to postawić zarzuty osobom rzekomo odpowiedzialnym za przeciek. W ten sposób skompromitowaną Komisję Weryfikacyjną WSI można byłoby natychmiast rozwiązać i zakończyć jej prace, a przez to umożliwić powrót do służby negatywnie zweryfikowanym żołnierzom WSI.. W toku działań dokonano również przeszukania w domach członków Komisji, licząc na znalezienie obciążających materiałów związanych z pracami weryfikatorów.
Przed kilkoma dniami przed sądem w Warszawie rozpoczął się proces Wojciecha Sumlińskiego, pomówionego o przez dwóch żołnierzy wojskowej bezpieki. Na liście świadków znajdują się m.in. Bronisław Komorowski, szef ABW Krzysztof Bondaryk, rzecznik rządu Paweł Graś, Antoni Macierewicz, a także znani dziennikarze oraz wysocy rangą byli oficerowie WSI. Mimo obecności takich postaci i politycznej wagi sprawy, proces nie wzbudził żadnego zainteresowania mediów i został przez nie zgodnie przemilczany.
To reakcja zrozumiała, bowiem te same media w latach 2007 – 2008 były aktywnym uczestnikiem kombinacji, a publikacje Anny Marszałek czy Pawła Reszki oparte na wiedzy operacyjnej służb i przeciekach ze śledztwa skutecznie służyły „moderowaniu” opinii publicznej, utrwalając fałszywe przekonanie o rzekomym „handlu aneksem”. Do działań skierowanych przeciwko legalnie działającemu organowi państwa – jakim była Komisja Weryfikacyjna WSI, zaprzęgnięto wówczas wielu dziennikarzy, rozpętując niebywałą w swej zaciętości kampanię medialną. Stworzona na podstawie ich publikacji fikcyjna „afera aneksowa” nigdy nie miała miejsca, a żadna z sensacji rozpowszechnianych wówczas przez media nie znalazła potwierdzenia.    
O prawdziwym przebiegu afery marszałkowej, Polacy nie zostali jednak poinformowani. Obowiązująca do dziś tchórzliwa zmowa milczenia sprawiła, że została ona ukryta przed opinią publiczną, a jej główny bohater nie musiał się tłumaczyć, nawet w trakcie kampanii prezydenckiej. Tej powszechnej manipulacji zawdzięczamy fakt, że większość Polaków nadal wykazuje porażającą niewiedzę co do postaci Bronisława Komorowskiego, a jedyny dostępny przekaz dotyczy rozlicznych gaf obecnego prezydenta i sprowadza się do wskazywania satyrycznego wymiaru tej postaci lub powielania „rewelacji” dotyczących rzekomego pochodzenia. Wobec wagi autentycznych zarzutów, takie zabiegi mogą służyć jedynie ośmieszeniu prawdziwej krytyki i obniżeniu rangi rzeczowych pytań.
Polacy nie mieli możliwości dowiedzieć się: dlaczego marszałek Sejmu przyjął korupcyjną ofertę płk Aleksandra L. - byłego szefa komunistycznego kontrwywiadu wojskowego i „wyraził zainteresowanie” przestępczą ofertą wykradzenia aneksu do Raportu, a następnie nie poinformował o tym organów ścigania? Nie wiemy, jakie relacje łączyły Komorowskiego z Aleksandrem L. choć ten wieloletni znajomy polityka PO był podejrzany o kontakty z rosyjskim wywiadem. Nie wiemy też: dlaczego w zeznaniach przed prokuratorem ukrył informację o spotkaniach z byłym oficerem WSW/WSI płk Leszkiem T. i nie poinformował o spotkaniu płk T z Krzysztofem Bondarykiem, Grzegorzem Reszką  i Pawłem Grasiem, podczas którego poczyniono ustalenia w zakresie postępowania z członkami Komisji Weryfikacyjnej? Polacy nie mieli możliwości dowiedzieć się:  dlaczego zeznając pod rygorem odpowiedzialności karnej oświadczył, że nie zna osobiście Wojciecha Sumlińskiego, choć sam dziennikarz składając wyjaśnienia przed sejmową komisją ds. służb specjalnych przypomniał, że spotykał się wielokrotnie z Komorowskim w roku 2007, a tematem ich rozmów był przygotowywany dla programu „TVP Info materiał o Fundacji Pro Civili?
Istnieje szereg zasadniczych pytań dotyczących faktycznej roli Komorowskiego w aferze marszałkowej i jego działań podejmowanych wspólnie z oficerami wojskowej bezpieki. Autor słów „muszę zobaczyć aneks przed publikacją” skutecznie uciekał od udzielenia odpowiedzi na pytania posłów PiS-u, odmawiał stawienia przed Komisją i wielokrotnie wykorzystywał swoją sejmową funkcję, by uchylić się od konfrontacji z trudnym tematem. Milczeniem zbył pytania podnoszone przez opozycję podczas debat nad odwołaniem marszałka Sejmu, choć w uzasadnieniu wniosku o odwołanie podkreślono, że „Jedną z decydujących spraw skłaniających wnioskodawców do sformułowania tego wniosku była sprawa związana z podejmowaniem przez Pana Marszałka działań służących uzyskaniu nielegalnego dostępu do tekstu „ściśle tajnego” Uzupełnienia nr 1 do Raportu Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej, tj. tzw. aneksu do raportu o WSI”.
Do dziś,  dzięki szczelnej osłonie ze strony głównych mediów, ale też z powodu porzucenia tematu przez partię opozycyjną, większość obywateli nie miała możliwości poznania faktów z życia Bronisława Komorowskiego ani uzyskania wiedzy o bezprawnych działaniach służb wobec legalnego organu państwa.
Taką szansę mógłby dać rozpoczęty właśnie proces sądowy. Zwolennikiem jawności procesu jest Wojciech Sumliński, który wielokrotnie podkreślał, że nie musi obawiać się żadnych zarzutów, jeśli tylko umożliwi mu się publiczne ukazanie mechanizmów afery marszałkowej. Jednak już przebieg pierwszej rozprawy nie postawia złudzeń co do intencji prokuratury. Obecni na niej, Antoni Macierewicz i Piotr Bączek złożyli wniosek o umożliwienie uczestnictwa w procesie w charakterze oskarżycieli posiłkowych i choć wniosek poparł sam oskarżony i jego obrońcy, prokurator wyraźnie się temu sprzeciwił. Może to świadczyć, że istnieje zamysł, by proces toczył się według scenariusza narzuconego przez obecną władzę.
W tym planie, nie ma miejsca na jawność „procesu o korupcję”, podczas którego opinia publiczna mogłaby poznać kulisy działań ludzi WSI, rolę służby Krzysztofa Bondaryka i zachowania ówczesnego marszałka Sejmu. Próżno też oczekiwać, by wiedzę na temat sprawy Polacy otrzymali ze strony dziennikarzy, skutecznie wystraszonych casusem Sumlińskiego i pamiętających pouczenia Komorowskiego o „dużej wstrzemięźliwości w okazywaniu solidarności zawodowej dziennikarskiej”.
W tej sytuacji, rzetelne wyjaśnienie okoliczności afery marszałkowej powinno leżeć w interesie wszystkich osób domagających się jawności życia publicznego oraz środowisk patriotycznych dążących do usunięcia obecnej ekipy.  Winien być to priorytet w działaniach opozycji, ale też nakaz dla odważnych dziennikarzy i temat poruszany w blogerskich publikacjach. Tym ważniejszy, że głęboko związany z tragedią smoleńską
Chodzi bowiem o bezprecedensową sprawę, w której doszło do groźnego sojuszu polityków partii rządzącej, funkcjonariuszy służb oraz ludzi komunistycznej bezpieki wymierzonego w ustawowy organ państwa. W tle tej kombinacji są interesy obcych służb, dążących do zablokowania procesu weryfikacji i przywrócenia wpływów tego „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa ” – jak nazwał WSI prof. Zybertowicz.
Powstały wówczas układ był wykorzystany w kolejnych działaniach z udziałem tych samych środowisk. Można go dostrzec w aferze stoczniowej czy hazardowej i wszędzie tam, gdzie grupa rządząca pokazywała swoje prawdziwe oblicze. Jednocześnie kluczem do zrozumienia wielu procesów zachodzących w ostatnich latach jest osoba Bronisława Komorowskiego. Wydarzenia z udziałem tego polityka – począwszy od afery marszałkowej, poprzez kampanię prezydencką, aż po skutki tragedii smoleńskiej – łączą ten okres logiczną klamrą i wyznaczają kierunek, w jakim zmierza obecnie III RP.
Gdyby afera marszałkowa została wyjaśniona wcześniej, a jej mechanizmy stały się jawne, zablokowałoby to karierę Bronisława Komorowskiego, uniemożliwiając mu start w wyborach prezydenckich i oszczędziło Polakom bolesnych doświadczeń i upokorzeń. Odsłonięcie tych relacji już w roku 2008, uchroniłoby nas od niebezpieczeństw wywołanych wpływem Rosji na polskie życie polityczne, zapobiegło obcym knowaniom w ramach konfliktu rząd-prezydent, a w rezultacie udaremniło pułapkę smoleńską i tragedię z 10 kwietnia. Nie trzeba tworzyć alternatywnej historii, by zrozumieć, że płacimy dziś cenę za zignorowanie zagrożeń i brak determinacji w wyjaśnieniu sprawy. Dramat tego  zaniechania nie powinien się powtórzyć, bo za przemilczenie sądowego epilogu afery marszałkowej zapłacimy kolejnymi latami  hańby.


Artykuł opublikowany w nr 24/2011 Gazety Polskiej.