wtorek, 31 maja 2011

„CHŁOPCY Z FERAJNY”

Traktowanie Polaków niczym ludzi pozbawionych pamięci, należy do kanonu „kultury politycznej” ludzi Platformy Obywatelskiej. Działając w zgodzie z tymi zasadami, Donald Tusk mógł w lutym 2008 roku zadeklarować: „Wolę mieć przesadnie zdeterminowanego szefa CBA, który będzie nawet w sposób przesadny kontrolował moją władzę, niż kogoś, kto będzie wpatrywał się we mnie jak w swojego szefa i omijał szerokim łukiem ludzi obozu władzy. Oczekuję jednak bezwzględnej walki z korupcją przez Biuro”.
Już w roku następnym Donald Tusk – działając w obronie własnych interesów oraz w akcie zemsty za ujawnienie afery hazardowej dokonał faktycznej likwidacji jedynej służby powołanej do walki z korupcją na najwyższych szczeblach władzy, bezprawnie zwolnił Mariusza Kamińskiego i powierzył władzę nad CBA „partyjnemu komisarzowi” oraz grupie nieudolnych funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego, „podejrzewanymi o współpracę z zorganizowanymi grupami przestępczymi, korupcję i ujawnianie przestępcom informacji ze śledztw”.
Najwyraźniej grupa rządząca właściwie ocenia stan świadomości moich rodaków, bo nawet tak bezczelna interwencja nie miała wpływu na notowania partii rządzącej  Trafna zatem wydaje się diagnoza zawarta w Raporcie Departamentu Stanu USA z 2009 roku, w którym uznano, że jesteśmy państwem korupcji, a „rząd nie wprowadza skutecznie w życie przepisów antykorupcyjnych. Panuje przekonanie, że korupcja jest akceptowana zarówno w sferach rządowych, jak i w samym społeczeństwie”.
W zgodzie z tym odczuciem wiceszefowa klubu PO Małgorzata Kidawa-Błońska, odnosząc się rzekomo do wniosku PiS o powołanie sejmowej komisji śledczej ws. finansowania Platformy, mogła kolejny raz zaprezentować „kulturę polityczną” grupy rządzącej i orzec, że  finanse PO są transparentne i nie budzą wątpliwości”, przywołując jako dowód stwierdzenie, iż „wszystkie sprawozdania finansowe PO były przyjmowane przez Państwową Komisję Wyborczą”.
Identyczny „argument” zastosował Donald Tusk, dodając nadto dywagacje na temat oczu Kamińskiego i Kaczyńskiego, po których mamy poznawać, czy i kiedy osoby te kłamią.
Tak prymitywne zabiegi propagandowe okażą się z pewnością wystarczające, by  zakończyć temat finansowania partii rządzącej, zaspokoić ciekawość pracowników medialnych oraz elektoratu PO. Tym bardziej, gdy szef rządu z miną „męża stanu” oświadczył, że „w Polsce mamy dużo faktycznych problemów do rozwiązania i wolałbym, aby opozycja koncentrowała się na tym, co jest realnym problemem Polaków, a nie na swoich obsesjach, czy wręcz takim cynicznym zacietrzewieniu”.
Ponieważ nie zaliczam się do żadnej z grup, do których Donald Tusk skierował swój przekaz, a zarzut finansowania partii politycznej przez przestępców uważam za niezwykle poważny i realny, sądzę, że warto przypomnieć fakty związane z działalnością partii „liberałów”.
Przede wszystkim, trzeba mocno  podkreślić, że „argumentacja” posłanki PO i szefa rządu nie jest warta funta kłaków, a bezkarność w rozpowszechnianiu podobnych wywodów ludzie ci zawdzięczają wyłącznie niewiedzy bądź tchórzostwu tzw. dziennikarzy.
Informacje związane z zeznaniami świadka koronnego Piotra K., w których obciąża Mirosława Drzewieckiego "utrzymywaniem przestępczych kontaktów z gangsterami z grupy pruszkowskiej" dotyczą bowiem zdarzeń z końca lat 90., nie mają zatem żadnego związku ze „sprawozdaniami finansowymi PO przyjmowanymi przez Państwową Komisję Wyborczą”. Platforma Obywatelska została założona początkowo jako stowarzyszenie 24 stycznia 2001, a jako partia Platforma Obywatelska Rzeczypospolitej Polskiej zarejestrowana 5 marca 2002.
W liście Mariusza Kamińskiego do Andrzeja Seremeta z 23.05.2011, nadawca napisał:
„Zeznania Piotra K. w istotnym zakresie potwierdzały ustalenia Prokuratury Okręgowej i Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi, dokonane przez te prokuratury w ramach śledztw prowadzonych w latach 2005-2009 (sygn. akt VI Ds. 48/05; Ap II DS 16/06; PR IV – VI Ds. 2/07; Ap V Ds.1/09). Z ustaleń tych wynika, że ważnym miejscem dla łódzkich grup przestępczych była restauracja „Wiedeńska” przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, ówcześnie należąca do żony M. Drzewieckiego Niny Drzewieckiej. W restauracji tej spotykali się i planowali swoje działania łódzcy gangsterzy. W restauracji „Wiedeńska” miały także miejsca spotkania, podczas których handlowano i zażywano narkotyki (kokainę). W spotkaniach tych uczestniczyli również Mirosław i Nina Drzewieccy. W ich trakcie M. Drzewiecki dokonywał zakupu narkotyków dla siebie i innych uczestników spotkań, a następnie wszyscy razem je zażywali. Z ustaleń prokuratury wynikało, że M. Drzewiecki znał osoby ze świata przestępczego, które przebywały w restauracji „Wiedeńska” i utrzymywał z nimi zażyłe kontakty towarzyskie.”
Przypomnę, że informacje na temat kontaktów Drzewieckiego z przestępcami, były już znane w styczniu 2010 roku, po publikacji przecieków z zeznań brata ówczesnego ministra sportu. „Dziennik Gazeta Prawna" opublikował wówczas informację, że rodzony brat ministra, Dariusz, miał oferować austriackiej firmie Alpine Bau załatwienie rządowych kontraktów na wybudowanie stadionów na EURO 2012, odcinka autostrady i sztandarowego projektu Mirosława - orlików. „Super Express” opisał zaś, jak na początku lat 90. Dariusz Drzewiecki prowadził znaną w Łodzi dyskotekę Studio:
Wtedy - jak twierdzi łódzka prokuratura - nawiązał kontakt z członkami słynnej "ośmiornicy". Jego ówczesny wspólnik Paweł J. (49 l.) zeznał, że Dariusz Drzewiecki, by zdobyć pieniądze na remont lokalu, pożyczył kilkadziesiąt tysięcy marek od bossa mafii - Tadeusza M. pseud. Tata. Później odsprzedał mu udziały w dyskotece, doprowadzając do ruiny finansowej swojego wspólnika, który musiał płacić gangsterom gigantyczne odsetki od udzielonej pożyczki na remont lokalu.”  W artykule znajdziemy również informację, że „Mniej więcej w tym samym czasie żona Mirosława Drzewieckiego, Janina (46 l.), niemal po sąsiedzku prowadziła ekskluzywną kawiarnię "Wiedeńska", którą upodobali sobie łódzcy gangsterzy. Członkowie słynnej "ośmiornicy" przesiadywali tam całymi dniami, obmyślali kolejne interesy, szykowali się do następnych skoków. Kiedy lokalna prasa zaczęła o tym pisać, Drzewieccy postanowili zamknąć lokal.”
W ówczesnych publikacjach powoływano się na „zeznania skruszonego przestępcy Macieja W” . Drzewiecki miał korzystać z dostarczanych przez niego narkotyków, a  nawet zażywać je razem z gangsterem.
Mariusz Kamiński zwraca zatem uwagę, że zeznania świadka koronnego Piotr K. pseudonim „Broda” złożone  w 2009 r. przed prokuratorami Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, potwierdzają informacje zgromadzone w toku wcześniejszych śledztw (syg.akt 2005-2009).  Zdaniem Piotra K. Mirosław Drzewiecki. miał „udzielać pomocy grupom przestępczym w handlu narkotykami oraz legalizowaniu środków finansowych pochodzących z tego procederu (tzw. pranie pieniędzy). Część środków finansowych uzyskanych w ten sposób służyła finansowaniu Platformy Obywatelskiej.”
Nie wiemy, czy Piotr K. mówił o praktykach istniejących po powołaniu Platformy, jednak z kontekstu zdarzeń można domniemywać, że chodzi o okres przed lub w trakcie powstania Platformy Obywatelskiej. Z tego względu dzisiejsza „argumentacja” polityków PO i powoływanie się na sprawozdania składane przed PKW, nie ma żadnego znaczenia. Istota zarzutów sprowadza się do stwierdzenia, że obecna partia władzy powstała m.in. za pieniądze mafii.  Jest to zarzut tym bardziej prawdopodobny, jeśli pamiętać, jakie zdarzenia towarzyszyły  powołaniu poprzedniej partii Tuska i Drzewieckiego - Kongresu Liberalno-Demokratycznego, kto finansował tę partię i jakie osoby były w nią zaangażowane.
Od początku III RP istniały ścisłe relacje między przestępczością mafijną, działaniami ludzi bezpieki i polityką.  
W kontekście związków Drzewieckiego z mafią warto wspomnieć, że to z łódzkiego półświatka wywodził się Jeremiasz Barański ps. „Baranina” - od początku lat 80. współpracownik łódzkiej bezpieki, lojalnie informujący o przestępstwach popełnianych przez konkurencję. W roku 1992 „Baranina” wyjechał na stałe do Wiednia. Oficjalnie był biznesmenem i konsulem honorowym Liberii, akredytowanym na Słowacji. To ostatnie stanowisko uzyskał dzięki Wojskowym Służbom Informacyjnym i przez cały czas pobytu w Wiedniu współpracował niejawnie z WSI przy prowadzonych przez tę służbę operacjach. Wspominam o tej postaci, ponieważ w środowisku związanym z „Baraniną” znajdziemy również kilka nazwisk szacownych polityków Platformy. Z zeznań Andrzeja Czyżewskiego – byłego prokuratora, złożonych przed polskimi śledczymi w Hamburgu, przy okazji sejmowego śledztwa w sprawie PKN Orlen wynika, że we wrocławskiej wilii Barańskiego (który zarządzał wówczas mafią paliwową na Śląsku) odbywały się spotkania notabli wrocławskich. Bywał tam m.in. Władysław Frasyniuk, ale też Grzegorz Schetyna i Aleksander Grad – ważne postaci dzisiejszej Platformy.
W latach 80. w Wiedniu przebywał również Ryszard Sobiesiak – późniejszy bohater afery hazardowej, grając m.in. w austriackich klubach piłkarskich.  Schyłek kariery piłkarskiej Sobiesiaka łączy się z jego pierwszymi krokami w branży hazardowej. Po powrocie z Austrii, w roku 1993 dzisiejszy przyjaciel polityków PO kupił większość akcji Casino Polonia we Wrocławiu. Szczegóły transakcji oraz to, skąd wziął na zakup pieniądze, są do dziś tajemnicą. Hazardowy biznes był wówczas żyłą złota, a Sobiesiak zaczął na nim zarabiać ogromne pieniądze. Przy pokerze czy ruletce – modnych rozrywkach polityków - zaczął poznawać wpływowych ludzi. Z tego czasu datuje się jego znajomość ze Schetyną. Wkrótce Sobiesiak zaczął z rozmachem inwestować w branżę i otworzył kolejne kasyna, m.in. w Łodzi, Warszawie i Szczecinie. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwsze kasyno w Warszawie, w połowie lat 80. założył Andrzej Kolikowski ps. Pershing – współpracownik bezpieki cywilnej i wojskowej – podobnie jak jego kamraci z grupy pruszkowskiej, „Barabasz”, „Nikoś”, czy „Ali”. Kasyno było miejscem spotkań oficerów wojska, policji i tajnych służb. Cały czas dyskretną opiekę nad nim roztaczał kontrwywiad wojskowy.
By dostrzec realia w jakich rozpoczynali działalność polityczną ludzie z grupy  rządzącej, trzeba cofnąć się w początek lat 90. i czasy „pionierskiej” działalności Kongresu Liberalno – Demokratycznego. W roku 1989 patronem finansowym Donalda Tuska i działaczy KLD został rzutki biznesmen Wiktor Kubiak. W maju 2008 roku Krzysztof Wyszkowski pisał, że Kubiak ofiarowywał wcześniej pomoc np. ś.p. Michałowi Falzmanowi, działaczowi Solidarności i członkowi redakcji pisma „CDN – Głos Wolnego Robotnika”. „Falzman wyczuł z kim ma do czynienia i odrzucił propozycję. Tusk, który albo tego nie wyczuł, albo mu to nie przeszkadzało, przyjął pomoc. Za objaw zawarcia kontraktu można zapewne przyjąć moment, w którym „Przegląd Polityczny”, z wydawanego metodami podziemnymi brudzącego palce biuletynu, przeobraził się w eleganckie pismo drukowane na kredowym papierze, a KLD wprowadził się do nowych biur, do których wniesiono nowiutkie czarne meble. Współpraca rozwijała się znakomicie – Tusk organizował spotkania KLD w zajmującym całe piętro biurze Kubiaka w Hotelu Mariott, a Kubiak w fotelu pełnomocnika ministra prywatyzacji. Firma „Batax”, której WSW używało do operacji na Zachodzie, cieszyła się pełnym zaufaniem Tuska.”
Wiktor Kubiak – który przez wiele lat wspierał „młodych liberałów”, był honorowym członkiem KLD i protektorem politycznej kariery Donalda Tuska to jeden z najważniejszych agentów Zarządu II Sztabu Generalnego WP (wywiad wojskowy) i bliski współpracownik Grzegorza Żemka, znanego jako „mózg” afery FOZZ. W latach 80. Kubiak zajmował się nielegalnym transferem z Zachodu urządzeń elektronicznych objętych zakazem eksportu do krajów komunistycznych. Do biernej współpracy przy odbiorze oficjalnie prywatnych paczek z żywnością, (w których ukrywano np. układy scalone) zwerbowano wówczas liczną grupę osób, które następnie znalazły się w elicie politycznej  III RP. Część z tych ludzi przyczyniła się później do sukcesu KLD. Firma „Batax”, której założycielem był Kubiak pełniła ważną rolę w strategii wywiadu wojskowego. To poprzez nią, w latach 80. prowadzono nielegalne operacje finansowe polegające m.in. na dokonywaniu zagranicznych operacji bankowych. Źródłem finansowania były m.in. fundusze Central Handlu Zagranicznego. Również na terenie Polski wywiad wojskowy i jego tajni współpracownicy w krajowych przedsiębiorstwach zakładali wspólne interesy. Jednym z nich było kasyno w warszawskim hotelu Mariott. Otworzył je LOT wspólnie z utworzoną w Chicago firmą ABI. W interesie pośredniczył Kubiak i jego firma BATAX, na której konto ABI przekazało milion dolarów. „Szkopuł w tym – pisał Wyszkowski -, że WSW nie była służbą suwerenną, a tylko oddziałem GRU, czyli sowieckiego wywiadu wojskowego. Co wiedzieli agenci WSW/WSI, wiedzieli również Rosjanie. Trzymanie pieczy nad młodymi talentami politycznymi, którzy w rekordowo szybkim tempie znaleźli się w elicie władzy III RP, z pewnością było zadaniem, którego nie zlekceważyli.”
Z artykułu zatytułowanego „Don Null” zamieszczonego w „Gazecie Polskiej” z 2007 roku, dowiemy się, że  „New York Times”, pisząc 12 kwietnia 1992 r. o sponsorze „Metra” – Wiktorze Kubiaku podkreślał, że biznesmen  finansuje polską partię - Kongres Liberalno Demokratyczny.
Gdy w roku 2001 powstawała kolejna mutacja KLD – Platforma Obywatelska, wśród jej założycieli znaleźli się m.in. ludzie komunistycznego wywiadu z Departamentu I MSW.
Do dziś nie wiemy – jakie były źródła finansowania pierwszej partii Tuska  i kto wyłożył pieniądze na powstanie Platformy. Informacje ujawnione przez Mariusza Kamińskiego pozwalają jednak dostrzec istotne podobieństwo mechanizmów.
Dla wyjaśnienia tych spraw nie powstanie żadna sejmowa komisja, musiałaby bowiem ujawnić fundamenty, na których zbudowano obecne państwo. Prawdę poznamy dopiero, gdy ono upadnie.




sobota, 28 maja 2011

INDEKS TEKSTÓW NIENAPISANYCH

Historia literatury zna indeksy ksiąg nienapisanych, powstałe dla upamiętnienia niespełnionych obietnic i próżnych deklaracji twórców. Przypominały nie tylko o niezrealizowanych pomysłach literackich, ale stanowiły świadectwo ludzkich zaniechań i odrzuconych powinności. Jestem przekonany, że historycy okresu  III RP sporządzą w przyszłości ogromny indeks tekstów nienapisanych – jako dowód hańby dzisiejszych czasów i przestrogę dla przyszłych pokoleń.
Być może, ten właśnie tekst otworzy ów indeks.

Z oświadczenia Prezydium Konferencji Episkopatu Polski.

Trwamy w dziękczynieniu za wyniesienie na ołtarze błogosławionego Jana Pawła II. Przyjmujemy jego wezwanie do otwierania Chrystusowi wszystkich obszarów naszego życia osobistego, społecznego i narodowego. Przypominamy jego naukę o wolności, która jest darem i zadaniem, zobowiązującym nas do wybierania większego dobra i do szacunku wobec każdego człowieka; także tego, który inaczej rozumie dobro Ojczyzny i Kościoła.

W tym kontekście z wielkim bólem przyjęliśmy bezprzykładne ataki na pamięć i osobę śp. Prezydenta Rzeczypospolitej Lecha Kaczyńskiego, jakie miały miejsce za Jego życia i po śmierci. W sposobie oceny postawy państwowej i społecznej zmarłego Prezydenta zostały nie tylko podeptane normy chrześcijańskiej miłości, ale i ludzkiej uczciwości oraz obowiązującego każdego człowieka szacunku wobec tych, którzy odeszli. Posunięto się do oszczerstwa, które obciąża przede wszystkim sumienia mówiących, ale także tych, którzy zgadzają się na tego typu wypowiedzi, a nawet je nagłaśniają. W tym kontekście zwracamy uwagę na moralną odpowiedzialność środków społecznego przekazu, zwłaszcza tych, które uważają się za katolickie.

Wolno dyskutować z poglądami bliźnich i nie zgadzać się z nimi, także z poglądami tych, którzy odeszli, ale to, co się stało w Polsce po tragicznym dniu 10 kwietnia 2010 roku jest radykalnym przekroczeniem zasad kultury i prawdy.
Jeszcze raz apelujemy do wszystkich o odpowiedzialność za słowo, które powinno argumentować, przekonywać, ale nigdy nie może ranić i niszczyć.

Warszawa, 23 maja 2011 r.





Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

środa, 25 maja 2011

POLSKA NA PODSŁUCHU

Gdybyśmy serio potraktowali oświadczenie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że jej „podstawowym zadaniem jest wiedzieć -  możliwie wcześnie i możliwie dużo -  aby skutecznie neutralizować zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa”, powinniśmy już dziś żyć w najbezpieczniejszym państwie Europy i nie odczuwać jakichkolwiek zagrożeń.
Z opublikowanego niedawno raportu Komisji Europejskiej wynika bowiem, że Polacy są najbardziej podsłuchiwanym i inwigilowanym narodem w Unii, a w ilości stosowanych podsłuchów zajmujemy zaszczytne, pierwsze miejsce wśród wszystkich państw wspólnoty.   Raport KE podaje, że w 2010 roku policja i służby specjalne sięgnęły po 1,3 mln naszych billingów telefonicznych i odbyło się to bez żadnej kontroli sądowej czy prokuratorskiej, a także bez wiedzy osób, których to dotyczyło. Organy ścigania w Czechach, we Francji czy w Wielkiej Brytanii zaglądały do takich danych trzy, a w Niemczech 35 razy rzadziej, niż dzieje się to w Polsce. Polacy – przestrzega raport - żyją pod stałym i czujnym okiem policji i służb specjalnych.
Już z danych ujawnionych w ub. r. przez Fundację Panoptykon można było się dowiedzieć, że służby III RP ponad milion razy sięgały po billingi naszych rozmów telefonicznych i gromadziły wiedzę na temat aktywności Polaków w internecie. Ponieważ dane te dotyczyły tylko działań w ramach kontroli sądowej, trzeba uznać, że co najmniej drugie tyle podsłuchów zostało założone bez wiedzy sądu.
Trudno o bardziej twardy dowód, że rząd PO-PSL, stosując na ogromną skalę inwigilację własnych obywateli zmierza wprost do miana państwa policyjnego. Jest to wniosek uprawniony, ponieważ ilość danych gromadzonych przez służby nie ma żadnego związku z poprawą stanu bezpieczeństwa Polaków bądź z bezpieczeństwem państwa i - jak się okazuje - służy przede wszystkim zabezpieczeniu interesów obecnej władzy
Przyczyna tego stanu tkwi m.in. w obowiązujących przepisach, skonstruowanych tak, by zapewniały rządzącym  kontynuację praktyk PRL-u. W państwie policyjnym, nikt bowiem nie kontrolował zasadności stosowania inwigilacji, a zebrana w sposób tajny wiedza służyła do nadzoru nad społeczeństwem i wymuszania posłuszeństwa wobec władzy oraz była wykorzystywana przeciwko przeciwnikom politycznym.
W państwie prawa środki techniki operacyjnej pozostają pod ścisłą kontrolą, a informacje uzyskane z podsłuchów służą przede wszystkim potrzebom procesowym. Jeżeli nie mają znaczenia dowodowego, są komisyjnie niszczone, a w niektórych krajach osoby podsłuchiwane są powiadamiane o takich sytuacjach.
Obowiązująca w PRL-u zasada rozdzielenia czynności operacyjnych od procesowych, umożliwiała gromadzenie teczek na każdego, bez żadnej weryfikacji sądowej. Ten podział zachowano po 1989 r. i do dzisiaj policja bądź ABW może zbierać informacje operacyjne o obywatelach bez planu wykorzystania ich w sądzie, a nawet bez potrzeby wskazywania przyczyn gromadzenia danych.
Kontrola sądowa nad tym procederem jest fikcyjna, choć formalnie zgodę na zastosowanie podsłuchu musi wydać sąd. Decyzję podejmuje jednak jeden sędzia, opierając się wyłącznie na materiałach przekazanych przez służby. Jednak i wówczas mogą one korzystać z furtki w przepisach, pozwalającej w sprawach nagłych (w zależności od uznania służb) na stosowanie przez kilka dni podsłuchu bez zgody sądu. Jeszcze gorzej wygląda sprawa z kontrolą  billingów telefonicznych, z których wiedza (kto z kim i kiedy rozmawiał) bywa najczęściej gromadzona.  Zasad uzyskania bilingów nie normują bowiem żadne przepisy. Wystarczy indywidualne uzgodnienie z operatorem.
Służby III RP mogą zatem podsłuchać każdego – za zgodą prokuratora i sądu lub bez ich zgody. Celowość stosowania środków zależy wyłącznie od uznaniowości szefów służb oraz od bieżących potrzeb władzy. Jakiekolwiek próby ograniczenia tego procederu, są odrzucane przez rządzących, a uchwalane w czasie rządów PO-PSL ustawy przyczyniły się do zwiększenia (i tak już niebotycznych) uprawnień w tym zakresie.
Za sprawą Rzecznika Praw Obywatelskich i kilku odważnych dziennikarzy stosowanie podsłuchów przez obecną ekipę staje się tematem poruszanym co kilka miesięcy i za każdym razem stwarza okazję do kolejnego, propagandowego wystąpienia  Donalda Tuska. Gdy w październiku 2009 roku ujawniono, że ABW podsłuchiwała rozmowy Cezarego Gmyza i Bogdana Rymanowskiego, prowadzone z telefonu Wojciecha Sumlińskiego, Donald Tusk natychmiast zapowiedział przeprowadzenie kontroli i złożył deklarację zmiany przepisów dotyczących zakładania podsłuchów. Jako urzędnik odpowiedzialny osobiście za wszystkie służby specjalne, wykazał się przy tym  kompletną ignorancją przyznając, że nie ma żadnej wiedzy na temat liczby stosowanych podsłuchów, ponieważ się tym nie interesował.
Wkrótce mogliśmy się dowiedzieć, jak premier rządu traktuje własne deklaracje i ile znaczy słowo polityka PO.
O zmianę przepisów dotyczących podsłuchów zwracał się wówczas do premiera Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski, alarmując, iż „stosowania tzw. podsłuchów pozaprocesowych nie gwarantują konstytucyjnego prawa obywateli do prywatności, wolności i ochrony tajemnicy komunikowania się”. Kilka miesięcy później, pięcioosobowy skład Trybunału Konstytucyjnego wydał postanowienie sygnalizacyjne w sprawie przepisów regulujących stosowanie podsłuchów przez ABW. Trybunał sugerował Sejmowi podjęcie prac nad doprecyzowaniem zapisu ustawy, który stanowi, iż do zadań ABW należy rozpoznawanie, wykrywanie i zapobieganie przestępstwom "godzącym w podstawy ekonomiczne państwa". Zdaniem TK zapis ten "narusza standardy demokratycznego państwa prawnego, wynikające z konstytucji i orzecznictwa TK" bowiem przy wystąpieniu ABW do sądu o zarządzenie kontroli operacyjnej, czyli np. podsłuchu telefonicznego lub tajnego podglądu, nie wymaga sprecyzowania rodzaju przestępstwa, a tym samym "uniemożliwia identyfikację typów przestępstw określonych przez ustawę karną".
Również nowa RPO Irena Lipowicz, przekazała Tuskowi na początku stycznia br. analizę prawną, z której wynikało, że przepisy o pobieraniu danych telekomunikacyjnych są sprzeczne z konstytucją. Postulowała zatem wprowadzenie wielu ograniczeń i zmianę prawa.
W marcu br. mogliśmy się dowiedzieć, że Jacek Cichocki, sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych przy premierze, odrzucił większość tych postulatów, a stan prawny w kwestii podsłuchów nie ulegnie poprawie. Przeciwnie – obecna władza planuje poszerzenie zakresu inwigilacji obywateli, najwyraźniej dążąc do osiągnięcia standardów białoruskich i rosyjskich.
Projekt ustawy wprowadzającej zmiany w kompetencjach dziewięciu służb specjalnych przewiduje np. dodatkowe przywileje dla wywiadu skarbowego, będącego de facto „przybudówką” ABW  i zakłada wyłączenie  tej służby spod nadzoru parlamentarnego.
W przypadku służb skarbowych dopisany został do ustawy o kontroli skarbowej nowy punkt  - art. 36, który dopuszcza wykorzystanie informacji z podsłuchów telefonicznych w „innych postępowaniach kontrolnych". W praktyce oznacza to, że jeśli podsłuchiwana osoba ujawni w trakcie rozmowy telefonicznej podejrzane interesy osoby trzeciej, wywiad skarbowy będzie mógł tę informację wykorzystać i na jej podstawie wszcząć postępowanie wobec tej osoby oraz zastosować wobec niej środki kontroli operacyjnej, w tym podsłuch. Takiego prawa nie posiada dziś żadna inna służba.
Do najnowszych projektów służących zwiększeniu możliwości inwigilacji obywateli należy też zaliczyć projekt ustawy o zapewnieniu bezpieczeństwa w związku z organizacją Turnieju Euro 2012, w którym znalazł się zapis pozwalający Policji na „pobieranie, uzyskiwanie, gromadzenie, przetwarzanie, sprawdzanie i wykorzystywanie informacji w tym danych osobowych o osobach mogących stwarzać lub stwarzających zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego”. Choć ustawa powstała w związku z turniejem Euro i dane zgromadzone przez służby winny zostać zniszczone po jego zakończeniu, przewiduje się możliwość ich dalszego wykorzystania  „jeśli okażą się przydatne dla Policji”. Tworzy się zatem kolejny przepis, na podstawie którego służby Donalda Tuska będą mogły bez żadnych ograniczeń gromadzić wiedzę o obywatelach.
Raport Komisji Europejskiej wyraźnie wskazuje, że obecny rząd stosuje podsłuchy na skalę niespotykaną w innych krajach UE. Tymczasem, gdybyśmy chcieli oceniać to zjawisko po ilości przypadków ujawnionych przez rządowe media, niewielu Polaków miałoby świadomość rozmiaru zagrożeń. Przed opinią publiczną przemilczano nawet działania inwigilacyjne stosowane przez ABW wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki – choć w każdej demokracji ta sprawa byłaby niewyobrażalną aferą wywołała polityczne trzęsienie ziemi. Masowy proceder podsłuchów i związana z nim samowola służb, korzystają zatem z propagandowej osłony medialnej, a ośrodki prasowe i telewizyjne są częścią systemu dezinformującego społeczeństwo.
Z tego, co zostało już ujawnione, jasno wynika, że obecna władza stosuje podsłuch przede wszystkim w obronie własnych interesów, a sięgając bez kontroli sądowej po nasze bilingi narusza prawo do swobody komunikowania oraz tajemnic zawodowych – adwokackich czy dziennikarskich. Taka teza znalazła się m.in. w raporcie Naczelnej Rady Adwokackiej zatytułowanym "Retencja danych: troska o bezpieczeństwo czy inwigilacja obywateli" zaprezentowanym przed kilkoma dniami.
Znajduje ona potwierdzenie w ujawnionych przypadkach podsłuchiwania dziennikarzy, krytycznie opisujących działania władzy, gdzie informacje zdobyte metodami operacyjnymi, w tym podsłuchy rozmów z adwokatami, zostały następnie wykorzystane w prywatnym procesie wiceszefa ABW.  Zdaniem wielu prawników, najbardziej bulwersujące było w tej sprawie naruszenie przez prokuraturę tajemnicy dziennikarskiej, bowiem podsłuchy były gromadzone również w celu ustalenia informatorów dziennikarzy. Każda wiedza uzyskana tą drogą, w tym dotycząca życia prywatnego dziennikarzy, ich wzajemnych relacji czy spraw rodzinnych ma istotne znaczenie, może bowiem zostać wykorzystana do zastraszenia, szantażu lub wywarcia presji. Tego rodzaju „rozpoznanie środowiska prowadzącego wrogą działalność” było cechą policji politycznej PRL, dlatego należy  mówić o oczywistej analogii i swoistej kontynuacji przez służbę Krzysztofa Bondaryka tej bezpieczniackiej „tradycji”.
Nie ma wątpliwości, że raport KE, wystąpienie NRA czy inne apele w kwestii stosowania podsłuchów, nie będą miały wpływu na praktyki obecnego rządu i jego służb. Nie będą, ponieważ inwigilacja społeczeństwa, w tym przeciwników politycznych stanowi kumulatywną cechę każdej antydemokratycznej władzy, usiłującej zachować swoje wpływy metodami policji politycznej. Rezygnacja z tych metod – szczególnie w okresie przedwyborczym, mogłaby pozbawić rządzących instrumentów, bez których ta władza zostałaby skazana na upadek. Ponieważ obserwujemy nieskrywaną i gwałtownie postępującą recydywę państwa policyjnego, również stosowanie podsłuchów i elektronicznej inwigilacji stanie się jeszcze bardziej powszechne i wyjęte spod kontroli.
Tuż pod dojściu do władzy PO-PSL, gdy rozkręcano spiralę antypisowskiej histerii, najgorętszy zwolennik obecnego rządu Lech Wałęsa grzmiał:  „Przede wszystkim trzeba PiS dokładnie rozliczyć za ostatnie dwa lata. Nikt przecież wtedy nie myślał, że [...] do władzy dojdą ludzie, którzy będą wykorzystywać podsłuchy i służby do celów politycznych, i którzy, mając większość w Sejmie, zaczną rozwiązywać wszystko, co zechcą. Dlatego teraz trzeba wypunktować wszystkie te błędy, pokazać wyraźnie ludziom, do czego PiS doprowadziło swoimi rządami, i nie dopuścić, by coś takiego się powtórzyło.”
Takiej oceny grupy rządzącej nie powtórzy dziś żaden z tchórzliwych „autorytetów” III RP. Trzeba więc, żebyśmy sami rozliczyli ich za życie na podsłuchu.


Artykuł opublikowany w nr 21/2011  Gazety Polskiej. 

niedziela, 22 maja 2011

PRAWICOWY KOD IGORA JANKE

Od dawna podejrzewałem, że redaktor Igor Janke jest stronnikiem PiS-u i wykonuje dobrą robotę na rzecz partii Kaczyńskiego. Już przed rokiem w tekście „JAK IGOR JANKE KOMOROWSKIEGO ZDEMASKOWAŁ” sygnalizowałem, że w osobie dziennikarza „Rzeczpospolitej” znajdujemy skrytego wyznawcę konserwatywnych poglądów i dobroczyńcę  zadeklarowanych wyborców Kaczyńskiego”.
Nietrudno było się tego domyśleć po lekturze artykułu „Komorowski tłumów nie porwie” z 28 marca 2010 roku, w którym Janke, w sposób wielce inteligentny przemycił treści kompromitujące kandydata PO na prezydenta i objawił nam plany środowiska Platformy.  Obawiałem się nawet, że tak obcesowe wyjawienie istoty przekazu, może zaszkodzić popularnemu dziennikarzowi i postawi go w mocno niekorzystnym położeniu. Na szczęście niszowy charakter mojego bloga i ogólne przeświadczenie o „teoriach spiskowych” Ściosa, uchroniły pana Igora od przykrości, jakie mogły go spotkać po ujawnieniu prawdziwych intencji.
Co jednak począć, gdy redaktor Janke ponownie opublikował artykuł, w którym aż roi się od doskonale zakamuflowanych, propisowskich stwierdzeń? Jak nie wykorzystać tej sytuacji, by udowodnić niedowiarkom, że wśród dziennikarzy „Rzeczpospolitej” mamy gorliwych sprzymierzeńców, którzy pod szatą  politpoprawnej bezstronności noszą  zbroje żołnierzy Kaczyńskiego i gorące serca po prawej stronie? Byłoby też aktem niewdzięczności nie docenić tych wysiłków lub przemilczeć głos naszych dobrodziei. 
Powiedzmy zatem otwarcie, że w nowym artykule dziennikarza „Rzeczpospolitej”  zatytułowanym „Naród Kaczyńskiego” otrzymaliśmy niezwykle głęboką wręcz filozoficzną analizę polskiej rzeczywistości. Nieczęsto w polskiej publicystyce pojawiają się teksty tak doniosłe i wnikliwe, a jednocześnie pisane prostym i  przystępnym językiem.
Z tym większym zaskoczeniem przyjąłem głosy krytyczne wobec artykułu. Można je wyjaśnić, gdy pochodziły ze strony zwolenników obozu rządowego. Czym jednak  - jeśli nie brakiem zrozumienia, wytłumaczyć nieżyczliwe reakcje blogerów prawicowych i nierozumne pretensje pod adresem autora? Najwyraźniej wielu z nich żyje w świecie łatwych stereotypów lub zapomniało o niezastąpionej w trudnych czasach umiejętności  czytania „między wierszami”.
A tymczasem, już sam tytuł publikacji nie pozostawia wątpliwości, że autor należy do grona dziennikarzy prawicowych i swoim piórem służy dobrej sprawie. Bo czy można dobitniej przedstawić w dwóch słowach koncepcję identyfikacji zwolenników Jarosława Kaczyńskiego jako przedstawicieli narodu?  W samym tekście artykułu bez trudu dostrzeżemy, że  wskazane zostały wszystkie cechy przynależne wspólnocie narodowej, a zatem język, kultura, system wartości i poczucie odrębności – bez których istnienie narodu byłoby niemożliwe.
To twierdzenie o kolosalnym znaczeniu i  konsekwencjach. Jeśli bowiem Igor Janke nazwał ów „lud pisowski” narodem i trafnie przypisał mu „własne więzi społeczne, symbole i tradycje” – o jakiej wspólnocie narodowej mógł napisać? Nie sposób przecież przypuszczać, by w obrębie jednej zbiorowości, jednej kultury i historii  mogły istnieć dwa narody. Skoro więc autor mówi o „narodzie Kaczyńskiego” i nazywa go „odrębnym światem, z własnym systemem wartości, własnymi emocjami, wiarą, własnymi bohaterami, symbolami, rytuałami. I wrogami.” – czy może mieć na myśli jakikolwiek inny naród niż polski?
Niepodobna sądzić, że używając tego terminu Janke potraktował go niczym epitet lub mianem narodu określił grupę ludzi, którymi gardzi lub wobec których żywi niechęć. Jestem przekonany, że gdyby miał takie intencje, użyłby właściwego słowa „sekta” i w czytelny sposób ujawnił swój stosunek wobec 6 milionów Polaków – wyborców PiS-u. Znając bezkompromisowość i odwagę autora – nie wątpię, że tak właśnie by postąpił.
Tym bardziej, nie sposób dopatrywać się perfidnego szyderstwa. Autor należy  bowiem do ludzi szanujących system prawny i odnoszących się z atencją nawet do przeciwników politycznych i musi pamiętać, że polskie prawodawstwo przewiduje karę 3 lat pozbawienia wolności za znieważanie narodu. 
Nie przypuszczam również, by dziennikarz „Rzeczpospolitej” nie rozumiał definicji tego słowa lub przypisywał mu znaczenie inne, niż  wynika z wiedzy na poziomie gimnazjalnym. Musimy zatem przyjąć, że pisząc o „narodzie Kaczyńskiego”,  Igor Janke pisał o narodzie polskim i świadomie utożsamił wyborców PiS-u z Polakami.
Ta, jakże ważna konstatacja najwyraźniej umknęła uwadze większości odbiorców, to zaś pozbawiło ich  zdolności prawidłowego odczytania kodu autora.
Janke pisze przecież wyraźnie: „Naród Kaczyńskiego ma też inną rzecz niezbędną, aby czuć silną wspólnotę. Wspólnego, śmiertelnego wroga – Donalda Tuska. To symbol całego zła, sprawca wszelkich nieszczęść”, wskazując tym samym na inną właściwość,  niezbędną dla istnienia narodu.
To przecież poczucie odrębności wyznacza granice tego, kim jesteśmy, do jakiego kręgu kultury należymy i co identyfikujemy jako nasze. Wskazanie wrogów, nazwanie obcych - pełni ważną funkcję i buduje grupową solidarność. Jest konieczne, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Jeśli nawet Janke – chcąc osiągnąć mocniejszy efekt, wyolbrzymia rolę formalnego przywódcy grupy rządzącej, to przecież trafnie dostrzega w nim wroga „narodu Kaczyńskiego” – narodu polskiego. Bezbłędnie autor artykułu wskazuje na odwiecznych wrogów Polski – Niemców i Rosjan –  pisząc, iż Donald Tusk jest „sojusznikiem obu mocarstw. Los Berlina i Moskwy jest bliższy jego sercu niż los Warszawy i Gdańska.”
 Jest to teza bliska wszystkim Polakom, oceniającym okres rządów obecnej ekipy, jako czas wasalizacji oraz niszczenia i dezintegracji  państwa. Zdaniem Jankego, ta odważna konkluzja jest konieczna, by pokazać rzeczywistą dychotomię My – Oni, poprzez którą odnajdujemy autentyczną narodową tożsamość. Temu również służy mocno podkreślana przez autora odrębność „narodu Kaczyńskiego” w obszarze niezależnej kultury, posiadania wolnych mediów, „filmowców, autorów kilku ważnych filmów dokumentalnych” - tego co Janke, używając czytelnego kodu, nazywa „drugim obiegiem”. Czy nie na takiej samej podstawie identyfikowaliśmy się jako naród w okresie PRL-u, tworząc wolny od komunistycznego kłamstwa własny świat kultury?
Konsekwencje myśli autora „Rzeczpospolitej” sięgają jednak znacznie dalej. Bo skoro w obrębie jednej historii, kultury i tradycji  nie mogą istnieć dwa narody, a naród Kaczyńskiego jest narodem polskim – powstaje pytanie: kim są pozostali, kim są ludzie identyfikujący się z grupą rządzącą? Jakie miano przypisać wszystkim, którzy znaleźli się poza wspólnotą, tak wyraziście opisaną przez Igora Janke?
Autor nie udziela nam odpowiedzi wprost, jednak umieszcza w swoim tekście wskazówki pozwalające samodzielnie ustalić odpowiedź na to pytanie. „Ten naród – pisze Janke - można było zobaczyć 10 kwietnia tego roku na Krakowskim Przedmieściu. Silnie przeżywający, składający hołd swoim bohaterom, jednoczący się wobec własnej martyrologii i wspólnego wroga”. I dalej – „Mitem założycielskim jest ich śmierć w katastrofie smoleńskiej oraz wspomnienie niezwykłych pierwszych dni po tragedii. Jednak ważne dla budowania tożsamości tego narodu były też późniejsze reakcje władz państwa i stolicy, ich niechęć wobec krzyża, pomnika, a nawet wobec palenia zniczy i układania kwiatów upamiętniających ofiary.”
Nie sposób wyrazić tego jaśniej. Śmierć w katastrofie smoleńskiej ponieśli najważniejsi przedstawicie narodu – dowódcy polskiej armii, reprezentanci parlamentu, szefowie instytucji państwa. Śmierć poniósł prezydent, którego Konstytucja RP nazywa „najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej”.
Ocena wymiaru tej tragedii poprzez pryzmat sympatii i poglądów politycznych bądź dostrzeganie w niej wyłącznie aktu zagłady oponentów – jest nie tylko nieludzkie ale przede wszystkim antypaństwowe i antynarodowe.
Naród polski nie może zatem godzić się na degradowanie znaczenia tej tragedii, na niszczenie dobrego imienia ofiar, na walkę z pamięcią o nich i z prawdą o ich śmierci.  Ta martyrologia jest integralnym elementem polskości, przynależąc do niej w równym stopniu, jak pamięć o ofiarach Katynia i kto ją podważa, musi podważać całą historyczną pamięć Polaków. 
Gdy Janke pisze o ”niechęci władz państwa wobec krzyża, pomnika, a nawet wobec palenia zniczy i układania kwiatów upamiętniających ofiary” , czy nie wskazuje nam działań niezgodnych z polską tradycją?
W tej tradycji nie ma miejsca na drwiny ze zmarłych rodaków. Nie ma miejsca na podważanie  prawa do dochodzenia prawdy o śmierci osób bliskich. Nie ma miejsca na zakazywanie czci zmarłym. Ci, którzy tak czynią, sami stawiają się poza tradycją narodową i ujawniają elementarny brak więzi  z polskością. Są tylko bękartami w granicach naszej ojczyzny. Apatrydami i ludźmi bez ziemi. Są obcymi – których należy się pozbyć, by odzyskać Polskę.
Nie ma wątpliwości, że dla Igora Janke jest tylko jedna Polska i tylko z nią utożsamia „naród Kaczyńskiego”. Wyraźnie widzimy, że tragedia smoleńska nie rozbiła nas na „dwie Polski”, nie przecięła linią politycznych podziałów.  Obnażyła to tylko, co ukrywano przez dziesięciolecia i odsłoniła prawdę, której bano się wykrzyczeć.  Nie sposób przecież trafniej, niż czyni to Janke wskazać jakichkolwiek innych „więzi społecznych, symboli i tradycji”  utożsamianych z polskością. Autor nawet nie próbuje tego zabiegu, pozostawiając nienazwaną tę część społeczeństwa, która nie należy do „ludu pisowskiego”. Ta  nieokreśloność i przemilczenie stanowi w istocie najmocniejszy akt oskarżenia.
Mam nadzieję, że redaktor Janke zechce mi wybaczyć demaskację jego poglądów – tak bliskich i zbieżnych z moimi ocenami polskiej rzeczywistości. Ponownie liczę, że ukazanie prawdziwego oblicza dziennikarza „Rzeczpospolitej” nie sprowadzi na niego problemów, jakie pod rządami obecnego układu dotykają niezależnych, prawicowych publicystów. Myśli Igora Janke były jednak nazbyt cenne, by zaniechać egzegezy tekstu i nie ukazać jego autentycznej głębi.
Uczyniłem to również w przeświadczeniu, że w osobie pana Janke znajdujemy sprzymierzeńca i orędownika dobrej sprawy. Odwaga, z jaką wpływowy publicysta „Rzepy” obnaża realia III RP, pozwala upatrywać w nim rzecznika naszych interesów. Zachęcam zatem wszystkich, by skorzystali z tej odważnej postawy dziennikarskiej i kierowali do Igora Janke apele o zadawanie rządzącym pytań, na które od ponad roku nie możemy otrzymać odpowiedzi. Dotyczą one przede wszystkim obszaru związanego z tragedią smoleńską, w tym decyzji podjętej przez Donalda Tuska  o oddaniu całego śledztwa  w ręce Rosji i zawartej w tej sprawie umowy z płk Putinem. Kto, jeśli nie autor „Narodu Kaczyńskiego”, mógłby mieć odwagę, by zadać te pytania rządzącym? W kim innym moglibyśmy upatrywać rzecznika interesów narodowych?
Igor Janke wie przecież, że nie jesteśmy już „ani zastraszeni, ani zahukani”. Jesteśmy „pewni siebie i gotowi na długi marsz”, w którym mamy prawo oczekiwać, że dziennikarze staną po naszej stronie i nie zasłużą na miano bękartów.



piątek, 20 maja 2011

ALBO-ALBO

"Premier Tusk popełnił przestępstwo, oddając postępowanie w sprawie katastrofy smoleńskiej całkowicie w ręce Rosji i pozbawiając przy tym Polskę jakichkolwiek narzędzi do zbadania tej katastrofy.” W tym niedawnym oświadczeniu Antoniego Macierewicza zawarte jest  jedno z najważniejszych i przełomowych stwierdzeń, porządkujących naszą wiedzę na temat rzeczywistego przebiegu śledztwa w sprawie tragedii smoleńskiej.
Informacja, że ok. 15 kwietnia 2010 roku Donald Tusk i Władimir Putin zawarli tajne porozumienie na mocy którego wojskowe komisje – polską i rosyjską, pracujące dotychczas w Smoleńsku, zastąpiono  rosyjską komisją gen. Anodiny, pozwala spojrzeć na działania strony polskiej z  całkowicie innej perspektywy.
Pojawia się bowiem podstawowe pytanie - o przyczynę takiej decyzji premiera Polski. Co sprawiło, że prowadzone przez cztery dni postępowanie (według porozumienia z 1993 r.), zostało nagle złamane i Polska odstąpiła od korzystnego dla nas procedowania? Dlaczego wojskową komisję płk Mirosława Grochowskiego, pracującą już efektywnie w Smoleńsku zastąpił Edmund Klich? Z jakich powodów przyjęto nagle załącznik 13 konwencji chicagowskiej jako nową podstawę prawną w sprawie badania katastrofy smoleńskiej?
Decyzja Donalda Tuska o oddaniu całego postępowania w ręce Rosji, pozbawiła nas  trwale jakiejkolwiek  możliwości samodzielnego działania i postawiła w kompromitującej roli petenta wobec płk Putina.  Co więcej - 27 kwietnia 2010 roku zmieniono rozporządzenie MON w sprawie organizacji oraz zasad funkcjonowania Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, poszerzając kompetencje premiera w sposób niezgodny z ustawą Prawo lotnicze. Na podstawie tak spreparowanego rozporządzenia powołano następnie Komisję Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (tzw. komisję Millera), która w świetle obowiązującego prawa i tak nie ma kompetencji do badania katastrofy smoleńskiej, skoro wcześniej (na podstawie załącznika 13) wyrażono zgodę na działania rosyjskiej komisji MAK.
W ocenie ekspertów, sposób zawarcia umowy międzynarodowej Donalda Tuska z Putinem stanowił tzw. delikt konstytucyjny i był niezgodny z polskim prawem, w tym z Konstytucją RP. Tego rodzaju umowa wymagałaby bowiem zgody Sejmu, Senatu i prezydenta oraz publikacji w Dzienniku Ustaw i notyfikacji w ONZ.
Powyższe ustalenia są efektem ostatniego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy z 10 kwietnia z udziałem prof. dr hab.Marka Żylicza, członka rządowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego i eksperta w dziedzinie międzynarodowego prawa lotniczego.
W państwie demokratycznym, tak istotne informacje podane przez przewodniczącego parlamentarnego zespołu największej partii opozycyjnej, wywołałyby natychmiastową reakcję wolnych mediów i zmusiły premiera do przedstawienia obszernego wyjaśnienia motywów  i okoliczności swoich działań. Od tych wyjaśnień, zależałby los obecnego rządu i ewentualny zakres odpowiedzialności karnej lub politycznej urzędników państwowych. W posttotalitarnej III RP – państwie wszechwładzy monopartii i ośrodków rządowej propagandy, byłoby absurdem oczekiwanie na tego rodzaju odzew. Jesteśmy zatem zdani na samodzielne wnioski.
Wiemy, że istnieją tylko dwie możliwości.
Pierwsza zakłada skrajną nieudolność, niekompetencję, a wręcz głupotę polskiego premiera, który w czasie największej próby dla państwa rezygnuje dobrowolnie z korzystnych i prawidłowych rozwiązań prawnych i przystaje na dyktat rosyjskiego premiera.  Dla takiej decyzji, podjętej w warunkach błędnej oceny skutków, złego doradztwa bądź fałszywej kalkulacji – nie ma politycznego usprawiedliwienia, nawet przy zastosowaniu przesłanki dobrej woli . W tej perspektywie - ludzie odpowiedzialni za politykę państwa są ignorantami i nieudacznikami, a w ocenie Rosji kierują się irracjonalnymi przesłankami przyjmując słowa i gesty władz rosyjskich, jako oznakę rzeczywistych intencji. Taki rząd prowadziłby politykę infantylną, oportunistyczną, kierując się doraźnym interesem lub względami wizerunkowymi. Ocena działań takiego rządu musiałaby prowadzić do określenia stopnia niedopełnienia obowiązków lub przekroczenia uprawnień przez jego członków.
Druga z możliwości, zakłada celowe i świadome odstąpienie od prerogatyw suwerennego państwa, umyślne wprowadzenie w błąd polskiej opinii publicznej i współuczestnictwo wraz z rządem obcego mocarstwa w działaniach zmierzających do ukrycia prawdziwych okoliczności śmierci polskiego prezydenta i najwyższych urzędników państwowych. Patrząc z tej perspektywy - rząd Donalda Tuska i podległe mu służby z rozmysłem przyjęłyby dyktat płk Putina i nie informowały Polaków o rzeczywistych intencjach Rosji, utrzymując społeczeństwo w przeświadczeniu, że ma do czynienia z państwem przyjaznym i prawidłowymi działaniami śledczymi. Zgoda na wycofanie polskiej komisji wojskowej i oddanie całego śledztwa w ręce Rosjan, stanowiłaby zatem najpoważniejszy akt  zdrady interesów państwa polskiego i wiązała się z pełną odpowiedzialnością karną.
Ponieważ polityka państwa musi kierować się realizmem i koniecznością obrony własnych interesów, zaś decyzje podejmowane przez rządy muszą uwzględniać fakty i racjonalne przesłanki – nie ma żadnej „trzeciej możliwości” dla wyjaśnienia podłoża decyzji Donalda Tuska. Cokolwiek ponad – będzie sofizmatem.
Jeśli zaledwie popełnił błąd – minimalną konsekwencją winna być natychmiastowa dymisja i odejście w polityczny niebyt. Ocena stopnia owego błędu, w zakresie odpowiedzialności urzędniczej, należałaby do organów sprawiedliwości.
Jeśli natomiast działał z premedytacją na szkodę interesów własnego państwa  - musi mieć świadomość, że  niezależnie jak długo uda mu się utrzymać władzę, przyjdzie czas, gdy poniesie  odpowiedzialność karną.


Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie. 

środa, 18 maja 2011

OSTATNI MECZ DONALDA TUSKA

Nawet po latach rządów obecnego układu i doświadczeniach związanych z  tragedią smoleńską, wciąż niewiele osób zdaje się dostrzegać, że strategia większości działań Donalda Tuska oraz logika decyzji podejmowanych przez grupę rządzącą nie ma nic wspólnego z  regułami gier politycznych, a należy do kanonu złożonych czynności, właściwych dla arsenału służb specjalnych. Z tego powodu, analiza poszczególnych decyzji będzie zwykle obarczona błędem wynikającym z założenia, że ludzie ci prowadzą politykę w ramach wydolnego systemu demokratycznego, a celem ich działań jest jakiekolwiek dobro publiczne i troska o obywateli. Taką wizję narzucają nam ośrodki propagandy, próbując objaśniać rzeczywistość III RP poprzez mechanizmy obowiązujące w dojrzałych demokracjach.
Tymczasem począwszy od afery marszałkowej, tarczy antyrakietowej, pułapki smoleńskiej, wyborów prezydenckich czy śledztwa w sprawie tragedii z 10 kwietnia (by wymienić te najważniejsze)  mamy do czynienia z różnego rodzaju kombinacjami planowych działań podejmowanych przy współudziale instytucji państwa (w tym ludzi służb specjalnych) mających za cel takie oddziaływanie na przeciwnika, by poprzez  wprowadzenie w błąd i wykorzystanie tego błędu doprowadzić go do pożądanych zachowań, a tym samym umożliwić realizację interesów grupy rządzącej. Sytuacja wewnętrzna Polski oraz pozycja naszego kraju w świecie dowodzi, że są to kombinacje skuteczne, prowadzące faktycznie do demontażu państwa i wcielenia nas w orbitę wpływów niedawnego okupanta.
Jeśli z takiej perspektywy spróbujemy spojrzeć na obecną akcję represyjną wobec kibiców piłkarskich, może się okazać, że cel tych działań jest dość odległy od ujawnionych już intencji i wykracza poza aktualne domysły. Sprawie tej warto poświęcić uwagę, bo na jej przykładzie łatwo wykazać, że pozornie chaotyczne i incydentalne działania grupy rządzącej mogą prowadzić do znacznie poważniejszych następstw i nie mają nic wspólnego z dbałością  o stan bezpieczeństwa czy dobro obywateli. 
Przede wszystkim zwraca uwagę fakt, że do rozprawy z rzekomymi „kibolami” przygotowywano się od kilku miesięcy, a wydarzenia bydgoskie stanowią zaledwie jeden z elementów bardziej złożonej strategii. Już na początku lutego br. komendant główny Policji powołał zespoły Centralnego Biura Śledczego ds. „walki z przestępczością pseudokibiców”. Powstały one we wszystkich komendach wojewódzkich, miejskich i powiatowych Policji. Do zadań tych zespołów zaliczono „rozpracowywanie grup, odpowiedzialnych są za awantury stadionowe i ustawki.”
Na drugim biegunie tych działań można umiejscowić mobilizację Centralnego Biura Antykorupcyjnego, którego funkcjonariusze w dniu 22 lutego br. rozpoczęli kontrolę w Poznańskim Ośrodku Sportu i Rekreacji oraz w Urzędzie Miasta Poznania, interesując się głównie poznańskim stadionem. W komunikacie CBA podano, iż „funkcjonariusze będą weryfikować informacje, które docierały do Biura na temat ewentualnych nieprawidłowości przy projektowaniu i rozbudowie poznańskiego stadionu. Przewidywany termin zakończenia kontroli przypada na koniec maja.”
Nietrudno zrozumieć, że od tej chwili obiektem szczególnego zainteresowania służb specjalnych stały te środowiska i miejsca, w których dochodziło do manifestowania postaw krytycznych wobec grupy rządzącej. W Poznaniu, gdzie istnieje doskonale działające stowarzyszenie „Wiara Lecha”, to właśnie kibice piłkarscy organizowali obchody 92 rocznicy Powstania Wielkopolskiego, brali udział w manifestacjach  patriotycznych, włączali się w wybory samorządowe, prowadzili akcje charytatywne, a na stadionach otwarcie demonstrowali niechęć do obecnego rządu i prowadzili kampanię na rzecz bojkotu „Gazety Wyborczej”. Podobna kampania miała również miejsce na warszawskich stadionach.
Ten wyrazisty obraz i polityczne zaangażowanie kibiców musiały nazbyt mocno kontrastować z  propagandowym wizerunkiem „kibola”.
Od chwili powołania specjalnych zespołów do spraw „walki z przestępczością pseudokibiców” można obserwować, że staje się ona priorytetem w działalności CBŚ. Świadczy o tym choćby ilość informacji prasowych zamieszczonych na stronach internetowych Biura, z których każda relacjonuje akcję w ramach „walki z pseudokibicami”. Tylko od lutego br. można  naliczyć blisko 60  tego rodzaju wiadomości. Na uwagę zasługuje sposób redagowania informacji. Opatrzone zostały tytułami w rodzaju: „Zorganizowana grupa pseudokibiców – zatrzymania”, „Zatrzymani handlarze narkotyków powiązani z pseudokibicami”, „Liderzy bojówek pseudokibicowskich w strukturach przestępczych”, „Kibice związani z przestępczością narkotykową” itp. Informacje te nagłaśniane następnie przez ośrodki propagandy rządowej, przyczyniły się do utrwalenia fałszywego obrazu kibica – bandyty i przygotowały podłoże pod ostateczną rozprawę z niewygodnym dla władzy środowiskiem. Prowadzone na ogromną skalę działania operacyjne służb, pozwoliły również na dogłębną infiltrację grup kibiców oraz na ewentualne wytypowanie osób przydatnych z punktu widzenia dalszych celów kombinacji. Jeśli w wypowiedziach posłów PiS na temat zdarzeń na stadionie w Bydgoszczy padały sugestie, że mogło dojść do prowokacji z udziałem służb, jest oczywiste, że mogła się ona odbyć nawet bez bezpośredniego udziału funkcjonariuszy. Wystarczyło, jeśli kilku zatrzymanych wcześniej przez CBŚ kibiców wiedziało, jak ma się zachować podczas meczu.
Warto dostrzec, że akcja przeciwko kibicom nastąpiła w czasie, gdy pojawiła się realna poprawa stanu bezpieczeństwa na polskich stadionach i zwiększyła  frekwencja na trybunach. Jak podkreślono w oświadczeniu Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców „przyczyniła się do tego m.in. działalność stowarzyszeń kibiców”.  Akcje policyjne rozpoczęto dopiero wówczas, gdy stadiony piłkarskie stały się miejscem antyrządowych wystąpień, a organizacje zrzeszające kibiców zaczęły kierować w stronę władzy konkretne postulaty. To podstawowa przyczyna politycznych represji, jakie spadły na fanów piłki nożnej. Niewątpliwie działania operacyjne służb, aresztowania lub sądowe wyroki mają  doprowadzić do rozbicia i dezintegracji stowarzyszeń kibiców oraz skutecznie zastraszyć niepokornych. Na tym jednak nie kończy się rejestr korzyści, wynikających z obecnej kombinacji operacyjnej.
Wytworzenie atmosfery rzekomego zagrożenia oraz postulat zapewnienia bezpieczeństwa w czasie Euro 2012, może posłużyć rządzącym do wprowadzenia niezwykle niebezpiecznych regulacji prawnych. W rządowym projekcie „Ustawy o zapewnieniu bezpieczeństwa w związku z organizacją Turnieju Euro 2012” znajduje się zapis pozwalający Policji na „pobieranie, uzyskiwanie, gromadzenie, przetwarzanie, sprawdzanie i wykorzystywanie informacji w tym danych osobowych o osobach mogących stwarzać lub stwarzających zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego”. Choć dane te winny zostać zniszczone po zakończeniu Euro 2012, ustawa przewiduje, że jeśli okażą się przydatne dla Policji ( to zaś będzie kwestią uznaniowości) mogą być w dalszym ciągu przetwarzane i wykorzystywane. Ustawa pozwala również ogólnokrajowym związkom sportowym na gromadzenie, przetwarzanie oraz udostępnianie organizatorom meczów piłki nożnej danych osobowych kibiców w tym: imienia i nazwiska, numeru PESEL, numeru dowodu  tożsamości, wizerunku twarzy oraz „innych informacji, w tym danych osobowych, pod warunkiem, że zostaną one poddane anonimizacji”.
Nietrudno dostrzec, że pod pretekstem zapewnienia bezpieczeństwa stadionowego służby Donalda Tuska będą miały okazję do sporządzenia ogromnej bazy danych o obywatelach, w tym również tych, którzy z punktu widzenia tej władzy „stwarzają zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego”. W wywołanej celowo atmosferze zagrożenia, wprowadzenie takich regulacji prawnych, wydaje się już  rzeczą łatwą.
Ogólnopolski Związek Stowarzyszeń Kibiców trafnie ocenia, że akcja represyjna rządu miała na celu „odwrócenie uwagi opinii publicznej od realnych problemów państwa polskiego, w tym fiaska wielu obietnic związanych z Euro 2012”. Od wielu tygodni na większości stadionów ligowych podczas minionej kolejki piłkarskiej znajdowały się specjalnie przygotowane transparenty z hasłem "Niespełnione Rządu Obietnice = temat zastępczy kibice".
Tu dochodzimy do kolejnego obszaru, na którym rozgrywa się obecna kombinacja.
Raport Najwyższej Izby Kontroli z sierpnia ub. roku nie pozostawiał wątpliwości, że rząd Tuska nie będzie w stanie przygotować wszystkich inwestycji na Euro 2012. W dokumencie stwierdzono, że blisko połowa ze skontrolowanych przez NIK przedsięwzięć nie jest realizowana zgodnie z przyjętym harmonogramem. a części zadań nie uda się ukończyć przed rozpoczęciem mistrzostw. Wywiązanie się w terminie z wielu pozostałych inwestycji - drogowych, kolejowych i lotniczych - stoi również pod znakiem zapytania. NIK informowała, że w procesie przygotowań stwierdzono liczne nieprawidłowości, które mogą istotnie zakłócić organizację EURO 2012, zwróciła uwagę na złe funkcjonowanie spółki PL.2012, a w wystąpieniach sformułowała aż 58 wniosków pokontrolnych.
Na opóźnienia i nieprawidłowości w realizacji przygotowań do mistrzostw wskazywały również kolejne raporty UEFA. Informacje te były zwykle przemilczane lub bagatelizowane przez rządową propagandę. Świadczą jednak, że grupa rządząca może poważnie brać pod uwagę, że nie dojdzie do organizacji mistrzostw Europy w Polsce.
Jeszcze gorsza sytuacja istnieje na Ukrainie. Pod koniec stycznia br. UEFA ostrzegła to państwo, że zawiesi jej krajową federację, jeśli władze nie zaprzestaną ingerencji w wewnętrzne sprawy związku. Zagroziła też odebraniem prawa organizacji EURO 2012.                  W marcu Ukraińska Federacja Piłki Nożnej otrzymała od FIFA i UEFA 30-dniowe ultimatum ”na dopełnienie zbioru dokumentów" oraz „likwidację wszystkich organizacyjno-prawnych nieporozumień z udziałem ukraińskiej federacji piłkarskiej”. W przeciwnym wypadku zagrożono, iż zostanie stworzony wniosek o odebranie Ukrainie organizacji turnieju.
Wiele wskazuje, że obecna akcja grupy rządzącej jest skoordynowana z podobnymi działaniami władz na Ukrainie i może stanowić jeden z elementów budowania propagandowego alibi na wypadek fiaska organizacji Euro 2012. Istnieją przesłanki, by tak sądzić.
Na początku lutego br., gdy powstały zespoły CBŚ ds. „walki z przestępczością pseudokibiców”, we Lwowie, odbyło się spotkanie przedstawicieli Centralnego Biura Śledczego KGP z przedstawicielami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Ukrainy. Jego celem była „wymiana informacji o aktualnym stanie przestępczości zorganizowanej w obu państwach oraz metodach jej zwalczania”. Uzgodniono wówczas podpisanie porozumienia pomiędzy MSW Ukrainy i CBŚ KGP o zakresie i formach współpracy operacyjnej.
Dwa miesiące później, 14 kwietnia br. z wizytą do Kijowa udał się Donald Tusk. Tematem rozmów premiera były m.in. kwestie przygotowań do Turnieju Euro. Dzień wcześniej w Kijowie gościł Władimir Putin, który -  według ukraińskich mediów – miał zniechęcać Ukraińców do zacieśniania współpracy z UE i namawiać ich do odstąpienia od umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Podczas wizyty Tuska odbyło się również posiedzenie polsko-ukraińskiego komitetu ds. przygotowań do finałów Euro., po którym premierzy Polski i Ukrainy buńczucznie  oświadczyli: „ to, że  Euro 2012 się odbędzie, jest faktem dokonanym” i na przekór faktom podali, że „większość kluczowych inwestycji infrastrukturalnych jest realizowanych zgodnie z harmonogramem.”
Prawie miesiąc później, 8 maja 2011 doszło we Lwowie do zorganizowania potężnej manifestacji tysięcy kibiców lwowskich Karpat i kijowskiego Dynamo. Demonstrowano wspólnie pod flagami z wizerunkami przywódców nacjonalistów: Bandery, Konowalca i Szuchewycza, a podczas przemarszu przez miasto kibice ubrani w ukraińskie koszule ludowe wznosili okrzyki  „Sława narodowi, śmierć wrogom”, "Sława Ukrainie, bohaterom sława”.  Manifestacja miała być pokazem siły przed 9 maja, kiedy to na Ukrainie z okazji rocznicy zakończenia II wojny światowej obchodzony jest Dzień Zwycięstwa. Jak nietrudno przewidzieć, 9 maja doszło we Lwowie do ulicznych bójek pomiędzy członkami prorosyjskich organizacji przybyłymi do miasta na obchody rocznicy, a działaczami z ugrupowań prawicowych, wśród których przeważali kibice piłkarscy.  Niszczono czerwone sztandary i inne sowieckie symbole, zaatakowano autobus wiozący weteranów, a rosyjskiemu konsulowi zniszczono wieniec. Wiele osób zostało rannych, kilka zatrzymała milicja. Niezwłocznie swoje oburzenie wyraził Kreml, żądając surowego ukarania „tych, którzy dopuścili się bluźnierstwa”, a prezydent Ukrainy Janukowycz zlecił prokuratorowi generalnemu kraju sformowanie specgrupy i wszczęcie śledztwa w celu zbadania incydentów z 9 maja.
Natychmiast po tych wydarzeniach ukraińscy komuniści zapowiedzieli wystąpienie z wnioskiem do prezydenta UEFA „o pozbawienie Lwowa prawa do organizacji meczów Mistrzostw Europy w piłce nożnej 2012 roku, w związku z wybrykami nacjonalistów 9 maja”, a dyrektor Euro 2012 na Ukrainie Markijan Łubkiwski przyznał, że UEFA zainteresuje się zamieszkami, w których rannych zostało 16 osób. Politycy ukraińscy podkreślali, że wystąpienia „przedstawicieli skrajnych organizacji, w tym profaszystowskich” w czasie Euro 2012 „mogą dyskredytować całą Ukrainę”.
Niezależnie – czy zamieszki we Lwowie przypiszemy rosyjskiej prowokacji czy też są wyrazem żywiołowych i naturalnych reakcji, tego rodzaju zdarzenia zostaną wykorzystane przez dyspozycyjnych wobec Kremla polityków ukraińskich, nie tylko do zaostrzenia represji wobec społeczeństwa, ale też do zrzucenia odpowiedzialności za ewentualne odebranie Ukrainie organizacji turnieju Euro. Jeśli to nastąpi, jako winne zostaną wskazane „organizacje profaszystowskie” i „nacjonaliści”.  W podsycanie politycznych nastrojów na Ukrainie mocno zaangażowana jest Rosja, a wszystkie rosyjskie media gromko potępiły „ekstremistyczne działania ukraińskich nacjonalistów”. Przewodniczący Komitetu ds. Weteranów Dumy Państwowej Rosji Nikołaj Kowalow  ostrzegł, że „podobne neonazistowskie objawy są niebezpieczne, ponieważ zagrażają odrodzeniem faszyzmu” i  zapowiedział, iż „Rosja nie ma prawa bezczynnie obserwować odrodzenia  wrogiej ludziom ideologii w każdej jej postaci”.
Ten sam model strategii widoczny jest w intencjach grupy rządzącej. W zgodzie z nim, warszawskie ośrodki propagandy szczególnie mocno nagłaśniały fakt, że w Marszu Patriotycznym we Wrocławiu z okazji Święta 3 Maja najbardziej widoczni byli kibice Śląska, wszechpolacy oraz działacze z Narodowego Odrodzenia Polski, a sama manifestacja była reklamowana przez PiS i Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Zalew medialnych wypowiedzi wszelkiej maści „autorytetów” o „odradzaniu się tendencji faszystowskich” oraz PiS-ie jako „partii nacjonalistycznej, faszystowskiej”, uzupełniają tę propagandową konstrukcję, w której nietrudno rozpoznać kremlowskie inspiracje.
Incydent bydgoski będzie mógł zatem posłużyć nie tylko pacyfikacji niezależnych od władzy środowisk, ale w ramach szeroko zakrojonej kombinacji pozwoli na obarczenie „kiboli” i tych którzy ich bronią (w domyśle PiS) odpowiedzialnością za brak bezpieczeństwa na stadionach, a w rezultacie za  udaremnienie rozgrywek Euro2012. Połączenie PiS- u z „kibolami” wydaje się zabiegiem stosunkowo prostym. Sposób argumentacji i kierunek przyszłych działań zademonstrował otwarcie poseł PO Andrzej Halicki oświadczając, że  jeśli PiS chce państwa prawa, to bardzo się dziwię, że akceptuje "kibolstwo”. PiS dolewa oliwy do ognia, inspiruje i zagrzewa kiboli do łamania prawa i burd. Zachowania niektórych polityków Prawa i Sprawiedliwości są nieetyczne, a to rodzi współodpowiedzialność za burdy, do których dochodzi. Prokuratura z urzędu powinna zająć się niektórymi wypowiedziami polityków partii Jarosława Kaczyńskiego. PiS uprawia "kibolstwo" polityczne” .
Ta prosta niczym konstrukcja cepa „argumentacja”, ma prowadzić do propagandowego powiązania „kiboli” z PiS-em, a w końcowym efekcie przyzwolić na jurystyczne ograniczenie działalności opozycji i wskazanie jej jako winnej fiaska Euro2012.
Niewykluczone, że trwająca obecnie kontrola CBA na jednym z obiektów Euro – stadionie w Poznaniu, zostanie również wykorzystana w tej kombinacji.
Wiele środowisk i osób publicznych sądzi, że Donald Tusk popełnił błąd decydując się na tak spektakularną rozprawę z kibicami oraz wyraża zdziwienie, że zapominając o  względach wizerunkowych uczynił to w okresie przedwyborczym.
Jestem głęboko przekonany, że grupa rządząca w pełni świadomie podjęła akcję przeciwko środowisku kibiców piłkarskich. Prócz wskazanych powyżej celów kombinacji operacyjnej, istnieje jeszcze jeden, podstawowy.
Donald Tusk i jego towarzysze muszą doskonale pamiętać, że proces obalenia egipskiego satrapy Hosni Mubaraka rozpoczął się właśnie na stadionach. To tam, a szczególnie wśród kibiców kairskiej drużyny Al-Ahly pojawiły się pierwsze antyrządowe hasła i żądania ustąpienia Mubaraka. Wkrótce potem, w styczniu br. kibice tej drużyny (a w Egipcie są ich dziesiątki milionów) wyszli na ulice. Po pierwszych demonstracjach rząd wydał polecenie egipskiej federacji piłkarskiej, żeby zawiesiła rozgrywki ligowe, następnie zakazał treningów drużyn, a wreszcie zamknął stadiony. Kolejny krok polegał na zablokowaniu dostępu do Internetu. Wiemy, że wprowadzenie tych restrykcji nie uratowało Mubaraka, a fala protestów rozlała się na cały Egipt.
Zapewne grupa rządząca Polską ma powody, by obawiać się podobnego scenariusza i decydując się na rozegranie akcji przeciwko środowiskom kibiców chce uprzedzić rozwój wypadków. Mimo wszelkich różnic w ocenie sytuacji w Polsce i w Egipcie, jestem przeświadczony, że plan tej rozgrywki się nie powiedzie, a Donald Tusk rozegra swój ostatni mecz na politycznej arenie.



Artykuł opublikowany w nr 20/2011 Gazety Polskiej. 

niedziela, 15 maja 2011

KRES „TRZECIEJ DROGI”

Pod tekstem „TRZECIA SIŁA” - DROGA DONIKĄD” zapowiedziałem jego kontynuację  oraz dokończenie cyklu artykułów na temat „trzeciej drogi” i środowiska stojącego za portalem Nowy Ekran.
Przepraszam tych, którzy oczekiwali kolejnych odsłon. Dalszego ciągu. nie będzie.
Zdecydowałem o zaniechaniu tego wątku po zapoznaniu się z reakcjami blogerów publikujących na NE i w wielu innych miejscach Internetu. Nadto cenię własny czas oraz czas moich życzliwych czytelników, by nie poświęcać go ludziom, którzy dobrowolnie zamykają oczy na sprawy oczywiste, chcą odgrywać rolę „naiwnych - użytecznych” lub nie mają odwagi dostrzec jak haniebnie zostali oszukani. Nie odczuwam również potrzeby przekonywania kogokolwiek, że uczestnictwo w projekcie ”sierot po Lepperze” oraz przebywanie w towarzystwie ideowych spadkobierców Moczara jest nie do pogodzenia z elementarną uczciwością. Ludziom, którzy sądzą inaczej lub posiłkują się sofizmatami dla ukrycia własnej próżności czy koniunkturalizmu - nie mam nic do powiedzenia. Również dlatego, że sprawa dalszego funkcjonowania portalu NE i przyszłość projektów politycznych tego środowiska nic mnie nie obchodzi. Wskazałem na nie, ponieważ stanowiły wręcz modelowy przykład powoływania „nowych inicjatyw” przez grupy interesów wywodzące się z komunistycznej oligarchii. Komu z nimi po drodze – jego sprawa.
W dwóch poprzednich tekstach o fałszywej „idei trzeciej siły” podałem dość faktów i racjonalnych argumentów, by  trafiły do przeciętnie rozumnego odbiorcy. Nie stosowałem wartościujących ocen ani personalnej krytyki.  Żaden z podanych faktów nie został zanegowany lub podważony. Atakowano mnie natomiast za rzeczy których nie napisałem, w sposób nieuczciwy i daleki od przedmiotu sprawy.
Każda z informacji znajdujących się w moich publikacjach jest  łatwa do zweryfikowania, bowiem wbrew pomówieniom idiotów nie korzystam z żadnej „wiedzy tajemnej”. By to wiedzieć i sprawdzić wystarczy podstawowa znajomość obsługi wyszukiwarki internetowej lub otwarcie linków pod moimi artykułami.
Cieszę się że teksty wywołały dyskusję na temat „trzeciej drogi” i zostały przyjęte jako forma ostrzeżenia. Dostrzegam, że było ono skuteczne, skoro skłoniło wiele osób do refleksji, a innych do podjęcia konkretnych decyzji.  Mam nadzieję, że tym łatwiej będzie rozpoznać podobne „prawicowe” inicjatywy w przyszłości.
Uznałem, że nie ma potrzeby kontynuacji tego tematu z jeszcze jednego powodu. Natychmiast po publikacji tekstu „TRZECIA SIŁA” - DROGA DONIKĄD” człowiek podpisujący się jako Łażący Łazarz – redaktor naczelny Nowego Ekranu począł rozpowszechniać rewelacje, jakoby pod pseudonimem Aleksander Ścios skrywał się Piotr Bączek - były dziennikarz, doradca Antoniego Macierewicza, członek Komisji Weryfikacyjnej WSI, pracownik BBN. Poświęciłem ŁŁ zaledwie jedno zdanie w tekstach na temat „trzeciej drogi”. Brzmiało ono : „Postulat tworzenia „drugiej prawdziwej opozycji” – obecny choćby w tekście Łażącego Łazarza -„redaktora naczelnego Nowego Ekranu” -  sformułowany na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, wydaje się blisko współbrzmieć z koncepcjami politycznymi forsowanymi w środowisku Pro Milito”.
Przyznaję, że niesłusznie zlekceważyłem łgarstwa „redaktora naczelnego”, traktując je jako objaw nienawistnego bełkotu kogoś, komu pokrzyżowałem plany. Są to pomówienie tylko pozornie absurdalne, bo za ich rozpowszechnianiem kryje się groźny zamysł. Z tej przyczyny nie można ich przemilczeć.
Zamieszczę próbkę tekstu ŁŁ, by zobrazować sposób argumentacji i istotę stawianego Ściosowi – Bączkowi „zarzutu”. Fragment ten mówi więcej o osobie ŁŁ, niźli obszerne analizy :
Uderzenie nastapiło dość szybko ze strony wpływowego pułkownika Piotra Bączka (podpisujacego się jako Ścios) dziennikarza i oficera służb specjalnych, który dzialając w interesie wąskiej grupy bojacej się naruszenia dwupartyjnego status quo (stawką są miejsca na listach PiS) zrobił z NE to czym niszczył wcześniej ludzi i rozbijał wiele innych inicjatyw - zarzucając agenturalność. To świetny sposób na skłócanie prawicy. Mamy więc sytuację gdy służby specjalne SKW udając niezależnego blogera zarzucają agenturalność komuś tam za pomoca insynuacji i manipulacji tego typu: piszemy prawdę o jakiejś organizacji dotyczacą jej agenturalności, potem: piszemy prawdę o jakimś człowieku i jego (choćby bardzo formalnym) zetknięciu sie z kimś z tej agenturalnej organizacji a potem piszemy, że to znaczy tyle, że ten człowiek też jest agentem i wszystkie jego działania są agenturalne, jego podwładni mu służą i w ogóle wszystko jest podejrzane, fe, śmierdzi i najlepiej być od tego z daleka. Potem jedna i druga małokumata mądrala to kupuje (podobnie jak dziennikarze zachodni - kłamstwa bolszewickie) i głosi jako prawda objawiona”.
Jak zapewne wiele osób pamięta, Piotr Bączek był jedną z ofiar afery marszałkowej, szczegółowo opisywanej na moim blogu. 13 maja 2008 roku ABW dokonała przeszukania w mieszkaniach Leszka Pietrzaka – członka Komisji Weryfikacyjnej WSI, Piotra Bączka oraz dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Włączenie w zakres ówczesnej kombinacji operacyjnej WSW/WSI osób związanych z Komisją Weryfikacyjną stanowiło akt represji i miało posłużyć do uwiarygodnienia zarzutów korupcyjnych związanych z rzekomym przeciekiem informacji z aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI. W następstwie tych działań, Piotr Bączek i Leszek Pietrzak (podobnie jak wielu innych członków Komisji) zostali pozbawieni pracy i obrzuceni  oszczerstwami. Przez następne miesiące członkowie Komisji Weryfikacyjnej stali się przedmiotem medialnej nagonki oraz doświadczali zainteresowania ze strony „nieznanych sprawców”; byli zastraszani, inwigilowani, stawali się ofiarami rozmaitych „incydentów samochodowych”.  Również niedawno Piotr Bączek – dziś doradca Zespołu Parlamentarnego PiS ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej, został zaszczycony przekazem ze strony „nieznanych sprawców”, gdy na płocie przed swoim domem znalazł powieszoną wiewiórkę.
Przed kilkoma dniami w tekście „SOWA IDZIE NA WOJNĘ” zwróciłem uwagę, że w środowisku oficerów byłych WSI rozpoczęto akcję zmierzającą do podważenia procesu likwidacji i weryfikacji tej służby, do postawienia przed sądem osób dokonujących weryfikacji (liczne zawiadomienia o rzekomych przestępstwach członków Komisji Weryfikacyjnej) oraz sporządzenia nowego kontr - raportu, w którym działalność formacji zostanie przedstawiona zgodnie z wolą „pokrzywdzonych”. Nie można również wykluczyć, że w ofensywę środowiska WSI wpisany jest plan dyskredytacji Antoniego Macierewicza, a uderzenie w szefa parlamentarnego zespołu PiS ds.zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej koresponduje z polityczny „zapotrzebowaniem” grupy rządzącej.
Użycie przez ŁŁ „zarzutu” o Ściosie – Bączku, a przede wszystkim rodzaj zastosowanej przezeń retoryki jednoznacznie wskazuje na proweniencję tej koncepcji i obnaża środowisko, którego myśli ŁŁ jest przekaźnikiem. Ilustruje również, kto i dlaczego jest tam postrzegany jako wróg. Nie trzeba przywoływać innych dowodów, by zrozumieć, kto stoi za osobą redaktora naczelnego NE i czyim inspiracjom podlega ten człowiek. Nie ma zatem konieczności dalszego uzasadniania, że za projektem Ryszarda Opary skrywają się „oficerowie LWP” oraz członkowie stowarzyszeń Sowa i Pro Milito.
Warto jednak wziąć po uwagę, że mamy do czynienia ze szczególnie haniebnym i groźnym zabiegiem.  Prostackie kłamstwa „prawicowego blogera” ŁŁ  stwarzają bowiem celowo nowy obszar zagrożenia dla osoby samego Piotra Bączka. To nie przypadek.. Po rzekomym zidentyfikowaniu Ściosa, to właśnie Bączek może stać się obiektem kolejnych działań „nieznanych sprawców” i doświadczać rozmaitych „aktów zainteresowania” ze strony środowisk, które chciałby dokonać rozprawy ze Ściosem. Warto pamiętać, że swoje kłamstwa ŁŁ rozpowszechnia  w czasie, gdy przygotowywany jest końcowy raport zespołu ds. zbadania przyczyn tragedii smoleńskiej, w którym Piotr Bączek pełni rolę doradcy.
Jest jeszcze jedna charakterystyczna i groźna cecha tych pomówień. Ponownie przytoczę fragment wypowiedzi ŁŁ, w którym odpowiada na pytanie, skąd wie jakoby Bączek występował jako Aleksander Ścios. Następuje odpowiedź:
To w kregach bliskich GP znany fakt. Jako RedNacz mam teraz wieksze możliwości niż bloger bo sam współracuję z innymi mediami i róznymi środowiskami. Jednak personaliów osoby co mnie o tym poinformowała Ci nie podam. Poczytaj sobie teksty Bączka, zwróć uwagę na język, akapity, cudzysłowy, ulubine wyrażenia - i bedziesz tez miała jasnosć. A Ty Seawolf załóż gazetę prawicową a Ścios zaraz Ci sie ujawni, pisze w tylu miejscach i z tyloma podpisuje kontrakty. Przecież nie jako Ścios ;-)”.
Pomińmy nonsensowny „dowód z analizy tekstu”. Pada tu jednak bardzo wyraźna sugestia, że do „zdemaskowania” Ściosa -Bączka przyczynił się przeciek z „kręgów bliskich” redakcji „Gazety Polskiej”. Wiadomo również, że ŁŁ rozpowszechnia informacje jakoby posiadał wiedzę z dokumentacji umów autorskich. To już rzecz poważna, która będzie miała dalsze konsekwencje.
Taka konstrukcja uzasadnienia kłamstwa zdradza nie tylko - kim w rzeczywistości jest ów ŁŁ, ale zmierza wyraźnie do pomówienia redakcji „Gazety Polskiej” i rzucenia podejrzeń na osoby z tego kręgu. Jeśli nawet ŁŁ jest zaledwie prymitywnym oszczercą lub półgłówkiem wymyślającym brednie w celu usprawiedliwienia własnych kombinacji, obrał niebezpieczną strategię obrony. Niech ludzie, którzy nadal traktują NE” jako portal blogerski, a w jego „redaktorze naczelnym” upatrują „prawicowego guru”, mają świadomość w jakim przedsięwzięciu uczestniczą i co ich czeka u kresu „trzeciej drogi”.





piątek, 13 maja 2011

RAPORT CZY „KODEKS OMERTA”?

Gdy przed dwoma laty rozpoczynała pracę sejmowa komisja śledcza w sprawie Krzysztofa Olewnika, nie wiązałem z nią nadziei na gruntowne wyjaśnienie okoliczności tej ponurej zbrodni. Rzeczywiste intencje grupy rządzącej,  ujawniała bowiem już na wstępie histeryczna reakcja wobec próby delegowania do składu komisji posła Antoniego Macierewicza.
Zapalczywość, z jaką ówczesny marszałek Sejmu Bronisław Komorowski zwalczał kandydaturę posła PiS-u oraz szantaż, którego się dopuścił, by wyeliminować kandydata świadczyły, że intencje rządzących ograniczone są do uczynienia z prac komisji spektaklu medialnego mającego przysporzyć Platformie kilka punktów sondażowych, a efekt końcowy zostanie zawężony do mało istotnych ustaleń. Reakcja na kandydaturę Macierewicza wskazywała, że środowisko zainteresowane ukryciem prawdy obawiało się dociekliwości i kompetencji byłego szefa SKW i nie miało zamiaru dopuścić do zdemaskowania prawdziwych mechanizmów rządzących III RP. Ten początkowy „test prawdy”, już na wstępie pozbawiał nas nadziei na ujawnienie mafijnych kręgów „polskiego piekła”.
O tym, że decyzja rządzących podyktowana była względami wizerunkowymi świadczył również fakt, że propaganda rządowa ukrywała informacje o prawdziwych autorach pomysłu powołania sejmowej komisji. Do dziś niewiele osób ma świadomość, że już w grudniu 2008 posłowie PiS złożyli do marszałka Sejmu projekt uchwały o powołanie sejmowej komisji śledczej w sprawie Krzysztofa Olewnika. Jeszcze w styczniu 2009 roku politycy PO zarzekali się, że do wyjaśnienia sprawy wystarczy prokuratura i deklarowali, iż nie ma potrzeby powoływania komisji śledczej. Opinię zmienili dopiero po 20 stycznia 2009 roku, gdy opublikowano sondaż z którego wynikało, że 66 proc. Polaków chce, by taka komisja powstała. Kilka dni po publikacji sondażu Donald Tusk orzekł: „Sprawa śmierci Krzysztofa Olewnika domaga się dogłębnego wyjaśnienia. Dlatego będę rekomendował Sejmowi i marszałkowi Sejmu powołanie komisji śledczej w tej sprawie”.
Nie można przy tym zapominać, że powstanie komisji zawdzięczamy przede wszystkim niezłomnej i konsekwentnej postawie rodziny Krzysztofa – ludziom, którym „polska mafia”
( jak trafnie nazwał to środowisko Włodzimierz Olejwnik) nie tylko odebrała i zamordowała syna ale skazała ich na wieloletnie upokorzenia  i  samotne przedzieranie przez kręgi piekła.
Nie wiem, co Włodzimierz Olewnik rozumie pod mianem „polskiej mafii”, ale sądzę, że nie popełniłbym pomyłki, gdybym uznał, że myślał raczej o organizacji postkomunistycznej nomenklatury oraz byłych funkcjonariuszach i współpracownikach komunistycznej policji politycznej, niż o „zwykłej” mafii kryminalnej. Cechą, która zdecydowanie odróżnia „klasyczną” mafię – powstałą jako tajna społeczność sprzeciwiająca się władzy, od polskiej hybrydy, jest fakt, że „naszą” mafię zorganizowało państwo komunistyczne, a udoskonaliła III RP. Podobnie też, jak totalitarny ustrój PRL kontrolował i czerpał korzyści ze zorganizowanej przestępczości, tak III RP wytworzyła trwałe relacje mafijnej symbiozy, w której funkcjonuje  triumwirat polityki-służb specjalnych i pospolitych kryminalistów.
Śledząc przez następne miesiące działania komisji i zakres spraw, jakimi interesowali się jej członkowie, byłem pozytywnie zaskoczony ich dociekliwością i znajomością realiów sprawy Olewnika. Na szczególne uznanie zasługiwała praca śp. Zbigniewa Wassermanna  i posła Dery z PiS-u, ale też postawa, jaką w wielu kwestiach prezentował przewodniczący komisji Marek Biernacki z PO. Kluczowe dla śledztwa wydawały się np. wnioski Zbigniewa Wassermanna o przekazanie komisji informacji, czy osoby występujące w sprawie były bądź są zarejestrowane w rejestrach służb specjalnych jako tajni współpracownicy oraz próby ukazania rzeczywistych powiązań w obszarze działalności ludzi polityki, służb państwowych i zorganizowanej przestępczości.
Jednak przez cały czas pracy komisji, zakres podejmowanych tematów ograniczał się do penetracji najniższych – policyjnych i prokuratorskich, kręgów „polskiego piekła”.
W najmniejszym stopniu nie dotknięto wątków wykraczających poza działania organów ścigania, a jeśli takie pojawiały się na horyzoncie, zabrakło woli politycznej, by za nimi konsekwentnie podążyć. Nie dostrzegłem również, by komisja była zainteresowana określeniem stopnia odpowiedzialności wielu prominentnych polityków, których nazwiska przewijały się w sprawie Olewnika. Byli to ludzie ze wszystkich opcji istniejących na naszej scenie politycznej. W rezultacie, na liście świadków przesłuchiwanych przez komisję zabrakło najważniejszych nazwisk osób z kręgu służb specjalnych i polityki.
Warto natomiast zwrócić uwagę, że okres rządów PO-PSL przyniósł w sprawie Krzysztofa Olewnika wprost niezwykłą aktywność „nieznanych sprawców” i na tle wcześniejszych lat wyróżnił się zdarzeniami najbardziej spektakularnymi.
To w kwietniu 2008 roku popełnił „samobójstwo” Sławomir Kościuk, w styczniu 2009 Robert Pazik, a w  lipcu 2009 strażnik więzienny, który pełnił dyżur w olsztyńskim więzieniu, gdy w celi powiesił się w Wojciech .Franiewski – jeden z zabójców Olewnika.
Nawet powołanie sejmowej komisji nie zahamowało tych działań, skoro wielokrotnie po roku 2009 dochodziło do prób zastraszania członków rodziny Olewników, aktów matactwa oraz niszczenia ważnych dowodów.
Można również uznać, że obecna władza nie zamierzała wyciągać żadnych wniosków z przebiegu sprawy Olewnika, a nawet nie próbowała napiętnować tych, którzy przyczynili się do utrudniania śledztwa.  Jak inaczej wytłumaczyć, że w październiku 2009 roku na stanowisko wiceszefa CBA powołano Janusza Czerwińskiego, byłego naczelnika wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie, a  w styczniu 2010 roku na stanowisko zastępcy naczelnika wydziału kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Płocku awansowano Macieja Lubińskiego - jednego z członków policyjnej grupy kierowanej przez Remigiusza M. -  winnego szeregu zaniedbań w pierwszym etapie śledztwa?
Na błędy, zaniechania i działania utrudniające śledztwo zwracał uwagę Włodzimierz Olewnik w liście wystosowanym do Donalda Tuska w lutym 2010 roku, protestując przeciwko „takiemu funkcjonowaniu Państwa Polskiego”. Kilka miesięcy później, ojciec zamordowanego Krzysztofa uznał, że jest okłamywany nawet przez ministrów i premiera, i oskarżył Tuska, że ten skłamał w odpowiedzi na list. 
Podczas posiedzenia sejmowej komisji śledczej w dniu 12 kwietnia br. Włodzimierz Olewnik wyraźnie potwierdził, że w jego przekonaniu „wszystkie czynności śledztwa były sterowane i celowe” i oznajmił, że  nie wierzy, „by skazanym już oprawcom nikt nie pomagał, nikt ich nie nadzorował i nikt nie finansował.”  „Przeprowadzając taką operację – powiedział Olewnik -, jak uprowadzenie człowieka, potrzeba ogromnej wiedzy, finansów i poczucia bezpieczeństwa w razie sytuacji, gdyby coś poszło niezgodnie z planowanym scenariuszem.”
Tak oczywistą konstatację mógłby odrzucić tylko ktoś kompletnie infantylny lub pozbawiony dobrej woli. W żaden sposób nie można uważać, że dziewięcioletnie zmagania rodziny Olewników z przerażającą indolencją organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości są efektem nagromadzenia jednostkowych przypadków, pomyłek, zaniedbań i błędów. Istnieje wewnętrzna, niezwykle spójna logika w zachowaniach policjantów, prokuratorów bądź polityków zainteresowanych sprawą, a analiza powiązań i zależności nakazuje zdecydowanie wykluczyć działania incydentalne lub powodowane ludzkimi ułomnościami i błędami. Istnieje również trwała, obowiązująca od początku tej sprawy zmowa milczenia, której nie sposób nie porównać do mafijnego „kodeksu Omerta”, gdzie depozyt zbrodni łączy ze sobą wiele środowisk życia politycznego, biznesowego i medialnego.
Za każdym ze sprawców uprowadzenia Krzysztofa Olewnikamożna dostrzec mniej lub bardziej wyrazisty cień ludzi służb specjalnych PRL, bądź ślady powiązań z największymi grupami przestępczymi, wiodące głęboko do świata polityki i biznesu. We wszystkich działaniach sprawców widoczna jest brawura i nonszalancja, świadcząca niewątpliwie, że ludzie ci mieli pełne  poczucie bezkarności, gwarantowane im przez zleceniodawców. Również na etapie śledztwa można zauważyć rozliczne matactwa i zaniechania, ujawnione choćby w toku prac sejmowej komisji. Nie mogły mieć miejsca w tak długim czasie i w tak gigantycznej skali bez obecności silnego, zewnętrznego ośrodka władzy, koordynującej ten wieloletni proceder ukrywania prawdy.
Dziś już wiemy, że zapowiadany końcowy raport sejmowej komisji nie przyniesie informacji pozwalających zidentyfikować i nazwać ten ośrodek. Od lutego br. wiadomo, że ustalenia komisji zostaną ograniczone do analizy błędów policji i prokuratury oraz opisu działań tych organów – czyli przyniosą to, co można bezpiecznie ujawnić, nie narażając głównych decydentów i mocodawców. Jak twierdzi PAP, koronna teza komisji ma sprowadzać się do ustalenia, iż szefostwo policji i MSWiA zostało wprowadzane w błąd przez policjantów niższego szczebla, a zatem wykluczona zostanie nawet odpowiedzialność zwierzchników i polityków. Spokojni o swój los mogą być również prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie Olewnika. Jeśli nawet raport wskaże na ich winę, to z powodu przedawnienia nie istnieje już możliwość pociągnięcia kogokolwiek do odpowiedzialności karnej lub dyscyplinarnej.
Taka konstrukcja raportu zdawałby się sugerować, że faktycznymi decydentami i sprawcami dziewięcioletniej akcji utrudniania śledztwa, rozlicznych matactw, aktów niszczenia dowodów i eliminacji świadków, byli szeregowi funkcjonariusze policji i to oni dysponowali organami państwa polskiego, wykorzystując je dla własnych celów. Jeśli rzeczywiście prace komisji zostaną podsumowane tak horrendalną tezą, trudno o bardziej rażący dowód pogardy wobec prawdy i własnego społeczeństwa.
Będzie to również dowód, że tragedia rodziny Olewników, rozgrywająca się w tle gigantycznych interesów i walki o władzę politycznych grup mafijnych, ma stać się kolejną niewyjaśnioną zbrodnią III RP, a działania komisji posłużą do definitywnego zamknięcia drogi do najgłębszych kręgów „polskiego piekła”.




Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.


Miło mi poinformować, że Wydawnictwo ANTYK wydało moją książkę „Kręgi Piekła. Sprawa Krzysztofa Olewnika”, w której przedstawiam kulisy tej zbrodni i próbuję ukazać mafijne kręgi „polskiego piekła”.