sobota, 30 kwietnia 2011

PRZYJAŹŃ Z MOCY USTAWY

Po starannym wykonaniu dyrektywy Putina z września 2009 roku w sprawie kontraktu gazowego i oddaniu Rosji zarządu nad polskim odcinkiem rurociągu jamalskiego, rząd Tuska natychmiast przystąpił do realizacji kolejnej dyspozycji rosyjskiego satrapy.
Podczas spotkania premierów w roku 2009 uzgodniono bowiem, że w Polsce zostanie powołana odrębna instytucja odpowiedzialna za krzewienie „idei dialogu polsko-rosyjskiego”. Projekt omawiano również w dniu 7 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku. Podjęto wówczas decyzję o utworzeniu odpowiedniej instytucji i powierzeniu inicjatywy założycielskiej ministrom kultury RP i Federacji Rosyjskiej
Pomysł utworzenia takiego organu znajduje mocne, historyczne uzasadnienie.
Już przed 50 laty Rosjanie przystępując do okupacji Polski wiedzieli, że nie wystarczy wymordować elitę narodu, sterroryzować społeczeństwo i narzucić mu zasady „przodującego ustroju”. Zgodnie z bolszewicką doktryną, trzeba jeszcze nazwać ten akt „przyjaźnią” i sprawić, by niewolnik bezwarunkowo pokochał swojego pana, okazywał mu zainteresowanie, poznawał jego tradycje i język. Sowiecki system kłamstwa i indoktrynacji wymagał zatem, by w podbitym kraju powstawały organizacje głoszące przyjaźń kata i ofiary.
W tym celu, już w roku 1944 powołano Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (TPPR) zlecając kolaborantom krzewienie idei „braterstwa polsko- radzieckiego”. W zarządzeniu ministra spraw wewnętrznych PRL z 1975 roku, w sprawie ustalenia statutu TPPR możemy przeczytać, że stawia sobie ono za cel m.in.: „popularyzowanie tradycji kształtowania się polsko-radzieckiego sojuszu, popularyzację wszechstronnej współpracy Polski i ZSRR, dorobku naszego współdziałania w dziedzinie życia ideologicznego, politycznego, gospodarczego, naukowego i kulturalnego, krzewienie wiedzy o ZSRR, propagowanie nauki języka rosyjskiego,  współpracę z Towarzystwem Przyjaźni Radziecko-Polskiej, inspirowanie i organizowanie imprez kulturalno-oświatowych, organizowanie kursów, olimpiad, rozwijanie wymiany kulturalnej, współdziałanie w rozwijaniu wszechstronnych kontaktów między regionami, miastami, zakładami pracy, uczelniami i szkołami PRL i ZSRR”.
Ostatnie zarządzenie ministra spraw wewnętrznych Kiszczaka, dotyczące statutu TPPR pochodzi z marca 1989 roku i poszerza zakres działalności Towarzystwa o zapis dotyczący „inspirowania badań i prac naukowych, sesji, konferencji, seminariów” oraz „inspirowania prasy, radia, tv i wydawnictw do wszechstronnego upowszechniania idei przyjaźni”.
Wraz z upadkiem Związku Sowieckiego rozwiązano również TPPR lecz jego „ideę” oraz majątek natychmiast przejęło Stowarzyszenie Współpracy Polska-Wschód (SWP-W), na którego czele stoi Stefan Nawrot. W TPPR-SWP-W działali też lub nadal działają politycy SLD; Jacek Piechota, Jerzy Jaskiernia, Longin Pastusiak, Tadeusz Iwiński czy Stanisław Ciosek. To m.in. z inicjatywy stowarzyszenia, powstał tzw. Klub Rosyjski w Warszawie założony na wzór Klubu Polskiego w Moskwie, powołanego natychmiast po zwycięstwie wyborczym Platformy w październiku 2007 roku. Uroczystość otwarcia Klubu Rosyjskiego odbyła się w marcu 2008 roku w Pałacu Kultury i Nauki. Nad działalnością klubu czuwa rada, w skład której weszli m.in.: były ambasador PRL w Moskwie Stanisław Ciosek, prezes SWP-W Stefan Nawrot, rektor WSH z Pułtuska Adam Koseski, dyrektor Funduszu Edukacyjnego „Perspektywy” Waldemar Siwiński oraz Siergiej Skaczko z rosyjskiego Ośrodka Nauki i Kultury. Powstaniu klubu patronował ambasador tytularny Tomasz Turowski - niewątpliwie główny „akuszer” procesu zbliżenia polsko-rosyjskiego.
Dwa lata później, 6 grudnia 2010 roku z inicjatywy moskiewskiej Akademii Ekonomii i Prawa (MAEiP), z którą wiążą Turowskiego bliskie kontakty oraz kilku polskich uczelni, w Pałacu Kultury i Nauki odbyło się wspólne posiedzenie Klubu Rosyjskiego w Warszawie i Klubu Polskiego w Moskwie. W „oparciu o zasady dobrego sąsiedztwa i pojednania” ogłoszono wówczas powołanie „Polsko-Rosyjskiego Centrum w Warszawie i Polsko-Rosyjskiego Centrum w Moskwie”. Wśród celów działania „Centrów” wymieniono m.in.:
wspieranie współpracy w zakresie szkolnictwa wyższego, nauki i kultury, wymianę młodzieży i studentów;  promocję języka rosyjskiego w Polsce i języka polskiego w Rosji, realizację wspólnych projektów i programów w dziedzinie edukacji i nauki, organizację wspólnych konferencji, seminariów, wystaw, imprez historycznych i kulturalnych, społecznych i sportowych, działania związane z publikacją wydawnictw naukowych, metod kształcenia, a także archiwalnej literatury historycznej.”
Również w grudniu 2010 roku, podczas wizyty prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa w Polsce, podpisano list intencyjny w sprawie powołania Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.
Obecna władza w błyskawicznym tempie przeforsowała specjalną ustawę o powołaniu takiego Centrum. Choć projekt ustawy wpłynął do Sejmu w dniu 3 grudnia 2010 roku, to już 25 marca została ona uchwalona.  Za przyjęciem był cały klub PO i PSL, przeciwko 138 posłów PiS-u. Przed kilkoma dniami ustawę podpisał Bronisław Komorowski.
Z zapisów ustawy wynika, iż „celem działalności Centrum jest inicjowanie, wspieranie i podejmowanie działań w Rzeczypospolitej Polskiej i Federacji Rosyjskiej na rzecz dialogu i porozumienia w stosunkach polsko-rosyjskich.”
Do zadań Centrum zaliczono m.in.: „prowadzenie, inicjowanie i wspieranie badań naukowych, upowszechnianie w społeczeństwach polskim i rosyjskim wiedzy o stosunkach polsko-rosyjskich, historii, kulturze i dziedzictwie, organizowanie konferencji, sympozjów, wykładów, seminariów i dyskusji, utrzymywanie kontaktów z ośrodkami akademickimi, eksperckimi, naukowymi, kulturalnymi i politycznymi w RP i FR, inicjowanie i wspieranie polsko-rosyjskiej wymiany młodzieży i studentów, organizowanie i wspieranie polsko-rosyjskiej współpracy między środowiskami naukowo-eksperckimi, ośrodkami akademickimi, organizacjami pozarządowymi, jednostkami samorządu terytorialnego oraz organizacjami samorządu zawodowego i gospodarczego”.
Nietrudno dostrzec, że cele działalności rządowego Centrum będą identyczne z tymi, które zawarto w statucie TPPR. Nie próbowano nawet maskować tej zbieżności i poddając tekst stylistycznej kosmetyce zapisano w ustawie wszystkie zadania wyznaczane dotąd Towarzystwu przez komunistycznych ministrów spraw wewnętrznych, nie zapominając też o dyrektywach Kiszczaka z 1989 roku. 
Poseł Halicki z PO, podczas obrad sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu w dniu 15 grudnia 2010 r zdawał się nawet nie ukrywać tych inspiracji, gdy wyznał: „Tak naprawdę ten projekt leży 20 lat, bo jest to zobowiązanie jeszcze z 1989, 1990 roku, kiedy relacje z sąsiadami ustawialiśmy na nowych warunkach, kiedy budowaliśmy je na nowo w ramach demokracji.”
Trzeba również zauważyć istotne analogie historyczne. TPPR powołano natychmiast po zajęciu Polski przez Armię Czerwoną i ustanowieniu władz okupacyjnych złożonych z sowieckiej agentury i kolaborantów. Krzewienie idei „braterstwa” poprzedziło wymordowanie polskiej elity w Katyniu oraz działania pacyfikacyjne oddziałów NKWD na ziemiach polskich. Po 1991 roku władze FR nigdy nie przeprosiły za dziesięciolecia okupacji i tysiące zbrodni popełnionych na Polakach. Nigdy też nie przyznały, że ponoszą odpowiedzialność za ludobójstwo katyńskie.
Obecna władza przystąpiła do zadekretowania  „przyjaźni”” z putinowską Rosją tuż po tragedii smoleńskiej i następujących po niej wrogich działaniach Rosji: kampanii dezinformacji, niszczenia dowodów rzeczowych, odmowie współpracy oraz narzuceniu krzywdzącej dla Polaków wersji zdarzenia, której ostatecznym potwierdzeniem był tzw. raport MAK. Katalog działań wrogich wobec Polski uzupełnia niekorzystna umowa gazowa narzucona dyrektywą Putina, blokada gazoportu w Świnoujściu oraz polityka władz Rosji w sprawie ludobójstwa w Katyniu.
Można natomiast zauważyć, że w przyjętej przez grupę rządzącą ustawie zabrakło części karnej, w której określono by sankcje za podważanie procesu „dialogu i porozumienia”.  Jeśli bowiem zapisy tej ustawy nawiązują wprost do rozporządzeń dotyczących statusu TPPR, to trzeba przypomnieć, że po roku 1944 obowiązywał tzw. mały kodeks karny, który za „publiczne nawoływanie do czynów skierowanych przeciwko jedności sojuszniczej Państwa Polskiego z państwem sprzymierzonym”  przewidywał karę do 15 lat więzienia. Przepis ten trafił również do kodeksu karnego z 1969 roku, ze zmianą sankcji do 10 lat więzienia. Po ostatnich wydarzeniach przed ambasadą FR w Polsce i postawieniu sprawcom spalenia kukły Putina zarzutu „nieostrożnego obchodzenia się z ogniem” oraz nawoływaniach do delegalizacji PiS-u, za nazwanie Donalda Tuska „pachołkiem Moskwy”, można się spodziewać, że takie sankcje zostaną wkrótce wprowadzone do systemu prawnego III RP.
W ustawie zawarto bowiem zapis, że nowe Centrum „ma prawo używania okrągłej pieczęci z wizerunkiem godła Rzeczypospolitej Polskiej pośrodku i nazwą Centrum w otoku.” Należy zatem sądzić, że sygnowane przez ten organ dokumenty, będą miały charakter dokumentów urzędowych i będą korzystały z ochrony przysługującej im z mocy prawa. Jeśli dokument urzędowy stanowi dowód tego, co zostało w nim stwierdzone, to wszelkie treści sygnowane przez Centrum będą korzystały z domniemania prawdziwości oraz zgodności z prawdą. Obalenie twierdzeń zawartych w takich dokumentach nie będzie rzeczą prostą i dość łatwo sobie wyobrazić, że urzędowe „dyrektywy” Centrum staną się obowiązującą wykładnią w sprawach stosunków polsko-rosyjskich.
Takie obawy są w pełni zasadne. Wynikają m.in. z treści uzasadnienia ustawy, gdzie zapisano, iż  „ działalność Centrum powinna się przyczyniać do osiągnięcia celu, jakim jest  społeczna „ratyfikacja” polsko-rosyjskiego procesu dialogu i porozumienia.”. O intencjach rządzących w zakresie wykorzystania Centrum Dialogu i Porozumienia mówił również wprost poseł PO Halicki na posiedzeniu sejmowej komisji. Nie ukrywał, że powołanie państwowej instytucji ma służyć unifikacji poglądów na sprawy polsko-rosyjskie i narzuceniu jedynie słusznej „urzędowej linii”. Nawołując do „rozmawiania bez emocji”, Halicki zganił krytyczne wypowiedzi Elżbiety Kruk z PiS- u  i stwierdził: „Notabene Centrum powinno zacząć działać jak najszybciej po to, by takie opinie, jakie pani wygłosiła, nie były wygłaszane w życiu publicznym, by było ich najmniej, żeby nie było tez opartych na fałszywych przesłankach i by to, co właśnie jest przedmiotem Centrum, czyli edukacja, wiedza, ale także nasza wzajemna znajomość, były jak najpowszechniejsze i pozbawione tych złych cech.”
Przed trzydziestu laty ambasada PRL w Moskwie w tajnym szyfrogramie do MSZ z 16 stycznia 1981 roku donosiła o pobycie w stolicy ZSRR delegacji TPPR z tow. Wrońskim na czele: „Delegacja spotkała się z Szytikowem, Krugłową, członkami Prezydium Z[arządu] C[entralnego] TPRP [...] W rozmowach podkreślano między innymi: niepokoi ludzi radzieckich brak stabilizacji społeczno-politycznej w PRL. Odnosi się wrażenie [...] że „Solidarność” rośnie w siłę, podaje się w wątpliwość kierowniczą rolę partii, rządu, sejmu; istnieje konieczność postawienia tamy rozwojowi działalności elementów antysocjalistycznych, „odstępować nie ma gdzie” – kilkakrotnie podkreślał Szytikow. Rusakow: uważa, że [...] atakowanie socjalizmu w Polsce ma przede wszystkim antyradziecki charakter, ponieważ imperializm widzi w ZSRR ostoję socjalizmu. [...]jak najszybciej winniśmy opanować i kierować środkami masowej informacji, nie powinniśmy – zdaniem Rusakowa – w sprawach zasadniczych, zarówno ekonomicznych, jak i ideologicznych, ustępować; – ocenia sytuację w kraju jako wyjątkowo napiętą, w której partia i rząd nie powinny ustępować, a zajmować bardziej twarde stanowisko.”
Można przypuszczać, że również dziś wielu „ludzi radzieckich” na Kremlu niepokoi rosnąca siła polskiej opozycji, sprzeciw wobec rosyjskich kłamstw oraz „ podawanie w wątpliwość kierowniczej roli partii, rządu, sejmu”. Analiza publikacji rządowej prasy rosyjskiej nie pozastawia wątpliwości, że władze Rosji nadal próbują rozgrywać polskie spory i wskazują PiS jako główną przeszkodę w procesie „pojednania” polsko-rosyjskiego. Treść dokumentu z 1981 roku dowodzi zaś, że działalność TPPR-u oraz tzw. „przyjacielskie kontakty” były kolejnym instrumentem władzy okupanta, służąc głównie indoktrynacji oraz przekazywaniu dyrektyw i poleceń polskim kolaborantom. Oparcie rządowego Centrum Dialogu i Porozumienia na koncepcji komunistycznej organizacji cofa nas w relacjach z Rosją do okresu Polski Ludowej i świadczy o wręcz niewiarygodnej podległości obecnych władz. Wynika to również z faktu, że w Rosji nie powstało podobne Centrum, zatem Polska występuje z pozycji petenta zabiegając o „ratyfikację” polsko-rosyjskiego dialogu i porozumienia”  z państwem, które ostentacyjnie okazuje nam wrogość i pogardę. 
W tej sytuacji trudno o bardziej haniebny akt poddaństwa, jak tworzenie spec - ustawy i państwowej instytucji w celu zadekretowania „przyjaźni”.




Artykuł opublikowany w nr 4/2011 „Nowego Państwa”.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

KALENDARIUM AGRESORÓW. FAKTY WBREW PROPAGANDZIE

19.10.2010 r - po godzinie 11.00 do siedziby łódzkiego okręgu PiS wtargnął z bronią 62-letni Ryszard C. – były członek Platformy Obywatelskiej wykrzykując, że nienawidzi PiS i chce zabić Jarosława Kaczyńskiego.  Śmiertelną ofiarą mordercy został 62-letni Marek Rosiak, asystent europosła PiS Janusza Wojciechowskiego. Zamachowiec oddał do niego kilka strzałów z broni palnej. Druga z ofiar ataku Paweł Kowalski z biura posła PiS Jarosława Jagiełły, trafił do szpitala z siedmiocentymetrową raną na szyi, zamachowiec usiłował mu poderżnąć gardło.

19.10. 2010 – do posłanki PiS Beaty Szydło z niemieckiego serwisu został wysłany list z groźbami. W liście, oprócz obelg, znajdowały się zdania: "zaczęli was zabijać, mam nadzieję, że was wszystkich wybiją" i "ty się przestań pokazywać w mediach, bo możesz przez przypadek też trafić na celownik". Polscy śledczy proszą Niemców o pomoc w ustaleniu nadawcy e-maila.

20.10. 2010 - Pracownica posła PiS Bolesława Piechy otrzymała maila z pogróżkami. - Ktoś napisał, że skończy jak Eugeniusz Wróbel, czyli w Zalewie Rybnickim - mówi Piecha. Postanowił o sprawie zawiadomić policję.
Tego samego dnia syn posła zgłosi na policję fakt, że ktoś przebił opony w samochodzie posła. Do zdarzenia doszło w Katowicach w pobliżu dworca PKP.

20.10.2010 - Adam Hofman, poseł PiS, poinformował prokuraturę warszawską o groźbach jakie otrzymał kilka dni temu. W piśmie do prokuratury okręgowej w Warszawie Hofman stwierdza między innymi: „Do mojego Biura Poselskiego dzwoniono co najmniej dwukrotnie i grożono śmiercią. Spis nagrania automatycznej sekretarki oraz płytę z nagraniem tego zapisu dołączam. Zwracam się z prośbą o zapoznanie się ze sprawą i podjęcie właściwych działań.” Z zapisów nagrań: „Hofman … już nie żyjesz … masz dwa, trzy … dni … nie więcej … żegnam … jestem … tym, który wyrywa chwasty. Cześć.” „Panie Hofman, miej pan odwagę i nie kryj się. Bo ja już dla Ciebie drzewo znalazłem. Cześć.”

23.10.2010  - „Zabiję Kurskiego, niezależnie od tego, co się stało w Łodzi. Nienawidzę PiS” - usłyszał w słuchawce, według portalu rp.pl, oficer dyżurny wrocławskiej policji. Jak informuje policja, agresywny mężczyzna zadzwonił na numer alarmowy 112 i groził śmiercią politykowi PiS. Policjantom udał się szybko namierzyć rozmówcę i 54-letni mieszkaniec Wrocławia został zatrzymany.

25.10.2010- - „Prześladować PiS-iorów wszędzie, teraz i zawsze” - napisał na portalu internetowym Michał K., nawołując przy tym do spalenia biur wyborczych i poselskich PiS. Mężczyzna został zatrzymany i prokuratura przedstawiła mu zarzuty. Podczas przesłuchania 30-latek przyznał się do wszystkiego, usprawiedliwiał się jednak, że był to tylko "głupi żart".

2.11.2010 - Na dzień przed pogrzebem Marka Rosiaka Jarosław Kaczyński otrzymał anonim z groźbami, że jeśli przyjedzie do Łodzi, czeka go śmierć. Anonimowy list z groźbami o planowanym zamachu na Jarosława Kaczyńskiego został wysłany do biura poselskiego PiS w Będzinie w miniony piątek. Policja tropi nadawcę.
List z groźbami pod adresem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego był napisany odręcznie, w liczbie mnogiej i podpisany pseudonimem” - mówił na konferencji prasowej poseł PiS Waldemar Andzel. Jak dodał nie zawierał on błędów ani inwektyw, a autor, lub autorzy, zarzucają w nim prezesowi PiS, że polskie społeczeństwo jest dzielone.

13.11.2010 – W Brodnicy, nieznani sprawcy obrzucili środkami zapalającymi sklep Krystyny i Andrzeja Mrozowskich, wskutek czego doszczętnie spłonęło wnętrze kwiaciarni. Policja bada okoliczności i prowadzi działania celem ustalenia osób odpowiedzialnych za podpalenie.
Jacek Tyburski, pełnomocnik PiS w Brodnicy twierdzi, iż zdarzenie było celowym działaniem i stanowiło bezpośrednie zagrożenie życia mieszkańców kamienicy. Wiele wskazuje na to, że podpalenie było aktem politycznym, wymierzonym przeciwko właścicielce kwiaciarni Krystynie Mrozowskiej, która jest kandydatką PiS do Sejmiku Wojewódzkiego, a jej poglądy na temat bezpieczeństwa w mieście są powszechnie znane. Nie jest to pierwszy atak przeciwko Mrozowskim. Kilka dni wcześniej, w biały dzień (około godziny 11) przeżyli oni najazd wynajętych “ochroniarzy”, którzy siłą wtargnęli na ich, ulokowaną w centrum miasta posesję i uszkodzili przy tym samochód rodziny, zaś Andrzej Mrozowski ucierpiał podczas szamotaniny z napastnikami.

8.12.2010 -  W Legnicy, do biura poselskiego wiceprzewodniczącego PiS Adama Lipińskiego dwukrotnie przychodził 66-letni mężczyzna, który chciał się spotkać z posłem. Kiedy za drugim razem nie zastał Adama Lipińskiego, zrobił awanturę grożąc, że go dopadnie. – „I wyjadę z biura na wózku inwalidzkim” - relacjonuje gazecie poseł. Groził tym też dyrektorowi biura poselskiego. Wezwana policja zatrzymała agresora, który - jak się okazało - krążył przez dłuższy w okolicach biura posła. W chwili zatrzymania mężczyzna miał przy sobie kamień i żyletkę. Jednak prowadząca w tej sprawie śledztwo Prokuratura Rejonowa w Legnicy wypuściła mężczyznę na wolność, zakazując mu jedynie zbliżania się do biura poselskiego i jego pracowników na odległość 50 metrów

16.03.2011 -.Szef Biura Zespołu Parlamentarnego PiS ds. Katastrofy Smoleńskiej Bartłomiej Misiewicz otrzymał 11 lutego SMS o treści: „Proszę się nawrócić. Modlę się w Twojej intencji”. Pięć dni później przebito mu oponę w  samochodzie zaparkowanym pod jego domem w Łomiankach. Natomiast Piotrowi Bączkowi tego samego dnia powieszono na furtce domu martwą wiewiórkę.
 - „Od dnia przebicia opony codziennie o różnych porach dnia i nocy podjeżdża ciemne BMW, zawsze z czterema osobami w środku. Samochód ma charakterystyczny, głośny silnik. Często przyjeżdża około 1 lub 2 w nocy. Samochód okrąża posesję, czasem się zatrzymuje. Wtedy wysiada z niego kilku mężczyzn, którzy spacerują i przyglądają się mojemu domowi. 11 marca jednego z mężczyzn zauważyłem na terenie swojej posesji” -  tłumaczy Bartłomiej Misiewicz. 12 marca Misiewicz zawiadomił Komendę Policji w Łomiankach o podejrzeniu popełniania przestępstwa.

23.03.2011 – na jednym ze strzeżonych osiedli wrocławskich doszło do pobicia dziennikarza 24 –letniego Pawła Mitera, członka KSD, który dzięki skutecznej prowokacji dziennikarskiej obnażył skrajne upolitycznienie obecnych władz Telewizji Polskiej. Miter został zaatakowany przez nieznanych sprawców. – „Zostałem poobijany, wybito mi przedni ząb i przekazano ostrzeżenie, żebym uważał z kim rozmawiam i nie kontaktował się już z prasą” – powiedział Paweł Miter. Dzień wcześniej w tygodniku „Nasza Polska” ukazał się wywiad z Miterem, w którym dziennikarz powiedział po raz pierwszy, że otrzymywał SMS-y z pogróżkami. Pobicie zostało zgłoszone jednostce policyjnej we Wrocławiu.

11.04.2011 - w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu podczas usuwania namiotu Stowarzyszenia Solidarni 2010 przed Pałacem Prezydenckim został pobity dziennikarz „Gazety Polskiej” Michał Stróżyk. Drugim pobitym podczas tej akcji był Marek Wernica z Solidarnych 2010. Stróżyka pogotowie ratunkowe odwiozło do szpitala. Ma złamany ząb i objawy wstrząsu mózgu, założono mu kołnierz ortopedyczny.


19 kwietnia minęło 6 miesięcy od zbrodni łódzkiej – okrutnego morderstwa dokonanego przez  jednego z członków partii rządzącej na działaczu PiS. Wszystko co zdarzyło się później świadczy, że zbrodnia łódzka stanowiła akt otwarcia nowego rozdziału w systemowej kampanii nienawiści i walki z opozycją. Zdarzenia, które przywołuję wskazują nadto dobitnie, kto w dzisiejszej III RP jest agresorem, a kto ofiarą agresji.
Wszystkim głupcom i pospolitym oszustom, którzy bredzą o „nienawiści PiS-u”, „radykalizmie”, „faszyzmie” i  „antydemokracji” partii opozycyjnej, każcie wskazać choćby jedno zdarzenie porównywalne z przedstawionymi powyżej.
Każcie im wymienić tylko jeden przypadek, w którym z przyczyn politycznych doszło do ataku na polityka Platformy, gróźb karalnych, prób zastraszenia, pobicia lub zabójstwa członka grupy rządzącej.
Jeśli nie potrafią takich wskazać - nazwijcie ich łgarzami i łajdakami, zakłamującymi rzeczywistość i nawołującymi do kolejnych aktów bezprawia i przemocy wobec ludzi związanych z opozycją.
Każdy bowiem, kto nie zrozumiał logiki tragedii smoleńskiej, kto niczego nie pojął z morderstwa w Łodzi i nadal bredzi o  „agresji” i „radykalizmie” PiS-u lub z talentem hipokryty dzieli nieistniejącą odpowiedzialność – stoi po stronie łódzkiego bandyty, mordującego w imię politycznej nienawiści. Trzeba tym ludziom twardo uzmysłowić, że każdy następny dzień, w którym akceptują zło rozplenione w Polsce czyni ich odpowiedzialnymi za przyszłe wydarzenia, czyni z nich wspólników w dziele nienawiści.


Każde słowo, które będzie nawiązywało do tej kampanii nienawiści, będzie wzywaniem do morderstw. To bardzo mocno chciałem podkreślić. (...) Ktokolwiek je wypowie - czy to będzie polityk czy dziennikarz - będzie to wzywanie do morderstw.
Jarosław Kaczyński - 19.10.2010 r.


Linki do wiadomości:

piątek, 22 kwietnia 2011

ŚWIAT WIELKIEGO PIĄTKU

W "Zniewolonym umyśle" Miłosza znajdziemy definicję „ketmana” zaczerpniętą od francuskiego myśliciela Artura Gobineau. To z jej pomocą Miłosz próbował analizować zachowania intelektualistów w epoce stalinizmu i rozprawić się z  własnym „ukąszeniem”.
"Czym jest Ketman?” – pytał Miłosz. – „Zdaniem ludzi na muzułmańskim Wschodzie posiadacz prawdy nie powinien wystawiać swojej osoby, swego majątku i swego poważania na zaślepienie, szaleństwo i złośliwość tych, których Bogu spodobało się wprowadzić w błąd i utrzymać w błędzie. Należy więc milczeć o swoich prawdziwych przekonaniach, jeżeli to możliwe. Jednakże są wypadki, kiedy milczenie nie wystarcza, kiedy może ono uchodzić za przyznanie się. Wtedy nie należy się wahać. Nie tylko trzeba wtedy wyrzec się publicznie swoich poglądów, ale zaleca się użyć wszelkich podstępów, byleby tylko zmylić przeciwnika. Będzie się wtedy wypowiadać wszelkie wyznania wiary, które mogą mu się podobać, będzie się odprawiać wszelkie obrządki, które uważa się za najbardziej niedorzeczne, sfałszuje się własne książki, wykorzysta się wszelkie środki wprowadzania w błąd.
Znamy „ketmana”. W opinii przedstawicieli tzw.„elit” III RP jest kuszącym wyzwaniem, wzniosłym, niemal egzystencjalnym testem wielkość ich ducha zdolnego przekraczać granice dobra i zła. Daje poczucie władzy nad złożoną dialektyką i miraże prowadzenia gry na kresach antynomicznych rzeczywistości. Miłosz podpowiedział im, że „Ketman napełnia dumą tego, kto go praktykuje. Wierzący dzięki temu osiąga stan trwałej wyższości nad tym, którego oszukał, chociażby ten ostatni był ministrem czy potężnym królem”.
Uzbrojeni w ten arsenał pseudofilozoficznych sofizmatów, wszelkiej maści konformiści, bufoni, karierowicze i pospolite kanalie stworzyli przestrzeń własnej miernoty, nieistniejące „państwo ketmana”, w którym próbują dyktować fałszywą wersję zdarzeń pisaną  językiem tchórzy i łgarzy
Ta postawa istniała od zawsze, wszędzie tam, gdzie do ludzkiej nędzy przykładano miarę szlachetnej postawy myśliciela, gdzie niemoc tłumaczono rozsądkiem, a pychę, przezornością. To według niej „politycznego” wyboru dokonał Judasz rozczarowany „niemesjańskim“ przesłaniem Jezusa, gdy wydał Nauczyciela Radzie Kapłanów. To ona stała za Potockim, Branickim czy Kossakowskim, pomagając im wytłumaczyć zdradę Targowicy. Według niej działali w PRL-u literaccy „inżynierowie dusz” i szczytne „Puczymordy” przekonani o moralnej „dostojności” i „potykaniu się ze złem”. Wysublimowany z pospolitej zdrady „ketman” miał zaspokajać potrzeby ludzi nazbyt słabych, by pogodzić się z własnym zbydlęceniem, zbyt tchórzliwych, by znieść swoją prawdziwą twarz.
Tragedia smoleńska jedynie obnażyła te postawy, niosąc tryumf nienawiści i ucieczkę od elementarnych zasad. To dzięki niej dostrzegliśmy pozę „ketmana” podniesioną do rangi „racji stanu” i usłyszeliśmy mowy pospolitych oszustów udających „elitę”. Jednego możemy być pewni. Tchórzliwa kapitulacja przed rosyjskim dyktatem w sprawie przyczyn tragedii i walka z pamięcią o jej ofiarach zostanie rozgrzeszona przez „elity intelektualnych trupów” tym samym zabiegiem, jakim ich peerelowscy pobratymcy rozgrzeszali peany na cześć Stalina. „Podpowiedź” Miłosza łączy te dwa okresy i odsłania trwałe przymierze postaw.
To dzięki „ketmanowi” poznaliśmy współczesnych „talibów” III RP – owych uczniów politpoprawnej medresy, praktykujących odwieczną takijję, by zasłonić nią swój prostacki oportunizm. Można w nich rozpoznać semantycznych terrorystów, próbujących za pomocą „odwróconego języka” sparaliżować ludzi odważnych i pozbawić ich prawa do głosu.
Ich obłudne mowy „w obronie demokracji”, ich „apele o wstrzemięźliwość” mają uciszyć niepokój sumienia i nie są niczym innym, jak oracją w obronie własnego tchórzostwa.
Nie wolno nam godzić się na postawę „ketmana” – który z negacji dobra i zła próbuje zbudować własne państwo i swoją „niby obecnością” niszczy odwieczny porządek, występując przeciwko tym, którzy mają odwagę stawiania trudnych pytań.
Nie można pozwolić, by pseudointelektualny bełkot „ketmanów” uzasadniał najzwyklejsze łajdactwo i z zaprzeczenia  rzeczy niezaprzeczalnych czynił fałszywą normę. Nie wolno - ponieważ każdy z nich, nienazwany swoim imieniem zabija fundamentalną prawdę o naszej rzeczywistości i drwi z ludzi, zdolnych udźwignąć ciężar odpowiedzialności za słowa.
Ich świat - najgroźniejszej z fikcji, gorszej od „socjalistycznej demokracji” i „Europy bez granic” jest anty- ludzki i anty -chrześcijański.
To dlatego ”ketman” zawsze zna odpowiedź na pytanie „cóż to jest prawda” i wie kiedy i przed kim być „królem żydowskim”. To dlatego, żaden „ketman” nie powie „Oto jestem” i nie wkroczy na drogę z której nie ma odwrotu. Lęk, jaki odczuwają przed Słowem wymusza nienawistny bełkot, groza pustki żąda zgiełku i agresywnej  kazuistyki. Tylko tak mogą ukryć własną beznadzieję, tylko tak potrafią oszukać nieskończony strach.
Trzeba, żebyśmy zostawili „ketmanów” w ich świecie Wielkiego Piątku, „podziwiających zawrotną grę losu, potencje i uśmiechy fortuny.”  Nie znajdą z niego wyjścia. Książę Poetów, pogromca „ketmanów” wiedział jak próżne ich oczekiwanie:
„A Nazareńczyk
 został sam
 bez alternatywy
 ze stromą
 ścieżką
 krwi”.


Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.


**********************


Wszystkim Państwu, którzy odwiedzacie mój blog, chciałbym życzyć wielu łask płynących z przeżywania Świąt Wielkanocnych. A szczególnie - prawdziwej nadziei, zrodzonej ze świadomości, że po smutku Wielkiego Piątku przychodzi radość Niedzieli Zmartwychwstania.  Z tą nadzieją trzeba patrzeć na nasze dziś, gdy rzesze „ketmanów” sprawują „proces nad Chrystusem w Jego braciach”. Ich świat kończy się na Wielkim Piątku. My wierzymy w Nowe Życie. 



wtorek, 19 kwietnia 2011

PRZECIW OBŁUDNYM ŻURNALISTOM

Drodzy przyjaciele, wyznawcy światłych idei i stronnicy partii postępu!
Nasza młoda demokracja, wykuta przez Ojców Założycieli w trudzie negocjacji „okrągłego stołu” obchodzi właśnie 22 lecie istnienia, a od blisko czterech lat wkroczyła na wyższy poziom założeń ideowych i programowych. I chociaż cieszymy się ze zdobyczy ludowładztwa danego nam przez Ojców Reformatorów i z radością czerpiemy z bogactwa naszych poprzedników, to świadoma realizacja nakreślonych zadań zmusza nas do krytycznego przeanalizowania obecnej sytuacji.
Wszyscy mamy w pamięci ponury okres rządów kaczystowskich siepaczy, żywe są doświadczenia krzywd i klęsk, jakie dotknęły wówczas naszą ojczyznę. Dotychczas ze smutkiem wspominamy ofiary krwawych rządów i boleśnie odczuwamy problemy związane z  okresem władzy antydemokratycznej junty. Tymczasem, nie przebrzmiały jeszcze echa szkodliwej dla Polski prezydentury, nie zapomnieliśmy czasu waśni i sporów o krzesło, a już nowe niebezpieczeństwo zawisło nad naszymi głowami.
Wydarzenia ostatnich miesięcy głęboko poruszyły masy pracujące i wywołały słuszny gniew licznych środowisk inteligencji twórczej oraz ludzi pióra i sztuki, połączonych troską o byt naszej młodej demokracji. Oto bowiem na naszych oczach odradza się szowinistyczna hydra spod znaku „IV RP”, a pogrobowcy belwederskiego satrapy wyciągają brudne łapy po władze. Pełne nienawiści i chęci odwetu niedobitki fałszywie oskarżają naszych demokratycznych przywódców, cynicznie grają kartą narodowej tragedii i chcą po trupach osiągnąć swoje nikczemne cele. Niepomni na przestrogi autorytetów moralnych i głosy naszych biskupów, chcą na nowo wzbudzać żałobne nastroje i żerować na ludzkim nieszczęściu.
Od czasu, gdy  katyńska kość niezgody w relacjach Warszawy i Moskwy została pochowana razem z byłym prezydentem, wzrastała nienawiść i zaślepienie tych politycznych bankrutów. Nie szanując woli mas pracujących oraz podważając słuszną linię pojednania i przyjaźni z przywódcami bratniego kraju, wrogie elementy reakcyjne atakowały nasze państwo i jego konstytucyjne organy, stawiając absurdalne zarzuty i nacechowane złą wolą pytania.
Wypowiedzi politycznych wichrzycieli podważały zaufanie obywateli do państwa i narażały powagę naszych organów. Siały nienawiść i zamęt w spokojną i dostatnią codzienność Polek i Polaków. Wszyscy wiemy, kto stał za manifestacjami na Krakowskim Przedmieściu, kto podjudzał i instruował nieświadome masy. Znamy nazwiska tych  wytrawnych politykierów, którzy zza pleców moherowych staruszek i niedołężnych indywiduów próbują zburzyć fundamenty naszej demokracji. Wiemy, jaki cel mają reakcyjni gracze chcący zamienić nasz kraj nasz w kolonię anglo-amerykańskiego imperializmu, a polskiego robotnika, chłopa i inteligenta w niewolnika Ciemnogrodu i londyńskiej City.
Na to nie pozwolimy! Znając wroga, potrafimy go osaczyć i wymierzyć mu zasłużoną sprawiedliwość. Bliski jest czas, gdy niezależne sądy i oddane narodowi służby wyciągną konsekwencje wobec winnych tego antydemokratycznego rokoszu. Delegalizacja tych niedobitków i ich wykluczenie z naszej społeczności jest tylko kwestią czasu.
Stałe zabezpieczenie informacyjno-propagandowe wymaga jednak, by obnażyć perfidie burzycieli i wykryć ich knowania tam, gdzie się tego najmniej spodziewają. Trzeba zatem powiedzieć, że w zdrowej tkance aparatu prasy radia i telewizji zagnieździli się osobnicy o podstępnych zamiarach, zdrajcy naszej sprawy i agenci wrogiego kaczyzmu. Pod pozorem służby demokracji i wspierania naszej postępowej partii, osobnicy ci prowadzą działalność  propagandową skierowaną przeciwko żywotnym interesom mas pracujących.
Musimy bezwzględnie odsłonić takie praktyki i wskazać tych fałszywych przyjaciół. Oto jeden z nich, dawny kaczystowski żurnalista, pisujący wcześniej w reakcyjnym miesięczniku wydawanym przez partyjnych bonzów. Zatrudniony dziś w przodującym organie prasowym napisał tekst, w którym rzekomo rozprawia się z czołowym ideologiem wrogiego obozu i ukazuje jego antysystemową i antydemokratyczną gębę. Czy jednak rzeczywiście, taki jest cel tej publikacji? Czy mamy do czynienia z surową i bezwzględną krytyką, zgodną z oczekiwaniami społeczeństwa?  Musimy stawiać to pytanie, bo przecież wystąpienie tego żurnalisty polega głównie na szczegółowym cytowaniu owego ideologa i natrętnym propagowaniu jego warcholskich myśli.  Zamiast skupić się na dawaniu słusznego odporu, pracownik naszej gazety przytacza całe fragmenty chorobliwych wywodów kaczystowskiego demagoga i pławi się w bagnie nienawistnej retoryki wroga. Prosty czytelnik, który z zaufaniem sięga po słuszne treści prasowe musi mieć wrażenie, jakby brał do ręki wrogi organ propagandowy. Jak ma się zachować taki czytelnik i jak oceniać pracę naszego aparatu?
Nietrudno zrozumieć jaki jest prawdziwy cel tych podstępnych zabiegów i na czym polega fałszywa krytyka. W ten sposób żurnalista przekazuje destrukcyjne treści  i szerzy zarazę nacjonalistyczno-faszystowskiej ideologii. A wszystko to pod płaszczykiem obrony demokracji i wspierania słusznej linii naszej partii. Nie  powinniśmy zapominać o posępnej przeszłości  taki osobników i nie wierzyć w ich samooczyszczenie i autokrytykę. Nie możemy wykluczać, że takim sposobem wróg rozgrywa własne, ciemne interesy i przetasowuje swoje szeregi. Ten cyniczny pismak liczy zapewne na brak czujności i polityczne niewyrobienie niektórych czytelników naszej prasy. Liczy, że wrogie treści przemycane w tak sprytny sposób znajdą drogę do ludzi ideologicznie niedojrzałych i trwale zatrują zdrową tkankę naszej inteligencji pracującej.
Niewątpliwie ta kwestia wymaga sprecyzowania i określenia, a także wytężonej pracy naszych służb, bo za owym obłudnym żurnalistą już postępują naśladowcy próbujący ponownie ideologicznej kontrabandy. Za zasłoną rzekomej krytyki zajmują się oni propagowaniem kaczystowskiego demagoga i rozgłaszaniem jego zionących nienawiścią wytworów.
Musimy domagać się bezwzględnego wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do winnych tych praktyk, ukarania wiarołomnego żurnalisty i pozbawienia go wpływu na nasze organy prasowe. Kierownicy tych organów muszą wykazać się większą przezornością przed powierzaniem dostępu do szpalt gazetowych tak niepewnym elementom.
Musimy również zdwoić czujność, by bronić demokracji poprzez prawdziwą krytykę, nie ulegając drobnomieszczańskim nawykom i słabościom. Trzeba w tym celu wykorzystać doświadczenia wypróbowanego aktywu i wieloletnich pracowników organów praworządności, trzeba bazować na pracy sprawdzonych oficerów i korzystać z ich metod rzeczowej krytyki.   Wykonanie tych zadań wymagać będzie uporu i zdwojonych wysiłków, a niekiedy nawet i wyrzeczeń. Nie możemy zapominać, że to w naszych rękach spoczywa dziś przyszłość kraju, a od słusznej idei demokracji nie ma odwrotu!  

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

BULDOŻERY

Wystarczyło, że Rosjanie podmienili tablicę powieszoną na obelisku w miejscu katastrofy smoleńskiej i zlikwidowali na niej napis o „sowieckiej zbrodni ludobójstwa w lesie katyńskim”, by natychmiast w Polsce rozległy się głosy zatwierdzające powtórne kłamstwo katyńskie. Na podstawie wypowiedzi Sikorskiego o „polu do sporu czy Katyń był ludobójstwem” oraz słów doradcy Komorowskiego o „definiowaniu Katynia jako zbrodni wojennej” wiemy już, że najwyżsi urzędnicy państwowi podzielają stanowisko władz Rosji i wbrew faktom oraz interesom polskiej racji stanu propagują fałsz w sprawie Katynia.
Trzeba przypomnieć, że sami Rosjanie dwukrotnie przyznawali, iż Katyń jest zbrodnią ludobójstwa.  Po raz pierwszy nastąpiło to w roku 1946 r., podczas procesu w Norymberdze, gdy sprawca zbrodni występował w roli prokuratora i sędziego we własnej sprawie. Wówczas strona sowiecka chcąc przypisać mord Niemcom nazwała go ludobójstwem. 
Powtórne uznanie  ludobójstwa nastąpiło 13 lipca 1994, roku gdy szef grupy śledczej Głównej Prokuratury Wojskowej Federacji Rosyjskiej, pułkownik Anatolij Jabłokow umorzył śledztwo katyńskie (nr 159) na podstawie pkt. 8 art. 5 Kodeksu Postępowania Karnego Rosyjskiej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Radzieckiej (RSFRR), tj. z powodu śmierci winnych. W postanowieniu o umorzeniu dochodzenia Stalin, Mołotow, Woroszyłow, Mikojan, Kalinin, Kaganowicz oraz Beria i inni kierowniczy funkcjonariusze NKWD, a także bezpośredni wykonawcy mordu zostali uznani za winnych popełnienia przestępstw, opisanych w punktach "a", "b" i "c" art. 6 Statutu Międzynarodowego Trybunału Wojennego w Norymberdze, który mówił o zbrodniach przeciwko pokojowi i przeciwko ludzkości. 
W roku 2000 Senat USA przyjął specjalną uchwałę, w której zbrodnię katyńską określono mianem ludobójstwa. Również Senat III RP w uchwale z dnia 14 września 2007 r., nie miał wątpliwości, czym była sowiecka napaść na Polskę i czym był Katyń. W uchwale napisano, że 17 września 1939 r. „rozpoczęła się sowiecka okupacja połowy Polski i ludobójstwo wobec obywateli polskich, którego najbardziej tragiczną częścią był Katyń, jako symbol mordu wobec wziętych do niewoli polskich oficerów (...) Senat RP przypomina o tym tragicznym rozdziale w polsko-rosyjskich stosunkach, odrzucając próby fałszowania historii, pomniejszania zbrodni komunistów, odmowy nazywania zbrodni katyńskiej ludobójstwem”.
W obecnej sytuacji, uchwała polskiego Senatu nabiera szczególnego znaczenia bowiem stwierdza się w niej wyraźnie, że odmowa nazwania Katynia zbrodnią ludobójstwa stanowi próbę fałszowania historii i pomniejszania zbrodni komunistów. To zatem, co czynią dziś przedstawiciele władz III RP wolno nazwać powtórnym kłamstwem katyńskim, nawiązującym wprost do hańby okresu PRL-u.
W czasach komunizmu prawda o tej zbrodni - jako akcie założycielskim „Polski Ludowej” była ukrywana we wspólnym interesie Sowietów i ich polskojęzycznych namiestników. Kłamstwa tzw. komisji Burdenki powtarzały świadomie kolejne rządy PRL, powstałe na bazie sowieckiej agentury, nazywającej się partią komunistyczną. Ponieważ Rosja sama przyznała się do katyńskiego ludobójstwa, nie wypadało więc, by stronnicy Kremla nadal propagowali kłamstwo i obarczali Niemców odpowiedzialnością za Katyń. Można jedynie przypuszczać, że gdyby nie stanowisko agencji informacyjnej TASS z 13 kwietnia 1990 roku, w którym oficjalnie potwierdzono, że polscy jeńcy wojenni zostali rozstrzelani wiosną 1940 roku przez NKWD – członkowie „partii rosyjskiej” w Polsce do dziś zaprzeczaliby udziałowi Rosjan w zbrodni ludobójstwa.
Otwarcie propagandowego sporu o nazwanie Katynia ludobójstwem leży obecnie w interesie putinowskiej Rosji, dążącej do ukrycia zakresu zbrodni sowieckich na narodzie polskim. Głosy Sikorskiego czy Kuźniara nie mają żadnego oparcia w prawdzie historycznej i służą w istocie usprawiedliwieniu decyzji władz rosyjskich o ocenzurowaniu tablicy na pomniku ofiar tragedii smoleńskiej.
Jednocześnie ukrywa się przed polskim społeczeństwem prawdę, iż państwo rosyjskie nigdy nie uznało oficjalnie mordu na polskich obywatelach za zbrodnię ludobójstwa, nie ujawniło okoliczności sprawy, nie otworzyło archiwów, a w oficjalnym stanowisku rządu rosyjskiego przekazanym do Trybunału w Stasburgu stwierdzono, że „ nie ma dowodu na to, iż Polaków zamordowano”. Ten sam rząd Władimira Putina w kwietniu 2010 roku odmówił jakiejkolwiek rehabilitacji ofiar, twierdząc, że „nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono”. Młodzież rosyjską uczy się, iż mord w Katyniu był sprawiedliwą zemstą za zagładę wielu tysięcy Rosjan w polskiej niewoli po wojnie 1920 roku. Naucza się również, że tamtą wojnę wywołała Polska, a nie Związek Sowiecki oraz przekonuje, że ludobójstwa Józefa Stalina, to nic innego jak „mądre działania przywódcy szykującego kraj do wojny”.
Zamiast rzetelnej wiedzy o faktach, Polacy karmieni są bredniami o „otwartym stanowisku Rosji w sprawie Katynia” i zapewnieniami o konieczności „pojednania”, w imię przyszłości i ułożenia dobrych stosunków z rosyjskim sąsiadem. Ta nowa forma kłamstwa katyńskiego przybiera postać zorganizowanej kampanii, a o intencjach obecnej władzy może świadczyć polityka prezydenckiego BBN-u, kierowanego przez gen. Stanisława Kozieja, który poddał cenzurze oficjalny dokument Biura sporządzony za czasów Lecha Kaczyńskiego. Chodzi o powstały na kilka tygodni przed tragicznym lotem Prezydenta RP do Smoleńska, raport zatytułowany "Ludobójstwo Katyńskie w polityce władz sowieckich i rosyjskich (1943-2010)", autorstwa dr Leszka Pietrzaka i Michała Wołłejko. W dokumencie omawiającym zachowania Rosji wobec zbrodni katyńskiej na przestrzeni prawie sześćdziesięciu lat, zarekomendowano również Prezydentowi RP działania w zakresie polityki państwa. W raporcie postulowano, by „bez względu na stanowisko strony rosyjskiej i przebieg obchodów rocznicy ludobójstwa katyńskiego, a przede wszystkim treści wystąpienia premiera W. Putina w Katyniu, Prezydent RP, przedstawiciele rządu powinni mówić jednym głosem i reprezentować jednolite stanowisko strony polskiej w kwestii Katynia. Stanowisko to najkrócej można zawrzeć w słowach: domagamy się i będziemy domagać od władz Federacji Rosyjskiej nazwania zbrodni katyńskiej ludobójstwem.”
Rekomendacje dla prezydenta i władz państwowych III RP znalazły się w ostatniej, piątej części raportu. Nowy szef BBN gen. Stanisław Koziej zakazał autorom publikacji tego rozdziału, wyrażając zgodę jedynie na ujawnienie czterech części. Mając na uwadze taką praktykę oraz zachowania obecnego prezydenta wobec Rosji, nie sposób oczekiwać, że Bronisław Komorowski przeciwstawi się kłamstwu i uzna Katyń za zbrodnię ludobójstwa. Gdyby tego rodzaju stwierdzenie nie brzmiało jak upiorny żart, można byłoby powiedzieć, że w istocie prezydent i przedstawiciele rządu III RP mówią dziś  „jednym głosem i reprezentują jednolite stanowisko strony polskiej w kwestii Katynia”. Fakt, iż jest to stanowisko zgodne z interesem Rosji nadaje owej „jednolitości” szczególne znamię hańby.
Chcąc ocenić obecną sytuację należałoby przywołać obraz katyńskich dołów, pospiesznie zasypywanych przez sowieckie buldożery. Zasypywanych tak szybko, by prawda o zbrodni nie została nigdy ujawniona. Ale również po to, by stworzyć nową historię -  bez Polski i Polaków na mapie Europy. Ludzie, którzy tworzą dziś pozory pojednania katów z ofiarami za cenę prawdy o tej zbrodni i przemilczają lub fałszują jej prawdziwy wymiar - ponownie zasypują katyńskie doły.

piątek, 15 kwietnia 2011

DROGA DO CERKWI

Są w polskiej historii ponure karty, na których ludzie Kościoła zapisali się najcięższą zdradą i sprzeniewierzeniem interesom narodu. Dość wspomnieć Targowicę i haniebną rolę prymasa Poniatowskiego czy postawę biskupów Kossakowskiego, Massalskiego, Skarszewskiego, Okęckiego i innych, wzywających Rosję do zbrojnej interwencji i nakłaniających posłów do podpisania traktatu rozbiorowego.
Szubienice wzniesione przez mieszkańców Warszawy w majową noc 1794 roku przyniosły zasłużoną karę zdrajcom ojczyzny, a powieszeni wówczas biskupi Kossakowski i Massalski stali się symbolem zaprzaństwa i służalczości wobec Rosji. I choć w późniejszych latach zdarzały się przypadki, gdy ludzie Kościoła stawali po stronie naszych wrogów, nigdy nie dochodziło do trwałego sojuszu „tronu i ołtarza” wymierzonego w interesy Polski i Polaków.
Przez wieki hierarchowie Kościoła Katolickiego byli dla nas nie tylko przewodnikami w sprawach wiary, ale głównymi gwarantami polskości. To dzięki heroicznym postawom sług Kościoła  przeżyliśmy czas komunizmu i sowieckiej okupacji, nie tracąc więzi narodowych i miana Polaków. Bez prymasa Wyszyńskiego, bez Karola Wojtyły, księdza Jerzego, Stanisława i setek innych niezłomnych kapłanów – sowieccy najeźdźcy uczyniliby z nas stado posłusznych niewolników, a polskość byłaby od dawna „rajem utraconym”. Świadomość, że nasze dążenia do niepodległości znajdują wsparcie w ludziach Kościoła, dodawała Polakom sił i nadziei.
Dlatego najpoważniejszym zagrożeniem, przed którym stanęliśmy po roku 1989 nie były rządy agentury i miernot okrzykniętych „elitami” – tych bowiem nigdy nie brakowało w postsowieckiej rzeczywistości lecz zaangażowanie ludzi Kościoła w proces tworzenia III RP, państwa sankcjonującego patologie i zło komunizmu. Nie można zapomnieć, że w czasie, gdy niektórzy z hierarchów Kościoła paktowali potajemnie z komunistami, mordercy z SB dokonali krwawej rozprawy z niepokornymi kapłanami. 20 stycznia 1989 roku zamordowano księdza Stefana Niedzielaka, 30 stycznia został zamordowany ksiądz Stanisław Suchowolec, a w dniu 11 lipca 1989 roku zabito księdza Sylwestra Zycha. Te zbrodnie, podobnie jak zabójstwo księdza Jerzego stały się prawdziwym kamieniem węgielnym, na którym zbudowano III RP.
Za milczącym przyzwoleniem hierarchów ukryto zbrodnie komunistów i nie dopuszczono do rozliczenia okresu okupacji sowieckiej. To niektórzy ludzie Kościoła stali się akuszerami fałszywego „pojednania” i „historycznego kompromisu”, uwierzytelniając państwo powstałe na niegodziwym i niemożliwym do akceptacji przymierzu katów i ofiar. 
Fakt, że hierarchom zabrakło odwagi i pokory, by oczyścić Kościół z rozlicznej agentury świadczył nie tylko o słabości ale dowodził sprzeniewierzenia się fundamentalnej zasadzie, iż prawda zawsze wyzwala. Przyniósł akty zgorszenia i na trwale zafałszował Polakom  obraz dobra i zła.
Jednocześnie ludzie Kościoła hierarchicznego, stając się beneficjantami III RP nie mogli trafić do tych, których to państwo odrzuciło lub skazało na zapomnienie; do najuboższych i zagubionych w nowej rzeczywistości, pozbawionych pracy i perspektyw. Kryzys wiary, o którym tyle mówiono po 1989 roku był również konsekwencją wyboru, jakiego dokonali hierarchowie, stając po jednej stronie z władzą i decydentami. Nigdy bardziej, jak w czasach „okrągłego stołu” i następujących po nim aktów grabieży majątku narodowego, uwłaszczania czerwonej nomenklatury i tworzenia agenturalno – oligarchicznych układów, nie mieliśmy prawa oczekiwać od polskiego Kościoła donośnego głosu sprzeciwu i obrony interesów społeczeństwa. Bez polityki i bez "dyplomacji". Bez "kompromisów w imię..." i "wybaczania w imieniu...". Nie doczekaliśmy się tego głosu i przez cały okres III RP najgłębszym patologiom tego państwa towarzyszyło milczenie hierarchów.
Przez 20 lat nie zdobyto się na odwagę, by powiedzieć Polakom, jak okrutnie oszukano ich w czasie „ustrojowej transformacji”, jak zniweczono ich marzenia o niepodległości i  skazano na państwo w  którym „elity” tworzą tchórze i zaprzańcy.
Jeśli tylu Polaków nie potrafi dziś odróżnić dobra od zła i dokonywać wyborów w zgodzie z Dekalogiem, jest w tym również wina polskich hierarchów, którzy przykładem własnych postaw zatarli jasne  kryteria zasad moralnych i odstąpili od twardego obowiązku głoszenia prawdy.
Nie słyszeliśmy ich głosu, gdy wzniecano nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego i niszczono życie publiczne przyzwoleniem na kłamstwo i arogancję władzy. Nie słyszeliśmy ich sprzeciwu wobec lżenia człowieka prawego, gdy rozbrzmiewał wrzask prymitywnych łajdaków i kłamliwe głosy miernot.
Zabrakło tego głosu, gdy na „nieludzkiej ziemi” zginął prezydent i polskie elity. Nikt wówczas nie powiedział Polakom, że ukrywa się prawdę o tragedii smoleńskiej, że obecna władza w pakcie z kremlowskim ludobójcą pozbawia nas resztek godności i suwerenności. Nie usłyszeliśmy apelu o wyjaśnienie przyczyn tragedii, nie zadbano o uszanowanie pamięci ofiar ani obronę tych, którzy zginęli za Polskę. W obliczu nieszczęścia, które dotknęło Polaków usłyszeliśmy natomiast nawoływania do „pojednania” z Rosją i głosy potępienia wobec ludzi ośmielających się wołać o prawdę. Brzmiały tym bardziej obłudnie, że w tym samym czasie władze Rosji niszczyły nie tylko ślady po smoleńskiej tragedii ale zawłaszczały miejsce kaźni polskich oficerów w Katyniu, stawiając na terenie Zespołu Memorialnego w Lesie Katyńskim Cerkiew Zmartwychwstania Chrystusa. Inicjatorem tej budowy jest współpracownik sowieckiego KGB, zwierzchnik rosyjskiej Cerkwi, Cyryl, a projekt finansuje koncern Rosnieft, zarządzany przez oficera KGB - Igora Sieczina.
Zabrakło mocnych słów biskupów, gdy bito i lżono obrońców krzyża, a człowiek wybrany prezydentem rozpętał wojnę z symbolem chrześcijaństwa. Polski Kościół miał wówczas obowiązek  powiedzieć donośne „non patitur” i domagać się poszanowania praw ludzi wierzących.  Miast tego, usłyszeliśmy nikczemny bełkot o „fanatycznej sekcie broniącej krzyża” i „bezrozumnych zwierzętach”.
Trudno uwierzyć, że tak brzmi dziś głos polskich hierarchów. Tym trudniej, że wielka jest wówczas nasza samotność.  Tak wielka, jak zagrożenie, przed którym stoimy.
Nie da się bowiem walczyć o prawdę bez wsparcia przywódców polskiego Kościoła i nie da się zachować polskości bez jej najważniejszego gwaranta. Od działań grupy rządzącej, zakusów rosyjskich satrapów, od rządów agentury i tchórzy – groźniejsza jest postawa niektórych hierarchów wspierających tę władzę, – wbrew interesom Polski i wbrew dobru Polaków.
To postawa na wskroś polityczna, krótkowzroczna i nacechowana egoizmem, w której następuje groźne przemieszanie porządku doczesnego i wiecznego, a nakaz posługi narodowi zostaje sprowadzony do ochrony bieżących interesów władzy. Znamy tę postawę, nie tylko z czasów Targowicy, bo dostrzegając zachowania niektórych hierarchów przychodzą na myśl znacznie groźniejsze skojarzenia. Tak bowiem wyglądała droga rosyjskiej Cerkwi, która po okresie terroru i prześladowań znalazła „bezpieczną przystań” w śmiertelnym sojuszu z  władzą sowiecką.  Ceną za odnowienie Patriarchatu Moskiewskiego i nadanie marnych przywilejów hierarchom, było całkowite podporządkowanie się Stalinowi i wierne wykonywanie sowieckiej polityki. Dzięki posłuszeństwu hierarchii wobec władz, do 1948 roku udało się otworzyć prawie 22  tysiące świątyń i blisko 90 klasztorów. Cena moralna, jaką za to zapłacono była ogromna, a wiernopoddańcze listy, gratulacje i hołdownicze deklaracje z tego kresu, są złowrogim świadectwem upadku i upodlenia. Do dziś, w niemal każdej sferze życia Rosji widać ślady współdziałania hierarchii cerkiewnej i państwa, tak głębokie, że  można wręcz mówić o fuzji tych dwóch porządków.
Jeśli kogoś razi przywołanie tak drastycznego symbolu, ten zdaje się nie rozumieć, że III RP wsparta jest na tych samych mechanizmach, które przez dziesięciolecia niszczyły polską wiarę i tradycję, i niezależnie od dzisiejszej nomenklatury wywodzi swój byt z ideologii wrogiej chrześcijaństwu i Kościołowi. Świadczą o tym nie tylko życiorysy głównych architektów „historycznego kompromisu” ale przede wszystkim stała obecność „obcego elementu” – rosyjskiej, postsowieckiej supremacji.  Bez niej nie byłoby Targowicy, rozbiorów i okupacji, bez niej nie doszłoby do narodowej tragedii w Smoleńsku.
Trudno uwierzyć, by hierarchowie Kościoła nie dostrzegali tej prawdy, by nie znali roli „wrogiego elementu” w polskiej historii. Jeśli widzą dzisiejszy stan państwa i antypolską, wasalną postawę jego władz,  - czemu stają po stronie obcych interesów i odwracają się od dążeń Polaków, czemu brakuje im odwagi, by wspólnie bronić prawdy?
Wielkiemu Prymasowi Tysiąclecia zarzucano w pewnym okresie zbytnią uległość wobec komunistów. Czynili to również ci ludzie dobrej woli, którzy postrzegali Kościół jako instytucję społeczną i instrument w doraźnych działaniach politycznych. Mądrość kardynała Wyszyńskiego polegała na tym, że wiedział, iż przyjdzie czas, gdy trzeba będzie powiedzieć głośne „non possumus”. I powiedział - dokładnie wtedy, gdy stało się to konieczne.
Dziś stoimy wobec zagrożenia, że wielu polskich hierarchów nie zna granicy, poza którą jest tylko "non possumus".


Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie. 

środa, 13 kwietnia 2011

WIDMO „CZARNEGO SUFITU”

Przed ponad pięćdziesięciu laty Józef Mackiewicz perfekcyjnie opisał mechanizm narodzin bolszewickiej technologii kłamstwa. Tej samej, która dziś leży u podstaw kłamstwa smoleńskiego.
Tadeusz, jeden z bohaterów „Drogi donikąd” wyjaśnia Pawłowi: "Bolszewicy (...) wskazują sufit i mówią od razu: "Widzicie ten sufit... On jest czarny jak smoła". (...) Ty myślisz, że to jest ważne dla ludzi, że prawda jest odwrotna? (...) oni się przekonali na podstawie praktyki, że to wcale nieważne". Co więcej – uznali, że "skoncentrowane kłamstwo ludzkie posiada siłę, której granic na razie nie znamy, że można dokonać przewrotu gruntownego w takich dziedzinach, jak mowa ludzka, znaczenie słów itd.". Wystarczy „odebrać ludziom pierwotny sens słów, a otrzymamy właściwie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami”.
Poznaliśmy ten mechanizm w czasach PRL-, gdy komuniści stosowali przeciwko Polakom słowa – paralizatory, wykorzystując je dla fałszowania rzeczywistości. „Działalność antysocjalistyczna”, „ekstremizm”, „wrogowie ludu”, „seanse nienawiści”, „podważanie sojuszy” – należały do określeń, dzięki którym „sufit stawał się czarny”. Używano ich nie tylko w oficjalnej propagandzie, ale również jako norm bezprawia, definiując przy ich pomocy zagrożenia dla partyjnego monopolu. W komunistycznej technologii kłamstwa stosowane były powszechnie, jako kwantyfikatory postaw niewygodnych dla reżimu i etykiety definiujące wrogów.
Te same metody przyswoił układ III RP, oparty na ciągłości „ideowej” i personalnej z okresem komunizmu. Miano sukcesora przysługuje Adamowi Michnikowi, którego epitety: „polski szowinizm”, „zoologiczny antykomunizm” „wrodzony antysemityzm”, „rusofobia” i wiele innych na trwałe zdominowały myślenie Polaków i mocno podzieliły społeczeństwo. Porażeni paralizatorem semantycznego kłamstwa nie dostrzegaliśmy, że zachowania moralnie dobre (sprzeciw wobec komunizmu, głoszenie prawdy, patriotyzm, pragnienie wolności) przedstawiano w nich jako rzeczy negatywne, odwracając tym samym ich pierwotne, zgodne z normami etycznymi znaczenie. To, co w każdej zdrowej społeczności byłoby wyznacznikiem pożądanych, obywatelskich postaw i fundamentem budowy silnego państwa – w III RP zostało sprowadzone do moralnego paradoksu, stając się synonimem obskurantyzmu i  wyrazem kompromitacji.
Okres rządów PO-PSL służył nie tylko utrwaleniu tych patologii, lecz uczynieniu z nich politycznej „podstawy programowej”. Określenia „IV RP”, „kaczyzm” czy „mohery” stały się  bronią semantycznych terrorystów szerzących nienawiść do wszystkiego, co zagrażało ich pozycji i interesom. Według nich dokonywano segregacji społeczeństwa, dzieląc je na „postępowy” elektorat PO i „konserwatywnych” wyborców PiS-u.
Od dnia tragedii smoleńskiej, owi technolodzy kłamstwa mogli całkiem bezkarnie wskazywać Polakom, że  „sufit jest czarny jak smoła”. "Myśmy sądzili dotychczas” – mówi jeden z bohaterów „Drogi do nikąd” – „że oni mogą wyczyniać takie seanse zbiorowej hipnozy tylko u siebie po poprzednim zmaltretowaniu swych obywateli. Nic podobnego!".
„Znawcom ludzkiej natury” przyszło to tym łatwiej, że przez wcześniejsze lata skutecznie paraliżowali myślenie Polaków, oferując im nienawiść, jako atrybut służący sublimacji elektoratu Platformy. 
To nie teza o winie pilotów była fundamentem putinowskiej dezinformacji, a nienawiść wobec Lecha Kaczyńskiego, fachowo sączona Polakom przez miesiące indoktrynacji. Na niej wsparł się cały gmach rosyjskiego fałszu i na niej zbudowano pozycję grupy rządzącej.
Ten, w istocie genialny pomysł nawiązywał do najniższych, prymitywnych  instynktów, czerpiąc siłę z fobii, lęków i ułomności polskiego społeczeństwa.
"Czy zapomniałeś o tym, że człowiek ceni sobie więcej spokój, nawet śmierć, niż swobodę wyboru w poznawaniu dobra i zła? Nie ma dlań nic bardziej kuszącego, pociągającego niż wolność sumienia, ale nie ma też nic tak męczącego, trudnego jak ona” – przypominał Dostojewski w „Braciach Karamazow”.
Rozpoczęta natychmiast po 10 kwietnia warszawsko-moskiewska kampania dezinformacji ujawniała też prawdziwą pozycję rządu Donalda Tuska – jako wspólnika i zakładnika kłamstwa smoleńskiego. Ponieważ koncepcja istnienia Platformy opiera się na walce z PiS-em i nienawiści do braci Kaczyńskich, a wszystkie działania polityczne służą niszczeniu idei silnego państwa – czy Rosja mogła  nie wykorzystać tej sytuacji?
Na czym płk Putin mógł oprzeć plan podboju III RP, jeśli nie na grze antypisowską histerią i na kogo innego mógł postawić, jeśli nie na marionetki owładnięte nienawiścią do Prezydenta? Wykorzystanie schematu, na którym opiera się życie publiczne „elit” III RP było najprostszym posunięciem kremlowskich strategów. Rozgrywanie przez Rosję politycznych antynomii i sporów pozwoliło na rozbicie najważniejszych dla Polaków uroczystości katyńskich i doprowadziło do zamknięcia w samolocie – pułapce osób, których działalność i wizja Polski stały na przeszkodzie zamysłom Kremla, mogły je opóźnić lub zniweczyć. Lęk przed utratą władzy na rzecz znienawidzonego PiS-u oraz obawa przed skuteczną polityką Lecha Kaczyńskiego - to podstawowe ogniwo łączące interes Rosji z intencjami grupy rządzącej.
Dlatego niepodobna sądzić, by to państwo i ta władza chciały kiedykolwiek wyjaśnić przyczyny tragedii smoleńskiej, skoro jej skutki mają gwarantować trwałość układu III RP. Nie można oczekiwać, że ludzie, którym mord smoleński otworzył drogi „kariery” i pozwolił zawłaszczyć najważniejsze stanowiska w państwie, będą rzecznikami prawdy. Wszelkie żądania i postulaty kierowane do grupy rządzącej są niedorzeczne i służą wyłącznie legitymizacji  tych osób.
Mackiewicz wskazuje wyraźnie, że na tym nie kończy się bolszewicka technologia kłamstwa. Gdy osiągnięto już wiarę, że „sufit jest czarny”, następuje kolejne stadium upodlenia społeczeństwa.  "I oto widzimy” –pisze autor -  jak dochodzą do następnego etapu, powiadając do ludzi: „A teraz wyobraźcie sobie, że istnieją podli kłamcy, wrogowie wszelkiej prawdy naukowej, postępu i wiedzy, którzy (...) ośmielają się łgać w żywe oczy, że sufit jest biały!'. I zebrany tłum wyrazi swe oburzenie, wzgardę, a nawet śmiać się będzie i wykpiwać tak oczywiste kłamstwa tych wrogów prawdy".
Na ten mechanizm zwracał uwagę Leszek Kołakowski, pisząc przed czterdziestu laty o „jasnym orędziu” komunizmu: „Wy jesteście doskonali, tamci są zgnili ze szczętem. Już dawno żylibyście w raju, gdyby złość waszych wrogów nie stała na przeszkodzie”.
Zbyt łatwo zapominamy, że po 10 kwietnia miliony Polaków uwierzyło, że „sufit jest czarny”, a wybierając Bronisława Komorowskiego udowodniło, jak dalece ulegliśmy zabójczej technologii. Początkiem kolejnego stadium był mord polityczny w Łodzi i wznowienie kampanii nienawiści wobec Jarosława Kaczyńskiego. Ostatni akcent tej kampanii – prokuratorskie donosy o „znieważaniu Ślązaków”, to zaledwie zapowiedź czekającej nas wkrótce histerii.
Pora zrozumieć, że wyrzeczenie się agresji przez środowisko PO lub rezygnacja z języka nienawiści nie jest i nigdy nie będzie możliwe. To jedyna broń ludzi słabych. Jej odrzucenie musiałoby doprowadzić do unicestwienia tej grupy, do jej rzeczywistej samolikwidacji, poprzez pozbawienie głównego, trwałego fundamentu.
Gdy wiemy, że III RP coraz mocniej zwraca się ku swoim korzeniom, a technologia kłamstwa sięga po kolejne ofiary, trzeba pilnie zdefiniować strategię obrony na czas pozostały do wyborów parlamentarnych. Strategię, która opierając się na trafnej diagnozie, znajdzie  równie celne środki.
Po pierwsze - nie sposób uważać tego państwa za kondominium rosyjsko-niemieckie i oskarżać rządzących o współudział w zbrodni, a jednocześnie traktować jego instytucji jak wolnych i suwerennych oraz oczekiwać od nich wyjaśnienia okoliczności tragedii.  Nie można osądzać mediów III RP, jako rzeczników wrogiej propagandy i siewców nienawiści, a jednocześnie brać pracowników medialnych za dziennikarzy i upatrywać w nich źródła racjonalnego przekazu.
Ta polityczna schizofrenia zbyt wiele nas dotąd kosztowała.
Albo III RP jest sukcesorem komunistycznego zaprzaństwa i atrapą państwa stojącego na krawędzi przepaści, albo jest to ocena demagogiczna, stworzona przez politycznych pieniaczy, fałszywie diagnozujących rzeczywistość. Albo mamy do czynienia z zakładnikami smoleńskiego kłamstwa i procesem niszczenia naszej suwerenności, albo szermujemy zarzutami, w które sami nie wierzymy.
 Józef Mackiewicz nie miał wątpliwości, gdy pisał o „walce nieubłaganej”:  
 My musimy komunizm wyniszczyć, wyplenić, wystrzelać! Żadnych względów, żadnego kompromisu! Nie możemy im dawać forów, nie możemy stwarzać takich warunków walki, które z góry przesądzają na naszą niekorzyść. Musimy zastosować ten sam żelazno-konsekwentny system. A tym bardziej posiadamy ku temu prawo, ponieważ jesteśmy nie stroną zaczepną, a obronną!”.
Kompromis polega na wierze w miraże demokracji, dawanie forów na traktowaniu chamów, jak mężów stanu, stwarzanie warunków na  przeświadczeniu, że można godnie przeżyć nie wygrywając najbliższych wyborów. 
Lech Kaczyński, w przemówieniu, którego nie zdołał wygłosić w Katyniu napisał m.in.: „Nie da się budować trwałych relacji na kłamstwie. Kłamstwo dzieli ludzi i narody. Przynosi nienawiść i złość. Dlatego potrzeba nam prawdy. Racje nie są rozłożone równo, rację mają Ci, którzy walczą o wolność.”
Po drugie zatem, jeśli mamy dokończyć jego dzieło, nie sposób naszych racji przykrywać tchórzliwym bełkotem i udawać, że walczymy zaledwie z politycznym oponentem.
Dranie powtarzający rosyjskie kłamstwa na temat śmierci polskiej elity nie są żadnymi politykami, dziennikarzami bądź „wyborcami Platformy”, bo żadna norma moralna bądź polityczna nie pozwala na kpiny ze śmierci własnych rodaków.  W polskiej kulturze nie istnieje przyzwolenie na nienawiść tak wielką, by drwiła z naturalnego prawa do dochodzenia prawdy o śmierci osób bliskich. Nie ma również zgody na taką nikczemność, by Polaków żądających wyjaśnienia tragedii lżyć i oskarżać. Kto tak czyni, jest zaledwie bękartem nie znającym swego miejsca na ziemi i trzeba zrobić wszystko, by pozbawić go władzy.
Pora sobie uprzytomnić, że nie polityczne podziały stworzyły tę dychotomię, lecz planowe działania aparatu nienawiści, niszczącego poczucie wspólnoty narodowej.  I nie o żadną politykę tu chodzi, lecz o walkę z człowiekiem i jego systemem wartości.
Optymizm nie zastąpi nam Polski” – pisał Mackiewicz w artykule z 1944 roku, przedstawiając własną hierarchię wrogów, wśród których "Polak bolszewik" i "bolszewik w ogóle" wyprzedzali największą grupę "obojętnych i oportunistów".
Optymizm, jakim się dziś karmimy będzie tylko wyrazem słabości, jeśli ucieknie od twardych i odważnych decyzji. Wiara w wygraną okaże się pułapką, jeśli nie dostrzeże prawdziwego wroga – milionów „obojętnych i oportunistów”, dla których śmierć w Smoleńsku jest zaledwie telewizyjnym epizodem.
Po trzecie więc - nie można ulec semantycznym terrorystom, narzucającym Polakom „optykę bękarta”.  Nie wolno bać się zarzutu „wykorzystania tragedii smoleńskiej”, bełkotu o „błędnej strategii” i „eskalacji konfliktów”. Na tym przecież polega ich zamiar, by obezwładnić nas widokiem „czarnego sufitu”. 
Tę tragedię należy koniecznie "wykorzystać", by Polacy poznali sprawców i ich wspólników, by zrozumieli do czego wiedzie nienawiść przyjęta jako program grupy rządzącej; czym kończą się spory sterowane przez "trzeci element" obcego mocarstwa. Zbędne są próby przekonywanie, że domaganie się prawdy o Smoleńsku wynika z dobrych intencji. Nie ma potrzeby tłumaczenia prawd oczywistych i ulegania retoryce łgarzy.
Tragedię trzeba „wykorzystać”, by na zawsze wyplenić zaprzańców i pozbawić władzy miernoty. Ci w Smoleńsku zginęli po to, byśmy potrafili ich ofiarę obrócić w dobro.


Tekst opublikowany w nr. 15/2011 Gazety Polskiej

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

MY – OPOZYCJA

Opozycję należy bić pałką po łbie, a swoje poglądy może wyrażać za rogiem publicznej toalety” – zarządził we wrześniu ubiegłego roku  płk Putin, w związku z manifestacjami opozycji na Placu Triumfalnym w Moskwie. Nie upłynął miesiąc od tej wypowiedzi, gdy dyrektywę Putina zrealizował w praktyce jeden z członków Platformy Obywatelskiej mordując w Łodzi  asystenta posła opozycji, a drugiego raniąc nożem. Następne miesiące obfitowały w niemniej spektakularne akty wierności instrukcjom Putina i sprowadzały się do bicia osób zgromadzonych pod krzyżem smoleńskim,  gróźbach zamachu na życie Kaczyńskiego, obietnicach „spalenia biur” PiS-u czy zapowiedzi „posłania na wózek” wiceprezesa partii  Adama Lipińskiego.
Zgodnie z wydanym na Kremlu poleceniem - do działań przystąpili również tzw. „nieznani sprawcy”. W okresie PRL-u, byli to zwykle oprycznicy z bezpieki, dorabiający „po godzinach”  do głodowych pensji. Na ich konto można zapisać próby zastraszenia współpracowników Antoniego Macierewicza, kilka śrub wkręconych w koła niepokornych dziennikarzy czy pobicie Pawła Mitera, dziennikarza z Wrocławia, który swoją prowokacją skompromitował kierownictwo Telewizji Polskiej.
Jak powszechnie wiadomo, słowa płynące z Kremla są dla nadwiślańskich hołdowników najwyższym źródłem inspiracji. Począwszy od regulacji prawnych w sprawach bezpieczeństwa, „walki z terroryzmem” i uprawnień służb specjalnych, po sposób interpretacji tragedii smoleńskiej i kształtowania relacji władza-opozycja. Inspiracje te sięgają wielu, czasem zaskakująco odległych dziedzin życia publicznego.
Dość przypomnieć, że gdy pod koniec 2008 roku rosyjska FSB oskarżyła rosyjskiego historyka badającego stalinowskie represje o „rozpowszechnianie informacji o charakterze niejawnym” i zatrzymała go pod zarzutem „skopiowania danych ankietowych przesiedleńców”, już w kwietniu następnego roku mieliśmy do czynienia ze wszczęciem prokuratorskiego śledztwa w sprawie „możliwości ujawnienia tajnych dokumentów – notatki służbowej UOP z 1991r  ” w wydanej przez IPN książce Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”.
Podobnie - gdy w maju 2009 Dmitrij Miedwiediew utworzył specjalną komisję do walki z „agresywnymi próbami tworzenia historii szkodliwej dla Rosji”, w skład której weszli wojskowi, historycy i urzędnicy państwowi, których Miedwiediew zobligował do „badań i poszukiwań historycznych celem wykazania fałszerstw szkodzących Rosji”, -  w kilka miesięcy później wykluł się projekt utworzenia Rady IPN- u, powoływanej z gremiów słynących z niechęci do rozliczeń okresu komunizmu i ujawniania prawdy o „autorytetach” III RP. Zatwierdzane przez Radę programy badawcze i nowy profil działalności Instytutu ma w takim samym stopniu służyć prawdzie historycznej, jak komisja Miedwiediewa.
Przykłady kremlowskich inspiracji można oczywiście mnożyć. Nieszczęściem dla obecnego rządu III RP powinien być fakt, że w kilku sprawach znacząco wyprzedziła go Białoruś, np. uchwalając wcześniej ustawy wzorowane na rozwiązaniach rosyjskich, pozwalające na rejestrację stron internetowych, identyfikowanie użytkowników czy likwidację nieprawomyślnych portali internetowych.
Również, w kwestii ustalenia winnych tragedii smoleńskiej, politycy Platformy pozwoli się wyprzedzić przywódcy Białorusi.  Już w trzy dni po katastrofie, Łukaszenka nie miał żadnych wątpliwości, co do przebiegu zdarzeń i stwierdził: "Wiadomo, kto za to odpowiada. Winny czy niewinny, ty jesteś prezydentem i ty za to odpowiadasz. [...] Prezydent pyta, czy możliwe jest lądowanie, i ostatnie słowo i tak należy do niego, a pilot musi się podporządkować”.  Ministrowi Sikorskiemu przyswojenie „pусская правда” zajęło nieco więcej czasu i dopiero na początku maja 2010 roku podzielił się wiedzą, iż przyczyną tragedii była „kombinacja nadzwyczaj złej pogody, dość prymitywnego lotniska oraz błędu pilota.”
Absolutny prymat przysługuje jednak grupie rządzącej w nadążaniu za rosyjskimi instrukcjami dotyczącymi komentowania zachowań opozycji wobec tragedii smoleńskiej.  Generalną zasadę związaną z interpretacją postawy PiS-u sformułował już 12 kwietnia 2010 roku "Moskowskij Komsomolec" gdy obwieścił, że "jest już pewne, iż śmierć Kaczyńskiego zostanie wykorzystana do celów politycznych". Dla pewności, instrukcję powtórzono po kilku dniach w publikacji "Komsomolskiej Prawdy" gdzie pojawiła się wypowiedź Siergieja Markowa deputowanego do Dumy Państwowej, który wyraził obawę, że „katastrofa pod Smoleńskiem i tragedia katyńska będą wykorzystane w kampanii wyborczej, co po raz kolejny nastroi zwykłych Polaków przeciwko Rosji i ochłodzi dwustronne relacje”.
Już w kilka dni później, w wypowiedziach ludzi Platformy pojawiły się zarzuty, jakoby prezes PiS chciał wykorzystywać śmierć brata w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego. 26 kwietnia poseł PO Adam Szejnfeld, komentując decyzję Kaczyńskiego o kandydowaniu ostrzegł, że „jeśli PiS i Jarosław Kaczyński będą chcieli wykorzystać dramatyczną, traumatyczną sytuację, to tylko zaszkodzą tym swojej kampanii”, zaś ówczesny kandydat PO Komorowski nie omieszkał podzielić się uwagą, że "druga strona, prowadząc kampanię, umiejętnie zagospodarowuje nastrój żałoby. Trzeba bardzo uważać, żeby nie tworzyć wrażenia nadużycia nastroju żałobnego”.
Gdy na początku września 2010 r Jarosław Kaczyński oświadczył, że Tusk i spółka „muszą zejść z polskiej sceny politycznej raz na zawsze”, z interpretacją natychmiast pospieszyła "Wriemia Nowostiej", jednoznacznie komentując wystąpienie Kaczyńskiego: "Opozycja upolitycznia tragedię pod Smoleńskiem. [...] Za rozważaniami lidera PiS na temat przyczyn katastrofy kryją się polityczne pobudki i emocje". Dwa dni później Radosław Sikorski zakomunikował, że „prezes PiS już zdecydował kto jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską, choć prokuratura i komisja nie zakończyły pracy”. To również "Wriemia Nowostiej" wydały instrukcję dotyczącą prac sejmowego zespołu parlamentarnego PiS, wyrażając zdziwienie, że zespół chce "przedstawić swoją interpretację wydarzeń, które nastąpiły po smoleńskiej katastrofie. Wszak komisja Macierewicza została powołana do zbadania przyczyn, a nie następstw tragedii". Trafnie odczytał instrukcję Paweł Graś, gdy komentując następnego dnia prace zespołu PiS, oznajmił: „My będziemy spokojnie czekać na pracę instytucji, które zajmują się badaniem katastrofy, prokuratury i komisji. Niech te instytucje wskażą, stwierdzą ewentualnych winnych i odpowiedzialnych”.
Nagrodą dla grupy rządzącej za wierne wsłuchiwanie się w głos kremlowskich nadajników, był przekaz TV Rossija ze stycznia br. relacjonujący stanowisko rządu Tuska w sprawie działań dotyczących tragedii smoleńskiej. Państwowa telewizja rosyjska zwróciła uwagę na słowa Tuska, że nie wszyscy w Polsce byli zainteresowani tym, by poznać prawdę o tragedii: "Te słowa były adresowane do partii opozycyjnych, w tym Jarosława Kaczyńskiego, który wystąpienia premiera słuchał z wyraźną irytacją. Zwłaszcza słów, że wyjaśnianie prawdy o katastrofie nie może być powodem do politycznych awantur" –wytłumaczyła TV Rossija. Padła też pochwała: "Tusk dzisiaj bodaj po raz pierwszy powiedział to, o czym cała Polska mówiła od dawna, o czym pisali polscy dziennikarze - że opozycja otwarcie wykorzystuje tragedię pod Smoleńskiem do swoich celów politycznych. Tusk o tym nie wspomniał, ale wszyscy i tak wiedzą, że jesienią w Polsce odbędą się wybory parlamentarne i tragedia z samolotem przekształca się w przedmiot spekulacji".
Nietrudno zrozumieć, że podżeganie i szczucie przeciwko opozycji, to jeden z podstawowych rosyjskich środków w rozgrywaniu "kwestii polskiej".
Długo i obszernie można byłoby wskazywać, że cały przekaz dotyczący Smoleńska oraz przyjęta przez grupę rządzącą strategia walki z opozycją, są autorstwa rosyjskich „przyjaciół”. Wiemy, że produkcje ośrodków propagandy, rzesz publicystów, „autorytetów” i najemnych szczekaczy znajdują inspiracje w kremlowskich dyrektywach. Dla jeszcze ściślejszej koordynacji działań powołano nawet nowe Towarzystwo Przyjaźni Polsko – Radzieckiej, nadając mu dowcipną nazwę Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.
Wspominam o tym, ponieważ na wczorajsze i dzisiejsze wydarzenia w Warszawie trzeba patrzeć w perspektywie kontynuacji generalnej dyrektywy płk Putina, dotyczącej walki z opozycją. Nie ulega wątpliwości, że ta władza, mianem wroga obdarzy każdego, kto domaga się wyjaśnienia przyczyn tragedii oraz rozliczenia osób winnych śmierci polskich obywateli. Ale nie tylko. Wrogiem będzie każdy, kto chciałby czcić pamięć ofiar Smoleńska, kto o tych ofiarach wspomina i domaga się upamiętnienia narodowej tragedii.  W tym obłędnym kryterium nie ma cienia polskiej racji stanu.
Zasada wykreowania wroga jest zatem niezwykle prosta: będzie nim ten, kogo wskaże Rosja, kto domaga się ujawnienia sprawców tragedii, kto zagraża kłamstwom i dezinformacji, kto sprzeciwia się narzuconej Polakom idei „pojednania” i „zbliżenia”.
Dla tej władzy - opozycją zatem będą miliony Polaków, a przedstawicielami opozycji - ludzie gromadzący się w rocznicę 10 kwietnia. Dlatego dyrektywa Putina, dotycząca manifestantów na Placu Triumfalnym w Moskwie, obowiązuje również na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie i nie mam najmniejszych wątpliwości, że zostanie skrupulatnie wykonana.
Aresztowanie Filipa Rdesińskiego, brutalne akcje służb podległych gubernator Warszawy, poturbowanie posłanek PiS-u, niszczenie zniczy i kwiatów, usuwanie wystaw fotograficznych, działania prowokatorów i „nieznanych sprawców” – są  kontynuacją rozprawy z opozycją, według wytycznych rosyjskiego satrapy. Nie tylko zbliżają nas do standardów moskiewskich, ale wręcz czerpią z nich inspiracje i wzór.
Dlatego trzeba wyraźnie powiedzieć, że władza, która z lękiem i ślepą nienawiścią reaguje na wszelkie przejawy obywatelskich inicjatyw, która niszczy ślady pamięci o ofiarach tragedii, władza odgradzająca się od Polaków kordonami ZOMO, działająca za zasłoną jawnych i tajnych służb – działa w interesie tych, którzy chcą ukryć prawdę o śmierci polskich obywateli i  broni spraw rozgrywanych na Kremlu.

sobota, 9 kwietnia 2011

BY SIĘ BALI...

„Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na „zdradę o świcie” i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu „niezastąpionych”. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo”. Dziś, po roku od ich napisania, powtórzę te same słowa – nie możemy być razem. Nie możemy, bo to co nas podzieliło trwa nadal i przybrało postać granicy nieprzekraczalnej. Zebrało kolejne ofiary i czyha na następne.
Tragedia smoleńska nie rozbiła nas na „dwie Polski”, nie przecięła linią „politycznych podziałów”.  Obnażyła to tylko, co ukrywano przez dziesięciolecia i odsłoniła prawdę, której bano się wykrzyczeć. Nie nazwę rodakami tych, którzy na niej zbudowali władzę, którzy z niej drwili i jednali się z katem.  Nie nazwę rodakami siewców nienawiści i fałszerzy pamięci.
Są tylko bękartami w granicach mojej ojczyzny. Apatrydami i ludźmi bez ziemi.
Nie możemy być razem, bo nie wolno zapomnieć, że doprowadzili nas pod mur, za którym nie ma drogi. Dzieląc nas nienawiścią do ludzi prawych, drwiąc z naszych wartości i z naszych marzeń. Postawili nas pod murem obojętności na zło, przyzwolenia na rządy miernot i kanalii, wymagając zgody dla rzeczy niegodnych i fałszywych.
Na kłamstwie o 10 kwietnia, na rezygnacji z dochodzenia prawdy zbudowali swoje dzisiejsze pozycje. Śmierć mojego Prezydenta, ofiary życia dziesiątków Polaków – pozwoliły im utrzymać władzę i zachować marne przywileje. Groby smoleńskich ofiar są miara ich „politycznego sukcesu”, a ich język nienawiści,– to język śmierci.
Nawet, gdy zginął mój Prezydent żądali od nas milczenia, wezwali do „pojednania” i narodowej amnezji. Zniewolenie każąc nazywać „pragmatyzmem”, kłamstwo  - „polityką pojednania”, a zdradę – „racją stanu”. W obronie zafajdanych życiorysów narzucają nam semantyczne oszustwo i żądają odstąpienia od prawa do żałoby. Chcą dialektyki, w której prawa oprawcy mierzy się zdolnością do deptania grobów ofiar.
Mamy jedną broń w walce z „bezkształtem” dławiącym Polskę. Z totalnym zafałszowaniem, - które ofiary czyni winnymi, a łotrów usprawiedliwia. Tą bronią jest moc słowa, nazywania rzeczy po imieniu, bez światłocieni i zabójczych kompromisów. Walka z potworem pozbawionym wymiarów, to walka z cieniem. Trzeba uczynić go widocznym, nazwać prawdziwym imieniem, dotknąć i powalić w bezpośredniej bitwie. Inaczej - "udusimy się bezkształtem" i staniemy mu podobni.
Dziś boją się. Tak straszliwie, że chcieliby zabić pamięć o ofiarach, zabić tych, którzy pozostali i tych, którzy będą pamiętać. Wysyłają przeciwko nam policje i tchórzy bez mundurów, straszą głosem medialnych opryczników i grożą prowokacją.
Boją się tak, jak może bać się tylko oprawca.
"Mimo nakazu milczenia, totalnego zakłamania, fałszowania faktów, wymazywania z historii wydarzeń, cenzury, fizycznego i psychicznego przymusu i całej łżepropagandy (...) Las Birnam idzie, choć odgłos jego marszu jest niedosłyszalny. Idzie w przyszłość (...) Gdyby ten, kto zabija, był zawsze zwycięzcą i nie musiał zdawać sprawy ze zbrodni ani za nią płacić, świat byłby niedorzeczny" –pisał Włodzimierz Odojewski w „Milczący, niepokonani. Opowieść katyńska”.
Wiedzą, że bać się powinni. Zbrodnia wymaga kary, a ten świat rządzi się prawem skutku i przyczyny. Choćby dziś zatkali nam usta, zdławili cenzurą i otoczyli szpiclami - las smoleński przyjdzie po nich. Za kilka miesięcy bądź kilka lat. Dopadnie ich za życia lub w godzinę śmierci. Nie będzie miał względu na stanowisko ani szatę. Po równo zażąda zapłaty - od prezydenta, premiera, biskupa.
Tylko tego od nich oczekuję. By się bali.