środa, 30 marca 2011

POKOLENIA PRZYJACIÓŁ ROSJI



Kwiecień 2010 roku musiał być dla rosyjskich służb specjalnych jednym z najbardziej pracowitych miesięcy. W tym samym czasie, gdy wokół pułapki smoleńskiej rozkręcała się kampania dezinformacji, Rosja pilnowała przebiegu krwawej rewolucji w dalekim Kirgistanie. Dla wielu  obserwatorów sceny politycznej było jasne, że usunięcie prezydenta Bakijewa stanowiło karę za paktowanie z Amerykanami w  sprawie bazy lotniczej Manas, a płk Putin postanowił wymienić nazbyt samodzielnego satrapę i pokazać światu, kto sprawuje władzę w tym rejonie Azji Środkowej. Przyszło mu to tym łatwiej, że Kirgistan jest krajem niemal całkowicie zależnym od Rosji, a wszelkie formy aktywności publicznej i politycznej są w pełni kontrolowane. Od lat też Rosja dba, by nowe pokolenia Kirgizów wyrastały na obywateli przyjaźnie nastawionych do wielkiego sąsiada i wykazywały zrozumienie dla dominującej roli Moskwy.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, na straży podległości sowieckich republik i krajów satelickich stała Armia Czerwona, sowieckie służby i lokalna agentura. Dziś nie wydaje się to już konieczne, skoro Kreml doskonale rozwinął równie skuteczne narzędzia wpływów, a rolę „sowieckich doradców” przejęli menadżerowie rosyjskich koncernów. Jedna z największych uczelni Kirgizji – Kirgisko-Rosyjski Słowiański Uniwersytet (KRSU) w Biszkeku od lat korzysta ze wsparcia  Gazprom Neft-Asia, a przyznawane przez rosyjski koncern rozliczne  stypendia naukowe i socjalne pozwalają Rosjanom prowadzić niezwykle efektywną „politykę wychowawczą”. To dzięki rosyjskiej firmie, młodzi Kirgizi mogą zdobywać wyższe wykształcenie, a szczególnie utalentowani odbywają szkolenia na rosyjskich uczelniach, otrzymując przez cały okres nauki ufundowane przez Gazprom stypendia. Tak zdobyte wykształcenie daje szansę, że po powrocie do kraju absolwent zostanie zaliczony do kirgiskiej elity i  znajdzie lukratywne zajęcie. Ponieważ studia na wyższych uczelniach Kirgistanu są wyjątkowo drogie, a całe szkolnictwo wyższe płatne, system stypendialny Gazpromu w tym małym i skorumpowanym państwie spełnia tę samą rolę, jaką przed laty spełniały rezydentury KGB.
Przykład Kirgistanu wart jest dostrzeżenia, gdy uświadomimy sobie, że metody pozyskiwania agentury, w tym tej najcenniejszej - agentury wpływu, nie muszą być związane wyłącznie z aktywnością oficerów wywiadu, a rosyjska strategia ekspansji, twórczo rozwinięta przez Putina, nakłada również obowiązki na wielkie koncerny energetyczne i rosyjskie firmy państwowe.  
Z ujawnionej niedawno przez Wikileaks notatki amerykańskiego dyplomaty ze spotkania z wysokim przedstawicielem Gazpromu wynika, że do celów rosyjskiego koncernu należy "uzyskanie maksymalnej kontroli nad globalnymi zasobami energetycznymi". Firma jest ponadto narzędziem polityki socjalnej, a jej priorytety to zaopatrywanie w gaz samych Rosjan oraz "wypełnienie pewnych socjalnych zobowiązań". Przedstawiciel Gazpromu opisał swoją firmę jako socjalistycznego monopolistę. Na tym jednak nie kończy się misja koncernu. Co najmniej od kilku lat, jest on jednym z najważniejszych narzędzi rosyjskiej polityki zagranicznej, służąc utrwalaniu dotychczasowej strefy wpływów oraz odzyskaniu przez Moskwę mocarstwowej pozycji. To m.in. dzięki Gazpromowi rosyjska ropa i gaz stanowi broń równie skuteczną, jak w czasach Związku Sowieckiego stanowiły czołgi i rakiety Czerwonej Armii, a szefowie koncernu prowadzą politykę służącą interesom kremlowskich „siłowików”. O tym, że Gazprom nie jest tradycyjną firmą nastawioną na zysk, świadczy udział w przedsięwzięciach niedochodowych, jak Nord Stream czy projektu budowy linii kolei magnetycznej Berlin - Moskwa biegnącej przez Białoruś i Polskę. W pierwszym przypadku, mamy do czynienia z „ekonomicznym paktem Ribbentrop-Mołotow”, w drugim - z ustanowieniem kolejnego (obok gazociągu Jamał) eksterytorialnego korytarza do Niemiec i Europy Zachodniej. Oba są projektami politycznymi, w których zysk zdefiniowano w perspektywie rosyjskiej ekspansji na Europę. 
O rzeczywistym znaczeniu Gazpromu nie świadczą niekorzystne dla firmy wskaźniki ekonomiczne, lecz walory, jakich nie posiada żadna inna spółka. To dzięki nim, Gazprom mógł w roku 2005 powierzyć stanowisko szefa rady nadzorczej Nord Stream Gerhardowi Schröderowi i obsadzić konsorcjum ludźmi Stasi, a na początku 2008 zaproponować Romano Prodiemu, „człowiekowi KGB we Włoszech”, by stanął na czele spółki budującej gazociąg South Stream. Możliwość wykorzystania aktywów sowieckich megasłużb jest atrybutem, jakiego nie posiadają żadne firmy energetyczne, a podążające za koncernem zastępy agentów nadal wykonują robotę na rzecz swoich dawnych mocodawców.
Przykład Kirgistanu wart jest wspomnienia również dlatego, że podobną strategię działania Gazprom planuje w Polsce. „Miejmy nadzieję, że w Polsce wejdzie w życie nowe pokolenie, które nie ma uprzedzeń. Ono być może zrozumie, że Polska musi szukać przyjaciół nie tylko w Ameryce, ale także w Rosji" - pisał we wrześniu 2009 roku komentator agencji Interfax po wizycie premiera Putina na Westerplatte.
Trudu wychowania nowego pokolenia „przyjaciół Rosji” podjął się Gazprom, fundując stypendia doktoranckie dla młodych naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Dzięki umowie, podpisanej z Uniwersytetem w maju 2010 r., Gazprom Export i EuroPol Gaz stali się na początek fundatorami 18 stypendiów. W programie stypendialnym mają uczestniczyć młodzi naukowcy prowadzący badania „na temat stosunków polsko-rosyjskich w wymiarze politycznym, gospodarczym lub kulturowym”. Choć wytłumaczeniem dla tego typu działań ma być poszukiwanie środków na dalszy rozwój kadry naukowej, trudno nie dostrzec konsekwencji sponsorowania polskich naukowców przez rosyjską „firmę specjalnego znaczenia”.
Zadziwiająco, a miejscami szyderczo muszą brzmieć zapewnienia dyrektora generalnego Gazpromu Aleksandra Miedwiediewa, gdy przekonuje, że firma „nie szkoli rosyjskich agentów”, a „program stypendialny jest wielkim wysiłkiem skierowanym na poprawę relacji polsko-rosyjskich”. Szyderczo, ponieważ w zakres tych samych wysiłków służących „poprawie stosunków”, Miedwiediew zalicza zawarcie skrajnie niekorzystnej umowy gazowej z Polską, zapisanej już w historii, jako haniebny symbol wasalnych i asymetrycznych stosunków między Warszawą, a Moskwą. Wydaje się też, że szef Gazpromu zapomniał, iż w roku 2005 jego koncern otrzymał polecenie od ówczesnego prezydenta Putina, by nowa strategia eksportowa Gazpromu zmierzała do przejmowania przez firmę udziałów w spółkach gazowniczych i elektroenergetycznych, w zamian za przedłużenie kontraktów na dostawy gazu. W zgodzie z tą strategią, na początku 2009 roku Gazprom wymusił od rządu Donalda Tuska renegocjację umowy rządowej z 1993 roku i przejął władzę w spółce zarządzającej polskim odcinkiem Jamalu. Tak dalece płk Putin musiał być pewny swojej strategii, że w lipcu 2009 roku rząd rosyjski postanowił nie podnosić podatków od Gazpromu, które w latach 2010-12 miały przynieść budżetowi 1,5 do 2 mld dolarów rocznie. Ponieważ dodatkowe dochody zostały już zaplanowane w budżecie Rosji, Gazprom obiecał, że zapewni je rządowi, zwiększając eksport gazu i podnosząc jego ceny dla zagranicznych odbiorców. Zawarcie umowy z Polską, w imię „poprawy stosunków”, pozwoliło firmie wypełnić to zobowiązanie.
Prawdą jest natomiast, że Gazprom nie musi szkolić rosyjskich agentów. To zadanie ostatecznie wykonują ludzie z Łubianki, a o najcenniejsze wpływy agenturalne w Polsce zadbał już w latach 80. gen. Witalij Pawłow. Okres ostatniego dwudziestolecia służył tylko  umocnieniu tych wpływów.
Dyrektor Gazpromu wyjawił natomiast, jak będzie wyglądała dalsza strategia rosyjskich podbojów i warto potraktować ten głos z najwyższą uwagą.  Następnym krokiem – napisał Miedwiediew, jest odejście od kontraktów biznesowych i rozpoczęcie wymiany kulturalnej i akademickiej. Właśnie dlatego inwestujemy w młodych ludzi z nadzieją, że będą kontynuować budowanie lepszych relacji pomiędzy naszymi krajami, by pomóc nam przezwyciężyć zimnowojenne stereotypy”.
Mamy zatem do czynienia ze śmiałym, choć nie nowatorskim wytyczeniem kierunków  długofalowej strategii kremlowskich siłowików. Dotychczas bowiem, sowieckie rezydentury prowadziły energiczne kampanie werbunkowe na niemal wszystkich uniwersytetach „wolnego świata”. Zwabieni do „rewolucyjnego podziemia”, otumanieni lewackim bełkotem i „walką z faszyzmem”, młodzi ludzie z wpływowych rodzin zasilali następnie struktury państwowe USA, Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemiec. Wielu z nich przyniosło potem chlubę swoim oficerom prowadzącym i polityczne zyski swojej przybranej ojczyźnie.  „Piatiorka z Cambridge”, czyli Kim Philby, Guy Burgess, Anthony Blunt, Donald Maclean oraz John Cairncross nie byli jedynymi, głęboko ukrytymi agentami Kremla, zwerbowanymi podczas studiów uniwersyteckich. Można sądzić,  że wielu, prawdziwie cennych agentów nadal nie zostało zidentyfikowanych, a niektórych nazwisk nie poznamy nigdy.
Również zapowiedź „przezwyciężania zimnowojennych stereotypów” nie jest niczym nowym, jeśli pamiętać, że już po 1945 roku agenci Moskwy przystąpili do budowania sieci organizacji międzynarodowych sterujących opinią publiczną, by wymienić tylko: Światową Federację Młodzieży Demokratycznej, Międzynarodową Demokratyczną Federację Kobiet, Międzynarodową Organizację Dziennikarzy, Międzynarodową Organizacja Radia i Telewizji, Międzynarodowy Związek Studentów, itp. Wiele z nich, stosując retorykę „walki o pokój” wiernie służyło interesom Kremla.
Jest jednak w cytowanej wypowiedzi Miedwiediewa nowy, ważny wątek dotyczący „rozpoczęcia wymiany kulturalnej i akademickiej”. Brzmi sensownie i całkiem nieszkodliwie, bo kto we współczesnej „globalnej wiosce” podważałby potrzebę kontaktów akademickich i kulturowych?
Warto zatem dostrzec, że przez ostanie trzy lata identyczny cel przyświecał działaniom Tomasza Turowskiego - moderatora procesów „zbliżenia” polsko-rosyjskiego, zdekonspirowanego jako komunistyczny szpieg i wieloletni oficer megasłużb sowieckich. W latach 2007-2010 Turowski, występując jako ambasador tytularny w Moskwie oraz doradca szkół wyższych, prowadził ożywioną działalność na rzecz integracji środowisk uniwersyteckich.   Jego bliskie związki z  moskiewską Akademią Ekonomii i Prawa (MAEiP) zaowocowały podpisaniem  szeregu umów o współpracy tej uczelni z Akademią Humanistyczną im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, Wyższą Szkołą Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego w Warszawie czy Wyższą Szkołą Hotelarstwa i Gastronomii w Poznaniu. W listopadzie 2008 roku, Turowski asystował przy podpisaniu umowy o współpracy MAEiP z Uniwersytetem Warszawskim. Umowa zakładała m.in. powołanie na UW nowego wydziału prawa rosyjskiego, wymianę publikacji prac naukowych oraz wymianę wykładowców, studentów i doktorantów uczelni partnerskich. Nie wiadomo, czy i na ile ten fakt zaważył o późniejszym podpisaniu umowy stypendialnej z Gazpromem.
Moskiewski MAEiP należy do uczelni kultywujących tradycje ZSRR, „dzieła Wojny Ojczyźnianej” i wojny afgańskiej oraz pamięć weteranów Armii Czerwonej. W gronie wykładowców i profesorów znajdziemy pracowników rosyjskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz weteranów służb sowieckich. Do bardziej znanych absolwentów tej uczelni, można zaliczyć kuzyna obecnego premiera Rosji, Igora Putina.
W październiku 2007 roku Moskiewska Akademia powołała do życia tzw. Klub Polski w Moskwie. W deklaracji założycielskiej klubu napisano.: „Z zadowoleniem zauważamy, że charakter współczesnych relacji między naszymi narodami jest w pełni zgodny z podstawowymi interesami Rosji i polskiej młodzieży. Uważamy, że naszym obowiązkiem jest dalszy rozwój i wzmocnienie tradycyjnej przyjaźni i wielowymiarowej współpracy między uczniami i nauczycielami z rosyjskimi i polskimi.”
Pięć miesięcy później, 10 marca 2008 roku, z inicjatywy uczelni moskiewskiej i jej polskich partnerów powstał Klub Rosyjski w Warszawie, któremu patronowali m.in. były ambasador PRL w Moskwie Stanisław Ciosek, prezes Stowarzyszenia "Polska-Wschód" (wcześniejsza nazwa: Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) Stefan Nawrot oraz „przyjaciel uczelni” Tomasz Turowski. Zwieńczeniem działalności Turowskiego, jako rzecznika integracji środowisk uniwersyteckich, są wydarzenia kończące rok 2010, gdy 6 grudnia odbyło się wspólne posiedzenie „Klubu Rosyjskiego” w Warszawie i „Klub Polskiego” w Moskwie. Oficjalny komunikat głosił, iż „w oparciu o zasady dobrego sąsiedztwa i pojednania, podpisano porozumienie w sprawie utworzenia na ich bazie, "Polsko-Rosyjskiego Centrum” w Warszawie i "Polsko-Rosyjskiego Centrum” w Moskwie”. Wśród głównych celów działania „Centrów” wymieniono: „wspieranie współpracy w zakresie szkolnictwa wyższego, nauki i kultury, wymianę młodzieży i studentów” oraz „realizację wspólnych projektów i programów w dziedzinie edukacji i nauki”.
Trudno przypuszczać, by związek między aktywnością Tomasza Turowskiego, moskiewskiej uczelni oraz kręgami „rosyjskich przyjaciół”, a „planami inwestycyjnymi” Gazpromu, był dziełem przypadku. W tak strategicznych kwestiach polityka Putina nie pozostawia miejsca na koincydencję, a wszystkie struktury formalne i nieformalne zostają podporządkowane jednemu dążeniu.
Nie sposób nie zauważyć, że wspólnym celem tych działań jest polska młodzież i polskie środowiska uniwersyteckie, a zatem te grupy społeczne, które w znacznym stopniu decydują  o kierunkach rozwoju i naszej przyszłości.
„Właśnie dlatego inwestujemy w młodych ludzi z nadzieją, że będą kontynuować budowanie lepszych relacji pomiędzy naszymi krajami, by pomóc nam przezwyciężyć zimnowojenne stereotypy” – wyjawił Aleksander Miedwiediew.
Trzeba te słowa odebrać jako zapowiedź realnego, zasadniczego zagrożenia. Nie tylko ze względu na perspektywę działań werbunkowych w środowiskach uniwersyteckich i groźbę pozyskiwania cennej agentury wpływu. W tym dążeniu chodzi o rzecz znacznie poważniejszą – o intencję kreowania nowego pokolenia „przyjaciół Rosji” i wpływania na postawy ludzi niedoświadczonych i podatnych na demagogię. Dziś, tylko niewielka część Polaków rozumie, na czym polega „budowanie lepszych relacji” w wykonaniu putinowskiego reżimu, a jeszcze mniej pamięta, jaki „model wychowawczy” narzucali nam sowieccy okupanci. Większość ludzi młodych jest całkowicie bezbronna wobec rosyjskiej strategii, ponieważ dwie dekady III RP wykorzystano na stworzenie pokolenia historycznych analfabetów. Nawet, jeśli przykład Kirgizji wyda się daleki od polskich realiów, stanowi mocny znak ostrzeżenia przed skutkami kremlowskiej polityki..  
Fałszywe przesłanki propagandowego procesu pojednania, zainicjowanego nad smoleńskimi trumnami, demaskują prawdziwe intencje Rosjan. Są one tym groźniejsze, że korzystają ze wsparcia „firm specjalnego znaczenia” i wrogiej, doskonale ulokowanej agentury, a kierują się w stronę młodego pokolenia Polaków, by za fasadą „wymiany kulturalnej i akademickiej”  poszerzać obszar kolonialnej dominacji.


Artykuł zamieszczony w Gazecie Polskiej nr 13/2011


poniedziałek, 28 marca 2011

CENA HONORU


Wytaczane przeciw Panu zarzuty są bezpodstawne. Działał pan w ramach prawa i w granicach własnych kompetencji. Nikogo pan nie skrzywdził i nie wyrządził żadnej szkody, ani osobie, ani sprawie. Nie popełnił żadnego przestępstwa! Tę szkodę może pan wyrządzić teraz, jeśli się pan podda nagonce. Uznają, że tak można, że jeśli się chce kogoś politycznie zaatakować, to można do tego celu użyć prokuraturę i zastosować każde, nawet najbardziej absurdalne paragrafy. (…)Wierzy Pan w sprawiedliwość? Jako były sędzia oczywiście też w nią wierzę. Ale nie przesadnie. Mam wrażenie, że w sprawach politycznych Temida nie zawsze jest ślepa. Zdarza się, że widzi więcej niż trzeba.
Rozumiem ten odruch - staję z podniesionym czołem, nie chowam się za immunitet, niech mnie sądzą! Pewnie na Pana miejscu miałbym to samo. Ale to jest oskarżenie polityczne. Nie poddanie się takiemu oskarżeniu nie jest chowaniem się za immunitet.”
Te słowa napisał przed trzema laty sędzia Janusz Wojciechowski, były prezes NIK-u, w reakcji na decyzję Zbigniewa Ziobry o zrzeczeniu się immunitetu poselskiego.
Niestety, Ziobro nie posłuchał rady doświadczonego praktyka i zadeklarował, że zamierza „z podniesionym czołem stanąć przed sądem, bo prawda zwycięży”. Za to  „zwycięstwo prawdy” poseł PiS-u zapłacił dwoma latami wędrówek po prokuraturach i rolą „czarnego charakteru” w medialnej kampanii pomówień i oszczerstw. Tylko on sam wie, jak wielka była to cena. Osobą, która namawiała wówczas Ziobrę do porzucenia immunitetu, był Bronisław Komorowski. Marszałek Sejmu, który sam nigdy nie miał odwagi zmierzenia się z prawdą, perorował:Mam nadzieję, że pan Ziobro skorzysta z mojej rady, że najlepszym rozwiązaniem, stosowanym bardzo często przez bardziej przyzwoitych posłów, jest samorezygnacja z immunitetu”.
Byłem wówczas zwolennikiem wyboru dokonanego przez Ziobrę, wbrew tym, którzy twierdzili, że źle zrobił, podając się nagonce i ulegając politycznemu odwetowi. Porównując postawę posła PiS –u, z postępowaniem Komorowskiego napisałem: „Oddając immunitet Ziobro zachował się jak człowiek naiwny, pryncypialny i politycznie niedojrzały – czyli tak właśnie, jak zachowuje się każdy człowiek honoru, mający w sobie dość siły, by stanąć twarzą naprzeciw chamskiego bezprawia. Mówiąc „prawda zwycięży” – naraził się na śmieszność, na słuszny zarzut politycznej naiwności i ideowej ślepoty, na gromkie naigrywania medialnych mędrków i pełne cynizmu obelgi pospólstwa. I tak właśnie być powinno, byśmy mogli zobaczyć – z jednej strony, jak zachowuje się człowiek honoru, z drugiej zaś – jak wygląda pospolity tchórz.  Bez zestawienia, tych właśnie dwóch postaci, lekcja z zakresu staroświeckiego słowa „honor”, nie mogłaby się odbyć.
Dziś decyzję człowieka honorowego podjął Jarosław Kaczyński, zrzekając się immunitetu w sprawie procesu o  zniesławienie, wytoczonego przez Romana Giertycha. Nie trzeba słuchać wypowiedzi posłów PO chwalących decyzję Kaczyńskiego, by wiedzieć, że prezes PiS-u popełnił wyjątkowo poważny błąd, którego skutki mogą zaważyć na wynikach wyborów parlamentarnych.
Jeśli jeszcze przed trzema laty byłem przeświadczony, że obowiązkiem człowieka honoru jest obrona wobec fałszywych zarzutów oraz otwarta walka o dobre imię, dziś – po doświadczeniach rządów PO i traumie tragedii smoleńskiej, jestem przekonany, że zasad tych nie wolno używać w stosunku do zgrai, która opanowała życie publiczne III RP. Co więcej – obowiązek człowieka honorowego polega dziś na uczynieniu wszystkiego, by uwolnić Polskę od obecności ludzi pokroju Komorowskiego i Tuska.
W przypadku polityka tej miary, jak Jarosław Kaczyński, jest to powinność nałożona zaufaniem i poparciem milionów obywateli, którzy mają prawo oczekiwać życia w suwerennym państwie. Dla nich Kaczyński jest symbolem nadziei na wolną Polskę.
Niezależnie od motywacji leżących u podstaw tej decyzji, możemy być pewni, że proces polityczny Kaczyński kontra Giertych zostanie wykorzystany do osłabienia partii opozycyjnej i posłuży jako pretekst do prowadzenia kampanii oszczerstw i dezinformacji. Oddając immunitet, Jarosław Kaczyński przyjął dobrowolnie rolę podsądnego w procesie wytoczonym przez człowieka pozbawionego honoru i zdał się na wolę „aparatu sprawiedliwości” służącego interesom grupy rządzącej.
I choć polityka ludzi prawych musi wspierać się na niewzruszalnych zasadach, uważam, że nie wolno stosować ich w walce z kimś, kto nie zasługuje na miano godnego przeciwnika, kto posługuje się fałszem, zdradą i przemocą, a z własnego państwa uczynił obce dominium. Gdy mamy do czynienia z władzą totalną, wspartą na osłonie propagandy i grze służb specjalnych, walczącą z opozycją przy pomocy aparatu państwa – nie można być wiernym regułom demokracji i zasadom honoru.
Czy nazwiemy to pragmatyzmem, miarą mądrości i skuteczności politycznej, walka z tą władzą wymaga  „sprytu lisa i siły niedźwiedzia”, nie zaś „czystości gołębia”. Środki, które trzeba użyć muszą być diametralnie inne, od tych stosowanych w dojrzałych demokracjach.
Zabójstwo polityczne w Łodzi, zastraszanie współpracowników Macierewicza, gra służb wokół rodziny Kaczyńskich, pobicie dziennikarza – stanowią zaledwie preludium przed zdarzeniami, jakie czekają nas w okresie przedwyborczym.
 Jeśli Jarosław Kaczyński trafnie definiuje obecne rządy i dostrzega grozę naszego położenia, nie może sądzić, że wytoczony mu proces nie zostanie wykorzystany przeciwko niemu, a spektakl, jaki urządzą rządowe media nie posłuży do zdyskredytowania go w okresie wyborczym. Nie ma też żadnej pewności, że rezygnując z immunitetu poselskiego nie naraża się na inne zarzuty i represje. Dając przeciwnikowi ten oręż, już dziś staje się potencjalną i dobrowolną ofiarą. Obyśmy nie zapłacili za to ceny nazbyt wysokiej.


Wydawnictwo ANTYK  - Aleksander Ścios „ZBRODNIA SMOLEŃSKA. Anatomia dezinformacji”: http://ksiegarnia.antyk.org.pl/x_C_I__P_23016395-23010001.html

niedziela, 27 marca 2011

POLITYCZNA AGENTURA WPŁYWU – PARTIA INTERESU

"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, musza być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityka." – mówił  Czesław Kiszczak w lutym 1989 rok, podczas posiedzenia kierownictwa MSW.
Lektura dokumentów SB z lat 1988-1990 pozwala stwierdzić, że cały proces „ustrojowej transformacji” był wspomagany przez bezpiekę. Jeszcze zanim rozpoczęły się rozmowy okrągłego stołu, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju" kosztem "wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów". W dokumencie gdańskiej SB ze stycznia 1989 r zatytułowanym "Problemowy plan działania" jest mowa o tym, że w związku z istniejącymi podziałami w strukturach przeciwnika należy "ofensywnie wykorzystywać posiadane już osobowe źródła informacji oraz nawiązać dialogi operacyjne zwłaszcza w strukturach zwolenników nurtu umiarkowanego". Miały one czynnie wspierać "reformatorskie poczynania władz polityczno-państwowych". Centralną operacją SB w tym zakresie było "Żądło" ukierunkowane na kontrolę operacyjną Komitetu Obywatelskiego.
Specyfiką polskiego życia politycznego po roku 1989, była mnogość partii politycznych. Tylko niektóre z nich odegrały później istotną rolę. Jednym z ugrupowań powstałych w tym okresie, był Kongres Liberalno - Demokratyczny. Choć sama partia należy już dziś do przeszłości, gdyż zakończyła swój byt w roku 1994, to jej liderzy - Donald Tusk, Janusz Lewandowski, Jacek Merkel czy Jan Krzysztof Bielecki odegrali w polskiej polityce ważne role, a wielu z ludzi KLD jest nadal aktywnymi uczestnikami życia publicznego. Dlaczego właśnie KLD ma być partią, na którą warto zwrócić uwagę, pisząc o agenturze wpływu?
Warto na początek przytoczyć wypowiedź posła UPR, Lecha Pruchno-Wróblewskiego, członka tzw. komisji Ciemieniewskiego, badającej w 1992r. sposób wykonania uchwały lustracyjnej:
 ,, Istnieją pewne powiązania finansowo-polityczne pomiędzy KLD, a komunistami. Mógłbym na ten problem spojrzeć przez pryzmat moich doświadczeń z komisji lustracyjnej, gdzie te wątki także się pojawiały. Tam te związki widać. Obowiązuje mnie jednak tajemnica, ale gdyby nie to, mógłbym niektóre przykłady podać. Podałbym także informacje, które dotyczą tego ścisłego związku, nawet personalnego, pomiędzy niektórymi członkami KLD i to wcale nie z peryferii tego ugrupowania, z niektórymi osobami, których przeszłość do świetlanych nie należała. (...) Uzyskiwanie kredytów „na telefon”, o czym wiem i są na to dowody, to wzajemne przenikanie się biznesu, nomenklaturowego i powiązanego z KLD - to przecież zasługa m.in. rządów pana Bieleckiego.”
O jakich powiązaniach mówił poseł Wróblewski, którego wiedza w roku 1992 była zapewne mniejsza od tej, jaką posiadamy obecnie? Nie uzyskamy tych informacji z protokołów posiedzeń komisji Ciemniewskiego, ponieważ do tej pory pozostają one tajne i żaden marszałek Sejmu nie zdecydował się na ich publikację.
O początkach KLD możemy dowiedzieć się z artykułu „Gazety Polskiej” z roku 2007, zatytułowanego „Don Null” Czytamy tam m.in.:
„ Kim jest towarzystwo polskiego lidera elegancji (chodzi o D. Tuska.)? By się tego dowiedzieć, nie musimy opuszczać hotelu Marriott. Przeniesiemy się tylko z sali balowej na 18. piętro (i o dwa lata wstecz). 1990 r. – na 18. piętrze Marriotta mieści się apartament wynajmowany przez Wiktora Kubiaka, służący mu jako biuro firmy Batax. O Wiktorze Kubiaku będzie wkrótce głośno, jako o sponsorze musicalu „Metro”, lansującym skutecznie Edytę Górniak (brzmi elegancko). Ale póki co apartament Kubiaka to miejsce spotkań liderów Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Czy to oficjalne biuro, czy nieformalnie użyczany przez przyjaciela lokal, mało kto dziś już pamięta. W każdym razie Donald Tusk i Paweł Piskorski czują się tu jak u siebie w domu. Wiktor Kubiak jest w ich otoczeniu kimś szczególnym. Podczas programowej narady twórców KLD w Cetniewie ląduje helikopter z Kubiakiem, który w asyście liderów tej partii pozdrawia głowiących się nad programem liberałów i po odebraniu honorów odlatuje.(…)
Tajemniczość potęguje fakt, że Kubiak to obywatel szwedzki. Absolwent ekonomii i prawa wyjechał tam w 1965 r. „W Szwecji zajmowałem się biznesem. Nigdy nie pracowałem dla innych. Pośredniczyłem, organizowałem kolekcje mody, zajmowałem się transportem” – czytamy. Od 1986 r., mając szwedzki paszport, Kubiak robi interesy w PRL. Dalej dowiadujemy się, że Kubiak to przedstawiciel firmy Batax Ltd. z siedzibą na pięknych Bahamach, zajmującej się bankowością oraz właściciel przedsiębiorstwa zagranicznego Batax PZ. Gdy chodzi o politykę – honorowy członek Kongresu Liberalno-Demokratycznego, z którego nadania został pełnomocnikiem ministra ds. przekształceń własnościowych Janusza Lewandowskiego w sprawie Thomson-Polkolor. Także „New York Times”, pisząc 12 kwietnia 1992 r. o sponsorze „Metra”, zauważa, że Kubiak finansował KLD.”
W maju 2008 roku Krzysztof Wyszkowski zamieścił na swoim blogu artykuł, opisując szczególne związki, jakie łączyły Wiktora Kubiaka z liberałami spod znaku KLD:
Dzisiaj wydaje mi się, że Tusk bardzo wcześnie zorientował się w roli tajnych służb w „transformacji” PRL w III RP i, co odróżniałoby go od większości ludzi Solidarności, którzy za głównego animatora „transformacji” uważali SB, dostrzegł fundamentalną rolę WSW/WSI. Przypuszczenie to wyprowadzam m.in. z bardzo bliskich stosunków, nawet przyjaźni, jaką nawiązał wówczas z Wiktorem Kubiakiem, wybitnym agentem WSW. Ten bliski współpracownik Grzegorza Żemka, znanego jako „mózg” afery FOZZ, w latach 80. zajmował się nielegalnym transferem z Zachodu urządzeń elektronicznych objętych zakazem eksportu do krajów komunistycznych. W tym czasie zwerbowano do biernej współpracy przy odbiorze oficjalnie prywatnych paczek z żywnością, w których ukrywano np. układy scalone, liczną grupę osób, które następnie znalazły się w elicie polityczno-kulturowej III RP. Część z tych ludzi przyczyniła się do sukcesu KLD.
W r. 1989 Kubiak objawił się, jako ktoś zupełnie inny – biznesmen zainteresowany wspieraniem środowisk politycznych. Ofiarowywał swą pomoc np. ś.p. Michałowi Falzmanowi, działaczowi Solidarności i członkowi redakcji pisma „CDN – Głos Wolnego Robotnika”. Falzman wyczuł z kim ma do czynienia i odrzucił propozycję. Tusk, który albo tego nie wyczuł, albo mu to nie przeszkadzało, przyjął pomoc. Za objaw zawarcia kontraktu można zapewne przyjąć moment, w którym „Przegląd Polityczny”, z wydawanego metodami podziemnymi brudzącego palce biuletynu, przeobraził się w eleganckie pismo drukowane na kredowym papierze, a KLD wprowadził się do nowych biur, do których wniesiono nowiutkie czarne meble. Współpraca rozwijała się znakomicie – Tusk organizował spotkania KLD w zajmującym całe piętro biurze Kubiaka w Hotelu Mariott, a Kubiak w fotelu pełnomocnika ministra prywatyzacji. Firma „Batax”, której WSW używało do operacji na Zachodzie, cieszyła się pełnym zaufaniem Tuska.
Szkopuł w tym, że WSW nie była służbą suwerenną, a tylko oddziałem GRU, czyli sowieckiego wywiadu wojskowego. Co wiedzieli agenci WSW/WSI, wiedzieli również Rosjanie. Trzymanie pieczy nad młodymi talentami politycznymi, którzy w rekordowo szybkim tempie znaleźli się w elicie władzy III RP, z pewnością było zadaniem, którego nie zlekceważyli.”
Kim był Wiktor Kubiak? Jego nazwisko i opis działalności znajdziemy w Raporcie z Weryfikacji WSI.
Firma „Batax”, której założycielem był Kubiak pełniła ważną rolę w strategii wywiadu wojskowego PRL. To poprzez nią, w latach 80. prowadzono nielegalne operacje finansowe polegające m.in. na dokonywaniu zagranicznych operacji bankowych typu „PORTOFOLIO” i „AKREDYTYWA”, przynoszących zyski rzędu 40% rocznie. Źródłem finansowania były m.in. fundusze Central Handlu Zagranicznego; przebieg niektórych z tych operacji znamy dzięki agenturalnym materiałom dotyczącym Grzegorza Żemka. Jedną z nich (do dziś nie w pełni wyjaśnioną) była operacja udzielenia BATAX-owi kredytu w wysokości 32 mln USD przez Żemka działającego w imieniu BHI (filia Banku Handlowego) w Luksemburgu, gdzie pełnił rolę dyrektora komitetu kredytowego.
Również na terenie Polski wywiad i jego tajni współpracownicy w krajowych przedsiębiorstwach zakładali wspólne interesy. Jednym z nich było kasyno w warszawskim hotelu Mariott. Otworzył je LOT wspólnie z utworzoną w Chicago firmą ABI. W interesie pośredniczył Kubiak i jego firma BATAX, na której konto ABI przekazało milion dolarów.
Skąd, zatem człowiek, o tak jednoznacznych związkach z PRL- owskim wywiadem w towarzystwie „liberałów”? Jaka była rola Wiktora Kubiaka, współpracownika Zarządu II Sztabu Generalnego w powstaniu KLD, jeśli możemy słusznie przypuszczać, że spełniał wobec założycieli tej partii rolę hojnego sponsora?
W tym samym czasie, spotykamy w środowisku KLD innego człowieka, który odegrał równie ważną i inspirującą  rolę. Chodzi o Jacka Merkla. 
Jego nazwisko figuruje w archiwach  TW-k, (nr rejestracyjny 4077-89445, nr archiwizacji l8432/I-k. Miejsce złożenia akt wydz. III Biura Ewidencji i Administracji UOP. Nr mikrofilmu 18432/1. Sprawa prowadzona przez KW MO Gdańsk oraz wydz. XI dep. I (wywiad) Warszawa). Materiały i mikrofilmy zniszczono w styczniu 1990 r., a więc w kilka miesięcy powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego.
Wydział XI Departamentu I SB MSW zajmował się kontrolą łączności między podziemiem w kraju i placówkami „Solidarności” zagranicą. Przeznaczony był do walki z „dywersją ideologiczną”, a po wprowadzeniu stanu wojennego zyskał nową formułę (będąc jednocześnie wywiadem i kontrwywiadem) stając się, obok Biura Studiów MSW, „okrętem flagowym” MSW. W latach 80. Wydział XI prowadził działania na terenie państw zachodnich (głównie Europa Zachodnia, Na jego czele stał płk Aleksander Makowski, późniejszy partner biznesowy Jacka Merla. Bezpośrednim przełożonym płk Makowskiego był gen. Władysław Pożoga, a efekty pracy Wydziału XI Dep. I przekazywano bezpośrednio do KGB.
Sam Merkel, w 1989r. brał udział w obradach "okrągłego stołu", negocjując rejestrację "Solidarności". W 1990 roku odpowiadał za zorganizowanie II Krajowego Zjazdu NSZZ "Solidarność" w Gdańsku.. Następnie został szefem sztabu wyborczego Lecha Wałęsy. Po jego zwycięstwie wyborczym, do 12 marca 1991 r. był ministrem stanu do spraw bezpieczeństwa narodowego w Kancelarii Prezydenta RP. Dwukrotnie Jacek Merkel zasiadał w Sejmie. W latach 1989-91 z ramienia OKP i w latach 1991-93 jako członek Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Merkel był członkiem Prezydium Rady Krajowej KLD i szefem  kampanii wyborczej w 1993 roku. Od zjednoczenia Unii Demokratycznej i KLD był członkiem Rady Krajowej Unii Wolności.
Opis późniejszej działalności Jacka Merkla, znajdujemy na stronie 108 Raportu z Weryfikacji WSI.:
W 1995 r. Mohammed Al-Khafagi, wraz z Jackiem Merklem i Januszem Baranem założył firmę „Caravana” Polsko-Arabska spółka z o.o. Według informacji zgromadzonych przez WSI firma ta miała być założona za aprobatą generałów: H. Jasika i G. Czempińskiego. Z informacji Zarządu KW UOP dla WSI wynikało, że M. Al-Khafagi ma powiązania z irackimi służbami specjalnymi. Natomiast według ustaleń poczynionych przez ppłk. Słonia - Jacek Merkel „posiadał naturalne dotarcie” do polityków Unii Wolności i niektórych urzędników kancelarii Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Kontakty te współwłaściciel firmy „Caravana” Mohammed Al-Khafagi starał się wykorzystywać do zapewnienia sobie bezpieczeństwa osobistego. Według WSI Jacek Merkel (w dokumentach operacyjnych nazwano go „Bankierem”) działał z inspiracji UOP:UOP realizuje wobec Bankiera przedsięwzięcia, które są kontrowersyjne. Budzą wątpliwości również z powodu celu, który ma być osiągnięty. Bankier zbudował sobie pozycję w sferze interesów i pełni rolę „spinacza” grup interesów o różnych rodowodach. Prowadząc działalność gospodarczą Bankier nawiązał kontakty polityczne przydatne dla aktualnych decydentów (w tym zagraniczne). (...) Osoba Bankiera może być „kluczem” do zrozumienia określonych zjawisk gospodarczych, które występują na naszym rynku telekomunikacyjnym i zbrojeniowym. Jest osobą „operacyjnie” interesującą.”
Powstaje zasadne pytanie – czy udział tych dwóch ludzi: Wiktora Kubiaka i Jacka Merkla, związanych z komunistycznym wywiadem PRL w powstaniu KLD, można przypisać zbiegowi okoliczności, - czy też mamy do czynienia z przykładem działalności agentury wpływu, inspirującej powstawanie nowej partii? Wśród wielu partii, tylko Kongres Liberalno Demokratyczny dysponował od początku dostatecznymi środkami, by zorganizować struktury partii i przeprowadzić w roku 1991 udaną kampanię wyborczą do Sejmu. Po wyborach politycy tej partii współtworzyli rząd, na którego czele stanął Jan K.Bielecki. Wśród członków tego rządu znajdowało się ośmiu TW, z tak charakterystycznymi postaciami na czele, jak Andrzej Olechowski (TW MUST) i Michał Boni (TW ZNAK).
Środowisko KLD ( poza licznymi aferami gospodarczymi) odegrało również istotną rolę polityczną, współuczestnicząc w zamachu na rząd Jana Olszewskiego, dzięki czemu skutecznie zablokowano przeprowadzenie lustracji wśród polityków.
POLITYCZNA AGENTURA WPŁYWU (5) – W SŁUŻBIE III RP
„Niezależnie od tego, że udział w tym przedsięwzięciu bierze szereg osobistości politycznych o życiorysach związanych z opozycją wobec PRL, to zarówno Andrzej Olechowski, główny animator Platformy (zarejestrowany tajny współpracownik kontrwywiadu zagranicznego PRL), jak i jego bezpośrednie zaplecze intelektualno-organizacyjne w postaci funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych (generałowie Petelicki i Czempiński) oraz grupa finansowego wsparcia (Business Centre Club, gdzie czołową rolę odgrywają byli pracownicy biur radców handlowych PRL-owskich ambasad) kojarzeni są z komunistycznym wywiadem - dawnym I Departamentem MSW. Platforma Obywatelska nie jest wyłącznie ekspozyturą "jedynki", ale w rękach realnej grupy kierowniczej stanowi użyteczne, w dużym stopniu kontrolowane narzędzie realizacji jej ekonomicznych interesów.” – z wypowiedzi Ludwika Dorna dla "Nowego Państwa" (z 2.03.2001 r.)
Korzeni Platformy należy szukać na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy ówczesny prezydent Lech Wałęsa powołał na szefa rządu J. K. Bieleckiego z marginalnej wówczas partii o nazwie Kongres Liberalno-Demokratyczny.. W powstaniu KLD, o czym pisałem już w poprzedniej części, istotny udział mieli ludzie związani z wywiadem PRL – Wiktor Kubiak i Jacek Merkel..
To najprawdopodobniej dzięki finansowemu wsparciu Kubiaka, młodej „partii liberałów” udało się szybko osiągnąć polityczny sukces. Tak opisuje ten związek Krzysztof Wyszkowski Jak na partię, która głosiła „pragmatyczny liberalizm”, potrzebę prywatyzacji i wolnego rynku oraz postulowała szybką integrację Polski ze strukturami zachodnimi i ostrożnie przeprowadzaną dekomunizacją, w szeregach KLD spotykamy szczególnie wielu tajnych współpracowników bezpieki. W przekazanym Sejmowi 4 czerwca 1992 r. wykazie agentów wymienia się jako TW: Michała Boniego, Władysława Reichelta z Poznania (ps. "Adam") i Herberta Szafrańca  (ps. "Grażyna").TW byli również wśród parlamentarzystów Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, którzy zaraz po wyborach utworzyli z KLD wspólny klub Polskiego Programu Liberalnego: Tomasz Holc (ps. "Zenek") i Jan Zylber (ps. "Roman"). W KLD-owskim gabinecie Krzysztofa Bieleckiego, Michał Boni był ministrem pracy. Dyplomacją kierował tam Krzysztof Skubiszewski, współpracownik wywiadu o pseudonimie "Kosk", a resortem współpracy gospodarczej z zagranicą - Dariusz Ledworowski, agent wywiadu, o pseudonimie "Ledwor". Ten ostatni, w 2001 r., znalazł się w gronie założycieli PO.
W rządzie Bieleckiego, na stanowisku sekretarza stanu w Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą zaczynał swoją polityczną karierę Andrzej Olechowski – TW Departamentu I SB MSW,. W jego przypadku, mamy do czynienia z klasycznym przykładem kariery, jaką po 1989 roku robili ludzie komunistycznego wywiadu.
Andrzej Olechowski podjął współpracę w wywiadem PRL w 1972 r. (rejestracja 4 listopada 1972). Wywiad załatwił mu w 1973 roku pracę w sekretariacie Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju - UNCTAD w Genewie, gdzie był zatrudniony do 1978 roku. Po powrocie do Polski podjął pracę jako adiunkt w Instytucie Koniunktur i Cen, a po uzyskaniu stopnia doktora (1979) został kierownikiem Zakładu Analiz i Prognoz, gdzie zapisał się do „Solidarności”.  W roku 1982 roku, Olechowski znów wyjechał pracować do UNCTAD. W tym czasie jego oficer prowadzący  Gromosław Czempiński został oficjalnie sekretarzem ambasady PRL w Szwajcarii. Współpraca tych dwóch trwała również w III RP. W czasie spełniania swoich zadań zagranicznych TW „MUST” został „wypożyczony” II Departamentowi SB MSW, czyli kontrwywiadowi. W latach 1985-87 prowadził działalność agenturalną w Banku Światowym w Waszyngtonie. Po powrocie do Polski, od 1987 r. został doradcą prezesa NBP, następnie, w 1988 dyrektorem Biura ds. Współpracy z Bankiem Światowym. W latach 1989-91 był pierwszym wiceprezesem NBP, w latach 1991-92 - sekretarzem stanu w Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą. Następnie, jak wielu innych PRL - owskich agentów, znajdujemy go w otoczeniu prezydenta Lecha Wałęsy. To dzięki jego rekomendacji, Olechowskim został w roku 1992 ministrem finansów, a w latach 1993-95 ministrem spraw zagranicznych. Ten „polityk do wynajęcia” – jak sam siebie nazywa, wykazywał niezwykłą wprost aktywność w różnych okresach III RP, by po zainicjowaniu sprawy, usunąć się w cień. Pierwszą inicjatywą polityczną Olechowskiego był „Ruch Stu”, powołany wspólnie z Krzysztofem Bieleckim, powstały na bazie tzw. Komitetu Stu, nieformalnej organizacji wspierającej w 1995 kandydaturę Lecha Wałęsy. Prawdopodobnie celem Olechowskiego była reaktywacja mocno już „zużytego” KLD, gdyż od początku nalegał na połączenie obu partii i stworzenie koalicji z Unią Wolności. Gdy to się nie powiodło, Olechowski natychmiast porzucił Ruch Stu i wycofał się „w biznes”. To z „Ruchu Stu” wywodzą się późniejsi politycy PO – Aleksander Grad czy Paweł Graś.
W wyborach prezydenckich 2000r Olechowski uzyskał 17,3% głosów, co nie było wynikiem rewelacyjnym. Wśród osób wspierających kandydaturę Olechowskiego znajdziemy całą plejadę PRL-owskiej agentury : Lecha Falandysza – (TW Wiktor), ministra w kancelarii Wałęsy, Roberta Mroziewicza - byłego podsekretarza stanu w MSZ i MON, Janusza Kaczurbę- podsekretarza stanu w Ministerstwie Gospodarki, Dariusza Ledworowskiego (KO/ „LEDWOR) – byłego minister współpracy gospodarczej z zagranicą w rządzie Jana K. Bieleckiego. Wśród „współpracowników merytorycznych” - Wojciecha Raduchowskiego-Brochwicza.
Wydaje się, że celem wszystkich tych politycznych roszad było stworzenie „nowej” formacji politycznej, w miejsce skompromitowanego KLD i nieudolnej Unii Wolności. Licząc na krótką pamięć Polaków, słusznie wytypowano na założycieli nowej partii „czystych politycznie” - Donalda Tuska i Andrzeja Olechowskiego, do których, w charakterze „kwiatka do kożucha” dodano Macieja Płażyńskiego.  Nieprzypadkowo, wśród osób zaangażowanych w powołanie Platformy Obywatelskiej znajdziemy ponownie Jacka Merkla. To ten sam krąg ludzi Departamentu I SB MSW, z którego wywodzi się Olechowski, Czempiński czy Jasik. Wszystkich znajdziemy „na zapleczu” nowopowstającej Platformy.
Tak na łamach SLD-owskiego "Przeglądu" (z 15.01.2001 r.) pisano o ludziach owej "jedynki": I pewnie im inicjatywa Olechowskiego, Płażyńskiego i Tuska bardzo się spodobała. Bo, po co płacić wszystkim partiom, kiedy można jednej, swojej? Po co antyszambrować u obcych, kiedy ma się wreszcie swoich? Po co wreszcie kiwać głową Millerowi czy Krzaklewskiemu, skoro Olechowski czy Tusk mówią tak, jak ludzie z pewnej półki myślą naprawdę? Wystarczy tylko się sprawdzić. To, czy jeden z najsilniejszych w Polsce układów, który do tej pory był wszędzie, czyli nigdzie, pójdzie na to sprawdzenie, jest jednym z najciekawszych pytań ostatnich godzin.”
POLITYCZNA AGENTURA WPŁYWU (6) – WRÓG WEWNĘTRZNY
Ponownie Jacek Merkel pojawia się w otoczeniu Tuska w 2001 roku, gdy trzeba powołać Platformę Obywatelską. Wspólnie z Olechowskim i Płażyńskim budują struktury nowej formacji, a Merkel zostaje jej pełnomocnikiem okręgowym.  Gdy PO już zaistniało, Merkel natychmiast wycofuje się z polityki.
Jednak prawdziwym spiritus movens Platformy, był bez wątpienia Andrzej Olechowski i jego osobie przypisywałby największy wpływ na kształt nowej partii. Co prawda oficjalna geneza powstania PO wskazuje na wspólny wysiłek „trzech ojców”, lecz późniejsze sytuacje i zachowanie Olechowskiego zdają się świadczyć, że miał on szczególnie mocny wpływ na Platformę.
Charakterystyczne wydaje się zachowanie Tuska wobec Olechowskiego. Jeszcze przed wyborami prezydenckimi 2000r. Tusk mówił: - „Głosując na Andrzeja Olechowskiego, kwestionowałbym wysiłek tysięcy ludzi, także swój własny; włożyłbym w ironiczny cudzysłów dwadzieścia najważniejszych lat mojego życia.
Po wyborach, obecny lider PO zmienił zdanie i w wewnątrzpartyjnej kampanii namawia już do zagospodarowania Olechowskiego i jego wyborców. Trzeba przyznać, że powołanie nowej partii, przez trzech „przegranych” przecież polityków, było zadaniem ryzykownym. „Ludzie tworzący PO nie mogli sobie znaleźć ugrupowania, do którego mogliby należeć. Dlatego utworzyli własne” - tak w 2001 roku Andrzej Olechowski tłumaczył przyczyny powstania Platformy Obywatelskiej.
Od chwili powstania PO, towarzyszyła jej przychylność mediów. W sondażu przeprowadzonym przez Pracownię Badań Społecznych w Sopocie 18 stycznia 2001 roku, (a więc dzień przed oficjalnym powołaniem PO) na pytanie: "Czy, gdyby powstała formacja polityczna Tuska, Olechowskiego, Płażyńskiego, udzieliłby jej Pan poparcia wyborczego?", 23 procent respondentów odpowiedziało – tak. Bez tzw. PR, opartego na przychylnych partii przekazach medialnych, tak wysoki „kredyt zaufania” nie byłby możliwy. Ale nawet ta nowoczesna broń nie ustrzegła Platformy od spektakularnych porażek. Olechowski w 2002 roku niechlubnie przegrał wybory prezydenckie w Warszawie, również wybory samorządowe zakończyły się dla partii klęską.
Wkrótce odszedł z PO Maciej Płażyński - pierwszy przewodniczący partii, który był największym zwolennikiem ścisłej współpracy z PiS. Krytykował swoich kolegów za "ściśle liberalny program, biznesowe uwikłania, które odstraszyły wyborców". Jego miejsce zajął Donald Tusk. Sondaże PO ustabilizowały się na poziomie kilkunastu procent poparcia i nie rokowały poprawy. Jak zgodnie twierdzi wielu obserwatorów, przełom nastąpił za sprawą Jana Rokity i jego udziału w tzw. komisji Rywina. Również, rzekomo za sprawą Rokity nastąpiło odejście Olechowskiego. Jednak, nawet pozostając poza Platformą, Olechowski wywierał ogromny wpływ na decyzje jej przywódców.
Warto zauważyć, że kontrolowanie ugrupowania politycznego za pośrednictwem uplasowanej wewnątrz agentury wpływu wydaje się zbyt skomplikowane, gdyż z natury ambitni politycy zazwyczaj z trudem podporządkowują się linii myślenia narzucanej im przez partyjnych kolegów. Zupełnie inaczej odbierane są uwagi i opinie doradców, ekspertów, lub tzw. autorytetów, komentarze mediów czy wyniki sondaży opinii publicznej. Wynika stąd, że łatwiej jest manipulować partią z zewnątrz, niż wewnątrz. Czy w zachowaniach Jacka Merkla i Andrzeja Olechowskiego wobec własnego, politycznego „dziecka” nie znajdziemy elementów tej strategii?
Jestem głęboko przekonany, że antypisowska retoryka PO jest w ogromnej mierze właśnie zasługą Olechowskiego i to on wskazał kierownictwu Platformy prosty sposób na zdobycie poparcia wyborców. Więcej – cały program PO, zbudowany na potrzeby kampanii wyborczej 2005 i 2007r został oparty na „politycznych poglądach” byłego agenta I Departamentu MSW. Dość zajrzeć do wypowiedzi Olechowskiego z lat 2006-2007, na temat stosunków PO z PIS-em, by zrozumieć, na czym polegał ów genialny w swojej prostocie plan propagandowy. Oto w artykule zatytułowanym „Platforma w cieniu PIS”, Olechowski pisał:
„Jak to się stało, że znaleźliśmy się w tak trudnej i jednocześnie tak absurdalnej sytuacji? Dlaczego daliśmy sobie narzucić debatę tak nieistotną, niezwiązaną z realnymi wyzwaniami? Przecież PiS popierany jest ledwie przez trzecią część elektoratu.(…) środowisko, które sformułowało projekt IV Rzeczypospolitej, okazało się zdolne do zdobycia władzy, ale niezdolne do jej sprawowania z pożytkiem dla Polski. Chyba nikt się nie spodziewał, że hasło IV RP okaże się tak żałośnie puste. Do dziś przecież nie wiadomo, czym ta Rzeczpospolita miałaby się różnić od poprzednich - wyższością rządu ludzi nad rządami prawa? Wielki to wstyd dla przywódców tego środowiska. (…)Najdziwniejsza w tym układzie jest obecność Platformy Obywatelskiej. Ta partia powstała z ambicji “uwolnienia energii Polaków” - i o tym powinna przede wszystkim mówić, nie dając się wciągnąć do tak absurdalnej debaty. Od kiedy jednak postanowiła się zająć przede wszystkim państwem, a nie ludźmi, od kiedy pozwoliła się opanować trawiącej polską prawicę obsesji rozliczenia z PRL, nie jest w stanie wyrwać się z kręgu dyskusji dyktowanej przez PiS. [...] „Platforma musi wnieść nowy ton do debaty publicznej. Jeśli Platforma nie sprosta temu oczekiwaniu, trzeba będzie stworzyć inną partię.
W wywiadzie dla „Życia Warszawy” z 12.02.2007r., znajdujemy następującą wypowiedź:
„Silne państwo i partia obywatelska wzajemnie się wykluczają. Postulat silnego państwa może przynosi popularność, ale nigdy nie uznam go za swój. Moja partia chce państwa, które służy obywatelom, a nie odwrotnie.(…) Współczesny człowiek potrafi zrobić sam, z sąsiadami lub np. z kolegami z tego samego zawodu bardzo wiele i z każdym pokoleniem coraz więcej. Nie potrzebuje do tego państwa. Dlatego działania na rzecz rozbudowy i wzmacniania państwa są marnowaniem pieniędzy obywateli.”
 Również ten wywiad kończy się jednoznaczną zapowiedzią Olechowskiego, co stanie się, jeśli Platforma nie posłucha „dobrych rad” – „To będzie wyłącznie zależało od oblicza Platformy, jakie wyłoni się z debaty programowej. Jeżeli wyłoni się partia, w której nie będę się rozpoznawał, to zaangażuję się w powołanie nowej. Dziś jednak nad takim planem nie pracuję.(…) Jeżeli będę mógł znów z czystym sumieniem głosować na Platformę, ponownie zapadnę w miłą bezczynność. Jeżeli jednak okaże się, że nie mam już swojej partii, będę musiał temu zaradzić.
Tuż przed wygranymi przez Platformę wyborami parlamentarnymi w roku 2007, Olechowski jasno wytyczył jej kurs. W emocjonalnych wypowiedziach znajdujemy być może prawdziwe oblicze „eleganckiego, dystyngowanego ministra spraw zagranicznych”. W wywiadzie dla “Newsweeka”, z 18.10.2007 r. czytamy: „Olechowski wspiera powyborczą współpracę Platformy z LiD. Ale nie jest bezkrytyczny wobec szefostwa PO. Ma za złe Donaldowi Tuskowi, że zgodził się na wybory zamiast rozliczać rządy PiS w komisjach śledczych. - Najpierw trzeba było sprawdzić, czy miejsce Kaczyńskich jest w wielkiej polityce czy w kryminale - mówi dosadnie.
 (…)ja jestem w polityce tylko gościem. Zabieram głos wtedy, gdy dzieję się coś ważnego, albo mam coś do powiedzenia. (…)pozostaje do rozstrzygnięcia wielkie pytanie, czy należało wybory przeprowadzać akurat teraz, jeszcze przed weryfikacją rządów PiS. Weryfikacją, która by odpowiadała na pytanie czy miejsce braci Kaczyńskich jest w wielkiej polityce, czy w kryminale.”
Znajdujemy również potwierdzenie tezy o wpływie Olechowskiego na tzw. program PO: „Jakiś czas temu interweniowałem, bo nie byłem zadowolony z przekazu i programu Platformy. Przestałem się odzywać, gdy doszedłem do wniosku, że jestem zadowolony z programu.(…) Uważam, że między innymi dzięki mojej interwencji Platforma pożegnała się z projektem IV RP.  
Nietrudno z powyższych cytatów wyprowadzić wniosek, że wpływy Olechowskiego na Platformę nie skończyły się z rokiem 2002, lecz trwają do dnia dzisiejszego i determinują wszystkie bodźce propagandowe, używane przez PO. Jeśli odrzeć je z ogólników, zwrotów retorycznych i pustych haseł, pozostanie „esencja”, którą można sprowadzić do postulatu demontażu/marginalizacji państwa.
„W wojnie informacyjnej zniewala się społeczeństwo stopniowo. Trwa to latami. Polem walki jest ludzka świadomość. W pierwszej fazie wyznaczona do podboju społeczność jest demoralizowana, żeby złamać jej moralny kręgosłup. W kolejnej fazie burzy się obowiązujący w niej od wieków porządek wartości, potem pozbawia się ją poczucia własnej godności, zakłamuje osiągnięcia przodków, wpaja poczucie ogólnej niemożności, by wreszcie zniechęcić do stawiania oporu tłumacząc, że wszelki sprzeciw jest bezsensowny, bo trzeba płynąć z prądem.” – pisał Rafał Brzeski w opracowaniu „Wojna informacyjna”
**************************
Cykl tekstów „Polityczna agentura wpływu” powstał przed trzema laty, gdy wiedza o przeszłości partii rządzącej z trudem przebijała się do świadomości Polaków. Sądzę, że warto powrócić do tych wpisów, by odczytać je w perspektywie zdarzeń z ostatniego roku. Informacje dotyczące przeszłości grupy rządzącej, pozwalają lepiej zrozumieć dzisiejsze działania i postawy.  Powinny też pozbawić złudzeń tych, którzy w życiu publicznym III RP dopatrują się demokratycznych procesów i naturalnej gry politycznej. 
Ponieważ w ostatnim okresie pojawiły się próby kreowania kolejnych mutacji  partyjnych, powiązane z nachalną promocją tych tworów, warto dostrzec mechanizm towarzyszący takim zabiegom. Przypominam wybrane fragmenty „Politycznej agentury wpływu”, bo sądzę, że istnieje pilna potrzeba napisania ostatniej, siódmej części.  

piątek, 25 marca 2011

CENZURA W SPRAWIE KATYNIA


Podstawowym kryterium w ocenie  stosunków polsko-rosyjskich, zawsze będzie sprawa ludobójstwa katyńskiego. W czasach komunizmu prawda o tej zbrodni - jako akcie założycielskim PRL –u, była ukrywana we wspólnym interesie Sowietów i ich polskojęzycznych namiestników. Kłamstwa tzw. komisji Burdenki powtarzały świadomie kolejne rządy PRL, powstałe na bazie sowieckiej agentury, nazywającej się partią komunistyczną. Ponieważ ten sam porządek i ci sami ludzie stali u podstaw budowy III RP, również państwo powstałe po 1989 roku nigdy nie wykazało determinacji, by wyjaśnić kulisy zbrodni, ujawnić sprawców i żądać moralnego i prawnego zadośćuczynienia. Stało się tak, ponieważ niemal wszyscy ludzie „opozycji demokratycznej” – budujący wespół z ekipą Jaruzelskiego podwaliny III RP, to osoby w różny sposób związane z partią komunistyczną: jej członkowie, sympatycy, beneficjanci ówczesnych władz, artyści uwikłani w zależność od reżimu, piewcy wszelakich odmian „komunizmu z ludzką twarzą”, agenci bezpieki, a w najlepszym przypadku „pożyteczni idioci” pełniący z nadania SB rolę koncesjonowanej opozycji. Ich dyspozycyjny stosunek do ZSRR/Rosji nie podlegał niemal żadnej ewolucji i niezmiennie przez dziesięciolecia określany był fałszywym mianem „realizmu geopolitycznego”. W kwestii Katynia, symbolem tego stosunku mogłaby stać się postawa Adama Michnika i Jana Lityńskiego. Przed kilkoma miesiącami, założyciel Instytutu Katyńskiego Adam Macedoński wspominał w „Gazecie Polskiej”, jak w 1979 roku chciał przekazać Michnikowi i Lityńskiemu komplet materiałów wydawniczych na temat Katynia w celu ich dalszego druku i rozpowszechniania. Usłyszał wówczas od Lityńskiego, że KOR nie jest za ujawnianiem sprawy Katynia: ”bo to pogłębi przepaść między Rosjanami i Polakami”. Podobnie zareagował Michnik, stwierdzając, że „to jest przeszłość, a KOR się nią nie interesuje”. Ten przykład – stokroć lepiej, niż obszerne analizy powinien uświadomić, że zakładnicy kłamstwa katyńskiego nadal decydują o polskiej historii.
            Warto więc dostrzec, że dzisiejsza postawa decydentów z grupy rządzącej, nie odbiega od praktyk czasów PRL-u. Dobitnym wyrazem tej postawy jest polityka prezydenckiego BBN-u, kierowanego przez gen. Stanisława Kozieja, który poddał cenzurze oficjalny dokument Biura sporządzony za czasów Lecha Kaczyńskiego. Chodzi o powstały na kilka tygodni przed tragicznym lotem Prezydenta RP do Smoleńska, raport zatytułowany "Ludobójstwo Katyńskie w polityce władz sowieckich i rosyjskich (1943-2010)", autorstwa dr Leszka Pietrzaka i Michała Wołłejko, przygotowany pod kierunkiem śp. Aleksandra Szczygło.
Leszek Pietrzak tak opisywał raport: „Był to kilkudziesięciostronicowy dokument, całościowo omawiający politykę naszego wschodniego sąsiada wobec  Zbrodni Katyńskiej na przestrzeni prawie sześćdziesięciu lat. Obszernie analizował sowieckie decyzje o dokonaniu zbrodni, jej przebieg i okoliczności oraz działania sowieckie, a następnie rosyjskie wokół zbrodni, zarówno te które ją zakłamywały, negowały jaki i relatywizowały.” Wiemy, że egzemplarz raportu miał z sobą szef BBN Aleksander Szczygło, podczas lotu w dniu 10 kwietnia i nie wykluczone, że stanowił on ostatnią lekturę Prezydenta Kaczynskiego.
Leszek Pietrzak wskazywał również, że w dokumencie zarekomendowano Prezydentowi RP działania w zakresie polityki państwa polskiego w sprawie Katynia. Dotyczyły m.in. zainicjowania działań na rzecz wyasygnowania środków finansowych na przeprowadzenie przez naukowców kwerendy w archiwach niemieckich, podjęcia długofalowych zadań edukacyjnych, w tym uczynienia z Katynia, Miednoje i Charkowa narodowych sanktuariów pamięci, odwiedzanych przez polską młodzież oraz stworzenia przez MEN specjalnego programu nauczania i wychowania obywatelskiego. 
Niezwykle ważny postulat dotyczył żądania wznowienia przez Rosję śledztwa w sprawie ludobójstwa katyńskiego.  W dokumencie zapisano również, by „bez względu na stanowisko strony rosyjskiej i przebieg obchodów rocznicy ludobójstwa katyńskiego, a przede wszystkim treści wystąpienia premiera W. Putina w Katyniu, Prezydent RP, przedstawiciele rządu powinni mówić jednym głosem i reprezentować jednolite stanowisko strony polskiej w kwestii Katynia. Stanowisko to najkrócej można zawrzeć w słowach: domagamy się i będziemy domagać od władz Federacji Rosyjskiej nazwania zbrodni katyńskiej ludobójstwem.”
Trafnie przewidując, iż Rosjanie będą odrzucać postulaty strony polskiej i unikać uznania Katynia za zbrodnię, autorzy raportu wskazywali, że wówczas Polska  będzie zmuszona do postawienia sprawy zbrodni katyńskiej na forum ONZ i przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze.”
Rekomendacje dla prezydenta i władz państwowych III RP znalazły się w ostatniej, piątej części raportu. Nowy szef BBN gen. Stanisław Koziej, uczestnik moskiewskiego kursu  GRU z roku 1987, zakazał autorom publikacji tego rozdziału, wyrażając zgodę jedynie na ujawnienie czterech części. Tak ocenzurowany przez Kozieja dokument, został opublikowany w listopadzie ubiegłego roku w miesięczniku „Nowe Państwo”. Piąty rozdział  - „Podsumowanie i rekomendacje” ujawniła w ostatnim wydaniu „Gazeta Polska”.
Sytuacja związana z raportem BBN  jednoznacznie wskazuje, że grupa rządząca III RP nie ma zamiaru domagania się od Rosji wyjaśnienia sprawy mordu katyńskiego, a tym bardziej, uznania go za akt rosyjskiego ludobójstwa. Po śmierci przedstawicieli prawdziwej elity narodu,  grupa samozwańczych „autorytetów” RP uznała, że sprawę Katynia należy zamknąć w imię „pojednania” i ułożenia wasalnych stosunków z rosyjskim reżimem. Historia, która ma „nie dzielić” - winna stać się kartą zamkniętą, zdławioną nakazem kazuistycznej moralistyki i mętnych interesów.
Człowiek, który dziś zajmuje stanowisko prezydenta III RP umawia się 11 kwietnia br w Smoleńsku z rosyjskim przywódcą Miedwiediewem, a rosyjskie media informują, że  prezydenci „odwiedzą także kompleks „Katyń”. Przy milczącej zgodzie władz III RP, wkrótce symbolem tego „kompleksu” stanie się Cerkiew Zmartwychwstania Chrystusa, budowana przy wejściu na teren Zespołu Memorialnego w Lesie Katyńskim. Do września 2011 roku oprócz cerkwi, powstaną trzy inne obiekty. Znajdzie się w nich dzwonnica, klasy do zajęć z młodzieżą, plebania oraz budynek administracyjny z kotłownią. Inicjatorem budowy cerkwi jest zwierzchnik rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl – (podejrzewany o wieloletnią działalność agenturalną na rzecz sowieckiego KGB) , a  budowę finansuje koncern Rosnieft, zarządzany przez wicepremiera Rosji - oficera KGB Igora Sieczina.
To zawłaszczenie miejsca kaźni polskich oficerów przez sowieckich funkcjonariuszy jest możliwe, ponieważ obecne władze III RP zrezygnowały z żądań uznania Katynia za zbrodnię ludobójstwa. Nie reagowano, gdy  rząd Putina w odpowiedzi na skargę rodzin oficerów skierowaną do Trybunału w Strasburgu napisał, iż  nie ma dowodu na to, iż Polaków zamordowano”. Nie reagowano, gdy rząd Rosji odmówił rehabilitacji ofiar, twierdząc, że „nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono”, ani wówczas, gdy płk Putin kłamał, że „zbrodnia katyńska była osobistą zemstą Józefa Stalina za porażkę w wojnie polsko-bolszewickiej roku 1920”.
Prezydent Lech Kaczyński w nie wygłoszonym 10 kwietnia przemówieniu miał powiedzieć w Katyniu: „Nie da się budować trwałych relacji na kłamstwie. Kłamstwo dzieli ludzi i narody. Przynosi nienawiść i złość. Dlatego potrzeba nam prawdy. Racje nie są rozłożone równo, rację mają Ci, którzy walczą o wolność. My, chrześcijanie wiemy o tym dobrze: prawda, nawet najboleśniejsza, wyzwala. Łączy. Przynosi sprawiedliwość. Pokazuje drogę do pojednania”.
Cenzura stosowana przez urzędników prezydenckich jest dowodem, że Komorowski i ludzie z grupy rządzącej chcą budować „pojednanie” na fałszu i serwilizmie wobec Rosji, mamiąc Polaków  pustymi gestami władców Kremla. Póki ci ludzie zajmują najwyższe stanowiska w państwie, rekomendacje zawarte w raporcie BBN nigdy nie zostaną zrealizowane, a stosunki polsko-rosyjskie zostaną ułożone na wzór peerelowskiego poddaństwa.

Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.



Rozdział V. Podsumowanie i rekomendacje 

  

Wydawnictwo ANTYK  - Aleksander Ścios „ZBRODNIA SMOLEŃSKA. Anatomia dezinformacji”: http://ksiegarnia.antyk.org.pl/x_C_I__P_23016395-23010001.html




środa, 23 marca 2011

DLA „PRZEPASANYCH ELIT”

Stanisław August – mimo solennej obietnicy, iż ordery i godności będzie nadawał tylko za istotne zasługi – handlował nimi jak przekupka kiełbasami na rynku.Za 10-20 dukatów sprzedawał tytuły chorążego, cześnika, podkomorzego, za 30-50 starosty; czerwoną wstęgę orderu św. Stanisława można było nabyć za 100, po ostrym targu nawet za 80 dukatów. Najwyższe odznaczenie – Orzeł Biały – też był na ladzie.
- Ach Wasza królewska Mość, jakżeż można sprzedawać Orła Białego za 200 dukatów! - monitował Piattoli
- Ha, pewnie, że to zgroza, że to za tanio, ale co robić, kiedy sknery więcej nie dają - odpowiadał król.
Niebieską szarfę dostawano i za darmo. Mieli ją Ankwicz, Rzewuski, Kossakowski, Massalski..... Gdy ktoś zasłużył się należycie Katarzynie, zyskiwał jej uznanie – zaraz Stanisław August posyłał mu order. Wszystkie polskie szuje były przepasane wstęgami.” – pisał Karol Zbyszewski w książce "Niemcewicz od przodu i tyłu" z 1939 roku.
Nie inaczej postępowano w czasach PRL-u, gdy sowieccy namiestnicy sięgali po ordery i zaszczyty, by zapewnić sobie poparcie lub nagrodzić pokornych. Jacek Trznadel pisał o tym „Hańbie domowej", przypominając, że  Ekipa agentów potrzebowała na gwałt inteligencji, elity", a Waldemar Łysiak  przywoływał w „Salonie” relację emigracyjnej publicystki Joanny Sypuły-Gliwy: „Normalna transakcja. Dawali całkiem dużo: mieszkania, towar w powojennej rzeczywistości deficytowy, przydziały wczasowe w domach związkowych w Sopocie i Zakopanem, przyjęcia w Urzędzie Rady Ministrów, nagrody państwowe, ordery, a przede wszystkim nakłady, które pisarzom dzisiejszej doby mogą się tylko przyśnić — 150 tysięcy egzemplarzy, 200 tysięcy, pieniądze, pieniądze. A w zamian? W zamian tak niewiele, garść słów, ciepła myśl w nowym wierszu, jakiś podpis pod deklaracją, protest „obrońców pokoju”, depesza z okazji czerwonej rocznicy, tylko słowa i myśli".
Ten sam proces obserwujemy po tragedii smoleńskiej, gdy przystąpiono do przywracania dominium rosyjskiego, a miejsce prezydenta Kaczyńskiego zajął człowiek oddany interesom Kremla. Smoleńska katastrofa, w której śmierć poniosło wielu przedstawicieli autentycznych elit pozwoliła zaistnieć w życiu publicznym ludziom, którzy w normalnych okolicznościach nigdy nie znaleźliby się na politycznych salonach i nie odegraliby żadnej, znaczącej roli. To śmierć w Smoleńsku otworzyła szeroko drzwi nikczemnej bylejakości, obwieściła tryumf miernoty i nienawiści, ucieczkę od odpowiedzialności i zasad, spychając jednocześnie ludzi honorowych do egzystencji na marginesie życia publicznego.  Po 10 kwietnia mieliśmy do czynienia z  całą serią nominacji na stanowiska wakujące po ofiarach tragedii smoleńskiej. W niemal wszystkich przypadkach, można mówić o deprecjacji tych stanowisk i powoływaniu na nie ludzi zupełnie innego formatu, niż reprezentowali poprzednicy.
Nadawanie przez Bronisława Komorowskiego Orderu Odrodzenia Polski członkom byłej PZPR, tajnym współpracownikom bezpieki oraz osobom z zarzutami prokuratorskimi, wpisywało się w akcję kreowania „nowych elit” i znanej już polityki obdarzania orderami  ludzi „biernych, miernych i wiernych”. Uczynienie zaś z Orderu Orła Białego swoistej „gratyfikacji” za poparcie udzielone Komorowskiemu w okresie kampanii prezydenckiej, stanowiło  symboliczny akt powrotu do haniebnych praktyk moskiewskich dworaków.  
To wówczas - podsądny III RP, poeta Jarosław Marek Rymkiewicz przypomniał historię Orderu Orła Białego, nadawanego hojnie szujom i zaprzańcom i podkreślił, że Stanisław August, król zdrajca, sam dekorował nim zdrajców, postępując według ruskiej tradycji, że im większy łajdak, tym większy ma order. – „W ogóle przyznawanie orderów jest ruską tradycją, a w naszej I Rzeczypospolitej noszenie jakichkolwiek orderów było zakazane przez prawo. Dobrze byłoby wrócić do tamtych naszych obyczajów” – stwierdził Rynkiewicz, dodając, że jeśli spojrzymy na dzieje Orderu Orła Białego, to będziemy mogli powiedzieć, że i w tym wypadku historia Polski zatacza teraz krąg -  i wciąż mamy do czynienia z czymś, co już się kiedyś wydarzyło.
Tym większą nadzieję muszą budzić postawy ludzi, którzy mają dość odwagi, by przeciwstawić się nikczemnym zachowaniom lokatora Belwederu i pokazać, jak w czasach tryumfu podłości zachowują się ludzie honoru. Ponieważ są to postawy godne najwyższego szacunku i naśladownictwa, warto zwrócić uwagę na zachowanie dziennikarzy, którzy odmówili przyjęcia z rąk Bronisława Komorowskiego Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski.
Informacje o tym przyniósł portal niezależna.pl.  Oto małżeństwo dziennikarzy, Joanna Łukasiewicz – Wyrwich i Mirosław Mateusz Wyrwich napisali do Komorowskiego:
Panie Prezydencie.
Jak nas poinformowała Kancelaria Prezydenta RP [Marzena Pawlak] zostały nam przez Pana przyznane Krzyże Kawalerskie Orderu Odrodzenia Polski za naszą działalność w stanie wojennym. Jak wiemy, wręczenie odznaczeń nastąpiło w dniu wczorajszym, tj. 21.03.2011.
Oświadczamy, że nie przyjmujemy nadanych nam przez Pana Krzyży Kawalerskich Orderu Odrodzenia Polski. Nie honor nam przyjąć Krzyża Kawalerskiego od tego, który nie znalazł miejsca na Krzyż przed pałacem prezydenckim. W całości też nie akceptujmy Pana postawy politycznej i moralnej, Pana stosunku do ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie Grudnia 1970 i stanu wojennego. W szczególności zaś Pana stosunku - do katastrofy smoleńskiej.
W czasach, gdy ośrodki propagandy i podążająca za nimi gawiedź, zachłystuje się głównie bredniami wypowiadanymi przez tzw. polityków, „celebrytów” lub sportowców, trzeba pokazać, że są ludzie prawdziwie wielcy – ludzie honoru, o zasadach moralnych niedostępnych  „przepasanymi wstęgami” elitom.

http://niezalezna.pl/8002-dziennikarze-nie-przyjeli-odznaczen

sobota, 19 marca 2011

NASZE PODWÓRKO

Z punktu widzenia pewnej formacji kulturowej wyrosłej z PRL, która niestety nie doszła do tego momentu, w którym ludzie, którzy nie byli inteligentami, się nimi stają, być może rzeczywiście pan marszałek jest takim wzorem. Ale my tę barierę przebyliśmy już parę pokoleń przedtem i w związku z tym przykro mi bardzo, ale mamy zupełnie inne kryteria. To, co pan marszałek uważa być może za wzór elegancji, z naszego punktu widzenia jest czymś całkiem innym, po prostu nadmierną pewnością siebie i wynikiem kryzysu pewnej grupy społecznej, o której mówić tu nie będę, chociaż pan marszałek ma z nią związki.
Te słowa z grudnia 2008 roku, zaczerpnięte z sejmowego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego w sprawie uchwały o odwołanie Bronisława Komorowskiego z funkcji marszałka Sejmu, mogłyby posłużyć do opisu większość postaci z grupy rządzącej. Jak również tych, którzy po 1989 roku, licząc na głupotę i amnezję Polaków sami awansowali się do grona „nowej elity”, nazwanej przez Herberta „elitą intelektualną trupów”. Rok 2007 dał początek reaktywacji tego towarzystwa, gromadząc pod szyldem Platformy rzesze miernot, frustratów i niedouczonych ćwierćinteligentów, złączonych wspólną nienawiścią i żądzą odwetu. Jednak dopiero tragedia smoleńska, w której poniosło śmierć wielu przedstawicieli autentycznej elity pozwoliła zaistnieć ludziom, którzy w normalnych okolicznościach nigdy nie pojawiliby się w życiu publicznym i odegrali żadnej, znaczącej roli. Śmierć w Smoleńsku otworzyła szeroko drzwi nikczemnej bylejakości, obwieściła tryumf nienawiści i głupoty, wytyczyła ścieżkę ucieczki od odpowiedzialności i zasad, spychając jednocześnie ludzi honoru do egzystencji na marginesie życia publicznego. Człowiek, o którym mówił Kaczyński, jest dziś symbolem tej formacji i  jeśli kogoś dziwi poziom jego wystąpień, zdaje się nie rozumieć, że nie istnieje pojęcie rewolucyjnych przemian kulturowych, a „podwórkowych mężów stanu” czeka mozolny proces dorastania i wielopokoleniowa ewolucja – bez żadnej gwarancji sukcesu. W przypadku dzisiejszego lokatora Belwederu, wypominanie mu językowych lapsusów i gramatycznych błędów, jest raczej niedorzecznym zadziwienie nad aksjomatem, niż rzeczową krytyką.
Przypominam o tym, ponieważ nieczęsto się zdarza, by w sferze życia publicznego pojawiały się fakty tak bezwzględnie demaskujące poziom owej formacji, jak wczorajszy tekst Jarosława Kaczyńskiego „Samochwały droga przez mękę” zamieszczony w „Rzeczpospolitej”, jako  odpowiedź na artykuł Donalda Tuska z „Gazety Wyborczej”.
Usilnie zachęcam  do uważnej lektury tekstu Kaczyńskiego, bo stanowi w istocie genialny i może najważniejszy w ostatnim dwudziestoleciu akt dekonspiracji całej samozwańczej „elity” reprezentowanej dziś przez środowisko Platformy Obywatelskiej.  Jest również godnym naśladowania wzorcem, jak należy rozmawiać z kimś pokroju Donalda Tuska i jak traktować przekaz formułowany przez jego środowisko.
Ironia – napisał Kaczyński – jest najlepszą metodą – jak to się teraz mówi – dekonstrukcji napuszonego, autoreklamiarskiego, płytkiego, nielogicznego, niespójnego i często pretensjonalnego dziełka Donalda Tuska. Czegoś takiego nie mogłem potraktować zbyt serio.
Sposób, w jaki Kaczyński obnaża prawdziwy wymiar tuskowego elaboratu i osobę autora, odwołując się przy tym do postaci i dzieł literackich, nie stroniąc od faktów i rzeczowych argumentów – stawia tę polemikę w rzędzie autentycznych „pereł”  publicystyki politycznej.
 Świat według wójta Tuska”, ukazany dosadnie w artykule prezesa PiS-u , to rzeczywistość na poziomie zgrzebnej retoryki, w której „łańcuchy tautologii” plączą się z „pojęciami jak cepy”, a nędzna demagogia  nie wytrzymuje naporu logicznej refleksji.  
Warto poświęcić czas na tę lekturę, by zrozumieć, jak wielka i nieprzekraczalna przepaść dzieli obu polityków – z których jeden dawno przekroczył barierę, „za którą ludzie stają się inteligentami”, drugi zaś nawet do niej nie dotarł.  To tekst, który niesie nadzieję.
            Przed pięcioma laty, Donald Tusk w niezwykle agresywnym wywiadzie dla Gazety Wyborczej, groził wypowiedzeniem posłuszeństwa wobec legalnego rządu i „przejściem do ataku” na PiS. Stwierdził wówczas: „Jak ktoś się wychował na podwórku, to dobrze wie, że kluczowe znaczenie ma to, kto pierwszy uderzy”. Ta knajacka pogróżka wyrażała autentyczny zasób środków, jakimi dysponują ludzie  pokroju obecnego premiera i obnażała  zbójecki „świat według Tuska”. Komentujący te słowa, nieodżałowany Maciej Rybiński napisał wówczas „Podwórkiem Tuska jest teraz Polska, a my – obywatele – nie mamy możliwości zabrania swoich zabawek i pójścia na sąsiednie podwórko. Musimy przyglądać się bójce i niewykluczone, że wszyscy dostaniemy po mordzie”.
Donald Tusk, który zgromadził na swoim podwórku „policje - tajne, widne i dwu-płciowe”, zależne prokuratury, telewizje i gazety, jest dziś bezbronny wobec słów Jarosława Kaczyńskiego. Donald Tusk już „dostał po mordzie” i nawet nie wie, że musi odejść z naszego podwórka.

http://www.rp.pl/artykul/2,628950_Kaczynski--Samochwaly-droga-przez-meke.html

piątek, 18 marca 2011

PROKURATORSKIE GWARANCJE

Najwyraźniej grupa rządząca musi realnie zakładać scenariusz utraty władzy, skoro już dziś podejmuje wyprzedzające działania osłonowe. Nietrudno rozpoznać je w decyzji o  zarekomendowaniu do składu Prokuratury Generalnej kilku prokuratorów, skompromitowanych politycznymi śledztwami z okresu PRL-u. Pod wnioskami o ich powołanie podpisał się wybrany przez Komorowskiego szef Rady Prokuratorów Edward Zalewski, również były komunistyczny prokurator. Chodzi o Andrzeja Kaucza, Leszka Pruskiego i Artura Kassyka, którzy w latach 1981-88  oskarżali opozycjonistów w procesach politycznych. Choć trafnie zwracano uwagę, że decyzja o skierowaniu do Prokuratury Generalnej tego rodzaju oskarżycieli, może nieść zapowiedź przygotowań do rozprawy z opozycją, sądzę, że trzeba także rozważyć inny scenariusz.
By ocenić znaczenie tej decyzji, warto przypomnieć, jakie cele stawiała sobie grupa rządząca forsując w roku 2008 zmiany w ustawie o prokuraturze i dążąc do rozdzielenia stanowiska ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Okrzyknięte wówczas rewolucyjnymi nowelizacje służyły głównie uwolnieniu rządu Donalda Tuska od odpowiedzialności za stan bezpieczeństwa obywateli oraz na stworzeniu silnej korporacji prokuratorskiej,  która w zamkniętym systemie zawodów prawniczych stałaby się potężnym i wpływowym lobby. Ponieważ po ich wprowadzeniu, rząd formalnie nie miał wpływu na działalność prokuratury, w tym na zakres i rodzaj podejmowanych śledztw – wielokrotnie słyszeliśmy argument, że samodzielna i samorządna prokuratura kieruje się wyłącznie literą prawa, a nie np. doraźnym interesem politycznym.
Powołanie urzędu Prokuratora Generalnego tylko pozornie wzmacniało niezależność prokuratury i służyło uwolnieniu jej od wpływów polityków. Brak umocowania tego urzędu w Konstytucji (tak jak dzieje się to w wielu dojrzałych systemach prawnych) sprawił, że niezależność PG stała się iluzoryczna, podlega on bowiem ocenie politycznej dokonywanej corocznie przez Sejm i Senat i jest opiniowany przez ministra sprawiedliwości. Odrzucenie sprawozdania, uprawnia premiera do wnioskowania o odwołanie Prokuratora. Jak trafnie zwracał wówczas uwagę prof. Piotr Winczorek „istnieje ryzyko, że prokurator generalny sam stanie się politykiem”.  Obserwacja zachowań Andrzeja Seremeta, w związku ze śledztwem w sprawie tragedii smoleńskiej, zdaje się potwierdzać tę ocenę.
Z całej „rewolucyjnej” koncepcji zmian, najważniejszym elementem było powołanie Krajowej Rady Prokuratorów (KRP), która poprzez prawo wnioskowania o nominacje prokuratorskie oraz szerokie uprawnienia konsultacyjne stała się faktycznym organem decyzyjnym w zakresie polityki karnej. Postawienie na czele Rady byłego komunistycznego prokuratora Edwarda Zalewskiego, dawało grupie rządzącej gwarancję zachowania wpływów na decyzje prokuratorskie, a poprzez właściwą politykę kadrową zabezpieczało trwałość układu postkomunistycznego.  Ten członek PZRP, oskarżający w procesach politycznych lat 80., nadzorował również w latach 2008-9 śledztwo w sprawie „afery marszałkowej”, w trakcie którego nie wyjaśniono roli marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego w działaniach ludzi WSW/WSI skierowanych przeciwko legalnemu organowi państwa – Komisji Weryfikacyjnej WSI. Dyspozycyjność szefa KRP wobec prezydenta gwarantuje zaś zapis ustawy mówiący, iż „osoba powołana przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej pełni swoją funkcję w Krajowej Radzie Prokuratury bez oznaczania okresu kadencji i może być odwołana w każdym czasie.”
Na przykładzie ostatnich rekomendacji doskonale widać, że decyzje KRP są faktycznie podyktowane interesami politycznymi grupy rządzącej i służą głębokiemu podporządkowaniu prokuratury. Przeprowadzając fikcyjną reformę tej instytucji i kierując do KRP ludzi z klucza politycznego, rząd Tuska już wówczas zagwarantował sobie bezkarność działań, o czym mogliśmy przekonać się z wielu decyzji prokuratorskich w sprawach afer związanych z politykami grupy rządzącej lub z efektów postępowań dotyczących samowoli służb specjalnych. Świadomość bezkarności, a niekiedy wręcz pogardy dla prawa w wykonaniu najwyższych urzędników państwowych i partyjnych była możliwa, bo nie istniały instytucje państwa zdolne do niezależnych działań prawnych.
Z doświadczeń ostatnich lat wiemy, że prokuratura należy do tych instytucji państwa, które szczególnie mocno wykazują  dyspozycyjność wobec władzy i są wykorzystywane w walce politycznej. Brak zmian systemowych oraz zmiany mentalności środowiska prokuratorskiego sprawił, że faktyczna pozycja tego organu wobec władzy politycznej w niczym nie odbiega od modelu funkcjonującego w czasach PRL.
Wszyscy pamiętamy histeryczne reakcje rozmaitych gremiów prawniczych i ich „autorytetów” w czasach rządów PiS i ministra Ziobry, gdy gromko wołano o rzekomym upolitycznieniu prokuratury i zagrożeniu demokracji. Nie przypadkiem, głosy te zamilkły natychmiast od dnia odzyskania władzy przez PO i żadne, nawet najbardziej rażące patologie nie wywołały już sprzeciwu środowiska prawniczego. Do zagorzałych krytyków Ziobry, a jednocześnie zwolenników rozdziału funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego należał wówczas prezes Stowarzyszenia Prokuratorów Rzeczypospolitej Polskiej płk Krzysztof Parulski, a wystosowana przez to stowarzyszenie uchwała  z czerwca 2007 - "Apel o zachowanie etycznych postaw", odebrana została jako krytyka działań ministra i zakończyła się rezygnacją Parulskiego ze stanowiska zastępcy Wojskowego Prokuratora Okręgowego w Poznaniu oraz prokuratora wojskowego. Nigdy wcześniej środowisko prokuratorskie nie przejawiało takiej troski o swoją niezależność, jak za rządów PIS-u i nigdy bardziej nie podlegało politycznym regulacjom, jak dzieje się to obecnie.
Trudno zatem przypuszczać, by ludzie dyspozycyjni wobec władzy komunistycznej i zawdzięczający swój awans obecnej ekipie, mieli po ewentualnym zwycięstwie wyborczym PiS-u prowadzić śledztwa zagrażające ich protektorom politycznym.
O tym, że taka perspektywa istnieje, mogliśmy się przekonać z ostatniego wywiadu udzielonego Gazecie Polskiej przez Jarosława Kaczyńskiego.  Prezes PiS pytany o szanse ustalenie prawdy o katastrofie smoleńskiej powiedział m.in.:
Gdybyśmy wygrali wybory, dokonalibyśmy rzetelnego przeglądu informacji, którymi już dziś dysponują instytucje państwa polskiego. Jestem przekonany, że już samo takie działanie rzuciłoby nowe światło na sprawę przyczyn katastrofy. Powstałby raport nie podszyty strachem, w przeciwieństwie do tego, który tworzy komisja ministra Millera.”
Można się spodziewać, że dokonanie takiego przeglądu musiałoby skutkować również wszczęciem śledztw wobec obecnych decydentów, odpowiedzialnych za przygotowania do tragicznego lotu, za liczne zaniedbania oraz mataczenia w sprawie śledztwa smoleńskiego.
Jeśli PiS chciałby rzeczywiście dążyć do wyjaśnienia przyczyn katastrofy i przeprowadzić w tej sprawie rzetelne dochodzenie oraz powrócić do rozlicznych afer z udziałem polityków PO i PSL, wolno spodziewać się wniosków o pociągnięcie do odpowiedzialności karnej oraz postawienia niektórych osób przed Trybunałem Stanu. 
Nietrudno zrozumieć, że to realne niebezpieczeństwo wymaga odpowiedniej ochrony interesów układu i „wyczulenia” prokuratury na rozliczeniowe dążenia nowej władzy.  Czteroletnia kadencja obecnej KRP oraz jej wpływ na prace prokuratury i poszczególne nominacje prokuratorskie dają gwarancje, że takie zabezpieczenie zostanie ustanowione. Rekomendacja prokuratorów - oskarżycieli z czasów PRL-u, wpisuje się w tę koncepcje.
Warto zatem przewidzieć, że utrata władzy politycznej przez ekipę rządzącą, może nie mieć żadnego wpływu na kształt decyzji prokuratorskich w sprawach wymagających rzetelnej oceny działań rządu Donalda Tuska, a tym bardziej nie przyniesie przełomu w śledztwach dotyczących tragedii smoleńskiej.  Dzisiejsze rekomendacje potwierdzają, że przywrócenie norm obowiązujących w państwie prawa, będzie procesem długotrwałym i niezwykle trudnym.
  
Artykuł zamieszczony w Warszawskiej Gazecie.