środa, 23 lutego 2011

KOLONIA „ZAUFANYCH PRZYJACIÓŁ”

Gen Witalij Pawłow, szef rezydentury KGB w Polsce w latach 1973-84, wspominał w swoich pamiętnikach: „KGB nie miało w Polsce agentów, a jedynie zaufanych ludzi wśród przyjaciół".
To zdanie sowieckiego oficera, doskonale znającego realia PRL zawiera klucz do zrozumienia sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po blisko czterech latach rządów obecnego układu. Dynamizm tragicznych przemian, dokonujących się na polskiej scenie był możliwy, bo za kulisami wielu z nich stali ludzie z kręgu rosyjskich „przyjaciół”, obsadzeni w III RP w rolach artystów, publicystów, biznesmenów czy polityków. Wykreowanie takich procesów nie wymagało nawet bezpośredniego udziału rosyjskiej agentury. Rosjanie musieli ją mieć w RFN, Kanadzie czy w USA. W Polsce wystarczył  krąg "przyjaciół", a w nim mniejsze grono "zaufanych ludzi".
Grozę dzisiejszego położenia potęguje fakt, że ogromna grupa Polaków zapomniała lub nie chce pamiętać o dziesięcioleciach sowieckiej okupacji, a tym bardziej nie chce wiedzieć – kim byli i kim są „zaufani wśród przyjaciół”. Mamy do czynienia z zadziwiającym paradoksem, bo choć nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby powojennej Polski za państwo wolne i demokratyczne, bez sprzeciwu godzimy się nazywać takim III Rzeczpospolitą, w której członkowie partii założonej przez okupanta brylują w życiu publicznym, a funkcjonariusze sowieckich organów represji rozgrywają nasze interesy i kreują się na „fachowców od bezpieczeństwa”.  
Wolno postawić tezę, że wygrana środowiska Platformy Obywatelskiej w wyborach 2007 roku miała otworzyć drogę do pełnej reaktywacji wpływów obozu moskiewskiego i zapoczątkowała proces recydywy rządów „zaufanych wśród przyjaciół”. Proces na tyle głęboki, że można mówić o powrocie do relacji istniejących w okresie PRL-u i budowaniu nad Wisłą rosyjskiego dominium. Niewątpliwie też,  logika zdarzeń ostatnich lat pozwala dostrzec, że był to proces kontrolowany i planowy, przeprowadzony według sensownego scenariusza, w którym tragedia smoleńska odgrywa rolę punktu zwrotnego w dziejach Polski.
Już w roku 2007 Rosja powitała zmiany  na naszej scenie politycznej dygresją Michaiła Margielowa, przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Rady FR: „Problemów w stosunkach rosyjsko-polskich przy Jarosławie Kaczyńskim nagromadziło się wiele, a ich likwidacja będzie wymagać czasu” – orzekł rosyjski polityk.
W kwietniu 2008 roku płk Putin zapewniał, że "problemy z Polską dadzą się rozwiązać dzięki Tuskowi", a po wygranych przez Komorowskiego wyborach prezydenckich, szef komisji spraw zagranicznych Dumy Konstantin Kosaczow z radością odnotował ten fakt, mówiąc : „Z Polską, gdzie prezydentem jest pan Komorowski, a rządem kieruje pan Donald Tusk, będzie się nam udawać znajdować punkty styczne i porozumienie znacznie bardziej konsekwentnie i konstruktywnie niż działo się to dotychczas w warunkach stałego współzawodnictwa prezydenta i rządu.” W tym samym, tryumfalnym tonie informował wówczas dziennik „Izwiestija”: "Wybranie na prezydenta pragmatyka Komorowskiego ustawiło wszystko na swoje miejsca. Ideologicznie emocjonalna przesada epoki Kaczyńskiego dobiegła końca.”
Rzecz jasna – tego rodzaju deklaracje przedstawicieli państwa rosyjskiego podważają propagandową tezę, jakoby Platforma Obywatelska miała być środowiskiem nowoczesnym i liberalnym, dążącym do swobód gospodarczych i poszerzania wolności obywatelskich. Nie przypadkiem politycy putinowskiej Rosji, upatrują przecież w PO naturalnego partnera i wiernego sojusznika – na wzór pereelowskiej grupy zarządzającej interesami okupanta. Dlaczego reżim Putina, odpowiedzialny za ludobójstwo, mordy polityczne, prześladowania opozycji i akty cenzury, bazujący na mafijnej oligarchii i ręcznym sterowaniu gospodarką dostrzega właśnie w partii „liberałów i demokratów” stosownego towarzysza – musieliby sobie odpowiedzieć wyborcy PO.
W logice działań podjętych przez tą grupę po 2007 roku, bez trudu można znaleźć źródła rosyjskich inspiracji, nawet jeśli wymóg zachowania fasadowej demokracji wymuszał nieznaczną modyfikację metod. Premierem i wicepremierem rządu nie zostali zatem funkcjonariusze pereelowskich służb, i nie od razu przystąpiono do ograniczenia swobód obywatelskich i niszczenia opozycji. Sterowanie Platformą przez tajnego współpracownika SB Olechowskiego, uruchomienie „autorytetów” koncesjonowanej opozycji czy obsadzenie stanowisk dyplomatycznych przez agenturę Departamentu I SB MSW dawało wrażenie „normalności”, w ramach iluzorycznej demokracji III RP.
Rosyjską wszechwładzę „siłowików” zastąpiono procesem bondaryzacji – czyniąc z największej tajnej służby „zbrojne ramię” grupy rządzącej i gwarant nienaruszalność interesów postkomunistycznej oligarchii. Tej potrzebie podporządkowano czystki w służbach specjalnych, doprowadzając następnie do przejęcia nowego kontrwywiadu wojskowego oraz faktycznej likwidacji jedynej służby antykorupcyjnej. Jednocześnie zadbano o przywrócenie wpływów „rosyjskiego peryskopu” - ludzi zlikwidowanych WSI oraz reaktywację układu medialno-biznesowego stworzonego przez to środowisko.
Od 3 lat rozwiązania rosyjskie są wzorem dla środowisk esbeckich, decydujących o kształcie ustaw w sferze bezpieczeństwa państwa. Na nich wzorowano ustawę o zarządzaniu kryzysowym oraz podpisaną niedawno przez Komorowskiego ustawę o ochronie informacji niejawnych. Z tego źródła wypływają inspiracje wprowadzenia cenzury Internetu i inwigilacji abonentów sieci komórkowych. W tym samym czasie, w putinowskiej Rosji wydawano kolejne akty prawne w ramach rządowego „programu bezpieczeństwa antykryzysowego” i „publicznej kampanii przeciwko terroryzmowi”. Polskie i rosyjskie regulacje łączył jeden, wspólny mianownik – prowadziły do zwiększania (i tak niebotycznych) uprawnień służb specjalnych, a tym samym do rozbudowy systemu kontroli nad społeczeństwem.
Opozycję należy bić pałką po łbie, a swoje poglądy może wyrażać za rogiem publicznej toalety” – ta z kolei, cenna myśl płk Putina stała się inspiracją dla marginalizacji roli opozycji w polskim parlamencie, imputowania jej zdrady i stawiania zarzutów dążenia do „rokoszu”. Prowadzona przez rządowe media kampania nienawiści wobec braci Kaczyńskich, liczne ataki i prowokacje – ale też okrutne morderstwo polityczne w łódzkim klubie PiS-u wpisywały się w logikę dyrektywy pułkownika KGB. Podobnie - antypisowska histeria, ów podstawowy atrybut integrujący „elity” III RP, należy do kanonu rosyjskiej dezinformacji i dobitnie świadczy o rozgrywaniu polskich spraw według kremlowskiego scenariusza. 
            Bezwzględne dowody na budowę rosyjskiego dominium w obszarze państwowości III RP znajdziemy w decyzjach politycznych i gospodarczych podejmowanych przez grupę rządzącą. Tu również można wskazać podstawową cechę: żadne nie były nieprzyjazne wobec Rosji, za to najważniejsze z nich służyły rosyjskim interesom.
Nie przypadkiem pierwsze miesiące rządów PO-PSL zdominowała sprawa tarczy antyrakietowej. Była wówczas rodzajem testu dla „zaufanych wśród przyjaciół” oraz wyrazistym, politycznym sygnałem wysłanym administracji amerykańskiej. Dzięki dokumentom dyplomatycznym ujawnionym przez Wikileaks wiemy dziś, że grupa rządząca kłamała, jakoby USA zrezygnowały z projektu tarczy z powodu obcięcia funduszy przez amerykański Kongres. Podobnie fałszywe były głosy polskich negocjatorów o zabiegach czynionych w kierunku zapewnienia nam „gwarancji bezpieczeństwa”, zagrożonego rzekomo przez fakt zainstalowania wyrzutni na polskiej ziemi. Wydaje się, że stanowisko rządu w kwestii tarczy zostało określone już po wizycie Donalda Tuska w Moskwie, w lutym 2008 roku. Od tego momentu nastąpiło wyhamowanie negocjacji, mnożenie przeszkód (kwestia gwarancji) oraz poszukiwanie pretekstu do przedłużania rozmów.  W czerwcu 2008 roku, na dwa miesiące przed napaścią Rosji na Gruzję, grupa rządząca była gotowa doprowadzić do zerwania rozmów z Amerykanami, bez wcześniejszego uzgodnienia sprawy z prezydentem. Fiasku negocjacji zapobiegła wówczas wizyta szefowej Kancelarii Prezydenta Anny Fotygi w Waszyngtonie i jej rozmowy z czołowymi politykami USA. Jak wynika z odnotowanej w dokumentach Wikileaks wypowiedzi Sikorskiego, nawet konflikt gruziński nie był w stanie sprawić, by minister spraw zagranicznych dostrzegł związek między napaścią na Gruzję, a gwarancjami bezpieczeństwa wynikającymi z obecności tarczy antyrakietowej.
Rezygnacja z tego projektu otworzyła drogę do przeorientowania polityki zagranicznej i była pierwszym czynnikiem, decydującym o powierzeniu Polsce roli rosyjskiego „konia trojańskiego”. Intencje Rosji w tym zakresie najpełniej wyraził Fiodor Łukianow redaktor naczelny prokremlowskiego pisma „Rosja w Globalnej Polityce”, pisząc: "jeśli nie będzie dużych błędów z rosyjskiej strony, to stosunki między Rosją i Polska będą co raz bardziej pragmatyczne. To jest wygodne dla Rosji gdyż Polska przez długi czas była główna przeszkodą dla realizacji europejskiej polityki Rosji".
Podstawowym elementem tej polityki była ekspansja rosyjskich koncepcji dotyczących bezpieczeństwa europejskiego oraz współpracy z UE i NATO. Jako nośnik kremlowskich planów wykorzystano politykę zagraniczną rządu Donalda Tuska i obecność Polski w strukturach europejskich. Nikogo też nie dziwił fakt, że Bronisław Komorowski ogłosił swoją wizję polityki wschodniej Unii Europejskiej przebywając w Jałcie, na zaproszenie fundacji Wiktora Pińczuka, kierowanej przez Aleksandra Kwaśniewskiego.
Kilka miesięcy wcześniej, podczas szczytu Rosja-UE w Rostowie nad Donem, rzeczniczka prezydenta Rosji oświadczyła, że Kreml liczy na zmianę stanowiska Polski w sprawie współpracy Federacji Rosyjskiej z UE. „Mamy nadzieję, że stosunki z Polską, jakie ukształtowały się w ostatnim czasie, doprowadzą do zmiany stanowiska Warszawy również w kwestii współpracy Rosji z Unią Europejską” – oznajmiła, dodając, że "strona rosyjska otrzymuje takie sygnały". Porozumienie o wzajemnych stosunkach między Rosją, a UE miało zostać podpisane jeszcze w 2009 roku. Na przeszkodzie stanęło jednak twarde stanowisko Lecha Kaczyńskiego. Powodem sprzeciwu prezydenta Polski były wydarzenia w Gruzji, stosowany przez Rosję szantaż energetyczny oraz polityka podporządkowania państw byłego Związku Sowieckiego. Po 10 kwietnia ta przeszkoda została usunięta.
Obecnie, każdy projekt polskiej polityki zagranicznej jest podporządkowany interesom Kremla. Do dyplomacji wrócili absolwenci Państwowego Instytutu Spraw Międzynarodowych (MGIMO), Akademii Dyplomatycznej czy podyplomowego studium w WSNS przy KC PZPR. Zadania stawiane polityce zagranicznej III RP wymagają kadr wyhodowanych w kuźniach aparatczyków i sowieckiej agentury. Nie przypadkiem, 15 lutego 2010 roku funkcję kierownika najważniejszej struktury wydziałowej misji - Wydziału Politycznego ambasady RP w Moskwie powierzono wieloletniemu agentowi SB Tomaszowi Turowskiemu, zlecając mu przygotowania do wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu, a ważnym Wydziałem Promocji Handlu i Inwestycji w tej ambasadzie kieruje Marek Ociepka – funkcjonariusz Departamentu I SB MSW.
Jedną ze sztandarowych inicjatyw dyplomatycznych rządu Tuska było tzw. Partnerstwo Wschodnie, w ramach którego planowano zbliżenie i integrację państw Europy Wschodniej i państw Kaukazu Południowego z Unią Europejską. Jedynym realnym działaniem w zakresie Partnerstwa, pozostaje projekt autorstwa rosyjskiego ministra Ławrowa, mocno forsowany przez Radosława Sikorskiego, dotyczący dwustronnej umowy z Moskwą, na mocy której mieszkańcy Obwodu Kaliningradzkiego mogliby przekraczać polską granicę bez żadnych ograniczeń wizowych. Ten obłędny zamysł, silnie wspierany przez Niemcy, służy również odbudowie wpływów niemieckich w Królewcu i wzmocnieniu istniejących już dążeń integracyjnych. Nietrudno dostrzec, że „projekt Prusy Wschodnie” ma stać się symbolem odbudowy relacji rosyjsko-niemieckich i choćby z tej przyczyny stanowi dla Polski śmiertelne zagrożenie. Miast roli państwa „rozszerzającego wpływy zachodnie poza wschodnie granice NATO”, Polska staje się „państwem transmisyjnym”, służąc ekspansji rosyjskich interesów i niemieckich dążeń.
Dla celów polityki rosyjskiej przystąpiono także do reaktywacji tzw. Trójkąta Weimarskiego. Entuzjastycznie przyjęty pomysł Komorowskiego, by zapraszając Rosję, uczynić z martwego „trójkąta” ożywczy „czworokąt”, ma oczywisty związek z planami włączenia Rosji w decyzje dotyczące całej Europy, jako państwa z wyraźnie zakreśloną strefą wpływów.
Z tych samych względów największą troską Bronisława Komorowskiego w trakcie ubiegłorocznego szczytu NATO w Lizbonie stała się kwestia „zbliżenia” Rosja-NATO. „Sojusz podkreślił chęć budowy systemu, który byłby w stanie współpracować z systemem rosyjskim. Ze strony rosyjskiej padły słowa, które świadczą o pełnym zrozumieniu dla takiego rozwiązania. Ze strony prezydenta Miedwiediewa została złożona bardzo ważna deklaracja, że Rosja zaakceptuje głębokość tej współpracy w zależności od propozycji sojuszu” – perorował w Lizbonie Komorowski, nie kryjąc swojej roli rzecznika interesów Moskwy.
Grupa rządząca sama daje przykład wzorcowej współpracy wojskowej z Rosją. Na przełomie lutego i marca 2010 roku do MON trafiło pismo attache wojskowego rosyjskiej ambasady ws. "wzmocnienia dwustronnej współpracy". Rosjanie zaproponowali wówczas współdziałanie Marynarek Wojennych obydwu państw na Morzu Bałtyckim, nawiązanie kontaktów dowódców jednostek przygranicznych i zgrupowań wojskowych oraz organizację nauczania polskich oficerów w rosyjskich ośrodkach szkolenia. Kwestie te były omawiane na spotkaniu przedstawicieli obydwu stron w Moskwie 22-24 marca 2010 r. W sierpniu 2010 zawitał do Warszawy szef rosyjskiego Sztabu Generalnego gen. Nikołaj Makarow. Mianowany przez Komorowskiego. nowy szef Sztabu Generalnego WP gen. Mieczysław Cieniuch zaproponował wówczas Rosjanom „wymianę doświadczenia w sferze unowocześnienia sił zbrojnych i nawiązanie roboczych stosunków między wojskowymi pododdziałami Wojsk Lądowych, Sił Powietrznych oraz Marynarki Wojennej, dyslokowanych w przygranicznych rejonach.” Zaplanowano również prowadzenie i obserwację wspólnych ćwiczeń, oraz szkolenie wojsk i dowództw. Inicjacji projektu „Układu Warszawskiego–bis” dokonano podczas niedawnej wizyty sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaja Patruszewa, zaproszonego na obchody dwudziestolecia prezydenckiego BBN-u.  Nawet rządowe media nie chwaliły się faktem podpisania z Rosją „Planu współpracy między Biurem Bezpieczeństwa Narodowego i Aparatem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej na lata 2011-2012”, a jeszcze mniej mówiono o spotkaniu generała KGB Patruszewa z ministrem ON Klichem, podczas którego omawiano współpracę przygranicznych jednostek wojskowych i Marynarki Wojennej w przypadku – jak to określono „wystąpienia różnego rodzaju sytuacji kryzysowych”.
Jednym z najbardziej znaczących projektów politycznych, za którym stoją działania „zaufanych przyjaciół” jest umowa gazowa z Rosją, skazująca nas na 27 –letni dyktat Gazpromu i prowadząca do ścisłego związania polskiej gospodarki z interesami rosyjskimi. To symbol wasalnych, asymetryczny stosunków łączących grupę Donalda Tuska z reżimem płk Putina. Z przebiegu blisko dwuletnich negocjacji oraz końcowych ustaleń umowy wynika, że podstawowym celem wspólnej gry prowadzonej przez Putina i grupę rządzącą, było przede wszystkim zapewnienie Rosji władania eksterytorialnym odcinkiem gazociągu jamalskiego i czerpania z tego politycznych i ekonomicznych korzyści. Nawet pusta rura pozostająca pod rosyjskim nadzorem, byłaby nadal ważnym narzędziem nacisków na Polskę, a poprzez związanie całej infrastruktury przesyłowej ograniczałaby możliwości korzystania z innych źródeł zaopatrzenia w gaz. Wyjaśnień wymaga cały, długotrwały proces negocjacyjny kontraktu gazowego, prowadzony pod dyktando Rosji oraz rola „polskiego negocjatora”, wicepremiera Pawlaka. Być może, była to „rola życia” polityka zasłużonego w roku 1992 udziałem w przeprowadzeniu „nocnej zmiany”.
Zdobycie ważnego przyczółka – „kraju  prywislanskiego” pozwoli Gazpromowi ropocząć ekspansję na rynki europejskie. W ślad za nim podążają zawsze zastępy rosyjskich agentów i przedsiębiorców, powiązanych ze służbami specjalnymi FR. W Polsce „przyjazna” firma planuje nieco inną strategię. "Miejmy nadzieję, że w Polsce wejdzie w życie nowe pokolenie, które nie ma uprzedzeń. Ono być może zrozumie, że Polska musi szukać przyjaciół nie tylko w Ameryce, ale także w Rosji" - pisał we wrześniu 2009 roku komentator agencji Interfax po wizycie premiera Putina na Westerplatte. Wychowania nowego pokolenia „przyjaciół Rosji” podjął się zatem Gazprom, fundując stypendia doktoranckie dla młodych naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Dzięki umowie, podpisanej z Uniwersytetem w maju 2010 r., Gazprom Export i EuroPol Gaz stali się fundatorami 18 stypendiów. W programie mają uczestniczyć młodzi naukowcy prowadzący badania na temat stosunków polsko-rosyjskich w wymiarze politycznym, gospodarczym lub kulturowym. Choć wytłumaczeniem dla tego typu działań jest poszukiwanie przez Uniwersytet środków na dalszy rozwój kadry naukowej, trudno nie dostrzec konsekwencji sponsorowania polskich naukowców przez rosyjską „firmę specjalnego znaczenia”.
W czasach PRL-u, rezydentury NKWD, a później KGB i GRU werbowały "przyjaciół" kwalifikując ich  na szkolenia do Moskwy. Setki funkcjonariuszy bezpieki cywilnej i wojskowej oraz rzesze aparatczyków i partyjnego „narybku” studiowało na sowieckich uczelniach, zdobywając zaszczytne miano „zaufanych wśród przyjaciół”. Podczas farsy okrągłego stołu spadł na nich ciężar legalizacji PRL-u oraz trudne zadanie przeprowadzenia „transformacji ustrojowej” i stworzenia podwalin bratniej III RP. Byli niezastąpieni w budowaniu „nowych” służb specjalnych, w zakładaniu partii i platform obywatelskich, w rozlicznych kampaniach medialnych, występując w nich jako „autorytety” i „eksperci”. Firma Gazprom zdaje się powracać do tej tradycji i w nieco zmodyfikowanej, nowoczesnej formie  próbuje kształtować nowe pokolenia „zaufanych”.
Dążenia rosyjskich strategów idą jednak dalej. Zakłada się bowiem nie tylko narzucenie Polsce dyktatu energetycznego, ale również odcięcie nas od alternatywnych źródeł zaopatrzenia w surowce. Ten cel zostanie osiągnięty, jeśli budowany obecnie gazoport w Świnoujściu nie będzie mógł przyjmować zbiornikowców o zanurzeniu większym niż 13 metrów, a położony na dnie morskim niemiecki odcinek gazociągu Nord Stream zablokuje wejście do polskich portów statków o największym tonażu. Już dziś istnieje realne zagrożenie, że dalsza budowa rosyjsko-niemieckiego gazociągu może skutecznie przekreślić polskie plany związane z dywersyfikacją dostaw gazu. Również w tej sprawie, grupa rządząca przyjmuje dyktat Moskwy bez sprzeciwu.
Częścią rosyjskiej strategii podboju energetycznego Polski jest również plan przejęcia Grupy Lotos. Podczas niedawnych obrad Forum Ekonomicznego w Davos rosyjski wicepremier Igor Sieczin i prezes koncernu BP Bob Dudley poinformowali o planach rozszerzenia współpracy między BP a rosyjskim Rosnieftem m.in. o projekty na europejskim rynku rafineryjnym. W grę wchodzi wspólne ubieganie się o przejęcie udziałów w Lotosie. Sieczin już wcześniej zapowiadał, że Rosnieft będzie zainteresowany przejęciem Grupy, w skład której wchodzi m.in. ważna spółka "Petrobaltic", wydobywająca ropę naftową na Morzu Bałtyckim i norweskim polu naftowym. Kupno Lotosu ułatwiłoby Rosjanom sięgnięcie po PKN Orlen, co oznaczałoby przejęcie całego przemysłu rafineryjnego w Polsce, a następnie ekspansję na Litwę i Czechy. Mimo zachowania pozorów przeprowadzenia procesów przetargowych, sprawa wydaje się przesądzona, skoro o przejęciu Lotosu rozmawiał z Komorowskim prezydent Rosji Miedwiediew, podczas grudniowej wizyty w Polsce.
            Nietrudno dostrzec, że żadne ze wskazanych przedsięwzięć nie zapewnia Polsce korzyści. W najbardziej skrajnych przypadkach – jak umowa gazowa, nie próbuje się nawet uzasadniać pożytków ekonomicznych. Realizacja tych pomysłów – przy czynnym współudziale grupy rządzącej, uczyni z Polski polityczną i gospodarczą kolonię, w której polską rację stanu zdefiniuje rosyjski interes. Tak groźne procesy nie byłyby możliwe, gdyby nie działalność obozu moskiewskiego, a w nim grupy „zaufanych przyjaciół”. Pora zrozumieć, że dopóki na polskiej scenie dominują rzecznicy dawnego okupanta, nie ma szans na powstrzymanie rozbudowy rosyjskiego kondominium. Dla nich, Rosja zawsze będzie „punktem odniesienia” w myśleniu o Polsce i świecie, a koligacje agenturalne czy więzy finansowe pozostaną nierozerwalne. Jedynie całkowite i radykalne pozbycie się tej antypolskiej grupy, może uchronić naszą państwowość.


Artykuł opublikowany w nr.8/2011 Gazety Polskiej  

sobota, 12 lutego 2011

SKAZANY PRZEZ III RP – RZECZ O PUŁKOWNIKU

Gdy, w 1975 r. pułkownik Kukliński został oddelegowany na elitarny kurs dowódczy do Akademii Radzieckich Sił Zbrojnych w Moskwie, tzn. “Woroszyłówki”, pewnego dnia pokazano mu dom, w którym przed aresztowaniem mieszkał Oleg Pieńkowski – oficer GRU, który w latach 60-tych podjął współpracę z Amerykanami. Opiekun z KGB poinformował Kuklińskiego, że Pieńkowski po aresztowaniu, torturach i procesie sądowym został spalony żywcem przez swoich dawnych towarzyszy. Skrępowanego, obnażonego do połowy wsuwali do hutniczego pieca z surówką, robiąc to bardzo powoli i kręcąc przy tym film, pokazywany następnie nowym rocznikom Akademii.
Miało to odstraszyć ewentualnych naśladowców Pieńkowskiego.
Pułkownik Kukliński musiał wiedzieć, że w przypadku zdemaskowania podzieliłby los oficera GRU, a w najlepszym przypadku mógł liczyć na rozstrzelanie w podziemiach Rakowieckiej, czy na moskiewskiej Łubiance. Z tą świadomością żył przez  blisko 10 lat, do czasu ucieczki z Polski w dniu 7 listopada 1981 roku. "Z okien swego gabinetu w Sztabie Generalnym przy ulicy Rakowieckiej widziałem osławione więzienie mokotowskie. Zdawałem sobie sprawę, że gdyby wykryła mnie bezpieka, dostałbym się do tego więzienia i żywy nigdy bym z niego nie wyszedł. Chyba, że przekazaliby mnie KGB do Moskwy, na Łubiankę..." - wspominał Kukliński.
Wiemy, że ucieczka z Polski nastąpiła w momencie, gdy Sowieci posiadali już informacje, że ktoś ze ścisłego kierownictwa Sztabu Generalnego przekazuje ich plany Amerykanom. W książce "Generał Kiszczak mówi prawie wszystko", szef policji politycznej PRL przyznaje, że wiedza na ten temat pochodziła od agenta ulokowanego wysoko w hierarchii Watykanu. Podobnie, Dariusz Jabłoński, twórca filmu „Gry wojenne” pytany - czy prawdą jest, że informacje dotarły do polskich służb ze źródeł w Watykanie – odpowiada twierdząco:
„Tak mówią ludzie z CIA i potwierdzają to polscy generałowie. Przeciek przyszedł z Rzymu. Kukliński miał świadomość, że jego informacjami dzielono się z Watykanem. To było niesamowite – w kraju przez dziesięć lat udało mu się zachować tajemnicę, a przeciek z Watykanu omal nie kosztował go życia.”
Fakt ten potwierdza również sam pułkownik. W książce "Ryszard Kukliński. Życie ściśle tajne" Benjamina Weisera z przedmową Jana Nowaka-Jeziorańskiego, amerykański reportażysta, opierając się na tajnych dokumentach wywiadu oraz na prowadzonych przez wiele lat rozmowach z Kuklińskim i oficerami CIA, ujawnia m.in. kulisy ucieczki pułkownika z Polski w listopadzie 1981 r. Wiadomość, jaką Kukliński przekazał Amerykanom 2 listopada 1981 roku brzmiała: "Dzisiaj [Skalski] powiadomił wąską grupę osób, że władze odebrały wiadomość od informatora z Rzymu, iż CIA dysponuje najnowszą wersją planów dotyczących wprowadzenia stanu wojennego. Zwracam się z pilną prośbą o instrukcje w sprawie ewakuacji z kraju mnie i mojej rodziny. Proszę wziąć pod uwagę, że granice państwowe są już prawdopodobnie dla nas zamknięte".
Dotykamy tu niezwykle ważnej sprawy działalności agentury ulokowanej w polskim Kościele, a w kontekście niniejszego cyklu – kwestii wpływu, jaki na ocenę płk Kuklińskiego w III RP mógł mieć fakt, że agentura ta nigdy nie została do końca ujawniona i rozliczona. Ponieważ nasza dzisiejsza wiedza pozwala stwierdzić, że niektórzy ludzie Kościoła, współpracujący w czasach PRL-u z policją polityczną byli jednocześnie animatorami porozumienia „okrągłego stołu”, a do chwili obecnej układ ten korzysta ze wsparcia wielu hierarchów Kościoła – wolno sądzić, że negatywny stosunek do postaci pułkownika, narzucony esbecką propagandą Jerzego Urbana jest konsekwencją również tej, systemowej aberracji.
Warto na początek wyjaśnić, - w jaki sposób informacje zdobyte przez pułkownika mogły trafić do Watykanu? Gdy w 1978 roku Karol Wojtyła został wybrany na papieża, doradca prezydenta USA prof. Zbigniew Brzeziński przyjechał do Rzymu i w imieniu prezydenta Cartera obiecał papieżowi, że będzie miał dostęp do wszystkich spraw, które mogą go interesować, w tym do spraw dotyczących Polski. Wśród dokumentów, które otrzymywał papież były prawdopodobnie raporty Kuklińskiego. Oczywiście, Ojciec Święty nie mógł wiedzieć, kto jest ich autorem.
Życzeniem pułkownika Kuklińskiego było, by zdobyte przez niego plany wprowadzenia w Polsce stanu wojennego zostały przekazane osobom, których wpływ i autorytet mógł uchronić społeczeństwo polskie przed eskalacją wewnętrznego konfliktu. W ocenie pułkownika, bezpośrednie ostrzeżenie członków „Solidarności” przed stanem wojennym mogło spowodować totalny opór całego społeczeństwa lub zbrojne powstanie, co skończyłoby się przelewem krwi i wejściem do Polski armii sowieckiej. Dlatego w październiku 1981 roku, dokumenty zdobyte przez Kuklińskiego zostały przekazane osobiście przez ówczesnego szefa CIA Williama Caseya, osobie najwyższego zaufania – papieżowi Janowi Pawłowi II. W Polsce dostęp do tych dokumentów miała jedynie wąska grupa osób. Materiał określany mianem "ostatecznej wersji" był najbardziej kompletnym zbiorem planów dotyczących operacji wprowadzenia stanu wojennego, zawierającym ostatnie poprawki wniesione przez Jaruzelskiego. Istniały tylko dwie jego kopie i jedynie kilku oficerów miało do nich dostęp. Kukliński opracowywał oryginalną wersję u siebie i przechowywał w swoim sejfie. Druga kopia leżała w sejfie gen. Puchały. Dotarcie do osoby, która przekazała plany Amerykanom, było tylko kwestią czasu.
Z tego względu – informacja od watykańskiego agenta, była faktycznie wyrokiem na pułkownika Kuklińskiego i w krótkiej perspektywie musiała doprowadzić do zdemaskowania jego roli.
Przed kilkoma miesiącami były oficer amerykańskiego wywiadu John Koehler, autor książki "Chodzi o papieża. Szpiedzy w Watykanie" przypomniał, że peerelowska policja polityczna - zarówno wojskowa, jak cywilna  miała doskonałe źródła w Watykanie. Postawił również tezę, że w zamach na Jana Pawła II zamieszani są także polscy duchowni. Wskazywać na to miały informacje zdobyte przez watykańskiego jezuitę o. Roberta Grahama, który od czasu II wojny światowej zajmował się demaskowaniem szpiegów działających w otoczeniu papieży. Po śmierci o. Grahama w 1997 roku, jego archiwum – na wyraźne życzenie Jana Pawła II zostało złożone w watykańskim Sekretariacie Stanu i utajnione. Niewykluczone, że dokumenty zgromadzone przez jezuitę zawierają również informacje dotyczące działalności agenta w najbliższym otoczeniu papieża. Ja twierdzi Koehler, praca Roberta Grahama musiała być skuteczna, skoro w około dwa lata po zamachu z maja 1981 roku raporty z wewnątrz Watykanu do sowieckich służb przestały płynąć. „Wiele wskazuje więc na to – twierdzi Koehler, -  że papież Jana Paweł II, który wiedział jak działają służby specjalne, doprowadził do zdemontowania kanału informacyjnego. Po prostu pozbył się kretów, czyli szpiegów. I w tym niewątpliwie jest zasługa o. Grahama.”
Jeśli chcemy poznać okoliczności, w jakich agent peerelowsko- sowieckich służb dowiedział się o działalności pułkownika Kuklińskiego, nie sposób pominąć relacji zawartej w liście, jaki do Benedykta XVI i wielu polskich osobistości skierował prezes polonijnego Światowego Kongresu Polaków Katolików. W liście tym czytamy m.in.:
[...] Piątą prawdą związaną z działalnością pułkownika Ryszarda Kuklińskiego jest sprawa agentury komunistycznej w polskim Episkopacie. Pan Pułkownik przekazał Amerykanom pełne plany wprowadzenia w Polsce stanu wojennego wraz z życzeniem by zostały one przekazane jako ostrzeżenie dla władz "Solidarności". Władze USA prośbę pułkownika Ryszarda Kuklińskiego spełniły. Te dokumenty zostały dostarczone Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II w październiku 1981 roku. Przywiózł je osobiście wspomniany ówczesny szef CIA William Casey. Niestety - trafiły do rąk najważniejszego sowieckiego szpiega w Watykanie, uprzednio agenta SB i IW, polskiego księdza działającego w najbliższym otoczeniu Jana Pawła II - i stały się przyczyną zadenuncjowania Sowietom faktu, że istnieje polski oficer mający dostęp do najtajniejszych sowieckich tajemnic wojskowych. Ten agent w sutannie ponosi też odpowiedzialność jako pierwotna przyczyna sprawcza za wymordowanie członków rodziny pułkownika Kuklińskiego. Jak amoralnym był jego czyn pokazuje, że nie było możliwe, by nie miał świadomości, że wydaje polskiego bohatera i naraża go na straszne tortury i śmierć. Sprawa ta pokazuje, jak w soczewce, czym była komunistyczna agentura, jaki był stopień jej zbrodniczości i szkodliwości dla Polski, pokoju i świata. My Polacy żyjący poza granicami ojczyzny mamy nieco inną optykę widzenia wielu spraw. Zdajemy sobie sprawę, że komuniści, gdyby nie mieli pewności, że całkowicie kontrolują Episkopat Polski, nigdy by nie podpisali tzw. układu okrągłego stołu. Sprawa wydania pułkownika Kuklińskiego woła nie tylko ku tronowi Bożej Sprawiedliwości, zgodnie ze słowami Pisma (Świętego: "Krew sprawiedliwych głośno woła do Mnie z ziemi!" - ale też przypomina o konieczności skutecznego przeprowadzenia dzieła oczyszczenia i polskiego Kościoła i Polski z tej agentury.
W sprawie ustalenia tożsamości agenta, który wydał Sowietom pułkownika Kuklińskiego prowadzimy od ponad roku korespondencję z Jego (Świątobliwością Benedyktem XVI. Powołaliśmy także własny zespół roboczy, który ustalił ważne fakty. Nie ulega wątpliwości, że chodzi tu o osobę nadal pełniącą jedną z najwyższych godności w Kościele polskim”.
W pełnej wersji tego listu, znalazły się również inne, ważne informacje:
Amerykanie szybko dowiedzieli się o "watykańskim przecieku". W sprawie tej było prowadzone śledztwo. O ile nam wiadomo, również Ojciec Święty Jan Paweł II był zainteresowany wyjaśnieniem tej sprawy. Pewne informacje na temat tych dochodzeń mamy w Chicago. Wskazują one na zabójstwa oficerów Gwardii Szwajcarskiej, którzy byli bliscy ujawnienia prawdy, lub, na których próbowano zrzucić winę. Agent "Krew na rękach" był  prawdopodobnie bardzo cenny dla Sowietów i dla ochrony jego tożsamości byli gotowi zabijać...”
W liście do Benedykta XVI znajdujemy wzmiankę o innym, tragicznym wydarzeniu z życia pułkownika Kuklińskiego – stracie dwóch synów. Warto przypomnieć, że w cytowanym już wywiadzie, jaki Dariusz Jabłoński, twórca filmu „Gry wojenne” udzielił niezależnej.pl znalazł się następujący fragment:
- Amerykanie w Pana filmie twierdzą, że śmierć synów była nieszczęśliwym wypadkiem.
 - Zaskoczyło mnie, że ludzie ci mówili bardzo otwarcie o wszystkich sprawach do momentu, kiedy pojawiała się sprawa śmierci synów. Miałem wtedy wrażenie, że natrafiłem na jakiś mur. Kamera to wychwytuje. Tak samo reagował generał Kiszczak. Nie udało mi się tej tajemnicy wyjaśnić. Nie wiem, czy komukolwiek się uda.”
By wskazać na faktyczny kontekst tych tragicznych zdarzeń, trzeba przedstawić opinię Józefa Szaniawskiego, zawartą w artykule „Nieznany list pułkownika Ryszarda Kuklińskiego”.
Autor opisuje w nim okoliczności, związane z zaproszeniem pułkownika do Polski w roku 1993. To wówczas, prezes Porozumienia Centrum Jarosław Kaczyński – jako pierwszy polityk III RP wystosował w imieniu opozycyjnych partii i organizacji prawicowo-niepodległościowych zaproszenie, by pułkownik przyleciał na obchody rocznicy agresji sowieckiej na Polskę 17 września 1939 roku.  Sytuacja Ryszarda Kuklińskiego – pisał Szaniawski -  była wówczas dramatyczna. Od 12 lat przebywał w Stanach Zjednoczonych, ale nawet tam musiał się ukrywać. Był pilnie chroniony przez służby specjalne USA, aby nie dosięgnęła go zemsta KGB. [...] nadal bowiem ciążył na nim haniebny wyrok sądu stanu wojennego, skazujący go na karę śmierci, degradację, pozbawienie praw publicznych oraz utratę całego mienia. Kolejni prezydenci III RP - Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa, publicznie wypowiadali się o pułkowniku, nazywając go zdrajcą, a "Gazeta Wyborcza" publikowała liczne wypowiedzi opluwające Kuklińskiego. Trudno się więc dziwić, że był on wtedy bardzo głęboko rozgoryczony”.
Reakcję Kuklińskiego na zaproszenie do Polski, Szaniawski przedstawia w krótkich słowach:
Zaproszenie od Jarosława Kaczyńskiego wręczyłem pułkownikowi Kuklińskiemu w Chicago 29 lub 30 lipca 1993 roku. Pamiętam, że po przeczytaniu z miejsca zapowiedział -lecę! Był jak uskrzydlony, tak jakby oczekiwał tego zaproszenia od Kaczyńskiego już od dawna. Mówił, jakimi liniami będzie leciał, a nie mógł to być z oczywistych względów LOT, a także jak będzie się musiał przesiadać ze względów konspiracyjnych i logistycznych, zanim doleci do Warszawy. Wrócił też natychmiast do Waszyngtonu, aby załatwić niezbędne formalności. I nagle w kilka dni później, dosłownie ze łzami w oczach (!) oświadczył mi zduszonym głosem: "Zabronili mi".
Więcej miejsca poświęca Szaniawski odpowiedzi na pytanie - jak doszło do tego, że Ryszard Kukliński nie przyjechał do Warszawy w 1993 r. i dopiero pięć lat później mógł pojawić się po raz pierwszy w Ojczyźnie:
To wprawdzie Amerykanie - Departament Stanu oraz CIA - przekonali pułkownika, aby nie leciał do Polski, ale na Amerykanów zupełnie niesłychaną wywarł presję ówczesny rząd Hanny Suchockiej i ugrupowania z nim związane, głównie Unia Wolności. Ambasada USA w Warszawie otrzymała kilka nieoficjalnych sugestii oraz oficjalną interwencję od szefa Urzędu Rady Ministrów ministra Jana Rokity, że rząd polski będzie uważał wizytę pułkownika Kuklińskiego za prowokację polityczną, a sam pułkownik może zostać aresztowany na lotnisku Okęcie, nadal bowiem ważny jest wyrok sądu i listy gończe za nim ze stanu wojennego. Potwierdził to publicznie minister sprawiedliwości i prokurator generalny Jan Piątkowski. Trzeba podkreślić, że tego typu interwencje dyplomatyczne są wyjątkowe i mają miejsce jedynie w sprawach szczególnie istotnych dla interesów państwa.”
Kilka zdań dalej, Józef Szaniawski przypomniał bardzo ważną hipotezę dotyczącą zabójstw synów pułkownika Kuklińskiego:
Niecałe pół roku później, w nocy z 31 grudnia 1993 r. na 1 stycznia 1994 r. zaginął w Key West na Florydzie w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach pierwszy z synów pułkownika - Bogdan. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Kilka miesięcy później, we wrześniu 1994 r. w podobnie dziwnych okolicznościach zginął drugi syn - Waldemar. Został śmiertelnie potrącony przez samochód. W porzuconym aucie służby amerykańskie nie wykryły odcisków palców kierowcy...
O sprawstwo w obu przypadkach podejrzewano Sowietów, ale pojawiła się też hipoteza, że mogły w tym uczestniczyć wojskowe służby polskie, "nietknięte" po 1989 r., uznające Kuklińskiego za wroga i zdrajcę. Polityka prezydenta Wałęsy i rządu Suchockiej wobec Kuklińskiego była aż nadto jednoznaczna. Śmierć synów miała być dla Kuklińskiego czytelnym sygnałem: siedź w Ameryce i nie wracaj do Polski.”

Zapewne nikt z nas nie potrafi ocenić – na ile prawdziwe są to przypuszczenia; czy i jaki mają związek z zachowaniem, na które zwraca uwagę Dariusz Jabłoński, gdy mówi o „natrafieniu na mur”? Podobnie – nikt (mimo istnienia wielu hipotez) nie może dziś jednoznacznie stwierdzić: kim był agent z najbliższego otoczenia Jana Pawła II, który przyczynił się do ujawnienia działalności pułkownika Kuklińskiego?
Te kwestie nadal są okryte ponurą tajemnicą, na której straży stoi państwo, zwane III RP.
Wolno wyrazić przekonanie, że - jak zabójstwo księdza Jerzego było mordem założycielskim, na którym zbudowano „historyczny kompromis” z 1989 roku, tak wskazane wyżej okoliczności dotyczące życia pułkownika Kuklińskiego, są wspólnym depozytem ludzi sowieckich megasłużb i tej części elit, która zasiadła z mordercami do „okrągłego stołu”.
III RP nigdy nie ujawni tajemnic skrywanych w archiwach i w ludzkiej pamięci. Nie może tego uczynić, ponieważ prawdziwym dysponentem tych tajemnic są władcy Kremla, posiadający pełną wiedzę o sprawach, które tu poruszyłem. Ta wiedza – niczym depozyt zbrodni – ma jednoczącą moc...  
Chciałbym ten tekst o pułkowniku Kuklińskim zakończyć opisem zdarzenia, które w relacji faktów nie ma istotnej wagi historycznej. Wierzę jednak, że zawarty w tym opisie obraz zawiera niezwykłą moc, zrozumiałą dla każdego, kto zechce patrzeć głębiej, niż pozwala na to perspektywa doczesności. Przytaczam go również dlatego, że w moim przekonaniu tkwi w nim nadzieja, iż życie i działalność pułkownika Ryszarda Kuklińskiego będą już wkrótce przez Polaków ocenione w prawdzie.
Kilka lat temu, Józef Szaniawski w rozmowie z Łukaszem Kazimierczakiem zamieszczonej w „Przewodniku Katolickim” przywołał taki obraz:
- Po śmierci drugiego syna Kukliński został zaproszony do Watykanu. Jan Paweł II spotkał się z nim w Bibliotece Watykańskiej, ja w tym czasie siedziałem z ks. Dziwiszem w poczekalni. Rozmowa miała trwać dziesięć minut. Kiedy mijała dwunasta, ks. Dziwisz zaczął nerwowo spoglądać na zegarek, mijały kolejne minuty, a w tym czasie jakaś delegacja już czekała na spotkanie z Ojcem Świętym. Nikt jednak nie śmiał wejść do prywatnej biblioteki papieskiej. Po 50 minutach wyszedł zapłakany Kukliński, z zaczerwienionymi oczami, Papież też był wyraźnie poruszony. Okazało się, że w trakcie rozmowy - właśnie gdy Kukliński wstawał w tej dziesiątej minucie – Ojciec Święty zapytał: „A może pan pułkownik chciałby traktować tę rozmowę jako spowiedź?” W ten sposób Papież przy swoim biurku wyspowiadał Kuklińskiego.”

---------------------------------


W siódmą rocznicę śmierci pułkownika Ryszarda Kuklińskiego (14.02.2004) przypominam jeden z tekstów sprzed dwóch lat, pochodzący z cyklu „Skazany przez III RP. Rzecz o pułkowniku”. Tę postać  wielkiego Polaka i patrioty skazano na zapomnienie, a jeśli już wspomina się o niej – to wyłącznie w sposób wyznaczony dyrektywami Zespołu Analiz MSW z roku 1987, rozwiniętymi przez Jerzego Urbana. Przytaczam je w cz.1 cyklu.
Ludzie, którzy bez znajomości faktów powtarzają dziś brednie o „zdradzie” Kuklińskiego, uważając postać pułkownika za „kontrowersyjną”, zwykle nie zdają sobie sprawy, że powielają kłamliwe tezy esbeków i rzecznika partii komunistycznej. Ta spuścizna fałszu jest nadal mocno obecna w świadomości Polaków, dzieląc nas podług kryteriów mentalności niewolników.
Dlatego pułkownik Ryszard Jerzy Kukliński jest naszym bohaterem – ich zdrajcą.
 
Linki:
http://cogito.salon24.pl/147650,skazany-przez-iii-rp-rzecz-o-pulkowniku-3-zakonczenie


piątek, 11 lutego 2011

EKSPERCI OD BEZPIECZEŃSTWA

Dla ludzi decydujących o Polsce - mądrość polityczna jest zawsze, a nawet z konieczności, „mądrością etapu”. Ta norma uknuta przez wszelkiej maści konformistów i tchórzy dawno już zastąpiła anachroniczne pojęcia  patriotyzmu, niepodległości, czy racji stanu.  Praktykowana w szeregach partii komunistycznej, została wraz z dobrodziejstwem inwentarza przyjęta przez cały establishment III RP.
Sztandarową postacią  tego nurtu „etyki sytuacyjnej” jest bez wątpienia Bronisław Komorowski – ulokowany w życiu politycznym od dwóch dziesięcioleci. Gdy warto – „opozycjonista”, gdy trzeba – „zwolennik NATO”, gdy już można – „miłośnik putinowskiej Rosji”. Postępowa ewolucja Bronisława Komorowskiego – od przeciwnika okrągłego stołu, poprzez rzecznika wojskowej bezpieki, do piewcy „zbliżenia” z Kremlem – ma w sobie wymiar symbolu degrengolady całej tzw. elity III RP, rezygnującej z uniwersalnej etyki na rzecz normy wymuszonej własną słabością. Jeśli po wyborze tego człowieka na stanowisko głowy państwa odczuwamy zgorszenie, zdumienie lub nieznośne uczucie upokorzenia,  powinniśmy pamiętać, że mamy do czynienia ze szczytowym wytworem na drodze „mądrości etapu”.
Dziś, gdy jesteśmy świadkami niebywałego przyspieszenia w procesie spychania Polski w rosyjską strefę wpływów, „mądrość etapu” wymaga powrotu do sprawdzonych metod i niezawodnych kadr. Tą koniecznością można uzasadnić obecność Jaruzelskiego na posiedzeniu RBN czy zgromadzenie wokół Pałacu Prezydenckiego grona zdezelowanych „autorytetów” z Unii Wolności.   
I choć widok tych postaci oraz rozliczne gafy lokatora Belwederu zasłużenie skłaniają do drwin, powinniśmy z powagą potraktować zagrożenia związane z ewolucją Bronisława Komorowskiego. Szczególnie, gdy dotyczą obszaru bezpieczeństwa państwa i mają związek z obronnością. Tu bowiem najłatwiej dostrzec kierunek, w jakim chce nas prowadzić ulubieniec rosyjskich mediów.
Zaproszenie na obchody dwudziestolecia prezydenckiego BBN-u takich person, jak sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Raisy Bohatyriowej, czy byłego szefa FSB, a obecnie sekretarza Rady Bezpieczeństwa FR Nikołaja Patruszewa - musiało wywołać szczerą konsternację wśród tych, którzy pamiętają jeszcze, że Polska nadal jest członkiem NATO.  Rządowe media niespecjalnie chwaliły się faktem podpisania z Patruszewem tzw.„Planu współpracy między Biurem Bezpieczeństwa Narodowego i Aparatem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej na lata 2011-2012”, a jeszcze mniej mówiono o spotkaniu generała KGB-FSB z ministrem ON Klichem, podczas którego omawiano współpracę przygranicznych jednostek wojskowych i Marynarki Wojennej obu państw w przypadku – jak to określono „wystąpienia różnego rodzaju sytuacji kryzysowych”. Tego rodzaju współpraca, zdaje się dobrze rokować intencjom budowy Układu Warszawskiego- bis.
Kilka tygodni wcześnie Bronisław Komorowski ogłosił rozpoczęcie Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego. Zadaniem Przeglądu – jak głosi oficjalny dokument - jest „całościowa ocena stanu bezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej oraz sformułowanie wniosków dotyczących strategicznych celów i sposobów działania państwa w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego, a także wniosków dotyczących przygotowania systemu bezpieczeństwa narodowego”. Z tej bełkotliwej nowomowy można wywnioskować, że chodzi o sporządzenie raportu zawierającego „analizy i rekomendacje w zakresie bezpieczeństwa narodowego RP”, którego opracowaniem zajmie się szereg  komisji, sztabów i grono tzw. ekspertów. Pomysł ten będzie kosztował podatników blisko pół miliona złotych, a jego efektem ma być opracowanie „Białej Księgi Bezpieczeństwa Narodowego i poinformowanie społeczeństwa o proponowanych kierunkach działań w tym zakresie”.
Do prac nad projektem Bronisław Komorowski zaprosił m.in. członków Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego. Trudno pozbyć się wrażenia, iż głównym powodem zaproszenia był fakt, że Komorowski przez wiele lat pełni funkcję prezesa tego stowarzyszenia. Nominacje do komisji Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego otrzymali m.in. Adam Rotfeld, Dariusz Rosati, Krzysztof Kozłowski, Janusz Onyszkiewicz, Leon Kieres, Roman Kuźniar, Aleksander Smolar, Paweł Świeboda, Janusz Reiter, Maria Wągrowska, Jerzy Nowak, Marek Goliszewski, Tadeusz Chabiera, Piotr Gulczyński, Andrzej Karkoszka.
Zestaw nazwisk ludzi, którzy pod egidą Komorowskiego mają decydować o kształcie polskiej polityki bezpieczeństwa narodowego - winien wzbudzić ogromne obawy. Nie tylko z powodu ich zasług w konserwacji szkodliwych dla Polski układów i posiadania aż nadto przewidywalnych poglądów. Są bowiem wśród nich osoby, które z uwagi na stwierdzoną lub domniemaną współpracę z komunistyczną bezpieką, nigdy nie powinny zajmować się sprawami bezpieczeństwa narodowego.  Jeśli nawet urzędujący prezydent  nie widzi nic niewłaściwego w nominowaniu i nagradzaniu agentury, powoływanie takich postaci do gremium decydującego o strategii bezpieczeństwa świadczy, że zmierzamy wprost w satelicką orbitę Rosji, a obecność ludowego generała - agenta sowieckiego podczas obrad Rady Bezpieczeństwa Narodowego, nie była żadnym incydentem lecz  kolejnym aktem „mądrości etapu”.
Choć każdej z wymienionych osób można byłoby poświęcić obszerną notę, wskaże jedynie trzy postaci, mocno charakterystyczne dla towarzystwa mającego opracować polską strategię bezpieczeństwa.
Janusza Reitera, byłego dziennikarza „Gazety Wyborczej”, a następnie ambasadora w Niemczech działacze opozycji z lat 70. pamiętają zapewne jako młodego publicystę, który na łamach "Życia Warszawy" wychwalał politykę zagraniczną PRL, a zwłaszcza sojusz ze Związkiem Sowieckim. W 1977 roku ówczesny redaktor Reiter pisał, że większość Polaków opowiada się za sojuszem z ZSRR, a w 1980 roku jako korespondent w Iraku wychwalał Saddama Husseina i jego iracki eksperyment demokratyczny. Znany z proniemieckiej postawy i odporności na polski punkt widzenia Reiter, jest również szefem sponsorowanego przez Fundację Boscha Centrum Stosunków Międzynarodowych (CSM), zajmującego się m.in. polityką bezpieczeństwa i relacjami Polski z Rosją oraz członkiem Rady Programowej Fundacji im. R. Schumana. Sławomir Sieradzki w artykule „Zawodowi propagandyści” zamieszczonym w tygodniku „Wprost” (nr. 37/2003) opisuje tego rodzaju instytuty, jako „fundacje wpływów”.  CSM ( w którego Radzie Programowej zasiadają m.in. Ronald Asmus, Henryka Bochniarz, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Wojciech Sadurski czy Hanna Suchocka) stale współpracuje z fundacjami Adenauera, Eberta oraz z Deutsche Gesellschaft für Auswärtige Politik (Niemieckie Stowarzyszenie na rzecz Polityki Zagranicznej). Sponsorami CSM są m.in. fundacje Adenauera, Boscha, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej oraz Bank Przemysłowo-Handlowy PBK SA (z kapitałem niemieckim). Sieradzki zwracał uwagę, że tylko pozornie działające w Polsce fundacje i organizacje lobbingu politycznego nie są bezpośrednio finansowane z budżetu Niemiec, bowiem środki z budżetu najpierw trafiają do fundacji w RFN, te zaś przekazują je niemieckim uniwersytetom, a stamtąd pieniądze - w postaci grantów - płyną do organizacji działających w Polsce. Na początku lipca 2008 roku Janusz Reiter został mianowany przez ministra Sikorskiego na mocno zagadkową funkcję Ambasadora Klimatu przy polskim rządzie. 
Kolejną, znaną postacią jest Dariusz Rosati – wieloletni członek PZPR, członek rady nadzorczej FOZZ, były minister spraw zagranicznych. W listopadzie 2007 roku IPN poinformował, że Rosati został w roku 1968 zarejestrowany przez Departament I SB MSW (tzw. wywiad cywilny PRL) jako kandydat na tajnego współpracownika (kryptonim "Kajtek"), w roku 1976 zarejestrowano go w kategorii "zabezpieczenie", a w 1978 jako kontakt operacyjny ps. "Buyer". Z kolei w 1985 roku został zarejestrowany w Departamencie II SB MSW (tzw. cywilny kontrwywiad) w kategorii "kandydat", zaś w listopadzie 1989 w kategorii "zabezpieczenie”.  Z archiwów IPN wynikało, że bezpieka zleciła mu prowadzenie wywiadu ekonomicznego, rozpracowywanie spotkanych w USA osób ze sfer biznesu i polityki, a także tropienie współpracowników amerykańskich służb specjalnych. "Buyer” – pozyskany wg. notatek SB „na bazie patriotycznej,  nie realizował powierzonych mu zadań. Wykorzystane zostały przy tym jego niezrealizowane ambicje działania na odcinku zagranicznym” - zanotował prowadzący Rosatiego esbek.
Na koniec, warto wskazać na postać, którą można zaliczyć do kręgu dobrych znajomych Bronisława Komorowskiego. Zapewne niewiele osób już pamięta, że na początku rządów obecnego układu miały miejsce cztery spektakularne dymisje. Nastąpiły tuż po deklaracji Donalda Tuska ze stycznia 2008 roku, w której premier poinformował, że zgodnie z ustaleniami poczynionymi z koalicjantem „urzędnik rządowy który zataił problem lustracyjny, będzie musiał odejść z funkcji”. Kilka dni później „z powodów osobistych” odeszli z rządu nowo mianowani urzędnicy: Paweł Graś – odpowiedzialny za służby specjalne, Tadeusz Nalewajk (z MSWiA), Grażyna Leja (z Ministerstwa Sportu i Turystyki) oraz Maria Wągrowska – wiceminister obrony narodowej. Media spekulowały wówczas, że powodem wymuszonych dymisji stały się  dokumenty IPN nt. urzędników i podejrzenia współpracy ze służbami specjalnymi. W przypadku Grasia wymieniano współpracę z WSI. Choć oficjalnie zaprzeczano tym informacjom, 20 stycznia 2008 roku pojawiła się wypowiedź wiceszefa klubu PO Jarosława Gowina, iż  powodem dymisji wiceministrów w większości przypadków są względy lustracyjne”.
Maria Wągrowska miała odpowiadać w MON za sprawy społeczne resortu, za profesjonalizację armii oraz za promocję obronności narodowej. Twierdzono wówczas, że do odejścia zmusił ją sam Donald Tusk, w związku z materiałami, które miały się znaleźć w IPN. Jedyną znaną decyzją pani wiceminister był wydany na dzień przed uroczystościami 16-lecia Radia Maryja  zakaz uczestniczenia w koncercie z tej okazji artystycznemu zespołowi Reprezentacyjnej Orkiestry Wojska Polskiego.
Maria Wągrowska w latach 80. i 90. pracowała w „Rzeczpospolitej” m.in. jako korespondentka w Brukseli. Później została redaktor naczelną pisma "Polska Zbrojna", wcześniej znanego jako „Żołnierz Wolności”. W czasie gdy Komorowski pełnił funkcję prezesa Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego oraz Ligi Morskiej i Rzecznej, wydawnictwo "Rytm" wydało książkę „Prawą Stroną – życie, polityka, anegdota”. Był to wywiad-rzeka, który z Komorowskim przeprowadziła Maria Wągrowska. Nie wiadomo kiedy i w jaki sposób była dziennikarka uzsyskała dość wiedzy i doświadczenia, by zostać „ekspertem bezpieczeństwa międzynarodowego”. Takim mianem jest określana przez Krajowe Stowarzyszenie Ochrony Informacji Niejawnych (KSOIN) – organizację założoną przez płk  Mieczysława Koczkowskiego z Zarządu III WSI (uczestnika kursu KGB z marca 1982 r), z którą współpracują m.in. byli szefowie WSI gen. dyw. Bolesław Izydorczyk i kadm. Kazimierz Głowacki. Maria Wągrowska należy do grona „ekspertów i wykładowców” KSOIN, jest również wiceprezesem Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego oraz jedną z fundatorek założonej w sierpniu 2007 roku fundacji Promilitaria. Jej twórcami są m.in. płk Bogdan Rosa oraz płk Ryszard Choroszy – wieloletni publicyści „Żołnierza Wolności” – wojskowego dziennika reprezentującego linię komunistycznego „betonu”.
Myliłby się, kto sądziłby, że Maria Wągrowska na stałe rozstała się z rządem Donalda Tuska. Dymisja z funkcji wiceministra, w atmosferze wskazującej na zarzuty natury lustracyjnej nie przeszkodziła w kontynuacji współpracy z „ekspertem bezpieczeństwa”. Obecnie bowiem znajdziemy Wągrowską w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa, na stanowisku doradcy Rządowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego. W maju ubiegłego roku z ramienia rządu wzięła udział w posiedzeniu plenarnym Komitetu NATO ds. Planowania Cywilnego w Sytuacjach Zagrożeń, które odbyło się ono w Baku, stolicy Azerbejdżanu.
Ludzie, których Bronisław Komorowski powołał do tworzenia narodowej strategii bezpieczeństwa wykazują wspólną z obecnym prezydentem cechę: są praktykami „mądrości etapu”, potrafiąc adaptować swoje poglądy do aktualnych potrzeb grupy rządzącej. Doskonale odnajdywali się w systemie komunistycznego zniewolenia, bez problemu głosili konieczność integracji z NATO, z równą łatwością przychodzi im akceptacja kremlowskich pomysłów bezpieczeństwa europejskiego i niczym nie uzasadnione „pojednanie” z reżimem Putina.
Czy znając postawę Bronisława Komorowskiego wobec Rosji i normę etyczną, dominującą wśród „ekspertów” Belwederu, można wątpić, jaki  kierunek wyznaczą polskiej racji stanu?

Artykuł zamieszczony w Warszawskiej Gazecie.

środa, 9 lutego 2011

PODSŁUCHY W KANCELARII PREZYDENTA

Naszym podstawowym zadaniem jest wiedzieć -  możliwie wcześnie i możliwie dużo -  aby skutecznie neutralizować zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa” – oznajmia ABW na swojej stronie internetowej. Jednak w realiach III RP i władzy monopartii gromadzenie informacji nie musi dotyczyć spraw związanych z naszym bezpieczeństwem. Wszystko bowiem zależy od tego, jak partia rządząca definiuje „zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa”. Dla obecnego układu, który na konflikcie z PiS-em i nienawiści do braci Kaczyńskich oparł podstawową koncepcję swoich rządów, największe zagrożenie stanowił prezydent Lech Kaczyński i jego niezależna polityka.
W tym układzie model funkcjonowania służb specjalnych - jako „zbrojnego ramienia” partii rządzącej nie odbiega od zasad, jakimi kierowała się policja polityczna PRL. Jego niezmienność zawdzięczamy po równo: przywróceniu do służb byłych esbeków oraz realnym potrzebom obecnej władzy Przez ostatnie lata mieliśmy do czynienia z wieloma przykładami wykorzystywania największej służby specjalnej do walki politycznej; zastraszania dziennikarzy, gromadzenia haków, zbierania kompromitujących informacji, stosowania podsłuchów i inwigilacji.  Dokonywano tego posługując się prowokacją - kombinacją operacyjną (afera marszałkowa) lub wykorzystując postępowanie prokuratorskie (podsłuchiwanie dziennikarzy i adwokatów). 
Podobny mechanizm zastosowano w sprawie, którą słusznie trzeba nazwać aferą większą, niż osławiona Watergate. Jako pretekst do inwigilacji głowy państwa posłużył zarzut rzekomego ujawnienia poufnego raportu ABW na temat wyjazdu prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji i wszczęte w tej sprawie śledztwo prokuratorskie. Tezy owego raportu ujawniła w listopadzie 2008 roku jednak z gazet.  ABW uznało, że strzały w pobliżu samochodu, którym jechał prezydent Kaczyński były gruzińską prowokacją i twierdziło, że najpewniej to sami Gruzini wyreżyserowali incydent z udziałem polskiego prezydenta. Agencja doszła do wniosku, że „teatr na granicy” służył wzmocnieniu pozycji gruzińskiego przywódcy. Opinie zawarte w dokumencie pokrywały się z oficjalnym stanowiskiem władz Federacji Rosyjskiej oraz opinią ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego i stanowiły de facto kompilację doniesień prasowych.
ABW domagało się, by prokuratura ustaliła źródło przecieku do prasy. W tej stosunkowo błahej sprawie podjęto zakrojone na ogromną skalę czynności śledcze. Przesłuchano setki świadków, m.in. premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów, sprawdzano billingi urzędników z kancelarii Lecha Kaczyńskiego, sięgnięto do zapisów połączeń samego prezydenta i jego małżonki. Na podstawie billingów i BTS-ów przeprowadzano eksperymenty, starając się ustalić miejsce pobytu prezydenta i jego ministrów, zakres kontaktów i czas trwania rozmów telefonicznych.
Trudno przypuszczać, by waga ewentualnego przestępstwa - ujawnienia zaledwie poufnego dokumentu (niższa kategoria klauzuli tajności) usprawiedliwiała zakres podjętych czynności. Jeśli po nie sięgnięto, a nawet w ramach działań Agencji uruchomiono specjalną jednostkę – trudno pozbyć się wrażenia, że chodziło głównie o inwigilację Lecha Kaczyńskiego i jego urzędników. Warto przypomnieć, że zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego, techniki operacyjne (np. podsłuch, inwigilacja, prowokacja) mogą być stosowane, gdy w grę wchodzi podejrzenie popełnienia jednego z katalogu najgroźniejszych przestępstw. Sąd zaliczył do nich: zabójstwo, porwanie, zamach na prezydenta RP, akt terroru, handel ludźmi, korupcję, udział w gangu, rabunek, oszustwo, fałszerstwo pieniędzy, wyrządzenie znacznej szkody majątkowej, produkcję i obrót bronią, narkotykami, materiałami wybuchowymi lub jądrowymi. Z żadnym z tego typu przestępstw nie mieliśmy do czynienie w przypadku działań podjętych wobec prezydenta Kaczyńskiego i ludzi z jego Kancelarii. 
Trzeba pamiętać, że w III RP podsłuchy nadal stosuje się według zasad zaczerpniętych z praktyk PRL-u.  W państwie policyjnym nikt bowiem nie kontroluje zasadności stosowania inwigilacji, a zebrana w sposób tajny wiedza służy do wymuszania posłuszeństwa wobec władzy lub jest wykorzystywana przeciwko przeciwnikom politycznym. W państwie prawa środki techniki operacyjnej pozostają pod ścisłą kontrolą, a informacje uzyskane z podsłuchów służą przede wszystkim potrzebom procesowym. Jeżeli nie mają znaczenia dowodowego, są komisyjnie niszczone, a w niektórych krajach osoby podsłuchiwane są powiadamiane o takich sytuacjach. Pereelowska zasada rozdzielenia czynności operacyjnych od procesowych, umożliwiała gromadzenie teczek na każdego, bez żadnej weryfikacji sądowej. Ten podział zachowano po 1989 r. i do dzisiaj policja czy ABW może zbierać informacje operacyjne o obywatelach bez planu ich wykorzystania w sądzie. Kontrola sądowa nad tym procederem jest tylko iluzoryczna. Formalnie zgodę na zastosowanie podsłuchu musi wydać sąd. Decyzję podejmuje jednak jeden sędzia, opierając się wyłącznie na materiałach przekazanych przez prokuratora. Jednak i wówczas służby specjalne mogą korzystać z furtki w przepisach, pozwalającej w sprawach nagłych, (gdy na przykład może dojść do zniszczenia ważnych dowodów), na stosowanie przez kilka dni podsłuchu bez zgody sądu.
Jeszcze gorzej wygląda sprawa z kontrolą  billingów telefonicznych. Kwestii ich uzyskania przez służby nie normują żadne przepisy, wystarczy uzgodnienie z operatorem. Warszawska Prokuratura Okręgowa mogła więc bezpiecznie stwierdzić, że „nie było wystąpień o billingi Lecha i Marii Kaczyńskich”, skoro ABW mogła podać tylko sam numer telefonu, nie informując nawet, w jakiej sprawie prowadzona jest kontrola operacyjna, ani do kogo należy telefon. Dopiero niedawno Prokurator Generalny przyznał, że kwestię pobierania billingów należy uregulować, bo stanowi ona sposób na inwigilację, wyłączoną spoza jakiejkolwiek kontroli.
Teoretycznie zatem państwo może podsłuchać każdego – za zgodą prokuratora i sądu lub bez ich zgody. Praktycznie jednak robią to pracownicy firm telekomunikacyjnych z wydziałów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Zwykle są to byli oficerowie służb, policji, o różnych powiązaniach w biznesie i polityce. Taką funkcję sprawował w latach 2005-2006 obecny szef ABW Krzysztof Bondaryk, pracując dla Zygmunta Solorza w Polskiej Telefonii Cyfrowej - operatorze sieci komórkowych Era i Heyah.
Warto wspomnieć o okolicznościach, w jakich Bondaryk objął stanowisko szefa ABW. Powołano go w wielkim pośpiechu, jeszcze przed udzieleniem prezydentowi odpowiedzi na przesłane przez niego pisemne zastrzeżenia i pytania odnośnie kandydatury. Pytania zadane przez Lecha Kaczyńskiego dotyczyły przeszłości Krzysztofa Bondaryka, a mianowicie: w jakich firmach i na jakich stanowiskach pracował oraz czy ABW prowadzi postępowanie wobec którejś z tych firm, a także czy wyjaśniono przyczyny odwołania Bondaryka z funkcji wiceministra spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego Buzka i czy jest prawdą, że próbował przejąć i wykorzystać dokumentację tzw. akcji "Hiacynt". Prezydent pytał też, czy w śledztwie dotyczącym wycieku tajnych informacji z Ery, mogą być w przyszłości postawione Bondarykowi zarzuty. Ta ostatnia sprawa miała miejsce w okresie, gdy w Erze działały dwa zarządy roszczące sobie prawo do kierowania spółką. Jeden związany z francuską firmą Vivendi, a drugi z Elektrimem Zygmunta Solorza. Jedną z odsłon ówczesnej wojny właścicieli było zawiadomienie prokuratury o popełnieniu przestępstwa „ujawnienia informacji stanowiących tajemnicę państwową”. Według francuskiego właściciela ludzie z konkurencyjnego zarządu kopiowali dane o klientach Ery. I to dane szczególne - bowiem chodziło o billingi ludzi, którymi w ostatnich latach interesowały się służby specjalne. W zawiadomieniu z roku 2005 o kopiowanie danych abonentów oskarżono właśnie Krzysztofa Bondaryka, który odpowiadał w Erze za współpracę ze służbami, m.in. przy zakładaniu podsłuchów i sprawdzaniu billingów.
Warto też wiedzieć, że w telefonii komórkowej stosuje się wybiórczo tzw. podsłuchy techniczne. Są one zakładane legalnie, ale powinny być zapisywane w tzw. czarnych skrzynkach. Chodzi m.in. o sprawdzanie jakości połączeń abonentów. Jeśli zdarzy się, że decyzje o wyborze abonenta będzie podejmował ktoś „dobrze poinformowany”, można przy pomocy podsłuchu technicznego podsłuchiwać nawet prezydenta czy szefa służb specjalnych, a następnie zniszczyć dowody takiej operacji. Faktycznie więc, dla założenia podsłuchu wystarczy dziś kontakt z pracownikiem operatora telekomunikacyjnego i podłączenie się do wybranej linii.
Już tylko ten krótki przegląd obecnej sytuacji, pozwala przyjąć, że inwigilacja prezydenta i osób z jego Kancelarii nie nastręczały służbom żadnych problemów. Choć ABW i prokuratura zaprzecza, by występowano o bilingi prezydenta, taka informacja znajduje się w styczniowym artykule „Rzeczpospolitej”, gdzie napisano, iż „sięgnięto do zapisów połączeń Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki. Do wszystkich danych dostęp miała ABW”.

Sprawa wydaje się tym bardziej poważna, że w tym samym czasie służba Krzysztofa Bondaryka doprowadziła do sytuacji, w wyniku której mogło dojść do naruszenia bezpieczeństwa systemu szyfrującego tajne rozmowy prezydenta i innych najważniejszych urzędników państwowych. Chodzi o sprawę spółki TechLab2000 i produkowany przez nią system kryptograficzny Sylan (System Łączności Niejawnej), oferujący rozwiązania dla analogowych, cyfrowych i bezprzewodowych sieci telefonicznych. Jego skuteczność polega na stosowaniu jednorazowych,  generowany losowo kluczy kryptograficznych, których szybkie rozszyfrowanie (i podsłuchanie rozmowy) wymagałoby takiej mocy obliczeniowej, że w całym wszechświecie nie starczyłoby krzemu na komputery.  Sylan znalazł m.in. zastosowanie w Kancelarii Prezydenta i Kancelarii Premiera, pozwalając na prowadzenie rozmów telefonicznych na poziomie tajnym.
 W roku 2009 spółka TechLab2000 stała się przedmiotem zadziwiających działań ze strony Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W listopadzie ujawniono, że producent Sylana z powodu problemów finansowych zmuszony został do zastawienia dokumentacji dotyczącej systemu w białostockiej spółce Biatel. Ponieważ TechLab miał nie wywiązać się ze spłaty zadłużenia w terminie, dokumentacja (zdaniem Biatela) przeszła na własność tej firmy. Zachodziło podejrzenie, iż pracownicy spółki Biatel mogli zapoznać się z tajną dokumentacją.. Choć TechLab2000 poinformował ABW o mającej nastąpić transakcji, a ta nie wyrażała wówczas żadnego sprzeciwu, to w 2009 roku Agencja złożyła  zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu ujawnienia tajemnicy służbowej.  O sprawie pisałem obszernie, w listopadzie 2009 roku, w cyklu trzech tekstów zatytułowanych „Tajne łącza, tajne interesy – czyli w co gra ABW?”, wskazując m.in. na wcześniejsze działania spółki Biatel S.A na styku służb i polityki.
Okazało się, że ABW- instytucja certyfikująca urządzenia kryptograficzne, od 2 lat odmawiała certyfikowania wyrobów TechLab2000. Doprowadziło to firmę do poważnych problemy finansowych i wymusiło zawarcie niekorzystnej umowy o współpracy ze spółką Biatel S.A. W wydanym wówczas oświadczeniu TechLab oskarżał ABW o zamiar bezprawnego wyeliminowania systemu Sylan z rynku i informował o liście interwencyjnym wysłanym do premiera Donalda Tuska, w którym wskazywano na zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa.  Na początku listopada 2009 roku, doszło w tej sprawie do spotkania szefostwa TechLab2000 z Jackiem Cichockim, sekretarzem Kolegium ds. Służb Specjalnych.
Tak wówczas, jak i później sprawa niejasnych działań ABW nie wzbudziła żadnej reakcji. Nie wiemy też, jak zakończyło się śledztwo w sprawie ujawnienia tajemnicy służbowej. Podobnie, jak w wielu innych intrygujących sprawach, również nad tą zaciągnięto zasłonę milczenia.
Wiemy natomiast, że system Sylan był stosowany w Kancelarii Prezydenta, a z aparatu firmy TechLab2000 korzystał prawdopodobnie prezydent Lech Kaczyński.  Jeśli firma TechLab została celowo doprowadzona do stanu, w którym musiała podjąć współpracę ze spółką Biatel, to zaś naraziło bezpieczeństwo dokumentacji tajnego systemu Sylan – za tę sytuację odpowiada Agencja sprawująca nadzór kontrwywiadowczy nad tego rodzaju firmami. Jeśli zaś, (jak sugeruje TechLab) chodziło o wykluczenie jej z rynku i forsowanie innych, pozakrajowych rozwiązań, trzeba tym uważniej przyjrzeć się reakcjom ABW i  pytać o działania podjęte przez Donalda Tuska - osobiście nadzorującego wszystkie służby specjalne. Premier tego rządu nie raz udowodnił, że tratuje służby specjalne jako narzędzie władzy politycznej, a ich działania podporządkowuje interesom grupy rządzącej.
Trzeba zatem koniecznie zwrócić uwagę na zadziwiającą korelację, między inwigilacją prezydenta podjętą w związku ze śledztwem w sprawie przecieku raportu ABW, a podejmowanymi w tym samym okresie czynnościami Agencji w sprawie tajnego systemu kryptograficznego, obsługującego Kancelarię głowy państwa.  Jakkolwiek zarząd firmy TechLab 2000 zapewnia, że Sylan jest tak skonstruowany, że nawet dokładne poznanie jego dokumentacji nie narusza bezpieczeństwa tajnych rozmów, nie można wykluczyć, że chodziło o eliminację nazbyt skutecznego systemu i zastąpienie go innym, mniej efektywnym rozwiązaniem. 

Gdy w październiku 2009 roku ujawniono, że ABW zbierając materiały w sprawie Wojciecha Sumlińskiego podsłuchiwała dziennikarzy i adwokatów, Donald Tusk deklarował: „Przyjrzę się całej tej sprawie, bo wszyscy mamy dosyć takiej atmosfery narastającej nieufności wynikającej z takiego poczucia, że ciągle ktoś kogoś podsłuchuje i dlatego nie powiem, że dobrze się stało, bo źle się dzieje w tej materii, ale szybko przejrzymy, po pierwsze przepisy, po drugie praktykę.” Obłuda tych słów ze strony człowieka, który musiał wiedzieć o inwigilacji prezydenta, jest aż nadto widoczna. Rok wcześniej histerię ludzi Platformy i rządowych mediów wywołały konfabulacje Kazimierza Marcinkiewicza, który dywagował, jakoby miał być podsłuchiwany na zlecenie Lecha Kaczyńskiego. Poseł PO Sebastian Karpiniuk posunął się wówczas do stwierdzenia, że należałoby rozpocząć procedurę impeachmentu w stosunku do prezydenta.
Dziś ludzie PO i ich media mocno zamykają oczy na skandal związany z inwigilacją Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki i bagatelizując problem próbują wmówić Polakom, że afera jest wymysłem PiS-u. Tymczasem sprawa podsłuchiwania urzędującego prezydenta, przez służbę specjalną podległą premierowi z PO, ma kaliber największej afery III RP. Nie chodzi tylko o ewidentne naruszenie prawa przez ABW.
Teza, że podstawą uzyskiwania billingów przez szefa ABW może być umowa z operatorem, stanowi nieporozumienie. Kontrola rozmów telefonicznych dotyczy podstawowych praw obywatelskich, dlatego musi więc być uregulowana aktem ustawowym. Korzystanie z billingów bez takiej podstawy prawnej narusza prawo” – grzmiał prof. Marian Filar, gdy dziennikarze „Gazety Wyborczej” oskarżali niedawno służby, że w okresie rządów PiS –u korzystały z ich billingów telefonicznych. Rzecznik praw obywatelskich wystąpiła na początku stycznia br. do premiera o podjęcie działań dla zmiany zasad dostępu do billingów przez służby specjalne i "dostosowanie go do standardów konstytucyjnych". Reakcja rzecznik została wywołana wrzaskiem podniesionym przez „Gazetę Wyborczą”, a w liście do Tuska padają twierdzenia, że zasady dostępu do billingów są niezgodne z Konstytucją RP oraz z Europejską Konwencją o Ochronie Praw Człowiek  Można się zastanawiać, czy w podobny sposób owe autorytety prawne zareagują na fakt bezpodstawnej inwigilacji prezydenta RP i jego małżonki, czy zechcą domagać się rzetelnego śledztwa mającego wyjaśnić przyczyny działań ABW?
Nie sposób dziś wykluczyć, że sprawa podsłuchów ma przede wszystkim wymiar polityczny, a inwigilacja głowy państwa służyła bieżącym interesom grupy rządzącej. Lech Kaczyński stanowił „zagrożenie” dla państwa Tuska i Komorowskiego - o czym wielokrotnie nam przypominano. Nie wiadomo, jakie szczegółowe informacje uzyskały służby dzięki zastosowaniu metod operacyjnych, czego informacje te dotyczyły, przez kogo i w jakich obszarach zostały wykorzystane. W roku poprzedzającym tragedię smoleńską dość było punktów zapalnych i konfliktów między prezydentem, a obozem rządowym. Informacje uzyskane z inwigilacji lub podsłuchów mogły zostać wykorzystane do działań wyprzedzających decyzje Kancelarii Prezydenta, ale także do paraliżowania inicjatyw prezydenckich. Wiedza pochodząca z prywatnych rozmów urzędników Kancelarii, byłaby pomocna podczas kontaktów oficjalnych lub poprzez stworzenie „komprmateriałów” wykorzystana do wielorakich nacisków.
Trudno zapomnieć, że różnice zdań, głównie w zakresie polityki historycznej i międzynarodowej dawały rządzącym pretekst do licznych ataków i rozgrywek. Zaangażowane w nie ośrodki władzy i ich media korzystały z każdej okazji, by oczernić i zniesławić Lecha Kaczyńskiego. Konflikty te zostały również  wykorzystane przez Rosjan do rozdzielenia wizyt premiera i prezydenta w Katyniu.  Dopóki sprawa inwigilacji głowy państwa, w okresie poprzedzającym 10 kwietnia nie zostanie rzetelnie wyjaśniona, nie można wykluczać jej związku z przygotowaniami do uroczystości katyńskich i skojarzeń z tragedią smoleńską. Już dziś kładzie się ona ponurym cieniem na cały okres rządów Platformy, potwierdzając hipokryzję jej polityków i wyraźne ciążenie do metod państwa policyjnego. 



Artykuł opublikowany w nr.6/2011 „Gazety Polskiej”.

piątek, 4 lutego 2011

NIKT NIE UMRZE ZA „POLSKĄ PRAWDĘ”

Zatrzeć wszelkie ślady przestępstwa. Właśnie w ten sposób, jak to czyni notoryczny przestępca kryminalny [...]. Najbardziej jednak charakterystyczną cechę tego rodzaju kryminalnego przestępstwa stanowi zawsze zaparcie się winy, fałszywe alibi lub zgoła zrzucenie winy na kogo innego” – pisał Józef Mackiewicz o zbrodni katyńskiej w artykule ”Sowiety – państwem doskonałej zbrodni”.
Byłoby rzeczą absurdalną oczekiwać, że wyniki rosyjskiego „raportu” w sprawie tragedii smoleńskiej przyniesie inne rozstrzygnięcie, niż „zrzucenie winy na kogo innego”. Od pierwszej chwili wiemy, że odpowiedzialnością obarczono polskich pilotów, a pośrednio również polskiego Prezydenta i głownie ta teza była forsowana we wspólnym moskiewsko-warszawskim przekazie. To zaś oznacza, że zdaniem Rosji winę ponosi państwo polskie, a konsekwencje tego twierdzenia będą miały istotne znaczenie prawne i historyczne.
Wbrew rozpowszechnianym obecnie opiniom, jakoby reakcje rządu Donalda Tuska były efektem nieudolności lub tchórzostwa obecnej ekipy, a przyjęcie wobec Rosji roli petenta świadczyło o błędnych kalkulacjach politycznych uważam, że przyczyna tych rażących zachowań jest znacznie poważniejsza i polega na współdziałaniu w zastawieniu pułapki smoleńskiej, a następnie w zacieraniu prawdy o zdarzeniu z 10 kwietnia. Mamy zatem do czynienia z zakładnikami kłamstwa smoleńskiego, a rosyjska strategia wobec grupy rządzącej oparta jest na niemal identycznym stosunku zależności, który ze wszystkich rządów „ludowej” Polski uczynił faktycznych wspólników zbrodni katyńskiej. Zachowanie ludzi Donalda Tuska ukrywających przez 9 miesięcy prawdę o okolicznościach dotyczących lądowania w Smoleńsku, potwierdza ich rolę wspólników i zakładników kłamstwa. Takich postaw nie tłumaczy się nieudolnością, ani tchórzostwem, a analogie z fałszem Katynia są w pełni uzasadnione.
Zgodne ze zbrodniczą logiką narzuconą państwom Zachodu jeszcze w trakcie trwania II wojny światowej, depozyt kłamstwa katyńskiego stanowił istotną gwarancję nienaruszalności wpływów Rosji Sowieckiej w Polsce, a ukrywanie prawdy o mordzie założycielskim PRL-u stało się fundamentem pojałtańskiego „ładu w Europie”. Powstały wówczas układ i zmowa milczenia stanęły na przeszkodzie wyjaśnieniu prawdziwych okoliczności zbrodni i na dziesięciolecia zamknęły Polskę w strefie wpływów Kremla. Dlatego na Zachodzie kłamstwo katyńskie trwało w oficjalnym obiegu przez lata. W USA do 1952 roku, gdy komisja kongresmana Ray'a Johna Maddena opublikowała raport o prawdziwych okolicznościach zbrodni. Powstanie komisji, było możliwe tylko dzięki wstrząsowi, jakim dla Ameryki były informacje o egzekucjach jej żołnierzy podczas wojny w Korei. To spowodowało nacisk na ujawnianie prawdy o tego typu zbrodniach. W Wielkiej Brytanii, gdzie nie było takich doświadczeń, dokumenty dotyczące Katynia ujawniono dopiero w 2003 roku.
Z tego względu, publikację „raportu MAK” należy postrzegać w znacznie szerszym kontekście, niż jako podjętą przez sprawcę próbę „zaparcia się winy, lub zgoła zrzucenia jej na kogo innego”. Nie tylko zbrodnicza kalkulacja putinowskich „siłowików” i ich nadwiślańskich pomagierów  leży u podstaw forsowania rosyjskich kłamstw. Liczą one bowiem na wsparcie w tym samym mechanizmie politycznym, który przywódców „wolnego świata” uczynił wspólnikami zbrodni sowieckiej obarczając ich moralną i prawną odpowiedzialnością za kłamstwo katyńskie. Wsparcie to jest możliwe, ponieważ na wiele miesięcy przed 10 kwietnia i przez cały późniejszy okres ,Rosja nie ustaje w zabiegach mających przekonać opinię światową, że tylko „zbliżenie” z reżimem Putina i „dobrosąsiedzkie stosunki” z Rosją stanowią gwarancję budowy nowego porządku europejskiego.  Czyni to o tyle skutecznie, że znajduje sprzymierzeńca  w państwie z którym łączą ją historyczne więzi, ale też zbrodnicze  plany  dotyczące Polski.
Zbyt łatwo zapomnieliśmy, że postawę Zachodu wobec Sowietów na wiele lat wyznaczyły słowa Churchilla o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Tym diabłem był wówczas Stalin, mający obronić Europę przez Hitlerem-szatanem. Gdy „diabeł” wykrwawił „szatana” na ziemiach oddalonych od europejskich stolic, przyjęto strategię, iż każdy kto występuje przeciwko diabłu, będzie odtąd wrogiem cywilizowanej Europy. Rok 1989 i propagandowe ogłoszenie „upadku komunizmu” stanowił naturalną kontynuację owej mitologicznej postawy wobec „diabła”. Jego przejście na „stronę światłości” powitano jako ostateczne zwycięstwo nad szatanem totalitaryzmu i konsekwencję wspólnej walki z demonem – Hitlerem. Przyczyną tej zbiorowej mistyfikacji była m.in. konieczność moralnego usprawiedliwienia sojuszu z międzynarodowym komunizmem. Bez tego usprawiedliwienia ideowa wykładnia wojny z Hitlerem nie byłaby możliwa, albo co najmniej utrudniona. Dzięki niej, dokonano rozgrzeszenia hańby „ładu jałtańskiego”, zaaprobowano farsę procesu w Norymberdze i zapomniano komunistom zbrodnie ludobójstwa, przy których bledną wyczyny Hitlera.
Na czym opierają się dzisiejsze rachuby Kremla, nietrudno zgadnąć.
W czerwcu 2010 roku Gene Poteat długoletni oficer CIA, prezes Zrzeszenia Byłych Oficerów Wywiadu i szef ds. nowych technologii CIA, napisał w „Charleston Mercury”: „Doskonale zorientowany politycznie Kreml dostrzegł, że USA postanowiły się przed nim płaszczyć (tzw. reset, wycofanie się z obiecanej Polakom i Czechom budowy tarczy antyrakietowej, nasze przyzwolenie na działania Rosjan w Gruzji i na Ukrainie, nasze błagania, by nie pomagali Iranowi itd.) i odebrał to jako zgodę na to, co zrobili Rosjanie przy katastrofie polskiego samolotu. Doszli do wniosku, że nie powiemy ani słowa – i faktycznie nie powiedzieliśmy.”
Nie przypadkiem, tuż po tragedii smoleńskiej w reakcjach przywódców państw zachodnich dominował ton troski, by zdarzenie to nie spowodowało kryzysu w stosunkach polsko-rosyjskich. Z największym zadowoleniem witano zatem wasalne deklaracje Tuska i Komorowskiego. Szerokim echem na Zachodzie odbiły się  słowa Donalda Tuska z czerwcowego wywiadu dla Deutsche Welle: „Staramy się wyciągnąć z tej tragedii pozytywne wnioski na przyszłość. Także te polityczne. Również dotyczące coraz lepszych relacji polsko-rosyjskich, bo one są kluczem do dobrych relacji europejsko-rosyjskich. Te moje starania także sprzed katastrofy, ale też doceniam starania przywódców rosyjskich, nabrały nowego przyśpieszenia właśnie z powodu tej katastrofy”.

Stratedzy płk Putina doskonale wiedzą, że nadrzędnym celem społeczeństw Zachodu nie jest prawda historyczna czy racje moralne, a dobrobyt i spokój – i za obie te wartości gotowe są one zapłacił każdą cenę. Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji” przypominał: „Polityka Zachodu podczas wojny kierowała się względami narzuconymi jej przez sojusz z Sowietami; polityka Zachodu po wojnie kieruje się względami narzuconymi jej przez chęć pokojowej koegzystencji z Sowietami.” Prowadzona przez ostatnie lata rosyjska kampania propagandowo - dyplomatyczna sprawiła, że państwo to jest dziś postrzegane poprzez pryzmat potencjalnych korzyści politycznych i ekonomicznych, jakie mają płynąć z „ucywilizowania” Rosji, nawiązania z nią kontaktów handlowych,  wygaszenia „polskiej rusofobii” czy otwarcia rynku rosyjskiego.
Nietrudno rozpoznać te intencje, gdy komentując publikację „raportu” MAK niemiecka „Die Welt” piórem Gerharda Gnaucka wyraża obawy, że istnieje niebezpieczeństwo, iż po tym co ukazuje się w mediach polskich, „część niemieckiej opinii publicznej znów będzie patrzyła na Polaków jak na rusofobów”. „Süddeutsche Zeitung” stwierdza zaś, że "polepszająca się współpraca pomiędzy Polską a Rosją była w Niemczech mile widziana i dość bacznie obserwowana”  i podkreśla obawy Niemców, że „napięcia pomiędzy Polską a Rosją oznaczają dla Berlina kłopoty”. Nie przypadkiem brytyjskie gazety odnotowują ogólnikowo główne punkty rosyjskiego raportu i polskie reakcje. „Guardian” i „Daily Telegraph” poświęcają temu po 3 zdania. Jedynie „Independent” zamieścił dłuższą notatkę,  zauważając w niej, że ”konkluzje raportu zagroziły trudnym stosunkom polsko-rosyjskim, które nieco odtajały po kwietniowej katastrofie.”
W oczach Zachodu „koegzystencja” z Rosją jest możliwa, jeśli państwo to otrzyma „należną” mu strefę wpływów i zaspokoi swoje mocarstwowe ambicje. W równym stopniu ten kierunek polityczny wyznacza niechęć lewicowych elit europejskich wobec Ameryki, jak intencja  ograniczenia hegemonii USA.
Nie powinno więc dziwić, że putinowska Rosja bez trudu znalazła sprzymierzeńców wśród przywódców Zachodu, a kwestia ustalenia prawdziwych okoliczności tragedii smoleńskiej jest drugorzędna i rozpatrywana wyłącznie w kategoriach bilansu wynikającego ze współpracy z Rosją. Nikt też na Zachodzie „nie będzie umierał” za prawdę o śmierci polskiego prezydenta. Niedawne oświadczenie przewodniczącego KE Jose Manuela Barroso, że „jest niewiele argumentów prawnych za podjęciem przez Komisję Europejską działań w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej” wyznacza rzeczywisty poziom zaangażowania UE w proces wyjaśnienia tragedii z 10 kwietnia.
Publikacja putinowskiego „raportu” dowodzi sprawności aparatu rosyjskiej dezinformacji. Nietrudno dostrzec, że fałszywa teza o pijanym generale, który doprowadził do tragedii doskonale wpisuje się w stereotypy myślenia o Polsce i Polakach, a insynuacja o naciskach ze strony Lecha Kaczyńskiego znajduje usprawiedliwienie w prowadzonej od lat kampanii zakłamywania postaci polskiego prezydenta. Opinia publiczna państw UE karmiona przez miesiące doniesieniami „Gazety Wyborczej”, przyjmie te wyjaśnienia z zadowoleniem.
Dla europejskich stolic „szatanem” jest dziś groźba otwartego konfliktu z państwem Putina i utrata dotychczasowych efektów „resetu”.  Dla jej zażegnania gotowe są na każdy rodzaj sojuszu z kremlowskim „diabłem” i jak najmocniejsze zaciśnięcie oczu na prawdę o smoleńskiej tragedii.
Dlatego kalkulacje polityków opozycji i nadzieje części polskiego społeczeństwa na stworzenie komisji międzynarodowej i pomoc państw Zachodu, mogą okazać się chybione – szczególnie,  gdy natrafią na sowiecko-rosyjski mechanizm zakładników kłamstwa i mur zmowy milczenia. W tej sytuacji Rosja może pozwolić sobie na grę va banque, licząc w równej mierze na wsparcie „partii rosyjskiej” w Polsce, jak na milczące współuczestnictwo europejskich elit.


Artykuł opublikowany w nr. 1/2011miesięcznika „Nowe Państwo”.

środa, 2 lutego 2011

„WSPÓLNY RAPORT” – CZYLI JAK ROZBROIĆ OPOZYCJĘ

Dwa tygodnie po opublikowaniu tzw. raportu MAK można dostrzec, w jaki sposób realizowany jest wspólny rosyjsko-polski scenariusz zdetonowania „bomby” smoleńskiej. Gdy 12 stycznia gen. Anodina oficjalnie ogłaszała tezy rosyjskiej dezinformacji, wielu komentatorów i publicystów orzekło, że publikacja raportu uderza w osobę Donalda Tuska, a nawet może doprowadzić do zmian na polskiej scenie politycznej. Wydawało się, że sposób w jaki Rosjanie zaprezentowali ewidentne kłamstwa godzi w propagandową wizję poprawy stosunków warszawsko-moskiewskich, obnaża błędy i indolencję rządu i daje mocne argumenty partii opozycyjnej.  Towarzyszącą wydarzeniu atmosferę skandalu potęgowała niemrawa reakcja grupy rządzącej, której przedstawiciele unikali wyraźnego potępienia rosyjskich tez.
Czas, jaki upłynął od publikacji MAK winien zmienić te mylne oceny. Im szybciej uświadomimy sobie, że rosyjscy i polscy decydenci prowadzą wspólną grę, tym większe są szanse na uniknięcie katastrofalnych skutków obecnej prowokacji. Cele tej gry są od początku oczywiste: neutralizacja potencjalnych zagrożeń wynikających z ustaleń sejmowego zespołu PiS ds. katastrofy smoleńskiej, stworzenie kolejnej i trwałej wersji kłamstwa smoleńskiego, zbudowanie propagandowego obrazu Tuska – mocnego polityka, marginalizacja opozycji oraz wygranie przez PO jesiennych wyborów parlamentarnych.
O kierunkach wspólnej gry świadczyły już pierwsze reakcje grupy rządzącej. Gdy Donald Tusk po widowiskowym powrocie z urlopu i naradzie z kolegami wystąpił wreszcie na konferencji, mogliśmy usłyszeć czytelny przekaz: „Raport MAK nie jest kompletny. Zwrócimy się do Rosji o wspólną wersję raportu”. Na czym miałaby polegać „wspólna wersja”, wiemy już doskonale. Jej kształt nadaje umiejętnie narzucona przez media narracja o współwinie polskich pilotów i rosyjskich kontrolerów. Tym samym przemilcza się i ukrywa inne, ważne wątki.
Deklaracja Tuska z 13 stycznia wydawała się całkowicie nierealna. To, że wspólny raport nie jest możliwy, dobitnie wyraziła szefowa MAK-u Tatiana Anodina podczas prezentacji dokumentu w Moskwie. Twierdziła, że raport „niezależnej komisji jest ostateczny, a zostaje opublikowany z polskim i uwagami. Forma wspólnego raportu w standardach konwencji chicagowskiej nie jest przewidziana”. Na nic - według Anodiny - zdadzą się też polskie protesty, bo „strony nie mają prawa, czy obowiązku przyjmować, bądź nie raportu przygotowanego przez niezależną instytucję badawczą”. 
W tym samym tonie wypowiedział się wówczas minister Ławrow, uznając za „nieetyczne i bluźniercze spekulacje wokół dochodzenia w sprawie katastrofy polskiego Tu-154.” Ciosem w koncepcję „wspólnej wersji raportu” była też informacja z 15 stycznia o definitywnym zakończeniu prac rządowej komisji płk Putina.
Na czym zatem Donald Tusk zbudował swoją wiarę w możliwość „wspólnego dochodzenia do prawdy” i dlaczego z uporem powtarzał, że chce negocjować kształt raportu?  Konflikt zarysowany w dniu publikacji MAK wydawał się przecież nierozwiązalny i skazywał szefa rządu na przełknięcie rosyjskiej „żaby”, wystawiając go jednocześnie na utratę zaufania społecznego i ataki opozycji.
 Deklarację Tuska wsparł natomiast Bronisław Komorowski, oświadczając, że „wskazane, aczkolwiek trudne jest dążenie do kontynuowania prac mających na celu maksymalne zbliżenie stanowisk”.  Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że Komorowski rozmawiał telefonicznie z Miedwidiewem, a służba prasowa Kremla poinformowała, że "w toku rozmowy wyrażono wzajemną wolę kontynuowania konstruktywnego dialogu w duchu zasad uzgodnionych podczas wizyty prezydenta Rosji w Polsce 6 grudnia 2010 roku.”
Kilka dni później, 21 stycznia podczas noworocznego spotkania z korpusem dyplomatycznym Komorowski powtórzył: „Liczę na kontynuację tego trudnego dialogu, mimo pojawiających się obecnie istotnych trudności w związku z odmiennym punktem widzenia, odmienną oceną obu państw w kwestii przyczyn i przebiegu katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem”.
Już wówczas ujawniono jeden z kierunków propagandowej kombinacji, zapoczątkowanej publikacją raportu. Tusk i jego grupa potrzebują bowiem sukcesu politycznego, mocnego akcentu, który pozwoliłby zatuszować 9-miesięczny okres współuczestnictwa w matactwach rosyjskich, a jednocześnie był znakiem „niezależności” i „patriotyzmu” zakładników płk Putina. Sukces ten winien wynikać z przymiotów osobistych „męża stanu”, mieć źródło w walce o polskie interesy, a jednocześnie świadczyć o sprzeciwie wobec Rosjan i uwydatniać autonomię strony polskiej. W perspektywie 10 miesięcznej kampanii przedwyborczej, taki sukces byłby darem bezcennym.
Jego legitymację grupa rządząca uzyska, gdy wykaże, że taktyka „kontynuacji trudnego dialogu”, przy jednoczesnej „rzeczowej argumentacji” (błędy kontrolerów) i nieuleganiu żądaniom opozycji – będzie skuteczna. Jak osiągnąć taki sukces?
Już 14 stycznia  rządowy rosyjski dziennik „Moskowskij Komsomolec" podkreślał, że "Polska zwróci się do Rosji z propozycją przeprowadzenia rozmów, których celem będzie sporządzenie wspólnej wersji raportu końcowego o przyczynach katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem". W artykule znalazło się ważne sformułowanie: „Moskwa musi mieć świadomość, co naszym dalszym stosunkom przyniesie zwycięstwo tej czy innej siły politycznej w Polsce" oraz przypomnienie, że w 2011 roku w Polsce powinny się odbyć wybory parlamentarne, po których zwycięska partia sformuje nowy rząd.
Wskazuję na treść rosyjskich publikacji, bo to one właśnie wyznaczają linię obecnej strategii i wytyczają zakres wspólnej gry.  Dlatego fundamentalnym (i niedostrzeżonym) przekazem był komentarz Dmitrija Babicza z RIA Novosti z dnia 16 stycznia. Babicz stwierdził, że „z treścią raportu MAK nie zgadzają się w Polsce jedynie zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego” i przekonywał, że kiedy Tusk krytykował raport w grudniu, działał pod presją opozycji. Zdaniem Babicza to „zwolennicy braci Kaczyńskich, z których jeden zginął w Smoleńsku, bardzo chcą zrzucić winę za katastrofę na Rosję i na premiera Donalda Tuska”. „Naszym zadaniem – konkludował komentator -  jest, aby nie dać tej opozycji żadnych powodów do prowokacji. Przeciwko nam jest tylko cześć polskiej elity a nie cała Polska”.
Warto zapamiętać tę retorykę, w której Tusk i Rosjanie są „naszymi”, a dochodzenie prawdy nazywa się „prowokacją”. Wówczas bowiem rozpoczęto rozgrywanie tezy, jakoby postawa opozycji źle przysłużyła się sprawie wyjaśnienia okoliczności tragedii smoleńskiej, a nawet mogła stanowić rodzaj prowokacji zmierzającej do wywołania niepokojów społecznych. 
Trzy dni później, 19 stycznia Donald Tusk z trybuny sejmowej mógł powiedzieć: „działania opozycji nie pomagały w wyjaśnieniu katastrofy i były obliczone na zbicie kapitału politycznego” i zapytać: „Podważanie przez niektórych polityków opozycji tego, co robi rząd ma na celu zbliżenie nas do pełnej prawdy o katastrofie, czy dopadnięcie przeciwnika politycznego?
Dla premiera rządu kluczowe pytanie brzmiało: ”czy zadaniem polskiego państwa po 10 kwietnia było zademonstrować to, że Rosja jest złym partnerem, czy stosować w sposób przemyślany narzędzia i instrumenty dostępne, zakorzenione w prawie międzynarodowym, po to by uzyskać możliwie kompletny obraz zdarzeń".
Usłyszeliśmy również zgrabne zdanie nawiązujące wprost do dywagacji Dimitrija Babicza: „Prawdy zdarzeń nie oświetlą pochodnie maszerujących po Krakowskim Przedmieściu. One mogą raczej coś podpalić.”
Sejmowe wystąpienie Tuska tylko pozornie cechowała emocjonalność. Stanowiło ono spójny z rosyjskim przekazem element gry, w której dokonano odwrócenia akcentów i wyjaśnienia szefa rządu zmieniono w atak na PiS.
Wyraźnie można dostrzec, jak poprzez publikację putinowskiego raportu zastawia się pułapkę na partię opozycyjną. Przy wsparciu ośrodków propagandy nietrudno będzie wykazać, że dochodzenie do „wspólnej prawdy” jest możliwe, jeśli nie ulegniemy „prowokacjom” opozycji. To jej „teorie spiskowe” będą istotną przeszkodą w stosunkach moskiewsko-warszawskich i uniemożliwią Polakom poznanie prawdy o tragedii smoleńskiej. Co więcej – są w Rosji i w Polsce siły, którym zależy na destabilizacji obecnej sytuacji, wywołaniu zamętu i sianiu niezgody. To one torpedują wysiłki „mężów stanu” i dążą do zamachu na demokrację. Nie trzeba dodawać, jaki efekt społeczny zostanie osiągnięty, gdy media w okolicach wyborów parlamentarnych bezbłędnie wskażą te siły, a Polaków porazi skala sukcesu grupy rządzącej i nowy kształt kłamstwa smoleńskiego - „wspólnego raportu”. .
Kto odrzuca tezę o współdziałaniu rosyjskich i polskich decydentów i nadal upatruje w raporcie MAK „koło ratunkowe” rzucone opozycji lub chce w nim widzieć zagrożenie dla pozycji Tuska,  powinien wyjaśnić fenomen zadziwiającej zmiany rosyjskiej retoryki na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni. Ten „cud” wydaje się możliwy wyłącznie dzięki taktyce grupy rządzącej, a jego pierwsze symptomy potwierdzają trafność diagnozy o ukierunkowanym zdetonowaniu „bomby” smoleńskiej.
Przełom już został dokonany, gdy minister Sikorski zadzwonił do swojego rosyjskiego kolegi z kondolencjami z powodu zamachu terrorystycznego na lotnisku Domodiedowo. Natychmiast po rozmowie pojawiła się wypowiedź Donalda Tuska o „sygnałach świadczących o gotowości Rosjan do bliższej współpracy przy wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej”. Słowa te zostały wydatnie wzmocnione przez niezwykły komunikat rosyjskiego MSZ, w którym poinformowano, że strony "potwierdziły gotowość kontynuowania ścisłej współpracy organów śledczych Rosji i Polski w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy z 10 kwietnia ubiegłego roku.” Zestawienie tej deklaracji z wcześniejszymi o dwa tygodnie słowami Ławrowa o „nieetycznych i bluźnierczych spekulacjach  wokół dochodzenia w sprawie katastrofy” musi budzić podziw dla zdolności dyplomatycznych grupy rządzącej.  Szef polskiego rządu mógł więc skromnie oznajmić: „Rozmowa ministra Sikorskiego z ministrem Ławrowem obfitowała w pewne sygnały pokazujące, że strona rosyjska jest gotowa do dalej idącej współpracy niż to mogło wynikać z raportu, czy z komentarzy po opublikowaniu raportu MAK, jeśli chodzi o współpracę organów śledczych przy dalszym wyjaśnianiu okoliczności katastrofy smoleńskiej”.  
Jeśli odrzucimy tezę, że minister Ławrow jest człowiekiem niezrównoważonym, a rosyjscy decydenci  zmieniają opinie w zależności od nastrojów – pozostaje wierzyć w nadzwyczajne umiejętności grupy rządzącej i podziwiać pierwsze efektu strategii Donalda Tuska.

Warto pamiętać, że w najbliższej perspektywie czeka nas publikacja polskiego raportu, przygotowanego przez rządowy zespół ministra Millera. Z zapowiedzi ministra wiemy, że raport ma być w 90% zbieżny z rosyjskim, a różnice będą polegały na zaskakującej konkluzji, zaanonsowanej już przez Donalda Tuska. Podczas wystąpienia sejmowego, „wzburzony” okrzykami opozycji premier wypalił: „Ci, którzy teraz krzyczą, potem będą słuchać prawdy w milczeniu i smutku” i dodał, że „Polska dysponuje pełniejszymi dokumentami na temat katastrofy”.
Co oznaczają te słowa, można się domyśleć , gdy przypomnimy sobie zaskakujące oświadczenie Lecha Wałęsy z początku czerwca ubiegłego roku, złożone w programie „Fakty po Faktach”. Wałęsa, którego trudno zaliczyć do znawców tematyki katastrof lotniczych orzekł wówczas: -  Rozmowa braci Kaczyńskich (którą prowadzili poprzez połączenie satelitarne podczas lotu do Smoleńska) jest kluczem do wszystkiego” i kilkakrotnie podkreślił, że on by "rozpoczął od rozmowy telefonicznej". Nie upłynęły dwa miesiące, gdy rzecznik rządu Graś zastanawiał się głośno: „czemu prezes PiS tak bardzo stara się wpoić nam swoją wersję wydarzeń. To może być strach przed ustaleniami prokuratury dotyczącymi katastrofy 10 kwietnia. Być może nie będą dla niego wygodne” – dywagował Graś. Obraz byłby niepełny, gdyby nie wspomnieć o trosce gen. Marka Dukaczewskiego – byłego szefa WSI , który tuż po ujawnieniu rosyjskiej wersji stenogramów z kokpitu Tu-154 nawoływał do „sprawdzenia dokładnie działania niektórych osób na pokładzie” i wyraził zainteresowanie rozmową telefoniczną braci Kaczyńskich – „kiedy ta rozmowa była - czy przed informacją, że jest problem z lądowaniem, czy po? Interesuje mnie, czy prezydent poinformowany o tym, że jest problem, i zapytany, gdzie ma samolot lądować, konsultował z kimś swoją decyzję.” 5 stycznia br. podobną troskę ujawnił płk Edmund Klich, dzieląc się spostrzeżeniem: ”Ważne byłoby, aby ujawnić rozmowy między Lechem i Jarosławem Kaczyńskimi i dowiedzieć się czy rozmowa dotyczyła rzeczywiście jedynie stanu zdrowia matki”.  
Czy wobec tych oczywistych anonsów nie należy sądzić, że polski raport będzie zawierał informacje poszerzone o wiedzę dotyczącą rzekomego przebiegu rozmowy braci Kaczyńskich, a wskazując na błędy rosyjskich kontrolerów przyniesie „rewelacje”, przy których oszczerstwo wobec generała Błasika wyda się  niewinnym żartem?

Zwracałem już uwagę, że w ramach tuskowej deklaracji, „chcemy wspólnego raportu z Rosją”, może nastąpić weryfikacja stanowiska Rosji o punkty wyznaczające ewentualną współwinę strony rosyjskiej. Chodzi o pewne ustępstwa w kwestii odpowiedzialności niektórych kontrolerów lotniska w Siewiernym, poprzez „uwzględnienie uwag strony polskiej”. Wystarczy przyjęcie, że błędem było udzielenie pozwolenia na lądowanie Tu-154 lub nie zamknięcie lotniska z powodu fatalnej pogody. Polski raport „uzupełniając” dokument Anodiny może zawierać wnioski wynikające z zapisu rozmów z wieży kontrolnej w Smoleńsku ze wskazaniem na „błędy kontrolerów”. W zamian przyniesie zarzut wagi najcięższej – podejrzenie moralnej współodpowiedzialność Jarosława Kaczyńskiego za decyzję o lądowaniu w Smoleńsku.
Rozgrywany od wielu miesięcy wątek rozmowy braci Kaczyńskich może „eksplodować” w polskim raporcie. Nie znamy treści uzgodnień, jakie polscy prokuratorzy poczynili przed kilkoma dniami z amerykańskimi prokuratorami z Departamentu Sprawiedliwości. Komunikat informował jedynie, że polscy śledczy chcą nakłonić amerykańskich kolegów do przekazania nagrań z podsłuchów amerykańskiego systemu szpiegowskiego Echelon, który przechwycił radiotelefoniczne połączenia ze smoleńskiej wież, a także prawdopodobnie nagrał rozmowę satelitarną prezydenta Kaczyńskiego z bratem. To gra szyta jak najgrubszymi nićmi, o czym świadczy tak spektakularny sposób poszukiwania alibi dla ujawnienia treści nagrań.
Trzeba przecież pamiętać, że kilka dni po 10 kwietnia pojawiła się informacja, iż Służba Kontrwywiadu Wojskowego już w momencie katastrofy posiadała nagrania rozmów pilotów samolotu z wieżą kontroli lotów. Informacje, które wpływały do SKW miały być zbliżone do tych przesyłanych przez urządzenia GPS. Były to dane m.in. o położeniu maszyny, jej wysokości i prędkości. Monitorowanie przebiegu i parametrów lotu miało wynikać z faktu, że Tu 154 M był maszyną wojskową, a służby korzystały z tajnej stacji nasłuchowej. SKW, podobnie jak Naczelna Prokuratura Wojskowa odmówiły wówczas skomentowania sprawy i do dziś nie pojawiło się żadne wyjaśnienie - czy i jaki dane uzyskano w dniu 10 kwietnia?  Można sądzić, że ujawnione niedawno przez ministra Millera nagranie rozmów z wieży kontrolnej w Smoleńsku pochodzi z zasobów SKW, a służba ta dysponuje również nagraniami rozmów telefonicznych prowadzonych podczas tragicznego lotu.
W tej sytuacji, zwracanie się do Amerykanów byłoby elementem gry dezinformacyjnej, podobnie, jak oczekiwanie na amerykańskie zdjęcia satelitarne z rejonu katastrofy. Przypomnę, że 29 kwietnia 2010 r. sekretarz rządowego Kolegium ds. Służb Specjalnych Jacek Cichocki zapewniał w Sejmie, że Polska otrzymała ze Stanów Zjednoczonych zdjęcia satelitarne przedstawiające miejsce katastrofy. Kilka dni później Cichocki powtórzył tę informację w rozmowie z dziennikarzem RMF FM. Stwierdził wyraźnie, że fotografie te „zostały przekazane stronie polskiej, są w dyspozycji”. Czym zatem wytłumaczyć obecną grę wokół amerykańskich nagrań i zdjęć, jeśli nie poszukiwaniem „obiektywnego” źródła?
Taka konstrukcja polskiego raportu pozwoli na zbudowanie wspólnej, polsko-rosyjskiej wersji zdarzeń, wspartej na kooperacji obu prokuratur, w której najbardziej eksploatowanym motywem będzie rozmowa braci Kaczyńskich – decydująca o powzięciu przez prezydenta Kaczyńskiego przekonania, że Rosjanie celowo utrudniają lądowanie w Smoleńsku. To zaś miałoby wywołać reakcję prezydenta i wzmóc naciski na załogę samolotu. 
Niedawna „wrzutka” "Komsomolskiej Prawdy", jakoby do katastrofy mogła doprowadzić tajna instrukcja, zgodnie z którą samolot może odejść na lotnisko zapasowe tylko za zgodą "głównego pasażera" – doskonale wpisuje się w scenariusz planowanej prowokacji. Jej celom jest także podporządkowana kolejna kampania nienawiści – nagonka wobec prezesa PiS-u.
Wolno się zatem spodziewać, że strategia „dyplomatycznych zabiegów” Tuska i Komorowskiego, wsparta na „idei współpracy” ze stroną rosyjską przekształci dzisiejszy stan klęski w propagandowy sukces, którego efektem będzie fałszywa teza o współwinie polskich pilotów i rosyjskiego kontrolera. Wygrana batalia o „wspólny raport” i kanalizowanie dyskusji na wątkach bezpiecznych dla rządzących znacząco ograniczy możliwość wysunięcia innych, poważniejszych hipotez. Ujawnienie rzekomej treści rozmowy braci Kaczyńskich wytrąci liderowi opozycji możliwość dowodzenia, że mieliśmy do czynienia z celowym działaniem Rosjan lub z zamachem. Wobec efektu propagandowego uzyskanego w obecnej grze – takie zarzuty zostaną łatwo zdezawuowane i uznane za niewiarygodne.


Artykuł opublikowany w nr.5/2011 Gazety Polskiej pod tytułem - „Brudne gry Tuska i Putina”.