poniedziałek, 31 stycznia 2011

TAJNE ŁĄCZA, TAJNE INTERESY – W CIENIU SMOLEŃSKA (2)

Jednym z najważniejszych tematów związanych z tragedią smoleńską, może okazać się sprawa podsłuchiwania urzędników Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Wiemy już, że w ramach działań Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego uruchomiono specjalną jednostkę celem inwigilacji prezydenta RP. Jako pretekst do podjęcia czynności operacyjnych posłużyła sprawa rzekomego ujawnienia poufnego raportu ABW na temat wyjazdu prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji i tzw. incydentu gruzińskiego, podczas którego doszło do ostrzelania orszaku prezydentów Polski i Gruzji.
Po publikacji tez raportu ABW domagało się, by prokuratura ustaliła źródło przecieku do prasy. Podjęto zakrojone na ogromną skalę czynności śledcze. Przesłuchano setki świadków, m.in. premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów, sprawdzano billingi urzędników z kancelarii Lecha Kaczyńskiego, sięgnięto do zapisów połączeń samego prezydenta i jego małżonki. Na podstawie billingów i BTS-ów przeprowadzano eksperymenty, gdzie poruszali się prezydenccy ministrowie, gdzie poruszał się prezydent, z kim się kontaktował, jak długo trwały rozmowy.
Można domniemywać, że działania operacyjne (podsłuchy, obserwacja) prowadzono przez cały rok 2009, a ich efektem był akt oskarżenia wobec urzędnika kancelarii. Inwigilacją objęto również dziennikarzy gazety „Dziennik”, sprawdzano ich połączenia telefoniczne, miejsca, gdzie się poruszali, przeglądano zapisy kamer z instytucji państwowych, w których przebywali.
Trudno przypuszczać, by waga ewentualnego przestępstwa ujawnienia zaledwie poufnego(niższa kategoria klauzuli tajności) dokumentu usprawiedliwiała zakres podjętych czynności. Za szczególnie niedopuszczalne należy uznać objęcie inwigilacją prezydenta Kaczyńskiego i jego małżonki.   
Dlatego – jak przed kilkoma dniami powiedział Antoni Macierewicz – „sprawa ta jest niezwykle poważna i należy ją wyjaśnić z perspektywy wydarzeń związanych z przygotowaniem wyjazdu do Katynia i katastrofy smoleńskiej”.
Myślę, że z tej samej perspektywy należy dziś spojrzeć na inną sprawę, związaną z możliwymi działaniami ABW w zakresie inwigilowania prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gdy opisywałem ją w listopadzie 2009 roku wydawała się na tyle bulwersująca, że winna zainteresować  parlamentarną komisję do spraw służb specjalnych, media i partię opozycyjną. Stało się jednak inaczej i choć cykl artykułów „TAJNE ŁĄCZA, TAJNE INTERESY – CZYLI W CO GRA ABW?” opublikowała „Gazeta Finansowa”, nigdy później nie podjęto tematu zagadkowych działań służby Krzysztofa Bondaryka w zakresie możliwości naruszenia bezpieczeństwa tajnych rozmów telefonicznych.
Gdy dziś mamy do czynienia z informacją o sprawdzaniu przez ABW bilingów prezydenckich, warto przypomnieć, że w tym samym  roku 2009 mogło dojść do ujawnienia systemu szyfrującego tajne rozmowy prezydenta i innych najważniejszych urzędników państwowych.
Trzeba zauważyć, że nie chodzi o rozmowy prowadzone przez zwykłe telefony komórkowe, których bilingi przechowują operatorzy sieci komórkowych. Przez takie aparaty nie wolno przekazywać informacji stanowiących tajemnicę państwową. Na pierwszym poziomie utajnienia (rozmowy zastrzeżone) można wyłącznie podzielić się tajemnicą służbową. By przeprowadzić rozmowę na poziomie tajnym lub ściśle tajnym trzeba tego dokonać przez specjalny aparat - urządzenie kryptograficzne. Tego rodzaju aparaty polskie VIP-y otrzymały w roku 2008. W tym samym czasie w samolocie Tu-154, którym podróżował prezydent zainstalowano telefon satelitarny. 
Chciałbym przypomnieć teksty trzech artykułów z listopada 2009 roku, w których przedstawiłem sprawę spółek TechLab2000 i Biatel S.A. oraz systemu SYLAN służącego zapewnieniu tajnej łączności głosowej. Był on wykorzystywany m.in. przez Kancelarię Prezydenta i Kancelarię Premiera. W tle tej sprawy mamy do czynienia z zagadkowymi działaniami służby Krzysztofa Bondaryka i wieloma, niewyjaśnionymi do dziś kwestiami.
Być może, spojrzenie na nią z dzisiejszej perspektywy pozwoli nam lepiej poznać okoliczności prowadzące do tragedii smoleńskiej.


*************


TAJNE ŁĄCZA, TAJNE INTERESY – CZYLI W CO GRA ABW? – CZĘŚĆ 2


Ważną wskazówką w sprawie Tech Lab 2000, może się okazać historia firmy BIATEL .S.A., a w szczególności prześledzenie powiązań ludzi związanych z tą firmą i przedsięwzięć, w jakich BIATEL uczestniczył. Warto na początek przytoczyć fragment oświadczenia zarządu Tech Lab 2000 z 19.11.br., dotyczący okoliczności współpracy z firmą BIATEL, tym bardziej, że z dotychczasowych przekazów medialnych można odnieść mylne wrażenie, iż chodzi o zastaw prawa do systemu Sylan pod umowę pożyczki. W stanowisku zarządu czytamy m.in.:
  W sierpniu 2008 roku TechLab 2000 podpisał z BIATEL UMOWĘ O WSPÓŁPRACY, na mocy której BIATEL miał zainwestować w rozwój SYLAN oraz produkować na licencji TechLab 2000 urządzenia systemu SYLAN, zaś TechLab 2000 odpowiadać za badania i rozwój. Zabezpieczeniem dla BIATEL, z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa były prawa do SYLAN, co jest naturalne w takich sytuacjach, gdyż wartością wytwarzaną przez TechLab 2000 jest know-how. Umowa została wypowiedziana przez BIATEL. Prawa do SYLAN należą natomiast do TechLab 2000.
Pewne elementy dokumentacji SYLAN posiadają co najwyżej klauzulę "poufne". BIATEL z kolei posiada poświadczenie bezpieczeństwa przemysłowego do "tajne" wydawane przez Służby Ochrony Państwa, co uprawnia go do otrzymania depozytu dokumentacji SYLAN. Dodatkowo depozyt został zabezpieczony przed dostępem w sposób dalece wykraczający poza standardy przewidziane dla ochrony tajemnicy państwowej. Również ABW była informowana o przewidywanej współpracy z BIATEL. Skoro do obowiązków ABW należy ochrona kontrwywiadowcza, wydaje się oczywiste, że gdyby ABW uważała, iż BIATEL jest niegodny zaufania powinniśmy zostać wtedy powstrzymani od podpisania tej umowy”.
Nie wiemy, jakie konkretne okoliczności wpłynęły na decyzję zarządu Tech Lab 2000 o podjęciu współpracy z BIATEL, choć można wnioskować, że chodziło o zapewnienie środków na rozwój firmy i systemu Sylan. W kontekście informacji zarządu Tech Lab 2000, iż zaniechanie przez ABW certyfikacji zgłoszonych przez spółkę systemów w okresie ostatnich 2 lat sprawiło , iż „ TechLab 2000 nie był w stanie wdrożyć ich do seryjnej produkcji i następnie sprzedaży, co pozostawiło firmę bez podstawowych źródeł utrzymania i pozbawiło możliwości dalszego rozwoju” – można uznać, że spółka znalazła się w stanie konieczności, a oferta współpracy BIATEL wychodziła naprzeciw pilnym potrzebom Tech Lab.
Pewną wskazówką, dotyczącą sytuacji finansowej firmy może być informacja o wynikach spółki COMP.S.A, - od 1998 roku jednego z głównych udziałowców TechLab2000. W informacji COMP.SA za rok 2009 możemy przeczytać, iż „wynik netto byłby w pełni zgodny z oczekiwaniami, gdyby nie one-offy na działalności finansowej, na które składają się: rezerwa na należności od firmy Techlab 2000 – ok. 600 tys. zł oraz ujemny wpływ z rozliczenia kontraktu forward związanego z działalnością spółki w drugim i trzecim kwartale”.
Ta okoliczność wskazująca na problemy finansowe spółki Tech Lab, do których (zdaniem zarządu) przyczyniły się zaniechania ze strony ABW wydaje się bardzo ważna, gdy chcemy oceniać fakt podjęcia współpracy ze spółką BIATEL.
O białostockiej firmie BIATEL, założonej w 1989 roku przez Stanisława Kalankiewicza  było głośno przed kilkoma laty i wiele wskazuje, że już raz stała się bohaterem w sprawie, gdzie służby i ich interesy odegrały istotną rolę. Ponieważ w obu sprawach – tej sprzed 6 lat i w obecnej, można wskazać zadziwiająco wspólne okoliczności, warto przypomnieć o co wówczas chodziło. 
W 2003 roku Newsweek opublikował artykuł zatytułowany „Sprawa o miliard”. Przedstawiono w nim historię przejęcia przez spółkę BIATEL udziałów w lukratywnym kontrakcie na produkcję nowych dowodów osobistych i paszportów. Było to jedno z największych zamówień publicznych w III RP, którego wartość opiewała na miliard złotych.
 W tej historii – jak pisali dziennikarze Newsweeka -  pojawia się wszystko, czego potrzebowałby autor powieści szpiegowskich. Jest gra obcych wywiadów, są postaci rodem z filmów sensacyjnych, agenci służb specjalnych i państwowi urzędnicy najwyższego szczebla. Są także fałszerstwa dokumentów, nagłe zwroty akcji, wielkie pieniądze i podejrzenia o kradzież danych osobowych milionów Polaków.”.
Nie będę relacjonował szczegółów tej sprawy, kto zechce zapozna się z artykułem z 2003 roku. Dość przypomnieć, że w lutym 2000 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji kierowane przez Marka Biernackiego, ministra rządu Jerzego Buzka ogłosiło przetarg na wyprodukowanie nowych dowodów osobistych i paszportów. Zwyciężyło konsorcjum skupiające państwową Drukarnię Skarbową oraz małą prywatną węgierską firmę Multipolaris, której doradcą był as węgierskiego wywiadu z lat 80. generał Ferenc Hevesi Toth. Zwycięzcy założyli firmę Poldok 2000. Gdy w październiku 2001 roku do władzy doszła nowa ekipa, rządy w MSWiA przejął Krzysztof Janik, a kierowane przez niego ministerstwo rozpoczęło starania o wyeliminowanie z konsorcjum węgierskiej firmy. Oficjalny powód: trzeba uniemożliwić dostęp do najpilniej strzeżonych informacji zagranicznej firmie. Szefowie MSWiA nalegali, by Węgrzy sprzedali udziały w Poldoku. Na skutek tych nacisków, wkrótce miejsce Multipolaris zajął BIATEL, który był jednym z podwykonawców projektu zajmując się usprawnieniem systemu przesyłania danych osobowych z gmin do MSWiA. BIATEL został najpierw trzecim wspólnikiem, by wkrótce potem wykupić za niewiarygodnie niską cenę 50 tysięcy zł udziały Węgrów, którzy nieoczekiwanie wycofali się z konsorcjum. Nie wiadomo - dlaczego się wycofali, choć współpraca układała się dobrze, a umowa z MSWiA była podpisana do 2007 roku?
Gdy reporterzy Newsweeka wpadli na trop tego tematu, ich informatorzy za wszelką cenę starali się odwrócić uwagę od sprawy najważniejszej: powiązań prywatnej firmy BIATEL z pewnym państwowym urzędnikiem, który został zgłoszony przez BIATEL do rady nadzorczej konsorcjum Poldok.  Dziennikarze wskazują przy tym na ciekawe zdarzenie:
Do dziennikarza "Newsweeka" podchodzi jeden z posłów Platformy Obywatelskiej, zastrzegając sobie na wstępie anonimowość. - Mam coś dla pana - mówi ściszonym głosem, jakby się obawiał, że ktoś go podsłucha. - Słyszałem, że na czarnym rynku jest do kupienia baza danych o Polakach, z których ponad dziewięć milionów dostało nowe paszporty i dowody osobiste. Poseł nie chce odpowiedzieć na dodatkowe pytania. Wstaje od stolika. Odchodzi. Informacja jest tak elektryzująca, że nie przestajemy o niej myśleć”.
Jak się wkrótce okazało, informacje jakoby poprzez udział węgierskiej spółki było zagrożone bezpieczeństwo danych osobowych Polaków stanowiły rodzaj zasłony, ślepego tropu, mającego odwrócić uwagę od istoty ówczesnej afery. W sprawie przewija się wzmianka, że węgierska firma była dokładnie prześwietlona przez UOP i uznano ją za godną zaufania. Podejrzenia wobec niej, również ze strony ABW miały się pojawić dopiero po objęciu rządów przez SLD. Dyrektor Drukarni Skarbowej przyznawał, że z Węgrami nie chciało współpracować MSWiA kierowane przez Janika, a forma perswazji wobec Poldoku przybierała postać swoistego szantażu.
- „MSWiA nie chciało w takim projekcie firm zagranicznych” – twierdził dyrektor Drukarni. Gdybyśmy nie uwzględnili tych sugestii, moglibyśmy nie mieć możliwości udziału w przyszłości w innych przedsięwzięciach, np. w produkcji legitymacji służbowych dla pracowników instytucji państwowych” – dodawał.
Intencje MSWiA stały się całkowicie czytelne, gdy przedstawicielem firmy BIATEL w Poldoku został Grzegorz Białoruski - szef gabinetu politycznego ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Krzysztofa Janika. Prezes BIATEL-u Stanisław Kalankiewicz twierdził, że choć zgłosił Białoruskiego do rady nadzorczej Poldoku, to jednak wcześniej go nie znał, a kandydatura była uzgodniona z Drukarnią Skarbową i MSWiA. Prawdopodobnie na potrzeby tego przedsięwzięcia powołano na początku 2003 roku spółkę BIATEL INFO – AUTOMATYKA, w której radzie nadzorczej znalazł się Grzegorz Białoruski. Spółka w 2006 roku została wykreślona z rejestru.
Sam Białoruski – po ujawnieniu afery złożył rezygnację z funkcji szefa gabinetu politycznego, a jego obowiązki przejął dotychczasowy zastępca i bliski współpracownik Roman Kurnik – w latach 80-tych szef kadr w Służbie Bezpieczeństwa.
Członek ówczesnej sejmowej komisji administracji i szef klubu parlamentarnego PiS Ludwik Dorn, mówiąc o aferze z udziałem BIATEL-u i Białoruskiego stwierdził, iż „ Nie tylko nastąpiło złamanie prawa, ale także mamy do czynienia z podejrzeniem potężnej afery korupcyjnej, na skalę być może większą niż afera Rywina”.
Sprawę jednak – zgodnie z zasadą obowiązującą w III RP – szybko wyciszono i nikt więcej nie poniósł konsekwencji.
Dziennikarze Newsweeka zastanawiali się wówczas - dlaczego wybrano firmę BIATEL, a nie żadną inną. Nie znaleziono przekonujących argumentów. Podkreślano jedynie, że białostocka spółka pracuje głównie na styku państwa z prywatnym biznesem, a sam prezes Kalankiewicz, zanim założył własną firmę, pracował w Telekomunikacji Polskiej. Najwięksi klienci BIATELA to Telekomunikacja Polska, Elektrim, Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Wszystkie instytucje mają za sobą historię mocno upolitycznionych zarządów. Wśród klientów była również Komenda Wojewódzka Policji w Białymstoku i straż pożarna.
Zauważono również, że BIATEL był jednym z wykonawców światłowodu jamalskiego - biegnącego wzdłuż gazociągu Jamał - Europa. Za rządów Jerzego Buzka w listopadzie 2000 r. wybuchł skandal, gdy okazało się, że w strukturze własnościowej spółki Polgaz Telekom, zarządzającej kablem, państwowe PGNiG jest w mniejszości, a Polska nie ma pełnej kontroli nad przebiegającą przez jej terytorium infostradą.
Żadna z tych informacji, nie dawała odpowiedzi o przyczynę wyboru spółki BIATEL. Być może Newsweek mógłby napisać więcej, gdyby zajrzano do rejestru KRS, z którego wynikało, że we władzach spółki zasiadały wówczas dość wpływowe osoby. Wieloletnim dyrektorem BIATEL- u (1990-95) był Zbigniew Ejsmont, od 1999 zastępca przewodniczącego rady nadzorczej BIATEL, a od 2003 przewodniczący rady. W tym samym czasie Ejsmont był założycielem Białostockiej Szkoły Biznesu, a obecnie jest rektorem Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Białymstoku. W roku 2007 Zbigniew Ejsmont znalazł się na liście kandydatów na radnych regionu białostockiego z ramienia Platformy Obywatelskiej.
To oczywiście niczego nie wyjaśnia, ale warto zwrócić uwagę, że w ówczesnej radzie nadzorczej  BIATEL-u zasiadał także Bogdan Niebisz – mąż Elżbiety Niebisz - wieloletniej dyrektor Departamentu Nadzoru Właścicielskiego w Ministerstwie Skarbu Państwa, obecnie doradzającej w sprawach energetyki u Zygmunta Solorza.
            Niewątpliwie fakt, że we władzach spółki BIATEL.S.A zasiadało później wiele wpływowych postaci świadczy, że mamy do czynienia z firmą o mocnej pozycji. Na jej stronie internetowej można przeczytać informację, że  w 2006 roku firma przeszła gruntowną restrukturyzację. Ciągły rozwój wymaga od nas dostosowania się do aktualnego otoczenia makro- i mikroekonomicznego dlatego zdecydowaliśmy się podzielić obszary naszej działalności na branże zorientowane w kierunku bezpieczeństwa.”
Również od 2006 roku można zauważyć, że w radzie nadzorczej spółki nastąpiły istotne zmiany. Na stanowisko przewodniczącego powołano wówczas Leona Komornickiego a w dwa lata później Janusza Steinhoffa. Generał Leon Komornicki był także członkiem rady nadzorczej innej spółki zależnej BIATEL-u – PRIMERA sp.z. o.o , zarejestrowanej w 2006 roku.
Generał Komornicki to absolwent Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR w Moskwie, w latach 1992–1998 zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego W III RP generał zrobił niebywałą karierę. Na początku lat 90. był dowódcą Warszawskiego Okręgu Wojskowego, w 1992 roku, mając zaledwie 45 lat, otrzymał od prezydenta Lecha Wałęsy nominację na generała dywizji i zastępcę szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Brał udział w słynnym "obiedzie drawskim", którego uczestnicy opowiedzieli się przeciwko cywilnemu ministrowi obrony narodowej. W roku 1995 białostocki poseł Artur Smółko tak podczas posiedzenia sejmowego oceniał zachowanie i postawę generała:
Pan generał Wilecki stwierdził nie tak dawno, pytany o sprawę generała Komornickiego, o angażowanie się polityczne generała Komornickiego, że pan generał Leon Komornicki jest absolutnie czysty jak łza. Chcę powiedzieć, że wobec tego jest to nowa miara czystości i pewnie można będzie za jakiś czas odwołać się do przysłowia: Czyste jak łza generała Wileckiego. Nie ma bowiem czystości w sytuacji, kiedy wystąpienia gen. Leona Komornickiego na spotkaniach sztabowych (sztabowych, trzymam się języka pana ministra) łamią ustawę o powszechnym obowiązku obrony; bo tak po prostu jest; jest to agitacja na terenie jednostek - w domyśle: z wykorzystywaniem jednak podległości służbowej - na rzecz jednego kandydata. Jest to złamanie ustawy o powszechnym obowiązku obrony, a jednocześnie jest to złamanie ustawy o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych - bo tak po prostu jest.”
Od 1998 roku Komornicki jest generałem w stanie rezerwy, a jego nazwisko znajdziemy w wielu radach nadzorczych prywatnych i państwowych spółek.
Janusz Steinhoff  to były wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka, późniejszy (2004) założyciel Partii Centrum, która przed wyborami 2006 roku prowadziła rozmowy o połączeniu z Platformą Obywatelską. Obecnie Steinhoff jest prezesem zarządu krajowego partii  i członkiem rad nadzorczych wielu spółek, w tym Spółki Doradztwo Gospodarcze DGA S.A., która w konsorcjum ze spółką Work Service senatora Misiaka z PO, była niedawnym bohaterem tzw. afery Misiaka.
Te same osoby, działające w radzie nadzorczej spółki BIATEL.S.A. znajdziemy w kilku innych, niezwykle ciekawych konfiguracjach.
O tym jednak napiszę już w kolejnej, ostatniej części tekstu.


CDN...




niedziela, 30 stycznia 2011

TAJNE ŁĄCZA, TAJNE INTERESY – W CIENIU SMOLEŃSKA

Jednym z najważniejszych tematów związanych z tragedią smoleńską, może okazać się sprawa podsłuchiwania urzędników Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Wiemy już, że w ramach działań Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego uruchomiono specjalną jednostkę celem inwigilacji prezydenta RP. Jako pretekst do podjęcia czynności operacyjnych posłużyła sprawa rzekomego ujawnienia poufnego raportu ABW na temat wyjazdu prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji i tzw. incydentu gruzińskiego, podczas którego doszło do ostrzelania orszaku prezydentów Polski i Gruzji.
Tezy owego raportu ujawniła w listopadzie 2008 roku gazeta "Dziennik". ABW uznało, że strzały w pobliżu samochodu, którym jechał prezydent Lech Kaczyński, były gruzińską prowokacją i zasugerowało, że najpewniej to sami Gruzini wyreżyserowali incydent z udziałem polskiego prezydenta i oddali strzały tuż obok konwoju. Tezę o gruzińskiej prowokacji oparto miedzy innymi na analizie zachowania prezydenta Saakaszwilego, który w trakcie incydentu miał „być uśmiechnięty” oraz na relacjach świadków, którzy twierdzili, że „gruzińska ochrona nie reagowała na strzały”. ABW twierdziła w raporcie, że „teatr na granicy” służył wzmocnieniu pozycji gruzińskiego przywódcy. Opinie zawarte w raporcie pokrywały się z oficjalnym stanowiskiem władz Federacji Rosyjskiej oraz opinią ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego.  
Dziennikarze przedstawiający treść poufnego raportu stwierdzili, że „jakość raportu kompromitowała ABW. Był on zwykłą prasówką, przeglądem tego, co o sprawie pisały media. Szef agencji nie przedstawił dowodów na poparcie daleko idących hipotez.”
Po publikacji „Dziennika” ABW domagało się, by prokuratura ustaliła źródło przecieku do prasy. Podjęto zakrojone na ogromną skalę czynności śledcze. Przesłuchano setki świadków, m.in. premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów, sprawdzano billingi urzędników z kancelarii Lecha Kaczyńskiego, sięgnięto do zapisów połączeń samego prezydenta i jego małżonki. Na podstawie billingów i BTS-ów przeprowadzano eksperymenty, gdzie poruszali się prezydenccy ministrowie, gdzie poruszał się prezydent, z kim się kontaktował, jak długo trwały rozmowy.
Po upływie roku, 26 listopada 2009 roku prokuratura postawiła zarzut ujawnienia tajemnicy byłemu szefowi Kancelarii Prezydenta Piotrowi Kownackiemu.
Można domniemywać, że działania operacyjne (podsłuchy, obserwacja) prowadzono przez cały rok 2009, a ich efektem był akt oskarżenia wobec urzędnika kancelarii. Inwigilacją objęto również dziennikarzy gazety „Dziennik”, sprawdzano ich połączenia telefoniczne, miejsca, gdzie się poruszali, przeglądano zapisy kamer z instytucji państwowych, w których przebywali.
Trudno przypuszczać, by waga ewentualnego przestępstwa ujawnienia zaledwie poufnego(niższa kategoria klauzuli tajności) dokumentu usprawiedliwiała zakres podjętych czynności. Za szczególnie niedopuszczalne należy uznać objęcie inwigilacją prezydenta Kaczyńskiego i jego małżonki.   
Dlatego – jak przed kilkoma dniami powiedział Antoni Macierewicz – „sprawa ta jest niezwykle poważna i należy ją wyjaśnić z perspektywy wydarzeń związanych z przygotowaniem wyjazdu do Katynia i katastrofy smoleńskiej”.
Myślę, że z tej samej perspektywy należy dziś spojrzeć na inną sprawę, związaną z możliwymi działaniami ABW w zakresie inwigilowania prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gdy opisywałem ją w listopadzie 2009 roku wydawała się na tyle bulwersująca, że winna zainteresować  parlamentarną komisję do spraw służb specjalnych, media i partię opozycyjną. Stało się jednak inaczej i choć cykl artykułów „TAJNE ŁĄCZA, TAJNE INTERESY – CZYLI W CO GRA ABW?” opublikowała „Gazeta Finansowa”, nigdy później nie podjęto tematu zagadkowych działań służby Krzysztofa Bondaryka w zakresie możliwości naruszenia bezpieczeństwa tajnych rozmów telefonicznych.
Gdy dziś mamy do czynienia z informacją o sprawdzaniu przez ABW bilingów prezydenckich, warto przypomnieć, że w tym samym  roku 2009 mogło dojść do ujawnienia systemu szyfrującego tajne rozmowy prezydenta i innych najważniejszych urzędników państwowych.
Trzeba zauważyć, że nie chodzi o rozmowy prowadzone przez zwykłe telefony komórkowe, których bilingi przechowują operatorzy sieci komórkowych. Przez takie aparaty nie wolno przekazywać informacji stanowiących tajemnicę państwową. Na pierwszym poziomie utajnienia (rozmowy zastrzeżone) można wyłącznie podzielić się tajemnicą służbową. By przeprowadzić rozmowę na poziomie tajnym lub ściśle tajnym trzeba tego dokonać przez specjalny aparat - urządzenie kryptograficzne. Tego rodzaju aparaty polskie VIP-y otrzymały w roku 2008. W tym samym czasie w samolocie Tu-154, którym podróżował prezydent zainstalowano telefon satelitarny. 
Chciałbym przypomnieć teksty trzech artykułów z listopada 2009 roku, w których przedstawiłem sprawę spółek TechLab2000 i Biatel S.A. oraz systemu SYLAN służącego zapewnieniu tajnej łączności głosowej. Był on wykorzystywany m.in. przez Kancelarię Prezydenta i Kancelarię Premiera. W tle tej sprawy mamy do czynienia z zagadkowymi działaniami służby Krzysztofa Bondaryka i wieloma, niewyjaśnionymi do dziś kwestiami.
Być może, spojrzenie na nią z dzisiejszej perspektywy pozwoli nam lepiej poznać okoliczności prowadzące do tragedii smoleńskiej.


***********




TAJNE ŁĄCZA, TAJNE INTERESY – CZYLI W CO GRA ABW? – 1


Nawet jak na standardy obowiązujące w III RP rzadko się zdarza, by „wrzucony” do mediów temat został tak zgodnie podchwycony, powtórzony i zaniechany – jak informacja o „pożyczce pod tajny system” i rzekomym wycieku technologii systemu łączności niejawnej Sylan. Wiele wskazuje na to, że sensacyjny news na ten temat został skonstruowany z zachowaniem wszelkich zasad dobrej dezinformacji, przy zachowaniu proporcji 99% prawdy i 1% fałszu, a ponieważ dotyczył m.in. bezpieczeństwa tajnych rozmów telefonicznych między najważniejszymi osobami w państwie – mógł liczyć na uwagę odbiorców.
Przekazując tę informację, wszystkie media ograniczyły się do bezwiednego skopiowania wiadomości przedstawionych w artykule Rzeczpospolitej, by na tej, bezmyślnej czynności zakończyć swoją misję.
Tymczasem można przypuszczać, że mamy do czynienia ze sprawą niezwykle poważną, która powinna stać się przedmiotem rzetelnego zainteresowania mediów, polityków opozycji oraz sejmowej komisji służb specjalnych, a jeśli podejrzenia  wynikające z analizy obecnej sytuacji okażą się zasadne – będziemy świadkami wielkiej afery ze służbami specjalnymi w roli głównej.
Przypomnę, że przekazana 18 listopada przez Rzeczpospolitą informacja dotyczyła problemów finansowych firmy Tech Lab 2000, z powodu których spółka ta została zmuszona do zastawienia na rzecz spółki BIATEL S.A. dokumentacji technicznej i certyfikacyjnej urządzeń wchodzących w skład systemu Sylan, to zaś - mogło doprowadzić do utraty kontroli nad systemem szyfrującym, używanym przez kancelarię premiera i prezydenta.
Dowiedzieliśmy się również, że w sierpniu br. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego powiadomiła prokuraturę o podejrzeniu ujawnienia tajemnicy służbowej. Zawiadomienie to ma związek „z udzieleniem przez firmę Biatel pożyczki firmie TechLab 2000” na mocy umowy z 2008 roku, opiewającej na kilka milionów złotych. 14 października br. Prokuratura Okręgowa w Warszawie zdecydowała o wszczęciu śledztwa w tej sprawie.
Wiktor Kuncewicz - prezes TechLab 2000 twierdzi, że umowa z BIATEL S.A była umową o współpracy, a o działaniach podejmowanych przez spółkę informowano na bieżąco ABW. Zdaniem Kuncewicza Tech Lab 2000 spłacił swój dług i nigdy nie utracił praw do systemu Sylan. Innego zdania jest Stanisław Kalankiewicz - prezes BIATEL-u, który twierdzi, że ponieważ w wymaganym terminie nie wpłynęły pieniądze od TechLabu, BIATEL stał się posiadaczem prawa do Sylana.
Płyta z dokumentami technologicznymi systemu od dnia podpisania umowy znajduje się w kancelarii tajnej BIATELU. Dane są jednak zakodowane, a klucz do ich otwarcia jest w kancelarii notarialnej. Prezes Kalankiewicz twierdzi, że dotychczas nie zapoznał się z dokumentacją, bo czeka na opinie ze służb specjalnych, w jaki sposób powinien to zrobić i czy ma do tego prawo. Rzeczpospolita cytuje wypowiedź „oficera ABW, który zna dokumenty sprawy”.  Nie wyklucza on,  że pracownicy BIATEL-u mogli bezprawnie zapoznać się z technologią, za co odpowiedzialność – zdaniem ABW - ponosiłby zarząd spółki TechLabu 2000. Dokumentacja Sylana jest bardzo cenna, jej wartość szacuje się nawet na  kilkanaście milionów dolarów.
Artykuł w Rzeczpospolitej kończy się konkluzją komentującego sprawę płk. Mieczysława Tarnowskiego, (byłego wiceszefa ABW), który potwierdza, że  „jeśli będą dowody na wyciek technologii, Sylan zostanie wycofany z użytku. – W ten sposób stracimy bardzo dobrą, całkowicie polską technologię”.
            To zdanie zadaje się stanowić clou tematu, a ponieważ wiele wskazuje, iż stanie się tak właśnie, jak przewiduje płk. Tarnowski– warto przyjrzeć się bliżej głównym bohaterom opisywanych zdarzeń oraz towarzyszących im okolicznościom.
            Tech Lab 2000 to stosunkowo niewielka firma powstała w 1993 roku, jako spółka Instytutu Technologii Elektronowej. W 1995 roku kilku młodych naukowców Instytutu odkupiło udziały, będące w posiadaniu ITE i rozpoczęło samodzielną działalność. Już w dwa lata później mogli pochwalić się sukcesem, bo jako pierwsi na świecie opracowali tzw. sprzętowe szyfratory dysków twardych. Wśród innych światowych innowacji Tech Lab 2000 można wymienić miniaturowe sprzętowe generatory ciągu losowego oraz moduły kryptograficzne wykorzystywane w podpisie elektronicznym.
Ale prawdziwą dumą firmy jest System Sylan - kompleksowe rozwiązanie służące zapewnieniu poufności łączności głosowej, a w szczególności telefony szyfrujące GSM. System może być używany w sieciach telefonii analogowych, cyfrowych i bezprzewodowych i jest na tyle skuteczny i bezpieczny, że wykorzystują go kancelaria prezydenta i premiera.
Ostatnie wydarzenia w Polsce, ale również afery podsłuchowe w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech spowodowały, że także polskie firmy częściej sięgają po rozwiązania gwarantujące poufność rozmów telefonicznych. Dal nich Tech Lab 2000 reklamuje hasłem "Nie daj się podsłuchać" swój najnowszy produkt - telefon komórkowy szyfrujący, sprzedawany pod nazwą Xaos Gamma, który już trafił do sprzedaży w sieci komórkowej Orange. Zastosowany w nim algorytm szyfrujący jest wyjątkowo trudny do złamania, a zarazem na tyle szybki, że nawiązanie łączności następuje już po 1,5 sekundy.
Telefon został przetestowany przez  Wydział Teleinformatyki Centrum Obsługi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i w maju br. uzyskał bardzo pozytywną opinię, w której dyrektor ds. Informatyki i Telekomunikacji Centrum Obsługi KPRM napisał m.in. – „Nie wykluczamy w przyszłości zastosowania aparatów Xaos Gamma do przetwarzania informacji na poziomie zastrzeżone.”
Wspominam o tym, bo osiągnięcia Tech Lab 2000 zasługują na uwagę i świadczą, że mamy do czynienia z dynamiczną, rozwojową firmą i nowoczesną, a nawet pionierską technologią kryptograficzną. Jest to o tyle ważne, że chodzi o rodzimą firmę, a specjaliści w tej dziedzinie od lat twierdzą, że  jeśli polski rząd chce, by polskie tajemnice były bezpieczne, powinien przede wszystkim finansować narodowe badania i wdrożenia kryptograficzne.
Informacje o firmie świadczą również, że jej potencjał i osiągnięcia mają realną, ogromną wartość, a ewentualne przejęcie kontraktów Tech Lab lub jej technologii wiąże się z wielkimi zyskami.
Pojawia się w tym kontekście pytanie – jak mogło dojść do sytuacji, że tego rodzaju firma popadła w kłopoty finansowe i była zmuszona zawierać niekorzystne umowy, których konsekwencją jest obecna sytuacja i możliwość utraty profitów związanych z systemem Sylan?  Z przekazów medialnych możemy odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z lekkomyślnymi decyzjami biznesowymi, lub nawet nieudolnością  zarządu spółki. 
Żaden z dziennikarzy, przekazujących wiadomość o problemach Tech Lab 2000 nie zadał sobie trudu, by sprawdzić - jak w rzeczywistości wygląda sytuacja i co spowodowało, że firma stała się obiektem zainteresowania ABW. Jest to o tyle zaskakujące, że informacja zamieszczona na stronie internetowej spółki, zawarta w oświadczeniu jej zarządu, rzuca całkowicie inne światło na sprawę i nakazuje zweryfikować tezy pojawiające się w przekazach medialnych.
Istotą tej informacji wydaje się  następujące twierdzenie władz spółki Tech Lab 2000:
Widząc, iż działania ABW dążą do wyeliminowania systemu SYLAN z rynku w sposób całkowicie bezprawny, który nie tylko szkodzi działalności firmy TechLab 2000 jako spółki prawa handlowego, ale co najważniejsze stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa zarząd TechLab 2000 przedstawił Panu Premierowi szczegółową informację o sytuacji, w liście z dnia 23 października 2009 roku. Nasze pismo zostało potraktowana poważnie. Przed kilkoma dniami, 9 listopada 2009 roku, odbyliśmy w tej sprawie spotkanie z Sekretarzem Stanu w KPRM, Sekretarzem Kolegium ds. Służb Specjalnych Panem Jackiem Cichockim”.
Na jakiej podstawie, spółka formułuje tak poważny zarzut wobec służby pana Bondaryka? Znajdziemy w oświadczeniu  precyzyjne argumenty. Czytamy bowiem:
Najistotniejszym elementem sprawy jest nie to, iż doszło do transakcji pomiędzy TechLab 2000 i BIATEL opisanej w artykule pana Piotra Nisztora, opublikowanym 18 listopada br. w dzienniku Rzeczpospolita, lecz fakt, iż celowe działania prowadzone przez kierownictwo ABW zmusiły TechLab 2000 do podjęcia takiego kroku.
Na przestrzeni ostatnich 12 lat jako jedyna firma w Polsce TechLab 2000 certyfikował w ABW najwięcej, bo ponad 35 rozwiązań do ochrony informacji. TechLab 2000 opracował znacznie więcej podobnych rozwiązań. Jednak ze względu na całkowite zaniechanie w okresie ostatnich 2 lat certyfikacji zgłoszonych przez spółkę systemów, TechLab 2000 nie był w stanie wdrożyć ich do seryjnej produkcji i następnie sprzedaży, co pozostawiło firmę bez podstawowych źródeł utrzymania i pozbawiło możliwości dalszego rozwoju. Jednym z przykładów ilustrujących problem jest fakt, że w styczniu 2008 roku TechLab 2000 zgłosił do certyfikacji oczekiwany przez administrację publiczną szyfrujący telefon komórkowy Krypton. Odpowiednie badania nie zostały rozpoczęte do dzisiaj. Liczne interwencje zarządu TechLab 2000 w tej sprawie nie przyniosły oczekiwanego efektu a pismo z wnioskiem certyfikacyjnym wystosowane do ABW przez zarząd TechLab 2000 pozostało bez odpowiedzi.” (wytł.moje)
            Nietrudno zauważyć, że przedstawione przez zarząd firmy stanowisko, różni się znacząco od przekazu medialnego, a przede wszystkim wskazuje na zupełnie inną rolę ABW, niż wynika to z oficjalnych wypowiedzi Agencji.
Możemy je poznać z opublikowanego na dzień przed stanowiskiem zarządu Tech Lab 2000, komunikatu ABW. Informacji w nim niewiele, ale warto zacytować:
W związku z treścią artykułu autorstwa Piotra Nisztora pt. „Pożyczka pod tajny system”, który ukazał się w dzisiejszym wydaniu „Rzeczpospolitej”, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego informuje, że system niejawnej łączności rządowej jest w pełni bezpieczny, zaś służby odpowiedzialne za jego funkcjonowanie stale monitorują jego niezawodność i zdecydowanie reagują na potencjalne zagrożenia.
Zapewnienie bezpiecznej łączności najważniejszym osobom w państwie jest jednym z priorytetów Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom i potrzebom administracji państwowej w zakresie dysponowania mobilnym systemem do przekazywania informacji niejawnych, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wspólnie z MSWiA wdraża nowy, nowoczesny system łączności rządowej, w oparciu o polskie, narodowe rozwiązania kryptograficzne”.
Na ostatnie zdanie komunikatu ABW, zwraca uwagę zarząd Tech Lab i w nawiązaniu do niego stawia publicznie kilka ważnych pytań pod adresem Agencji:
Jakie są powody, dla których ABW nie uznało za stosowne wykorzystać gotowego od 2 lat telefonu komórkowego Krypton? Na podstawie jakich przesłanek ABW zdecydowała się wdrażać mobilny system komunikacji niejawnej nie współpracujący z wdrażanym od 2003 roku systemem łączności niejawnej na bazie SYLAN?
Skoro ABW dostrzega oczekiwania administracji państwowej, to dlaczego przez ostatnie dwa lata dokonał zaniechania oraz kiedy w istocie planuje wdrożenie zapowiadanego systemu? TechLab 2000 jest jedynym w Polsce producentem , który opracował i wdrożył szyfrujący telefon komórkowy, czy zatem ABW ma zamiar dokonać analogicznego opracowania od podstaw, czy też wejdzie w porozumienie z producentem zagranicznym? Wreszcie może Agencja planuje zrezygnować z bezpiecznej łączności GSM na rzecz systemu trunkingowego? Jak w takiej sytuacji przedstawia się koszt takiego projektu wobec rozwiązania gotowego oraz co z bezpieczną łącznością mobilną poza granicami kraju?”
            Ponieważ nie sądzę, by firma tej miary co Tech Lab 2000 formułowała pod adresem ABW ciężkie zarzuty o bezprawne działania, nie dysponując dostatecznymi dowodami – mamy do czynienia ze sprawą dużego kalibru, której warto poświęcić więcej uwagi, niż czynią to dotychczasowe medialne przekazy. Na kwestie dotyczące certyfikacji i rozszerzanych w tym zakresie uprawnień ABW zwracałem wielokrotnie uwagę. Obowiązujące procedury sprawiają, że Agencja może całkowicie dowolnie, praktycznie bez zewnętrznego nadzoru podejmować decyzje w kwestii dopuszczenia lub wykluczenia z obrotu określonych produktów, wymagających certyfikatów w zakresie ochrony kryptograficznej czy elektromagnetycznej.  To zaś, pozwala służbie pana Bondaryka mieć realny wpływ na wiele sektorów naszej gospodarki. Można bowiem przy pomocy certyfikatu wspierać konkretne firmy i ich rozwiązania, lub przeciwnie  - utrudniać im rozwój i poprzez odmowę lub zwłokę w procesie certyfikacji wpływać na przyszłość firmy. Udowodnienie takiego zamiaru jest praktycznie niemożliwe, skoro procedury certyfikacji nie podlegają kontroli, a całość postępowania objęta jest tajemnicą. Nie mamy żadnej możliwości, by prześledzić działania ABW w sprawie spółki Tech Lab – możemy zatem oprzeć się wyłącznie na oświadczeniu zarządu tej firmy i spróbować  dostrzec tło obecnej sytuacji.
Być może pozwoli to znaleźć odpowiedź na pytanie - czy w przypadku Tech Lab 2000 mamy do czynienia z zaniedbaniem i urzędniczą opieszałością ABW, czy też wolno w tej sprawie upatrywać celowych i świadomych działań – podejmowane ze szkodą dla określonej firmy i co najważniejsze – godzących w bezpieczeństwo państwa? Czy chodzi o pospolite niedbalstwo, czy też mamy do czynienia z czymś więcej - np. próbą wyeliminowania systemu Sylan i firmy Tech Lab 200- na rzecz innego podmiotu i innej technologii?
Takiej wersji wykluczać nie można – szczególnie od czasu, gdy w Raporcie z Weryfikacji WSI ujawniono treść poufnego dokumentu zatytułowanego „Przejęcie firmy za długi”, autorstwa radców prawnych .Czesława Dzemidoka i Marka Stejblisa. (aneks nr.21) Dowodzi on, że w arsenale działań służb specjalnych, przewiduje się również takie, które zmierzają do przejęcia (wchłonięcia) danej firmy przez jej wierzycieli, inwestorów, lub współwłaścicieli,  a służby korzystają z tego rodzaju metod, by realizować własne interesy. Tym bardziej możliwa wydaje się sytuacja, gdy w wyniku różnego rodzaju kombinacji, zachowując pozory legalności i naturalnych procesów gospodarczych doprowadza się określoną firmę do  takich zachowań, które można następnie wykorzystać przeciwko niej, na rzecz innego podmiotu, lub w interesie samych służb. Jest to tym bardziej możliwe, gdy w grę wchodzą ogromne pieniądze i nowoczesne technologie, a efektem działań może być uzyskanie kontroli nad dostępem do na najbardziej strzeżonych tajemnic państwowych.
Ważną wskazówką w sprawie Tech Lab 2000,  może się okazać historia firmy BIATEL .S.A., a w szczególności prześledzenie powiązań ludzi związanych z tą firmą i przedsięwzięć, w jakich BIATEL uczestniczył. Wiele bowiem wskazuje, że już raz spółka BIATEL stała się bohaterem w sprawie, w której służby i ich interesy odegrały istotną rolę.
To już jednak temat na kolejny tekst.

CDN....

piątek, 28 stycznia 2011

GAZOPORT. SPĘTANI PRZEZ NORD STREAM

Fikcja polityczna – jako gra pozorów i propagandy stanowi podstawowe osiągnięcie grupy rządzącej. To jednak, co w ciszy medialnej dokonano w zakresie pogrzebania bezpieczeństwa energetycznego, może pretendować do miana  szczytowego osiągnięcia rządu Donalda Tuska. I nie chodzi obecnie o fatalną dla Polski umowę gazową z Rosją, uzależniającą nas na dziesięciolecia od dostaw drogiego gazu jamalskiego.
Rosyjska strategia zakłada bowiem nie tylko narzucenie Polsce dyktatu energetycznego, ale również odcięcie nas od alternatywnych źródeł zaopatrzenia w surowce. Ten cel zostanie osiągnięty jeśli gazoport w Świnoujściu nie będzie mógł przyjmować zbiornikowców o zanurzeniu większym niż 13 metrów, a położony na dnie morskim niemiecki odcinek gazociągu Nord Stream zablokuje wejście do polskich portów statków o największym tonażu.
Na początku ubiegłego roku Federalny Urząd Żeglugi i Hydrografii (BSH) w Hamburgu wydał pozwolenie na położenie rur na dnie Bałtyku w miejscu, gdzie gazociąg będzie się krzyżował z drogą morską do portów w Szczecinie i Świnoujściu. Zgoda niemieckiego urzędu wywołała wiele kontrowersji i stała się przedmiotem licznych sporów i wypowiedzi. Położenie rury na dnie morskim grozi zablokowaniem wejścia do portu w Świnoujściu, a tym samym uniemożliwi ruch dużych tankowców. Pod znakiem zapytania stanęłaby wówczas rozbudowa portu, tak by przyjmował on statki o zanurzeniu 15m. Decyzja zagraża przede wszystkim planom budowy gazoportu, do którego ma być dostarczany gaz z Kataru, przewożony tankowcami wymagającymi toru wodnego o głębokości co najmniej 14,3 m.
Natychmiast po ukazaniu się tej informacji, posłowie PiS wezwali rząd Donalda Tuska, by odwołał się od decyzji Urzędu Żeglugi i Hydrografii oraz zwrócił się do strony niemieckiej o przedstawienie Polsce pełnej dokumentacji technicznej związanej z budową gazociągu. Ich zdaniem inwestycja zablokuje dostęp do portów w Świnoujściu i Szczecinie dla większych statków, które nie będą w stanie przepłynąć nad rurą. Co więcej – PiS twierdzi, że Gazociąg Północny zablokuje również powstanie będącego w fazie planów gazociągu z Danii do Polski, bowiem konieczność budowy skrzyżowania z Nord Stream spowoduje, że inwestycja stanie się nieopłacalna.
Doszło zatem do sytuacji, gdy dalsza budowa rosyjsko-niemieckiego gazociągu może skutecznie przekreślić polskie plany związane z dywersyfikacją dostaw gazu.
W październiku 2010 roku PiS zagroził członkom rządu Trybunałem Stanu, jeśli nie podejmą działań prowadzących do zmiany trasy Gazociągu Północnego. Wnioski dotyczyłyby szefa MSZ Radosława Sikorskiego, ministra skarbu Aleksandra Grada i ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka.
- „Jeżeli nie będzie reakcji w najbliższym czasie, jeżeli nie będzie determinacji pana premiera Donalda Tuska i ministrów jego rządu w sprawie walki z konsorcjum Nord Stream, w interesie rozwoju portu Szczecin - Świnoujście w perspektywie kolejnych miesięcy, kolejnych lat, to nie wykluczamy wniosku do Trybunału Stanu” – zapowiedział Joachim Brudziński.
PiS domagał się także, aby rząd niezwłocznie wystąpił do niemieckiego sądu z wnioskiem o tymczasowe wstrzymanie budowy gazociągu - do czasu rozstrzygnięcia sporu i postulował, by  przy użyciu polskiej dyplomacji i instrumentów prawnych wstrzymać prace dopuszczone przez Federalny Urząd Żeglugi i Hydrografii.
Obecna sytuacja wskazuje, że rząd Donalda Tuska nie uczynił nic w sprawie zablokowania niekorzystnej inwestycji, a losy gazoportu w Świnoujściu wydają się przesądzone. Grupa rządząca nie podjęła bowiem żadnych kroków prawnych w celu ochrony naszych interesów, cedując całą odpowiedzialność na Zarządy Morskich Portów Szczecin i Świnoujście. Gdy pod koniec 2010 roku konsorcjum Nord Stream ułożyło pierwszą nitkę Gazociągu Północnego na wysokości północnego podejścia do portu w Świnoujściu, jedyną reakcją było powołanie  wspólnie z Nord Stream „grupy roboczej” – mającej za zadanie zajęcie się sporem dotyczącym głębokości ułożenia gazociągu.
Grupie tej ze strony polskiej przewodzi Jarosław Siergiej –  do niedawna członek zarządu szczecińskiej PO, mianowany szefem polskich portów. Publikacje prasowe nazywają Siergieja „koszmarem portowców”, a portowcy  twierdzą, że „zarząd po kierownictwem członka PO jest najgorszym w historii tej struktury”. Wskazują przy tym, że „menadżerską praktykę Siergiej zdobywał na targowisku w Osinowie, handlując damską bielizną i że połączenie nabytych tam odruchów z brakiem kultury osobistej tworzy mieszankę zabójczą dla podwładnych i portów w Szczecinie i Świnoujściu. „
Przed kilkoma dniami Siergiej zabłysnął twierdzeniem, że choć „ułożono już pierwszą nitkę gazociągu północnego, ale rurę nadal można wkopać. Ewentualna decyzja zależy od dobrej woli konsorcjum Nord Stream”.
W takiej postawie nietrudno dostrzec ten sam wyraz bezsilności i infantylnej wiary, jaki towarzyszy całej politycznej fikcji obecnego rządu, budującego stosunki z sąsiadami na werbalnych deklaracjach i wymiernych, ekonomicznych stratach.
 Szef zarządu polskich portów nie ukrywa nawet, że nie dysponuje żadnymi narzędziami, by wymusić na konsorcjum uwzględnienie naszych interesów i zakopanie gazociągu na wymaganej głębokości. Siergiej powtarza zatem brednie o „możliwości wskazywania na korzyści takiego rozwiązania, czyli uniknięcie nieporozumień w przyszłości”.
 Stanowisko Nord Stream jest całkowicie jasne  i sprowadza się do  stwierdzenia, że „rurociąg na obecnej głębokości nie zakłóca wpływania do portu żadnemu statkowi oraz że nie ma żadnych dokumentów, które by wskazywały, że w przyszłości Świnoujście chce przyjmować statki o większym zanurzeniu. Dlatego - zdaniem konsorcjum – „nie ma powodu, by ponosić dodatkowe koszty". Finał tego rodzaju „negocjacji” nietrudno przewidzieć.  Zdaniem prezydenta Świnoujścia Janusza Żmurkiewicza, nie zadbano o interes naszych portów, a terminale przeładunku kontenerów i zainwestowane już w infrastrukturę portu miliony złotych, mogą okazać się stracone i  bezużyteczne.
Problem ze zmianą planów Nord Stream polega również  na tym, że lokalizacja gazociągu przebiega poza obszarem polskiej strefy ekonomicznej. Wiedziano o tym od stycznia 2008 roku, gdy strona polska została powiadomiona o zmianach lokalizacji.
Warto zauważyć, że ze „Sprawozdania ministra gospodarki z wyników nadzoru nad bezpieczeństwem zaopatrzenia w gaz ziemny za okres od dnia 1 kwietnia 2007 r. do dnia 31 grudnia 2008 r.”, w którym przedstawiono „Działania wobec projektu budowy gazociągu Nord Stream” wynika, iż jedynym stanowiskiem strony polskiej przekazanym wówczas konsorcjum Nord Stream, było to, wypracowane jeszcze przez rząd Jarosława Kaczyńskiego, a realnym działaniem w sprawie, (którym chwalił się minister Pawlak) było przyjęcie przez Parlament Europejski w lipcu 2008 roku petycji europosła PiS – u Marcina Libickiego, w której pojawiło się m.in. wezwanie do wstrzymania budowy gazociągu Nord Stream, ze względu na zagrożenia dla środowiska naturalnego.
Z informacji przekazanej w listopadzie 2009 roku przez „Nasz Dziennik” wynikało, że strona polska nigdy nie wnioskowała o zmianę koncepcji budowy gazociągu. O takich żądaniach nic nie wiedział koncern Nord Stream. Rzecznik prasowy spółki Steffen Ebert twierdził w rozmowie z gazetą, że w dokumentach, jakie firma otrzymała od niemieckiego biura wydawania zezwoleń, nie ma ani słowa o konieczności wkopywania rury w dno Bałtyku. O polskich żądaniach nic też nie wiedziało ministerstwo transportu Meklemburgii-Pomorza Przedniego, choć to właśnie ten urząd jest bezpośrednio odpowiedzialny za projekt Nord Stream.
Już wówczas było wiadomo, że oficjalne deklaracje rządowe o przyśpieszeniu budowy gazoportu w Świnoujściu oraz decyzje finansowe podejmowane w tej kwestii przez rząd Tuska, były propagandową mistyfikacją, mającą stworzyć pozory aktywności w obszarze dywersyfikacji dostaw energii.
Gdy zatem przed kilkoma dniami poinformowano, że pod koniec marca rozpoczną się prace związane z budową terminala LNG w Świnoujściu, a inwestycja o wartości 2,9 mld zł ma zostać ukończona w połowie 2014 r. – nie można tego komunikatu odebrać inaczej, jak kolejnej porcji „political fiction” służącej przykryciu faktycznej nieudolności grupy rządzącej.
Wobec realnej groźby zablokowania wejścia do polskich portów przez Nord Stream, tego rodzaju deklaracje mogą świadczyć nie tylko o marnotrawieniu ogromnych środków publicznych, ale też są wyrazem świadomych działań dezinformujących opinię społeczną.
Czy nie czas zatem, by partia opozycyjna wykazała konsekwencję i zgłosiła wniosek o postawienie przed Trybunałem Stanu ludzi odpowiedzialnych za wieloletnie zaniedbania i lekceważenie polskich interesów? W tej sprawie uzasadnienie wniosku do TS wydaje się szczególnie zrozumiałe. Jeśli nawet (jak należy sądzić) taki wniosek przepadnie, Polacy mają prawo wiedzieć, jak obecny rząd dba o ich bezpieczeństwo energetyczne i w czyim interesie pozwolił na zablokowanie polskich portów.



Artykuł opublikowany w Warszawskiej Gazecie

wtorek, 25 stycznia 2011

ZAMACH – CZYLI SEKWENCJE WYBORCZE PUTINA

Ilekroć Putin ubiegał się o prezydenturę, tylekroć wszczynał wojnę. Wygląda na to, że będzie się ubiegał o ponowny wybór, więc czuję niepokój” – stwierdził 30 września 2010 prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili.
To trafne spostrzeżenie przywódcy państwa otwarcie sprzeciwiającego się ekspansji „putinowskiej demokracji” warte jest głębszej refleksji. Spójrzmy zatem na fakty.
W sierpniu 1999 roku płk Putin, dzięki poparciu Anatolija Czubajsa i Borysa Bieriezowskiego został powołany na stanowisko premiera Rosji. Już wówczas upatrywano  w nim potencjalnego następcę Borysa Jelcyna. Zaledwie 3 lata wcześniej zakończyła się tzw. I wojna czeczeńska, w której zginęło 10 tys bojowników czeczeńskich i ponad 5 tys rosyjskich najeźdźców.
Po objęciu przez Putina stanowiska premiera niemal natychmiast nastąpiła seria krwawych zamachów, o które oskarżono „terrorystów czeczeńskich”:
- 4 września 1999 nastąpił wybuch samochodu pułapki pod blokiem dla wojskowych i ich rodzin w Bujnaksku w Dagestanie, zginęły 64 osoby,
- 9 września 1999 wybuch zniszczył dziewięciopiętrowy blok w południowo-wschodniej części Moskwy, zabijając co najmniej 93 osoby,
- 13 września 1999  identyczna eksplozja zniszczyła dom w południowej części Moskwy. Zginęło kilkadziesiąt osób,
- 16 września 1999 wybuchła bomba podłożona po dziewięciokondygnacyjny budynek mieszkalny w Wołgodońsku na południu Rosji, zabijając 18 osób i raniąc kilkadziesiąt.
Aleksander Litwinienko w książce „ FSB blows up Russia” twierdził, że zamachy terrorystyczne na budynki mieszkalne były przygotowane i przeprowadzone przez agentów FSB w celu zrzucenia odpowiedzialności na Czeczenów i uzyskania pretekstu do wznowienia wojny z Czeczenią oraz wzmocnienia szans płk  Putina w wyborach prezydenckich 2000 roku. Te same zarzuty pojawiły się w filmie dokumentalnym Andrieja Niekrasowa z 2007 „Bunt. Sprawa Litwinienki”. Natomiast w wyemitowanym przez niezależną telewizję ORT filmie „Disbelief” znalazły się m.in. relacje świadków, którzy w piwnicy domu mieszkalnego w Riazaniu znaleźli worki z materiałem wybuchowym, podłożone przez trzech agentów FSB. Agenci zostali schwytani, a następnie wypuszczeni po tym jak ogłoszono, że worki zawierały rzekomo niegroźny materiał i były podkładane w ramach ćwiczeń.
Zamachy bombowe dały premierowi Putionowi pretekst do rozpoczęcia  we wrześniu 1999 roku zmasowanych nalotów lotnictwa rosyjskiego na Czeczenię, a 1 października oddziały armii rosyjskiej przekroczyły granicę czeczeńską, rozpoczynając bezprzykładne w najnowszych dziejach świata ludobójstwo, zakończone eksterminacją ponad 250 tysięcy Czeczenów. Obwołany „obrońcą narodu rosyjskiego” Putin został w marcu 2000 roku wybrany na stanowisko głowy państwa. Wojna w Czeczenii i ogłoszone w lutym 2000 roku wielkie „zwycięstwo Rosji” stanowiło podstawowy element kampanii wyborczej Putina.  Tuż po jego wyborze, w kwietniu 2000 r. zakończono regularne działania bojowe, a wszystkie miasta i wsie czeczeńskie zostały obsadzone przez rosyjskich okupantów.
Sekwencję „zamachów  terrorystycznych” można ponownie dostrzec przed wyborami prezydenckimi w Rosji w roku 2004.
 - 5 lipca 2003  dwie samobójczynie wysadziły się u wejścia do kas sprzedających bilety na koncert rockowy odbywający się na moskiewskim lotnisku Tuszyno. Oprócz zamachowczyń śmierć poniosło 15 osób, a 59 zostały ranne,
- 9 grudnia 2003 w centrum Moskwy wysadziła się kobieta-zamachowiec powodując śmierć sześciu osób i raniąc kilkadziesiąt,
-         6 lutego 2004 wybuch w pociągu moskiewskiego metra zabił 41 osób i ranił ponad sto. Również w tym przypadku  aktu terrorystycznego dokonał zamachowiec-samobójca.
Charakterystyczną cechą tych tragicznych zdarzeń był fakt, że stanowiły dzieła terrorystów- samobójców, po których nie pozostał żaden ślad pozwalający na ustalenie sprawców i inspiratorów. 
Podczas kampanii wyborczej z roku 2004 Putin nawiązywał do zagrożenia „terroryzmem czeczeńskim”, powołując się na w/w zamachy i zapowiadając działania służb specjalnych w celu ochrony obywateli rosyjskich. 14 marca 2004 roku już w I turze został ponownie wybrany prezydentem, osiągając poparcie ponad 71 % wyborców.
Wielokrotnie już zwracano uwagę, że dokonywany od 2000 roku rozrost ogromnych uprawnień FSB odbywa się w Rosji pod hasłami „walki z terroryzmem”. Każdy zamach stanowił dla rządzących Rosją „siłowników” doskonały pretekst, by przyznać największej służbie specjalnej kolejne przywileje. Zdarzenia te uzasadniały również centralizację służb, prowadząc do stworzenia „koncepcji kułaka” – czyli zaciśnięcia wszystkich rodzajów służb wokół jednej struktury wzorowanej na sowieckim KGB.
Już przed trzema laty rozpoczęto w Rosji tworzenie ogromnej megabazy danych, nazywając ją "jednolitym systemem informacyjno-telekomunikacyjnym" (EITKS). Celem miała być walka z terroryzmem i zorganizowaną przestępczością. Program umożliwia natychmiastowy dostęp do wszelkiego rodzaju informacji o osobie (nagrania audio, video, zdjęcia, odciski palców, dane biometryczne, próbki tekstu) w dowolnym miejscu w kraju i określenie tożsamości na podstawie nawet cząstkowej informacji. Opozycja w Rosji alarmuje, że system ten, podobnie jak monitoring miejsc publicznych jest wykorzystywany do nadzoru nad społeczeństwem i walki z przeciwnikami politycznymi. Kolejnym krokiem było uzyskanie przez FSB pełnego dostępu do baz danych o klientach firm telekomunikacyjnych. Uchwalone w 2005 roku prawo zobowiązywało operatorów, aby na własny koszt zapewnili służbom specjalnym "na odległość" i przez całą dobę pełny dostęp do baz danych o klientach, bez potrzeby uzyskiwania sankcji sądowej. Pod lupą FSB znaleźli już wówczas rosyjscy dostawcy Internetu, a praktyka stosowania tej ustawy wskazuje, że służy ona do cenzurowania i nadzorowania przepływu informacji w Internecie. W ten sam zakres „walki z terroryzmem” wpisuje się jedno z najnowszych osiągnięć płk Putnia:  nowelizacja ustawy, na podstawie której FSB może dziś wezwać każdego obywatela, którego działania „stwarzają warunki lub tworzą przyczyny do popełnienia przestępstwa”. Obywatele, którzy nie podporządkują się poleceniu lub ostrzeżeniu FSB, będą podlegać karom grzywny lub aresztu do 15 dni. Zdaniem rządu FR, nowa ustawa przyczyni się do „bardziej efektywnej pracy służb podczas operacji antyterrorystycznych”. Przeciwnicy Putina uważają, że nowe uprawnienia pozwolą FSB zatrzymywać działaczy opozycji i niezależnych dziennikarzy, udaremniać demonstracje i protesty oraz przetrzymywać ludzi w areszcie bez wyroku sądu. Na podstawie uchwalonych przez Dumę przepisów, FSB może przesłuchiwać dziennikarzy i żądać od wydawców usunięcia wskazanych przez służbę tekstów. Nieposłuszeństwo będzie karane grzywną, a nawet więzieniem.
Prócz rozbudowy uprawnień FSB  „utonięcie” generała –majora Jurija Iwanowa zastępcy szefa GRU, „samobójstwa” gen. Czerwizowa - byłego szefa Federalnej Służby Ochrony, gen Nikołaja Timoszenki - szefa Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, śmierć głównego ekonomisty Gazpromu - Siergieja Kliuka, który miał zastrzelić się we własnym samochodzie czy prowokację zakończoną aresztowaniem pułkownika GRU Władimira Kwaczkowa.
Zdarzenia te potwierdzają, że putinowskie FSB zdobywa kolejne obszary władzy i umacnia wpływy, a sam pułkownik sowieckich służb chce wrócić do roli prezydenta Federacji. Ich wspólnym mianownikiem – poza stałym już konfliktem GRU-FSB-   jest również fakt, że dotyczą oficerów biorących udział w wojnach czeczeńskich i operacjach GRU, w czasie, gdy Putin był kolejno szefem FSB, premierem i prezydentem Rosji. Można jedynie przypuszczać, że niektórzy z „samobójców” posiadali rozległą wiedzę na temat tajnych operacji z okresu rządów Putina i podobnie jak Litwinienko zapłacili najwyższą cenę milczenia.
Prowokacja, zamach bombowy czy mord polityczny – nadal stanowią w „demokracji putinowskiej” uznane narzędzia sprawowania i zachowania władzy i są wykorzystywane w interesie rządzących Rosją „siłowików”. Jeśli już dziś można przypuszczać, że w roku 2012 Putin będzie chciał ponownie objąć stanowisko głowy państwa, warto zwrócić uwagę na kolejną sekwencję „zamachów terrorystycznych”:
 - 29 marca 2010 r. dwie samobójczynie wysadziły się w moskiewskim metrze, zabijając 39 i raniąc 102 osoby. Choć do zamachu przyznała się grupa czeczeńskiego przywódcy Doku Umarowa, nie ma pewności, że to on stał za zdarzeniem.
- 31 marca 2010 - w dwóch wybuchach, do których doszło w mieście Kizlar w Dagestanie na rosyjskim Kaukazie Północnym, zginęło 12 osób, a ponad 20 zostało rannych,
 - 9 września 2010 w samobójczym zamachu na największym targowisku Władykaukazu, stolicy Północnej Osetii zginęło 15 osób, prawie 150 zostało rannych,
 - 22 stycznia br. w centrum handlowym "Europa" w Ufie w południowo-zachodniej Rosji doszło do potężnej eksplozji, w wyniku której zginęły co najmniej 2 osoby, a kilkanaście zostało rannych. Niewykluczone, że przyczyną był zamach terrorystyczny.
O rosyjskiej metodzie „walki zamachami” niejedno mogą powiedzieć Gruzini. Na początku stycznia br.  wydany został przez Interpol międzynarodowy nakaz zatrzymania majora GRU  Jewgienija Borysowa, oskarżanego o przeprowadzenie kilku zamachów bombowych w Gruzji, od września do listopada 2010 roku.  Organy ścigania Gruzji oskarżają Borysowa o planowanie i przeprowadzenie ataków terrorystycznych.
           Warto podkreślić, że tłem wielu zdarzeń w dzisiejszej Rosji jest zaostrzający się konflikt na linii Miedwiediew – Putin. Wskażę jeden z aspektów tego konfliktu. Na początku 2010 roku Instytut Rozwoju Współczesnego (INSOR), rosyjski think tank uważany za zaplecze Dmitrija Miedwiediewa, stworzył w ramach raportu „Wizerunek Rosji XXI wieku. Obraz jutra, którego sobie życzymy" mapę integracji Rosji z NATO, zawierającą listę możliwych wariantów: wejście Rosji do NATO lub sojusz i oparcie współpracy na tzw. radzie koordynacyjnej. Pierwszym krokiem na drodze do zbliżenia miałoby być zreformowanie i rozbudowanie rady NATO – Rosja, która zdaniem ekspertów INSOR utknęła w martwym punkcie, a także skupienie się na konkretnych zagadnieniach, jak na przykład poszukiwanie sposobów uregulowania sytuacji w rejonie granicy afgańsko-tadżyckiej czy walka z terroryzmem.
Chociaż INSOR jest przedstawiany jako „mózg Miedwiediewa”, jego koncepcje są odbierane nie tyle jako stanowisko rosyjskiego prezydenta, ile jako próba zaprezentowania nowego spojrzenia na współpracę z Zachodem, które było nie do pomyślenia za prezydentury Władimira Putina. Raport INSOR zawierał szczegółowy plan modernizacji Rosji w najbliższych stu latach. Składały się na niego m.in. wolne wybory, rzeczywista konkurencja pomiędzy partiami, całkowity brak cenzury, modernizacja technologiczna gospodarki rosyjskiej, likwidacja MSW i FSB i budowa nowych, bardziej efektywnych służb. Nietrudno zrozumieć, że podsuwane Miedwiediewowi koncepcje, a szczególnie likwidacja FSB czy wstąpienie Rosji do NATO – nie mogły podobać się płk Putinowi i moskiewskim decydentom – „siłowikom”.
Trzeba zatem zauważyć, że zamach na moskiewskim lotnisku poprzedziło ważne politycznie zdarzenie. Podczas spotkania z przedstawicielem Federacji Rosyjskiej przy NATO Dmitrijem Rogozinem Miedwiediew zaapelował do NATO o "otwartą i jednoznaczną odpowiedź" w sprawie roli Rosji w systemie europejskiej tarczy antyrakietowej.
Prezydent Rosji postawił ultimatum: „Albo porozumiemy się z NATO na określonych zasadach i stworzymy wspólny system w celu realizacji zadań obrony przeciwrakietowej albo się nie porozumiemy i wtedy w przyszłości będziemy musieli podjąć cały szereg nieprzyjemnych decyzji dotyczących rozmieszczenia uderzeniowej grupy nuklearnych wojsk rakietowych”. Szantażowi towarzyszyło zapewnienie, że „Rosja tak czy owak albo wspólnie z NATO, albo osobno znajdzie należytą odpowiedź na istniejący obecnie problem".
Jak już zwracałem uwagę, rosyjska koncepcja „tarczy antyrakietowej” nad Europą sprowadza się do ustanowienia „sektorów odpowiedzialności” i podziału państw europejskich na strefy wpływów w taki sposób, by państwa Bloku Sowieckiego znalazły się ponownie w orbicie rosyjskiego  „parasola antyrakietowego”. Rosyjski projekt prowadzi de facto do rozbicia integralności sojuszu północnoatlantyckiego i powrotu do podziału Europy na strefy wpływów politycznych i militarnych.
Można się zastanawiać:  czy ostra retoryka Miedwiediewa nie ma za cel wymuszenie na Sojuszu Północnoatlantyckim podjęcia decyzji pozwalających na wzmocnienie pozycji prezydenta Rosji w konfrontacji z zagrożeniem, jakie miałoby wynikać z prezydentury Putina?  Tego rodzaju akcent można było odczytać już w niedawnym orędziu Miedwiediewa do Zgromadzenia Federalnego. Powiedział wówczas:
 Chcę powiedzieć wprost, że w najbliższym dziesięcioleciu czeka nas następująca alternatywa: albo osiągniemy zgodę w kwestii obrony przeciwrakietowej i uruchomimy pełnowartościowy mechanizm współpracy, albo też dojdzie do kolejnego etapu wyścigu zbrojeń”.
Ważnym skutkiem wczorajszego zamachu w Moskwie jest rezygnacja Miediwiewa z uczestnictwa w szczycie międzynarodowego forum gospodarczego w Davos, podczas którego miało dojść do spotkań z inwestorami i szefami spółek działających na rynku rosyjskim. Miediwiediew miał również omówić plany modernizacji gospodarki rosyjskiej, w tym najważniejszego projektu „Skołkowo” – „miasteczka innowacyjnego pod Moskwą”, w który wielomiliardowe inwestycje zapowiedziały już m.in. amerykańskie korporacje Cisco i Boeing, fińska Nokia, holenderska Philips, banki inwestycyjne Marill Lynch, Goldman & Sachs, czy niemiecki Deutsche Bank
Nie można zatem wykluczyć, że prócz wywołania pożądanych zachowań społecznych (gniew, lęk, brak poczucia bezpieczeństwa) w zamachu na moskiewskim lotnisku należy dostrzegać akt skierowany przeciwko Miedwiediewowi i jego polityce „modernizacji” Rosji i „współpracy” z NATO.
Nietrudno zrozumieć, że destabilizacja obecnej sytuacji doprowadzi do radykalizacji postaw społeczeństwa rosyjskiego i posłuży usprawiedliwieniu postulatów definitywnej rozprawy z „czarnymi” - „czeczeńskimi terrorystami”. To zaś wywoła potrzebę rządów silnej ręki i wykreuje „męża opatrznościowego” Putina, który już niejednokrotnie pokazał, że „w obronie bezpieczeństwa” nie cofnie się przed żadną wojną i zbrodnią. W ten scenariusz wpisują się niedawne wydarzenia w Moskwie, Petersburgu i Rostowie nad Donem, gdzie grupy nacjonalistów i pseudokibiców wszczynały zamieszki, domagając się „Rosji - dla Rosjan”, atakując przy tym „czarnych” – przybyszów z Kaukazu.
Tak spektakularny akt terroru pozwoli również na przeforsowanie dalszych działań legislacyjnych służących rozbudowie uprawnień FSB i przekona Rosjan, że każde ograniczenie (i tak skromnych) praw obywatelskich ma służyć „walce z terroryzmem”.
Niezależnie – czy miałoby dojść do kolejnej eksterminacji Czeczenów, czy też płk Putin zadowoli się tylko „dokręceniem śruby” opozycji i wszechwładzą rządów „siłowików” – zamach na lotnisku  Domodiedowo jest zdarzeniem, którego skutki mogą się okazać korzystne dla obecnego  premiera i pomogą mu w drodze do prezydentury. 

środa, 19 stycznia 2011

JAK ZDETONOWAĆ SMOLEŃSKĄ „BOMBĘ”?

Sekwencja zdarzeń związanych z opublikowaniem tzw. „raportu” MAK pozwala dostrzec wspólną grę prowadzoną przez polskich i rosyjskich decydentów. Poprzedziły ją dwa ważne wydarzenia: grudniowa wizyta grupy rosyjskich prokuratorów, na czele z Prokuratorem Generalnym FR Jurijem Czajką i podpisanie tzw. memorandum pomiędzy polską i rosyjską prokuraturą w sprawie „usprawnienia współpracy i przekazywania materiałów z prowadzonych postępowań” oraz późniejsza o dwa dni wizyta Dimitrija Miedwiediewa. To wówczas z ust prezydenta Rosji padła dyspozycja wyznaczająca kierunek ostatecznych rozstrzygnięć w kwestii „raportu”: "Nie dopuszczam możliwości, by w sprawie katastrofy smoleńskiej śledczy polscy i rosyjscy doszli do różnych ustaleń. Odpowiedzialni politycy, przywódcy struktur śledczych powinni wyjść z obiektywnych danych" - stwierdził Miedwiediew, sugerując konieczność interwencji polityków grupy rządzącej w ostateczny kształt ustaleń polskiej prokuratury.
Kilka dni wcześniej, Rosjanie przekazali Polsce projekt „raportu” MAK, zawierający 72 wnioski dotyczące przyczyn tragedii oraz siedem tzw. rekomendacji dla cywilnych służb lotniczych.
Zupełnie nieoczekiwanie, 17 grudnia 2010 roku, Donald Tusk poinformował w Brukseli, że projekt raportu MAK „jest bezdyskusyjnie nie do przyjęcia”. Zastrzegł jednocześnie, że nie może być mowy o żadnym „zwrocie w kontaktach polsko-rosyjskich”. Według Tuska, prezydent i premier Rosji nie byli zaskoczeni jego słowami. Z wytłumaczeniem słów polskiego premiera natychmiast pospieszyła propagandowa tuba Putina - "Komsomolskaja Prawda", pytając prowokacyjnie: „Co się stało z premierem Donaldem Tuskiem, którego zawsze uważano za wzór powściągliwości i zdrowego rozsądku wśród polskich polityków?”, podsuwając też gotową odpowiedź: - „Czyżby tak przestraszył się kolejnych oskarżeń pod swoim adresem ze strony brata zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego - Jarosława?". Włączenie PiS-u w kontekst deklaracji Tuska miało najwyraźniej sprawić wrażenie, jakoby polski premier uwzględniał stanowisko partii opozycyjnej w sprawie tragedii smoleńskiej.
W tym samym czasie mogliśmy usłyszeć, że Bronisław Komorowski uważa przyczynę katastrofy wykazaną w rosyjskim „raporcie” za „arcyboleśnie prostą”, co w zgodnej opinii komentatorów politycznych i opozycji zostało odebrane jako wystąpienie w interesie strony rosyjskiej. Znamienny był fakt, że wszelkie dywagacje na temat projektu „raportu” odbywały się w atmosferze całkowitej tajności tego dokumentu, co w zestawieniu z wcześniejszymi „wrzutkami” medialnymi i kontrolowanymi przeciekami stanowiło w polskich warunkach rzecz niezwykłą. Jednocześnie, poziom ogólności, w jakiej został wyrażony „sprzeciw” Tuska nie pozwalał  ocenić, w jakim zakresie podważa on ustalenia rosyjskie i co konkretnie zarzuca raportowi. Do świadomości Polaków miało jedynie dotrzeć, że premier rządu sprzeciwia się Rosjanom. Ten efekt wzmocniło wystąpienie ministra spraw wewnętrznych J.Millera z 30 grudnia, podczas którego usłyszeliśmy odważną deklarację, że „w momencie, kiedy strona rosyjska opublikuje swój raport, członkowie polskiej komisji przestaną milczeć i podzielą się z opinią publiczną swoimi uwagami.”
Już wówczas zarysowano wyraźną i fałszywą dychotomię prezydent-premier, sugerując, że mogą istnieć znaczące rozbieżności między postawą Komorowskiego, a Tuska.
Na tle wielomiesięcznej kampanii fałszowania rzeczywistości i budowania mitu polsko-rosyjskiego „pojednania” nietrudno dostrzec, że mamy do czynienia z propagandowym kamuflażem, służącym wprowadzeniu w błąd opinii publicznej. Już przed kilkoma miesiącami zwróciłem uwagę, że zagarnięcie pełni władzy przez grupę rządzącą pozwoli na rozgrywanie istotnych dla Polski spraw poprzez zastosowanie najskuteczniejszej strategii dezinformacji, zwanej „strategią nożyczek”. Pisał o niej obszernie Anatolij Golicyn w kontekście prowadzonej przez Związek Sowiecki i Chiny podwójnej polityki zagranicznej, w ścisłym wzajemnym skoordynowaniu, utajonym przed Zachodem i nigdy przezeń nierozpoznanym. Rolę wykonawców strategii powierza się zwykle ośrodkom propagandy medialnej i rozmaitej agenturze wpływu, a koordynację działań ludziom służb specjalnych.
Podporządkowanie podstawowych celów polskiej polityki interesom rosyjskim, pozwala na stosowanie „strategii nożyczek” również w naszych realiach. Mając w ręku wszystkie najważniejsze narzędzia władzy, grupa rządząca nie może forsować obrazu monolitu - niekorzystnego ze względów wizerunkowych, który ponadto mógłby zostać wykorzystany przez opozycję do rozliczania z wyborczych obietnic i rzeczywistych osiągnięć. Taki obraz nie jest też potrzebny Rosji, pragnącej przekonać opinię światową, że czasy państw satelickich i władzy monopartii odeszły w przeszłość, a decyzje podejmowane w Warszawie są wyrazem mechanizmów politycznych i reguł demokracji.
O wiele korzystniejsze jest stworzenie przekazu o dwóch niezależnych, a czasem skonfliktowanych ośrodkach oraz generowanie rzekomych sporów. Pozwala to na prowadzenie pozorowanej gry „dobra” ze „złem”, zapewnia osłonę dla przeprowadzenia niepopularnych decyzji, wzmacnia efekty propagandowe, szczególnie w zakresie symulowanej demokracji i  rzekomego pluralizmu. Opinia publiczna jest przekonana, że ma do czynienia z naturalnymi procesami demokracji i ścieraniem różnych poglądów. Efekt końcowy tych działań jest zawsze korzystny dla interesów grupy rządzącej, a globalny - dla Rosjan.
Dlatego w niemal wszystkich obszarach aktywności obecnego układu, należy spodziewać się propagandowych gier w ramach „strategii nożyczek”. Dotyczy to również relacji Putin-Tusk. Fakt, że partia opozycyjna i niemal wszyscy „analitycy” sceny politycznej nie przyjmują do wiadomości istnienia takiej strategii, jest dostatecznie dobrym powodem, by uczynić z niej skuteczne narzędzie.
Z tego punku widzenia, najważniejszym obecnie zadaniem jest utrzymanie władzy politycznej przez środowisko PO i rozładowanie gęstniejącej atmosfery wokół tragedii smoleńskiej. Konsekwentne działania parlamentarnego zespołu PiS, w tym podejmowane na forum międzynarodowym doprowadziły do sytuacji, gdy nie można dłużej lansować fałszywych tez rosyjskich. Utrzymywanie obecnego stanu, gdy niemal codziennie ujawniane są nowe okoliczności zadające kłam rosyjskim insynuacjom, mogło doprowadzić do  odrzucenia putinowskich prawd, nawet przez najmniej wybrednych konsumentów TVN-u i Gazety Wyborczej. Sprawa mogła też wzbudzić żywe zainteresowanie opinii międzynarodowej.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że grupa rządząca doskonale wiedziała o dacie publikacji „raportu”. Zadbano nawet o właściwy efekt PR-owski, wysyłając wcześniej Donalda Tuska na „zasłużony wypoczynek”, a Bronisława Komorowskiego na „dyplomatyczne L4”. Dramaturgię zdarzeń uzupełniono więc o nagły powrót Tuska z Dolomitów -  tylko po to, by premier uznał „raport MAK za niekompletny” i  zapowiedział „rozmowy z Rosją o ustalenia wspólnej wersji” oraz heroiczne wystąpienie prezydenta, który gnębiony chorobą zdobył się na „pełne poparcie stanowiska zajętego przez polski rząd”.   
Prawdziwy stosunek wobec rosyjskiego „raportu” wyznaczają zdarzenia incydentalne w odbiorze społecznym: natychmiastowy powrót Tuska na „zasłużony wypoczynek” i decyzja marszałka Schetyny o odłożeniu sejmowej debaty nad polskim stanowiskiem na bliżej nieokreślony termin.
To sensowne decyzje, bo od chwili rosyjskiej publikacji, czas jest sprzymierzeńcem grupy rządzącej, a świadomość końcowego efektu pozwala zachować spokój głównym graczom.
Po pierwsze zatem: publikacja „raportu” MAK jest działaniem wyprzedzającym potencjalne zagrożenia. Świadczy o tym nie tyko kontekst sytuacyjny, ale przede wszystkim obecność tez, które w sposób oczywisty musiały spotkać się ze społecznym sprzeciwem. Głownie chodzi o bulwersującą dezinformację o obecności alkoholu w krwi gen. Andrzeja Błasika. Nie została ona zamieszczona bez powodu. Podobnie, jak w licytacjach biznesowych – tak w tej kwestii wyznaczono na początek poziom nierealny, który w następstwie dwustronnych negocjacji może zostać obniżony do „ceny” akceptowalnej. Rezygnacja Rosjan z tego rodzaju stwierdzeń pozwoli uznać, że osiągnięto efekt maksymalny.
W zakresie działań wyprzedzających leży też „modyfikacja motywu” – czyli wytworzenie w świadomości społecznej przeświadczenia, że zachowania grupy rządzącej tuż po 10 kwietnia były wyrazem nieudolności, braku doświadczenia, a w najgorszym wypadku tchórzostwa ludzi z ekipy Donalda Tuska. Operacja „modyfikacji motywu”, dokonana przy wsparciu ośrodków propagandy i zadaniowanej agentury pozwoli na ukrycie rzeczywistych motywacji grupy rządzącej, a w szczególności ich roli wspólników i zakładników kłamstwa smoleńskiego. Dokonana w atmosferze „konstruktywnej krytyki” konwersja zdrady na tchórzostwo, a współuczestnictwa na indolencję posłuży budowie bardziej trwałego i  trudniej wykrywalnego oszustwa. Publiczne roztrząsanie tez obecnych w putinowskim „raporcie” i „zdecydowane, odważne działania strony polskiej” doprowadzą w rezultacie do wypracowania nowego, uznanego przez wszystkich konsensusu.
Po wtóre: rosyjską „bombę” w sprawie ustaleń okoliczności tragedii smoleńskiej zdetonowano w najbardziej optymalnym terminie, czyli w bezpiecznej odległości od jesiennych wyborów parlamentarnych. Ta data wyznacza prawdziwą cezurę wszelkich zachowań rządu Donalda Tuska  i implikuje wspólną z Rosjanami strategię.
Zakończenie rosyjskich „śledztw” (15 stycznia poinformowano, że również putinowska komisja ds. zbadania katastrofy smoleńskiej zakończyła pracę) na 10 miesięcy przed planowanymi wyborami pozwoli na „rozbrojenie” problemów, jakie dla rządzącego układu może nieść ujawnienie prawdziwych okoliczności zdarzeń z 10 kwietnia. W tym celu zamierza się wykorzystać dwa uwarunkowania.
Najbliższe dni i tygodnie upłyną zatem pod znakiem ożywionej, publicznej dyskusji na temat rosyjskiego „dzieła” i zapowiedzianego już tzw. polskiego raportu, który (jak wiemy) ma okazać się zbieżny z tezami Rosjan. Pozwoli to na medialne skanalizowanie wątków sprawy , poprzez wypunktowanie rzeczy drugorzędnych - po to, by zasłoną milczenia przykryć faktyczne przyczyny tragedii. Dyskusja poddana kontroli głównych ośrodków propagandy, moderowana przez „ekspertów” i publicystów doprowadzi do powolnego wygaszania zainteresowania społecznego sprawą smoleńską. Ten naturalny proces „zmęczenia” tematem, zostanie wykorzystany dla uzyskania efektu całkowitej obojętności części społeczeństwa i pozwoli na implantację tez zgodnych z intencjami decydentów.
Na tym jednak nie kończy się rejestr korzyści.
W ramach tuskowej deklaracji, iż „chcemy wspólnego raportu z Rosją”, może nastąpić weryfikacja stanowiska Rosji o punkty wyznaczające ewentualną winę strony rosyjskiej. Mam na myśli pewne ustępstwa w kwestii odpowiedzialności niektórych kontrolerów lotniska w Siewiernym, poprzez „uwzględnienie uwag strony polskiej”. Wystarczy uznanie, że błędem było udzielenie pozwolenia na lądowanie Tu-154 lub nie zamknięcie lotniska z powodu fatalnej pogody.
Nie trzeba wyjaśniać, jak tego rodzaju zdarzenie zostanie wykorzystane przez rządowe media. Niewykluczone, że dla wzmocnienia efektu propagandowego zastosuje się klasyczne posunięcie w ramach „strategii nożyczek” i zwycięstwo Tuska przedstawi w opozycji do zależnej (pasywnej) wobec Rosjan postawy Bronisława Komorowskiego. Można też obdzielić prezydenta dobrodziejstwami wynikającymi z tej strategii i wykazać, że do zmiany stanowiska rosyjskiego doprowadziły mądre działania „męża stanu”, podejmowane przez Komorowskiego. Dzisiejsza, niezagrożona pozycja prezydenta pozwala jednak obstawiać „grę na konflikt”.
Kampania propagandowa prowadzona w bliskości wyborów parlamentarnych wykreowałaby Donalda Tuska na „bohatera narodowego”, tego co się „Putinowi nie kłania” i znacząco zaważyła na wyniku wyborczym, dezinformując znaczną część społeczeństwa. Któż bowiem, po tak spektakularnej wiktorii ośmielałby się wątpić w patriotyzm i zaangażowanie polityka PO, jako obrońcy polskiego interesu?
Ewentualne „straty” Rosjan z tytułu „błędu kontrolera” nie wydają się znaczące. Przede wszystkim, zostaną zrekompensowane efektami propagandowymi (również na arenie międzynarodowej) potwierdzając „dobrą wolę” i „otwarcie” Rosjan, co w połączeniu z zachowaniem wpływów na grupę rządzącą w Polsce pozwoli na kontynuację dotychczasowej polityki ekspansji.
Warto podkreślić, że wspólna tuskowo-putinowska operacja może doprowadzić do zneutralizowania i zmarginalizowania obecnej roli PiS-u, jako „strażnika” sprawy Smoleńska. Przejęcie przez grupę rządzącą inicjatywy w ustaleniach z Rosją i rzekome poszukiwania prawdziwych przyczyn tragedii, zakończone niebywałym „sukcesem” w stosunkach polsko-rosyjskich, doprowadzi do wytrącenia z rąk przedstawicieli partii opozycyjnej szeregu argumentów i zepchnie ich na marginalną pozycję rzeczników „teorii spiskowych”. Krytyka „raportu” w wykonaniu funkcyjnych mediów i polityków z grupy rządzącej ma ten sam cel – uwiarygodnienia ich w oczach opinii publicznej i przygotowania mocnej pozycji przed nadchodzącymi wyborami.
Już dziś można obserwować, że politycy opozycji i niektóre środowiska „prawicowe” włączają się w tuskowo-putinowską grę i koncentrują głównie na tezach „raportu” MAK, traktując go jako materiał do wykazania nieudolności i błędnych decyzji rządu.  Wygrana batalia Tuska pozbawi nawet ten argument cech wiarygodności i znacząco ograniczy możliwość wysunięcia innych, poważniejszych zarzutów. Wskazanie zaś na „błędy kontrolera” i skanalizowanie dalszej dyskusji nad przyczynami tragedii na wątkach bezpiecznych dla rządzących  wytrąci politykom opozycji możliwość dowodzenia, iż mieliśmy do czynienia z celowym działaniem Rosjan lub z zamachem. Wobec efektu społecznego uzyskanego w grze propagandowej – takie zarzuty zostaną łatwo zdezawuowane i uznane za niedorzeczne.  Ponownie można użyć analogii z zasadami negocjacji biznesowych i wskazać na sytuację, gdy przedwczesne przyjęcie oferty przeciwnika i podjęcie gry na jego warunkach uniemożliwia uzyskanie maksymalnego rezultatu.
Można również obserwować, w jaki sposób cele wspólnej strategii znajdują wsparcie w publikacjach prasy rosyjskiej. Oto "Rossijskaja Gazieta", nawiązując do wystąpienia Donalda Tuska, poświęconego „raportowi” MAK stwierdza, iż „oceny rosyjskich analiz mogą zmienić układ sił na polskiej scenie politycznej”. W opinii tej gazety polski premier znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. "Głównymi adresatami jego wczorajszych oświadczeń nie są Rosjanie" – zauważa „RG”  i wyjaśnia, że "jesienią w Polsce odbędą się wybory parlamentarne, które zadecydują o tym, czy Tusk i jego partia Platforma Obywatelska pozostaną u władzy". Zdaniem gazety, polskie oceny raportu mogą wpłynąć na wynik nadchodzących wyborów, w których "podstawowymi rywalami partii Tuska jest Jarosław Kaczyński i jego partia Prawo i Sprawiedliwość”. Według organu prasowego rosyjskiego rządu, "w kampanii wyborczej Kaczyński nie ma niczego, co mógłby przeciwstawić Tuskowi, a na powierzchni utrzymuje się tylko za sprawą tragedii smoleńskiej.” Podsumowując sytuację dziennik dzieli się jakże chwytliwą myślą, iż: „w tym sensie raport MAK jest dla przywódcy PiS darem losu, stwarza możliwość krytykowania urzędującego premiera".
Zadziwiające, że tak wielu polityków opozycji i publicystów uwierzyło w „łatwą” sposobność, jaką „raport” Putina  daje w zakresie krytyki układu rządzącego i nie chce dostrzec przemyślnie zastawionej pułapki. Postrzeganie tego dokumentu w kategoriach „koła ratunkowego”, może zakończyć się katastrofą i pogrzebaniem szans PiS-u.
Nie wydaje się, by publikacja rosyjskiego „raportu” godziła w obecny układ rządzący lub miała zagrozić pozycji Tuska i doprowadzić do zmian na polskiej scenie politycznej. Podstawowym argumentem przeciwko takiej tezie jest fakt, że nie ma na niej żadnej innej siły, która w czasie pozostałym do wyborów parlamentarnych mogłaby zastąpić Platformę. Nie ma jej również w samej partii władzy. Próby tworzenia koncesjonowanej opozycji (PJN) czy partii prezydenckiej (Palikot) są dopiero w fazie wstępnej i nie dają Rosjanom gwarancji wygranej. Tymczasem, z punktu widzenia interesów Putina, szykującego się na kadencję prezydencką obecność Polski w strefie wpływów rosyjskich jest niezbędnym warunkiem powodzenia polityki Kremla wobec Europy. Tylko obecna „partia rosyjska” w Polsce i rządy PO mogą zabezpieczyć powodzenie planów pułkownika KGB.  Można na decyzje Kremla patrzeć w perspektywie dyscyplinowania grupy rządzącej lub upatrywać w nich rodzaj „testu lojalności”. Byłaby to jednak dość ryzykowna gra, zważywszy na zdarzenia nieprzewidywalne, mogące w rezultacie doprowadzić do obalenia rządu Tuska lub ujawnienia rzeczywistych sprawców pułapki smoleńskiej.
Oczywistym efektem podważenia pozycji układu rządzącego, szczególnie w kwestii tak ważkiej jak sprawa tragedii z 10 kwietnia, mogłoby być tylko zwycięstwo PiS-u w nadchodzących wyborach. Na to płk Putin nie może sobie pozwolić. Przedstawiony powyżej scenariusz, daje zatem gwarancję kontrolowanego zdetonowania „bomby” smoleńskiej i ma zapewnić zwycięstwo wspólnej strategii.


Artykuł opublikowany w „Gazecie Polskiej” 3/2011