Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

sobota, 25 grudnia 2010

BÓG SIĘ RODZI, MOC TRUCHLEJE ...

"Wielka tajemnica Bożego samouniżenia, dzieło odkupienia rozpoczynające się w słabości — ta prawda nie jest łatwa. Zbawiciel narodził się w nocy — w ciemności, w ciszy i ubóstwie betlejemskiej groty. Żłóbek Jezusa leży zawsze w cieniu krzyża. Milczenie i mrok betlejemskich narodzin zlewają się w jedno z mrokiem i cierpieniem śmierci na Kalwarii. Żłóbek i krzyż należą do tej samej tajemnicy odkupieńczej miłości; ciało, które Maryja złożyła w żłobie, jest tym samym ciałem, które zostało złożone w ofierze na krzyżu."
Jan Paweł II - Betlejem 2000

Ta prawda nie jest łatwa. Nie jest łatwa, bo radość Betlejemskiej Nocy jest nierozerwalnie związana z żalem Wielkiego Piątku. Dlatego sens naszej wiary w zwycięstwo dobra nad złem wynika z pokornego przyjęcia Bożej Tajemnicy - śmierci i narodzin. U jej kresu zawsze jest Życie, bo odkąd On przyszedł moc została pokonana.
Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog – znanym i nieznanym Przyjaciołom – życzę radości z przeżywania Tajemnicy Bożego Narodzenia, pokoju w sercu, ducha nadziei i światła wiary. I odwagi, by przyjąć prawdę.
Błogosławionych Świąt i Szczęśliwego Nowego -2011 Roku.

Aleksander Ścios

wtorek, 21 grudnia 2010

KOCIOŁ PUTINA

Co się stało z premierem Donaldem Tuskiem, którego zawsze uważano za wzór powściągliwości i zdrowego rozsądku wśród polskich polityków?" – pyta dzisiejsza "Komsomolskaja Prawda" i podsuwa czytelnikom intrygującą odpowiedź:  „Czyżby tak przestraszył się kolejnych oskarżeń pod swoim adresem ze strony brata zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego - Jarosława?"
W tym samym czasie inna rosyjska gazeta - "Izwiestija" zauważyła że "na gruncie smoleńskiej tragedii w Polsce powstały najbardziej nieprawdopodobne wersje spiskowe". By nie pozostawiać wątpliwości, kto rozpowszechnia szkodliwe teorie gazeta precyzuje: "Do wyborców aktywnie próbuje je donieść partia Prawo i Sprawiedliwość, której lider Jarosław Kaczyński stracił brata-bliźniaka. Rządzącą Platformę Obywatelską oskarża on otwarcie o zdradę interesów narodowych".
W rosyjskich warunkach, tego rodzaju wystąpienia najważniejszych ośrodków propagandy ("Komsomolskaja Prawda" jest tubą Putina, „Izwiestia” organem Gazpromu) nie są oczywiście dziełem przypadku ani wynikiem dziennikarskiej refleksji, zaś zawarty w artykułach przekaz powinien być odebrany jako stanowisko Kremla. Również dlatego, że znajdujemy w nim te wszystkie elementy, które od wielu miesięcy wyznaczają strategię działania  władz rosyjskich wobec grupy rządzącej. Warto na słowa umieszczone w rosyjskich gazetach zwrócić uwagę, bo ich ciężar znacząco zaważył na skuteczności działań zmierzających do pułapki smoleńskiej oraz sposobie prowadzenia „polskiego śledztwa” w sprawie katastrofy.
Nie jest to strategia nazbyt skomplikowana, a o jej podstawach pisałem już wielokrotnie. Nieczęsto jednak  się zdarza, by Rosjanie w sposób tak spektakularny wskazywali na zasadniczy  składnik wielopiętrowej konstrukcji, na której opiera się władza układu rządzącego Polską.
Zbudowano go od dnia przegranych przez PO wyborów parlamentarnych, w roku 2005, po porażce Donalda Tuska w wyborach prezydenckich. To wówczas, podstawowym czynnikiem integrującym środowisko Platformy stała się nienawiść do wszystkiego co związane z partią Kaczyńskich. Ludzie PO żyjący w ideowej pustce musieli znaleźć formułę, która pozwoliłaby im dotrzeć do społeczeństwa. Ponieważ nie byli w stanie przedstawić koncepcji pozytywnej, pozostało odwołanie się do negatywnych skojarzeń i najniższych instynktów, tworzenie fałszywych obrazów, irracjonalnych fobii i lęków. Na nich zbudowano „pozycję startową” Platformy Obywatelskiej, wmawiając społeczeństwu, że wybór Tuska i spółki uchroni Polaków przed straszliwą katastrofą „kaczyzmu”. Okres rządów PiS - głównie dzięki pracy ośrodków propagandy, upłynął na pogłębieniu tych lęków. Pojawił się również nowy, groźny dla establishmentu element, wywołany obnażeniem i częściową likwidacją układu środowiskowego WSI. Wielu polityków PO, biznesmenów, dziennikarzy i ludzi życia publicznego odczuło zagrożenie możliwością ujawnienia ich kontaktów i interesów prowadzonych pod dyktando wojskowej bezpieki. Naturalną reakcją był kolejny wybuch kampanii nienawiści, pomówień i kłamstw. Wkrótce też, nagromadzenie pod szyldem Platformy wszelkiego rodzaju renegatów, frustratów oraz „skrzywdzonej” rządami PiS-u agentury uczyniło z tego środowiska prawdziwy skansen agresywnych, twardogłowych typów złączonych wspólną nienawiścią i żądzą odwetu.
Zwiastunem późniejszych działań były słowa politycznego reprezentanta tego środowiska - Bronisława Komorowskiego z kwietnia 2007 roku, gdy padła wyraźna zapowiedź: „po zmianie władzy rozliczymy za raport o WSI”.
Zwycięstwo wyborcze z roku 2007 otworzyło przed obecnym układem drogę do zagarnięcia jak największych obszarów władzy. Rosja powitała je słowami przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Rady FR senatora Michaiła Margielowa: „Problemów w stosunkach rosyjsko-polskich przy Jarosławie Kaczyńskim nagromadziło się wiele, a ich likwidacja będzie wymagać czasu”.
Fakt, iż aneksję rozpoczęto od służb specjalnych wskazuje na rzeczywiste mechanizmy rządzące III RP. Szybko postępująca bondaryzacja sprawiła, iż model funkcjonowania służb specjalnych – jako „zbrojnego ramienia” grupy rządzącej oraz wspornika gwarantującego nienaruszalność jej interesów stał się „podstawą programową” ekipy Donalda Tuska. Jednocześnie zadbano o przywrócenie wpływów „rosyjskiego peryskopu” -  ludzi zlikwidowanych WSI oraz reaktywację układu stworzonego przez to środowisko.
Oparcie koncepcji istnienia Platformy na antynomii do PiS-u i nienawiści do uosabiających ideę IV RP braci Kaczyńskich, musiało prowadzić do świadomego niszczenia i dezintegracji struktur państwa, do zrywania więzów społecznych , brutalizacji języka politycznego, tworzenia trwałych i coraz głębszych podziałów, do walki z prawdą historyczną i propagowania zachowań antypaństwowych i amoralnych. Forsowano każdą brednię i niegodziwość, byle zbudować nieprzekraczalny mur między Polakami. Walczono ze  wszystkim, co mogło się kojarzyć z ideą budowania silnego i suwerennego państwa. Czy Rosja mogła nie wykorzystać tej sytuacji?
Bezpośrednim obrazem zabójczej koncepcji były ciągłe ataki na osobę Lecha Kaczyńskiego, ignorowanie jego pozycji i projektów politycznych, spory o reprezentacje i stanowiska. Towarzysząca im medialna kampania oszczerstw i nienawiści wzbudzała w Polakach najniższe instynkty i generowała antypaństwowe postawy. Jej kwintesencją będą ponownie słowa Bronisława Komorowskiego z 13 listopada 2009 roku: „ Póki jest ten prezydent, nie da się dobrze rządzić” i wypowiedziane na trzy miesiące przed smoleńską tragedią życzenie „chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego”.
Na czym więc putinowska Rosja mogła oprzeć strategię podporządkowania  III RP, jeśli nie na grze antypisowską histerią i na kogo mogła postawić, jeśli nie na marionetki owładnięte nienawiścią do Prezydenta? Co mocniej mogło zintegrować interesy płk Putina z intencjami grupy rządzącej, niż obawa przed skuteczną polityką Lecha Kaczyńskiego i lęk przed utratą władzy na rzecz PiS-u?  Wykorzystanie gotowego schematu, na którym opierało się życie publiczne „elit” III RP było najprostszym i wręcz genialnym posunięciem kremlowskich strategów. Rozgrywanie przez Rosję politycznych antynomii i sporów  pozwoliło na rozbicie najważniejszych dla Polaków uroczystości katyńskich i doprowadziło do zamknięcia w jednym samolocie – pułapce osób, których działalność i wizja Polski stały na przeszkodzie zamysłom Kremla, mogły je opóźnić lub zniweczyć.
Konsekwencja tej strategii była szczególnie widoczna po katastrofie smoleńskiej, gdy polskojęzyczne ośrodki propagandy przyjęły wszystkie dezinformacyjne tezy Moskwy i bez wahania sięgnęły po paraliżującą retorykę kłamstw. Bez trudności wmówiono Polakom, jakoby prawda o śmierci naszych rodaków miała być groźna dla spokoju społecznego, zagrażać „debacie publicznej”, nieść zło i konflikty. Uprawnioną i konieczną w każdej demokracji krytykę rządzących sprowadzono do „złych emocji”, „gry tragedią” lub przekraczania „cienkiej, czerwonej linii”. To, co w każdym państwie należy do zakresu niezbywalnych praw obywateli nazwano „politycznym awanturnictwem” i okrzyknięto zagrożeniem dla spokoju społecznego. Zatryumfowały kazuistyczne tezy, jakoby żądanie wyjaśnienia tragedii miało prowadzić do „wojny” i „pogorszenia stosunków z Rosją”, było „błędną strategią” i „eskalacją konfliktów” ,a domaganie się prawdy stwarzało zagrożenia dla państwa lub stanowiło przejaw „politycznych obsesji”. Przeciwstawianie „mądrej” polityki PO „awanturnictwu” Kaczyńskich było aż nadto widocznym motywem rosyjskiej propagandy. Po wyborze Komorowskiego na prezydenta szef komisji spraw zagranicznych rosyjskiej Dumy Konstantin Kosaczow mógł powiedzieć: „Z Polską, gdzie prezydentem jest pan Komorowski, a rządem kieruje pan (Donald) Tusk, będzie się nam udawać, jak sądzę, znajdować punkty styczne i porozumienie znacznie bardziej konsekwentnie i konstruktywnie niż działo się to dotychczas w warunkach stałego współzawodnictwa prezydenta i rządu.”
Rosja nie zaprzestała gry antypisowską kartą. Wszystkie brednie rozpowszechniane przez polityków PO i tzw. media  znajdują swoje korzenie w rosyjskich inspiracjach. Już 22 kwietnia br. deputowany do Dumy Państwowej Siergiej Markow wyraził w "Komsomolskiej Prawdzie" obawę że „Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdyby zdecydował się kandydować, pomogłaby fala współczucia w związku ze śmiercią brata”. Dlatego Markow uznał, że „katastrofa pod Smoleńskiem i tragedia katyńska będą wykorzystane w kampanii wyborczej, co po raz kolejny nastroi zwykłych Polaków przeciwko Rosji i ochłodzi dwustronne relacje”. O rusofobii Kaczyńskiego ostrzegała w maju "Wremia Nowostiej”, gdy w relacji z inauguracji kampanii wyborczej lidera PiS napisano, iż „stronnicy Jarosława Kaczyńskiego znów krytykują Rosję”. Nie zabrakło też oceny działań sztabu wyborczego: "wizerunek nieprzejednanego i konfliktowego Jarosława Kaczyńskiego jego sztab w pocie czoła próbuje zmienić, a jako początkową datę metamorfozy patrona podaje tragedię 10 kwietnia.”
We wrześniu ta sama "Wriemia Nowostiej" upewniła „polskich przyjaciół”, że "opozycja upolitycznia tragedię pod Smoleńskiem". Zdaniem gazety, za "rozważaniami lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego na temat przyczyn katastrofy Tu-154M kryją się polityczne pobudki i emocje". Poinformowano również, że  "działania rządu Polski po tragedii Jarosław Kaczyński określił jako skandal, pełną kapitulację i serwilizm wobec Moskwy".
Gdy toczył się spór o obecność krzyża na Krakowskim Przedmieściu, "Wriemia Nowostiej" natychmiast wyjaśniły jego genezę - ”Katastrofa smoleńska podzieliła Polaków na dwa wrogie obozy: jedni chcą położenia kresu dochodzącej do szaleństwa permanentnej żałoby, inni podgrzewają rozbieżności, wykorzystując do tego religijne symbole”. Powołanie przez PiS parlamentarnego zespołu ds. zbadania tragedii z 10 kwietnia również spotkało się z odpowiednią wykładnią rosyjskiej prasy, skwapliwie wykorzystaną przez zwolenników Platformy: "Opozycjoniści nawet stworzyli samodzielną komisję parlamentarną do zbadania przyczyn katastrofy. Przypomina ona raczej sektę" - pisała "Wriemia Nowostiej" dodając, że "kultywowana jest teoria spisku Warszawy i Moskwy, na którego czele jakoby stoją premierzy Donald Tusk i Władimir Putin".
Dlatego – zdaniem gazety -  opozycja w postaci partii Prawo i Sprawiedliwość, której liderem jest brat-bliźniak zmarłego prezydenta Jarosław Kaczyński, już wydała swój werdykt, obarczając winą za katastrofę obecną siłę rządzącą - Platformę Obywatelską i czołowych polityków".
            Jeśli Rosja, po raz kolejny sięga dziś po „polskie podziały” i otwarcie kpi z Tuska, iż „przestraszył się oskarżeń Jarosława Kaczyńskiego” – czyni to w przeświadczeniu, że argument ten zostanie odebrany jako przypomnienie o groźbie powrotu „kaczyzmu” i znajdzie pełne zrozumienie wśród establishmentu III RP. Rozgrywanie lęków grupy rządzącej przychodzi tym łatwiej, że dotyczy środowiska, które swój stan posiadania zawdzięcza szerzeniu nienawiści wobec braci Kaczyńskich i współpracy z rosyjskim reżimem.
Płk Putin ma prawo tak sądzić, bo prowadzona przez niego piekielna gra pozwalała dotychczas skutecznie mieszać w polskim kotle.

sobota, 18 grudnia 2010

MATRIOSZKI

Tylko powszechnej manipulacji oraz tłumieniu przepływu rzetelnych  informacji zawdzięczamy fakt, że większość Polaków wykazuje porażającą niewiedzę co do osoby Bronisława Komorowskiego, dostrzegając w nim cechy, których człowiek ten nigdy nie posiadał lub przypisując mu poglądy, jakich nigdy nie głosił. Z tego względu  osoba obecnego prezydenta III RP stanowi wprost modelowy przykład postaci fikcyjnej – medialnej „matrioszki”, zbudowanej na podstawie fałszywych przekazów i błędnych ocen. Postaci, jakich wiele stworzono w polskim życiu politycznym po roku 1989. Brak podstawowych reguł demokracji sprawił, że okres wyborów prezydenckich wykorzystywany w systemie demokratycznym do gruntownego poznania osoby publicznej, został bezpowrotnie stracony i przeznaczony na budowanie kolejnych użytecznych mitów.
Większość z nich została zaczerpnięta z wystąpień samego kandydata lub podana przez ośrodki propagandy w formie definitywnych,  irracjonalnych opinii. Niczym krótki zgrzyt w medialnym chórze fałszerzy zabrzmiały  słowa tajnego współpracownika pereelowskiej bezpieki Andrzeja Olechowskiego, który 1 kwietnia w programie „Fakty po faktach” podzielił się intrygującą uwagą: „Kandydat Platformy Obywatelskiej nie ma kwalifikacji, żeby objąć urząd prezydenta państwa. Są rzeczy, których nie mogę powiedzieć, bo cały czas obowiązuje mnie tajemnica państwowa. Ale my wiemy niestety o nim rzeczy różne”. Osłona medialna nad Komorowskim sprawiła, że nikt z dziennikarzy nie odważył się zapytać o „rzeczy różne” i nie zadał choćby jednego z 50 pytań, skierowanych do kandydata Platformy.
A przecież, gdyby dokonać oceny postaci obecnego prezydenta nie kierując się przekazem mediów ani frazesami wygłaszanymi przez samego zainteresowanego, to na podstawie podejmowanych przez niego jednostkowych decyzji, wyborów, powiązań i zależności można bezbłędnie dostrzec, że mamy do czynienia z człowiekiem słabym, pasywnym i tchórzliwym, którego główne zadanie polegało na mumifikacji pereelowskiego układu w armii oraz wspieraniu każdej postkomunistycznej skamieliny.
Obnoszoną - niczym moralną tarczę, tzw. „kartę opozycyjną Komorowskiego” należy zweryfikować o słowa wypowiedziane przez niego podczas „dialogu operacyjnego” w dniu 24 kwietnia 1982 r., gdy na pytanie esbeka : jak widzi siebie w nowej sytuacji, w której znalazła się Polska, Komorowski odpowiedział: „mam dość wszelkiej działalności. Nigdy nie byłem ideologiem, to wszystko przestało mieć sens”. W innej rozmowie z maja 1982 roku nazwał zasłużonego opozycjonistę Wojciecha Ziembińskiego „pajacem lubiącym się bawić w konspirację”  i stwierdził: „mam dość wszelkiej działalności w opozycji, jestem zdekonspirowany wy wiecie o mnie wszystko. Jakakolwiek działalność opozycyjna moja czy innych jest po prostu zabawą w podchody.”
Postawę późniejszego dyrektora gabinetu, wiceministra i ministra obrony narodowej warto zweryfikować w oparciu o „grubą kreskę” w MON, fascynację generalicją ludowego wojska, czy awansami dla prześladowców opozycji: płk. Lucjana Jaworskiego, płk. Leszka Tobiasza , płk. Aleksandra Lichockiego. Trzeba ją widzieć w perspektywie szczególnego zaufania, jakim cieszył się nowy wiceminister ze strony komunistycznych służb wojskowych, gdy WSW powierzyło mu informację w sprawie zawartości „czarnej teczki” Stana Tymińskiego - czyli dokumentów potwierdzających współpracę Lecha Wałęsy z SB. Należy ją postrzegać poprzez krąg najbliższych znajomych i współpracowników, wśród których znajdziemy: gen. Adama Tylusa, gen. Bogusława Smólskiego, płk. Henryka Demiańczuka, mjr. Jerzego Smolińskiego, gen. Pawła Nowaka, gen. Józefa Buczyńskiego czy Krzysztofa Bucholskiego -  byłego wiceprezesa Agencji Mienia Wojskowego  aresztowanego w 2007 roku pod zarzutem korupcji.
Dziś, tylko ktoś o krótkiej pamięci mógłby poczuć się zaskoczony atencją okazywaną przez Komorowskiego sowieckiemu agentowi  Wojciechowi Jaruzelskiemu.
Zapomina się, że gdy w 1998 roku Prokuratura Wojskowa wydała postanowienie o umorzeniu śledztwa w sprawie pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, ówczesny szef sejmowej Komisji ON - Bronisław Komorowski, na wniosek grupy posłów SLD wnioskował do ministra sprawiedliwości o udostępnienie utajnionego uzasadnienia tylko Wojciechowi Jaruzelskiemu i grupie generałów LWP. Dla społeczeństwa dokument pozostał do dziś tajny, ponieważ prokuratura tłumaczyła, iż zawiera on "informacje stanowiące nadal tajemnicę państwową". To Komorowski w 2005 roku usilnie sprzeciwiał się inicjatywie Jarosława Kaczyńskiego, gdy ten chciał pozbawić agenta „Wolskiego” przywilejów należnych byłemu prezydentowi oraz stopnia generalskiego. „To zły pomysł – perorował polityk PO - Trzeba umieć oddzielić regulacje ustawowe dotyczące wszystkich byłych prezydentów od oceny ich działalności, nie można karać kogoś za błędne decyzje lub niewłaściwe zachowanie, odbierając uprawnienia”. Rok później, w wywiadzie dla Moniki Olejnik Komorowski twierdził, że „zabranie Jaruzelskiemu stopnia generalskiego oznaczałoby, że przekreślamy całą drogę żołnierską generała, a ta nie cała przecież była zła”. Postać agenta zbrodniczej Informacji Wojskowej Komorowski nazwał „do pewnego stopnia tragiczną” argumentując, że Jaruzelski wziął udział w demontowaniu własnego systemu, za którym się opowiadał i którym żył przez całe życie. Ówczesny marszałek Sejmu podkreślał przy tym, że „niewątpliwie gdzieś miały swoje istotne znaczenie jego korzenie rodzinne, tradycja, dla myślenia w kategoriach patriotyzmu”.
Czyż powoływanie się na „korzenie rodzinne i tradycje” nie stanowi zabiegu propagandowego wspólnego Jaruzelskiemu i Komorowskiemu? Tę wspólnotę łatwiej dostrzec, gdy zrozumiemy, że pod tarczą herbową i rodzinną mistyfikacją można ukryć ponure fakty z własnych życiorysów i poglądy nieprzystające do polskich wartości.  Obrazem tej wspólnoty są również słowa z „Listu otwartego” jaki przed kilkoma dniami Jaruzelski wystosował do Komorowskiego. Sowiecki namiestnik napisał m.in.: „Rozumiem, iż cała ta wrzawa wokół posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego i mojego w nim udziału, stała się głównie okazją do realizacji głównego celu – podważenia prestiżu, zaufania, zdyskredytowania Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. [...] Przykro mi, iż naraziłem Pana Prezydenta na powstałą sytuację.
Słowa Jaruzelskiego to nie tylko kazuistyczna retoryka. Od dziś wyznaczają autentyczną relację – sprzężenie, w której „wrzawa” wokół obecności sowieckiego namiestnika będzie urastać do rangi ataku na osobę prezydenta III RP i podważać jego „prestiż”.


Artykuł opublikowany w Gazecie Warszawskiej.

piątek, 17 grudnia 2010

ROSJA PRZEDE WSZYSTKIM

Lektura dokumentów dyplomatycznych ujawnionych przez  Wikileaks, pozwala ocenić stosunek rządu Donalda Tuska wobec Rosji oraz sposób, w jaki grupa rządząca traktowała zagrożenie rosyjskie. Mimo że zdawano sobie sprawę z wagi takich zagrożeń, a po napadzie Rosji na Gruzję uważano je za  całkiem realnie – nic nie wskazuje, by polscy dyplomaci i negocjatorzy próbowali zdecydowanie zabiegać o gwarancje bezpieczeństwa lub potrafili wykorzystać zaistniałą sytuację dla zwiększenia takich gwarancji.
Przeciwnie. Informacje zawarte w depeszach wskazują na bardzo powściągliwy, a w wielu dziedzinach wręcz kapitulancki sposób prowadzenia rozmów z Amerykanami. Można odnieść wrażenie, że rząd Tuska nie miał wypracowanej żadnej koncepcji działań, a negocjacje służyły raczej względom wizerunkowym, niż wynikały ze strategicznej potrzeby wzmocnienia naszego bezpieczeństwa. Prowadzono je bez przekonania i bez własnej inicjatywy. Poza kilkoma werbalnymi deklaracjami, widoczny jest brak konsekwencji i świadomości celów. Zachowanie to można łatwiej zrozumieć z dzisiejszej perspektywy, gdy  po tragedii smoleńskiej nastąpił gwałtowny lecz przecież nie zaskakujący zwrot ku Moskwie. 
Ówczesną postawę grupy rządzącej doskonale obrazuje treść depeszy ambasady USA w Warszawie z 12 grudnia 2008 r., którą warto przytoczyć nie ze względu na zawarte w niej oceny, lecz z powodu późniejszego dementi ministra Sikorskiego. Na tej podstawie, można byłoby nawet przypuszczać, że dyplomaci amerykańscy błędnie rozumieli intencje rządu polskiego i sami wymyślili rzekomą „doktrynę Sikorskiego”.
 Po napaści Rosji na Gruzję ambasador Victor Ashe oceniał, że „Polska jest naturalnym sojusznikiem Ameryki na wschodzie, a jej polityka ma na celu powstrzymywanie Rosji.” Z treści depeszy wynika, iż minister Sikorski miał powiedzieć przedstawicielom USA: "Polski rząd uważał kiedyś, iż Rosja mogłaby być zagrożeniem w ciągu 10-15 lat, ale po kryzysie w Gruzji może być to jedynie 10-15 miesięcy". Z depeszy dowiemy się, że "Sikorski skarżył się, że NATO zamieniło się w bezzębny klub polityczny i ostrzegł, że Polska nie będzie mogła ignorować powtórzenia się gruzińskiego scenariusza na Ukrainie".
Gdy przed kilkoma dniami zapytano Sikorskiego o te właśnie słowa, wyjaśnił, że „10-15 lat to jest taki horyzont planowania, to nie oznacza, że coś będzie zagrożeniem, tylko że przez 10-15 lat właśnie zagrożenia nie będzie i że można w perspektywie tego okresu budować system obronny".
Okazje się zatem, że intencja wypowiedzi ministra nie polegała na wskazaniu realnego zagrożenia rosyjskiego w perspektywie 10-15 miesięcy, a przeciwnie – chodziło o wytłumaczenie Amerykanom, że po ataku na Gruzję Polska może być bezpieczna przez  następne 10-15 lat i  nie ma potrzeby spieszyć się z budową systemu obronnego. Nowatorską logikę ministra spraw zagranicznych uzupełnia uwaga na temat zapisów ujawnionej depeszy. Sikorski stwierdził, że „trzeba z ostrożnością podchodzić do tych materiałów, (ponieważ) tylko dlatego, że coś jest tajne nie znaczy, że jest w 100 proc. prawdziwe, czy wierne". Jego zdaniem, amerykański protokolant "albo źle zrozumiał, albo źle zapisał".
Nie wiemy, czy w podobny sposób można będzie skomentować treść innej depeszy ambasadora Victora Ashe z 7 maja 2009 roku, w której zawarto wypowiedzi kilku czołowych polityków grupy rządzącej.  Był to czas, gdy delegacja Kongresu USA omawiała w Polsce koncepcje rozmieszczenia na naszym terytorium rakiet Patriot. Ambasador cytuje m.in. słowa Sławomira Nowaka z PO: „Pytany, czy Polska będzie uspokojona obecnością baterii Patriot tytułem rekompensaty za tarczę antyrakietową Nowak powiedział Levinowi, że bez względu na los tarczy rząd Polski oczekuje, że rząd amerykański będzie "honorował swoje zobowiązania" w sprawie Patriotów. Polska chce zbudować całościowy system obrony przeciwlotniczej i uważa Patrioty za "najważniejszy element" swoich wysiłków modernizacyjnych. Nowak powiedział, że Polska "nie ucierpi", jeżeli USA wycofają się z tarczy antyrakietowej, ale powtórzył, że rząd Polski „liczy na Patrioty”. W pewnym momencie Nowak poprawił nawet swojego tłumacza, który błędnie powiedział, że Polacy "chcieliby Patriotów". "Nie, liczymy na nie", podkreślił po angielsku Nowak.”
Czy wobec wyraźnej deklaracji szefa kancelarii premiera, iż „Polska "nie ucierpi", jeżeli USA wycofają się z tarczy antyrakietowej” może jeszcze dziwić decyzja Obamy z 17 września 2009 roku, przekreślająca projekt budowy tarczy?
Na uwagę zasługuje również ten fragment depeszy, w którym cytuje się wystąpienie Bronisława Komorowskiego. To wprost modelowy przykład myślenia o bezpieczeństwie Polski w kategoriach uwzględnienia interesów rosyjskich. Ambasador Ashe zanotował:
Marszałek Komorowski i Nowak zgodnie wskazywali na to, że zgadzając się na lokalizację tarczy antyrakietowej Polska zapłaciła „wysoką cenę” – szczególnie w relacjach z innymi członkami UE i Rosją. Komorowski wyraził obawę, że po dwunastu latach poprawy relacji Polska ponownie staje się rosyjskim celem – wysocy rangą rosyjscy politycy grozili wymierzeniem w Polskę głowic nuklearnych, podgrzewane są antypolskie nastroje wśród Rosjan i podejmowane działania przeciwko polskim interesom na Ukrainie.”
Z dalszego przebiegu rozmów można wnioskować, że podstawowa troska polskich polityków dotyczyła „przełamania rosyjskich obiekcji w sprawie tarczy antyrakietowej”. Obawa przed reakcją Rosji zdaje się dominować nad myśleniem w tej kwestii, a sprzeciw Moskwy chciano zmniejszyć w drodze dwustronnych uzgodnień amerykańsko-rosyjskich. W tym zakresie strona polska świadomie zrezygnowała z roli samodzielnego podmiotu politycznego i zdała się efekt rozmów Rosji ze Stanami Zjednoczonymi. Widoczne jest również przekonanie strony polskiej, jakoby instalacja tarczy leżała przede wszystkim w interesie USA.
W depeszy napisano: „Nowak podkreślił silne zaangażowanie rządu polskiego w znalezienie pozytywnego rozwiązania, ale przypomniał, że amerykańscy negocjatorzy obiecali, iż rząd amerykański przełamie rosyjskie obiekcje w sprawie tarczy antyrakietowej. „Tarcza antyrakietowa jest bazą amerykańską. Ciężar osiągnięcia porozumienia z Rosjanami spoczywa na stronie amerykańskiej”, powiedział. Pomimo to, powiedział Nowak, Polska zaakceptowała rozwiązania zmierzające do zbudowania zaufania w stosunkach z Rosją i również pracuje nad przekonaniem Moskwy, że tarcza nie jest zagrożeniem dla rosyjskiego arsenału nuklearnego. Jednak bez względu na to Rosji trudno będzie zaakceptować jakąkolwiek „namacalną manifestację” obecności NATO w Polsce lub Czechach.”
Podobną ocenę tego dokumentu przedstawił hiszpański dziennik "El Pais", pisząc, iż „noty z ambasady amerykańskiej w Warszawie wskazują, że przez cały rok 2009 obawa przed Rosją zajmowała centralne miejsce w polityce zagranicznej Polski i była dużo wyraźniejsza niż przyznawali publicznie polscy przywódcy".
W tej oportunistycznej postawie uwidacznia się koncepcja, jaką rok wcześniej wyjawił minister obrony Klich, twierdząc, iż  instalacja amerykańska na terenie Rzeczypospolitej Polskiej naraża nasz kraj na dodatkowe zagrożenia i dodatkowe niebezpieczeństwa. W związku z tym musimy wspólnie z Amerykanami wypracować takie zwiększenie korzyści, które pozwoli korzyści i koszty zbilansować." Choć w roku 2008 wypowiedź ta była połączona z zapewnieniami Klicha, że „rząd Polski nie boi się Rosji i chce z nią prowadzić otwarty dialog” – jedynym „bilansem” tej postawy była rezygnacja z instalacji tarczy antyrakietowej i brak trwałych gwarancji naszego bezpieczeństwa.
Nie można również nie dostrzec, że grupa rządząca nawet w tak istotnej sprawie kierowała się głównie względami propagandowymi i wizerunkowymi, przedkładając je nad realne osiągnięcia. Świadczy o tym treść depeszy ambasady USA z dn.22 lutego 2010 roku, w której zrelacjonowano spotkanie ambasadora Lee Feinsteina z ministrem Klichem: 
Nacisk, jaki Klich kładł na nadzieję przyjazdu pierwszej baterii Patriotów w kwietniu jest zgodny z innymi deklaracjami rządowymi i przeciekami prasowymi, które sygnalizują, że czas pierwszego rozmieszczenia jest ważniejszy od innych aspektów. Pod tym względem Klich nie powtórzył apeli rządu, by rotacja Patriotów została zintegrowana z polskim systemem obrony przeciwlotniczej i obejmowała „żywe” pociski, tak jak to zrobił w poprzednim tygodniu na spotkaniu z podsekretarzem Tauscherem. Nacisk na czas pierwszego rozmieszczenia koresponduje z rozwojem kampanii prezydenckiej, w które minister spraw zagranicznych Sikorski aktywnie stara się o nominację Platformy Obywatelskiej.”
Oznacza to, że rząd Tuska gotów był przyjąć nawet nieuzbrojone Patrioty, byle tylko ich przyjazd nastąpił w kwietniu i mógł zostać wykorzystany jako element propagandowy w kampanii prezydenckiej.
Z depeszy wynika, że nasi urzędnicy bardzo energicznie zabiegali o nasze interesy” – przekonywał przed kilkoma dniami minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, podkreślając, że Polska zabiegała o wszystkie trzy elementy amerykańskiego uzbrojenia:  obecność myśliwców F-16, rotacyjną obecność samolotów C-130 Herkules oraz przeniesienie jednostki sił specjalnych amerykańskiej marynarki ze Stuttgartu do Gdańska lub Gdyni. Nie jest to jednak prawdą, skoro o ostatecznym kształcie amerykańskiej decyzji Polacy dowiedzieli się dopiero po spotkaniu prezydenta Komorowskiego z Barackiem Obamą w Waszyngtonie. W tej, podobnie jak w wielu innych kwestiach nasz kraj był traktowany jako bierny przedmiot rozgrywek wielkich mocarstw.
W notach dyplomatycznych dotyczących spraw polskich pojawiają się również wypowiedzi ówczesnego zastępcy szefa BBN przy prezydencie Lechu Kaczyńskim - Witolda Waszczykowskiego. Warto zwrócić na nie uwagę, bo pokazują diametralnie inny stosunek do kwestii naszego bezpieczeństwa, niż reprezentowany przez ludzi z grupy rządzącej. O postawie prezydenckiego ministra świadczy treść cytowanej już depeszy ambasady USA w Warszawie z 7 maja 2009 roku, w której przedstawiono rozmowy delegacji Kongresu z polskimi politykami.
W rozdziale „Dialog z Rosją” ambasador Victor Ashe zapisał: „Prezydencki doradca Waszczykowski zareagował bardziej emocjonalnie. Waszyngton ma prawo prowadzić rozmowy z Rosją, współpracować w celu znalezienia rozwiązania dla zagrożenia irańskiego i podjąć autonomiczną decyzję w sprawie tarczy, ale USA powinny uważać, by nie osłabić bezpieczeństwa Polski. Potem zastanawiał się głośno: „Ile czasu zajmie wam zrozumienie, że nic się nie zmieni jeżeli chodzi o Iran i Rosję?”. Waszczykowski podkreślił, że Moskwa próbuje odbudować swoją sferę wpływów i zwrócił uwagę na kluczowe znaczenie zwiększenia obecności USA lub NATO dla bezpieczeństwa Polski. Dodał, że Rosja nadal zaprzecza swoim historycznym przewinom wobec Polski, nakłada sankcje ekonomiczne wymierzone w Polskę i często zawiesza dostawy ropy i gazu.”
Próżno tego rodzaju  stanowiska szukać w wypowiedziach polityków Platformy. Choć Victor Ashe nazywa reakcję prezydenckiego ministra „emocjonalną”, Amerykanie doskonale zdawali sobie sprawę z rozbieżności w ocenie rosyjskiego zagrożenia istniejących między rządem Tuska, a Prezydentem Kaczyńskim i trafnie upatrywali w nich podstawowy problem w osiągnięciu przez Polskę celów strategicznych. W depeszy z 12 grudnia 2008 roku Ashe zawarł kilka interesujących spostrzeżeń:
Urzędnicy MSZ rozumieją, że polska polityka wschodnia może wywołać ostrą reakcję Rosji, ale uważają, że większym niebezpieczeństwem jest bezczynność, ponieważ sądzą, że odradzająca się, agresywna Rosja jest elementem stałym. Polska stara się ograniczać ryzyko agresywnej reakcji utrzymując bliski dialog z Moskwą i naciskając na wspólny front USA-UE wobec Rosji w drażliwych sprawach energetycznych i bezpieczeństwa. Prezydent Lech Kaczyński, główny polityczny rywal premiera, przyjmuje bardziej konfrontacyjne stanowisko wobec Rosji; często odwiedza Gruzję i wygłasza deklaracje bez porozumienia z rządem. Do pewnego stopnia polityka wschodnia Kaczyńskiego zdejmuje presję z rządu Tuska, który nie musi być publicznie tak ostry w stosunkach z Rosją, ale zróżnicowane podejścia tych dwóch przywódców mogą osłabić ich zdolność do osiągnięcia wspólnego celu, jakim jest rozszerzenie europejskich i transatlantyckich instytucji na wschód.”
Jednocześnie widać, jak bardzo oceny amerykańskiego dyplomaty oparte są o gołosłowne deklaracje polityków z grupy rządzącej (urzędnicy MSZ rozumieją), a przy tym pozbawione głębszej znajomości naszych realiów.
Polska może być wiarygodnym sojusznikiem, - stwierdzi w tej samej depeszy ambasador Ashe -  kiedy będziemy szukać sposobów na rozszerzenie wpływów zachodnich poza wschodnie granice NATO. Groźba rosyjskiego prezydenta Miedwiediewa, że rozmieści rakiety Iskander w Kaliningradzie w odpowiedzi na program Tarczy Antyrakietowej, wzmocniły determinację Polski, by współpracować z USA i UE w celu wzmocnienia wschodnich sąsiadów jako buforu przeciwko rosyjskiej ekspansji.”
Gdy prawie dwa lata później, w maju 2010 roku Rosja przesunęła taktyczne głowice nuklearne bliżej Polski, do okręgu kaliningradzkiego, jedyna reakcja „zdeterminowanej Polski” polegała na nasileniu dyplomatycznej kampanii ministra Sikorskiego w sprawie otwarcia granicy obwodu kaliningradzkiego i wprowadzenia na tym obszarze ruchu bezwizowego. Zapewniania o „pojednaniu” i „nowym otwarciu” oraz postępująca putinizacja III RP zburzyły zaś jakąkolwiek szansę na utworzenie „buforu przeciwko rosyjskiej ekspansji.” Miast roli państwa „rozszerzającego wpływy zachodnie poza wschodnie granice NATO”, Polska staje się „państwem transmisyjnym”, służąc ekspansji rosyjskich wpływów i interesów.
Nie może zatem dziwić drwina z polskich aspiracji, widoczna wprost w ocenach rosyjskich.  Końcowy bilans polskich starań w kwestii bezpieczeństwa celnie przedstawiły "Wriemia Nowostiej" pisząc przed kilkoma dniami, iż „nie spełniły się nadzieje Warszawy na rozmieszczenie na polskim terytorium elementów systemu obrony przeciwrakietowej USA; jako formalność na pokaz można określić okresowe przyjazdy do Polski amerykańskiej baterii przeciwlotniczej Patriot bez głowic bojowych".


Artykuł opublikowany w nr.50/2010 Gazety Polskiej

niedziela, 12 grudnia 2010

ZNIEWOLENI MOCĄ MEMORANDUM

Choć tryby propagandy mielą od kilku dni temat wizyty rosyjskiego prezydenta-marionetki, w jej cieniu pozostaje zdarzenie znacznie większej wagi. Dwa dni przed przyjazdem Miedwiediewa przybyła do Polski delegacja rosyjskich prokuratorów na czele z Prokuratorem Generalnym Federacji Rosyjskiej Jurijem Czajką. Oficjalny komunikat głosił, że głównym punktem wizyty będzie podpisanie w dniu 6 grudnia memorandum o współpracy pomiędzy prokuraturami obu krajów. Jednocześnie, wraz z Miedwiediewem przyjechał do Polski minister sprawiedliwości Rosji Aleksander Konowałow. Mimowolnie trafną ocenę tej farsy uwydatniły rosyjskie "Wremia Nowostiej", ciesząc się, że „wysokich rangą gości było tak wielu, że mogło się wydawać, iż rosyjski rząd, parlament i prokuratura generalna odbywają na polskiej ziemi wyjazdowe posiedzenie”
W podpisanym przez prokuratorów memorandum można przeczytać, iż „Prokuratura Generalna Federacji Rosyjskiej i Prokuratura Generalna Rzeczypospolitej Polskiej, zwane dalej Stronami, uznając wagę umocnienia i dalszego rozwoju wzajemnej współpracy pomiędzy Prokuraturami obu państw w dziedzinie walki z przestępczością oraz ochrony praw i wolności człowieka przy wykorzystaniu najbardziej skutecznych metod i środków porozumiały się w następujących sprawach”. W dalszej części dokumentu wymienia się m.in. „organizowanie konferencji, seminariów i konsultacji w celu wymiany doświadczeń, wymianę informacji, podnoszenie skuteczności wykonywania wniosków o pomoc prawną, wymianę doświadczeń krajowych w zakresie zwalczania przestępczości zorganizowanej, terroryzmu, korupcji i innych przestępstw, konsultacje w kwestiach prawnych, między innymi na etapie sporządzania i wykonywania poszczególnych wniosków o ekstradycję i wzajemną pomoc prawną”.
Postanowiono także, że wszelkie sprawy sporne dotyczące stosowania memorandum rozstrzygane będą „w drodze konsultacji i pertraktacji”.
Podpisanie tego rodzaju dokumentu zakrawa na najbardziej ponury, a w kontekście tragedii smoleńskiej wprost makabryczny akt, całkowicie kompromitujący polską prokuraturę. Ponieważ do zawarcia memorandum doszło w trakcie wizyty Miedwiediewa, należy postrzegać ten dokument jako mocne narzędzie politycznych wpływów Rosji, sankcjonujące stan, jaki powstał w stosunkach polsko-rosyjskich po 10 kwietnia.
Stroną, która ma umacniać „ochronę praw i wolności człowieka” jest odtąd dla III RP rosyjski „aparat sprawiedliwości” funkcjonujący nieodmiennie według reguł Sowieckiej Rosji, a rzekomo demokratyczne państwo UE uznaje za partnera „człowieka pułkownika Putina”, odpowiedzialnego za mataczenia w sprawie zabójstw Politkowskiej i Litwinienki. W wydanej w 2007 roku w Niemczech książce Margarety Mommsen i Angeliki Nussberger - „System Putina. Sterowana demokracja i polityczny wymiar sprawiedliwości w Rosji” autorki nie pozostawiają żadnych złudzeń co do stanu wymiaru sprawiedliwości w dzisiejszej Rosji i podkreślają, że rządzi w nim korupcja, jest on upolityczniony i stanowi narzędzie w zwalczaniu opozycji oraz niezależnych mediów. Zdaniem autorek rosyjscy prokuratorzy i nadzorujący ich Jurij Czajka są uważani za wykonawców dyrektyw Putina i spełniają rolę aparatu represji całkowicie podporządkowanego interesom kremlowskich „siłowików”. 
Sam Jurij Czajka to sowiecki prokurator, który z rekomendacji Putina w sierpniu 1999 r. objął funkcję ministra sprawiedliwości, a w czerwcu 2006 r., został prokuratorem generalnym Rosji. To za jego kadencji doszło do najbardziej znanych aktów łamania praw człowieka; ludobójstwa w Czeczeni,  setek mordów politycznych, zabójstw dziennikarzy, represji wobec dysydentów i wolnych mediów. Z polecenia Putina, Czajka nadzorował śledztwa w sprawie Chodorkowskiego, skazanego za rzekome oszustwa podatkowe i korupcję oraz śledztwa w sprawie zabójstwa Politkowskiej i zamachu na Litwinienkę. On również zarządzał śledztwami w sprawach „zamachów terrorystycznych”, w których wielu analityków rozpoznało rękę putinowskiego FSB. Wszędzie tam, gdzie osobisty nadzór nad dochodzeniem obejmuje Czajka, można być pewnym, że efekty śledztwa będą korzystne dla płk Putina, a prawdziwi sprawcy pozostaną nieznani.
Potwierdzeniem tej tezy jest sposób, w jaki Czajka nadzoruje rosyjskie dochodzenie w sprawie katastrofy smoleńskiej, ilość związanych z tym fałszerstw, przekłamań i ewidentnych matactw. Ostatnim, karykaturalnym  akcentem owego śledztwa jest kwestia unieważnienia protokołów zeznań kontrolerów z lotniska Sewiernyj, które w pierwotnej wersji mówiły o dyspozycjach wydawanych kontrolerom z Moskwy i podawaniu załodze Tu-154 nieprawdziwych  informacji o warunkach pogodowych oraz wspominały o obecności w budynku kontroli lotów trzeciej osoby – prawdopodobnie oficera FSB. Polska prokuratura przyjęła bez sprzeciwu rosyjskie „standardy” i zaakceptowała to kolejne matactwo.
Z relacji niezależnych mediów i wypowiedzi rodzin ofiar katastrofy wiemy, że polska prokuratura wojskowa spełnia rolę petenta wobec Rosjan i nie jest w stanie wyegzekwować żadnych decyzji służących wyjaśnieniu okoliczności zdarzenia. Wiemy też, że podpisanie memorandum niczego nie zmieni w tych relacjach. Polskim prokuratorom nie udało się wynegocjować terminów przekazania wraku samolotu, ani rejestratorów lotu, które były na jego pokładzie. Rosyjscy prokuratorzy stwierdzili wręcz, że mogą one trafić do Polski dopiero za kilka lat – czyli wówczas, gdy ich wartość dowodowa będzie znikoma.
Jaki zatem jest sens podpisywania tego rodzaju dokumentu z organem państwa, które nie respektuje i nie będzie respektowało cywilizowanych standardów?
Odpowiedzi na to pytanie udzielił sam prezydent Federacji Rosyjskiej w słowach, które powinny spowodować reakcję każdego suwerennego rządu.  Fakt, że grupa rządząca Polską przyjęła je w milczącej uległości – już nie dziwi, choć przecież winien przerażać każdego Polaka.   
"Nie dopuszczam możliwości, by w sprawie katastrofy smoleńskiej śledczy polscy i rosyjscy doszli do różnych ustaleń. Odpowiedzialni politycy, przywódcy struktur śledczych powinni wyjść z obiektywnych danych" - powiedział Miedwiediew podczas przemówienia w Pałacu Prezydenckim.
Słowa prezydenta Rosji, prócz skandalicznej sugestii związanej z końcowym efektem śledztwa prokuratorskiego zawierają wyraźną namowę, by politycy grupy rządzącej zadbali o ostateczny kształt ustaleń prokuratury. To słowa satrapy, nawykłego do sytuacji w której „organy sprawiedliwości” są tylko narzędziem w rękach polityków i służą wykonywaniu ich dyrektyw. W tych dwóch zdaniach zawiera się pełna prawda o obecnym systemie rosyjskim, w niczym nie ustępującym zwyczajom Sowieckiej Rosji. Jeśli Miedwiediew pozwolił sobie na tak bezczelne i bezpośrednie pouczenie, musiał mieć pewność, że trafi ono na podatny i odpowiednio przygotowany grunt.
Można zatem przypuszczać, że podstawową „ideą” memorandum zawartego między prokuraturami Rosji i Polski jest  narzucenie nam „modelu Putina”, w którym niezależność władzy sądowniczej i prokuratorskiej stanowi demagogiczną fikcję. Najwyraźniej, prokuratura III RP jest upolityczniona w stopniu jeszcze niedostatecznym i nie reaguje należycie na sugestie władzy lub nie gwarantuje dbałości o jej interesy. „Wymiana doświadczeń” w zakresie „ochrony praw i wolności człowieka” z prokuratorem Czajką byłaby z pewnością pouczająca dla polskich prokuratorów i pozwoliła im docenić rosyjskie normy prawne.
Waga wydarzenia polega głównie na skutkach, jakie niesie ono dla śledztwa smoleńskiego. Rosjanie pokazali, że niszczenie i fałszowanie dowodów nie stanowi dla nich żadnego problemu, zaś brak reakcji strony polskiej słusznie odebrali jako wyraz uległości i słabości naszego państwa. Memorandum legalizuje więc patologie rosyjskich działań i jest rodzajem certyfikatu udzielonego przez stronę polską. Wobec wyraźnych dyrektyw Miedwiediewa możemy zapomnieć o przejęciu śledztwa przez polską prokuraturę i sformułowaniu rzetelnych, autonomicznych wniosków końcowych.
W intencji Rosjan - śledztwo w sprawie katastrofy z 10 kwietnia stanowi rodzaj testu, głównie dla polityków grupy rządzącej, zaś polską prokuraturę sprowadza do jeszcze niższej kategorii – wykonawcy poleceń kremlowskich decydentów.


Artykuł opublikowany w Gazecie Warszawskiej.


Bardzo Państwa proszę i zachęcam do wsparcia apelu Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010 o powołanie międzynarodowej komisji celem wyjaśnienia wszystkich okoliczności tragedii z 10 kwietnia.
Wzór formularza można pobrać  
TU





 

piątek, 10 grudnia 2010

RACHUNEK ZA MIEDWIEDIEWA

Wizyta w Polsce sekretarza generalnego Komitetu Centralnego KPZR tow. Michaiła Gorbaczowa jest ważnym wydarzeniem w historii polsko-radzieckich dwustronnych stosunków państwowych i partyjnych. Niezakłócony przebieg wizyty oraz jej godna i serdeczna atmosfera będą wyrazem pogłębionej współpracy i przyjaźni polsko-radzieckiej” – pisał 1 lipca 1988 r. minister spraw wewnętrznych gen. Kiszczak, powołując sztab MSW dla koordynacji i zabezpieczenia tego wydarzenia. „Sojusz po nowemu”. Tak myśli Polska i radziecki przywódca mógł się o tym przekonać od pierwszych chwil na naszej ziemi” – wieściła dumnie „Trybuna Ludu”.
Nie sposób oczywiście – mimo podobieństw retoryki -  zestawić wizyt przywódców radzieckich z przyjazdem Dimitrija Miedwiediewa. Głównie z jednego powodu. Ten ostatni znajduje się bowiem dopiero na 43 miejscu w rankingu Forbesa na najważniejszych ludzi na świecie. Tak marnej pozycji nie zajmował żaden gensek partii komunistycznej. Jeszcze gorzej wygląda pozycja Miedwiediewa w opinii Rosjan.  Aż 84 proc. z nich uważa, że realną władzę i wpływy zachowuje płk Putin, pełniąc faktycznie rolę przywódcy FR. To ocena na wskroś prawdziwa, a wiele wskazuje, że Miedwiediew równie szybko zniknie z polityki, jak się w niej pojawił, gdy zostanie zmuszony ustąpić miejsce Putinowi, szykującemu się na kolejne  kadencje prezydenckie.
Rzeczywiste analogie z okresem wizyt przywódców radzieckich istnieją natomiast w oprawie propagandowej, towarzyszącej przybyciu Miedwiediewa. Ilość kłamliwych wypowiedzi z obu stron, zapewnień o „normalizacji”, „dialogu”, „kamieniu milowym” i „otwarciu” można porównać tylko z bredniami rozpowszechnianymi przez „Trybunę Ludu”. Dziś jednak są to kłamstwa o wiele groźniejsze, skoro znajdują wiarę u tak wielu naszych rodaków. Powtarzane w cieniu tragedii smoleńskiej, są próbą budowania na śmierci polskiej elity i uwłaczają pamięci ofiar z 10 kwietnia.
Wymowa tych kłamstw nie pozwala zapomnieć, że wizyta Miedwiediewa ma dwa podstawowe aspekty. Dla grupy rządzącej, która nie może pochwalić się żadnymi osiągnięciami w polityce zagranicznej wizyta ma przede wszystkim znaczenie propagandowe i terapeutyczne, lecząc prowincjonalne i poddańcze kompleksy ludzi Platformy. Z tej przyczyny, ich ślepo służalczy stosunek do Rosji nie dziwi, choć musi budzić odrazę i pogardę. Jakie, konkretne korzyści odniesie III RP z tej wizyty nie potrafią wskazać nawet najgorętsi piewcy przyjaźni polsko-rosyjskiej. Natomiast dla Rosjan wizyta stanowi punkt odniesienia w procesie wasalizacji III RP i niesie wymierne pożytki polityczne i gospodarcze, przygotowując nasz kraj do roli „konia trojańskiego” oraz wyznaczając nam rolę energetycznego rynku zbytu.
W tych dwóch, jakże nieporównywalnych obszarach interesu widać wyraźnie pozostałość czasów PRL-u, gdy kremlowskie myślenie ciężko ważyło na losach Polski, za to sposób myślenia w Polsce nie miał żadnego wpływu na bieg wydarzeń w Moskwie.
Sama wizyta Miedwiediewa nie warta byłaby nawet wzmianki, gdyby nie cena, jaką III RP już zapłaciła za przyjazd rosyjskiej marionetki. Tą ceną jest zgoda na fałszowanie śledztwa smoleńskiego i rezygnacja z prawdy o śmierci polskiej elity. Ceną jest wtórne kłamstwo katyńskie i haniebne przyzwolenie, by ludobójstwo sprzed 70 lat ponownie stało się atutem w grze Rosjan i wyznaczało ich politykę wobec Polski. Warto pamiętać, że taką samą cenę – zakładników kłamstwa – kazał płacić Stalin swoim polskojęzycznym agentom, budującym „Polskę ludową”. Dotkliwą i wymierną ceną wizyty jest fatalny dla Polski kontrakt gazowy - symbol patologicznych,  asymetryczny stosunków łączących grupę Donalda Tuska z reżimem płk Putina.
Ta wizyta nie warta byłaby naszej uwagi, gdyby nie najwyższa cena, jaką Polska będzie płaciła w przyszłości za dobrodziejstwo powrotu pod skrzydła Kremla. Chodzi nie tylko o koszty ekonomiczne: pułapkę Nord Stream, zgodę na przejęcie przez Rosjan sektora paliwowego, budowę elektrowni atomowej w obwodzie kaliningradzkim czy eksterytorialny korytarz linii kolejowej Moskwa-Berlin.
Nie można zapominać, że państwo które reprezentuje Miedwiediew jest odpowiedzialne za ludobójstwo w Czeczenii i eksterminację 250 tysięcy obywateli tego kraju, że odpowiada za rozliczne zbrodnie polityczne, mordowanie własnych obywateli, zabójstwa dziennikarzy, dysydentów i polityków, za represje wobec opozycji, tłumienie wolności słowa, za stworzenie policyjno-mafijnego tworu, w którym nieograniczone uprawnienia posiadają służby specjalne, a jeszcze większą bezkarnością cieszą się użyteczni dla władzy bandyci i złodzieje. Dzisiejsze państwo Miedwiediewa to enklawa korupcji i moralnego rozkładu, w którym wartość życia ludzkiego i prawa obywatelskie są nic nie wartym frazesem. Nie ma też wątpliwości, że państwo Miedwiediewa jest sukcesorem sowieckiej Rosji i spadkobiercą zbrodni katyńskiej. Nie zmienią tego żadne puste gesty i fałszywe deklaracje. W oficjalnym stanowisku rządu rosyjskiego przekazanym przed kilkoma miesiącami do Trybunału w Strasburgu stwierdzono, że „ nie ma dowodu na to, iż Polaków zamordowano”, a ten sam rząd FR w kwietniu 2010 roku odmówił jakiejkolwiek rehabilitacji ofiar, twierdząc, że „nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono”. Państwo Miedwiediewa ukrywa prawdę o Katyniu i osłania morderców z NKWD, uzasadniając odmowę ujawnienia dokumentów rosyjskiego śledztwa „ochroną interesów współczesnej Rosji”. Zdaniem Moskwy postanowienie o umorzeniu śledztwa katyńskiego z 2004 roku musi pozostać tajne, gdyż „zawiera tajemnice, których ujawnienie mogłoby przynieść uszczerbek bezpieczeństwu kraju”.
Zapowiedź ceny, jaką przyjdzie Polakom zapłacić za fałszywe „pojednanie” znajdziemy w słowach człowieka, który swoją pozycję zbudował na nienawiści do Lecha Kaczyńskiego i haniebnych deklaracjach wobec Moskwy. „Z zadowoleniem przyjmujemy to, co dzieje się w Rosji” - stwierdził Bronisław Komorowski w niedawnym wywiadzie dla "Izwiestii".
Jeśli człowiek będący dziś prezydentem Polski „z zadowoleniem” przyjmuje obraz totalitarnego reżimu „siłowików” i nie chce dostrzec prawdy o państwie Miedwiediewa - doświadczenie historyczne uczy, że ten sam model rządów stanie się wkrótce rzeczywistością III RP. Tam bowiem, gdzie Rosja i jej poprzedniczka budowały swoje wpływy zawsze pojawiało się bezprawie, zniewolenie i nędza, ginęły narody i podstawowe wartości. Ceną najwyższą, jaką zapłacimy za wizytę kremlowskiego polityka może być adaptacja bandyckich praktyk współczesnej Rosji, jej „kultury” politycznej i zbrodniczych tradycji oraz trwałe zaszczepienie ich na polski grunt.
Związana z Miedwiediewem gazeta „Moskowskij Komsomolec” zastanawiała się niedawno -„czy Polska i Rosja mogą być już na zawsze słowiańskimi siostrami”. Pokrętne wywody gazeta kończy konkluzją, że prawdziwe pojednanie będzie możliwe, gdy "przyjmiemy siebie nie takimi, jakimi byśmy chcieli, żeby była ta druga strona, ale takimi jakimi naprawdę jesteśmy".
Powinniśmy dodać, że przyjąć taką Rosję mamy obowiązkowo – „z zadowoleniem”.


Artykuł opublikowany w nr.49/2010 Gazety Polskiej

czwartek, 9 grudnia 2010

POLSKA W WIKILEAKS. PAŃSTWO BEZSILNE

Obraz Polski wyłaniający się z opublikowanych przez Wikileaks not dyplomatycznych nie pozostawia złudzeń -  nasz kraj jest traktowany w polityce światowej jako przedmiot rozgrywek wielkich mocarstw. To od ich wzajemnych relacji i globalnych interesów zależały decyzje podejmowane w sprawie Polski. Nie jest to wizja zaskakująca, a wszystkie informacje na temat Polski potwierdzają jedynie tezę, że słaba, kapitulancka dyplomacja  grupy rządzącej czyni z niej wprost idealnego „partnera” w grze światowych potęg.
Tę prawidłowość szczególnie łatwo dostrzec na przykładzie kwestii związanych z instalacją tarczy antyrakietowej. Sekwencja zdarzeń wynikająca z kolejnych dokumentów dyplomatycznych jednoznacznie wskazuje, że powodem rezygnacji z tarczy był sprzeciw Moskwy, połączony z propozycją włączenia Rosji do systemu antyrakietowego oraz  koncepcja nowej administracji Białego Domu, prowadząca do „resetu” w stosunkach rosyjsko-amerykańskich, za cenę kolejnych ustępstw wobec Kremla.  W tym obrazie, rola rządu Donalda Tuska została zredukowana do pozycji biernego odbiorcy.
Pierwsza z depesz, z 29 kwietnia 2009 r. pochodzi z amerykańskiej placówki dyplomatycznej w Moskwie i dotyczy negocjacji w sprawie  traktatu rozbrojeniowego START.  Wynika z niej, iż  Rosjanie stali na stanowisku, że nie włączą się w projekt europejskiej tarczy antyrakietowej, jeśli jej elementy zostaną rozmieszczone w Polsce i Republice Czeskiej. Cytuje się w niej wypowiedź ministra Ławrowa: „Rosja jest zainteresowana wspólną budową tarczy antyrakietowej z USA, ale amerykańskie propozycje rozmieszczenia elementów tego systemu w Polsce i Czechach zakłócają równowagę między Moskwą a Waszyngtonem.” Przytacza się również słowa wiceministra spraw zagranicznych Siergieja Riabkowa, który miał  powiedzieć, że radar w Czechach i antyrakiety w Polsce, jeśli zostaną włączone w światową architekturę systemu antyrakietowego, mogą "znokautować Rosję". W odpowiedzi na to stanowisko amerykański senator Levin, uczestniczący w rozmowach, stwierdził, że Stany Zjednoczone mają zobowiązania wobec Polski i Czech, w związku z tym propozycja Rosjan musi zostać przemyślana tak, by pogodzić obietnice złożone obu tym państwom z projektem włączenia Rosji do systemu antyrakietowego. Nie było zatem ze strony USA żadnego sprzeciwu wobec dyktatu Rosji, a jedynie troska, by znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony.
Z kolejnej tajnej notatki z 30 lipca 2009 r. dowiemy się, że zwolennikiem włączenia Polski i Czech do amerykańskiego systemu antyrakietowego był Izrael. Autor depeszy napisał, że przedstawiciel izraelskiego Ministerstwa Obrony Amos Gilad opowiedział się za kontynuowaniem planów tarczy, gdyż „Rosja i tak będzie prowadzić własną politykę wobec Iranu”. Poza tym – stwierdził Gilad – „jest wątpliwe, by Rosjanie mogli pomóc Ameryce i Izraelowi w pozyskaniu informacji na temat syryjskiego programu nuklearnego”. To ważny sygnał, świadczący, iż targi o europejski system obronny włączono w koncepcję reorientacji polityki zagranicznej USA, polegającej na rezygnacji z dotychczasowych pozycji europejskich, na rzecz spraw Azji i Bliskiego Wschodu.  Priorytetem Obamy stała się zatem poprawa kontaktów z Rosją, zwiększenie współpracy z Chinami, czy normalizacja stosunków z Iranem i Syrią.
Fakt, że w tych obszarach Obama nie może pochwalić się żadnymi sukcesami zawdzięcza tyleż błędom własnej polityki, co skutecznej, twardej grze dyplomacji rosyjskiej. Można bowiem uznać, że los tarczy rozstrzygnął się w zasadzie już 1 kwietnia 2009 roku, gdy doszło do spotkania Miedwiediewa z Obamą. Poprzedziła je informacja "Kommersanta" z lutego 2008 r, iż Rosja i Iran podpisały kontrakt na dostawę 5 baterii S-300, ale rosyjski rząd musi jeszcze ratyfikować umowę. Minister obrony Rosji Anatolij Serdiukow miał powiedzieć wówczas swojemu irańskiemu odpowiednikowi, że rosyjski rząd postanowił odłożyć dostawę S-300 do Iranu co najmniej do pierwszego bezpośredniego spotkania prezydentów Miedwiediewa i Obamy. Straszak zadziałał bezbłędnie, bo tuż przed spotkaniem na szczycie dziennik „New York Times" donosił o tajnym liście prezydenta USA do Miedwiediewa, w którym Obama deklarował, iż zrezygnuje z umieszczenia w Polsce i Czechach tarczy antyrakietowej, jeśli tylko Moskwa pomoże USA zapobiec uzbrojeniu się Iranu w rakiety dalekiego zasięgu. List miał być przekonywującą zachętą dla Rosji, aby przyłączyła się do wspólnego z USA frontu przeciw Iranowi.
Interesująca w publikacjach Wikileaks jest depesza Departamentu Stanu z 17 września 2009, zawierająca instrukcje o sposobie informowania innych rządów o rezygnacji z rozmieszczenia tarczy. Swoje intencje administracja Obamy formułuje w zależności od państwa, będącego adresatem informacji. Odrębne zestawy instrukcji przygotowano dla Rosji, Japonii i państw Zatoki Perskiej, z pouczeniem, że mogą być dostarczone do władz poszczególnych państw-odbiorców dopiero 25 minut przed wystąpieniem prezydenta Obamy zaplanowanego na ten dzień. Polska i Czechy miały dostać specjalne propozycje i punkty do dyskusji.
Powodem rezygnacji z budowy polsko-czeskiego systemu są - według tego dokumentu - nowe informacje płynące z Iranu, iż poczynił on postępy w budowie rakiet krótkiego i średniego zasięgu, a mniejsze jeśli chodzi o pociski interkontynentalne. To nowe podejście usuwa potrzebę rozmieszczenia antyrakiet w Polsce i prezentuje koncepcję, która „nie wymaga pojedynczego, stałego radaru, którego lokalizację zaplanowano pierwotnie w Republice Czeskiej”.  Dla Rosji, Obama ma same uspakajające wiadomości: „Nie planujemy rozmieszczania pocisków przechwytujących bazowania naziemnego (GBI) w Polsce i nie umieścimy radaru (European Mid-Course radar) w Republice Czeskiej” . „Nowy plan antyrakietowy dla Europy jest lepiej dostosowany do bronienia przed rodzącym się zagrożeniem z Iranu. Zamierzamy rozmieścić pociski przechwytujące SM-3 takie, jakie rozmieszczamy także na Bliskim Wschodnie. Pociski SM-3 nie mają możliwości zagrożenia rosyjskim pociskom międzykontynentalnym (ICBM)” – głosi część przeznaczona dla Kremla.
Amerykańskie placówki w Warszawie i Pradze nie otrzymały tego dokumentu. Nigdzie też nie ujawniono otwarcie, że podłożem decyzji był sprzeciw Rosji i tchórzliwa zgoda administracji Obamy  na pozostawienie postsowieckich państw Europy Wschodniej w orbicie wpływów Kremla.
W tym kontekście, szczególnie rażące i groźne były kłamstwa rozpowszechniane przez grupę rządzącą w Polsce, jakoby USA zrezygnowały z projektu tarczy z powodu obcięcia funduszy na ten cel przez amerykański Kongres. W ten sam obszar fałszu wpisywały się propagandowe głosy „polskich negocjatorów” o zabiegach czynionych w kierunku zapewnienia nam „gwarancji bezpieczeństwa”, zagrożonego rzekomo przez fakt zainstalowania wyrzutni na polskiej ziemi. Wydaje się, że rola polskiego rządu w sprawie tarczy została określona już po wizycie Donalda Tuska w Moskwie, w lutym 2008 roku. Od tego momentu nastąpiło wyraźne wyhamowanie negocjacji, mnożenie przeszkód (kwestia „gwarancji”) oraz poszukiwanie pretekstu do przedłużania rozmów. Tuż po przyjeździe polskiej delegacji z Moskwy „Gazeta Wyborcza” donosiła - „Tusk wstrzymuje tarczę” (22.02). Po zmianach w Białym Domu i wyborze Obamy, grupa rządząca stała się natychmiast wyrazistym rzecznikiem „resetu” w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. Można sądzić, że rezygnacja z tarczy przyszła rządowi Tuska o tyle łatwo, że leżała w interesie Moskwy.
W ujawnionych przez Wikileaks dokumentach nie najmniejszej wzmianki o „twardym stanowisku” Polski w sprawie tarczy. Nasz kraj występuje wyłącznie jako obiekt zależny od globalnych decyzji. Te zaś wydają się być podejmowane w świetle generalnej zasady wyrażonej w jednej z depesz przez  francuskiego ambasadora w USA. Jean-David Levitte trafnie stwierdził, że „dla Rosji dobrzy sąsiedzi to ulegli sąsiedzi" i dodał, że ”może minąć pokolenie, zanim Rosja będzie w stanie zaakceptować utratę wpływów od Polski przez kraje bałtyckie do Ukrainy i Gruzji”.
Z kolejnej partii depesz Departamentu Stanu USA ujawnionych przez portal Wikileaks i śledztwa, którego wyniki opublikował „Wall Street Journal” wyłania się prawdziwa postawa Rosji wobec naszego państwa - jakże inna, niż wynika to z propagandy szerzonej przez grupę rządzącą. Mimo „resetu” Obamy Kreml nawet na chwilę nie zmienił swojego podejścia do Zachodu, a w szczególności do Europy Środkowej i krajów bałtyckich. O ile Moskwa stosowała szantaż głowicami, by utrącić tarczę antyrakietową, to po osiągnięciu celu  – nie zważając na rozmowy o układzie START – zastosowała tę samą taktykę, by zablokować projekt rozmieszczenia pocisków Patriot w północno-wschodniej Polsce. Okazało się zatem, że w maju br., w czasie zapewnień o „współczuciu” i „pojednaniu” Rosja przesunęła taktyczne głowice nuklearne bliżej Polski, do okręgu kaliningradzkiego. Z punktu widzenia polskiego bezpieczeństwa decyzja ta ma kluczowe znaczenie. Chodzi bowiem o broń taktyczną, czyli krótkiego zasięgu – bezpośrednio zagrażającą Polsce. W tym samym czasie polski minister Sikorski prowadził dyplomatyczną kampanię w sprawie otwarcia granicy obwodu kaliningradzkiego i wprowadzenia na tym obszarze ruchu bezwizowego.
Nie może natomiast zaskakiwać informacja zawarta w innej depeszy ambasady USA w Moskwie. Wynika z niej, że rosyjskie służby doskonale wiedziały o tym, iż polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych utworzyło nowe Biuro Bezpieczeństwa Europejskiego. Depesza przedstawia relację polskiego dyplomaty, któremu MSZ zaproponowało współpracę z tym biurem. Według dyplomaty, został on zaproszony do pracy, będąc na placówce w Moskwie. Rosyjskie MSZ dało mu do zrozumienia, że wie o nowym departamencie i o tym, że dyplomata ma zostać tam zatrudniony. Rosjanie użyli bowiem określenia "Biuro Zagrożeń ze Wschodu", znanego tylko polskim urzędnikom z MSZ. Jedynym sposobem, w jaki służby rosyjskie mogły uzyskać tę informację jest podsłuch telefoniczny rozmów polskiej ambasady.
Tylko w jednym obszarze i tylko jeden polityk polski występuje w dotychczas ujawnionych dokumentach jako liczący się podmiot polityczny i twórca samodzielnych decyzji.. Mowa oczywiście o Gruzji i polityce Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dyplomaci USA nie ukrywają zaskoczenia tym faktem, przyzwyczajeni zapewne do pasywnej postawy ludzi z grupy rządzącej. „Zaskakująco silne przywództwo podczas konfliktu w Gruzji objęła Polska” - głosi skierowana do Departamentu Stanu depesza ambasady USA w Warszawie, datowana na 10 sierpnia 2008 r, w której informuje się, iż „Prezydent Kaczyński koordynował regionalne demonstracje solidarności w Tbilisi – w tym zaplanowaną na 11 sierpnia wspólną podróż do Tbilisi z prezydentami państw bałtyckich i Ukrainy – i we wspólnym oświadczeniu z trzema partnerami bałtyckimi zdecydowanie potępił rosyjskie działania zbrojne z 9 sierpnia". Wspomina się również, iż „Strona internetowa prezydenta Kaczyńskiego przekazuje obecnie komunikaty gruzińskiego rządu, ponieważ strony gruzińskie są (prawdopodobnie) blokowane przez Rosjan. W sobotę 9 sierpnia prezydent Kaczyński i trzech jego bałtyckich odpowiedników wydało oświadczenie potępiające rosyjskie działania zbrojne „wymierzone przeciwko suwerenności i niepodległości państwa gruzińskiego” i wzywające UE i NATO do sprzeciwienia się rozszerzaniu „imperialistycznej i rewizjonistycznej” polityki w Europie Wschodniej. W zaistniałych warunkach oświadczenie kwestionuje stosowność strategicznego partnerstwa UE-Rosja i głosi, że rosyjskie działania w Gruzji powinny być brane pod uwagę przy negocjacjach nad nowym Porozumieniu o Partnerstwie i Współpracy pomiędzy UE a Rosją.”
W depeszy znajdziemy również wyraźnie nakreśloną rozbieżność opinii Prezydenta Kaczyńskiego i ministra Sikorskiego w kwestii instalacji tarczy rakietowej.
Niektórzy polscy politycy, w tym prezydent Kaczyński,  - napisano w dokumencie -argumentowali publicznie, że rosyjskie działania w Gruzji pokazały potrzebę zawarcia przez Polskę porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie Tarczy Antyrakietowej. Jednak główny negocjator rządu w tej sprawie, minister Sikorski, powiedział, że nie ma związku pomiędzy wydarzeniami w Gruzji a negocjacjami w sprawie tarczy.”
Na jakiej podstawie Sikorski wyraził taką opinie – nie wiadomo. Co ważne – był to pogląd sprzeczny nie tylko ze zdaniem Prezydenta, ale też z oceną ówczesnego szefa Sztabu Generalnego WP. Taki wniosek można wyprowadzić z depeszy ambasady USA w Warszawie z 13 sierpnia 2008 r., zawierającej relację ze spotkania attache wojskowego ambasady z gen. Franciszkiem Gągorem.
W podsumowaniu depeszy można przeczytać: „Gągor wezwał do wzmożenia amerykańsko-polskich wysiłków zmierzających do przekonania Niemiec, by poparły przyspieszenie MAP dla Ukrainy; gdyby Gruzja została przyjęta do MAP w kwietniu, rosyjski atak nigdy by się nie wydarzył. Konflikt w Gruzji znajduje przełożenie na polsko-amerykańskie negocjacje w sprawie Tarczy Antyrakietowej (BMD), potwierdzając przekonanie rządu polskiego o zagrożeniu ze strony Rosji i zapotrzebowaniu na rakiety Patriot w celu obrony Polski.”
Osobny rozdział depeszy poświęcono omówieniu wpływu sytuacji w Gruzji na polsko-amerykańskie rozmowy na temat tarczy. Z dokumentu wynika, że w opinii gen. Gągora : „rosyjskie działania w Gruzji udowodniły, że Polacy mieli rację w swojej ocenie zagrożenia rosyjskiego, natomiast USA I NATO myliły się. Sytuacja w Gruzji udowadnia, że Rosja jest nieprzewidywalna i że wykorzystanie siły militarnej pozostaje dla Moskwy jedną z opcji. Polscy politycy są obecnie jeszcze bardziej przekonani, że bezpieczeństwo polski musi zostać wzmocnione, a rozmieszczenie Patriotów w Polsce jest jeszcze ważniejsze.”
Obraz, jaki wyłania się z tych depesz wskazuje na rażący rozdźwięk między deklaracjami polskiego generała, intencjami Prezydenta Kaczyńskiego, a działaniami rządu Donalda Tuska. Warto przypomnieć, że dwa miesiące przed napaścią Rosji na Gruzję, w czerwcu 2008 roku  grupa rządząca była gotowa doprowadzić do zerwania rozmów z Amerykanami w sprawie tarczy, bez wcześniejszego uzgodnienia sprawy z Prezydentem. Fiasku negocjacji zapobiegła wówczas wizyta szefowej Kancelarii Prezydenta Anny Fotygi w Waszyngtonie i jej rozmowy z czołowymi politykami USA. Jak wynika z odnotowanej wypowiedzi Sikorskiego, nawet konflikt gruziński nie był w stanie niczego nauczyć ministra spraw zagranicznych, który wbrew polskim interesom nie dostrzegał związku między napaścią na Gruzję, a gwarancjami bezpieczeństwa wynikającymi z obecności tarczy antyrakietowej.
Gdyby grupa rządząca wykorzystała ówczesną sytuację i oceniła ją w perspektywie naszych, narodowych interesów, można przypuszczać, że jeszcze w 2008 roku projekt tarczy zostałby zrealizowany. Skoro takich działań nie podjęto, bierność polskich polityków została bezwzględnie wykorzystana w rosyjsko-amerykańskiej grze, a relacje z naszym krajem zbudowano według zasady „dobrzy sąsiedzi to ulegli sąsiedzi”.


Artykuł opublikowany w nr. 49/2010 Gazety Polskiej

wtorek, 7 grudnia 2010

INSTRUKCJE

Rzeczpospolita Polska nie posiada dość sił wewnętrznych, by zdołała się oprzeć niebezpieczeństwu, lub powstrzymać gwałty, które mogłyby być zadane jej prawom i konstytucjom. Nie można jej porównywać z Rzeszą Niemiecką. W związku z tymi rozważaniami, z powodu naszej pozycji i sąsiedztwa, powinniśmy zwracać całą naszą uwagę, by teraźniejsza forma rządu polskiego pozostała w zupełności nienaruszona, by nie zmieniło się prawo jednomyślności na sejmach, by nigdy nie zwiększono liczebności sił zbrojnych,. Na tym zasadza się fundament naszej polityki imperialnej, za pomocą czego bezpośrednio oddziałujemy na politykę europejską. [...]
Po zgłębieniu wszystkich motywów i nie wdając się we wszystkie możliwości jest prawdopodobne i nieodzowne, że osadzimy na tronie polskim przychylnego nam „Piasta”, użytecznego dla naszych rzeczywistych interesów, jednym słowem człowieka, który tylko nam zawdzięczać będzie swoje wyniesienie. [...]
To doświadczenie, potwierdzone przez wypadki, nasuwa nam następującą maksymę polityczną, że Rosja łatwiej osiągnie swój cel gdy sama będzie prowadziła swoje sprawy z Polską, bądź poprzez przyjacielskie wystąpienia, bądź siłą. [...]
Jakkolwiek zarządziliśmy przygotowania wojenne i duża część naszych wojsk jest gotowa przekroczyć granice na pierwsze wezwanie, to niemniej jednak ważne jest, dla chwały naszej i imperium, by pokazać całemu światu, że Rosja we wszystkich najważniejszych sprawach będzie pertraktować i działać sama, bez niczyjej pomocy, że posiada ona roztropność i znajomość prowadzenia polityki twarzą w twarz z innymi państwami i że w razie potrzeby jej siły fizyczne są wystarczające by ją skutecznie podeprzeć.
Jednak z drugiej strony jesteśmy w oczywisty sposób skłonni do umiłowania pokoju i ludzkości, chcielibyśmy, by elekcja naszego kandydata przebiegła bez zgiełku, bez wojny domowej i z zagwarantowaniem wszystkich prerogatyw, przywilejów i wolności Rzeczypospolitej Polskiej i byśmy w ten sposób zrealizowali wszystkie nasze projekty. Jednak gdyby, wbrew naszym przewidywaniom sprawy przyjęły inny obrót, jesteśmy zdecydowani z niewzruszoną wytrwałością wysłać wszystkie wojska, jakie Opatrzność nam powierzyła i na naszą korzyść zakończyć sprawy polskie. Z tego powodu nakazujemy wam trzymać rękę nad wykonaniem poniższych artykułów.
Niech panowie użyją wszystkich pieniędzy, jakie macie w swoich rękach, wraz ze 100 000 rubli, zaciągniętymi na dom handlowy Clifford syn i wspólnicy w Amsterdamie, w celu zwiększenia liczby przywódców i stronników naszej partii. Nie chcemy wam przepisywać, komu, kiedy i ile macie przelać z tych pieniędzy, wiemy bowiem, że sami zrobicie z nich najlepszy użytek. Spuszczamy się w tym panie hrabio Kayserling na pańską roztropność, wierność w naszej służbie i wreszcie na doskonałą znajomość spraw tego państwa. Niemniej jednak zwracamy pańską szczególną uwagę na sejmiki, by posłowie tam wybrani działali całkowicie w naszym interesie. Jest więc ważne byśmy mieli tam swoich aktywnych emisariuszy wyposażonych w pieniądze. Dołączamy więc ich listę, dla każdego województwa, którą to listę hrabia Władysław Gurowski dostarczył niedawno naszemu tajnemu radcy Paninowi. Zweryfikuje pan skuteczność tego środka.[...]
W sposób stanowczy ogłosicie kandydatowi, nasze zamiary osadzenia go na tronie, środki, których użyjemy do tego celu i co w sposób szczególny powinno go przekonać do naszych zamiarów, to że jeśli pieniądze, których użyjemy do osiągnięcia naszego celu zdadzą się na nic, użyjemy wtedy wszystkich zasobów, jakie powierzyła nam Opatrzność. To powinno go przekonać, bowiem sam nie miałby ani pretekstu, ani środków, żeby to osiągnąć. [...]
Jest prawdopodobne, że ludzie zawistni i zazdrośni wobec naszych zamiarów, a przez to wrodzy wobec naszego stronnictwa w tym kraju, będą chcieli pokrzyżować nasze zabiegi i działać na naszą szkodę. Bez wątpienia dojdzie do tego, że nasi przeciwnicy zawiążą konfederację i będą próbowali wybrać innego króla. Rozkazujemy wam więc stanowczo gdy nasz kandydat zostanie wybrany i ogłoszony, byście w naszym imieniu uroczyście go uznali wraz z wszystkimi waszymi polskimi przyjaciółmi. Jeżeli jednak ktokolwiek ośmieliłby się przeciwstawić tej elekcji, zmącić pokój publiczny Rzeczypospolitej, utworzyć konfederację przeciw zgodnie z prawem wybranemu monarsze, wtedy bez żadnej uprzedniej deklaracji, rozkażemy naszym wojskom uderzyć w tym samym czasie we wszystkich punktach terytorium polskiego. Rozkażemy by uważać naszych przeciwników jako rebeliantów i mącicieli i by zniszczyć ogniem i mieczem ich dobra i włości. W tym wypadku porozumiemy się z królem Prus, a wy ze swojej strony z jego ministrem rezydującym w Warszawie.
Jeśli nieprzewidzianie wszystkie tak liczne i dobrze zorganizowane środki zaradcze nie powiodą się, i gdy nie będziemy mogli się obejść bez interwencji zbrojnej i będziemy zmuszeni do ustanowienia i utrzymania siłą króla z naszego wyboru, gdy powyższe środki zostaną zaniechane, wtedy nie złożymy broni, dopóki całe Inflanty polskie nie zostaną odłączone i wcielone do naszego imperium. Zapoznając was wcześniej z tym postanowieniem, zalecamy wam w najwyższym stopniu zachowanie tajemnicy, bowiem uciekniemy się do tego środka, tylko wtedy gdy inne wydadzą się niewystarczające.

-         Katarzyna II - Tajne instrukcje dla Hermana Karla von Keyserlinga i Nikołaja Repnina. Sankt Petersburg, 6 listopada 1763r.



************************

            Nigdy by Polakom broń ich nieprzyjaciół straszną nie była, gdyby sami go między sobą zgodni znali swą siłę całej tej siły użyć umieli, nigdy by, mówię, orężem Polaków pokonać nie można, gdyby chytry nieprzyjaciel przewrotnością, zdradą i podstępami nie niszczył chęci, i sposobu odporu.
Cały ciąg tyranii moskiewskiej w Polszcze jest dowodem, do jakiego stopnia ta przemoc miotała losem naszym i używając koleją przekupstwa, zwodniczych przyrzeczeń, podchlebiania, przesądom, głaskania namiętności, burzenia jednych przeciwko drugim, czernienia u obcych, wszystkiego słowem, co złość piekielna z chytrością najprzewrotniejszą połączona wymyślić może. W tylokrotnych zdarzeniach, w których Polacy do broni przeciw niej się porwali, możesz ten ród rozbójników liczyć jedno nad nimi prawdziwe zwycięstwo? A przecież zawsze koniec śmiałości polskiej był ten że zwyciężony nieprzyjaciel wracał na karki zwycięzców jarzmo na moment ulżone.
Zkąd więc pochodził taki rzeczy polskich obrót? Czemu ten naród jęczał bez sposobu wydobycia się? Oto stąd, że chytrość moskiewskich intryg, mocniejsza niż broń, gubiła zawsze Polaków samymi Polakami. Dzieliły nadto nieszczęśliwych Polaków mniemania rządowe i opinie względem prawideł, na których wolność i organizacji narodu gruntownymi być miały, a do niewinnej opinii różnicy występny duch miłości własnej i osobistych widoków mieszał opór, złokę i skromność wiązania się z obcymi, a zatem podłego onym ulegania.[...]
Naprzeciw kupie strwożonych już niewolników postawmy masę potężną swobodnych mieszkańców, którzy o własne szczęście walcząc nie mogą chybić zwycięstwa, a to, czym nas dotąd pokonywali, to narzędzie gadzin milczkiem gryzących, ten obmierzły machiawelizmu przemysł, pokona baczność nasza, gorliwość poczciwych obywatelów i groźny miecz sprawiedliwości, który dosięgnie wszędzie, gdzie się zdrada lub przewrotność szkodliwa narodowi okaże. Los tedy Polski od tego zawisł, abyśmy skruszyli podwójną siłę nieprzyjaciół naszych, to jest: siłę oręża i siłę intrygi.[...]

Tadeusz Kościuszko - Uniwersał Połaniecki . Obóz pod Połańcem - 7 maja 1794 r.

czwartek, 2 grudnia 2010

ANATOMIA ROSYJSKIEJ DEZINFORMACJI

Wśród osób zainteresowanych wyjaśnieniem prawdziwych okoliczności tragedii smoleńskiej, dość powszechne wydaje się przeświadczenie, że ukrywający prawdę rosyjscy decydenci oraz ich służby mogli popełnić szereg błędów, niedostatecznie ukryć istotne dla sprawy okoliczności, pozwolić na niekontrolowany przepływ informacji lub działania niezależne od woli mocodawców. Istnieje przy tym mocna wiara, iż odkrycie prawdy o katastrofie smoleńskiej jest rzeczą dostępną dla śledczych-amatorów i wystarczy spożytkować zdolności analityczne, by z ogólnie dostępnej bazy informacji, domniemań i przecieków zbudować spójną i logiczną hipotezę. Zakłada się również, że dostęp do niektórych wiadomości, filmów czy artykułów jest efektem aktywności niezależnych środowisk i mediów, w tym szczególnie - nie poddanej cenzurze strefy Internetu.
Tego rodzaju wiara sama w sobie jest rzeczą pożądaną, skoro inspiruje, skłania do poszukiwań i stawiania ważnych pytań związanych z tragedią z 10 kwietnia. Bez niej, jak i bez tytanicznej pracy setek anonimowych blogerów oraz niektórych dziennikarzy śledczych nasza wiedza o tym wydarzeniu byłaby na poziomie przekazu rosyjskich i polskojęzycznych mediów.
Jednocześnie, te same osoby i środowiska mają świadomość, że od chwili ogłoszenia wiadomości o katastrofie działa precyzyjny, sterowany  przez ośrodki zewnętrzne mechanizm dezinformacji, której celem jest wytworzenie fałszywego obrazu  zdarzenia oraz generowanie błędnych ocen i wniosków. Nie ma bowiem lepszego sposobu ochrony prawdziwych tajemnic, niż dostarczenie fałszywych informacji ludziom poszukującym prawdy.
Dlatego od 10 kwietnia byliśmy świadkami stosowania wszelkich metod profesjonalnej dezinformacji: pełnej, częściowej i apagogicznej (sprowadzonej do cech niedorzeczności, absurdu). Począwszy od tezy o odpowiedzialności Lecha Kaczyńskiego, poprzez dozowanie przecieków z rosyjskiego śledztwa i zapisów czarnych skrzynek oraz rzekome rewelacje z akt prokuratorskich, po różnego rodzaju „tropy” w postaci filmów, opinii „niezależnych ekspertów”, tajemniczych publikacji prasowych itp. Elementem dezinformacji jest cały tzw. szum medialny; sprzeczne i wykluczające się przekazy czy też uporczywie powtarzane twierdzenia narzucane odbiorcom mocą medialnych "autorytetów" oraz pracą rezonatorów, czyli osób bezmyślnie powielających fałszywą tezę lub czyniących z niej przedmiot dyskusji.
Wspólną cechą wszystkich tego rodzaju transmisji jest fakt, że u ich źródeł znajdziemy stronę rosyjską lub środowisko inspirowane przez Rosjan. Konsekwentnie też - jeśli polską prokuraturę i funkcyjne media traktować jako zależne od rosyjskich przekazów –one również będą jedynie rezonatorami dezinformacji. 
Powstaje zatem pytanie: w jaki sposób ludzie korzystający z tej bazy danych mają możliwość odróżnienia informacji prawdziwej od dezinformacji, prawdy od fałszu?  Czy posiadają narzędzia pozwalające na weryfikację przekazu i odsianie plew kłamstwa od ziaren prawdy? Otóż, nie mają takiej możliwości i nie posiadają odpowiednich narzędzi, ponieważ wszystkie dowody rzeczowe oraz materiały postępowania znajdują się w Rosji i jak dotąd nie podlegały niezależnej ocenie. Co więcej – odbiorcy rosyjskiego przekazu są całkowicie bezbronni i narażeni na manipulację, bo jako przeciwnika mają przed sobą największy na świecie aparat dezinformacji, działający nieprzerwanie od blisko 90 lat i służby specjalne państwa, które uczyniło z niej najgroźniejszą i najbardziej skuteczną broń.
Nikt, kto sięga po wiedzę rozpowszechnianą na podstawie rosyjskich przekazów nie może mieć pewności, że buduje na prawdzie i nie może wiedzieć, czy nie stanie się mimowolnym rezonatorem. Bez większego ryzyka można przyjąć, że ponad 90% wszystkich analiz, spekulacji i hipotez dotyczących tragedii smoleńskiej należy zaliczyć na poczet udanych kampanii dezinformacji, za którymi stoją tajne służby.  Każda kolejna i powielanie już istniejących, stanowi rodzaj „perpetuum mobile” – napędzając proces, u którego kresu będzie zawsze ślepy zaułek
Winston Churchill twierdził, że podczas wojny prawda jest tak cenna, iż trzeba jej zapewnić ochronę złożoną z kłamstw. Otóż, państwo płk Putina ma dwie zasadnicze cechy: z jednej strony, kłamstwo jest dla niego formą istnienia, z drugiej zaś, znajduje się w stanie permanentnej wojny.
Podstawowym orężem tej wojny, nierozerwalnie związanym z formą istnienia dzisiejszej Rosji jest mistrzowsko stosowana dezinformacja, w taki sposób, by przeciwnik uwierzył w to, w co powinien uwierzyć i działał na własną zgubę na płaszczyźnie politycznej, gospodarczej lub militarnej.
Istota takiej dezinformacji nie polega tylko na zmyleniu przeciwnika, ale na  posłużeniu się nim samym do sprokurowania fałszywych informacji - na tyle skutecznych, że przyspieszą jego przegraną. By tak się stało muszą zostać spełnione dwa warunki: trzeba doskonale znać przeciwnika; przede wszystkim jednak przeciwnika tego musi cechować naturalna skłonność do wyrażania idei sprzyjających realizacji zamiarów nieprzyjaciela. O ile podstawowa dezinformacja sprowadza się do przedstawienia fałszu jako prawdy, o tyle dezinformacja stosowana przez Rosję ma na celu zmuszenie przeciwnika do stworzenia przez niego samego fałszywego obrazu wroga.  Nie trzeba zatem okłamywać przeciwnika, on sam wprowadza się w błąd. Na przykładzie wielu zdarzeń rozgrywanych na arenie światowej widać, że specyfika rosyjskiej (a wcześniej sowieckiej) dezinformacji polega na tym, że czerpie ona swoje siły z postawy Zachodu, który po otrzymaniu impulsu z Moskwy, dezinformuje się już sam
Jeśli przyjmiemy, że w związku z tragedią smoleńską mamy do czynienia z operacją tajnych służb płk Putina, trzeba również przyjąć, że byłaby to największa i najpoważniejsza tego typu operacja w historii służb specjalnych. Jej zakresu nie da się porównać z żadną znaną lub domniemaną ingerencją tajnych służb. Katastrofa w Gibraltarze, zabójstwo Kennedy'ego, zamach na Jana Pawła II czy „zamachy terrorystyczne” w Rosji nie mogą być porównywalne z operacją, w której ginie urzędujący prezydent europejskiego państwa, grupa najwyższych rangą dowódców wojskowych NATO i elita oficjeli. Jest oczywiste, że działaniom tajnych służb musiałyby towarzyszyć nadzwyczajne środki zabezpieczające, adekwatne do wagi operacji, jaką chciano przeprowadzić. Przy obecnym rozwoju sieci informatycznej i zaawansowanych technologiach,  nie wchodziła w grę całkowita blokada informacji. Nawet przy użyciu najdoskonalszych narzędzi cenzorskich skazana byłaby na porażkę. Sięgnięto zatem po broń dezinformacji, wykorzystując w tym celu medium najdoskonalsze - nieocenzurowany i ogólnodostępny Internet.
Niemal klasycznym przykładem zastosowania tego rodzaju mistrzowskiej dezinformacji jest tzw. „film Koli”, znany również jako film „1,24”, wokół którego narosło bodaj najwięcej hipotez, mitów i analiz. Ten, kto umieścił go w Internecie wiedział doskonale, że zawarte w filmie sugestie (obrazy, dźwięk) trafią na niezwykle podatny grunt i staną się dla wielu podstawą do zbudowania tezy o zamachu oraz posłużą do formułowania teorii o dobijaniu rannych. Wiedział także, że osoby oglądające film skojarzą te sugestie ze zbrodnią katyńską, a dźwięki wystrzałów z praktyką sowieckich morderców strzelających Polakom w tył głowy. Szczególnym „walorem” filmu jest jego amatorska jakość, dzięki czemu każdy oglądający może na nim dostrzec to, co zechce zobaczyć i usłyszeć to, czego oczekuje. Wokół filmu wytworzono stosowną atmosferę, rozpowszechniając pogłoski o tragicznej śmierci prawdziwego autora oraz przedstawiając wypowiedzi osób przyznających się do nakręcenia obrazu. Zaangażowano w to rosyjskie i polskojęzyczne media, służby specjalne i prokuraturę.
Podstawowym dowodem na dezinformacyjny charakter tego przekazu jest jednak wiadomość - przeciek z ubiegłego tygodnia, z której dowiedzieliśmy się, że szef Agencji Wywiadu zawiadomił prokuraturę o sfałszowaniu notatki AW w sprawie katastrofy smoleńskiej. Notatka, to relacja z rozmowy, jaką 13 kwietnia miał przeprowadzić oficer AW z Andriejem Mendierejem – Rosjaninem, który nagrał słynny „film 1,24”. Autor miał potwierdzić, że „wyglądało to jak dobijanie rannych” zadeklarować gotowość złożenia szczegółowych zeznań i prosić o azyl w Polsce. Powodem złożenia zawiadomienia do prokuratury miał być fakt, iż  „wątpliwości co do autentyczności tego dokumentu nabrała sama Agencja Wywiadu”. Tymczasem Leszek Misiak i Grzegorz Wierzchołowski z „Gazety Polskiej” ujawnili, iż rzekoma notatka była od wielu miesięcy kolportowana w środowisku dziennikarskim, liczono więc, iż ktoś ją upubliczni i na jej podstawie będzie forsował wersję zdarzeń z „filmu Koli”. Wyjawienie, że notatka była fałszywa pozbawiłoby wówczas wiarygodności  pismo, które zdecydowało się na jej opublikowanie. Taki z pewnością był cel wyprodukowania dokumentu. Dlaczego zatem zmodyfikowano pierwotny zamiar i zdecydowano się na tego rodzaju „wrzutkę”, ujawniając fakt powiadomienia prokuratury?
Tu właśnie otwiera się obszar dezinformacji w stylu rosyjskim. Ten, kto postanowił o takim kroku wiedział, że osoby dające wiarę sugestiom zawartym w filmie traktują z rezerwą działania służb III RP, zinterpretują zatem tę grę jako próbę podważenia wiarygodności „filmu Koli” i uznają wiadomość o fałszywce za potwierdzenie autentyczności przekazu. Fakt, że dzieje się to tuż przed publikacją raportu MAK, a głos w sprawie zabrało dwóch byłych esbeków -  zwiększy jedynie pożądany efekt i jednocześnie rozszerzy możliwości wykorzystania dezinformacji na nowe strefy.
A zatem - sam przeciwnik zostaje zmuszony do stworzenia fałszywego obrazu i sam siebie ma wprowadzić w błąd, kierując się przewidywalnymi schematami myślenia. Dezinformację powierza się temu, kogo chce się oszukać, a działanie z zewnątrz ograniczone zostaje do początkowego impulsu (w tym wypadku filmu), nigdy nie dawanego bezpośrednio lecz zawsze poprzez źródła pośrednie, uwiarygodnione. Ryzyko demistyfikacji praktycznie nie istnieje, ponieważ zwolennicy tezy o dobijaniu rannych  trwają mocno w swoim przeświadczeniu, zaś każdy nowy element zostaje zinterpretowany według funkcjonującego już schematu.
Czemu służą tego rodzaju dezinformacje, nietrudno się domyśleć. W przypadku filmu „1,24” chodzi o wywołanie atmosfery grozy (są zdolni do wszystkiego), przeświadczenia, że ktoś przeżył katastrofę (buduje się kolejne hipotezy), utrwalenia przekazu o miejscu zdarzenia (sankcjonuje wersję rosyjską) oraz efektu budowy „teorii spiskowej”, którą (w odpowiednim momencie) będzie można obalić, wyśmiać i wskazać jako koronny dowód tworzenia maniakalnych wizji przez środowiska prawicowe.
Warto mieć świadomość, że dla Rosjan kreowanie kolejnych, a nawet najbardziej fantastycznych hipotez nie stanowi najmniejszego zagrożenia. Są wpisane w mechanizm dezinformacji i służą odwróceniu uwagi od kwestii rzeczywiście istotnych.  Im więcej tego rodzaju teorii się pojawia, im bardziej są nagłaśniane i komentowane, tym lepiej dla służb kierujących tym procesem. Groźna byłaby tylko jedna, prawdziwa hipoteza lub wiedza, prowadząca do poznania rzeczywistych okoliczności tragedii z 10 kwietnia. Wszystko inne pracuje na korzyść głównych kreatorów dezinformacji;  wywołuje szum informacyjny, ośmiesza „teorie spiskowe”, zniechęca osoby powściągliwe w ocenach, utrudnia dotarcie do najważniejszych wątków, przytłacza  rozmaitością szczegółów.  Działa niczym wirus atakujący system immunologiczny organizmu, by uodpornić go na działanie prawdy. Gdy zostanie ona odkryta – kto wówczas w nią uwierzy?
            Z całą pewnością, wielu ludzi przyjmujących przekazy inspirowane przez Rosjan, analizujących filmy, publikacje, zeznania świadków czy przecieki ze śledztw działa w dobrej wierze i ma szczerą intencję zmierzenia się z materią dezinformacji. Popełniają jednak kardynalny „grzech pychy” jeśli sądzą, że prawda o smoleńskiej tragedii znajduje się na wyciągnięcie dłoni i wystarczy sklecić kilka hipotez, by zburzyć cały gmach kłamstwa. Nie tylko nie doceniają przeciwnika, którym jest państwo traktujące dezinformację jako środek prowadzenia wojny, ale często stają się nieumyślnymi rezonatorami fałszerstw, blokując sobie i innym drogę do prawdy. Łatwość, z jaką przyjmuje się nawet najbardziej nieuprawnione i fantastyczne  teorie lub powtarza ewidentne brednie dowodzi, że jesteśmy podatni na dezinformację w stopniu wprost zatrważającym, a zatem całkowicie bezbronni wobec mistrzów kłamstwa.
Nie chodzi przy tym o całkowite zaniechanie analizy rosyjskiego przekazu lub pasywny stosunek do śledztwa smoleńskiego.  Kto ma dostateczną wiedzę specjalistyczną lub zdolności dedukcyjne nie powinien rezygnować. Nie można jednak podążać bezmyślnie za wszystkimi pojawiającymi się hipotezami i bez refleksji przyjmować każdą informację.
            Po drugiej stronie są ludzie, którzy „robią swoje” od dziesięcioleci, kalkulują każdy ruch, kontrolują najważniejsze media, mają na usługach rzesze ekspertów, naukowców, polityków czy blogerów. Wyprodukowanie dokumentu, stworzenie zdjęcia czy filmu, publikacja artykułu, przeciek z akt śledztwa i setki innych działań, nie stanowią dla nich żadnego problemu.
Czy jesteśmy zatem skazani na los bezwolnych ofiar dezinformacji? Z całą pewnością nie. Antidotum są działania podejmowane od kilku miesięcy przez parlamentarny zespół PiS ds. zbadania przyczyn katastrofy, zebranie dostępnej dokumentacji, ustalenie podstawowych faktów, zaangażowanie niezależnych ekspertów, próba powołania międzynarodowej komisji i zainteresowania sprawą opinii światowej. Takim antidotum na dezinformację jest wysiłek poznawczy skoncentrowany głównie na udziale polskich władz w przygotowaniach  prowadzących do pułapki smoleńskiej, ustalenie listy błędów i zaniechań, analiza dowodów dostępnych w Polsce (choćby zeznania rodzin ofiar) czy wreszcie wskazywanie przykładów manipulacji i dezinformacji. Pożądane jest także odrzucenie w całości przekazu polskojęzycznych ośrodków medialnych i skoncentrowanie na mediach szanujących prawdę i odbiorcę. Na tym obszarze istnieje możliwość złamania monopolu i realne zagrożenie dla środowisk zainteresowanych ukryciem prawdy. Świadczą o tym coraz bardziej nerwowe reakcje grupy rządzącej i obraz gier prowadzonych przez służby specjalne. 
Warto więc odrzucić utarte schematy myślenia i wykazywać rozwagę w ocenie zdarzeń, pamiętając, że  dewizą dezinformacji nie jest: „kłamcie, kłamcie,  zawsze coś z tego zostanie” lecz: „perorujcie, perorujcie, w końcu odpowiednio do tego postąpicie".


Artykuł opublikowany w nr.48/2010 Gazety Polskiej.