poniedziałek, 29 listopada 2010

KOSZT SYMBOLU „PRZYJAŹNI”.

Umowa gazowa z Rosją powinna stać się symbolem wasalnych, asymetryczny stosunków łączących grupę Donalda Tuska z reżimem płk Putina. Trzeźwa analiza sytuacji zaistniałej po 10 kwietnia, ale też liczne przekazy prasy rosyjskiej i wypowiedzi moskiewskich polityków nie pozostawiają wątpliwości, że rząd Tuska i inne organy państwa polskiego traktowane są jako adresaci żądań i wykonawcy poleceń, nie tylko w kwestii najważniejszej w historii katastrofy lotniczej, ale także w sprawie wielomiliardowego kontraktu o strategicznym znaczeniu dla przyszłości Polski.
Na tak uwłaczającą relację pozwolono Rosjanom już we wrześniu 2009 roku, przyjmując jako podstawę przyszłego kontraktu gazowego dyrektywy wydane przez Władimira Putina, zmierzające do ograniczenia polskich wpływów na spółkę zarządzającą gazociągiem.
Przez cały okres negocjowania umowy polskie społeczeństwo było pozbawione elementarnej wiedzy o jej rzeczywistych warunkach i karmione propagandowymi banałami o rzekomych „sukcesach negocjacyjnych”. Jak sukcesy te wyglądały w praktyce, mogliśmy się przekonać, gdy do mediów przedostały się informacje o niektórych ustaleniach umowy. Dowiedzieliśmy się zatem, że:
-     za gaz dostarczany z Rosji zapłacimy znacznie więcej, niż inni odbiorcy (330 USD 1000m/3) ze świadomością, że cena ta będzie wzrastać,
-   stawki za tranzyt gazu, jakie Gazprom ma płacić Polsce są niższe nawet od stawek, jakie Rosjanie płacą Białorusi. Od marca br. za tranzyt 1 tys. m sześc. gazu na odległość 100 km Gazprom płaci Polsce równowartość 1,74 dol.(Białorusi – 1,88, Ukrainie – 2,74)
- zrezygnowaliśmy z wpływów w zarządzie i radzie nadzorczej spółki tranzytowej EuRoPol Gaz poprzez niekorzystne zapisy w jej statucie, wykluczenie spółki Gas Trading oraz zaniżenie dochodów spółki z tranzytu i rocznego zysku do 21 mln zł rocznie,
- godząc się na utrzymanie indeksacji ceny gazu do cen ropy do 2037 r. skazaliśmy się na wysokie ceny tego paliwa przez cały okres umowy,
-    zrezygnowaliśmy z zasądzonych (przez rosyjski sąd) 25 mln dolarów od Gazpromu za tranzyt za rok 2006 oraz należności za kolejne  trzy lata w wysokości ok. 180 mln dolarów,
-     zobowiązaliśmy się do odbioru 10,25 mld m sześć. gazu w 2011r., co stanowi blisko 2,8 mld m3 więcej niż odbieramy teraz w ramach kontraktu jamalskiego i 11 mld m sześc. w latach 2012-2019,
-   za nadwyżki gazu zapłacimy, niezależnie od tego czy zostaną wykorzystane,
-  realny nadzór nad polskim odcinkiem gazociągu jamalskiego nadal pozostanie w rękach  rosyjskich, a spółka Gaz System pełnić będzie rolę operatora,
-         przyznaliśmy Gazpromowi monopol na tranzyt gazu przez leżący na terenie Polski rurociąg do roku 2045,
-         zagwarantowaliśmy Rosji podpisanie nowego kontraktu na przesył gazu przez terytorium Polski na okres od 2020 do 2045 r. w wysokości około 28 mld m3 rocznie.
Kształt umowy świadczy o jej całkowitym podporządkowaniu interesom rosyjskim, głownie w zakresie opłaty tranzytowej i prawa własności do polskiego odcinka rurociągu. Tzw. polscy negocjatorzy nie zadbali również o zabezpieczenie roszczeń z tytułu rosyjskich zaległości za przesył gazu (mówi się nawet o ponad 400 mln USD) i nie byli zainteresowani powierzeniem zarządu nad polskim odcinkiem gazociągu niezależnemu operatorowi. Ta sprawa stała się m.in. powodem zarzutów Komisji Europejskiej i groźby skierowania skargi przeciwko Polsce do unijnego Trybunału Sprawiedliwości w Luxemburgu. Nawet wówczas strona polska broniła postanowień umowy – w tym pozostawienia zarządu nad Jamałem spółce EuroPol Gaz, - choć było oczywiste, że są one niekorzystne z punktu widzenia naszych interesów.
W zarzutach formalnych KE podnosiła m.in. że „EuRoPol Gaz ogranicza dostęp pomiotów trzecich do oferowanych usług tj. nie zapewnia zdolności przesyłowej w obu kierunkach w żadnym punkcie wejścia ani wyjścia systemu. Ponadto spółka nie wdrożyła ani nie opublikowała tzw. mechanizmów alokacji zdolności przesyłowej oraz. nie podaje do wiadomości publicznej żadnych informacji o technicznej, zakontraktowanej i dostępnej zdolności przesyłowej dla żadnego punktu wejścia ani wyjścia w swoim systemie przesyłowym”.
Choć wiceminister skarbu Mikołaj Budzanowski po spotkaniu w KE orzekł, że Polska rozwiała wszystkie wątpliwości Komisji Europejskiej dotyczące umowy operatorskiej o zarządzaniu polskim odcinkiem gazociągu, można uznać, że było to stwierdzenie na wyrost, wprowadzające w błąd opinię publiczną.
Z „oświadczenia komisarza UE ds. energii w sprawie Gazociągu Jamalskiego oraz umowy gazowej pomiędzy Polską i Rosją” z  dnia 4 listopada br. wynika jednoznacznie, że umowa o zarządzaniu polskim odcinkiem wymaga uzupełnień „o dalsze elementy niezbędne do prawomocnego wdrożenia tej umowy”. KE chce, by porozumienie operatorskie zostało uzupełnione o postanowienia wykonawcze w zakresie:
-    obliczania zdolności przesyłowych z uwzględnieniem zasady “wykorzystaj lub strać”,
- alokacji zdolności przesyłowych przez operatora na zasadach transparentnych i niedyskryminujących,
-    oferty odwrotnego przesyłu gazu,
-    ustalania niedyskryminujących taryf na podstawach kosztowych, 
-    ekspansji i rozwoju Jamalu w przyszłości.
Jest zatem oczywiste, że mimo propagandowego odtrąbienia sukcesu umowy gazowej, nadal pozostaje ona dokumentem nieprawnomocnym, a KE dostrzega w niej zapisy niejednoznaczne i niebezpieczne dla unijnej polityki energetycznej.
Model według którego skonstruowano umowę dobitnie ilustruje jej zapis mówiący, iż  „strony zgodziły się, by w przypadku wniesienia zmian w prawie polskim wynikających ze zobowiązań międzynarodowych wiążących Polskę, które to zmiany dopuszczają możliwość zachowania przez właściciela gazociagu funkcji operatora, strona polska będzie sprzyjać temu, aby EuRoPol Gaz S.A., według swojego wyboru miał prawo samodzielnie pełnić funkcję operatora, w tym funkcje przekazane OGP Gaz-System S.A. zgodnie z umową operatorską” oraz, że „jeżeli powyższe zobowiązania międzynarodowe wiążące Polskę, celem zwiększenia atrakcyjności inwestycyjnej kluczowych projektów infrastruktury gazowej, przewidują możliwość zwolnienia gazociągu z obowiązku zapewnienia dostępu stron trzecich, strona polska będzie sprzyjać temu, aby EuRoPol Gaz S.A. w tym stopniu, w którym wymienione zasady mają zastosowanie do niego, mógł wg własnej decyzji skorzystać z tego zwolnienia.”.
Z przebiegu blisko dwuletnich negocjacji oraz końcowych ustaleń umowy wynika, że podstawowym celem wspólnej gry prowadzonej przez Putina i grupę rządzącą Polską, było przede wszystkim zapewnienie Rosji władania eksterytorialnym odcinkiem gazociągu jamalskiego i czerpania z niego politycznych i ekonomicznych korzyści. Nawet pusta rura pozostająca pod rosyjskim nadzorem, byłaby nadal ważnym narzędziem nacisków na Polskę, a poprzez związanie całej infrastruktury przesyłowej ograniczałaby możliwości korzystania z innych źródeł zaopatrzenia w gaz.
Najbardziej dotkliwą finansowo konsekwencją umowy, jest rezygnacja z pobierania przez Polskę opłat za tranzyt gazu przez nasze terytorium, zgodnie z realnymi stawkami. Zdaniem wielu ekspertów wysokość tej opłaty powinna wynosić 2,75 USD za 1000 m. sześc. na 100 km. Zgodnie z założeniami rurociągiem jamalskim miało przepływać 65 mld. m sześc. gazu, zatem opłata za tranzyt winna wynosić przeszło półtora miliarda dolarów rocznie. Polska nigdy nie domagała się od Rosji takiej kwoty, a obecna umowa zawiera regulację w postaci zapisu, iż dochód spółki EuroPol Gaz z tranzytu i rocznego zysku nie może przekroczyć 21 mln zł rocznie. Zapis ten daje zatem Rosji gwarancję, że Polska nie otrzyma realnej stawki za tranzyt gazu.
W tym kontekście warto przypomnieć, iż na kilka tygodni przed tragedią smoleńską w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przedstawiono raport ekspertów sporządzony pod kierunkiem Piotra Naimskiego z którego jednoznacznie wynikało, że Polska nie pobiera opłaty  za tranzyt gazu i kwestię tę należy podnieść w toku prowadzonych negocjacji. Główny wniosek, płynący z przedstawionego wówczas raportu sprowadzał się do stwierdzenia, że umowa z Rosją jest niekorzystna dla Polski i zagraża naszemu bezpieczeństwu. Już wówczas Prezydent poważnie zastanawiał się nad prawnymi możliwościami zablokowania umów z Gazpromem i prowadził w tej sprawie liczne konsultacje.
Wbrew twierdzeniom Tuska i Pawlaka, jakoby decyzja o podpisaniu kontraktu gazowego wynikała z kalkulacji ekonomicznych (których nikt do tej pory nie przedstawił) i nie ma nic wspólnego z żadną „ideologią” - była ona podyktowana wyłącznie racjami politycznymi, których wspólnym mianownikiem jest podporządkowanie Polski rosyjskim wpływom i interesom.
W rządowym dokumencie  „Uzasadnienie wniosku o udzielenie przez Radę Ministrów zgody na podpisanie umowy między Rzeczpospolitą Polską, a Federacją Rosyjską” zapisano wprost:
Wejście w życie obu ww. umów będzie sprzyjać poprawieniu współpracy w sektorze gazowym pomiędzy Rzecząpospolitą Polską a Federacją Rosyjską. Przyczyni się do tworzenia pozytywnego klimatu społecznego, gospodarczego i politycznego we współpracy między oboma państwami.”.
Mając na uwadze, że w umowie brakuje wyrazistych, ekonomicznych pożytków, jej podstawowym celem będzie długoletnie i wyniszczające związanie naszej gospodarki potrzebami rosyjskich eksporterów źródeł energii i uczynienie z Polski organizmu uzależnionego od paliwowego „krwioobiegu” Federacji Rosyjskiej. Moskwa od początku traktowała umowę jako element politycznego uzależnienia Polski, a istotą kontraktu nie było zapewnienie dostaw gazu (to można osiągnąć szybko i w kilka innych sposobów) a utrwalenie wpływów Rosji i zapewnienie jej eksterytorialnego instrumentu władzy.
W powiązaniu z wyznaczoną Polsce rolą „konia trojańskiego” wspomagającego Moskwę w europejskiej ekspansji politycznej, taka koncepcja umowy gazowej wydaje się logiczna i korzystna w długofalowej strategii podboju Europy.


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Nowe Państwo” 11/2010

sobota, 27 listopada 2010

DEPARTAMENT KONTROLI WYJĘTEJ SPOD KONTROLI.

Wywiad skarbowy to jedna z najbardziej tajemniczych i elitarnych służb. W całym kraju zatrudnia ok. 300 funkcjonariuszy z pensją o jakiej mogą tylko pomarzyć policjanci czy agenci ABW.  Powstał w 1998 roku i podlega Generalnemu Inspektorowi Kontroli Skarbowej. Ma zdobywać dowody na najpoważniejsze przestępstwa podatkowe, pranie brudnych pieniędzy i korupcję urzędników. Nie prowadzi jednak śledztw. Zajmuje się jedynie pracą operacyjną. To zaś oznacza, że ma szerokie uprawnienia do inwigilacji: może instalować podsłuchy, śledzić podejrzanych i werbować tajnych współpracowników. O jego szczególnej pozycji decyduje jednak dostęp do tajemnicy skarbowej i możliwość korzystania z baz danych Ministerstwa Finansów.
Od momentu powstania wywiadu skarbowego kolejni szefowie tej służby wywodzą się z UOP –u  i ABW, choć w czasach rządów SLD i AWS zdarzało się, że zostawali nimi emerytowani esbecy. Potem nastała już era ABW i funkcjonariuszem tej właśnie służby był poprzedni szef wywiadu skarbowego  Wojciech Kiliński  - przed rokiem 1989 członek NZS i współzałożyciel NZS WSP w Częstochowie, od 1993 r w UOP i ABW. Obecnie wywiadem skarbowym kieruje Piotr Perkins, który wcześniej pracował w pionie przestępczości gospodarczej ABW. Do wywiadu skarbowego przeszedł, gdy poprzedni szef ABW Bogdan Święczkowski stracił do niego zaufanie, bo Perkins miał się spotykać z politykami PO.
W roku 2008 Gazeta Polska przypomniała, że Piotr Perkins, funkcjonariusz UOP-u w latach 90., brał udział w operacji dotyczącej Siergieja Gawriłowa - rosyjskiego biznesmena z paszportem Belize, prowadzącego interesy w Polsce. W 1997 r. w związku z podejrzeniami o pracę dla rosyjskiego wywiadu wojskowego (GRU) Gawriłow został z Polski wydalony. Interesy z Gawriłowem mieli robić oficerowie Zarządu Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa w okresie, gdy wywiad nadzorował wiceszef UOP Gromosław Czempiński. Służba ta założyła spółkę Światowe Centrum Finansów i Handlu ze Wschodem, której udziałowcem był Gawriłow. Centrum miało być przykrywką dla działalności wywiadu gospodarczego, ale jego aktywność zakończyła się fiaskiem i stratami finansowymi. Ochroną tajnej operacji zajmował się kontrwywiad UOP. Do dziś nie ujawniono szczegółów współpracy Gawriłowa z polskimi służbami. Wiadomo, że UOP pozytywnie opiniował jego firmę Bagbud władzom Łodzi, gdzie miał być wybudowany luksusowy hotel. Według nieoficjalnych informacji, służby zwerbowały Gawriłowa do współpracy, po pewnym czasie okazało się jednak, że w rzeczywistości nadal pracuje on dla Rosjan. Piotr Perkins był jednym z funkcjonariuszy, który badał wątek prania brudnych pieniędzy przez Gawriłowa, ale nie znaleziono na to żadnych dowodów. Ostatecznie oskarżono go jedynie o nielegalne posiadanie broni. W 2005 r. major Perkins został odznaczony przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego brązowym Krzyżem Zasługi za działalność na rzecz umacniania bezpieczeństwa wewnętrznego kraju.
W grudniu 2009 roku media ujawniły wewnętrzny dokument wywiadu skarbowego, w którym funkcjonariusz tej służby opisywał, jak na żądanie przełożonych przekazał oficerom ABW wiadomości z baz danych ministerstwa finsnów. Zrobił to na wyraźne polecenie szefostwa, choć zgłosił wątpliwości dotyczące takiego działania. W ten sposób ABW miała pozyskiwać informacje o przedsiębiorcach, którzy nie są objęci żadnym postępowaniem.
W tym samym czasie ujawniono, że z Polski do białoruskiego KGB wyciekły setki danych o transakcjach handlowych dokonywanych przez Białorusinów w naszym kraju, a białoruska bezpieka szantażuje tymi informacjami swoich obywateli i pracowników polskiego konsulatu w Grodnie, wzywając dziesiątki osób na przesłuchania. Białoruskie KGB wykorzystując dane przekazane przez polskie służby, działało przeciwko interesom i bezpieczeństwu Polski, a materiały te mogły posłużyć do typowych działań werbunkowych i wywiadowczych. Trzy miesiące później potwierdzono, że Polska przekazuje białoruskiemu KGB informacje o transakcjach handlowych na terenie kraju, przeprowadzanych przez obywateli Białorusi, w tym polskiego pochodzenia. Do zaprzestania tej działalności wezwali rząd parlamentarzyści z sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą, występując do premiera z dezyderatem, by wstrzymać przekazywanie danych. Wydaje się, że na przykładzie tej, konkretnej sprawy można stwierdzić, iż istnieje ścisłe współdziałanie wywiadu skarbowego z ABW. Materiały przekazane białoruskiemu KGB musiały bowiem pochodzić z bazy danych Ministerstwa Finansów.
Jak głębokie są to związki, może również dowodzić sprawa wiceministra finansów Andrzeja Parafianowicza, ujawniona w listopadzie 2008 roku. 
Parafianowicz to  jeden z najbardziej wpływowych ludzi w Polsce. Jako wiceminister finansów, generalny inspektor kontroli skarbowej, generalny inspektor informacji finansowej oraz pełnomocnik rządu ds. nieprawidłowości finansowych na szkodę Polski i Unii Europejskiej nadzoruje walkę z przestępstwami finansowymi i jest bezpośrednim przełożonym szefa wywiadu skarbowego Piotra Perkinsa. Ma dostęp do wszystkich baz danych o obywatelach i podmiotach gospodarczych w kraju. Może wnioskować o prześwietlenie finansów dowolnego obywatela, ma też obowiązek zawiadomić organy ścigania o każdym budzącym wątpliwości przepływie finansowym czy zrealizowanej transakcji.
Jego kariera rozpoczęła się w 1998 r. dzięki Krzysztofowi Bondarykowi, ówczesnemu wiceministrowi spraw wewnętrznych, dziś kierującemu Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
To właśnie Bondaryk zatrudnił Parafianowicza do współpracy przy tworzeniu Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej. KCIK miał koordynować pracę wszystkich służb zwalczających przestępczość zorganizowaną. Miały do niego wpływać informacje operacyjne Urzędu Ochrony Państwa, Wojskowych Służb Informacyjnych, Straży Granicznej, policji oraz pochodzące od organów finansowych i skarbowych. Gdy Bondaryk stracił posadę wiceministra, z resortu odszedł także Parafianowicz.
Po raz kolejny ich drogi skrzyżowały się w Polskiej Telefonii Cyfrowej (operatorze Era GSM), gdzie obaj mieli kontrakty menedżerskie na kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Bondaryk był szefem pionu bezpieczeństwa, a Parafianowicz szefem kadr. Po wygranych przez PO wyborach  Bondaryk został szefem ABW. Do rządu Tuska natychmiast też trafił Parafianowicz.
Wkrótce okazało się, że już po objęciu urzędu wiceministra finansów Parafianowicz otrzymywał wynagrodzenie z Polskiej Telefonii Cyfrowej, z tytułu umowy o zakazie konkurencji. Z oświadczenia majątkowego za rok 2007  wynikało, że otrzymał od PTC kwotę 76 tys. zł. Jak twierdziła wówczas „Rzeczpospolita” według nieoficjalnych informacji Parafianowicz podczas pracy w resorcie finansów odebrał od firmy telekomunikacyjnej nie mniej niż 300 tys. zł.
W identycznej sytuacji – konflikcie interesów był Krzysztof Bondaryk, szef ABW, który pełniąc funkcję szefa największej służby otrzymywał pieniądze od tej samej firmy telekomunikacyjnej. W sumie miało to być około 500 tys. zł.
Gdy sprawę pobierania wynagrodzenia przez Bondaryka i Parafianowicza zaczęło badać Centralne Biuro Antykorupcyjne, wiceminister finansów oskarżył je, że... nęka kontrolerów skarbowych, którzy badali sprawę Fundacji Prasowej „Solidarność” Jarosława Kaczyńskiego. CBA wyjaśniało, że agenci nie mieli pojęcia, iż przesłuchiwana przez nich inspektor zajmowała się fundacją Kaczyńskiego, a  śledztwo prowadzili w zupełnie innej sprawie zleconej im przez prokuraturę okręgową. Miało ono związek z aferą korupcyjną, w którą był zamieszany m.in. były senator Henryk S. O nękanie inspektorów oskarżał też CBA Piotr Perkins, a podległy mu wywiad skarbowy wszczął wewnętrzne śledztwo.
Warszawski Urząd Kontroli Skarbowej prowadził wówczas postępowanie w sprawie nieruchomości Fundacji Prasowej oraz starego długu (700 tys. zł) Porozumienia Centrum, umorzonego w 2007 roku.  "Opisane zdarzenia mogą wskazywać na próby wywierania przez CBA nacisków na inspektorów kontroli skarbowej i UKS w Warszawie prowadzących te kontrole" – oceniał sprawę szef wywiadu skarbowego Piotr Perkins. Inspektorzy UKS sprawdzali, czy fundacja i spółki prawidłowo rozliczają się z fiskusem oraz poszukiwali związków finansowych między fundacją, jej spółkami-córkami a PiS. Choć działania te prowadzono przez dwa lata, do tej chwili nie doszukano się żadnych nieprawidłowości.
Sprawa rzekomego nękania inspektorów wygląda na próbę przykrycia niewygodnego tematu, jakim są pieniądze, które obecny szef ABW otrzymuje od Ery”– mówi wówczas „Rz” informator z kręgu służb specjalnych.
Prokuratura, do której trafiły skargi Parafianowicza i Perkinsa stanęła po stronie wywiadu skarbowego i  zażądała od prokuratur prowadzących śledztwa wobec skarbówki informacji, co się w nich dzieje. Wiceprokurator generalny Jerzy Szymański zdecydował zaś, że prokuratura w osobnym śledztwie ma wyjaśnić zarzuty Parafianowicza.
            Cechą, która w sposób szczególny wyróżnia wywiad skarbowy jest niemal całkowity brak kontroli nad działalnością tej instytucji. Formalnie bowiem departament wywiadu skarbowego jako jedyna służba nie podlega sejmowej komisji ds. służb specjalnych, a nadzorowany jest przez sejmową komisję finansów publicznych. Ponieważ posłowie z tej komisji najczęściej nie mają certyfikatu dostępu do tajemnic państwowych,  w praktyce przekreśla to możliwość uzyskania wiedzy na temat działalności służby, a nawet uniemożliwia wezwanie na posiedzenie komisji szefa wywiadu skarbowego. Brak kontroli powoduje, że nie wiadomo, ile spraw operacyjnych prowadzi wywiad, ile podsłuchów zainstalował i jakie są realne efekty jego pracy.
"Brak parlamentarnej kontroli jest ogromnym błędem, który może rodzić poważne nadużycia w tej służbie, i luką w naszej demokracji" – napisała przed miesiącem RPO Irena Lipowicz, w specjalnym liście skierowanym do przewodniczącego sejmowej komisji spraw wewnętrznych i administracji Marka Biernackiego, dotyczącym braku nadzoru nad wywiadem skarbowym.  Komisja, której przewodzi Biernacki odpowiada za projekt ustawy o czynnościach operacyjnych służb. RPO zwróciła jednocześnie uwagę, że projekt ten nic nie wspomina o objęciu nadzorem parlamentarnym wywiadu skarbowego, choć takie regulacje zapowiadał Biernacki jeszcze w grudniu ubiegłego roku.
Tymczasem projekt ustawy wprowadzającej zmiany w kompetencjach dziewięciu służb specjalnych przewiduje dodatkowe przywileje dla wywiadu skarbowego i nic nie wspomina o objęciu tej służby nadzorem parlamentarnym. Choć w projekcie zakłada się większą kontrolę sądów nad pracą operacyjną służb oraz nakaz informowania co roku opinii publicznej o liczbie podsłuchów, to w przypadku służb skarbowych dopisany został nowy punkt do art. 36 ustawy o kontroli skarbowej, który dopuszcza wykorzystanie informacji z podsłuchów telefonicznych w „innych postępowaniach kontrolnych". W praktyce oznacza to, że jeśli podsłuchiwana osoba ujawni w trakcie rozmowy telefonicznej podejrzane interesy osoby trzeciej, wywiad skarbowy będzie mógł tę informację wykorzystać i na jej podstawie wszcząć postępowanie wobec tej osoby oraz zastosować wobec niej środki kontroli operacyjnej, w tym podsłuch. Takiego prawa nie ma dziś żadna inna służba.
Ponieważ wywiad skarbowy jest faktycznie przybudówką ABW (takiego określenia używają ponoć sami agenci skarbówki),  tego rodzaju uprawnienia mogą zostać wykorzystane przez służbę Krzysztofa Bondaryka i posłużą do zwiększenia i tak niebotycznych kompetencji ABW. Jeśli tak się stanie, niewykluczone, że dodatkowy zapis ustawy o kontroli skarbowej może prowadzić do obejścia kontrowersyjnego, zakwestionowanego przez TK przepisu ustawy o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego o zwalczaniu przestępstw "godzących w podstawy ekonomiczne państwa".
15 listopada br. pięcioosobowy skład Trybunału Konstytucyjnego wydał tzw. postanowienie sygnalizacyjne w sprawie przepisów regulujących stosowanie podsłuchów przez ABW przy tego typach przestępstw. Trybunał sugeruje Sejmowi podjęcie prac nad doprecyzowaniem zapisu ustawy, który stanowi, iż do zadań ABW należy rozpoznawanie, wykrywanie i zapobieganie przestępstwom "godzącym w podstawy ekonomiczne państwa". Zdaniem TK zapis ten "narusza standardy demokratycznego państwa prawnego, wynikające z konstytucji i orzecznictwa TK" bowiem przy wystąpieniu ABW do sądu o zarządzenie tzw. kontroli operacyjnej, czyli np. podsłuchu telefonicznego lub tajnego podglądu, nie wymaga sprecyzowania rodzaju przestępstwa, a tym samym "uniemożliwia identyfikację typów przestępstw określonych przez ustawę karną".
Gdyby ABW mogło korzystać z informacji wywiadu skarbowego (a wiele wskazuje, iż tak od dawna się dzieje) nawet ustawowa definicja przestępstw „godzącym w podstawy ekonomiczne państwa” nie pozbawiłaby służby Krzysztofa Bondaryka wiedzy operacyjnej, stosowanej bez ograniczeń i kontroli.
Jeśli pamiętać, że według ujawnionych ostatnio danych raportu Fundacji Panoptykon, w zeszłym roku polskie służby ponad milion razy sięgały po billingi naszych rozmów telefonicznych i gromadziły wiedzę na temat aktywności Polaków w Internecie, to po zapowiadanej przez grupę rządzącą regulacji - ustawie o czynnościach operacyjno rozpoznawczych, - można być pewnym lawinowego wzrostu tej liczby. Ponieważ dane o podsłuchach dotyczyły tylko działań w ramach kontroli sądowej, drugie tyle może być stosowane również bez wiedzy sądu.
Wiemy, że organy kontroli skarbowej były wielokrotnie używane w bieżącej walce politycznej. Przykład sprawy Fundacji Prasowej „Solidarność” czy zarzutów stawianych Pawłowi Piskorskiemu nie pozwalają wątpić, że taka pokusa istnieje po stronie rządzących. Również ujawnione konflikty interesów, dotyczące szefa ABW czy Generalnego Inspektora Kontroli Skarbowej mogą stawiać pod znakiem zapytania bezstronności działań tych służb.
Brak skutecznej kontroli nad wywiadem skarbowym może zatem spowodować, że ta właśnie służba zostanie wykorzystana w działaniach politycznych skierowanych przeciwko opozycji, a udzielone jej nowe uprawnienia są zapowiedzią budowania kolejnego, „zbrojnego ramienia” grupy rządzącej.


Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej”

czwartek, 25 listopada 2010

SYMBOL

Jeśli dostrzec, że najbardziej hańbiącym symbolem zniewolenia PRL-u był współudział jego „elit” w kłamstwie katyńskim , gdy w imię „przyjaźni” ze Związkiem Sowieckim wyparto się prawdy o ludobójstwie dokonanym na polskich oficerach, nie sposób pominąć milczeniem faktu, iż dzisiejsza III RP zmierza w tym samym kierunku, a wtórne kłamstwo katyńskie może wkrótce stać się fundamentem nowego zniewolenia.
Jestem przekonany, że zbliżająca się wizyta prezydenta Miedwiediewa zostanie wykorzystana przez Rosję i grupę rządzącą Polską do ostatecznego zamknięcia kwestii mordu katyńskiego i pogrzebania prawdy na kolejne kilkadziesiąt lat. Od wielu miesięcy jesteśmy świadkami fałszowania prawdy o zbrodni katyńskiej na niespotykaną wprost skalę, ukrywania niewygodnych faktów i karmienia Polaków kłamstwami o stosunku Rosjan do Katynia.
Polskie społeczeństwo nie wie, iż państwo rosyjskie nigdy nie uznało mordu na polskich obywatelach za zbrodnię ludobójstwa, nie ujawniło wszystkich okoliczności sprawy, nie otworzyło archiwów, a w oficjalnym stanowisku rządu rosyjskiego przekazanym do Trybunału w Stasburgu stwierdzono, że „ nie ma dowodu na to, iż Polaków zamordowano”. Ten sam rząd Władimira Putina w kwietniu 2010 roku odmówił jakiejkolwiek rehabilitacji ofiar, twierdząc, że „nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono”. W maju br. główny prokurator wojskowy Federacji Rosyjskiej Siergiej Fridinski oznajmił, że „z powodu przedawnienia” nie ma podstaw prawnych do wznowienia dochodzenia w sprawie rozstrzelania polskich jeńców.
W rosyjskich szkołach, w zakresie nauczania historii XX wieku nadal obowiązują wytyczne z 2008 roku wydane przez Akademię Podwyższania Kwalifikacji i Zawodowego Przekwalifikowania Pracowników Oświaty. Młodzież rosyjską uczy się, iż  mord w Katyniu był sprawiedliwą zemstą za zagładę wielu tysięcy Rosjan w polskiej niewoli po wojnie 1920 roku. Naucza się również, że tamtą wojnę wywołała Polska, a nie Związek Radziecki oraz przekonuje, że ludobójstwa Józefa Stalina, to nic innego jak  mądre działania przywódcy szykującego kraj do wojny”. W tym samym duchu nową wersję kłamstwa katyńskiego powiela płk. Putin, głosząc, że zbrodnia „ była osobistą zemstą Józefa Stalina za porażkę w wojnie polsko-bolszewickiej roku 1920”.
Polskie społeczeństwo ma nie wiedzieć, że współczesna Rosja uważa się za spadkobiercę katyńskiego kłamstwa, a podtrzymywanie go uważa  za swoją rację stanu. Dowodem jest treść odpowiedzi władz rosyjskich ws. skargi katyńskiej złożonej w marcu br. w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, w którym Rosja negatywnie odpowiedziała na żądanie Trybunału dotyczące m.in. ujawnienia akt, umorzonego w 2004 r., śledztwa rosyjskiej prokuratury. W 17-stronicowym piśmie strony rosyjskiej ani razu nie użyto słowa zbrodnia, czy mord, napisano jedynie o sprawie lub zdarzeniu katyńskim. Uzasadniając odmowę ujawnienia dokumentów rosyjskiego śledztwa, władze Federacji powołują się „na ochronę interesów współczesnej Rosji”. Zdaniem Moskwy postanowienie o umorzeniu śledztwa katyńskiego z 2004 roku musi pozostać tajne, gdyż „zawiera tajemnice, których ujawnienie mogłoby przynieść uszczerbek bezpieczeństwu kraju”.
To twierdzenie wskazuje wprost, że istnieje historyczna  i prawna ciągłość pomiędzy Związkiem Sowieckim, a obecną, rzekomo demokratyczną Rosją, zaś ukrywanie prawdy o zbrodni ludobójstwa jest dla władz Federacji Rosyjskiej kwestią dotyczącą bezpieczeństwa państwa.
Polacy nie wiedzą, iż przekazane Bronisławowi Komorowskiemu z propagandową oprawą akta 67 tomów akt śledztwa katyńskiego to rzeczy doskonale znane polskim prokuratorom i historykom, którzy widzieli je już przed kilkoma laty. Tyle, że wówczas Rosjanie nie pozwolili wywieźć ich do Polski. Całość akt rosyjskiego śledztwa liczy 183 tomy, to zatem co „ujawniono” stanowi zaledwie trzecią część sowieckich tajemnic. 
Przed polskim społeczeństwem ukrywa się stanowisko rosyjskiego Stowarzyszenia Memoriał, które przed kilkoma dniami stwierdziło, że od czasu uroczystości żałobnych w Katyniu, poświęconych 70. rocznicy zamordowania polskich oficerów, władze Rosji nie uczyniły nic, aby zamknąć sprawę zbrodni.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy struktury państwowe nie zrobiły kompletnie niczego, a wysiłki społeczeństwa napotykały demonstracyjne, nawet bezczelne przeciwdziałanie ze strony tych struktur” – ocenił wiceprezes Memoriału Jan Raczyński w artykule, opublikowanym w „Prawdzie Gułagu”, dodatku do opozycyjnej „Nowej Gaziety”.
Polacy mają nie wiedzieć, iż oświadczenie Memoriału wydano po tym, jak 2 listopada br. moskiewski sąd prowadzący postępowanie z pozwu tej organizacji podjął ostateczną decyzję o utajnieniu postanowienia o umorzeniu śledztwa w sprawie mordu katyńskiego. W toku postępowania sądowego ujawniono, że klauzulę tajności na materiały śledztwa nałożyła Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) uznając, że niektóre dokumenty zawierają „tajemnice państwowe”. Rosyjska prokuratura od lat odmawiała Memoriałowi i rodzinom ofiar zbrodni katyńskiej dostępu do akt śledztwa, twierdząc, że zostały utajnione przez komisję międzyresortową. W czerwcu br. komisja przesłała do sądu pismo, w którym zaprzeczyła jakoby utajniała materiały. Zdaniem Memoriału na jaw wyszły wówczas nieprawdziwe argumenty rosyjskiej prokuratury, które powtarzano od lat. – „Teraz wiemy, że to FSB podjęła decyzję o utajnieniu. A to oznacza, że oszukane zostały polskie władze, a także Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, do którego złożyliśmy skargę przeciwko Federacji Rosyjskiej w imieniu rodzin katyńskich” – stwierdził  Ireneusz Kamiński, adwokat rodzin katyńskich. Memoriał chciał, aby FSB została uznana za stronę w postępowaniu. Sąd odrzucił również ten wniosek, nie uzasadniając swojej decyzji.
Polskie społeczeństwo nic nie wie o toczącym się przed Trybunałem w Strasburgu procesie, w którym 13 rodzin katyńskich domaga się od Rosji ujawnienia materiałów zamykających  rosyjskie śledztwo katyńskie z września 2004 r. W lipcu br. rodziny katyńskie zaproponowały stronie rosyjskiej, że w zamian za odtajnienie całego śledztwa w sprawie zbrodni oraz pełną prawną rehabilitację ofiar, wycofają sprawę z Trybunału w Strasburgu.
Propozycja ugody była wyciągnięciem ręki do Rosjan, którzy ją odrzucili” – stwierdziła wczoraj Witomiła Wołk-Jezierska – córka jednego z oficerów zamordowanych przez NKWD.
To, co ostatnio władze Rosji przesłały strasburskim sędziom, jest policzkiem wymierzonym nie tylko nam, ale wszystkim tym, którym zależy na pełnym wyjaśnieniu zbrodni katyńskiej – powiedziała.
W przesłanym obecnie do Strasburga piśmie Rosjanie stwierdzili, że nie mają obowiązku wyjaśniać losu zamordowanych polskich oficerów, zaginionych - jak to określili - w wyniku "wydarzeń katyńskich". Pod pismem podpisał się wiceminister sprawiedliwości FR Georgij Matiuszkin.
To jest wypieranie się zbrodni katyńskiej. To ubliża nam - rodzinom ofiar zbrodni - i pamięci zamordowanych Polaków  - podkreśliła Wołk-Jezierska.
Według politologa i sowietologa prof. Włodzimierza Marciniaka, w ocenie działań władz Rosji w sprawie zbrodni katyńskiej należy odróżniać deklaracje polityczne od działań o charakterze prawnym. – „To istotna różnica. Czym innym są gesty i pojednawcze słowa rosyjskich polityków, którzy deklarują, że coś w tej sprawie będą robić, a czym innym byłyby konkretne działania, zmierzające do pełnego wyjaśnienia tej zbrodni. Rozdzielenie tych dwóch wymiarów jest bardzo ważne. Tymczasem problem w ogóle nie został rozwiązany, ponieważ do tej pory nie ma żadnych konkretów formalno-prawnych - stwierdził Marciniak, przypominając, że w dotychczasowym orzecznictwie Rosji zbrodnia katyńska nadal jest przestępstwem pospolitym, które uległo przedawnieniu.
W świetle informacji dotyczących stanowiska Rosji w Strasburgu i utajnienia akt śledztwa katyńskiego za ponurą drwinę należy uznać słowa  Michaiła Fiedotowa  szefa rady przy urzędzie prezydenta Dumy Państwowej Rosji do spraw sprzyjania rozwojowi instytucji społeczeństwa obywatelskiego i praw człowieka. Człowiek ten w dzisiejszym wywiadzie dla agencji „Interfaks” stwierdził: „Rosja powinna udostępnić jak najwięcej dokumentów w tak zwanej „sprawie katyńskiej. Odnośnie tragedii katyńskiej powinniśmy uczynić wszystko, aby nie było żadnych podejrzeń, nawet najmniejszych, co do tego, że usiłujemy rzekomo coś ukrywać”.
Wskazane powyżej fakty nie są nagłaśniane przez polskojęzyczne media i nie doczekały się komentarzy czołowych polityków grupy rządzącej. Nietrudno dostrzec, że istnieje ogromny, rażący fałszem dysonans: między wspólnymi, oficjalnymi gestami i deklaracjami władz państwowych, a rzeczywistym zachowaniem Rosji wobec sprawy Katynia. Polskie społeczeństwo jest utrzymywane w przeświadczeniu, jakoby Rosjanie dążyli do wyjaśnienia mordu katyńskiego i wykazywali w tej sprawie dobrą wolę. Ukrywa się lub marginalizuje fakty nieprzystające do propagandowej wizji „pojednania” oraz dezinformuje Polaków przy pomocy pustych gestów i frazesów.
Nie ma najmniejszych wątpliwości, jaki cel stawia sobie dzisiejsza Rosja. Przed kilkunastoma dniami wyraźnie zakomunikował to rzecznik MSZ Federacji Rosyjskiej Andrieja Niestierienko: „Rosja liczy na  ostateczne rozstrzygnięcie kwestii katyńskiej z Polską. Jesteśmy szczerze zainteresowani w skreśleniu tej sprawy z porządku dziennego oraz w rezygnacji z jej politykowania”, - oświadczył Niestierienko podczas brifingu w Moskwie.
Rosyjsko-polskim aktem pojednania” nazywa polskojęzyczna propaganda zapowiadaną przed wizytą rosyjskiego prezydenta w Warszawie rezolucję Dumy Państwowej Rosji „W sprawie tragedii katyńskiej i jej ofiar”. Znajdziemy w niej m.in. następujące stwierdzenia: „Duma Państwowa Rosji wyraża głębokie współczucie wobec wszystkim ofiarom nie uzasadnionych represji, ich rodzinom i krewnym”, „potępiając terror i masowe prześladowania obywateli swego kraju oraz obywateli państw obcych, jako kolidujące z ideą nadrzędności prawa i sprawiedliwości”  oraz kłamliwe tezy uwłaczające pamięci pomordowanych, w których zrównuje się ofiary z katami : „Narody rosyjski i polski zapłaciły olbrzymią cenę za zbrodnie totalitaryzmu”.
Istotą tej rosyjskiej farsy ze zbrodni katyńskiej jest twierdzenie kończące ową rezolucję:
Potępiając zdecydowanie reżim, który gardził prawami i życiem ludzi, deputowani Dumy Państwowej Rosji w imieniu narodu rosyjskiego wyciągają rękę przyjaźni do narodu polskiego i wyrażają nadzieję na początek nowego etapu w stosunkach między naszymi krajami, które rozwijać się będą na gruncie wartości demokratycznych,”
Entuzjastyczna reakcja Tomasza Nałęcza, doradcy Bronisława Komorowskiego nie pozostawia wątpliwości, że to pustosłowie ma być uznane za „znaczący krok” w sprawie zbrodni katyńskiej. Nałęcz uznał dokument za „daleko idący”,  pozytywny sygnał i zwycięstwo zdrowego rozsądku” oraz podkreślił, że „do zwrotu w stosunkach polsko-rosyjskich przyczyniła się działalność rządu Donalda Tuska, który zabiegał o zmianę języka, jakim Rosja mówi o sprawie Katynia”.
Ponieważ dla Rosjan sprawa mordu katyńskiego nadal stanowi przedmiot cynicznych gier, można spodziewać się spektakularnych gestów w czasie wizyty Miedwiediewa, a nawet przekazania Polsce kolejnych, znanych już dokumentów. W najbliższych dniach należy też oczekiwać ofensywy propagandowej, mającej przekonać Polaków o dobrej woli władz rosyjskich oraz wspólnych – putinowsko-tuskowych zapewnień o zakończeniu „kwestii katyńskiej”.
Kartą katyńskiego ludobójstwa Rosjanie zaczęli grać niemal natychmiast po tragedii smoleńskiej.  To na początku maja br. przewodniczący wyższej izby rosyjskiego parlamentu, Siergiej Mironow oświadczył, że „Katyń może i powinien stać się symbolem rosyjsko-polskiego pojednania historycznego. Katyń - to nasz wspólny ból i nasza wspólna tragedia" - podkreślił.
Na przykładzie realnych  zachowań władz Rosji nie można mieć wątpliwości, jak będzie wyglądało owo „historyczne pojednanie”, wsparte na cynicznym kłamstwie, arogancji i odrzuceniu odpowiedzialności za zbrodnie.
Choć w III RP nikt już nie usiłuje fałszować historycznych faktów, to większość tzw. elit obecnego państwa uważa przecież, że sprawę katyńską należy zamknąć w imię przyszłości i ułożenia dobrych stosunków z rosyjskim sąsiadem. Historia, która ma „nie dzielić” - winna stać się kartą zamkniętą, zdławioną nakazem kazuistycznej moralistyki i mętnych interesów. Sposób, w jaki chcą to uczynić władze Rosji i Polski sprawia, że ta, nierozliczona i nienazwana historia stanie się ponownie symbolem zniewolenia.
Dlatego w zgiełku spraw bieżącej polityki nie możemy stracić z oczu prawdy o zbrodni katyńskiej, nie możemy zapomnieć o rzeczywistych intencjach i zachowaniach władz Rosji oraz pominąć milczeniem tchórzliwego przyzwolenia polskich „elit”.




środa, 24 listopada 2010

PATRIOTA Z PRZYPADKU

Od wielu lat, środowiska niepodległościowe apelują do kolejnych rządów III RP o degradację agenta sowieckich służb Wojciecha Jaruzelskiego. Równolegle, wnoszą o awansowanie pośmiertnie do stopnia generała brygady i przyznanie Orderu Orła Białego dla śp. pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, dostrzegając w tym akcie symboliczne zamknięcie epoki PRL.
Mogłoby się wydawać, że wiedza, jaką mamy dziś o tych postaciach sprawi, iż słuszny postulat zostanie spełniony przez rządzących, a tym samy granice między zdradą, a bohaterstwem zostaną jasno wytyczone.
Wykorzystanie przez Rosję postaci agenta sowieckiego wywiadu „Wolskiego” do storpedowania wizyty prezydenta Kaczyńskiego w Moskwie, potwierdza przecież, że do ostatnich dni człowiek ten będzie działał w imię rosyjskich interesów i gorliwie wypełniał szkodliwą dla Polski misję.  W tej sprawie - front obrońców Jaruzelskiego – od „Gazety Wyborczej”, po towarzyszy z SLD, może odczuwać satysfakcję, jeśli raz jeszcze agent „Wolski” okaże się przydatny w rozgrywaniu sprawy polskiej. Po 20 latach III RP nie może zaskakiwać, że fałszywy obraz PRL-u, tzw. ludowego wojska i postaci Jaruzelskiego, nadal stanowi dla komunistów i ich przyjaciół gwarancje trwałości porozumienia, zawartego przy „okrągłym stole.
Dziś jednak, na straży systemowego kłamstwa stoją ludzie, których opinia publiczna ma postrzegać jako patriotów, konserwatystów, a nawet obrońców tradycyjnych wartości. Dzięki medialnym fałszom i słabej pamięci Polaków, łatwiej przychodzi im działać w interesie peerelowskiego kłamstwa.
Przypomnę, że pułkownik Ryszard Kukliński, któremu III RP odmawia miana największego bohatera, podczas wizyty w Polsce w roku 1998 domagał się odtajnienia dokumentów z lat 60-tych i 70-tych, które jego zdaniem potwierdzały całkowite uzależnienie Ludowego Wojska Polskiego od ZSRR i służalczość niektórych generałów wobec Sowietów. Chodziło o udostępnienie polskiej opinii publicznej jednostronnych zobowiązań wojennych PRL na rzecz Związku Sowieckiego: między innymi, znanych Sztabowi Generalnemu LWP wojskowych planów operacyjnych, dotyczących ofensywy radzieckich sił zbrojnych na Zachodnią Europę.
„Nie chcę niczego podpowiadać – mówił wówczas Kukliński -  ale to właśnie Sejmowa Komisja Obrony, na czele, której stoi poseł AWS Bronisław Komorowski, może wystąpić do Ministerstwa Obrony Narodowej z wnioskiem o otwarcie archiwów sztabu generalnego.”
Komisja mogła, jednak jej przewodniczący Komorowski nie był zainteresowany apelem Kuklińskiego. Pułkownik twierdził wówczas, że „z dokumentów, które powinny być jak najszybciej ujawnione, wyłania się tragiczna prawda o kompletnym braku zainteresowania Jaruzelskiego i jego towarzyszy broni losami własnego narodu. Im chodziło wyłącznie o dobrą opinię w oczach Kremla.”. „Trzeba wreszcie głośno powiedzieć to, czego część społeczeństwa tylko się domyśla, a reszta ulega urokowi generała Jaruzelskiego i wierzy w jego dobre intencje.” – sugerował Kukliński.
Czy Bronisław Komorowski był dobrym adresatem tego apelu? Nie sądzę.
Od momentu, gdy na początku lat 90. pojawił się MON, podjął się zleconej przez Mazowieckiego misji „odbudowy wizerunku wojska”. Wspomniał o tym w roku 2000 na wspólnej konferencji prasowej z Januszem Onyszkiewiczem, z okazji 10. rocznicy objęcia przez obu polityków funkcji wiceministrów MON. „Dyspozycja była krótka - macie zobaczyć, co się dzieje w tej czarnej skrzynce i zaproponować rozwiązania - wspominał Komorowski rozmowę z premierem Mazowieckim. - Notowania wojska były złe, wspomnienia stanu wojennego świeże, miałem zająć się zmianą tradycji i odbudową wizerunku wojska - opowiadał.
Działo się to w czasie, gdy ministerstwem formalnie kierował gen.Florian Siwicki, dowódca 2 armii LWP podczas interwencji w Czechosłowacji, jeden z twórców stanu wojennego. Rzekomym atutem Komorowskiego miał być fakt, że umiał rozmawiać z ludowymi generałami i potrafił ułożyć sobie stosunki z Siwickim. Na czym polegała umiejętność nowego wiceministra możemy wywnioskować z relacji samego Komorowskiego. Wspominał on, że Siwicki zagadnął go kiedyś: „A wie pan, że ja mogłem być teraz w Londynie, ale nie zdążyłem do armii Andersa”. „Wtedy zrozumiałem – mówił Komorowski – że życiem rządzi przypadek. Przecież on przez to, że nie zdążył, został komunistą, a ja przez to, że urodziłem się odpowiednio późno – zostałem antykomunistą”.
Zgodnie z tą filozofią, Bronisław Komorowski nie mógł w „przypadkowych komunistach” widzieć zbrodniarzy i zdrajców – nawet, jeśli w 2006 Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu postawiła Siwickiego w stan oskarżenia za zbrodnie komunistyczne. Negatywny stosunek do lustracji i dekomunizacji w wojsku, Komorowski manifestował od początku pracy w MON. Wtedy, gdy struktury postkomunistyczne były najsłabsze, a opinia publiczna pamiętała zbrodnie stanu wojennego, on chronił aparat postsowiecki, tłumacząc np., że wywiad peerelowski nie pracował na rzecz Sowietów.
O „grubej kresce" w MON, realizowanej niezmiennie przez ekipę Onyszkiewicza i Komorowskiego wielokrotnie mówił Krzysztof Wyszkowski, wspominając jak Komorowski odtajnił materiały archiwalne dotyczące marca 1968 r., by – jak sam twierdził – „odbudować poparcie inteligencji dla wojska i obronności". To tak – pisał Wyszkowski -  jakby ktoś zakładał, że poprzez poznanie wszelkich faktów związanych ze zbrodnią katyńską chciało się budować przyjaźń polsko-sowiecką czy kształtować dobry image polskich komunistów.”
To jednak, co mogło doprowadzić do zdemaskowania prawdziwego oblicza LWP, było przedmiotem szczególnej troski Komorowskiego. Gdy w 1998 roku Prokuratura Wojskowa wydała  postanowienie o umorzeniu śledztwa w sprawie pułkownika Kuklińskiego, ówczesny szef sejmowej Komisji ON - Bronisław Komorowski, na wniosek grupy posłów SLD wnioskował do ministra sprawiedliwości o udostępnienie utajnionego uzasadnienia Wojciechowi Jaruzelskiemu i grupie generałów LWP. Dla społeczeństwa dokument pozostał do dziś tajny, ponieważ prokuratura tłumaczyła, iż zawiera on "informacje stanowiące nadal tajemnicę państwową".
Tajemnicą tej samej miary, są nadal akta Układu Warszawskiego, mimo, iż formalnie został zlikwidowany 19 lat temu. Porozumienie o Rozwiązaniu Układu zawierało zapis stanowiący, iż „dokumenty otrzymane przez Polskę od Zjednoczonego Dowództwa Układu Warszawskiego nie mogą być przekazywane państwom trzecim i publikowane, chyba że sygnatariusze podpiszą kolejne porozumienie w tej sprawie”.
Bronisław Komorowski twierdził, że „warto było zapłacić taką cenę za gładkie rozwiązanie Układu Warszawskiego”. Zapomniał dodać, że „takiej ceny” nie musiały płacić rządy innych państw – członków UW, a Polska była tu niechlubnym wyjątkiem. Czesi, Niemcy czy Bułgarzy dawno już udostępnili swoim historykom wgląd w dokumenty Układu, pozostawiając tajną tylko niewielką, kilkuprocentową część, dotyczącą zwykle lat 80.
Gdy w roku 1999, amerykański historyk czeskiego pochodzenia prof. Vojtech Mastny, zwrócił się do polskiego ministra obrony Janusza Onyszkiewicza o udostępnienie wyznaczonym, polskim historykom niektórych wojskowych dokumentów sprzed kilkudziesięciu lat, jego prośba wywołała prawdziwą burzę. Odmowę udostępnienia Onyszkiewicz uzasadniał tym, że klauzula tajności wynika z umowy międzynarodowej, której Polska nie ma zamiaru złamać. Jak twierdzili wówczas polscy historycy, opór ministra ON miał jednak inne podłoże, niż dbałość o wizerunek państwa prawa. Na straży archiwum Układu Warszawskiego stały bowiem Wojskowe Służby Informacyjne. Pierwszą, negatywną odpowiedź, udzielił prof. Mastnemu, szef WSI – Marek Dukaczewski. Prof. Andrzej Paczkowski stwierdził wówczas, że „wojsko mocno strzeże dostępu do materiałów archiwalnych, a cywilne kierownictwo resortu to akceptuje”.
Nie powinno zatem dziwić, że konsekwentna ochrona tajemnic ludowego wojska, doprowadziła również Bronisława Komorowskiego do jednego szeregu z obrońcami gen. Jaruzelskiego. To Komorowski w 2005 roku usilnie sprzeciwiał się  inicjatywie Jarosława Kaczyńskiego, gdy ten chciał pozbawić „Wolskiego” przywilejów należnych byłemu prezydentowi oraz stopnia generalskiego. To zły pomysł – perorował polityk PO - Trzeba umieć oddzielić regulacje ustawowe dotyczące wszystkich byłych prezydentów od oceny ich działalności, nie można karać kogoś za błędne decyzje lub niewłaściwe zachowanie, odbierając uprawnienia”.
Rok później, w wywiadzie dla Moniki Olejnik, Komorowski twierdził, że „zabranie Jaruzelskiemu stopnia generalskiego oznaczałoby, że przekreślamy całą drogę żołnierską generała, a ta nie cała przecież była zła”. Postać agenta Informacji Wojskowej Komorowski nazwał „do pewnego stopnia tragiczną” argumentując, że  Jaruzelski wziął udział w demontowaniu własnego systemu, za którym się opowiadał i którym żył przez całe życie. Marszałek Sejmu podkreślał przy tym, że „niewątpliwie gdzieś miały swoje istotne znaczenie jego korzenie rodzinne, tradycja, dla myślenia w kategoriach patriotyzmu”.
Dziś, gdy Bronisław Komorowski zabiega, by obywatele powierzyli mu najważniejszy urząd w państwie, warto zapytać – czyją „kategorię patriotyzmu”  będzie reprezentował ten polityk?


....................................................................................................................


Powyższy tekst został opublikowany w nr.13/2010 Gazety Polskiej, a w dniu 2 kwietnia br. zamieszczony na moim blogu. Przypominam go wyłącznie z tej przyczyny, że jestem szczerze zaskoczony dzisiejszymi reakcjami opozycji, niektórych publicystów i blogerów na wiadomość o zaproszeniu gen. Jaruzelskiego do udziału w posiedzeniu RBN.
Zaskoczony, ponieważ byłem przeświadczony, iż znaczna część społeczeństwa posiada dostateczną wiedzę na temat  Bronisława Komorowskiego, by w obecnej sytuacji nie wyrażać nadmiernego zdziwienia. Skoro okazało się, że tak wielu ludzi odbiera jednak decyzję Komorowskiego jako sensację, należałoby ich zapytać: czego się spodziewali i na jaką „kategorię patriotyzmu” liczyli w przypadku tego człowieka?
Jarosław Kaczyński ironizował dziś: „To niekonieczne jest żart, że za chwilę w sprawach bezpieczeństwa zostanie zaproszony Czesław Kiszczak, a na spotkanie poświęcone wolności prasy Jerzy Urban".
Dodałbym, że taką wizję uważam za w pełni zasadną, a zdumienie wobec tego scenariusza świadczyłoby wyłącznie o rażącym infantylizmie odbiorcy. W podobnych kategoriach należy odbierać wszelkie apele, listy i różnego rodzaju publiczne wystąpienia kierowane w stronę Bronisława Komorowskiego. Są całkowicie bezużyteczne i poza wizerunkową legitymizacją adresata nie przyniosą nigdy żadnych rezultatów.
Wybór z 4 lipca br. dokonany w warunkach ograniczonej, symulowanej demokracji skazał nas na obecność necandusa na najwyższym urzędzie w państwie. Konsekwencją tego wyboru będą upokorzenia, jakich Polacy nigdy jeszcze nie doświadczyli i decyzje, o których przyszłe pokolenia będą mówiły z przerażeniem ale i z  pogardą.
Powinniśmy zatem naśladować trudną lecz racjonalną postawę, jaką od początku tej prezydentury wykazuje Jarosław Kaczyński, twierdząc, iż "nie widzi możliwości współpracy z prezydentem Bronisławem Komorowskim”. Gdy nie można cofnąć fatalnego wyroku, trzeba go przyjąć z godnością i honorem.

poniedziałek, 22 listopada 2010

NA KRAWĘDZI NATO

Wydaje się, że największą troską Bronisława Komorowskiego w trakcie szczytu NATO w Lizbonie była kwestia „zbliżenia” Rosja-NATO. „Polska w pełni popiera szukanie sposobu na współpracę z Rosją, to jest w interesie sojuszu jako całości i w interesie Polski. Współpraca polsko-rosyjska będzie elementem ułatwiającym lub nawet warunkującym współpracę NATO-Rosja, bo my jesteśmy w sojuszu, Rosja nie” – orzekł Komorowski.
Tylko w tym kontekście zrozumiała staje się opinia wyrażona przez Komorowskiego, iż szczyt sojuszu był "wyjątkowo udany i dobrze przeprowadzony oraz zaowocował przyjęciem dokumentu absolutnie po myśli Polski". Który dokument miał Komorowski na myśli - nie wiadomo.
Wśród oficjalnych dokumentów opublikowanych na stronie NATO, a w szczególności w „Deklaracji Szczytu w Lizbonie” nie znalazłem żadnego, który uprawniałby do twierdzenia, iż Polska „uzyskała większe gwarancje bezpieczeństwa”, jak stwierdził dziś Donald Tusk. W „Deklaracji” próżno poszukiwać zapisu (o którym informują niektóre polskojęzyczne media) o szczególnym podkreśleniu znaczenia art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego, który mówi o obronie terytorialnej i solidarności sojuszników na wypadek ataku.
W czym zatem grupa rządząca upatruje polskie gwarancje bezpieczeństwa?
Nie sądzę, by Komorowski mówiąc o „wyjątkowo udanym” szczycie miał na myśli zapis punktu 21 „Deklaracji”, w którym stwierdza się m.in. : „W 2008 podczas szczytu w Bukareszcie zgodziliśmy się, że Gruzja stanie się członkiem NATO i potwierdzamy wszystkie elementy tej decyzji, jak również późniejsze decyzje. [...]Potwierdzamy nasze stałe poparcie dla integralności terytorialnej i suwerenności Gruzji w jej obecnych, uznanych przez społeczność międzynarodową granicach. Zachęcamy wszystkich uczestników rozmów w Genewie do odegrania konstruktywnej roli, jak również do kontynuowania ścisłej współpracy z OBWE, ONZ i UE. Nadal wzywamy Rosję do zaprzestania uznania Osetii Południowej i Abchazji - regionów Gruzji za niepodległe państwa. [...] wzywamy Rosję do wypełnienia zobowiązań w stosunku do Gruzji, ustalonych za pośrednictwem Unii Europejskiej w dniu 12 sierpnia i 08 września 2008 roku.
Zwracam uwagę na ten ważne stwierdzenia zawarte w „Deklaracji”, ponieważ nie sposób dowiedzieć się o nich z mediów III RP. Warte są podkreślenia również dlatego, że świadczą o zwycięstwie racjonalnej i zgodnej z polskimi interesami polityce Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – głównego inicjatora ustaleń w sprawie Gruzji, podczas szczytu z roku 2008.
Z wypowiedzi Bronisława Komorowskiego, opublikowanych na stronie prezydenckiej jasno wynika, że podstawową korzyścią osiągnięto podczas lizbońskiego szczytu ma być zapowiedź współpracy Rosja-NATO. „Sesja Rady NATO-Rosja, z udziałem rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, otworzyła nowe perspektywy współpracy, mimo że obie strony dzielą niektóre aspekty polityki międzynarodowej. Ujawniły się różne wrażliwości, ale dominował ton szukania możliwości pogłębionej współpracy” – perorował Komorowski. „Sojusz podkreślił chęć budowy systemu, który byłby w stanie współpracować z systemem rosyjskim. Ze strony rosyjskiej padły słowa, które świadczą o pełnym zrozumieniu dla takiego rozwiązania. Ze strony prezydenta Miedwiediewa została złożona bardzo ważna deklaracja, że Rosja zaakceptuje głębokość tej współpracy w zależności od propozycji sojuszu” – dodawał.
Nie sposób pozbyć się wrażenia, że wyłącznie ta kwestia zaprząta uwagę Komorowskiego, tym bardziej, że peany na cześć Miedwiediewa przeplatają się z zapewnieniami o  „sukcesie całego sojuszu i Polski”. Na czym polegają te sukcesy – nie sposób jednak dociec. Można przypuszczać, że „zbliżenie” NATO-Rosja stanowi podstawową wartość, w której obecna władza upatruje korzyści ze szczytu. W tym przekonaniu utwierdza mnie szczególnie jedna z wypowiedzi Komorowskiego. W tekście „Prezydent zapowiada "serię dużych wydarzeń w polityce" zamieszczonym na stronie prezydenckiej możemy przeczytać:
„Jak mówił (Komorowski), Polsce w sposób szczególny zależało na tym, aby sojusz nie zamieniał się w organizację bezpieczeństwa na całym świecie, ale aby utrzymał spoistość w sprawach podstawowych, czyli w sprawach zdolności do obrony terytorium krajów członkowskich.
My jesteśmy krajem na krawędzi systemu natowskiego i w sposób szczególny musimy o to zabiegać - dodał Bronisław Komorowski. Jego zdaniem, nie ma żadnej sprzeczności między dbałością o zwartość i sprawność sojuszu obronnego a otwarciem na zewnątrz i szukaniem partnerskich rozwiązań także z krajami spoza sojuszu.”
W sposób wprost zadziwiający koncepcja Komorowskiego jest w pełni zgodna z projektem tzw. "sektorowej obrony przeciwrakietowej" przedstawionym przez Dmitrija Miedwiediewa podczas sobotniego posiedzenia Rady NATO-Rosja w Lizbonie.
Zakłada ona roztoczenie przez Federację Rosyjską „parasola antyrakietowego” nad Europą. Relacjonujący tę koncepcję dziennik "Kommiersant" twierdzi, iż Miedwiediew zaproponował NATO zbudowanie takiego wspólnego systemu obrony przeciwrakietowej, w którym Rosja będzie chronić Europę przed ewentualnym zagrożeniem rakietowym w zamian za analogiczne zobowiązanie Zachodu.
"W wypadku powodzenia projekt ten stanie się pierwszym w historii przykładem realnej integracji potencjałów militarnych dwóch niegdyś wrogo nastawionych do siebie stron" - podkreśla gazeta. "Inicjatywę Miedwiediewa krótko można przedstawić w sposób następujący: Moskwa gotowa jest zestrzeliwać wszystko, co leci w kierunku Europy przez nasze terytorium lub nasz sektor odpowiedzialności. Słowem - bronić kraje Europy, leżące na zachód od Rosji" - cytuje "Kommiersant" nie wymienionego z nazwiska wysokiego rangą dyplomatę rosyjskiego.
Określenie „nasz sektor odpowiedzialności” wydaje się kluczowe do zrozumienia rosyjskiego projektu i zgodne z  „otwarciem na zewnątrz” o którym mówił Komorowski. Podział zaproponowany przez Rosję odpowiada również twierdzeniu, iż „Polsce w sposób szczególny zależało na tym, aby sojusz nie zamieniał się w organizację bezpieczeństwa na całym świecie”.
Jeszcze wyraźniej pomysł rosyjski przedstawił Paweł Zołotariow - wicedyrektor Instytutu Stanów Zjednoczonych i Kanady Rosyjskiej Akademii Nauk na oficjalnej stronie „Głosu Rosji”.
Chodzi o to, - orzekł Zołotariow - że każde państwo bądź przymierze posiada własne środki obrony przeciwrakietowej, czyli może odpowiadać za obronę określonej części przestrzeni powietrznej. Jeśli mówimy o torach rakiet balistycznych dalekiego zasięgu, to mamy na myśli przestrzeń kosmiczną, poprzez którą mogą przemieszczać się głowice bojowe. Czyli każdy ponosi odpowiedzialność za bezpieczeństwo na własnym terenie. Jest to chyba jedyny logiczny wariant, gdyż inne państwo, przypuśćmy Stany Zjednoczone, nie może ponosić odpowiedzialności za przestrzeń powietrzną nad Rosją, czyli zestrzelać w rosyjskiej przestrzeni powietrznej rakiet, których szczątki spadną na nasz teren. Musimy robić to sami. Natomiast współpraca będzie polegać właśnie na osiąganiu porozumień w sprawie organizacji wspólnych działań.” (podkr.moje)
Ponieważ Miedwiediew zapewnia, że „Rosja gotowa jest do udziału w projekcie wyłącznie na zasadzie równoprawnego partnerstwa” nie ma najmniejszych wątpliwości, że pod pretekstem budowy systemu obrony przeciwrakietowej chodzi w istocie o podział wpływów i „sektorów odpowiedzialności”, w taki sposób, by państwa postsowieckie znalazły się ponownie w orbicie rosyjskiego  „parasola antyrakietowego”. Nietrudno też zrozumieć, że rosyjski projekt prowadzi de facto do rozbicia integralności sojuszu północnoatlantyckiego i powrotu do podziału Europy na strefy wpływów politycznych i militarnych.
W związku z ostatnimi wypowiedziami Bronisława Komorowskiego, zastanawiam się – czy ktoś ośmieli się zadać pytanie: jaką rolę obecny prezydent przewiduje dla „kraju na krawędzi systemu natowskiego” ?




piątek, 19 listopada 2010

AWANSE KOMOROWSKIEGO

Klucz zastosowany przez Bronisława Komorowskiego w sprawie nominacji generalskich z okazji Święta Niepodległości wydaje się prosty. Wśród awansowanych znaleźli się ludzie zasłużeni w procesie reaktywacji środowiska Wojskowych Służb Informacyjnych, nieudolni lecz użyteczni szefowie służb specjalnych oraz oficerowie wobec których w przeszłości formułowano zarzuty natury korupcyjnej.
Wspólnym mianownikiem tych nominacji wydaje się również sprawa afery marszałkowej, bowiem awanse otrzymali niektórzy z jej głównych bohaterów.
Szef ABW Krzysztof Bondaryk był jednym z uczestników spotkania ówczesnego marszałka Sejmu Komorowskiego z Grzegorzem Reszką (p.o. Szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego), Pawłem Grasiem (zastępcą przewodniczącego sejmowej komisji ds. Służb Specjalnych) oraz płk. Leszkiem Tobiaszem (negatywnie zweryfikowanym oficerem b. Wojskowych Służb Informacyjnych) w listopadzie 2007 roku , podczas którego poczyniono ustalenia w zakresie postępowania wobec Komisji Weryfikacyjnej WSI. Biorąc pod uwagę dalsze zdarzenia i działania w stosunku do  członków Komisji i jej pracowników można stwierdzić, iż ówczesne ustalenia były realizowane przy udziale płk. Leszka Tobiasza, jako jedynego świadka w śledztwie w sprawie domniemanej korupcji w Komisji Weryfikacyjnej.
Sam Krzysztof Bondaryk rozpoczął pracę na stanowisku szefa ABW od rozliczenia swoich poprzedników i wywiadu dla „Gazety Wyborczej”. Twierdził tam m.in., jakoby poprzedni szef ABW otrzymywał od Zbigniewa Ziobro zlecenia „obserwacji pewnych osób”, oraz oskarżał Święczkowskiego, że  "brał różne materiały operacyjne z klauzulą ściśle tajne, czasami na dwa tygodnie, czasami na krócej” i poinformował, że  już pierwsze odsłanianie tajemnic ABW pokazuje, że nie działo się tam najlepiej”. Już w kwietniu 2008 roku nowe kierownictwo ABW doniosło na „stare” w siedmiu zawiadomieniach o przestępstwie, a media krzyczały o „rażących nieprawidłowościach” , za które poprzednie szefostwo Agencji miało spędzić w więzieniu nawet 8 lat. Nie trzeba dodawać, że postępowanie nie przyniosło żadnych rezultatów i nikomu nie postawiono zarzutów w sprawie rzekomych nieprawidłowości. Na temat działalności Krzysztofa Bondaryka powstało szereg artykułów, w których autorzy stawiają szefowi ABW mniej lub bardziej poważne zarzuty: interwencji w sprawie brata oskarżonego o przemyt złota, pobierania wypłat od spółki PTC w czasie pełnienia obowiązków szefa służby , pracy w spółkach Solorza, wycieku informacji z Ery i nielegalnych podsłuchach, sprawy mieszkania służbowego. Każda z tych spraw stanowiłaby w państwie prawa dostateczny argument, by Krzysztof Bondaryk nie zajmował żadnego stanowiska w administracji państwowej, a już na pewno związanego z nadzorem nad największą służbą specjalną.
Kolejni awansowani przez Bronisława Komorowskiego oficerowie to  pułkownik Janusz Nosek – Szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz pułkownik Radosław Kujawa – Szef Służby Wywiadu Wojskowego. Ten pierwszy został następcą p.o. szefa SKW płk. Grzegorza Reszki „wsławionego” czystkami dokonanymi w służbie utworzonej przez Antoniego Macierewicza oraz słynnym „tajnym raportem” którego  rzekome ustalenia obszernie cytowały funkcyjne media, prowadząc kampanię oszczerstw wobec ludzi Komisji Weryfikacyjnej WSI. W kwietniu 2008 roku Antoni Macierewicz w wywiadzie dla tygodnika „Głos” tak oceniał dokonania nowego szefa SKW:
Zamknięte zostało muzeum ukazujące zakres represji służb komunistycznych wobec polskich oficerów. Wspomniana już nowoczesna struktura SKW też jest likwidowana. To efekt działań nowego kierownictwa SKW, najpierw p. Reszke, potem p. Noska, delegowanych przez premiera Tuska. W SKW odbywa się czystka personalna, zdecydowana większość zespołów kierowniczych została usunięta. Prowadzi się kilkadziesiąt postępowań dyscyplinarnych, mających zastraszyć ludzi z SKW i przekształcić ich w posłusznych wykonawców nowego-starego kierownictwa. Służba Kontrwywiadu Wojskowego stanie się rodzajem policji politycznej zamiast służby chroniącej polska armię i państwowość. Dobrym przykładem tego jest fakt, że zmniejszono o połowę skład personalny wydziału powołanego do walki z zagrożeniami gospodarczymi wymierzonymi w armię.  Zmniejszono też o połowę zarząd analiz, przekształcając go w coś w rodzaju wydziału wewnętrznej informacji prasowej. To są wszystko fakty świadczące o dążeniu do likwidacji SKW jako nowoczesnej służby będącej alternatywą dla starych układów postkomunistycznych w kontrwywiadzie wojskowym.”
Rola jaką wyznaczono płk Noskowi w SKW wynikała zapewne z doświadczeń nabytych w roku 2001, podczas rządów tzw. lewicy, gdy Zbigniew Siemiątkowski dokonujący czystek w ówczesnym kierownictwie UOP pozostawił na stanowisku zastępców szefa UOP ppłk. Grzegorza Reszkę – oraz dyrektora pionu operacyjnego ochrony ekonomicznych interesów państwa – mjr. Janusza Noska. Autorzy publikacji z tamtego okresu zwracali uwagę, że  „podczas czystek najbardziej zasłużyli się, dyrektorzy Zarządu IIA – mjr Nosek oraz jego zastępca kpt. Paweł Białek. Obaj pozbawieni talentów i osiągnięć, przez ostatnie lata znajdowali się pod parasolem ochronnym swego patrona, który ściągnął ich do Warszawy z delegatury w Krakowie. Jako osoby o ambicjach znacznie przewyższających możliwości ich zaspokojenia, bardzo przeżywali brak sukcesów, a zwłaszcza sukcesy delegatur i to na polu, które formalnie im podlegało. Jednak z uwagi na znaczną autonomię szefów jednostek terenowych za czasów płk. Nowka, nie mogli tych sukcesów przypisać sobie. Jedyne co mogli to, korzystając z uprawnień, ograniczać skalę osiągnięć kolegów z delegatur, i z tej możliwości skwapliwie korzystali, rzucając im kłody pod nogi gdzie tylko się dało. Powstałe w ten sposób przez prawie trzy lata frustracje zrekompensowali sobie po zmianie kierownictwa Urzędu. Brak sukcesów nadrobili gorliwością w dyskredytowaniu kolegów – szefów delegatur. Swoją bezradność i brak kompetencji, przejawiające się nieobecnością w działaniach delegatur, „sprzedali” Siemiątkowskiemu jako niezdyscyplinowanie szefów delegatur. Ta dzielna postawa uratowała ich przed utratą stanowisk na jesieni 2001 roku. Jednak nie zapobiegła degradacji podczas tworzenia ABW. Mjr Nosek przestał być szefem pionu, został zdegradowany i odesłany do Krakowa.”
O czasu powołania płk Noska na Szefa SKW do służby powróciło wielu ludzi byłych WSI, jak np. płk Artur Bednarski - który w WSI odpowiadał za pion przemysłu zbrojeniowego, w szczególności za handel bronią. Komisja Weryfikacyjna WSI wystawiła Bednarskiemu negatywną ocenę, jednak obecny szef SKW uznał go za przydatnego do służby.
Pułkownik Radosław Kujawa był natomiast  negatywnym bohaterem publikacji z maja 2009 roku, w których Szefowi SWW zarzucano tuszowanie sprawy zaginięcia szyfranta Stefana Zielonki. Wojskowy wywiad nie przekazywał informacji o zaginięciu ani do prokuratury wojskowej, ani żandarmerii. Zaginięciem Zielonki zajął się tylko kontrwywiad wojskowy.
Chorąży Zielonka zaginął w kwietniu 2009 roku, jednak dopiero 13 maja prokuratura wojskowa wszczęła w tej sprawie śledztwo. Szef wojskowej prokuratury garnizonowej w Warszawie pułkownik Grzegorz Skrzypek stwierdził, że wcześniej nie było o tym wiadomo. O zniknięciu szyfranta wywiad wojskowy nie powiadomił również Żandarmerii Wojskowej, która zwyczajowo poszukuje zaginionych żołnierzy. Sprawą zajęła się jedynie Służba Kontrwywiadu Wojskowego, którą kierował pułkownik Janusz Nosek -  dobry znajomy Kujawy. Obaj wywodzą się z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i obaj należą do tzw. grupy krakowskiej, jednej z koterii trzęsących polskimi służbami specjalnymi.
Awansowanie na stopień generalski szefów służb wojskowych, musi budzić zdziwienie, skoro do ich działań w zakresie zabezpieczenia tragicznego lotu z 10 kwietnia i późniejszych w sprawie śledztwa smoleńskiego, można mieć uzasadnione zastrzeżenia.
Obu nowych generałów łączy jeszcze jedna sprawa. W sierpniu br. Kancelaria Prezydenta poinformowała, że  po zapoznaniu się z aneksem do raportu o WSI Komorowski ma zamiar wysłać go do pułkowników Janusza Noska i Radosława Kujawy. To oni mieli ocenić, jak wartościowy jest to dokument oraz czy przy jego tworzeniu popełniono błędy. Mają także zastanowić się, czy jego opublikowanie naraziłoby na niebezpieczeństwo polskich oficerów działających np. w Afganistanie. Na podstawie ich opinii prezydent ma zdecydować, co stanie się z aneksem. „Jeśli szefowie służb dopatrzą się przestępstw w tworzeniu raportu, będzie reakcja w postaci zawiadomień do prokuratury” – stwierdziła wówczas nieoficjalnie osoba z Kancelarii Prezydenta.
Niewykluczone, że awans dla obu pułkowników ma związek z oceną aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI, zgodną z oczekiwaniami Bronisława Komorowskiego.
Kolejnym nominatem w dniu Święta Niepodległości został generał brygady Krzysztof Szymański: absolwent WAT, następnie kursu akademickiego w Akademii Wojsk Pancernych w ZSRR, w latach 1992-1994 odbył studia podyplomowe w Akademii Sztabu Generalnego  w Moskwie, były Szef  Zarządu Planowania Logistyki Sztabu Generalnego. W październiku 2007 roku dziennik „Polska” donosił, iż wkrótce „ośmiu generałów usłyszy zarzuty korupcyjne. Wśród podejrzanych są byli szefowie Żandarmerii Wojskowej, Wojsk Lądowych, Akademii Obrony Narodowej Zarzuty mają dotyczyć przyjęcia korzyści majątkowej. Generałom grozi za to nawet do 10 lat więzienia.” Śledztwo Prokuratury Wojskowej dotyczyło nieprawidłowości związanych z wynajmowaniem domków letniskowych w podwarszawskim Zegrzu, należących do wojskowego Centrum Szkolenia Łączności i Informatyki. Kontrole MON w Centrum wykazały szereg nieprawidłowości. Ich efektem było postawienie zarzutów 36 osobom, w tym ówczesnemu komendantowi Centrum Jerzemu S. Według dziennika "Polska", zarzuty mieli usłyszeć generałowie: Bogusław Pacek, były szef Żandarmerii Wojskowej; Zbigniew Zalewski, były szef Wojsk Lądowych; Aleksander Poniewierka, były zastępca Wojsk Lądowych; Zbigniew Cieślik, były szef sztabu Wojsk Lądowych; Józef Flis, były komendant Akademii Obrony Narodowej; Walerian Sowa, były szef logistyki w Sztabie Generalnym; Roman Polak, były szef departamentu sił zbrojnych w MON oraz szef jednego z zarządów w Sztabie Generalnym generał Krzysztof Szymański.
Awans na stopień nadinspektora Policji otrzymał również komendant dolnośląskiej policji inspektor Zbigniew Maciejewski, którego nominacji odmówił przed rokiem Prezydent Lech Kaczyński. Wówczas spekulowano, że powodem odrzucenia awansu dla Maciejewskiego i obecnego szefa Policji Andrzeja Matejuka miał być fakt, że obaj pochodzą z Wrocławia, a odmowa miała być policzkiem wobec wicepremiera Schetyny. Matejuk przez siedem lat kierował dolnośląską policją. Za rządów PiS został wysłany na przymusową emeryturę. Oficjalnie nie przedstawiono mu żadnych zarzutów. Nieoficjalnie już wtedy urzędnicy MSWiA tłumaczyli, że zbyt dobrze rozumie się on z prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem i liderem miejscowej PO, czyli Grzegorzem Schetyną.
Wydaje się jednak, że sprzeciw Prezydenta Kaczyńskiego mógł mieć bardziej racjonalne podstawy. W 2003 roku portal „Naszemiasto.pl” donosił: „Andrzej Matejuk, komendant wojewódzki policji oraz jego zastępca Zbigniew Maciejewski kupili działki rolne w gminie Mięłkinia. Niewiele kilometrów od granic administracyjnych Wrocławia. Zapłacili za nie kilka razy mniej od ceny rynkowej. Sprzedającym była Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa” (Tylko głupi nie kupi, Naszemiasto.pl, 1.03.2003) ).
Afera wokół gruntów kupionych przez policjantów wybuchła w 2003 r. Stowarzyszenie „W ramach prawa“ ujawniło wówczas sprawę sprzedaży państwowych działek w okolicach Wrocławia. Okazało się, że rok wcześniej nieruchomości od państwowej agencji kupili Matejuk i Maciejewski. Oficerowie policji wystartowali w przetargu organizowanym przez Agencję. Kupili działki rolne o powierzchni niewiele ponad 1 ha każda. Obaj za metr kwadratowy ziemi płacili 1,50 zł. W mediach wskazywano, że jest to cena kilkakrotnie niższa od rynkowej. We wrześniu 2008 roku prokuratura umorzyła śledztwo w tej sprawie. Prokurator Laskowski z Poznania przyznał, że kontrowersje wokół zakupu gruntów przez policjantów badała Najwyższa Izba Kontroli oraz Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji. - Żadna z instytucji nie dopatrzyła się nieprawidłowości –stwierdził  Laskowski. (30.09.2008 „Rzeczpospolita”).
Awans na stopień generała dywizji otrzymał również gen. brygady Janusz Bojarski - absolwent (1984).Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie, od 1997 szef Oddziału Kontaktów Zagranicznych WSI, a następnie szef Biura Ataszatów Wojskowych WSI. W 2000 mianowany polskim attaché wojskowym, morskim i lotniczym przy ambasadzie RP w Waszyngtonie. od 5 listopada 2004 do 6 grudnia 2004 oraz od 14 grudnia 2005 do 1 stycznia 2006 pełnił funkcję szefa Wojskowych Służb Informacyjnych. Po objęciu rządów przez koalicję PO-PSL w listopadzie 2007 został dyrektorem Departamentu Kadr MON. Jedną z pierwszych decyzji podjętych przez Bojarskiego w imieniu ministra MON, była odmowa pośmiertnego mianowania na stopień generała brygady kpt Stanisława Sojczyńskiego ps. Warszyc – zamordowanego przez UB w 1947 roku..
Od września 2010 roku Bojarski zajmuje stanowisko polskiego przedstawiciela wojskowego przy Komitetach Wojskowych NATO i UE w Brukseli.
W maju 2008 roku gen. Bojarski zasłynął skargą na Antoniego Macierewicza, skierowaną do ministra obrony Bogdana Klicha. Chodziło o wypowiedź Macierewicza dla „Gazety Polskiej”, w której szef Komisji Weryfikacyjnej ocenił, że ówczesna akcja ABW w domach członków Komisji była prowokacją i atakiem na komisję. Wyraził też przekonanie, iż "nie ma wątpliwości, że lobby WSI, usadowione w rządzie i w strukturach państwa, będzie dążyło do kontynuowania tych prowokacji bądź do rozpoczęcia następnych". Zdaniem Macierewicza, "ludzie z WSI wrócili do podstawowych struktur władzy". Jako przykład reaktywacji wpływów tego środowiska Macierewicz wskazał powierzenie kadr MON byłemu szefowi WSI – Bojarskiemu.
Wkrótce po tej wypowiedzi Macierewicza Janusz Bojarski w liście do ministra Klicha skarżył się, że "kłamliwe wypowiedzi Macierewicza podważają mój autorytet jako dyrektora departamentu kadr, odpowiedzialnego za politykę kadrową w Siłach Zbrojnych, które z olbrzymim wysiłkiem przechodzą transformację". Wskazał także, iż "w negatywnym świetle stawiają jego honor i godność" oraz "dyskredytują jego wizerunek jako żołnierza, generała posiadającego niekwestionowany dorobek w służbie na wielu odpowiedzialnych stanowiskach w strukturze wojska polskiego".



Artykuł opublikowany w Gazecie Warszawskiej 

sobota, 13 listopada 2010

PREZYDENT „OKRĄGŁEGO STOŁU”

Poziomem bufonady wyzierającej z wywiadu Bronisława Komorowskiego dla Onetu można byłoby obdzielić kilku zakompleksionych polityków Platformy. Ilość występujących w niemal co drugim zdaniu zwrotów „dzięki mnie” , „dzięki mojej aktywności”, „udało mi się” itp., ustępuje jedynie ilości nadętych frazesów. Zapewne z powodu starannej autoryzacji sam wywiad stracił wiele na oryginalności, bo kto pamięta rejestrowane na żywo wypowiedzi Komorowskiego może poczuć się zawiedziony brakiem wszechobecnego „no” - znamionującego głębię intelektu polityka PO.
Jak ze wszystkich wypowiedzi Komorowskiego, tak i z tej zionie ogrom nienawiści i szyderstwa wobec zmarłego Lecha Kaczyńskiego. Esencją  tych uczuć jest stwierdzenie, iż „wielu w Europie z ulgą przyjęło, że zakończył się etap walki o samolot, krzesło, o to, kto jedzie na jaki szczyt, itp.”.
Autor życzenia - „chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego”, które po trzech miesiącach znalazło spełnienie w lesie smoleńskim, nie potrafi ukryć swojego stosunku do poprzednika. 
 Nie chcę oceniać mojego poprzednika” – deklaruje Komorowski, by natychmiast stwierdzić: „Powiem tylko, że nieszczęście się zdarzyło kiedy jeden jedyny raz w ciągu całych dwudziestu lat prezydent zablokował cały pakiet reform systemowych, bo reformy służby zdrowia, to reforma systemowe. Zdarzyło się to raz i mam nadzieję, że drugi raz się to nie zdarzy”.
Czytając tego rodzaju wypowiedzi, trzeba zrozumieć, że w życiu publicznym III RP nie było jeszcze człowieka na tak eksponowanym stanowisku, który z równą dozą wrogości i brakiem elementarnych zasad kultury deptałby pamięć o zmarłym. Ze słów Komorowskiego wydobywa się ton całkowicie obcy polskiej tradycji, nakazującej szacunek - szczególnie wobec tragicznie zmarłego i pokonanego przeciwnika, który nie może bronić swojego honoru.  Zaciekłość, z jaką człowiek ten mówi o Prezydencie Kaczyńskim obnaża nie tylko autentyczny wymiar postaci Komorowskiego, ale świadczy o pokładach potwornego lęku, jaki  musi odczuwać dzisiejszy zwycięzca. Nie sposób inaczej wytłumaczyć tej odhumanizowanej postawy. 
Nie można również mieć wątpliwości, że w osobie Komorowskiego mamy do czynienia z politykiem jednej opcji, działaczem partyjnym oddelegowanym na stanowisko prezydenta Polski w celu ochrony interesów własnej partii.
Pytany o zakończenie prac sejmowej komisji i powrót do bieżącej polityki bohaterów afery hazardowej Komorowski ucieka od odpowiedzi chytrym banałem: „Nie jestem członkiem żadnej partii i proszę zwolnić mnie od komentowania spraw partyjnych”.
Hipokryzja tej wymówki jest porażająca, bo werbalna klauzula nie pozwala Komorowskiemu na ocenę własnej partii lecz nie przeszkadza w atakowaniu i krytyce partii opozycyjnej. Możemy wyobrazić sobie jazgot usłużnych mediów, gdyby Prezydentowi Kaczyńskiemu zdarzyło się powiedzieć to, co w wywiadzie wyznał Komorowski:
Wyobrażam sobie PiS bez Kaczyńskiego. Nawet nie przychodzi mi to ze specjalną trudnością. Odnoszę wrażenie, że coraz większa grupa członków PiS także wyobraża sobie PiS bez Kaczyńskiego.[...] „Na szczęście świat nie kończy się na Jarosławie Kaczyńskim i na PiS. Są obywatele, są wyborcy i oni oceniają kto jest warty nagrody, a kto kary za zdolność do współpracy lub jej brak. Wierzę, że doczekamy takiego momentu współpracy i bardzo tego chcę. Z Jarosławem Kaczyńskim lub bez Jarosława Kaczyńskiego.”
Ten głos wpisuje się w prowadzoną przez media kampanię rozbicia i dezintegracji partii opozycyjnej i stanowi bezsporny dowód, że Bronisław Komorowski jest osobiście zainteresowany osłabieniem, a w efekcie likwidacją  Prawa i Sprawiedliwości. Tak bezpośrednia ingerencja w sprawy jednej z partii politycznych nie zdarzyła się żadnemu z dotychczasowych prezydentów III RP.
W uzupełnieniu tego obrazu można przytoczyć słowa Komorowskiego dla PAP, w których chwaląc się „szukaniem porozumienia między wszystkimi siłami parlamentarnymi” stwierdził.: ”Myślę, że to widać dzisiaj również, pomimo, że nie wszędzie znalazłem partnerów, ale poczekamy, być może to, co się dzieje w tej chwili w PiS, jest zapowiedzią jakichś głębszych zmian i może doczekam się partnera po stronie tej takiej twardej prawicy.”
Chciałoby się zapytać: jakie wzorce demokracji praktykuje ten człowiek i czyim jest prezydentem, jeśli  wprost wyraża oczekiwanie na rozbicie jedynej partii opozycyjnej i chce mieć za „partnera” koncesjonowaną, namaszczoną przez media opozycję?
Znamy analogie tego rodzaju postawy.
Czy nie w taki sam sposób kształtowała sytuację polityczną władza komunistyczna w końcu lat 80., gdy do obrad „okrągłego stołu” zapraszano wyselekcjonowanych działaczy „opozycji demokratycznej” gotowych na „historyczny kompromis” z sowieckimi namiestnikami?  Ci, którzy oczekiwaniom tej władzy nie odpowiadali byli mordowani, wygnani z kraju, a w najlepszym wypadku trafiali na margines życia publicznego.
Zapewne Bronisławowi Komorowskiemu marzy się Polska bez przeciwników politycznych, bez braci Kaczyńskich, bez prawdziwej opozycji. Polska monopartii i jedno - myślenia. 
Część tych marzeń spełniła się 10 kwietnia, gdy wieloletnia kampania nienawiści znalazła finał w pułapce smoleńskiej. Czas, który nastąpił później przyniósł dalsze akty agresji i krwawy mord polityczny na działaczu PiS.
Bronisław Komorowski nigdy nie przeprosił za swoje zachowania i wypowiedzi, pełne pogardy i nienawiści wobec przeciwników politycznych. Za liczne pomówienia i potwarze, rzucane zza zasłony fotela marszałka Sejmu. Nigdy nie zdobył się na refleksję o własnej odpowiedzialności moralnej i politycznej.
Słowa tego człowieka brzmią dziś wyjątkowo groźnie, bo w obliczu klęski ułomnej demokracji  III RP  przynoszą otwartą zapowiedź  kolejnych odsłon polskiej tragedii.


Tekst opublikowany w Gazecie Warszawskiej