Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

sobota, 30 października 2010

ETYKA CZY KAMIEŃ U SZYI ?

Przed kilkoma dniami  Prezydium Konferencji Episkopatu Polski wydało komunikat, w którym „zwraca się z apelem do wszystkich wierzących w Polsce o gorliwą modlitwę, aby parlamentarzyści i politycy w sprawach dotyczących moralności podejmowali uchwały zgodne z sumieniem uformowanym w świetle Dekalogu”. Choć rozumiem i podzielam stanowisko polskich biskupów w sprawie zapłodnienia in vitro, tego rodzaju apel nie może nie wzbudzić zasadniczej refleksji.
Trzeba bowiem zapytać: jak hierarchowie polskiego Kościoła mogą wzywać wiernych, by modlili w sprawie ustawy bioetycznej i powoływać się na nakaz działania zgodnie z sumieniem i Dekalogiem, jeśli przez ostatnie lata dopuścili do niewiarygodnych aktów zgorszenia i przyzwolili  na niszczenie elementarnych zasad moralnych i etycznych?
Jak mogą odwoływać się dziś do głosu sumienia Polaków lub apelować do sumień polityków,  skoro pozwolili się na deptanie podstawowych prawd i moralny relatywizm, w imię politycznych lub materialnych  korzyści?
"Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani " – tymi słowami 27 listopada 1984 roku Jan Paweł II zobowiązał polski Kościół do wyjaśnienia całej prawdy o śmierci księdza Jerzego. Przez 26 lat, jakie minęły od męczeńskiej śmierci księdza Jerzego, Kościół w Polsce nie spełnił tego nakazu. Wszystko, co wiemy o późniejszej postawie prymasa Glempa i zachowaniach innych hierarchów dowodzi, że przyjęli wersję zdarzeń narzuconą Polakom przez komunistyczną propagandę i uczynił bardzo wiele, by prawda o zleceniodawcach zbrodni została głęboko pogrzebana. Co więcej – tych, którzy chcieli tę prawdę odkryć nazywano wrogami Kościoła i przeciwnikami beatyfikacji księdza Jerzego.
To hierarchowie Kościoła paktujący potajemnie z komunistami dopuścili do mordów na kapłanach w przeddzień haniebnych umów „okrągłego stołu”. 20 stycznia 1989 roku zamordowano księdza Stefana Niedzielaka, 30 stycznia został zamordowany ksiądz Stanisław Suchowolec, a w dniu 11 lipca 1989 roku zabito księdza Sylwestra Zycha.
Polski Episkopat nie wykazał żadnych starań, by wyjaśnić okoliczności tych mordów.
Ludzie, którym Polacy bezgranicznie zaufali, którym powierzyli swój los prowadzili w tym czasie zakulisowe ustalenia z sowieckimi namiestnikami i dążyli do powierzenia najwyższego urzędu w państwie agentowi NKWD odpowiedzialnemu za pacyfikację Wybrzeża, stan wojenny, zabójstwa księży i setek polskich patriotów.
Przez 20 lat hierarchowie Kościoła nie zdobyli się na odwagę, by powiedzieć Polakom, jak okrutnie oszukano ich w czasie „ustrojowej transformacji” i kim byli ludzie budujący III Rzeczpospolitą. Zawiązany nad grobami księży „sojusz tronu i ołtarza” trwa do dziś, niwecząc polskie marzenia o niepodległości.
Przez 20 lat hierarchowie Kościoła nie dopuścili do przeprowadzenia lustracji, nie pozbyli się z organizmu Kościoła setek tajnych współpracowników bezpieki ulokowanych na najwyższych urzędach i stanowiskach. Ilu z nich ma na rękach krew współbraci w kapłaństwie, ilu donosiło na Jana Pawła II, ilu oczerniało księdza Jerzego?  Pustym dokumentem pozostał „memoriał” Episkopatu Polski z 25 sierpnia 2006 r w sprawie lustracji duchownych, w którym znalazły się m.in takie słowa: „Kościół nie boi się prawdy, ponieważ wierzy słowu Jezusa, że prawda wyzwala. Kościół nie boi się również rzetelnej lustracji, jeżeli to słowo ma oznaczać zmierzenie się z bolesną prawdą, prowadząc do oczyszczenia i pojednania”.  
Czym innym, jeśli nie lękiem przed prawdą były podyktowane decyzje wobec księdza Tadeusza Zaleskiego, publiczne wyzywanie go i piętnowanie przez hierarchów? Nie słuchano jego głosu, gdy bił na alarm w sprawie esbeka zarządzającego Komisją Majątkową, nie zwracano uwagi, gdy wskazywał na agenturalne powiązania i korupcyjne układy. Jakim prawem ludzkim lub boskim wytłumaczyć zamykanie ust kapłanowi dążącemu do oczyszczenia Kościoła? Dziś, gdy „sojuszowi tronu i ołtarza” zagraża prawda o Komisji Majątkowej, obecny rząd i hierarchowie dążą do jej pospiesznej likwidacji.   
Nikt z tych hierarchów nie wskazał Polakom; na czym polega donosicielstwo i zdrada, nikt nie potępił biskupów – zaprzańców, pedofilów i gorszycieli, nie pokazał palcem sprzedajnych polityków – oszustów, nie wytyczył wyraźnej granicy dobra i zła.
Dlatego  „głosem medialnym” Kościoła jest dziś abp. Życiński - tajny współpracownik bezpieki o pseudonimie „Filozof”, a przewodzi mu  abp Kowalczyk, zarejestrowany w aktach SB jako kontakt informacyjny „Capino”. Dlatego ksiądz Stanisław Małkowski – przyjaciel księdza Jerzego, jest dziś „zesłany” na Węglową Górkę z zakazem publicznej działalności, a zaszczyty odbierają miernoty i tchórze.
Trzeba pytać: gdzie byli hierarchowie Kościoła, gdy rozpętano kampanię nienawiści wobec Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, gdy niszczono życie publiczne kłamstwem, prywatą i partyjną arogancją?  Gdzie byli, gdy wrzaskiem prymitywnych typów udających „autorytety” i „mężów stanu” zabijano w Polakach prawdę ?  Kto z tych hierarchów powiedział Polakom, że ukrywa się prawdę o tragedii smoleńskiej, że obecna władza w pakcie z kremlowskim ludobójcą pozbawia nas resztek godności i suwerenności? Gdzie byli biskupi, gdy bito i lżono obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, a człowiek wybrany prezydentem rozpętał wojnę z symbolem chrześcijaństwa? Głosem tego Kościoła stał się wówczas nienawistny bełkot biskupa Pieronka o „zadymieniu PiS-em” i „fanatycznej sekcie broniącej krzyża”, a oficjalnym stanowiskiem słowa miałkie i tchórzliwe.
Jeśli zatem dziś hierarchowie przywołują głos sumienia – ten szczególny dar rozsądzania dobra i zła – jak chcą go odnaleźć we współczesnych Polakach? Skąd chcą wydobyć pokłady prawdy, skoro przez lata III RP nie potrafili zasiać jej ziaren? Do jakiej odwołać się moralności, jeśli sami byli przyczyną zgorszenia? Czy można w tej sytuacji pominąć ewangeliczny obraz kamienia młyńskiego – przerażającego znaku wielkości grzechu zgorszenia?
W tak ważnej sprawie, jaką są regulacje ustawy bioetycznej dotykamy przecież fundamentalnych zasad prawa naturalnego, mamy rozstrzygnąć, jakie dobro należy popierać, jakiego dobra bronić oraz jakiemu złu zapobiec.  By tego dokonać, trzeba nie tylko indywidualnej wiedzy, ale przede wszystkim wzoru życia według  niepodważalnych  zasad moralnych, bez „światłocienia”, bez relatywizmu.
Skoro u podstaw etyki leży prawda, czy można wymagać prawidłowych wyborów, nie ukazując Polakom prawdy lub wręcz z nią walcząc?
Jest wśród hierarchów wielu ludzi prawych i godnych miana pasterzy. Czasem ich głos przebija się przez medialną zasłonę. Pisząc o hierarchach Kościoła nie chcę zatem stosować prostych uogólnień. Tu byłyby szczególnie groźne i krzywdzące. Trzeba jednak odważnie zmierzyć się z prawdą o zgorszeniu, jakie wynika z działań lub zaniechań ludzi Kościoła i nie bać się mówić o tym wprost.  Trzeba to zrobić według tej mądrości, która kazała księdzu Jerzemu po spotkaniu z prymasem Glempem napisać: „Zarzuty mi postawione zwaliły mnie z nóg. SB na przesłuchaniach szanowała mnie bardziej”, lecz zakończyć dopiskiem: „Nie jest to oskarżenie. Jest to ból, który uważam za łaskę Boga prowadzącą do lepszego oczyszczenia się”.

czwartek, 28 października 2010

FEDERACJA SŁUŻB ROSYJSKICH

Porównywanie Rosji ze Związkiem Radzieckim jest poważnym błędem” – orzekł przed kilkoma dniami Dmitrij Miedwiediew.” Przemawiając na spotkaniu z uczestnikami konferencji monachijskiej Miedwiediew stwierdził, że Rosja i Rosjanie poważnie się zmienili. „25 lat temu sam byłem innym człowiekiem, podobną drogę przeszła ogromna liczba moich rodaków” – argumentował prezydent FR.
Rzeczywiście, istnieje dziedzina, w której porównywanie dzisiejszej Rosji z ZSRR byłoby krzywdzące. W zgodnej opinii rosyjskich dysydentów takim obszarem są działania rosyjskiej służby bezpieczeństwa. Metody stosowane przez FSB są dziś znacznie groźniejsze i brutalniejsze, niż jej poprzedniczki - sowieckiego KGB. Również zakres uprawnień tej formacji przekracza wszystko, co wolno było służbom  ZSRR.
Niezależna opinia publiczna w Rosji dochodzi do wniosku, że mająca złą sławę radziecka służba bezpieczeństwa wcale nie umarła śmiercią naturalną, a przeistoczyła się w obecną FSB i stanowi znacznie groźniejszy od poprzedniczki twór. Według wielu analityków, Federalna Służba Bezpieczeństwa wymknęła się spod jakiejkolwiek kontroli i jest dziś samodzielną, ogromną siłą polityczną, która decyduje o kierunkach rozwoju Federacji.
Przyspieszenie tego procesu można obserwować od 2000 roku, gdy prezydentem został pułkownik KGB, a sukcesorzy tej formacji osiągnęli status faktycznej elity decydującej o losie Rosji. To dzięki Putinowi FSB wyrosła na główną agencję bezpieczeństwa i rozszerzyła swoje uprawnienia na zadania zagraniczne i operacje specjalne. Szły za tym wyższe uposażenia, możliwość budowania prywatnych fortun i przywileje niedostępne ludziom innych służb. Powrócono również do metod sprawowania władzy w oparciu o rozwiązania siłowe, uzupełnione o wykorzystanie najnowszych technologii.
Od czasu prezydentury Putina nasiliły się praktyki łamania prawa, w tym stosowania mordów politycznych, aresztowań, tortur, zastraszania i sądowych represji. Praktyki te są zwykle prowadzone w imię walki z terroryzmem i ekstremizmem, w atmosferze całkowitej bezkarności. Zostały one szczegółowo opisane w sprawozdaniu wydanym przez Międzynarodową Federację Praw Człowieka (FIDH) i Obywatelski Komitet Pomocy w raporcie zatytułowanym "Społeczeństwa pod kontrolą: nadużycia w walce z terroryzmem i ekstremizmem w Rosji". Raport jest wynikiem pracy międzynarodowej misji dochodzeniowej działającej w Rosji w roku 2008 i koncentruje się na Północnym Kaukazie, Republice Tatarstan i miastach Federacji Rosyjskiej. Wspomina się w nim o głośnych w ostatnim czasie zabójstwach obrońców praw człowieka - Andrieju Kułaginie i Natalii Estamirowej, wskazując na związek tych morderstw z nasilającą się rządową kampanią „walki z ekstremizmem”. W raporcie wykazano, w jaki sposób uchwalone w ostatnich latach ustawy związane z publiczną „kampanią przeciwko terroryzmowi” są wykorzystywane do walki z opozycją, wolnymi mediami i organizacjami pozarządowymi.
Nikt nie ukrywa, że pod oficjalnymi, propagandowymi hasłami rządzący Rosją „siłowicy” chcą umocnić swoją władzę, m.in. poprzez radykalne zwiększenie nadzoru elektronicznego, budowę mega baz danych i objęcie kontrolą milionów obywateli.
Mianem - силовики – określa się w Rosji grupę dawnych i obecnych oficerów służb specjalnych, którzy mają bezpośredni wpływ na kształtowanie się strategii politycznej oraz działań prezydenta i rządu Rosji. Ludzie ci konsolidują swoje interesy w wąskim kręgu decydentów i podejmują decyzje o charakterze scentralizowanym, dotyczące całej polityki rosyjskiej. Działaniom „siłowików” towarzyszą pozory legalizmu i demokracji, ponieważ formalne decyzje zapadają w sposób zgodny z obowiązującym prawem, a ich przesłanką są zwykle kwestie „bezpieczeństwa narodowego” i „dobro obywateli”. Za tą propagandową fasadą tworzy się obecnie struktury państwa totalitarnego w skali, o jakiej Stalin i jego następcy mogli jedynie marzyć. Dzieje się to przy milczącej akceptacji rządów europejskich i Ameryki, aprobacie większości społeczeństwa rosyjskiego i przyzwoleniu mediów. W miejsce ideologicznych haseł komunizmu, wystarczyło posłużyć się kilkoma nośnymi frazesami, by objąć Rosjan totalną kontrolą i skutecznie sparaliżować opozycję. Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie jest czerwcowa nowelizacja ustawy, na podstawie której  FSB może wezwać każdego obywatela, którego działania, jej zdaniem „stwarzają warunki lub tworzą przyczyny do popełnienia przestępstwa”. Obywatele, którzy się nie podporządkują poleceniu lub ostrzeżeniu FSB, będą podlegać karom grzywny lub aresztu do 15 dni.
Znana rosyjska obrończyni praw człowieka Ludmiła Aleksiejewa w niedawnym wywiadzie dla Reutersa stwierdziła, że  u schyłku czasów sowieckich KGB był aparatem ucisku, ale nie tak niebezpiecznym jak dzisiejsze służby. "Były wtedy więzienia i szpitale psychiatryczne, ale nikogo nie zabijali. Morderstwa się nie zdarzały. A teraz się zdarzają..." - powiedziała Alesiejewa.
Za rozszerzeniem uprawnień FSB postępuje jednocześnie proces uwłaszczenia - przejmowania majątku narodowego Rosji przez ludzi służb specjalnych.  Jak przypomniał niedawno Wiktor Suworow „ludzie stojący na czele służb mają olbrzymie majątki ulokowane poza granicami Rosji - na Zachodzie. Są tam ich pałace, jachty, zamki, wille i to uzależnia rządzącą elitę Rosji od Zachodu. [...] Należy obawiać się powiązań rosyjskich elit ze światem przestępczym oraz przestępczej mentalności władców Rosji. Macki organizacji przestępczych powiązanych z władzami Rosji sięgają wielu krajów w świecie. Przede wszystkim dotyczy to przemysłu zbrojeniowego, który wbrew pozorom nie jest przemysłem państwowym. W istocie jest to prywatny interes władców Rosji i toczy się zażarta walka o udział w jego zyskach.
W wydanej obecnie w Londynie książce rosyjskich dziennikarzy Andrieja Sołdatowa i Iriny Borogan zatytułowanej „Nowa arystokracja” tym mianem określa się kierownictwo dzisiejszych służb FR. Autorzy zwracają uwagę, że choć sowieckie KGB było potężną organizacją, jednak podlegało ścisłej kontroli partii komunistycznej. W przypadku FSB nie istnieje żadna kontrola partyjna czy parlamentarna i mamy do czynienia z całkowitą samowolą tajnych służb.  Zdaniem Iriny Borogan ten brak kontroli i coraz bardziej brutalne metody - uzasadniane krwawą wojną z islamizmem - sprawiają, że obecne rosyjskie służby bardziej przypominają osławiony muchabarat, bezwzględne policje bezpieczeństwa świata arabskiego niż dawne, radzieckie agencje szpiegowskie.
Autorzy "Nowej arystokracji" twierdzą również, że dzisiejsi generałowie FSB pod wieloma względami przypominają rosyjską arystokrację z czasów carskich. Wskazują na upodobanie do kosztownego, luksusowego i ekstrawaganckiego stylu życia. Ich zdaniem, w czasach sowieckich dostęp szefów tajnych służb do rozmaitych świadczeń i przywilejów był tymczasowy i kończył się, gdy odchodzili ze stanowisk. Dziś natomiast ludzie służb są właścicielami ziemskimi i potężnymi graczami w wielu dziedzinach życia publicznego, tworząc klany rodzinne i przejmując na własność najważniejsze gałęzie gospodarki.
Największym obszarem prywatnego biznesu „siłowików” jest wydobycie ropy naftowej i gazu, nadzorowane osobiście przez płk Putina i wicepremiera  Igora Sieczina - oficera KGB, powiązanego z Rosnieftem. O pozycji tego ostatniego świadczy fakt, że w rankingu Forbesa na najpotężniejszych ludzi na świecie Sieczin zajął 42 miejsce, a dopiero kolejne przypadło prezydentowi Miedwiediewowi.
Podziały na szczytach rosyjskich władz, pogłębione zbliżającymi się wyborami, nie mają zatem nic wspólnego z walką polityczną i regułami demokracji. Biegną bowiem wzdłuż interesów związanych z zyskami z handlu bronią czy wydobyciem ropy i gazu. Z pewnym uproszczeniem można uznać, że po jednej stronie mamy grupę prezydenta Miedwiediewa, Gazprom i wojskowe GRU, z drugiej zaś grupę Putin – Sieczin, wspartą na Rosniefie i FSB.
Większość zdarzeń politycznych w dzisiejszej Rosji, decyzji i konfliktów można zatem wyjaśnić mechanizmem walki o kolejne strefy wpływów oraz podział łupów. Brutalizacja metod działania służb sprawia, że coraz częściej dochodzi o spektakularnych porachunków, w których pojawiają się ofiary śmiertelne.
„Utonięcie” generała –majora Jurija Iwanowa, zastępcy szefa GRU,  „samobójstwa” gen. Czerwizowa - byłego szefa Federalnej Służby Ochrony czy gen Nikołaja Timoszenki - szefa Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych wolno przypisać walkom klanowym i grze o wpływy na linii FSB-GRU. Taki motyw staje się tym bardziej prawdopodobny, gdy mamy do czynienia ze śmiercią głównego ekonomisty Gazpromu. 36-letniego Siergieja Kliuka, który miał zastrzelić się we własnym samochodzie.
Jeśli zatem Rosja staje się dziś areną krwawych walk kremlowskich klanów, nie jest to dla nas dobra wiadomość. Oznacza bowiem, że putinowskie FSB zdobywa kolejne obszary władzy i umacnia swoje wpływy, a sam pułkownik sowieckich służb chce wrócić do roli prezydenta Federacji. Fakt, że ofiary to ludzie związani z  „frakcją Miedwiediewa” nie wróży obecnemu prezydentowi przedłużenia rządów na drugą kadencję. Tym bardziej, że nadal jest człowiekiem zależnym od Putina, a jak podkreślają autorzy „Nowej arystokracji” nie ma najmniejszego zamiaru ingerować w reformy służb bezpieczeństwa i wykazuje zadowolenie z systemu stworzonego przez Putina.
Powrót obecnego premiera na stanowisko prezydenta będzie nieuchronnie prowadził do umocnienia wszechwładzy „siłowików” i uczyni z Rosji państwo zarządzane przez nową „klasę społeczną”, zbudowaną na wzór partii komunistycznej. Jeśli sąsiadem Rosji będzie państwo tak słabe jak dzisiejsza III RP, rządzone przez ludzi „partii rosyjskiej”, warto pamiętać na słowa rosyjskiego historyka – opozycjonisty Jurija Felsztyńskiego.  Komentując przed ponad rokiem obchody rocznicy napaści Sowietów na Polskę, Felsztyński przypomniał:  Jest na Kremlu duża grupa osób, która sądzi, że okupacja Polski była dobrym politycznym posunięciem. W rządzie rosyjskim w otoczeniu prezydenta jest też grupa ludzi, która przekonuje, że kiedyś o te tereny znów będzie można się upomnieć”.

Artykuł opublikowany w Gazecie Polskiej

wtorek, 26 października 2010

JAK TO SIĘ ROBI U „PRZYJACIÓŁ”, CZYLI WZORCE III RP.

Pokusa wykorzystania nośnych haseł, w rodzaju „walki z terroryzmem”, „przeciwdziałaniu agresji” czy „ograniczeniu przemocy” od dawna inspiruje działania totalitarnych reżimów. Państwem które przoduje w uchwalaniu restrykcyjnych praw, pod pozorem walki z przestępczością jest putinowska Rosja, w której wszystkie ustawy zwiększające i tak niebotyczne uprawnienia służb uzasadniano „bezpieczeństwem państwa i obywateli”.
Za tą propagandową fasadą, przy wykorzystaniu prowokacji, dezinformacji, mordów politycznych i zamachów tworzy się obecnie struktury państwa totalitarnego w skali, o jakiej Stalin i jego następcy mogli jedynie marzyć. Ponieważ dzieje się to przy milczącej akceptacji rządów europejskich, aprobacie większości społeczeństwa rosyjskiego i przyzwoleniu mediów – informacje na ten temat są zwykle ukrywane lub przemilczane.
Po tragedii smoleńskiej, obecny rząd III RP przyjął kurs na zbliżenie i „pojednanie” z państwem, w którym morduje się dziennikarzy, „trzyma za pysk” opozycję, a służbom powierza rolę zbrojnego ramienia grupy rządzącej. Ta wyraźna fascynacja dzisiejszych „elit” wzorcem putinowskiej Rosji znajdowała odbicie nie tylko w najbardziej idiotycznych, werbalnych deklaracjach, ale również w wielu, szczegółowych regulacjach prawnych przyjętych przez rząd Donalda Tuska, choćby w ramach „Programu ochrony cyberprzestrzeni RP na lata 2009-2011" czy w ustawach związanych ze sferą bezpieczeństwa. W tym samym czasie, gdy rząd Tuska opracowywał program ochrony cyberprzestrzeni, w Rosji wydawano kolejne akty prawne w ramach oficjalnego, rządowego „programu bezpieczeństwa antykryzysowego” i „publicznej kampanii przeciwko terroryzmowi”. Wszystkie łączył jeden, wspólny mianownik – prowadziły do zwiększania uprawnień służb specjalnych, a tym samym do rozbudowy systemu kontroli nad społeczeństwem.
Warto zwrócić uwagę, że idea elektronicznego nadzoru (w tym kontroli Internetu) ujawnia swoje ojcostwo w ludziach komunistycznych służb, zdolnych iść z „duchem nowych czasów”. Rozwój technik informatycznych doprowadził „specjalistów” z SB, KGB czy WSW do konkluzji, iż znacznie skuteczniejszą od pałki i donosów tajnego współpracownika formą sprawowania władzy nad społeczeństwem, jest objęcie go systemem elektronicznego nadzoru. Dlatego np. postawienie na czele „supersłużby” Krzysztofa Bondaryka było decyzją optymalną. Nikt inny nie łączył dwóch, koniecznych dla utrzymania obecnego układu cech: uwikłania w interesy postomunistycznej oligarchii zarządzającej infrastrukturą informatyczną oraz niemal obsesyjnego zainteresowania gromadzeniem i przetwarzaniem danych. Wielokrotnie pisałem o specuprawnieniach, jakie ABW otrzymało w ramach ustawy o zarządzaniu kryzysowym czy nowelizacji ustawy o ochronie informacji niejawnych. Na tych dwóch „filarach” wspierają się dziś realne wpływy służb na życie gospodarcze i polityczne.
Biorąc pod uwagę jeden tylko przykład – budowania mega baz danych na temat obywateli, można prześledzić tę samą koncepcję, stojącą za prawodawstwem rosyjskim i rozwiązaniami do których dąży grupa rządząca. Przed ponad dwoma laty uruchomiono w Rosji budowę ogromnej bazy danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nazywając ją "jednolitym systemem informacyjno-telekomunikacyjnym" (EITKS). Celem miała być walka ze zorganizowaną przestępczością i zintegrowanie wszystkich dotychczasowych baz danych w jednym systemie. Program ma umożliwiać natychmiastowy dostęp do wszelkiego rodzaju informacji o osobie (nagrania audio, video, zdjęcia, odciski palców, dane biometryczne, próbki tekstu) w dowolnym miejscu w kraju i określenie tożsamości na podstawie nawet cząstkowej informacji. Opozycja w Rosji alarmuje, że system ten, podobnie jak monitoring miejsc publicznych jest wykorzystywany do nadzoru nad społeczeństwem i walki z przeciwnikami politycznymi.  Jeśli na podobnej zasadzie w III RP organizuje się potężną bazę danych w ramach systemu PESEL 2 (dziś zwaną projektem pl.ID - elektronicznym dokumentem tożsamości) - który ma umożliwić dostęp do wszystkich informacji jakie zostały zgromadzone o obywatelu, można zadawać pytania: do jakich celów posłuży ta baza i kto zapewni, że nie zostanie wykorzystana w interesie rządzących?  Już w tej chwili szef ABW nadzoruje liczne systemy informacji: SIP (prokuratura), system informacji więziennictwa, ZUS, system informacji o osobach poszukiwanych, system ewidencji pojazdów, rejestr skazanych, rejestr ewidencji gruntów, NIP, REGON i wiele innych. Wszystkie one gromadzą informacje o najróżniejszych przejawach naszej aktywności życiowej. Tym co je łączy, jest numer PESEL. Takie narzędzie może się okazać bardzo niebezpieczne, gdy pełny dostęp do rejestrów posiadają służby specjalne, a władza potrzebuje informacji o „nieprawomyślnych” obywatelach.
Jednakże główny akcent w działaniach rosyjskiego reżimu skierowany jest obecnie na zakneblowanie niezależnych mediów i spacyfikowanie opozycji. Nie przypadkiem „wrażliwy” człowiek, tulący w Smoleńsku premiera Tuska znalazł się na specjalnej liście 40 przywódców świata, którzy najbardziej ograniczają wolność prasy, sporządzonej przez „Reporterów bez Granic”. Według tej organizacji, Putin „przejął kontrolę nad środkami masowego przekazu, manipulując opinią publiczną”. Sama Rosja w rankingu krajów uszeregowanych pod względem wolności mediów znalazła się na 153. pozycji na 175 możliwych - obok Chin, Kuby i Korei Północnej. Na początku lutego br. list zatytułowany "Putin knebluje wolność" skierowało do przywódców europejskich kilkunastu działaczy opozycji i niezależnych intelektualistów, w tym: wdowa po Andrieju Sacharowie, Jelena Bonner-Sacharow, dysydent i pisarz Władimir Bukowski, poetka Natalia Gorbaniewska, Siergiej Kowalow czy arcymistrz szachowy, obecnie przywódca Zjednoczonego Frontu Obywatelskiego Garri Kasparow. Nie trzeba dodawać, że nie wzbudził on żadnego odzewu wśród europejskich „przyjaciół” pułkownika KGB.
Miernikiem wiarygodności rosyjskich mediów rządowych, działających na identycznej zasadzie jak polskojęzyczne media III RP, może być wspólna obu środowiskom histeryczna reakcja na emisję filmu „Solidarni 2010”. Gazeta "Wriemia Nowosti" nazwała wówczas dokument "skandalicznym" i "obrzydliwym", a prasa rosyjska używała na przemian określeń „skrajnie prawicowy” lub „nacjonalistyczny”. Zdaniem kremlowskich mediów  choć w filmie przedstawiono opinie ludzi, którzy zebrali się na Krakowskim Przedmieściu, to nie oddają one poglądów większości Polaków, którzy oddawali hołd ofiarom katastrofy”. „Ten obrzydliwy dla naszych obu narodów film rozpoczął prezydencką kampanię Jarosława Kaczyńskiego” – podkreślał wówczas korespondent "Wriemia Nowosti". Kto pamięta niemal identyczne przekazy TVN- u czy reakcje GW powinien zrozumieć istotę owej retoryki i źródła inspiracji.
Jednym z najnowszych osiągnięć płk Putnia w dziedzinie „walki z terroryzmem” była czerwcowa nowelizacja ustawy, na podstawie której FSB może dziś wezwać każdego obywatela, którego działania „stwarzają warunki lub tworzą przyczyny do popełnienia przestępstwa”. Obywatele, którzy nie podporządkują się poleceniu lub ostrzeżeniu FSB, będą podlegać karom grzywny lub aresztu do 15 dni.
Zdaniem rządu FR, nowa ustawa przyczyni się do „bardziej efektywnej pracy służb podczas operacji antyterrorystycznych”. Przeciwnicy Putina obawiają się, że nowe uprawnienia pozwolą FSB zatrzymywać działaczy opozycji i niezależnych dziennikarzy, udaremniać demonstracje i protesty oraz przetrzymywać ludzi w areszcie bez wyroku sądu. Ostrzegają również, że nowe prawo przywraca FSB władzę jaką jej poprzednik - KGB - miał za czasów Związku Sowieckiego. Na podstawie uchwalonych przez Dumę przepisów, FSB będzie mogła przesłuchiwać dziennikarzy i żądać od wydawców usunięcia wskazanych przez służbę tekstów. Nieposłuszeństwo będzie karane grzywną, a nawet więzieniem. Ponadto FSB będzie mogła zażądać, by wydawca gazety, portalu lub innego medium usunął kwestionowany tekst. Jeśli dziennikarz nie zastosuje się do wezwania, będzie mógł zostać ukarany grzywną w wysokości 50 tys. rubli lub pozbawiony wolności na 15 dni.
Wobec niezależnych mediów używa się również broni administracyjnej i niezwykle nośnego zarzutu szerzenia „faszystowskich poglądów”. Przed kilkoma dniami pojawiła się informacja, że redakcja "Nowej Gaziety" obawia się zamknięcia pisma bowiem przegrała w sądzie z Roskomnadzorem, urzędem nadzorującym m.in. działalność środków masowego przekazu w Rosji, który zarzucił opozycyjnemu pismu propagowanie faszystowskich poglądów. Początkowo Roskomnadzor wystosował ostrzeżenie pod adresem gazety, po tym jak na jej łamach opublikowano artykuły poświęcone zabójstwu adwokata Stanisława Markiełowa i dziennikarki "Nowej Gaziety" Anastazji Baburowej. Gdy gazeta odwołała się do sądu, ten przyznał rację urzędowi. Dwa ostrzeżenia Roskomnadzoru są równoznaczne z zamknięciem środka masowego przekazu.
Niemal w tym samym czasie w polskojęzycznych mediach III RP pojawiły się  porównania   polityków PiS do faszystów, a poseł PO Kazimierz Kutz stwierdził, że na Krakowskim Przedmieściu  "jest miejsce, w którym widzimy, że wypełza polski faszyzm". Marsz modlitewny, związany z rocznicą tragedii smoleńskiej, który odbył się przed Pałacem Prezydenckim, przyrównywano natomiast do wieców partyjnych Hitlera. Przypadek? W to raczej trudno uwierzyć, bo nadto charakterystyczny i wskazujący na potencjalne źródło inspiracji.
Czy nie z tego samego źródła można wywieść niedawny apel przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jana Dworaka, wzywający Radio Maryja do zaprzestania „łamania prawa poprzez emisję ukrytych reklam” oraz zarządzenie tygodniowego „monitoringu” toruńskiej rozgłośni?  Czy nie ten sam cel – walki z niezależnymi mediami - przyświecał kuriozalnemu oświadczeniu Rady Etyki Mediów, w związku z artykułami "Gazety Polskiej" i "Naszego Dziennika" na temat katastrofy w Smoleńsku, gdy całkowicie bezpodstawnie zostały uznane za „nierzetelne, szkodliwe i nawołujące do nienawiści”?
W czasie, gdy „obiektywni” dziennikarze zachłystywali się pomysłem PiS-u na powołanie zespołu parlamentarnego monitorującego Internet, bez żadnego komentarza przeszła informacja, że prezydent wraz z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji planują stały monitoring mediów. Uczynna KRRiT miałaby analizować materiały dziennikarzy, wskazywać, co "budzi wątpliwości", a co jest "właściwe". Pretekstem tych działań ma być (jakże by inaczej) „chęć przeciwdziałania agresji w polityce". Witold Graboś, członek KRRiT zaznaczył, że rozmowa z prezydentem dotyczyła m.in. badania "jakości materiałów informacyjnych i publicystycznych". - Mówiliśmy wręcz o potrzebie utworzenia centrum monitoringu prasy i mediów - stwierdził Graboś i podkreślił, że „KRRiT powinna obserwować, jak realizuje się dziennikarska rzetelność i obiektywizm".
Do dyscyplinowania mediów można użyć także służb specjalnych. Na początku września milicja i agenci FSB przeszukali redakcję niezależnego tygodnika "Nowoje Wriemia". Powodem akcji była lutowa publikacja pod tytułem "Niewolnicy OMON-u" . Grupa uzbrojonych osób, w tym kilku zamaskowanych, weszło do biura, aby przeprowadzić "działania śledcze". Wcześniej, do przeszukania redakcji "Nowoje Wriemia" doszło w kwietniu br.. Prokuratura wszczęła wówczas śledztwo przeciwko tygodnikowi, zarzucając mu "oczernianie milicji".
Czy z podobnym wykorzystaniem służb nie mieliśmy do czynienia w przypadku „Gazety Polskiej”, gdy po prowokacyjnym ataku Radia Zet na Janusza Kurtykę i Katarzynę Hejke prokuratura wszczęła postępowanie sprawdzające, czy prezes IPN przekazał nielegalne akta dziennikarce gazety? Do śledztwa włączyła się natychmiast ABW, a  wicepremier Grzegorz Schetyna grzmiał, iż sprawą powinno zająć się Kolegium IPN. Przez wiele miesięcy  redakcją „Gazety Polskiej” interesowali się prokuratorzy, policjanci, oficerowie ABW i służby skarbowe, a rozmowy dziennikarzy i zebrania kolegium redakcji były podsłuchiwane.
Jeśli obecny rząd III RP będzie chciał skorzystać z doświadczeń płk Putina znajdzie w  rosyjskim prawodawstwie gotowe i użyteczne narzędzia. Jeszcze do niedawna powodem do zamknięcia gazety, czasopisma, rozgłośni radiowej lub stacji telewizyjnej mogło być w Rosji tylko „propagowanie terroryzmu, ekstremizmu, pornografii albo przemocy”. Jednakże w kwietniu br. rosyjska Duma przyjęła w pierwszym czytaniu poprawkę do ustawy o środkach przekazu, dającą Kremlowi dodatkowy pretekst do zamykania niepokornych mediów. Poprawka autorstwa Roberta Szlegela z prokremlowskiej partii Jedna Rosja przewiduje, że media mogą utracić licencję z powodu „publikowania oszczerstw”. "Poprawka ma zwrócić uwagę na odpowiedzialność za rzucanie oszczerstw, którą ponosi redakcja i właściciel środka masowego przekazu, a nie tylko dziennikarz" – oświadczył Szlegiel, były rzecznik faszyzującego prokremlowskiego ugrupowania młodzieżowego „Nasi”.
Wykorzystanie takich pomysłów przez „naszych” rządzących lub przeforsowanie podobnych na fali propagandowej „walki z przemocą” wydaje się łatwym zadaniem. Przed dwoma tygodniami "Wall Street Journal Europe" informował, że „Kreml zamyka usta krytykom, ciągając ich po sądach i odcinając dostęp do telewizji, a media krytycznie nastawione do władz przejmują stronnicy premiera Władimira Putina”. Gazeta podkreślała, że  kontrola nad obiegiem informacji wyraźnie się uszczelniła w okresie poprzedzającym wybory do Dumy i wybory prezydenckie.
"Przywódcy Kremla i jego sojusznicy – pisała gazeta -  wypracowali brutalnie skuteczne metody niedopuszczania do tego, by ważne informacje docierały do opinii publicznej. Trzy główne kanały rosyjskiej telewizji: Kanał 1, Rossija oraz NTV regularnie konsultują się z Kremlem i pomijają tematy "politycznie niepożądane. Przed kamery nie dopuszcza się opozycjonistów, lecz jedynie ekspertów aprobowanych przez rząd [...] Wyrazem tej tendencji jest m.in. ciąganie po sądach Olega Orłowa z grupy Memoriał, któremu grozi kara trzech lat więzienia z oskarżenia o oszczerstwo.”
Z łatwością można dostrzec istotne podobieństwa z sytuacją w III RP: blokowanie niekorzystnych dla władzy informacji, stronniczy dobór ekspertów i rozmówców, liczne procesy sądowe wytaczane „Gazecie Polskiej” czy osobom ośmielającym się wyrazić  opinie na temat Adama Michnika.
To tylko niektóre przykłady świadczące w jakim kierunku zmierza „polska demokracja” i jakie wzorce naśladuje rząd Donalda Tuska. Dokonywane rękami partyjnych komisarzy czystki, likwidacja programów telewizyjnych, zwalnianie niewygodnych dziennikarzy i szefów rozgłośni dopełnia ten ponury obraz. Co prawda, w III RP nie morduje się obecnie dziennikarzy, ale casus Wojciecha Sumlińskiego i liczne przypadki przebitych opon, uszkodzonych samochodów, telefonów i maili z pogróżkami dowodzą, że i w tej dziedzinie możemy wkrótce osiągnąć „zbliżenie” z   putinowską Rosją.
Być może fakt, że tego rodzaju analogie nie wzbudzają reakcji głównych mediów i nie nakazują publicystom „bicia na alarm” należy tłumaczyć świadomością, że obecna władza gotowa jest sięgnąć po każdą metodę dyscyplinowania „niepokornych”. Jeśli to strach powstrzymuje dziennikarzy przed odważną oceną działań rządzących, trudno o mocniejszy dowód na istnienie rosyjskiego modelu.
W przededniu kolejnej wizyty ministra spraw zagranicznych Ławrowa, który ma pouczać rządzących jak skuteczniej prowadzić politykę „konia trojańskiego”, „jednać” się z reżimem  i wspierać mocarstwowe dążenia Rosji, warto zdobyć się na refleksję, że milczenie o zamordystycznych zapędach obecnej władzy, naśladującej kremlowskie wzorce jest aktem krótkowzrocznej głupoty i prowadzi nas wprost do poziomu „standardów” płk Putina.

piątek, 22 października 2010

O ZBRODNI USTAWICZNEJ

Wiemy, że ten mord zrodził się z nienawiści, z fundamentu „programu politycznego” którego celem jest likwidacja wszelkich form społecznego sprzeciwu i oznak politycznej opozycji. Wbrew tezom oficjalnej propagandy – nie stanowi zdarzenia incydentalnego, a w pełni logiczne i racjonalne urzeczywistnienie  celów grupy rządzącej Polską.
Bandyta, który 19 października przyszedł zabić Jarosława Kaczyńskiego nie był szaleńcem ani desperatem. Przyszedł, by wykonać to, do czego był nakłaniany i motywowany przez wiele miesięcy. Zabił, bo do zabójstw i przemocy został wezwany przez ludzi mieniących się politykami i dziennikarzami. Zabił, bo czuł przyzwolenie i akceptację dla zbrodni. Ale czy tylko ten przekaz uczynił go mordercą?
Choć dziś jeszcze niewiele wiemy o postaci Ryszarda C., to w oparciu o posiadane już informacje można zarysować obraz człowieka, którego motywacje do popełnienia zbrodni są bardziej złożone. Warto wydobyć kilka przesłanek.
Broń, którą posłużył się sprawca miała być pistoletem gazowym przerobionym na amunicję ostrą. Jeśli – jak twierdzą media, posiadał ją już w czasach PRL-u, można przypuszczać, że chodzi o człowieka związanego z komunistycznym aparatem władzy lub organami bezpieki. Nikt inny nie mógł wówczas posiadać broni. Sposób obchodzenia się z pistoletem oraz celność oddanych strzałów mogą dowodzić, że sprawca od dawna posiadał tę umiejętność lub nabył ją podczas pracy zawodowej. 62 –letni Ryszard C miał dwóch pasierbów, jak można przypuszczać synów kobiety z którą rozwiódł się przed rokiem. Obaj są policjantami, co z kolei mogłoby sugerować pewną tradycję rodzinną lub środowiskową. Warto też zwrócić uwagę, że w zgodnej opinii sąsiadów Ryszard C był człowiekiem „miłym i spokojnym”. Kojarzą go jako „uprzejmego, spokojnego, małomównego starszego pana, który nie rozprawiał o polityce, nie zdradzał też w sąsiedzkich rozmowach swoich poglądów”. Trzeba przypomnieć, że taka, dobrosąsiedzka postawa miała cechować milicjantów i esbeków w miejscu ich zamieszkania. Wewnętrzne instrukcje resortu spraw wewnętrznych wręcz nakazywały zachowania wzbudzające zaufanie i sympatię środowiska, w którym mieszkał pracownik oraz unikanie manifestacji postaw światopoglądowych.
Wiemy także, że na początku lipca br. zabójca sprzedał dom i wymeldował się z Częstochowy. Nie wiadomo natomiast, gdzie przebywał od tego czasu. Cztery ostatnie dni miał spędzić w trzygwiazdkowym, łódzkim hotelu Centrum.
Takie zachowanie cechuje zwykle sprawców, którzy długo i starannie planują popełnienie przestępstwa. Można więc odrzucić tezę o „szaleństwie” i działaniu w afekcie. Byłoby rzeczą niezmiernie ważną dowiedzieć się, gdzie przebywał Ryszard C przez kilka ostatnich miesięcy i z kim utrzymywał kontakty. Równie ważne byłoby ustalenie: co robił w Łodzi, z kim się spotykał i dlaczego przybył do miasta na cztery dni przed  zamachem na biuro poselskie PiS? Działanie sprawcy zdaje się wskazywać, że profesjonalnie przygotowywał się do zabójstwa, prowadził rozpoznanie terenu lub obserwację miejsca planowanego napadu.
Istotne jest również zachowanie mordercy w trakcie zamachu i tuż po zatrzymaniu. Sprawca nie ukrywał, że kierują nim pobudki polityczne. Przeciwnie, wręcz afiszował się ze swoją nienawiścią do PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego. Na filmie wykonanym podczas zatrzymania, zamieszczonym przez "Express Ilustrowany", słychać, jak zatrzymany mówi: "Chciałem zabić Kaczyńskiego, tylko za małą broń miałem"; "Jestem przeciwko PiS-owi i chciałem go zamordować". Takie zachowanie niekoniecznie musi świadczyć (jak chcą tego media) o niezrównoważeniu sprawcy. Spektakularne podkreślanie motywu zbrodni może być bowiem częścią  planu, polegającego na zastraszeniu środowiska politycznego PiS, a sam akt zabójstwa ma stanowić ostrzeżenie dla innych polityków tej partii. Wówczas podkreślanie przez sprawcę, że kierował się „motywami politycznymi” nabiera innego znaczenia i wpisuje się w całą kampanię skierowaną przeciwko opozycji.  Warto też odnotować, że taką kwalifikację czynu – jako mordu politycznego natychmiast podał Donald Tusk 
Wydaje się wątpliwe, byśmy mogli dogłębnie i rzetelnie poznać postać Ryszarda C, a tym bardziej autentyczne okoliczności towarzyszące tej zbrodni. Chodzi przecież o zabójstwo polityczne, a decydentami postępowania karnego pozostają ludzie i instytucje wspierające obecny układ lub od niego zależne. Jeśli nawet sprawca był związany z bezpieką PRL bądź służbami III RP, lub działał na czyjeś zlecenie – wiedza na ten temat nie zostaje ujawniona.  Dowiemy się zatem tylko tego, co wolno będzie odsłonić, a sprawa może zostać zamknięta na etapie orzeczenia niepoczytalności sprawcy.
Jedynym, znanym w Polsce precedensem takiej zbrodni jest oczywiście przypadek Eligiusza Niewiadomskiego i zamach na prezydenta Gabriela Narutowicza. Wówczas jednak wyjaśniono okoliczności zamachu, a oczekujący na wykonanie wyroku Niewiadomski napisał nawet „Kartki z więzienia” – zbiór przemyśleń dotyczących polityki. Dowodem rzetelnego procesu może być wydana w roku 1923 książka Stanisława Kijeńskiego „Proces Eligjusza Niewiadomskiego o zamach na życie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabryela Narutowicza” zawierająca m.in. wszystkie stenogramy sądowe.
Ponieważ służby III RP nie rozwiązały tajemnic najważniejszych zbrodni ostatniego 20-lecia, można się spodziewać, że sprawa zamachu na siedzibę PiS podzieli los sprawy Faltzmanna, Pańki, Papały,  Olewnika i wielu innych, niewyjaśnionych do końca zdarzeń.  Zasadny więc jest wniosek Antoniego Macierewicza o powołanie  sejmowej  komisji śledczej, która miałaby zająć się sprawą mordu w biurze poselskim. Chodzi przecież nie tylko o wyjaśnienie wszelkich okoliczności tego czynu, ale przede wszystkim o poznanie rzeczywistych motywacji zamachowca.
Wbrew pobieżnej refleksji, lepiej dla nas byłoby, gdyby Ryszard C okazał się byłym esbekiem wykonującym zlecone mu zadanie, niż przeciętnym i okazjonalnym zabójcą, kierującym się medialną propagandą nienawiści. W tym pierwszym przypadku mielibyśmy jasność, że czyn sprawcy był jednostkowym aktem prowokacji i wynikał z celowej gry operacyjnej lub czyjś planów politycznych. 
Powinniśmy mieć świadomość, że destrukcyjnego „programu nienawiści” nie zatrzymają już żadne zdarzenia polityczne, wypowiedzi, apele, ani narzędzia prawne. To, co nazywamy spiralą nienawiści będzie się nakręcało jeszcze szybciej, bo ludzie stojący za tym mechanizmem są dziś bliżsi osiągnięcia celów i nie muszą ukrywać się za parawanem obłudy. Reakcje polityków czy wypowiedzi funkcyjnych mediów po tragedii z 19 października potwierdzają, że nie będzie żadnej zmiany w życiu publicznym III RP, a dokonana zbrodnia zostanie wykorzystana do eskalacji ataków na Jarosława Kaczyńskiego i opozycję.
Gdyby zatem Ryszard C okazał się jedynie ofiarą- odbiorcą kampanii nienawiści, produktem politycznego systemu kłamstw i oszczerstw, kimś, kto uwierzył w zło PiS-u i dokonał mordu zachęcony głosem podżegaczy i medialnych klakierów – oznaczałoby to, że na ulicach polskich miast chodzą dziś tysiące potencjalnych zabójców, z których każdy może ulec podobnej indoktrynacji,  a kolejny zamach w oparciu o te same motywy będzie jedynie kwestią czasu.

Artykuł opublikowany w Gazecie Warszawskiej  
(ze względu na cykl wydawniczy „Gazety Warszawskiej” tekst powstał we wtorek, nie uwzględnia zatem najnowszych informacji na temat Ryszarda C.)

czwartek, 21 października 2010

PAŃSTWO NAD PUSTĄ RURĄ

"Nie będziemy się napinali i wysilali, żeby zmieniać terminy, skoro nie ma w kraju zapotrzebowania na dłuższe rozwiązania" - oznajmił wicepremier Pawlak podczas niedawnej  konferencji prasowej poświęconej umowie gazowej z Rosją. Ta interesująca refleksja dopadła Pawlaka po blisko dwuletnim okresie negocjowania umowy, której jeden z warunków przewidywał  przedłużenie tranzytu rosyjskiego gazu przez terytorium Polski do 2045 r.  Tak długi okres miał nam zapewnić błogi spokój i bezpieczeństwo dostaw gwarantowane przez płk Putina. 
Obecnie usłyszeliśmy od Pawlaka argument, iż przedłużenie tranzytu zabezpieczyłoby ciągłość pracy gazociągu jamalskiego, a bez tego tranzyt ten może zostać przejęty przez gazociąg Nord Stream, biegnący z Rosji do Niemiec po dnie Bałtyku. To odkrywcza informacja, bo przez cały okres negocjacji nie słyszeliśmy od ludzi z grupy rządzącej, by takie zagrożenie było w ogóle brane pod uwagę. 
Przeciwnie. Główny polski negocjator nie widział żadnego związku między budową Nord Stream, a kontraktem gazowym. W maju 2009 roku Waldemar Pawlak w wywiadzie „Rosjanie są mistrzami gry na krawędzi” stwierdził: „Uważam, że budowa Nord Streamu może się okazać katastrofalną inwestycją dla Gazpromu i dla Rosjan. Ale nie wiążę tej inwestycji z negocjacjami z Polską. Po ostatnim konflikcie z Ukrainą Gazprom i Rosja nie mają tak komfortowej sytuacji, by pozwolić sobie na brak porozumienia z Polską.”
Ciekawe, czy po blisko dwuletniej „grze na krawędzi” Pawlak jest nadal przekonany, że Rosja nie może sobie pozwolić na traktowanie Polski jak klienta drugiej kategorii? Ciekawe również, jak z perspektywy tej wypowiedzi oceniać zapewnienia o dobrych relacjach z Moskwą i stek podobnych, propagandowych bzdur. Wszak Pawlak sam przyznał, że Rosja może nas wystawić do wiatru budując swój najważniejszy projekt Nord Stream, a nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, by umowa gazowa z Polską miała powstrzymać Putina przed realizacją długofalowej strategii .
Przed niedzielną turą rozmów z Rosjanami Pawlak poinformował, że resort gospodarki deklaruje gotowość rozmów z Moskwą o skróceniu nowego kontraktu na dostawy gazu do Polski z 2035 roku do 2022 r. Okazuje się też, że rząd Tuska za swój największy sukces negocjacyjny uważał rosyjską gwarancję tranzytu do 2045 roku i obawia się, że obecnie Rosjanie mogą zażądać skrócenia umowy tranzytowej. W opinii rządu byłoby to rozwiązanie niekorzystne dla Polski, i co podkreśla się bardzo wyraźnie - wymuszone żądaniami opozycji.
Prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, Michał Szubski przekonywał, że  „utrzymanie jak najdłuższego okresu trwania umowy tranzytowej to nasz priorytet. Jeśli to się nie uda, stracimy wpływy z opłat tranzytowych i podatków płaconych przez EuRoPol Gaz, spółkę zarządzającą polskim odcinkiem gazociągu, bez pracy zostanie też ponad 300 osób”. Maciej Kaliski dyrektor departamentu ropy i gazu Ministerstwa Gospodarki do tego „ogromu strat” dodaje: „Może okazać się, że za 20 lat rurociąg jamalski, dziś główne źródło zaopatrzenia Polski w gaz, będzie pusty”.
Obawy „polskich przyjaciół” już następnego dnia rozwiał dyrektor Instytutu Energetyki Narodowej w Moskwie profesor Siergiej Prawosudow. Nawiązując bezpośrednio do wypowiedzi Macieja Kaliskiego  Prawosudow stwierdza: „Maciej Kaliski [...] z jednej strony, wyraża przekonanie, że długi okres, jaki obejmuje transakcja, jest korzystny dla strony polskiej. Jednakże wyraża on obawy, że za 20 lat Rosja może zrezygnować nagle z dostaw gazu przez Polskę przez nitkę „Jamał-Europa” i zastosuje do tych celów "Nord Stream". W tej sytuacji Polacy będą musieli kupować rosyjski gaz od Niemiec.”
Profesor  Instytutu Energetyki Narodowej uspokaja zatem: „taki termin jest zbyt daleki, aby wyciągać dokładne wnioski czy po prostu wyrażać założenia. Chodzi o to, że "Nord Stream" jest budowany do celów jak najbardziej przejrzystych: chodzi o zwiększenie dostaw gazu rosyjskiego do Europy Zachodniej, gdzie własne zasoby paliwowe są bliskie wyczerpania. Natomiast na Półwyspie Jamał na północy Syberii znaleziono olbrzymie zasoby gazu ziemnego, starczy ich na sto lat, a może nawet więcej. Po co więc Rosja miałaby rezygnować z wykorzystania tak wielkiego gazociągu, jak „Jamał-Europa”? Nie ma w tym żadnego sensu.”
Te uspakajające wyjaśnienia są tyle samo warte, ile argumenty wicepremiera Pawlaka i lamenty tzw. polskich negocjatorów. Skąd nagle pojawiły się tego rodzaju odkrywcze refleksje i czym tłumaczyć „przebudzenie” wicepremiera?
Choć nie wiemy, kto podpowiedział Pawlakowi, że Rosja rozgrywa nasz kraj w ramach wieloletniej strategii podporządkowania Europy, trudno przecież przypuszczać, by on sam i rząd Donalda Tuska nie znali istotnych faktów dotyczących możliwości eksploatacji rurociągu jamalskiego i planów Gazpromu.
Rosyjski koncern, od dnia, gdy Amerykanie zwiększyli wydobycie własnego gazu ze złóż łupkowych i pokazali Rosjanom, że mogą się pożegnać z planami gazowego podboju Ameryki cierpi na wyraźny „syndrom łupkowy”, którego objawy wyraźnie zdradzał  szef Gazpromu Aleksiej Miller podczas czerwcowego wystąpienia w Cannes, gdzie Gazprom zorganizował konferencję menedżerów europejskich firm gazowych. Próbując rozprawiać się z „mitem” złóż łupkowych Miller przeprowadził wówczas klasyczną kampanię czarnego PR, malując apokaliptyczne wizje skutków eksploatacji złóż: zdewastowane krajobrazy, zatrute wodopoje, wstrząsy ziemi przy tworzeniu szczelin w skałach łupkowych. Część tej argumentacji słyszeliśmy kilka dni później z ust Bronisława Komorowskiego, podczas spotkania wyborczego w Londynie.
Nie trzeba przekonywać, że sposób w jaki grupa rządząca traktuje polski potencjał w zakresie pozyskiwania własnego gazu ze złóż łupkowych świadczy o przyjęciu rosyjskiego punktu widzenia.  Sam Gazprom ma się czego obawiać i lęk przed gazem łupkowym to zaledwie część rosyjskich problemów.
Jeszcze dwa lata temu koncern był, (według agencji Bloomberg) trzecią pod względem wielkości kapitału spółką świata, zaraz po PetroChina i ExxonMobil. Dzisiaj, nie wiadomo czy mieści się w pierwszej setce. Dług Gazpromu już przed rokiem wynosił ponad 50 mld dolarów. Zadłużona jest też Rosja – długi znacznie dziś przewyższają rezerwy zaoszczędzone przez Kreml w okresie prosperity. Tymczasem zasoby gazu się kończą, a Gazprom z braku środków nie może sobie poradzić z eksploatacją nowych. Zwiększeniu ulegają też koszty wydobycia gazu i ropy. O ile w Arabii Saudyjskiej koszt wydobycia baryłki ropy wynosi kilka dolarów, o tyle w Rosji już ponad 30 dolarów. Ratunkiem dla Gazpromu mogłyby okazać się nowe inwestycje i eksploatacja nowych złóż. Na to jednak Rosjan nie stać.
Dowodem tego stanu rzeczy była majowa decyzja o rezygnacji z inwestowania w złoża Sztokman na Morzu Berentsa, z których gaz miał zasilić rurociąg Nord Stream. Początkowo ich eksploatacja miała ruszyć w 2013 roku, obecnie mówi się już o roku 2016, ale i ten termin nie jest pewny. Rosjanie nie mogą sobie pozwolić na inwestowanie w złoża Sztokman z powodu wysokich kosztów – są one szacowane na 25 mld dol. Tyle potrzeba m.in. na budowę gazociągów – lądowego, który miałby prowadzić z Teriberki koło Murmańska do Sankt Petersburga (około 1500 km), i morskiego (560 km). Wielomiliardowe inwestycje musiałyby zostać uwzględnione w cenie gazu, który stałby się dla europejskich odbiorców mało atrakcyjny.
Analitycy są przekonani, że faktyczne uruchomienie produkcji (o ile w ogóle do tego dojdzie) może nastąpić najwcześniej po roku 2020. To decyzja niezwykle ważna, również dla Polski. Oznacza bowiem, że rurociągiem Nord Stream popłynie gaz z Jamału, a przez najbliższe kilkanaście lat Gazprom nie będzie miał nowych,  alternatywnych złóż.
Ponieważ to Nord Stream jest dziś dla Rosji priorytetowym projektem politycznym, wydaje się więcej niż pewne, że ograniczeniu ulegną dostawy gazociągiem jamalskim, to zaś oznacza zmniejszenie lub zablokowanie dostaw do Polski.
Z tego punktu widzenia niezwykle ważna była informacja przekazana w czerwcu 2007 roku przez sekretarza rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Igora Iwanowa, iż rezerwy obecnych złóż surowców energetycznych o wysokiej wydajności są w Rosji wyczerpane w 50 procentach., a "połowa pozostałych oraz nowe złoża są trudno dostępne, toteż ich eksploatacja byłaby bardzo kosztowna i wymagałaby zastosowania nowoczesnych technologii”. Na takie technologie Rosji nie stać.  Iwanow podkreślił wówczas, że jeśli nie rozpocznie się eksploatacji nowych złóż, rosyjskie zasoby zostaną wyczerpane w 90 proc. już do 2030 roku.
Fakt, że rosyjski profesor Siergiej Prawosudow kłamie na temat przyszłości Jamału jest całkowicie naturalny. To jednak, że w tej kwestii wprowadza nas w błąd również wicepremier Pawlak naturalne już nie jest i powinno zostać gruntownie wyjaśnione. Podobnie, jak wyjaśnione powinny zostać okoliczności towarzyszące negocjacjom kontraktu i przyczyny zmiany stanowiska strony polskiej.
W świetle tego, co wiemy o przyszłości rosyjskich złóż i perspektywach rozwoju Gazpromu - jak wytłumaczyć, że grupa rządząca dążyła do zawarcia umowy na dostawy gazu do roku 2035, a umowę tranzytową chciała przedłużyć aż po rok 2045 – każąc społeczeństwu upatrywać w tych terminach „niebywały sukces negocjacyjny”?  Na podstawie jakich przesłanek Pawlak i inni wmawiają Polakom, jakoby umowa tranzytowa do 2045 roku miała stanowić dostateczną gwarancję, że rurociągiem jamalskim będzie nadal płynął gaz? Co z zapisów tej umowy miałoby skłonić Gazprom do rezygnacji z priorytetów politycznych i wyłożenia ogromnych środków na eksploatację nowych złóż, tak, by zapełnić rurę z  Jamału  na okres 35 lat? 
Przez blisko dwa lata rząd Donalda Tuska przy wsparciu tzw. ekspertów przekonywał nas, że warunki umowy z Rosją są dla Polski idealne i dają nam gwarancję bezpieczeństwa energetycznego. Gdy w sprawę włączyła się Komisja Europejska, a Polska po raz kolejny stała się bezwolnym przedmiotem rozgrywek obcych rządów i wielkich koncernów - próbuje nam się wmawiać, że na skutek przewlekania negocjacji kontraktu, (w czym dużą winę ma ponosić opozycja) Rosja narzuci nam skrócenie umowy na dostawy gazu i ograniczy tranzyt paliwa przez Polskę. Po dwóch latach ulegania dyktatowi płk Putina i rezygnacji z polityki dywersyfikacji odwrót od szkodliwej koncepcji długoterminowej umowy przedstawia się jako czynnik negatywny, wymuszony reakcjami opozycji i państw UE. To coś więcej, niż tylko chwyt propagandowy.
Jak w tej sytuacji obecny rząd chce zapewnić Polsce bezpieczeństwo energetyczne, jeśli świadomie zrezygnował z protestu w sprawie odcinka Nord Stream blokującego dostęp do portu w Świnoujściu i zlikwidował wszystkie projekty służące dywersyfikacji dostaw?
Podczas ubiegłotygodniowej konferencji wicepremier Pawlak tłumacząc skrócenie okresu obowiązywania umowy tranzytowej stwierdził wprost: "Zagrały tutaj różne interesy niemieckie i amerykańskie i w konsekwencji ta sprawa została odłożona na bok". Trudno byłoby znaleźć wypowiedź , która dobitniej świadczy o słabości, nieudolności i serwilizmie grupy rządzącej. Oznacza ona, że obecny rząd nie pragnie nawet naturalnej rywalizacji kapitałów rosyjskiego, niemieckiego czy amerykańskiego na polskim rynku i nie dostrzega w ogóle możliwości wpływu na kształt umowy i nasze bezpieczeństwo energetyczne. Tylko ta jedna wypowiedź jest wyrazem kompromitującej bierności, rezygnacji z narzędzi państwa suwerennego i poddania się obcemu dyktatowi.
Charakterystyczne w tej sprawie jest zachowanie Rosji, która największy nacisk kładzie właśnie na utrzymanie władzy nad polskim odcinkiem rurociągu jamalskiego. Temu samemu celowi służyły wytyczne płk Putina, udzielone rządowi Tuska we wrześniu 2009 roku. Rosyjskie "Wiedomosti" podają, że Rosja nadal upiera się przy tym, że polski Gaz-System powinien być tylko technicznym operatorem gazociągu jamalskiego i odmawia mu prawa do samodzielnych decyzji. "Liczymy na to, że podczas zbliżających się negocjacji właśnie ten wariant będzie omawiany jako podstawowy" - stwierdza Ministerstwo Energetyki Rosji.
Czy może być bardziej czytelny sygnał, że Rosja traktuje umowę jako element politycznego i gospodarczego uzależnienia Polski? Widać również wyraźnie, że istotą kontraktu nie jest zapewnienie bezpieczeństwa dostaw gazu (to można osiągnąć w kilka innych sposobów) a utrwalenie wpływów Rosji i zapewnienie jej eksterytorialnego instrumentu władzy. Na takie rozwiązania zgodziła się grupa rządząca, inicjując m.in. zmiany struktury właścicielskiej w spółce zarządzającej polskim odcinkiem gazociągu.
Wobec realnych możliwości Gazpromu i celów Nord Stream wiadomo przecież, że nie istnieją gwarancje na przesył gazu rurociągiem jamalskim do 2045 roku, a nawet rok 2022 wydaje się mocno wątpliwy. Jeśli zatem Rosja upiera się przy swoich żądaniach i nie chce dopuścić niezależnego operatora, będzie mieć w ręku mocne narzędzie nacisku, gwarantujące jej obecność na terytorium III RP i wpływ na decyzje przyszłych rządów w zakresie polityki energetycznej. Poprzez uzależnienie polskiej infrastruktury od gazociągu jamalskiego Rosja zapewni sobie bezwzględny monopol, przy jednoczesnym zachowaniu szkodliwej dla nas zasady, iż to samo przedsiębiorstwo jest właścicielem sieci i zajmuje się obrotem gazem. Jeśli do tej perspektywy dodać ograniczenie rozwoju gazoportu w Świnoujściu przez leżącą zbyt płytko rurę Nord Stream, łatwo sobie wyobrazić, że Polska zostanie skazana na długoletni dyktat Moskwy i Berlina. Dyktat tym groźniejszy, jeśli już dziś wiadomo, że rura jamalska może być pusta.


Artykuł opublikowany w nr.42/2010 Gazety Polskiej

środa, 20 października 2010

19 PAŻDZIERNIKA

Przed 26 laty, oprawcy z SB porwali i po kilku dniach torturowania bestialsko zamordowali księdza Jerzego.
Przed kilkoma godzinami, bandyta zamordował  Marka Rosiaka – asystenta posła PiS i ciężko ranił Pawła Kowalskiego, szefa biura poselskiego.
19 października powraca w polską historię, jako data naznaczona tym samym piętnem.
Te morderstwa zrodziła nienawiść. Nienawiść do ludzi i wyznawanych przez nich wartości, do wiary  przekraczającej miarę nędznych postaci. Ona kazała porwać, torturować i zabić księdza. Ona kierowała bandytą strzelającym do bezbronnych ludzi. Za jej przyczyną zginął polski Prezydent i dziesiątki towarzyszących mu osób.
Ta sama – tchórzliwa, zdradziecka nienawiść.
Jedyna broń kanalii.
Jak wówczas, tak i dziś zbrodnię poprzedziła kampania, w której nie cofnięto się przed żadną podłością, nie zrezygnowano z żadnych środków - byle wykazać fałszywy obraz człowieka, partii, środowisk. Wiemy, kto i dlaczego odpowiada za tę kampanię – sprzed 26 i sprzed kilku lat. Ci którzy ją rozpętali i nadal prowadzą, chcieli tych śmierci.
Cokolwiek nie powiedzą - chcieli śmierci księdza Jerzego, śmierci zabitych w Smoleńsku, śmierci dzisiejszej ofiary. Czy zwą się esbekami, politykami czy dziennikarzami – świadomie wybrali nienawiść, jako drogę prowadzącą donikąd.
Nie łudźmy się, że dzisiejsze wydarzenia zmienią cokolwiek w polskim krajobrazie. Przeciwnie -
spirala nienawiści będzie się nakręcała jeszcze szybciej, bo ludzie napędzający ten mechanizm są dziś coraz bliżsi osiągnięcia celów i nie muszą już ukrywać się za parawanem politycznych patronów. To, co wydarzyło się 19 października stanowi zaledwie zapowiedź, nie kulminację wojny.  Będą kolejne ofiary, akty nienawiści i zemsty.
Pora zrozumieć, że odrzucenie agresji przez środowisko Platformy lub rezygnacja z języka nienawiści, nie jest i nigdy nie będzie możliwe. Musiałoby doprowadzić do jej unicestwienia, do rzeczywistej samolikwidacji, poprzez pozbawienie jedynego, stałego fundamentu, na którym opiera się bytowanie tej grupy.
Przed pięcioma miesiącami, w tekście „ŚWIĘTY JERZY ZE SMOLEŃSKA” napisałem słowa, które dziś chciałbym przypomnieć:
26 lat po tamtej zbrodni czuję coraz mocniej, jak dzisiejsze doświadczenie tragedii smoleńskiej stanowi kontynuację tamtego kłamstwa i tamtej wizji świata, skazującej na śmierć księdza Jerzego. Jak wówczas, tak i dziś nienawiść wyznaczyła drogę - do tamy we Włocławku i do smoleńskiej pułapki.
Analogie sięgają jeszcze głębiej, gdy dostrzegamy metodę, jaką zakłamuje się rzeczywistość. Ta sama zbrodnicza dialektyka nakazywała widzieć w kapłanie „politykiera” współwinnego swojej śmierci, jak w ofiarach smoleńskiej tragedii nakazuje postrzegać szaleńców gotowych do aktu samobójstwa. W tej samej retoryce były kłamstwa o „motywach politycznych” stojących za męczeństwem księdza Jerzego, jak dzisiejsze oskarżenia o „rusofobię”, „upór” i „obsesyjną nieufność”, mające zdeterminować przebieg katastrofy. [...]
Przed 26 laty głosem tchórzów i zdrajców obwieszczono Polakom „konieczność szukania porozumienia” z mordercami księdza, podmieniając katów na rzeczników ofiar. Tym samy głosem mówi się dziś o „pojednaniu” z putinowską Rosją i każe wyrażać wdzięczność odwiecznym ciemiężycielom. To decyzją samozwańczych „reprezentantów narodu” i szemranych „autorytetów” zarządzono „historyczny kompromis”, mordując przedtem ludzi nazbyt nieugiętych, których głos mógł zmącić plany garstki miernot. Dziś, gdy zginęli najlepsi reprezentanci narodu, te same postaci gardłują o „pojednaniu” głosząc, że „kość niezgody w relacjach Warszawy i Moskwy zostanie pochowana razem z prezydentem Kaczyńskim”.
Identycznie, – jak przed 26 laty buduje się koncepcję kłamstwa o przyczynach tragicznych zdarzeń; zaciera ślady, nęka niepokornych, zamyka usta świadkom prawdy. Na tej samej zasadzie utrwala się fałszywe wyobrażenia, i mocą medialnego przekazu wznosi konstrukcję cynicznej obłudy. Jak wówczas, tak dziś, za cenę marnych przywilejów i doraźnych korzyści, ci sami ludzie i ich środowiska stają się zakładnikami zbrodni.
Powstały na jej fundamencie układ,  ma na zawsze zamknąć drogę do wyjaśnienia prawdy, stając się „kamieniem węgielnym”, na którym powstanie nowe przymierze katów i ofiar.
Zawsze uważałem, że III RP, która zaczęła się nad grobem księdza Jerzego skończy się wówczas, gdy tajemnica śmierci kapłana zostanie ujawniona. To ona stanowiła gwarancję bezkarności komunistycznych oprawców, z niej uczyniono depozyt wiedzy, łączący ludzi bezpieki, Kościoła i opozycji. W państwie przez nich stworzonym, śmierć Kapłana miała stać się użytecznym, niewyjaśnionym „mitem”, dławiącym dążenia narodu pod fałszywym nakazem „pojednania”.
Z tej perspektywy mogłoby się wydawać, że tragedia smoleńska przygniecie nas podwójnym ciężarem zbrodni, spod której już nigdy nie zdołamy powstać. Groza tego zdarzenia, jego wymiar moralny, polityczny i historyczny, miały raz na zawsze zniszczyć marzenia o wolności, przeciąć ostatnią nić narodowych więzi.
Dziś wiem, że zamysły sprawców nie mogą się ziścić. Te sprzed 26 laty i te sprzed kilku tygodni. Wiem, bo ksiądz Jerzy pozostawił nam przedziwne i trudne przesłanie.
Tak trudne, że niezrozumiałe, aż do dnia wielkiej tragedii.
Podczas Mszy Świętej za Ojczyznę, 27 maja 1984 roku wygłosił kazanie, którego treść doprowadziła do wściekłości władców PRL-u. Powiedział wówczas:
W dużej mierze sami jesteśmy winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu albo dla wygodnictwa akceptujemy zło, a nawet głosujemy na mechanizm jego działania. Jeżeli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo my sami stajemy się jego twórcami i pomagamy je zalegalizować”.
Trudno o mocniejszy akt oskarżenia.
Za Polskę 2010, za zło, które na chwilę zatryumfowało w Smoleńsku. Jednak prawdziwa świętość nigdy nie przygniata świadomością winy, nie dając również daru nadziei. 10 kwietnia przypomniałem te słowa Kapłana z Żoliborza:
Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Chrystus wielokrotnie przypominał swoim uczniom: "Nie bójcie się. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a nic więcej uczynić nie mogą”.
Jestem przekonany, że to, iż Polacy nie ulegli grozie smoleńskiej pułapki, nie zerwali kruchej wspólnoty narodu, zawdzięczamy księdzu Jerzemu. Wbrew zamysłom zła –  gdy miał zginąć naród, Bóg sprawił, że naród się narodził.
Mógł się narodzić i odnaleźć, bo towarzyszyła nam ostatnia modlitwa księdza Jerzego. Ta, z 19 października 1984 r. wypowiedziana w ostatniej homilii w kościele p.w. Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy, zakończona słowami:
-         Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.

Nie wiem, ilu z nas potrafiłoby powtórzyć takie słowa. Wymagają świętości, która nie jest kategorią polityczną i siły wykraczającej poza doczesność. Wiem natomiast, że nie wolno dziś poprzestać na intelektualnej refleksji i werbalnym sprzeciwie wobec nienawiści.
Przesłanie księdza Jerzego nie wiedzie ku zgodzie kata i ofiary, nie ma nic wspólnego z relatywizacją zła. Wolność od lęku i zastraszenia wymaga konsekwentnych i realnych działań, a brak żądzy odwetu nie oznacza ślepoty i zapomnienia win. Prezydent Lech Kaczyński w swoim nie wygłoszonym przemówieniu katyńskim miał powiedzieć: „Nie da się budować trwałych relacji na kłamstwie. Kłamstwo dzieli ludzi i narody. Przynosi nienawiść i złość. Dlatego potrzeba nam prawdy. Racje nie są rozłożone równo, rację mają Ci, którzy walczą o wolność. My, chrześcijanie wiemy o tym dobrze: prawda, nawet najboleśniejsza, wyzwala. Łączy. Przynosi sprawiedliwość. Pokazuje drogę do pojednania.”
Nie wolno tych, którzy szerzą nienawiść, jak i tych, którzy ze strachu bądź wyrachowania nie odważyli się ich potępić, nazywać politykami i dziennikarzami.
Zasługują na pogardę i są tak samo winni hańby 19 października, jak ci, którzy nawoływali do „dożynania watah”.
Każdy, kto nie zrozumiał logiki tragedii smoleńskiej, kto niczego nie pojął z retoryki ostatnich miesięcy i nadal bredzi o  „winie dwóch stron” lub z talentem hipokryty dzieli nieistniejącą odpowiedzialność – stoi po stronie łódzkiego bandyty, mordującego w imię nienawiści.
Taka postawa nie ma nic wspólnego z „wyborem politycznym”. Jest hańbiącym niewolnictwem, przyjętym w imię nieludzkiej „poprawności” nakazującej nie odróżniać dobra od zła.
Nawet dziś, ci ludzie mają czelność pouczać nas o prawie do przeżywania tajemnicy śmierci i głoszą swoje pokrętne, sofistyczne oceny.
Konieczny będzie nasz sprzeciw i gniew, których nie potrafiliśmy okazać, gdy żył nasz Prezydent, gdy wokół mieliśmy ludzi na miarę wolnej Polski. Nie okazaliśmy go wcześniej, gdy Książę Poetów wykrzyczał nam, że „naród dostał w pysk, napluto na niego, na wszystkie jego marzenia”.
Milczeliśmy tak długo, aż wina za smoleńską tragedię naznaczyła nas wszystkich, dających przyzwolenie na zatarcie granic dobra i zła. 
Czy będziemy milczeć nadal?

wtorek, 19 października 2010

MATRIOSZKA BEZPIECZEŃSTWA

Od kilku dni rosyjskie media ekscytują się spotkaniem prezydentów Miedwiediewa i Sarkozego oraz kanclerz Merkel w normandzkim miasteczku Doville. Oficjalny komunikat rosyjskiego MSZ głosi, że ma dojść do „zgłębionej wymiany zdań na temat dróg rozwoju partnerstwa w kształtowaniu ogólnoeuropejskiej przestrzeni bezpieczeństwa i współpracy”. Poinformowano także, że prezydent Sarkozy zamierza przedstawić inicjatywę o wymownej nazwie „matrioszka bezpieczeństwa”.
Pomysł Sarkozy’ego jest w istocie odpowiedzią na inicjatywę Miedwiediewa z roku 2008, w której prezydent Rosji przedstawił koncepcję  „uzupełnienia istniejących struktur bezpieczeństwa w Europie”. 8 października 2008 roku na konferencji w Evian Miedwiediew sprecyzował swoją ideę, przedstawiając pięć zasad, na których nowy system miałby się opierać.
Dwa pierwsze punkty dotyczą: potwierdzenia podstawowych zasad bezpieczeństwa i stosunków międzypaństwowych (poszanowanie integralności terytorialnej, suwerenności i politycznej niezależności) oraz potwierdzenia niedopuszczania użycia siły oraz groźby jej użycia. Istotę rosyjskiej propozycji stanowi trzeci punkt, zawierający zasadę równego bezpieczeństwa. Miałaby ona bazować na trzech "nie": nie dla zapewniania swojego bezpieczeństwa kosztem bezpieczeństwa innych; nie dla działań (podejmowanych w ramach jakichkolwiek sojuszy wojskowych czy koalicji) osłabiających jedność wspólnej przestrzeni bezpieczeństwa; nie dla rozwoju sojuszy wojskowych, który działałby na niekorzyść bezpieczeństwa innych uczestników traktatu. Czwarty punkt planu obejmuje potwierdzenie, że żadne z państw czy organizacji międzynarodowych nie ma wyłącznych praw na podtrzymanie pokoju i stabilności w Europie. Ostatni, piąty punkt odnosi się do kwestii kontroli zbrojeń.
Kluczowe w  tym planie pozostaje żądanie równego bezpieczeństwa dla wszystkich, co w rosyjskiej koncepcji sprowadzono praktycznie do postulatu ubezwłasnowolnienia państw europejskich. Takie kryterium oznaczałoby konieczność negocjowania z Rosją wszelkich, istotnych dla bezpieczeństwa działań, jak np. rozmieszczenie tarczy przeciwrakietowej czy rozszerzanie Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Krótkoterminowe cele Rosji związane z propozycją zawarcia nowego traktatu  sprowadzają się do trwałego zablokowania procesu rozszerzenia NATO na obszar WNP. Długoterminowe - obejmują rozluźnienie więzi transatlantyckich i osłabienie politycznych wpływów USA w Europie. Ten ostatni cel wydaje się najważniejszy i o tyle prosty, że Putin doskonale rozgrywa amerykańsko – rosyjski „reset” wykorzystując słabość obecnej administracji amerykańskiej. Przeszkodą w planach Rosji mogą jednak okazać się listopadowe wybory do Senatu USA, w których zdecydowaną przewagę  (jak wskazują sondaże) uzyskają Republikanie. Rosja nie ukrywa irytacji na myśl o tym, że Senat może odrzucić nowy układ START, przewidujący zmniejszenie arsenałów jądrowych Stanów Zjednoczonych i Rosji o 30 proc. Szef komisji spraw międzynarodowych Dumy Państwowej Konstantin Kosaczow wyraził wprost niezadowolenie ze skutków amerykańskich wyborów:  "Wielu będzie w zasadzie przeciwnych porozumiewaniu się z Rosją w jakiejkolwiek sprawie. W takim przypadku będziemy musieli zaczynać od początku. To najgorszy scenariusz. Absolutnie straszny. Na razie nie chcę w niego wierzyć" - biadał rosyjski deputowany.
Propozycja Miedwiediewa z 2008 roku została chłodno przyjęta przez wielu członków UE i NATO, obawiających się, że Rosja chce uzyskać prawo do współdecydowania o bezpieczeństwie państw zachodnich i dąży do osłabienia sojuszu. Zdecydowanym przeciwnikiem tej koncepcji był również Prezydent Lech Kaczyński, a sprzeciw Polski mógł skutecznie pokrzyżować plany moskiewskich strategów. Trudno zatem przypuszczać, by obserwowane obecnie przyspieszenie nie miało związku z tragedią z 10 kwietnia i istotnymi zmianami w polskiej polityce zagranicznej.
W tekście „Koń trojański Rosji” przypomniałem, że cytowany powyżej Konstantin Kosaczow, 4 lipca br. stwierdził:
Polacy dokonali wyboru między orientacją na unijne struktury integracyjne a kierunkiem na maksymalnie ścisły sojusz z USA". I dodał: „Poprzedni prezydent, zmarły Lech Kaczyński, był zwolennikiem drugiego modelu, gdy Komorowski jest zdecydowanym stronnikiem integracji europejskiej i poszukiwania kompromisów z partnerami, a nie konfrontacji Polski z tymi partnerami”.
Najwyraźniej zatem w procesie zbliżenia Polski i UE Rosja nie dostrzega zagrożeń dla swoich interesów, a przeciwnie – reżim Putina jest zainteresowany jak najściślejszym współdziałaniem Warszawy i Brukseli, upatrując w nim możliwość realizacji swojej koncepcji bezpieczeństwa europejskiego. Stanowi to ważną wskazówką, w jakim kierunku Rosja pragnie wykorzystać swoje wpływy na „partię rosyjską” w Polsce.  Jeśli do tego obrazu dodamy doskonałe notowania partii Tuska w Niemczech i coraz ściślejsze relacje Moskwy i Berlina, można pokusić się o twierdzenie, że rola grupy rządzącej Polską ma polegać na reprezentowaniu interesów rosyjskich w strukturach unijnych, przy współdziałaniu z drugim rzecznikiem – Niemcami.
W takiej perspektywie szczególnego znaczenia nabiera „euroentuzjazm” Bronisława K. i jego pragnienie, by w Unii Europejskiej „zakopać Polskę aż po sam czubek głowy, zakopać razem z tym czakiem ułańskim, razem z czapką krakuską”. Skoro „zakopanie” nie zagraża przyjaźni polsko-rosyjskiej, a nawet może okazać się czynnikiem cementującym tę przyjaźń, głoszenie poglądów prointegracyjnych należy do obowiązków członków „partii rosyjskiej”. Tuż po 4 lipca dziennik "Izwiestia" pisał, że "liberał Komorowski ma image elastycznego i pragmatycznego polityka", a prof. Irina Kobryńska z Rosyjskiej Akademii Nauk stwierdziła odważnie, że "Tusk i Komorowski to wyważeni i porządni politycy, którzy nie będą kierować się jakimiś osobistymi motywami w dialogu z Niemcami czy Rosją.”
Niewątpliwie Moskwa zdaje sobie sprawę, że projekt nowych „struktur bezpieczeństwa” może napotkać na sprzeciw państw europejskich, a ustalenia z Doville trzeba będzie jeszcze narzucić pozostałym członkom Unii. Jestem jednak przekonany, że dzisiejsze spotkanie niesie już zapowiedź przyszłego porozumienia, a udział Niemiec i Francji gwarantuje jego skuteczność.
Redaktor naczelny czasopisma „Rosja w globalnej polityce” Fiodor Łukjanow pisał przed dwoma dniami: „Nie warto oczekiwać od tego spotkania jakichś konkretnych wyników. Nieformalne konsultacje powinny pozostawać nieformalnymi. Formalizacja może jedynie wywołać niepotrzebne zaniepokojenie w Europie. Ważne jest coś innego, a mianowicie, że triumwirat ponownie nabrał aktualności”.
W cytowanym artykule znajdziemy wyraźną sugestię, że budowa „matrioszki bezpieczeństwa” ma wprowadzić Europę w nową, polityczną „jakość” opartą na dominacji triumwiratu Moskwa-Berlin- Paryż.  Łukjanow stwierdza:
„Nawet niechętnie nastawieni do Rosji zdają sobie sprawę, że należy szukać nowych form współdziałania z Rosją. Przełom w świadomości jest reakcją na oczywisty kryzys koncepcyjny instytucji euroatlantyckich, kryzys NATO oraz Unii Europejskiej. I oto potężne, mające europejskie ambicję państwa zaczynają własnymi siłami budować system swoich priorytetów w polityce zagranicznej. Nie pomijając Unii, ale jednocześnie nie opierając się na niej”.



Raymond "Ray" Kurzweil– amerykański naukowiec i pisarz ogłosił kiedyś fantastyczną teorię, że ludzkość w 2100 roku zbuduje  komputer - matrioszkę, osiągając tym samym II poziom  na skali zaawansowania cywilizacyjnego. Ów komputer matrioszka zbudowany z wykorzystaniem tzw. sfery Dysona miałby być mózgiem o gigantycznych możliwościach obliczeniowych, który do wykonywania obliczeń pochłaniałby całą energię emitowaną przez gwiazdy. Jego konstrukcja wymagałaby rozmontowania wszystkich planet w układzie i wykorzystania ich materiału jako budulca. W tej futurystycznej wizji jednym z zastosowań komputera - matrioszki miałby być „uploading” umysłów wszystkich ludzi i symulacja idealnego środowiska wirtualnego bądź stworzenie nowych, doskonałych cywilizacji.
Nazwa, jaką nadano triumwiratowi Rosja-Niemcy- Francja ma kojarzyć się z rosyjską  zabawką zbudowaną z wydrążonych w środku lalek, włożonych jedna w drugą. Myślę jednak, że twór polityczny jaki ma powstać z tego porozumienia bardziej będzie przypominał komputer-matrioszkę, niż niegroźną zabawkę, a jego „moc obliczeniowa” – oparta na rosyjskiej koncepcji bezpieczeństwa, może już wkrótce diametralnie zmienić obraz Europy i świata.



sobota, 16 października 2010

ZŁOŚĆ WASZYCH WROGÓW...

Ruchy i systemy totalitarne wszelkich odcieni potrzebują nienawiści nie tyle przeciw zewnętrznym wrogom i zagrożeniom, ile przeciwko własnemu społeczeństwu; nie tyle, by utrzymać gotowość do walki, ile by tych, których wychowują i wzywają do nienawiści, wewnętrznie spustoszyć, obezwładnić duchowo, a tym samym uniezdolnić do oporu. – pisał w latach 70. Leszek Kołakowski.
Oparcie całej koncepcji istnienia Platformy na konflikcie z PiS-em i nienawiści do uosabiających ideę IV RP braci Kaczyńskich było w pełni świadomym wyborem „programu politycznego” realizowanym niezmiennie od dnia porażki Donalda Tuska w wyborach prezydenckich w roku 2005. Bez PiS-u, bez braci Kaczyńskich środowisko Platformy pozbawione jakiejkolwiek podstawy ideowej nie potrafiłoby zbudować żadnego przekazu ani wyartykułować „pomysłu na rządzenie”. Bez tej nienawiści nie byłoby czystek w służbach specjalnych, korupcji na szczytach władzy, afery marszałkowej,  zbliżenia z putinowską Rosją, a wreszcie - pułapki smoleńskiej – jako finalnego efektu trzyletnich rządów PO.
Bez niej – nie zaistniałaby prezydentura Bronisława K., a on sam nie odegrałby żadnej politycznej roli. Cała logika tej prezydentury, jak i logika rządów PO została zbudowana na nienawiści i pogardzie dla przeciwnika politycznego.
W sierpniu 2007 roku Jan Rokita obwieścił, że "dekaczyzacja" Polski jest potrzebna, ale będzie miała sens tylko wówczas, gdy pójdzie za nią plan budowy dobrego państwa. A to wymaga naprawy czterech fundamentów: systemu konstytucyjnego, wymiaru sprawiedliwości, legislacji i systemu budżetowego. I przede wszystkim ustanowienia na serio twardych moralnych rygorów dla rządzących.” Wiemy dziś, że ten „plan budowy dobrego państwa” został sprowadzony wyłącznie do nienawistnej „dekaczyzacji”, a konieczne dla państwa reformy zastąpiono klasyczną „propagandą sukcesu” w wykonaniu funkcyjnych mediów. „Rygorem moralnym” PO stała się zaś spocona twarz Zbigniewa Chlebowskiego.
Polska jest mimowolnym świadkiem, ofiarą zła, którego źródłem są nieudolne, agresywne, wobec własnego kraju i obywateli, patologiczne rządy Jarosława Kaczyńskiego i PiS” -  grzmiał Donald Tusk na posiedzeniu Rady Krajowej PO 25 sierpnia 2007 roku i dodawał:  „Za dwie godziny, w moim ukochanym mieście zbiorą się ci, którzy zdradzili Polskę w jej największych marzeniach”  - określając tymi słowami członków PiS-u uczestniczących w gdańskiej konwencji partyjnej.
Człowiek, który we wszystkich wypowiedziach na temat PiS sięgał po retorykę nienawiści, stawiając przeciwnikom najcięższe oskarżenia,  ma dziś czelność formułować wobec  Jarosława Kaczyńskiego zarzut „mobilizowania ludzi przeciwko państwu”.
Kto pamięta, że na tym samym posiedzeniu Rady Krajowej PO Donald Tusk wzywał urzędników państwowych „by nie uczestniczyli w ponurych intrygach władzy Jarosława Kaczyńskiego" kierując do nich groźbę – „wy jesteście ludźmi, których obserwuje Platforma Obywatelska i opinia publiczna. Nikt, kto łamie prawo nie pozostanie bezkarny”?
Ten sam człowiek na konferencji programowej PO w Szczecinie w maju 2007 roku perorował, że „dzisiaj rządzi w Polsce trójca, która nigdy tej władzy tak naprawdę nie powinna dostać, dzisiaj rządzi Polską koalicja radykalna, ale przede wszystkim radykalna w niekompetencji [...]która dość sprawnie porusza się w świecie politycznej propagandy, która dość skutecznie znajduje tematy zastępcze, ale niestety jest coraz bardziej bezradna wobec wyzwań wymagających prawdziwych kompetencji, prawdziwych umiejętności".
Sprawujący dziś funkcję prezydenta Bronisław K. występując w Sejmie w lutym 2007 roku w sprawie wojewody mazowieckiego Wojciecha Dąbrowskiego powiedział o rządach PiS-u: "Jesteśmy w rękach drobnych cwaniaczków, drobnych pijaczków, którzy sięgają po najwyższe funkcje, także na poziomie regionów" . Autor hasła „zgoda buduje” w sierpniu 2007 nazwał partię rządzącą „sektą wierzącą w politycznego szatana” . "Oni uwierzyli- perorował - w to, że świat jest zły, ludzie są źli, zło jest silniejsze niż dobro. Taką wizję zaszczepili im bracia Kaczyńscy i ich najbliższe otoczenie”. [...] To ich zniszczy, przekształci w sektę wierzącą w politycznego szatana, i zepchnie na margines. [...] Oni sami się wykończą, choć przyznaję, że to trwa już dość długo”.
W lutym 2008 roku Bronisław K. porównał środowisko braci Kaczyńskich i Porozumienia Centrum do komunistów, wspominając sprawę umorzenia 700 tys. zł długów PC, a w kilka miesięcy później wyraził opinię, że „poprzednia ekipa była oszalała na punkcie nienawiści do WSI”. W związku z likwidacją tej służby wyraził również „współczucie” dla prezydenta Kaczyńskiego, bo "pewnie nie będzie się dobrze czuł z wiedzą, że uczestniczył w łamaniu praw człowieka w Polsce" i nie cofnął się przed określeniem Jarosława Kaczyńskiego człowiekiem, „który sprzedał swój honor za 300 zł” odmawiając mu zdolności honorowych, za rzekomo fałszywe usprawiedliwienia nieobecności w Sejmie.
Przykładów tego rodzaju nienawistnych wypowiedzi, oskarżeń i bezpodstawnych pomówień ze strony ludzi PO można przytaczać wiele. Są dowodem nie tylko autentycznej retoryki „partii miłości”, ale również bezgranicznego cynizmu i wiary w krótką pamięć Polaków. Definicję takiej postawy przed wielu laty przedstawił Mirosław Dzielski, przypominając, że „nienawiść przebrana w szaty miłości i wierząca na dodatek szczerze, że jest miłością – oto czym jest socjalizm.”
Jeśli dziś budujący partię prezydencką Janusz Palikot, rzecznik prawdziwych poglądów Bronisława K. twierdzi, iż „"Kaczyński chce doprowadzić do rozlewu krwi", chce tego żeby ktoś - nie do końca panujący nad swoimi emocjami - targnął się na Komorowskiego", a politycy PO deklarują „bronić Polaków przed agresją ze strony PiS-u” – celem tych prowokacji może być tylko kampania zmierzająca do ograniczenia lub delegalizacji działalności partii opozycyjnej. Stanie się ona niezbędna grupie rządzącej, by uchronić się przed porażką w wyborach parlamentarnych – nieuniknioną, gdy Polacy uzyskają dostateczną wiedzę na temat przyczyn i okoliczności tragedii smoleńskiej. Elementem tej kampanii były wypowiedzi Tadeusza Mazowieckiego o politycznym  „rokoszu” ze strony PiS, czy ostatnie słowa innego „autorytetu” Marcina Króla, przygotowującego grunt pod radykalne rozwiązania  stwierdzeniem „żeby bronić demokracji, trzeba stosować czasem antydemokratyczne metody".

Nieustające, bezgłośne, lecz całkiem jasne orędzie powiada: „Wy jesteście doskonali, tamci są zgnili ze szczętem. Już dawno żylibyście w raju, gdyby złość waszych wrogów nie stała na przeszkodzie” – pisał Kołakowski, kontynuując swój wywód o nienawiści jako broni skierowanej przeciwko własnemu społeczeństwu. Tego rodzaju fałszywa antynomia będzie konieczna ludziom PO, by wskazać w działaniach opozycji podstawową przeszkodę w realizacji świetlanych zamierzeń i obarczyć ją odpowiedzialnością za obecny stan państwa. Bez wątpienia - będzie łatwa do narzucenia elektoratowi zbudowanemu wokół kilku, sekciarskich haseł. Przy wsparciu funkcyjnych mediów i ośrodków propagandy, program „gdyby złość waszych wrogów nie stała na przeszkodzie” wydaje się całkowicie realny, a tak chętnie akcentowana „inności” środowiska Platformy zostanie odebrana jako przeciwwaga dla „zgniłych ze szczętem”.
Zapowiedź takiej koncepcji znajdziemy wyraźnie w słowach Donalda Tuska, wypowiedzianych podczas ostatniego posiedzenia Rady Krajowej PO. Zwracając się do członków partii i jej zwolenników Tusk stwierdził:
Będziecie musieli w tych czasach wielkich wyzwań dawać codziennie świadectwo, że jesteście inni, że jesteście naprawdę tymi, którzy dają nadzieję na normalne życie, (...) którzy dają Polakom nie tylko swoje kompetencje i czas, swoją determinację, ale którzy każdej godziny, każdego dnia pokazują, że Polska mimo tego zalewu agresji ze strony PiS przejdzie przez ten czas jako normalny kraj”.
W naszej najnowszej historii zostaliśmy tragicznie doświadczeni „innością” zbudowaną na retoryce nienawiści. Zawsze w imię „obrony demokracji” i „normalnego życia”, niesioną na sowieckich bagnetach lub czołgach „ludowego wojska”.
Prawdziwa antynomia MY - ONI była dla Polaków naturalną, obronną reakcją społeczeństwa na zakusy obcej władzy. Dziś – wyobcowana z polskości władza dąży do "integracji" ze społeczeństwem próbując przedstawiać się jako rzecznik naszych interesów i na nienawiści podniesionej do rangi „programu politycznego” chce zapewnić sobie przetrwanie i dominację.


Artykuł opublikowany w „Gazecie Warszawskiej”.