Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

sobota, 31 lipca 2010

WZÓR ZBRODNI

W wypadku Katynia mamy wszystkie elementy kryminalnego systemu ujawnione w klasycznym wzorze zbrodni. [...] A że ludzie ci są powszechnie znani i z nazwiska, i z zawodu, i sytuacji społecznej, więc należało ich zabić tajnie i tajnie zakopać. Zatrzeć wszelkie ślady przestępstwa. Właśnie w ten sposób, jak to czyni notoryczny przestępca kryminalny [...]. Najbardziej jednak charakterystyczną cechę tego rodzaju kryminalnego przestępstwa stanowi zawsze zaparcie się winy, fałszywe alibi lub zgoła zrzucenie winy na kogo innego” – pisał Józef Mackiewicz w artykule ”Sowiety – państwem doskonałej zbrodni” z roku 1958.
Wiele już powiedziano o symbolicznych i rzeczywistych analogiach mordu katyńskiego i tragedii z 10 kwietnia. Nie sposób ich nie zauważyć, ani przemilczeć.
Wiemy, że państwo rosyjskie nigdy nie uznało mordu na polskich obywatelach za zbrodnię ludobójstwa, nie ujawniło wszystkich okoliczności sprawy, nie otworzyło archiwów, a w oficjalnym stanowisku rządu rosyjskiego przekazanym przed kilkoma tygodniami do Trybunału w Stasburgu stwierdzono, że „ Nie ma dowodu na to, iż Polaków zamordowano”. Ten sam rząd Putina w kwietniu 2010 roku odmówił jakiejkolwiek rehabilitacji ofiar, twierdząc, że „nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono”.
Tak czyni notoryczny przestępca” – należałoby powtórzyć za Mackiewiczem. Ta trwała cecha – zaparcia się winy – łączy w sposób aż nadto widoczny metody państwa sowieckiego z działaniami reżimu płk Putina. Byłoby zatem rzeczą absurdalną oczekiwanie, że wyniki rosyjskiego śledztwa w sprawie tragedii smoleńskiej przyniosą inne rozstrzygnięcie, niż „zrzucenie winy na kogo innego”. Od pierwszej chwili wiemy, że odpowiedzialnością za tragedię obarczono polskich pilotów, a pośrednio również polskiego Prezydenta i głownie ta teza jest forsowana w przekazie publicznym.
To zaś oznacza, że zdaniem Rosji winę ponosi państwo polskie, a konsekwencje tego twierdzenia będą miały istotne znaczenie prawne i historyczne.  Mogłoby się zatem wydawać, że żadna, suwerenna władza, której elita zginęła w mrocznych i niewiadomych okolicznościach na terytorium obcego państwa znanego z rozlicznych zbrodni na narodzie polskim nie przyjmie zarzutu takiej wagi, nie starając się wpierw o staranne i samodzielne zbadanie tych okoliczności.
Wiemy jednak, że obecna grupa rządząca nie ma zamiaru przeciwstawiać się tezom rosyjskiego śledztwa, nie dąży do jego przejęcia lub powołania międzynarodowej komisji. Wszystko co od 10 kwietnia robią ludzie z tej grupy dowodzi rezygnacji z prerogatyw państwa suwerennego i oddania całej inicjatywy w ręce płk Putina.
Warto dostrzec, że w tym obszarze bierności nie można dokonać analogii nawet z władzami komunistycznymi PRL współuczestniczącymi z Sowiecką Rosją w ukrywaniu prawdy o Katyniu. Wówczas przecież winnym zbrodni miał być wspólny wróg -  hitlerowskie Niemcy – nie zaś państwo i obywatele polscy.
Intencje grupy rządzącej idą jednak znacznie dalej, niż tylko w kierunku pasywnej postawy wobec rosyjskich dezinformacji na temat smoleńskiej tragedii. Dowodzą tego histeryczne i pełne nienawiści reakcje po powołaniu zespołu parlamentarnego PiS do sprawy zbadania okoliczności tragedii. Dowodzi zachowanie rządowych mediów wobec każdego wystąpienia polityków opozycji, domagających się niezależnego od Rosji śledztwa i próbujących samodzielnie dochodzić prawdy o zdarzeniu.
Dowodzi, wreszcie prowokacja związana z krzyżem upamiętniającym ofiary tragedii, ustawionym przed Pałacem Prezydenckim oraz odmowa władz Warszawy na budowę pomnika Lecha Kaczyńskiego.
Te zachowania wyraźnie wskazują, że wobec tragedii smoleńskiej grupa rządząca zamierza zająć stanowisko podobne władzom komunistycznej Polski. Jest w nich widoczny sprzeciw wobec kultywowania pamięci o ofiarach katastrofy i lęk, by pamięć ta  nie przeszkodziła w procesie fałszywego, serwilistycznego „pojednania” polsko-rosyjskiego.
Konsekwencje tej postawy mogą wkrótce okazać się na tyle niebezpieczne, że zagrożą nawet namiastkom ułomnej demokracji III RP. Ich zapowiedź można wyraźnie odczytać z wywiadu, jakiego były premier Tadeusz Mazowiecki udzielił „Polityce”. Poważnym błędem byłoby lekceważenie tego wystąpienia, ponieważ postać byłego szefa Unii Wolności jest dla ludzi z grupy rządzącej największym wzorem i autorytetem, a jego wypowiedzi oddają intencje tzw. elity III RP.
W wywiadzie, Mazowiecki sformułował niezwykle istotną ocenę działań opozycji:
Jeżeli dziś podważa się wszystko, sieje się nieufność wobec instytucji takich jak rząd, prokuratura, sądy w tak dramatycznej sprawie, jaką jest dochodzenie przyczyn katastrofy smoleńskiej, jeżeli wykracza się poza granice Polski i sieje nieufność także na zewnątrz, to już nie mamy do czynienia z opozycją demokratyczną, która patrzy władzy na ręce”.  
Czym zatem, zdaniem Mazowieckiego są działania opozycji? Dowiemy się, że „takie postępowanie w I Rzeczypospolitej nazywano rokoszem. Dziś tak samo jak kiedyś w ten właśnie sposób tworzy się ośrodek antypaństwowej, najostrzejszej z dotychczasowych opozycji. - Próbuje się stworzyć wrażenie, że nasze państwo właściwie nie istnieje, nie jest do niczego zdolne [...]”
Od grupy rządzącej i nowego prezydenta Mazowiecki nie oczekuje „polityki wielkich reform, ale konsekwencji w realizacji zamysłów”. Ten zamysł, jest tylko jeden i został wyraźnie sformułowany: „Dzięki nim można pokrzyżować polityczne plany Kaczyńskiego”.
Retoryka zastosowana przez Mazowieckiego, jest aż nadto znana, by można było przejść nad nią obojętnie. Człowiek, który w 10 numerze "Więzi" z 1967 dowodził, że "polska droga zakłada wierność zasadzie sojuszu z ZSRR, który określa nasze miejsce na mapie politycznej świata. Dziś zasada sojuszu polsko-radzieckiego staje się elementem narodowego myślenia politycznego" – jest w III RP nadal wyrazicielem postawy środowiska decydentów i wyraża wprost intencje obecnej władzy. Jest w tych słowach ta sama retoryka, jaką mogliśmy usłyszeć w Gazecie Wyborczej z 10 listopada 1989 roku, gdy Adam Michnik pytał – co to znaczy dzisiaj chcieć niepodległości - i odpowiadał:
krok po kroku, przebudowywać Polskę; znaczy to pracować, by doktryna Breżniewa została pogrzebana na zawsze. Jednak nie drogą rozpalania antyrosyjskiej nienawiści ani urządzaniem antysowieckich demonstracji. Wytwarzanie obrazu Polski dyszącej potrzebą antysowieckich akcji jest sprzeczne z polskim interesem narodowym i godzi w politykę rządu Tadeusza Mazowieckiego”.
Jeśli słowa byłego premiera z wywiadu prasowego oddają rzeczywisty zamiar „elit” III RP i odpowiadają intencjom ujawnionym przez grupę rządzącą, można się spodziewać, że wszelkie działania społeczeństwa i opozycji w sprawie wyjaśnienia przyczyn smoleńskiej tragedii zostaną wkrótce uznane za sprzeczne z „racją stanu” i zagrażające „interesom narodowym”.
Stąd, już tylko krok do próby ograniczenia demokracji parlamentarnej lub nawet do delegalizacji partii opozycyjnej i zastosowania represji oraz środków karnych wobec osób domagających się prawdy.
Świadomość doświadczeń  historycznych, związanych ze sprawą kłamstwa katyńskiego nakazuje traktować tę groźbę z całą powagą.  


Artykuł opublikowany w „Gazecie Warszawskiej”. 

czwartek, 29 lipca 2010

KOŃ TROJAŃSKI ROSJI

„Z Polską, gdzie prezydentem jest pan Komorowski, a rządem kieruje pan (Donald) Tusk, będzie się nam udawać, jak sądzę, znajdować punkty styczne i porozumienie znacznie bardziej konsekwentnie i konstruktywnie niż działo się to dotychczas w warunkach stałego współzawodnictwa prezydenta i rządu.
Dla Rosji, dla perspektyw naszego współdziałania z Polską i ze zjednoczoną Europą z udziałem Polski wynik wyborów można ocenić na plus” – podsumował wybory prezydenckie w Polsce szef komisji spraw zagranicznych rosyjskiej Dumy Konstantin Kosaczow.
Ocena polityka nikogo nie może zaskakiwać, bo Bronisław K. od chwili zgłoszenia jego kandydatury prezydenckiej był niemal naturalnym faworytem rosyjskich mediów i decydentów.  Podobnie jak sama Platforma podczas wyborów roku 2007.
Dziś już chyba niewielu pamięta, że nadzieję na „poprawę stosunków” z Polską władze Rosji wyrażały natychmiast po zwycięstwie wyborczym Platformy Obywatelskiej. W 2007 roku korespondentka „Izwiestii” Ksenia Fokin donosiła z tryumfem o porażce braci Kaczyńskich tytułując swój artykuł: "Blizniec-krig nie udałsja", co miało stanowić przeróbkę wojskowego terminu "blitz-krieg" w neologizm "blizniec-krieg" czyli wojnę prowadzoną przez bliźniaków. "Porażka PiS ucieszyła nie tylko znaczną część Polaków" –pisała z satysfakcją „Izwiestia” - "ale i kierownictwo Unii Europejskiej. Przez 15 miesięcy swoich rządów bliźniaki zrazili do siebie elektorat, tworząc w kraju atmosferę podejrzliwości, politycznych prześladowań oraz skandali”.
Przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Rady Federacji Rosyjskiej senator Michaił Margielow 23.10. 2007 roku oświadczył, że „są nadzieje na normalizacje stosunków między Moskwą a Warszawą”. Margiełow wypowiadał się, jak sam przyznał będąc pod wrażeniem wywiadu udzielonego w przeddzień przez Donalda Tuska dla "Rossijskiej Gaziety", gdzie lider PO zadeklarował: "jedno z najważniejszych zadań polskiej polityki zagranicznej w najbliższym czasie to poprawa relacji pomiędzy Moskwą a Warszawą". I dodał: "Gotów jestem zrobić wiele, aby nasze stosunki stały się znacznie lepsze niż są dzisiaj. Wiedząc, iż po obu stronach przeważają emocje, wierzę, że sygnały o woli poprawy stosunków, które Platforma Obywatelska wysyła naszym sąsiadom, zostaną prawidłowo zrozumiane".
Senator Margiełow skomentował wówczas tę wypowiedź: "Tusk zaznaczył, że będzie to trudne. Rzeczywiście, problemów w stosunkach rosyjsko-polskich przy Jarosławie Kaczyńskim nagromadziło się wiele, a ich likwidacja będzie wymagać czasu”.
Likwidacja problemów wymagała rzeczywiście sporo czasu i trwała aż do 10 kwietnia 2010 roku.
Przypominam o tych deklaracjach głownie dlatego, by podważyć propagandową tezę, jakoby Platforma Obywatelska powołana przy współudziale ludzi pereelowskich służb, miała być środowiskiem nowoczesnym i liberalnym, działającym na wzór partii zachodnich, skoncentrowanym na sprawach gospodarki i poszerzaniu obszaru wolności obywatelskich.
 Absurdalność takiej tezy wydaje się szczególnie uderzająca w konfrontacji z postawą polityków putinowskiej Rosji, upatrujących w PO najważniejszego partnera i naturalnego sojusznika. Trzeba byłoby posłużyć się narzędziami kazuistyki, by uzasadnić fakt, że reżim pułkownika KGB odpowiedzialny za ludobójstwo, mordy polityczne, liczne akty cenzury i  prześladowań, bazujący na oligarchii i ręcznym sterowaniu gospodarką, dostrzega właśnie w partii „liberałów i demokratów” stosownego partnera.  Sformułowaną już w starożytności zasadę prawa przyrody zgodnie z którą, podobne dąży do podobnego, należy również stosować w polityce, o czym wielu obserwatorów życia publicznego zdaje się zapominać.
Próba odpowiedzi na pytanie – dlaczego tak się dzieje, dlaczego partia Tuska jest nosicielem rosyjskich nadziei na „współdziałanie”, a z perspektywy tragedii smoleńskiej można ją nazywać „partią rosyjską” -  musiałaby dotykać życiorysów niektórych „ojców” Platformy i jej czołowych działaczy oraz istoty samego układu, tworzącego środowisko III RP. Przed dwoma laty w tekstach z cyklu  „III RP CZY TRZECIA FAZA” próbowałem odkryć kulisy tych relacji. Zachowanie Platformy po 10 kwietnia przyniosło jedynie potwierdzenie dla  ówczesnych ocen.
Dziś natomiast można już próbować dostrzec, gdzie w relacjach Rosja – III RP należy szukać „punktów stycznych i porozumienia”  ,ale też zrozumieć - do czego płk Putin chce wykorzystać „współdziałania z Polską”?
Powiedział o tym wyraźnie cytowany już Konstantin Kosaczow, gdy stwierdził, że 4 lipca:
Polacy dokonali wyboru między orientacją na unijne struktury integracyjne a kierunkiem na maksymalnie ścisły sojusz z USA". I dodał: „Poprzedni prezydent, zmarły Lech Kaczyński, był zwolennikiem drugiego modelu, gdy Komorowski jest zdecydowanym stronnikiem integracji europejskiej i poszukiwania kompromisów z partnerami, a nie konfrontacji Polski z tymi partnerami”.
Choć rozgrywanie polskich relacji z UE i USA należy do stałych punktów strategii rosyjskiej i przynosi płk Putinowi doskonałe rezultaty, to troska o integrację europejską i „poszukiwanie kompromisu z partnerami” powinna zaskakiwać w ustach moskiewskiego polityka. Oznacza bowiem, że w procesie zbliżenia Polski i UE Rosja nie dostrzega zagrożeń dla swoich interesów, a przeciwnie – reżim Putina jest zainteresowany jak najściślejszym współdziałaniem Warszawy i Brukseli. Myślę, że jest to ważna wskazówka- w jakim kierunku Rosja pragnie wykorzystać swoje wpływy na „partię rosyjską” w Polsce.  Jeśli do tego obrazu dodamy doskonałe notowania partii Tuska w Niemczech i coraz ściślejsze relacje Moskwy i Berlina, można pokusić się o twierdzenie, że rola Platformy ma polegać na reprezentowaniu interesów rosyjskich w strukturach unijnych, przy współdziałaniu z drugim rzecznikiem – Niemcami.
W takiej perspektywie nowego znaczenia nabiera „euroentuzjazm” Bronisława K. i jego pragnienie, by w Unii Europejskiej „zakopać Polskę aż po sam czubek głowy, zakopać razem z tym czakiem ułańskim, razem z czapką krakuską”. Skoro „zakopanie” nie zagraża przyjaźni polsko-rosyjskiej, a nawet może okazać się czynnikiem cementującym tę przyjaźń, głoszenie poglądów prointegracyjnych należy do obowiązków członków „partii rosyjskiej”.
Tuż po 4 lipca dziennik "Izwiestia" pisał, że "liberał Komorowski ma image elastycznego i pragmatycznego polityka", a prof. Irina Kobryńska z Rosyjskiej Akademii Nauk stwierdziła odważnie, że "Tusk i Komorowski to wyważeni i porządni politycy, którzy nie będą kierować się jakimiś osobistymi motywami w dialogu z Niemcami czy Rosją.”
Najpełniej intencje Rosji wyraził tzw. ekspert Fiodor Łukianow, który uznał, że "jeśli nie będzie dużych błędów z rosyjskiej strony, to stosunki między Rosją i Polska będą co raz bardziej pragmatyczne. To jest wygodne dla Rosji gdyż Polska przez długi czas była główna przeszkodą dla realizacji europejskiej polityki Rosji".
Podstawowym elementem tej polityki jest oczywiście ekspansja Gazpromu na rynki europejskie. W ślad za nim podążają zawsze zastępy rosyjskich agentów i przedsiębiorców, powiązanych ze służbami specjalnymi FR. Swoiste „homagium” w postaci kontraktu gazowego, uzależniającego nas na 27 lat od dyktatu Rosji daje Putinowi gwarancję, że znajdzie w Polsce rzecznika swoich gazowych interesów. O wpływy agenturalne premier Rosji nie musi się obawiać. Już w latach 80. zadbał o nie rezydent KGB płk Witalij Pawłow, a okres ostatniego dwudziestolecia tylko je umocnił.
Ale projekty rosyjskich strategów idą znacznie dalej, niż tylko w kierunku podbojów energetycznych.  Na początku czerwca br.  rzeczniczka prezydenta Rosji oświadczyła w kuluarach szczytu Rosja-Unia Europejska w Rostowie nad Donem, że Kreml liczy na zmianę stanowiska Polski w sprawie współpracy Federacji Rosyjskiej z UE.
- „Mamy nadzieję, że stosunki z Polską, jakie ukształtowały się w ostatnim czasie, doprowadzą do zmiany stanowiska Warszawy również w kwestii współpracy Rosji z Unią Europejską” - oznajmiła i dodała, że "strona rosyjska otrzymuje takie sygnały".
Sam Miedwiediew oświadczył wówczas, że relacje z Unią Europejską są najważniejszym elementem polityki zagranicznej jego kraju, a Federację Rosyjską i UE łączą relacje długofalowego partnerstwa strategicznego. Pierwszym krokiem na drodze do owego „partnerstwa” było podpisanie porozumienia o ochronie informacji niejawnych, co według Miedwiediewa, będzie „sprzyjać ściślejszej współpracy FR i UE w sferze bezpieczeństwa”.
Kolejnym, ma być porozumienie o wzajemnym zniesieniu wiz, które już znalazło orędownika w osobie ministra Sikorskiego. "Krok taki scementowałby strategiczne partnerstwo Rosji i Unii Europejskiej, a także ułatwił życie milionom osób po obu stronach granicy" – stwierdził Miedwiediew.
Porozumienie o wzajemnych stosunkach między Rosją, a UE miało zostać podpisane już w ubiegłym roku. Na przeszkodzie stanęło jednak twarde stanowisko Polski, głównie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Powodem sprzeciwu były wydarzenia w Gruzji, stosowany przez Rosję szantaż energetyczny oraz polityka podporządkowania państw byłego Związku Sowieckiego.  Po 10 kwietnia ta przeszkoda została usunięta.
Nie znamy szczegółów planowanego porozumienia, można jednak przypuszczać, że dotyczy ono również środków unijnych przeznaczonych na modernizację Rosji oraz otwarcia przed nią rynków europejskich. Z całą pewnością efektem porozumienia będzie umocnienie obecnego reżimu płk Putina i potwierdzenie podziału Europy, według nowej strefy wpływów.  
Grupa rządząca w Polsce ma pełnić rolę adwokata putinowskich planów i zadbać o ich realizację na forum UE. Zbliżająca się prezydencja Polski doskonale ułatwi to zadanie.
Istota tych relacji zadaje się polegać na całkowitym braku partnerstwa, ale też na niemożności zdefiniowania korzyści, jakie miałaby odnieść Polska z roli wyznaczonej jej przez Kreml.
Rezygnacja grupy rządzącej z samodzielnej polityki wobec państw bałtyckich, Ukrainy, Gruzji czy Azerbejdżanu, wyraźnie wskazuje, że przyjmuje ona dominację Rosji jako rzecz nie podlegającą dyskusji.
Trudno właściwie byłoby wskazać obszar, w którym Polska miałaby odnieść realne korzyści ze współdziałania z reżimem Putina. Chyba, że weźmiemy pod uwagę  współpracę w zakresie obronności i służb specjalnych – głównego „produktu eksportowego” Rosji,- którego przyjęcie przez państwa pozostające w sferze wpływów może prowadzić do odbudowy „Układu Warszawskiego – bis”.
Już pod koniec czerwca informowano o podpisaniu umowy o współpracy wojskowej, między szefem Sztabu Generalnego Białorusi gen. Tichonowskim, a jego polskim odpowiednikiem gen. Mieczysławem Cieniuchem –mianowanym przez Bronisława K. Przedmiotem współpracy ma być m.in. planowanie, prowadzenie i obserwacja ćwiczeń, a także szkolenie wojsk i dowództw oraz wykorzystanie poligonów.
W lipcu dowiedzieliśmy się, że tuż przed tragedią smoleńską Polska i Rosja negocjowały warunki bliższej współpracy wojskowej. Na przełomie lutego i marca do MON trafiło pismo attache wojskowego rosyjskiej ambasady ws. "wzmocnienia dwustronnej współpracy". Rosjanie proponowali współdziałanie marynarek wojennych obydwu krajów na Morzu Bałtyckim, m.in. w operacjach poszukiwawczych i ratowniczych, nawiązanie wzajemnych kontaktów dowódców i jednostek przygranicznych czy zgrupowań wojskowych oraz organizację nauczania polskich oficerów wysokiego szczebla w rosyjskich ośrodkach szkolenia. Kwestie te były omawiane na spotkaniu przedstawicieli obydwu stron w Moskwie 22-24 marca. Polskę reprezentowali przedstawiciele Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
Nie powinna także dziwić informacja, że w obchodach 91. rocznicy powstania polskiej policji weźmie udział Jewgienij Połudień – wiceminister białoruskiego MSW znany szczególnie z wypowiedzi na temat „pozytywnych doświadczeń w rozganianiu demonstracji”.
Wiadomo również, że projekty ustaw w zakresie bezpieczeństwa, w tym dotyczące „walki z terroryzmem” przygotowywane przez grupę rządzącą, są w dużej mierze wzorowane na rozwiązaniach legislacyjnych płk Putina. 
Niemal bez echa przeszła niezwykle ważna informacja, że po raz pierwszy od czasu rozpadu ZSRS nakłady na wojsko zostały w Rosji zwiększone aż do 4 proc. produktu krajowego brutto. Skala środków, jakie Moskwa chce przeznaczyć na armię jest niespotykana. Rządowy program zbrojenia na lata 2011-2020 wyniesie około 20 trylionów rubli. Planuje się m.in. gruntowną wymianę uzbrojenia armii rosyjskiej. Rząd Putina może przeznaczyć na ten cel tylko 13 trylionów rubli. Nietrudno się domyśleć, że w tej sytuacji Rosja liczy na „strategiczne porozumienie” z UE, dzięki któremu będzie mogła zdobyć brakujące środki, również na rozbudowę swojego potencjału militarnego.   
„Wprowadzanie” Rosji do Unii Europejskiej wydaje się główną misją zagraniczną, zleconą polskim przyjaciołom płk Putina. Z uwagi na intencje rosyjskich decydentów towarzyszące planom integracji, można uznać, że chodzi bardziej o misję „konia trojańskiego”, niż zadanie służące polskim interesom.


Artykuł opublikowany w nr.30/2010 Gazety Polskiej.

wtorek, 27 lipca 2010

W TROSCE O ODPOWIEDNIE WNIOSKI....

W ostatniej fazie kampanii dezinformacyjnej, dopuszcza się czasem zastosowanie metody równej reprezentacji. Dzieje się tak, gdy cel dezinformacji został osiągnięty w stopniu zadowalającym, a zdecydowana większość odbiorców została już przekonana do fałszywych tez. Można sobie wówczas pozwolić na rzekomo równe zaprezentowanie wszystkich argumentów - za i przeciw fałszywej tezie  oraz ujawnienie całości materiału dowodowego. Czyni się to zwykle w taki sposób, by argumenty za tezą dezinformacyjną były przedstawiane w sposób spektakularny i atrakcyjny, wsparte autorytetem „eksperta”, zaś argumenty przeciwne zostały przedstawione w nieciekawej, zakamuflowanej, a często niezrozumiałej dla odbiorcy formie.
Gdy zatem doszło do sytuacji, w której strona polska ma przedstawić całościowy zapis stenogramu nagrań z kabiny pilotów Tu 154, należało spodziewać się sięgnięcia po sprawdzone metody.
Tym bardziej, że od początku, czyli od 10 kwietnia mieliśmy do czynienia z zastosowaniem innej, podstawowej metody dezinformacji, polegającej na tzw. nierównej reprezentacji. Sprowadzała się ona do ukierunkowania wszystkich głównych przekaźników i rezonatorów na ten sam przekaz, przy jednoczesnym marginalizowaniu, ukrywaniu lub wyszydzaniu przekazów odmiennych. Z tego powodu, podstawą niemal wszystkich transmisji medialnych były wyłącznie informacje ze strony rosyjskiej, z których każda (nawet ta propagująca odmienne teorie zdarzeń) powinna być postrzegana jako element dezinformacji. Z tego też względu nie ujawniano opinii publicznej głosów niezależnych ekspertów zagranicznych, marginalizowano publikacje przeczące tezom rosyjskim, a nawet zatajono tak ważne dowody, jak zdjęcia satelitarne i ekspertyzy przekazane przez Amerykanów.
Powszechne traktowanie wszystkich hipotez dotyczących przyczyn tragedii, jako „teorii spiskowych”, a głosów przeciwnych rosyjskim przekazom, jako objawów „rusofobii” - było jednym z efektów zastosowania metody nierównej reprezentacji, dość łatwym do osiągnięcia, zważywszy na intelektualną niemoc zwolenników grupy rządzącej i łatwe uleganie medialnym manipulacjom.
Podstawowy nacisk położono natomiast na forsowanie tezy o winie pilotów i bezpośrednio – naciskach ze strony Prezydenta Kaczyńskiego. Było to rozwiązanie najlepsze z punktu widzenia strategii rosyjskiej, bo obarczające odpowiedzialnością za katastrofę stronę polską, ale też korzystne dla interesów przyjaciół płk Putina z grupy rządzącej.  Taki przekaz i związana z nim kampania mógł w całości bazować na funkcjonujących w polskim społeczeństwie kłamstwach dotyczących osoby zmarłego Prezydenta oraz na wszechobecnym „antykaczyzmie” – jako odczuciu integrującym zwolenników rosyjskiej dezinformacji. Rozgrywając ten przekaz od kilku lat „partia rosyjska” oraz tzw.. elity III RP mogły liczyć na masowy odbiór i współuczestnictwo milionów zmanipulowanych obywateli. W każdym innym przypadku i próbie zastosowania innej tezy, Rosjanie mieliby poważny problem z jej społeczną akceptacją, a polskojęzyczne przekaźniki z rozpowszechnieniem.
Tylko dzięki temu, że celem kampanii byli znienawidzeni bracia Kaczyńscy, można było zakryć przed  społeczeństwem oczywistą prawdę, że narzucone przez Rosję i powielane przez polskojęzyczne media tezy godziły w interesy państwa polskiego i były obelżywe dla każdego Polaka.   
Spreparowane, zawierające wiele „białych plam” stenogramy z odczytu czarnych  skrzynek Tupolewa, przekazane przez Rosjan w okresie wyborczym, posłużyły do zmasowanej akcji ataków na osobę zmarłego Prezydenta oraz pozwoliły rzucić podejrzenia również na osobę Jarosława Kaczyńskiego. Na bazie rosyjskich fałszywek zbudowano przekaz, z którego miało wynikać, że rozmowa telefoniczna braci tuż przed katastrofą miała wpływ na powzięcie przez Lecha Kaczyńskiego przekonania, że Rosjanie będą celowo utrudniać lądowanie w Smoleńsku, a co za tym idzie – wywołała określoną reakcję Prezydenta i naciski na lądowanie. W tym celu, dzień po przekazaniu rosyjskich materiałów pojawił się w mediach apel Lecha Wałęsy o ujawnienie treści rozmowy telefonicznej między Prezydentem a Jarosławem Kaczyńskim, którą prowadzili podczas lotu do Smoleńska. Do akcji włączył się również były szef Wojskowych Służb Informacyjnych gen. Marek Dukaczewski, nawołując do „sprawdzenia dokładnie działania niektórych osób na pokładzie” i wyrażając zainteresowanie – „kiedy ta rozmowa była - czy przed informacją, że jest problem z lądowaniem, czy po? Interesuje mnie, czy prezydent poinformowany o tym, że jest problem, i zapytany, gdzie ma samolot lądować, konsultował z kimś swoją decyzję.”
Po przystąpieniu do prac nad „odszumieniem” rosyjskich materiałów, byliśmy świadkami kontynuowania kampanii dezinformacji przy pomocy kontrolowanych przecieków, z których każdy potwierdzał fałszywą tezę o naciskach i błędach pilotów. Kulminacja  miała nastąpić po odczytaniu wszystkich „białych plam” i publikacji całego materiału.

Miała, ale najwyraźniej na przeszkodzie tym planom stanęła sama treść zapisów czarnych skrzynek, z których, nawet przy zaangażowaniu całego potencjału medialnych przekaźników, nie udałoby się zbudować mocnego „dowodu” winy pilotów i polskiego Prezydenta.
Dziś zatem dowiedzieliśmy się, że całość zapisu nie będzie ogłoszona publicznie, a z pełnymi wynikami prac ekspertów zapozna się jedynie komisja badająca przyczyny smoleńskiej tragedii. Wyjaśnienie dla tej decyzji, podane przez ministra Millera zasługuje na szczególną uwagę. Zdaniem ministra „zwykły obywatel nie ma wystarczającej wiedzy, by zrozumieć stenogram i wyciągnąć odpowiednie wnioski.” Jak stwierdził, „interpretowanie suchych sformułowań bez kontekstu i wiedzy lotniczej może prowadzić do opacznego zrozumienia tego, co mogło dziać się w kabinie pilotów. Jak ze mną członkowie komisji rozmawiają, to nieraz długo muszą mi coś tłumaczyć, żebym ja, jako nie z branży lotniczej, to dobrze zrozumiał. Nieraz pierwsze wrażenie jest opacznie przyjmowanie” - powiedział Miller.
Dodał też że, rosyjski stenogram został upubliczniony tylko dlatego, że ruszyła wówczas lawina spekulacji i niestworzonych hipotez. Zdaniem Millera publikacja rosyjskich fałszywek przyczyniła się do przecięcia tych spekulacji.
Ponieważ wiemy, że posłużyły one głównie do wzmocnienia fałszywej tezy dezinformacyjnej, można domniemywać, że końcowy efekt prac polskich ekspertów musi być sprzeczny z rosyjską koncepcją i ta właśnie okoliczność zaważyła na utajnieniu całości materiałów.
Fakt, że Miller był gorącym zwolennikiem ujawnienia tzw. raportu cząstkowego rosyjskiej komisji oraz osobiście jechał do Moskwy po stenogramy zapisów czarnych skrzynek i nalegał na ich natychmiastowe upublicznienie – jednoznacznie wskazuje, że jawność działań grupy rządzącej kończy się wraz z pojawieniem się zagrożeń dla rosyjskiej dezinformacji. Najwyraźniej też, wiara ministra rządu III RP w zdolności percepcyjne polskich obywateli, nie sięga tak daleko, by można było przedstawić społeczeństwu całość materiału, bez zawartych w nim „wskazówek” moskiewskich fachowców.
Pomocna w tak niezręcznej sytuacji okazuje się jednak tzw. metoda równej reprezentacji.  Trzeba przecież wykazać przed Polakami, że grupa rządząca nie ma nic do ukrycia, a rosyjskie materiały, w konfrontacji z działaniami polskich śledczych zasługują na wiarygodność.
W tym celu szef MSWiA wymyślił, że opinia publiczna pozna jedynie końcowy komunikat z prac ekspertów. Komunikat przedstawiony społeczeństwu nie będzie zawierał tych wszystkich elementów, „które są niezrozumiałe przez osoby bez tych kwalifikacji” – zapowiedział Miller.
Oznacza to, że mamy poznać to tylko, co zdaniem owych ekspertów i ministra Millera będzie zrozumiałe dla przeciętnego odbiorcy. Ponieważ można domniemywać, że chodzi tu o przeciętność na poziomie elektoratu grupy rządzącej, właściwie ukierunkowanego i zmanipulowanego – łatwo domyśleć się, jakie treści będzie zawierał końcowy komunikat i jakim językiem będzie sporządzony.
Jest to metoda o tyle skuteczna, że przez funkcyjne media zostanie przedstawiona w kontekście troski, jaką grupa rządząca wykazuje w sprawach etyczno - moralnych, by nie ujawniać „danych wrażliwych” i nie urażać uczuć rodzin ofiar smoleńskiej tragedii. Warto przypomnieć, że taką samą troską o „kwestie moralno-etyczne” wykazywała się szefowa rosyjskiej komisji MAK Tatiana Anodina, gdy zapowiadając przekazanie stenogramów z czarnych skrzynek twierdziła, że drugi z głosów słyszanych w kokpicie samolotu „ został już zidentyfikowany, ale ze względów etycznych, z uwagi na rodzinę, informacja, do kogo należał - nie zostanie na razie upubliczniona”.
Mając na uwadze dobre wzorce, jakimi kierują się członkowie grupy rządzącej, można być pewnym, że końcowym efektem kampanii dezinformacyjnej będzie teza, iż polscy piloci popełnili rytualne samobójstwo próbując lądować pod presją Prezydenta, a za śmierć 96 osób odpowiada Jarosław Kaczyński, który na dodatek nie poleciał tego dnia do Smoleńska i nie zechciał zginąć razem ze swoim bratem.

piątek, 23 lipca 2010

SAMOLIKWIDACJA

Od chwili objęcia władzy przez grupę PO-PSL było oczywiste, że nowy rząd nie jest zainteresowany projektem dywersyfikacji dostaw energii. Po odejściu Piotra Naimskiego z funkcji pełnomocnika ds. dywersyfikacji, Donald Tusk nie powołał już jego następcy. Za to w marcu 2008 roku w Ministerstwie Gospodarki, zarządzanym przez Waldemara Pawlaka doszło do samorozwiązania Departamentu Dywersyfikacji Dostaw Nośników Energii. Z szesnastu osób, które tam pracowały, piętnaście odeszło, bo rząd nie miał dla nich żadnych sensownych zadań. Wkrótce też przedstawiciele rządu zaczęli podważać sens projektów uniezależniających nas od Rosji podjętych za czasów PiS  i ogłosili chęć zacieśnienia współpracy z Gazpromem. 
Już wówczas stało się jasne, że grupa rządząca zrezygnowała nawet z pozorowania działań zmierzających do dywersyfikacji i postawiła na utrwalenie monopolu rosyjskiego. Kierujący ministerstwem wicepremier Waldemar Pawlak, wykazał tym samym godną podziwu konsekwencję, sięgającą lat 90-tych. To przed 15 laty, w dniu 18 lutego 1995 roku ustępujący już rząd Waldemara Pawlaka podpisał umowę gazową z Rosją. Na mocy tej umowy, na wyraźny wniosek Gazpromu i jego ówczesnego prezesa Rema Wiachiriewa, do firmy EuRoPol Gaz został włączony trzeci akcjonariusz, Gas-Trading, którego udziałowcem był Bartimpex Aleksandra Gudzowatego. Wówczas też ustalono strukturę Gas Trading, w którym 43 proc. udziałów należy do PGNiG, 36 proc. do Bartimpexu A. Gudzowatego i blisko 16 proc. do Gazprom Export.
Od tego zdarzenia minęło wiele lat, a przetasowania rządowo-mafijne w Rosji doprowadziły do powstania nowych układów i poszukiwania nowych sojuszników. Niezmienna pozostała zasada, iż ropa i gaz stanowi w polityce Rosji broń równie skuteczną, jaką w czasach Związku Sowieckiego były czołgi i rakiety Czerwonej Armii. Zgodnie z tą strategią – kontrakt i inwestycja gazowa jest zawsze elementem ekspansywnej polityki zagranicznej. Gdy zatem polski premier, we wrześniu ubiegłego roku stwierdził na wspólnej konferencji prasowej z Putinem, że „gaz w relacjach polsko-rosyjskich nie może być i nie powinien być przedmiotem polityki, a wyłącznie dobrze pojętego wspólnego interesu” –trudno o bardziej rażący przykład ignorancji i myślenia życzeniowego.
W imię tak pojmowanego interesu rząd Donalda Tuska przyjął zatem jako rzecz całkowicie naturalną, że jedno zdanie rosyjskiego premiera ma moc wiążącą. Przypomnę tę wypowiedź Władimira Putina z 2 września 2009 r: „W swoim czasie wybudowaliśmy system gazociągów przez Polskę i w porozumieniach międzyrządowych napisane jest, że własność tego systemu musi być podzielona między polską a rosyjską firmą 50 do 50 proc., a tu nagle się okazało, że fizyczna osoba z polskiej strony ma 4 proc., chociaż praktycznie w 100 proc. Gazprom finansował cały ten projekt. Nie chcę tutaj nikogo winić i myślę, że po prostu trzeba spojrzeć na korupcyjność tej decyzji”.
Skutkiem tej dyrektywy, było przyjęcie przez rząd Donalda Tuska wszystkich warunków nowej umowy gazowej z Rosją. Słowa Putina z września ub.r. wyrażały wolę, by rurociąg jamalski należał odtąd do Gazpromu i PGNiG, a spółka Gas Trading zniknęła z akcjonariatu EuRoPol Gazu – firmy zarządzającej polskim odcinkiem rurociągu. Do tej pory struktura własności EuRoPol Gaz wyglądała następująco: Gazprom – 48 %., PGNiG razem z Gaz Trading – 52 %, co miało dawać gwarancję, że spółka będzie reprezentować polskie interesy. Dotychczas też, jeśli zarząd EuRoPol Gazu nie podjął decyzji zwykłą większością głosów, o wyniku głosowania rozstrzygał prezes nominowany przez PGNiG. W myśl dyrektywy Putina – 50/50 - kluczowe decyzje mają odtąd zapadać na zasadzie jednomyślności, co faktycznie umożliwi Rosjanom forsowanie własnego stanowiska. Dotyczy to zwłaszcza kwestii wysokości opłat za transport gazu. Rosjanie domagali się bowiem, by opłaty były jak najniższe, i kwestionując taryfy zatwierdzane przez Urząd Regulacji Energetyki, od czterech lat nie uiszczali w pełni rachunków ustalanych według polskich taryf. Dług Gazpromu z tego tytułu wyniósł 410 milionów dolarów, czyli ponad 1,2 miliarda złotych. Na tę kwotę składa się 350 mln dolarów, których domagamy się od Rosjan z tytułu tranzytu w latach 2006 – 2009, oraz 60 mln dolarów z tytułu odszkodowania za gaz nie dostarczony w 2009 roku. Wykluczenie firmy Gas Trading z akcjonariatu EuRoPol Gazu nie powinno zatem leżeć w interesie Polski, a przyjęcie dyrektywy Putina skazuje nas de facto na dyktat Gazpromu i pełne uzależnienie w kwestii cen za dostawy gazu. Wspólny komunikat Gazpromu, PGNiG i „odzyskanego” przez Rosjan EuRoPol Gazu z 27 stycznia br. potwierdzał, że rząd Tuska skapitulował wobec wszystkich żądań Putina i przyjął narzucone przez Rosjan warunki. W komunikacie mówi się wyraźnie, że „zostały rozwiązane problemy przesyłu gazu, należącego do ОАО Gazprom, przez terytorium Rzeczpospolitej Polskiej i działalności spółki EuRoPol Gaz SA Strony uważają za uregulowane rozbieżności odnośnie opłaty stawki tranzytowej za przesył gazu rosyjskiego przez terytorium Polski w latach 2006-2009. W lutym br. rząd zgodził się na podpisanie umowy. O jej kształcie mogliśmy dotąd jedynie spekulować, bo treść uzgodnień została przed Polakami ukryta.
Pod koniec czerwca uchylono nieco tajemnicy i mogliśmy poznać przynamniej część z  ustępstw, jakich  grupa rządząca udzieliła Rosjanom. Okazało się, że stawki za tranzyt gazu, jakie Gazprom ma płacić Polsce są niższe nawet od stawek, jakie Rosjanie płacą reżimowi Łukaszenki.  Od marca br. za tranzyt 1 tys. m sześc. gazu na odległość 100 km Gazprom płaci Polsce równowartość 1,74 dol. Stawka uzgodniona na ten rok z Białorusią wyniosła 1,88 dol, a za tranzyt  rosyjskiego gazu przez Ukrainę Gazprom musi płacić aż 2,74 dol. Na tym nie kończy się szczodrość grupy PO-PSL wobec płk. Putina. Polska daruje Rosjanom dług w wysokości 180 mln dol. – tj. kwotę, jaką rzekomo Gazprom był winien spółce EuRoPol Gaz przez okres czterech lat niepłacenia prawidłowych stawek. W tym samym czasie zwołano w Warszawie walne zgromadzenie akcjonariuszy EuRoPol Gazu, do której należy tranzytowy gazociąg przez Polskę i zaplanowano zatwierdzenie bilansów spółki nie tylko za zeszły rok, ale także za lata 2006 – 2008. Wszystko po to, by umorzyć dług Rosjan.
W zamian za te ustępstwa Gazprom wyraził zgodę na zwiększenie dostaw gazu do Polski i przedłużenie kontraktu o 15 lat - do 2037 r.  Do podpisania umowy na szczeblu rządowym ma dojść wkrótce i jedną nadzieję na jej zablokowanie można upatrywać w postępowaniu Komitetu Europejskiego, który nadal sprawdza, czy rząd Tuska nie złamał europejskiego prawa, przyznając Gazpromowi ulgowe opłaty na tranzyt gazu i monopol na korzystanie z jamalskiej rury aż do 2045 roku. Jeśli KE nie zablokuje tych ustaleń, wkrótce możemy spodziewać się propagandowego odtrąbienia „sukcesu polskich negocjatorów” i podpisania umowy, pieczętującej nowe polsko-rosyjskie „pojednanie”, prowadzące do całkowitego uzależnienia III RP od  dyktatu Rosji.
Mocnym akcentem, potwierdzającym rezygnację grupy rządzącej z jakichkolwiek planów dywersyfikacji dostaw energii była, przeprowadzona bez rozgłosu likwidacja Zespołu do spraw Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego. Tego niemal symbolicznego gestu dokonał Donald Tusk zarządzeniem nr.39 z dn.14 czerwca br. Zespół, w skład którego wchodzili  premier, minister gospodarki oraz ministrowie: spraw wewnętrznych i administracji, spraw zagranicznych, finansów, skarbu państwa, infrastruktury, środowiska oraz sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych zajmował się m.in. opracowaniem polityki bezpieczeństwa energetycznego państwa, koordynacją działań organów administracji rządowej w zakresie polityki bezpieczeństwa energetycznego oraz przedstawiał propozycje inicjatyw dotyczących polityki bezpieczeństwa energetycznego na forum międzynarodowym. Posiedzenia zespołu zwoływano zwykle w czasie gazowych kryzysów na Wschodzie. Od tej reguły odstąpiono jednak pod koniec czerwca br., gdy Gazprom przykręcił kurek z gazem Białorusi i doszło do zakłóceń w tranzycie rosyjskiego gazu przez Białoruś do Polski. Odstąpiono – bo premier zespół zlikwidował.
Rzecznik rządu Paweł Graś nie potrafił wyjaśnić przyczyn tej decyzji, informując jedynie, że powstał nowy międzyresortowy zespół ds. realizacji polityki energetycznej Polski do 2030 r., którego skład świadczy jednak o znacznie niższej randze. Kieruje nim bowiem wicepremier Pawlak, a w jego składzie są m.in. ministrowie rolnictwa oraz nauki i szkolnictwa wyższego. W zespole nie ma nikogo ze służb specjalnych, próżno też szukać fachowców od bezpieczeństwa energetycznego.
Można powiedzieć, że decyzja Tuska była jak najbardziej słuszna. Szczególnie – w kontekście umowy gazowej z Rosją, uzależniającej nas do roku 2045 od dyktatu cenowego i surowcowego Gazpromu. W państwie, które dobrowolnie zrezygnowało z jednego z najważniejszych atrybutów suwerenności, jakim jest bezpieczeństwo energetyczne – utrzymywanie organów zajmujących się tym tematem, jest po prostu zbyteczne.
W tej sytuacji, wypada jeszcze poczekać na samolikwidację Rady Ministrów.



Artykuł opublikowany w nr.29/2010 Gazety Polskiej. 

poniedziałek, 19 lipca 2010

PARALIZATORY

Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki" – napisał przed laty Józef Mackiewicz. I dodał: „Słowa mają w komunizmie znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego”.
Łatwo zapominamy, że powrót do mechanizmów życia publicznego istniejących w  czasach PRL-u, oznacza przede wszystkim wykorzystanie słów, jako podstawowego narzędzia nadzoru nad społeczeństwem i najbardziej funkcjonalnego paralizatora.
Komuniści mieli swoje słowa – klucze, pozwalające na zafałszowanie rzeczywistości  i narzucenie Polakom semantycznego kłamstwa. „Działalność antysocjalistyczna”, „ekstremizm”, „wrogowie ludu”, „podważanie zasad ustrojowych”, „seanse nienawiści”, „trwałość sojuszy” – należały do określeń, za pomocą których zwalczano każdy objaw nieposłuszeństwa i przejawy wolnej myśli. Używano ich nie tylko w oficjalnej propagandzie, ale również jako norm prawa, definiując przy pomocy wielu tego typu określeń zagrożenia dla partyjnego monopolu. W komunistycznej strategii fałszowania rzeczywistości stosowane były powszechnie, jako kwantyfikatory postaw niewygodnych dla reżimu i etykiety definiujące „wrogów”.
Z tych samych metod korzystał przez lata układ III RP, oparty przecież na ciągłości personalnej i  „ideowej” z okresem komunizmu. Miano prekursora przysługuje Adamowi Michnikowi, którego określenia: „polski szowinizm”, „tępy, zoologiczny antykomunizm” „wrodzony antysemityzm”, „rusofobia” i wiele innych, na trwałe zdominowały myślenie tzw. elit, mocno podzieliły polskie społeczeństwo i posłużyły jako wyznacznik wykluczenia lub przynależności do establishmentu III RP. Prowadziły do trwałego naznaczenia przeciwników „historycznego kompromisu”, służąc również jako podstawowe argumenty w dyskusji publicznej.  
Były rodzajem semantycznego terroryzmu, stosowanego w obronie interesów grupy sprawującej władzę.
Istotą fałszu, tkwiącego w tych epitetach był fakt, że zachowania moralnie dobre (sprzeciw wobec komunizmu, mówienie prawdy, patriotyzm, pragnienie wolności) przedstawiano w nich jako rzeczy negatywne, nadając im tym samym znaczenie sprzeczne z elementarnymi normami etycznymi. To, co w każdej normalnej i zdrowej społeczności byłoby wyznacznikiem pożądanych, obywatelskich postaw i stanowiło zasadę budowania dobrego państwa – w III RP zostało sprowadzone do moralnego absurdu, stając się synonimem zagrożenia lub  kompromitacji. 
            Dziwię się zatem, że tak wielu z nas nie chce dziś zrozumieć, że cały przekaz medialny związany z tragedią smoleńską, liczne publikacje dziennikarskie i wypowiedzi polityków z grupy rządzącej korzystają z tych samych mechanizmów fałszerstw, jakimi posługiwali się komuniści i ich sukcesorzy. Medialna histeria po wypowiedziach Jarosława Kaczyńskiego, rozpętana według wszelkich reguł nagonki z lat PRL-u powinna nam uświadomić, że ten prostacki schemat „słów – paralizatorów” jest również dziś wykorzystany w obronie interesów grupy, która na narodowej tragedii chce umocnić i zbudować swoją pozycję. Za tą histerią kryje się intelektualne i moralne niedołęstwo ludzi, którzy liczą, że  społeczeństwo uwierzy im tylko dlatego, że  najgłośniej krzyczą.
Nie ma dnia, byśmy nie słyszeli zgodnego chóru mędrków oceniających Jarosława Kaczyńskiego i jego partię. Dywaguje się o „błędnej, twardej retoryce”, „powrocie do wojny politycznej”, „fałszywej przemianie”, „zgubnych emocjach”, „pobudzaniu pierwotnych instynktów polskich” itp. Począwszy od towarzyszy Kwaśniewskiego i Oleksego, poprzez polityków Platformy, po dziennikarskich wyrobników i tzw. publicystów, rozbrzmiewa głos ludzi zatroskanych o przyszłość Polski i dobro ugrupowania opozycyjnego.
Zaatakowane tym jazgotem społeczeństwo ma nabrać przekonania, że samo mówienie o tragedii smoleńskiej  jest przejawem politycznego szkodnictwa i awanturnictwa, a domaganie się od grupy rządzącej wyjaśnienia przyczyn tego zdarzenia, urasta do miana działalności sprzecznej z polskim interesem, godzącym w sojusze i idee pojednania.
Nikt oczywiście nie zapyta propagandowych mędrków: dlaczego stwierdzenie „zachowanie polskiego rządu w sprawie katastrofy smoleńskiej jest w najwyższym stopniu dziwne" – świadczy o „złych emocjach”, na jakiej zasadzie wezwanie, by Bronisław K. nie przenosił krzyża spod Pałacu Prezydenckiego, ma prowadzić do wywołania "totalnej wojny", dlaczego ocena zachowań grupy rządzącej po tragedii smoleńskiej ma kojarzyć się z „erupcją niebywałej frustracji i nienawiści polityka, który przegrał wybory”?
Nit nie pyta - dlaczego słowa Kaczyńskiego  - „"Jeśli Komorowski usunie krzyż, pokaże kim jest" mają nieść więcej złych treści od słów Donalda Tuska z 31 stycznia 2010 roku: „Wolałbym, żeby Kaczyński już nie był prezydentem, bo mi to przeszkadza w rządzeniu", czy deklaracji Bronisława K. „Póki jest ten prezydent, nie da się dobrze rządzić”?  Czy znajdzie się kazuista gotów wyjaśnić: dlaczego wola wyjaśnienia największej tragedii w najnowszej historii Polski ma prowadzić do „wojny”, czemu ma być „błędną strategią” i „eskalować konflikty”? Jaka norma etyczna pozwala uznać, że domaganie się prawdy stwarza zagrożenia dla państwa lub jest przejawem „politycznych obsesji”?
Pytania można mnożyć, bez nadziei na uzyskanie choćby jednej, racjonalnej odpowiedzi.
Bo też nikt takich odpowiedzi nie oczekuje; ani od Bronisława K., z premedytacją wzniecającego spór wokół krzyża, ani od członków tej ekipy – oddających sprawę śmierci polskich obywateli w ręce reżimu wsławionego ludobójstwem i mordami politycznymi. Ci sami moraliści, którzy z takim zapałem tropią wypowiedzi Kaczyńskiego, nie mają cienia odwagi, by ocenić słowa chamów z Platformy, napiętnować aferzystów lub dostrzec prawdę o postaci prezydenta - elekta.  Ośmieleni dyspozycją rządzących, ukryci w stadzie gęgaczy, rezonują te same brednie, według normy - „słów – paralizatorów”. 
Ten ciasny, ograniczony sposób erystyki, tuszujący nienawiść do wszelkiej odmienności myślenia i różnicy poglądów, cechuje umysłowość tzw. elit III RP.
Każde z fałszywych określeń, jakie uknuto wobec intencji Jarosława Kaczyńskiego ma skutecznie sparaliżować ludzi domagających się wyjaśnienia przyczyn katastrofy i uciszyć głosy opozycji.  Bez najmniejszych trudności wmówiono Polakom, jakoby prawda o śmierci naszych rodaków miała być groźna dla spokoju społecznego, zagrażać „debacie publicznej”, nieść zło i konflikty. Uprawnioną i konieczną w każdej demokracji krytykę rządzących, sprowadzono do „złych emocji”, „gry tragedią” lub przekraczania „cienkiej,  czerwonej linii”. To, co w każdym państwie należy do zakresu niezbywalnych praw obywateli, nazwano „politycznym awanturnictwem” i okrzyknięto zagrożeniem dla spokoju społecznego. Szczególnie groźnie brzmią słowa „przyjaciół” Jarosława Kaczyńskiego, nie szczędzących mu dobrych rad i krytyki za „błędną strategię”. Dobrze, jeśli świadczą tylko o głupocie - gorzej, gdy za tą retoryką kryje się zamiar manipulacji i wykorzystania „prawicowych autorytetów”. 
Ten sam semantyczny terroryzm, z którego komuniści uczynili narządzie swojej władzy, jest dziś użyty przeciwko słusznym dążeniom wielu milionów Polaków. Ma ich zastraszyć, podzielić i sklasyfikować, a gdy przyjdzie pora -  posłużyć jako „norma prawna” w rozpętaniu represji i prześladowań. Tylko krok dzieli histerię medialnych kunktatorów, demagogicznie piętnujących  każde dążenie do prawdy, od działań państwowych inkwizytorów, czyniących z kłamstwa smoleńskiego nadrzędną „rację stanu”.
Co zatem pozostaje? Jak obronić się przed neokomunistycznym terroryzmem, odwracającym podstawowe znaczenia słów i normy etyczne, gwałcącym nasze prawa i obowiązki?
Ulec mu nie wolno, bo sprowadzi nas do poziomu zakładników kilku pojęć – cepów – przyjętych jako dobrowolne ograniczenie dla słusznych dążeń i postulatów. Dyskutować z nim nie można, bo nie posiada żadnego potencjału racjonalności i operuje błędnymi schematami, sprowadzonymi do słów – wytrychów.  Tłumaczyć się przed nim nie trzeba, bo nie ma przymusu wyjaśniania rzeczy oczywistych, wobec ludzi głuchych na prawdę, a jedynym skutkiem tłumaczeń będzie „pułapka winy” zastawiona przez wytrawnych manipulantów.  Wreszcie - bać się nie można, ponieważ to właśnie lęk ma być głównym i obezwładniającym następstwem stosowania tej formy terroryzmu.

sobota, 17 lipca 2010

POLSKA ZA ZAMKNIĘTYMI OCZAMI

Rzetelna analiza, blisko trzyletniego okresu rządów obecnego układu musiałaby stworzyć obraz przerażający. Szczególnie dla tej części polskiego społeczeństwa, która zwiedziona medialnym fałszem uwierzyła, że politycy Platformy mogą zbudować nową, polityczną jakość. Tymczasem, zamiast deklarowanych „standardów” ujrzeliśmy pogardę dla prawa, ordynarne oszustwa i całkowitą degrengoladę – w wykonaniu najwyższych urzędników państwowych i partyjnych przyjaciół Donalda Tuska.  Polacy zapomnieli, że wielu ludzi Platformy wywodzi się z KLD – znanej w latach 90. partii „aferałów”, której krótki epizod udziału w rządach zakończył się licznymi procesami i wyrokami skazującymi dla czołowych działaczy.
Kwintesencją rządów Platformy w tym zakresie była tzw. afera hazardowa, gdy prawdziwym obliczem partii stała się spocona twarz Chlebowskiego, a językiem przekazu - prymitywne i pełne wulgaryzmów rozmowy partyjnych macherów.
Kazus afery hazardowej czy stoczniowej był możliwy ponieważ w rządzie Donalda Tuska panowało przyzwolenie na tego rodzaju praktyki, zbudowane na poczuciu aroganckiej bezkarności – ta zaś, wynikała ze świadomości zawłaszczenia wszystkich, newralgicznych miejsc życia politycznego i gospodarczego. W poczuciu tej bezkarności, podejmowano działania mające na celu zabezpieczenie finansowania partii, poprzez wpływy z gier hazardowych oraz uwłaszczenia na majątku upadających stoczni. Kontakty polityków PO z biznesem hazardowym, który w ogromnym zakresie jest własnością środowisk przestępczych i ludzi peerelowskich służb, nie byłyby możliwe, gdyby urzędujący premier nie rozmontował demokratycznych mechanizmów kontrolnych i nie oparł swoich rządów na środowisku wywodzącym się z tych służb.
Zwycięstwo wyborcze z roku 2007 otworzyło przed obecnym układem drogę do zagarnięcia jak największych obszarów władzy.  Fakt, iż aneksję rozpoczęto od służb specjalnych wskazuje na rzeczywiste mechanizmy rządzące III RP. Nie przypadkiem do służb wróciła „stara kadra” – Janusz Bojarski, Andrzej Barcikowski,  Marian Janicki, Leszek Elas czy Zdzisław Skorża Nie przypadkiem, priorytetem stało się przywrócenie wpływów żołnierzy i agentów zlikwidowanych WSI oraz reaktywacja układu stworzonego przez to środowisko.
Odtąd też, model funkcjonowania służb specjalnych – jako „zbrojnego ramienia” grupy rządzącej i wspornika gwarantującego nienaruszalność jej interesów, stał się „podstawą programową” ekipy Donalda Tuska.
Kolejne dwa lata upłynęły na umacnianiu prerogatyw „odzyskanych” służb, poprzez powrót do peerelowskich metod zarządzania bezpieczeństwem oraz na przejmowaniu spółek skarbu państwa i nielicznych, niezależnych jeszcze instytucji. Przejęcie nadzoru nad CBA ,pozwoliło na skupienie w rękach Platformy wszystkich mechanizmów kontroli antykorupcyjnej i otworzyło nieograniczone możliwości w zakresie „ręcznego”  sterowania prywatyzacją.
W wymiarze politycznym, proces ten mógł nabrać tempa po tragedii smoleńskiej, gdy śmierć prezydenta i dziesiątek towarzyszących mu osób otworzyła przed partią Tuska wiele, niedostępnych dotąd obszarów władzy. Symbolem tych bezwzględnych dążeń jest postać Bronisława Komorowskiego, który natychmiast po informacji o katastrofie, nim jeszcze potwierdzono śmierć prezydenta przystąpił do zawłaszczania uprawnień głowy państwa i obsadzenia wakujących stanowisk. IPN, NBP i urząd Rzecznika Praw Obywatelskich były ostatnimi, brakującymi ogniwami w łańcuchu totalnej władzy. Wbrew werbalnym deklaracjom marszałka, że „w obliczu śmierci prezydenta nie będę wchodził w jego rolę”, uczynił on wszystko, by jak najszybciej i najszerzej przejąć kompetencje tragicznie zmarłego prezydenta. Podpisanie przez Komorowskiego, w okresie pełnienia obowiązków aż 64 ustaw wskazuje na skalę władczych ambicji tego człowieka.
Jednocześnie, w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie zadbano o dalsze poszerzenie nadzoru nad społeczeństwem. W tym celu, grupa rządząca  nie respektując wyroku Trybunału Konstytucyjnego, przyznała nowe uprawnienia funkcjonariuszom „odzyskanego” Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Służbie udzielono kompetencji, o jakich nie śniło się nawet Mariuszowi Kamińskiemu.  Biuro ma odtąd zbierać bez żadnej kontroli dane o chorobach, przekonaniach politycznych i religijnych oraz preferencjach seksualnych obywateli. Jego działalność nie będzie się ograniczać do korupcji urzędników. CBA ma ścigać wszystkich i wszystkie rodzaje przestępstw, co pozwoli na wykorzystanie tej służby do dyscyplinowania „niepokornych” przedsiębiorców lub nazbyt aktywnych przeciwników politycznych.
 W tym samym obszarze działań, można umieścić decyzję Urzędu Komunikacji Elektronicznej, który bez żadnych zapowiedzi rozpoczął spis powszechny wszystkich Internautów w Polsce. Do 11 czerwca br. tzw. providerzy Internetu zobowiązani zostali do przekazania danych wszystkich swoich abonentów. Jak informuje UKE oficjalnym powodem ma być „rozpoczęcie procesu analiz lokalnych rynków usług dostępu szerokopasmowego do Internetu” . Nie mamy żadnej pewności, że dane te nie zostaną wykorzystane przez służby podległe rządzącym i nie posłużą do inwigilacji lub represji  wobec użytkowników Internetu. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że ten obszar aktywności obywatelskiej zdaje się stanowić ostatni bastion, niedostępny dla wpływów oficjalnej propagandy.
Obecny stan prawny już pozwala służbom na uzyskanie od operatora telekomunikacyjnego lub dostawcy Internetu tzw. logów, czyli rejestrów połączeń. Prawo każe przechowywać je operatorom przez dwa lata. Ustawa o policji stanowi też, w jakich przypadkach organa ścigania mogą prowadzić niejawnie tzw. kontrolę operacyjną, czyli np. podsłuch internetowy.
Ostatecznym akcentem, kończącym proces monopolizacji władzy jest wygrana Komorowskiego w wyborach prezydenckich.  Trzeba przy tym pamiętać, że przejęcie uprawnień prezydenta RP, było dla ludzi z grupy rządzącej celem nadrzędnym. Ten swoisty program „totalitarnych liberałów” można streścić w słowach, jakie Komorowski wypowiedział 13 listopada 2009 roku: „ Póki jest ten prezydent, nie da się dobrze rządzić”.
Stwierdził też wówczas: „Do wyborów prezydenckich trudne reformy będą leżały odłogiem, bo urząd prezydenta jest wielkim i skutecznym hamulcowym".
Warto zauważyć, jak deklaracje Komorowskiego stoją w jaskrawej sprzeczności z dywagacjami Donalda Tuska o „prezydenckich żyrandolach”, którymi szef rządu chciał zdezawuować rolę prezydenckiego ośrodka władzy i usprawiedliwić swoją rezygnację z ubiegania się o ten urząd. Pamiętając o wieloletniej kampanii nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego oraz ciągłego oczerniania i atakowania postaci prezydenta, trudno nie zauważyć, że dla ludzi Platformy zajęcie Pałacu Prezydenckiego stanowi spełnienie marzeń o władzy absolutnej. Również dla środowisk wspierających grupę rządzącą –od Urbana i Jaruzelskiego, po Wałęsę i Dukaczewskiego - postać prezydenta Kaczyńskiego była ostatnią „przeszkodą” w drodze do pełnej „normalizacji”.
Oczywiście – nie jest prawdziwa teza, jakoby w tej sytuacji grupa ta nie miała innego wyjścia, jak tylko przystąpić do realizowania wyborczych obietnic. Taka konieczność istniałaby wówczas, gdyby funkcjonowały jakiekolwiek mechanizmy kontrolne władzy, w postaci niezależnych instytucji, służb antykorupcyjnych lub wolnych mediów. Ponieważ mechanizmy takie nie istnieją, skutecznie rozmontowane przez Donalda Tuska,  a podstawowym atrybutem tych rządów jest osłona propagandowa ze strony wiodących mediów – nie należy spodziewać się, by przejęcie pełni władzy musiało obligować rządzących do podjęcia jakichkolwiek poważnych reform. Wystarczy medialna gra pozorami oraz skupienie uwagi społeczeństwa na tematach zastępczych, w tym, temacie podstawowym – generowaniu lęku przed powrotem PiS-u do władzy i nakręcaniem spirali nienawiści do Jarosława Kaczyńskiego.
Ta koncepcja była skuteczna przez ostatnie 3 lata, pozwalając grupie rządzącej na całkowitą bezkarność w zakresie odpowiedzialności za Polskę i za złożone wyborcom obietnice.
Jak każdy prosty zabieg socjotechniczny, oparty na manipulacji właściwej systemowi totalitarnemu, będzie nadal efektywna w społeczeństwie uzależnionym od przekazu telewizyjnego i powszechnego, bezkrytycznego przyjmowania dziennikarskich relacji. W połączeniu z nadzorem Internetu,  dziennikarską autocenzurą i przemilczaniem wiadomości niekorzystnych sprawi, że do świadomości Polaków nie przedostanie się żadna informacja, mogąca zaszkodzić propagandowemu wizerunkowi grupy rządzącej. 
Błędem również byłoby porównywanie obecnej sytuacji do tej, w jakiej znajdował się w roku 2006 Jarosław Kaczyński , będąc szefem koalicyjnego rządu i mając w Pałacu Prezydenckim sprzyjającego mu polityka. Różnica nie polega wyłącznie na fakcie, że Tusk stoi na czele rządu wyłonionego z dwupartyjnej koalicji i cieszy się propagandowym wsparciem medialnym. O wiele ważniejsza jest okoliczność, że grupa rządząca posiada wsparcie dwóch, najważniejszych  sił zewnętrznych, mających wpływ na politykę III RP – Rosji i Niemiec, ale też może liczyć na poparcie ze strony postkomunistycznej oligarchii, rozlicznej (nadal wpływowej) agentury oraz środowisk wojskowej i cywilnej bezpieki. Ponieważ to one, w ogromnym stopniu decydują o procesach politycznych i gospodarczych zachodzących w Polsce, o czym wielokrotnie mogliśmy przekonać się w ostatnich trzech latach – bezpieczeństwo i zakres władzy sprawowanej przez ludzi Platformy, jest nieporównywalnie większy, niż miało to miejsce z rządami w latach 2005/ 2006.
To głównie z tego powodu, wynika realna groźba totalnego zawłaszczenia życia publicznego i politycznego i sprawowania rządów w interesie wąskich grup społecznych, dla których pojęcia polskości czy patriotyzmu są całkowicie obce. Groźba, o tyle poważna, że gwarantem owego „paktu nad trumnami” ma być putinowska Rosja, której rozwiązania legislacyjne w zakresie zapewnienia nadzoru nad społeczeństwem, są dla obecnego rządu wzorem w procesie bondaryzacji Polski.
W wymiarze politycznym i historycznym oznacza to dążenie do pozornego „pojednania” z moskiewskimi „siłownikami”, nawet za cenę rezygnacji z prawdy o Smoleńsku i ograniczenia polskiej suwerenności.
Ten cel, tuż przed tragedią z 10 kwietnia wyraźnie wskazał Bronisław Komorowski, definiując „pojednanie” z Rosją jako „interes nas wszystkich” oraz mówiąc otwarcie o słowach Putina „niosących Polsce nadzieję”.
Jeśli zatem objęcie pełni władzy przez ludzi grupy rządzącej, nie będzie niosło korzyści dla ogółu społeczeństwa i nie należy liczyć na żadne, poważne reformy, można pytać: jak tego rodzaju władza zamierza zapewnić sobie nienaruszalność, czego możemy spodziewać się w najbliższej przyszłości?
Sądzę, że odpowiedzi na to pytanie można szukać w orwellowskiej wizji „Roku 1984”, gdzie pada stwierdzenie:
Jeżeli ktoś chce rządzić, rządzić nieprzerwanie, musi umieć burzyć w poddanych poczucie rzeczywistości”. Tu kryje się groźba największa, bo owo poczucie rzeczywistości nie jest niczym innym, jak prawdą o otaczającym nas świecie, trudnym do przecenienia darem należnym ludziom wolnym. Przygotowania, jakie poczyniono w ostatnich trzech latach mogą świadczyć, że uprawnienia służb specjalnych i innych organów państwa zostaną wykorzystane dla fałszowania obiegu informacji publicznych, działań dezinformacyjnych oraz poddania społeczeństwa nadzorowi. Władza – jaką dziś osiągnęła grupa rządząca Polską, stanie się nieusuwalna i totalna wówczas, gdy pozwolimy zburzyć prawdziwy obraz rzeczywistości i tchórzliwie zamkniemy na nią oczy.


Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” z 16 lipca  2010 r.

piątek, 16 lipca 2010

STRATEGIA NOŻYCZEK

W grudniu ubiegłego roku, w wywiadzie dla TVN Bronisław Komorowski zadeklarował: „Chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Okres konfliktu i braku współpracy z rządem.  i dodał – „Ten słynny meldunek: "Panie prezesie melduję wykonanie zadania", zaciążył nad całą prezydenturą”.
Gdy pragnieniu Bronisława K. stało się zadość i wkrótce on sam obejmie miejsce zabitego w Smoleńsku prezydenta, warto się zastanowić : jaka będzie prezydentura Komorowskiego i czego możemy się spodziewać po pierwszych decyzjach elekta?
Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, ponieważ nie sposób znaleźć w polskiej polityce bardziej skrajny przypadek, w którym werbalne deklaracje byłyby tak dalece sprzeczne z praktyką działania, jak casus Bronisława K. To zatem, co mówi ten człowiek rzadko odpowiada temu, co robi, a jeszcze rzadziej temu, co naprawdę myśli.
Kto jeszcze pamięta, że ów „mąż stanu” w marcu 2009 roku pytany o zastąpienie kandydatury prezydenckiej Donalda Tuska, żarliwie deklarował: „Nie dam się wmontować w sytuację, w której będę kontrkandydatem Tuska”.? I twierdził: „tylko wariat albo kanalia mógłby chcieć osłabiać szanse kandydata z tak dużym poparciem jak Donald Tusk”. Gdy w lutym 2010 Komorowski już oficjalnie wszedł w miejsce kandydata Tuska, (dla którego poparcie było równie wysokie jak w marcu 2009) można było zapytać – kto z osób decydujących o zmianie kandydata PO zasłużył na miano wariata lub kanalii?
Podobnie rzecz się ma z „programem” prezydentury Bronisława K. Nie przypadkiem, przez cały okres kampanii prezydenckiej kandydat PO posługiwał się wyłącznie propagandowymi banałami, z których „Zgoda buduje” urasta do symbolu jego cynicznej hipokryzji. Sytuacja ta wyraźnie wskazywała, że nie istnieje żaden własny program prezydentury Komorowskiego, a jej cele będą wyznaczane doraźnymi potrzebami środowiska politycznego stojącego za kandydatem.
Warto byłoby pamiętać, że po zamianie kandydatury Donald Tusk wyraźnie sugerował, że celem PO ma być słaba prezydentura, w której urząd ten (zwłaszcza w kontekście planowanych zmian w konstytucji) byłby wykonawcą poleceń centrum rządowego, a co najwyżej jego przedstawicielem. W tej koncepcji, miał to być tandem z bezsprzeczną dominacją premiera.
Taka wizja była sprzeczna z ambicjami Komorowskiego, który widział w prezydencie silny i niezależny ośrodek władzy, o realnych i mocnych uprawnieniach. W tej koncepcji nie było miejsca na sprowadzenie prezydenta do roli pomocnika i reprezentanta szefa rządu. Na początku kwietnia Komorowski złożył ważną deklarację:  Ja uważam, że w polityce wszelkie takie magiczne niby słowa o braterstwie, o przyjaźni i o miłości według mnie są nie na miejscu, bo stanowią pewien dysonans do tego, co jest treścią polityki.[...] Ale ja nigdy nie byłem podległy. Na tym podlega właśnie niezrozumienie istoty relacji między mną, a Donaldem Tuskiem. To zawsze były relacje partnerskie.”
Patrząc na pierwsze decyzje Komorowskiego po wygranych wyborach prezydenckich, można byłoby uważać, że mamy do czynienia z „wybiciem na niezależność” i procesem, w którym partyjny kandydat Platformy próbuje uwolnić się  spod kurateli Donalda Tuska.
W ten sposób media przedstawiają kontekst decyzji o powołaniu Jana Dworaka i Krzysztofa Lufta do KRRiT, nagłaśniając fakt, że kandydatura Lufta była autorskim pomysłem prezydenta elekta. Decyzja ta, podjęta w ostatnim dniu urzędowania Komorowskiego na stanowisku marszałka Sejmu miałaby rzekomo „burzyć plany PO”, która wcześniej już uzgodniła z PSL i SLD obsadę KRRiT i zatwierdziła nowy układ w mediach.
Nikt jednak nie wskazał, na czym miałoby polegać owo „burzenie”, skoro Dworak i Luft to ludzie od lat związani z PO. Ten pierwszy był członkiem partii do roku 2004, do czasu gdy objął posadę prezesa TVP, ten drugi zaś zrezygnował z członkostwa w Platformie dopiero w roku 2008, gdy  został szefem biura prasowego Sejmu. Obaj do dnia nominacji służyli swojej partii i trudno nazwać ich inaczej jak „ludźmi PO”. Obsadzenie nimi wakujących stanowisk w Krajowej Radzie leży w sposób oczywisty w interesie Platformy i jest częścią projektu zawłaszczenia mediów publicznych przez tę partię.
Nominacja dokonana przez Komorowskiego, jest, co najwyżej kolejnym przykładem hipokryzji tego człowieka, który jeszcze przed miesiącem perorował o  potrzebie „odpolitycznienia władztwa w mediach publicznych". . Gdy w połowie czerwca Sejm i Senat odrzuciły sprawozdanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji za ubiegły rok, ówczesny marszałek zapewnił, że Platforma "nie chce przejąć mediów publicznych, ani ich likwidować”.
Czemu zatem służą dywagacje medialnych mędrków, wieszczących rzekomą niezależność Komorowskiego od partii, która stworzyła i wylansowała tę postać? Czy rzeczywiście można wierzyć, by Bronisław K. był zdolny do samodzielnego sprawowania urzędu prezydenta?
Pierwszym celem takich niewiarygodnych tez wydają się względy propagandowe. Mamy przecież do czynienia z człowiekiem, który od zawsze stawiał zarzut „upartyjnienia” prezydentury Lecha Kaczyńskiego, upatrując w żartobliwym „meldunku” o wykonaniu zadania rzeczywisty zamiar prezydenta.
To Komorowski w listopadzie 2009 roku wyznał: „Póki jest ten prezydent, nie da się dobrze rządzić” i nazwał Lecha Kaczyńskiego „wielkim i skutecznym hamulcowym”, obarczając go odpowiedzialnością za brak reform. Zdaniem Komorowskiego „dobre rządzenie” dopiero wówczas miało być możliwe, „gdy nowym prezydentem zostanie ktoś, kto będzie wspierał modernizację Polski i brał na siebie cząstkę odpowiedzialności za trudne decyzje”.
W interesie samego Bronisława K. i stojącej za nim grupy rządzącej leży więc stworzenie takiego obrazu nowej prezydentury, który można by przeciwstawić medialnemu wizerunkowi Lecha Kaczyńskiego – rzekomo uzależnionego i lojalnego wobec PiS-u.
Druga przesłanka jest bardziej złożona i by ją wskazać, warto odwołać się do opisanych w książce Anatolija Golicyna „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji” taktyk sowieckiej dezinformacji. Chodzi o metodę, którą Golicyn nazywa „strategią nożyczek”, wskazując na przykład zaplanowanego i precyzyjnie przeprowadzonego rzekomego rozłamu chińsko-sowieckiego, który umożliwił w praktyce  tym dwóm komunistycznym potęgom pomyślne prowadzenie podwójnej polityki zagranicznej, w ścisłym wzajemnym skoordynowaniu, niedostrzegalnym dla państw Zachodu.
W kontekście psychologicznym, można tę strategię porównać do znanej koncepcji „dobrego i złego gliniarza”, w której jeden gra przysłowiowym „kijem”, drugi zaś oferuje „marchewkę”, a delikwent ma być przekonany, że ten „dobry” działa w jego interesie.
Można się spodziewać, że prezydentura Bronisława K. będzie rozgrywana według takich właśnie zasad, przy zastosowaniu ukrytej „strategii nożyczek”. Jest to koncepcja niezwykle korzystna dla ludzi samej Platformy i środowisk stojących na jej zapleczu. Pozwala bowiem na usprawiedliwianie niepopularnych decyzji czy tuszowanie nieróbstwa i błędów, poprzez  rozgrywanie  rzekomych konfliktów na linii Pałac Prezydencki – rząd. Mając w ręku wszystkie, najważniejsze narzędzia władzy, środowiska te nie mogą przecież forsować obrazu monolitu, który mógłby zostać wykorzystany przez opozycję do rozliczania grupy rządzącej z wyborczych obietnic. O wiele korzystniejsze jest stworzenie mitu o dwóch, niezależnych, a czasem skonfliktowanych ośrodkach czy generowanie rzekomych sporów. Czasem więc „dobrym gliniarzem” będzie Bronisław K. broniąc np. darmowych świadczeń zdrowotnych, innym razem Donald Tusk, proponując korzystne dla społeczeństwa rozwiązania i nie mogąc ich wprowadzić z powodu sprzeciwu prezydenta. Pomiędzy tak działającymi „nożycami” znajdzie się nieświadome gry społeczeństwo, skazane na oceny funkcyjnych mediów.
Ponieważ najbliższym celem Platformy jest wygranie przyszłorocznych wyborów parlamentarnych, do tego czasu można się spodziewać gry na „niezależną” lecz złą prezydenturę Komorowskiego, na której tle będą punktowane rzekome osiągnięcia rządu. Gdy cel zostanie osiągnięty, pozostanie jeszcze 4 lata na budowanie pozycji prezydenta - tak, by zapewnić mu reelekcję.
Rozgrywanie rzekomych antynomii w interesie grupy rządzącej nie jest niczym nowym w strategii sprawowania władzy. Na tej samej zasadzie stworzono mitologię „twardogłowych” i „liberalnych” komunistów, by po zamordowaniu księdza Jerzego posłużyć się fałszywą tezą o prowokacji tych pierwszych wobec „liberałów” Jaruzelskiego i Kiszczaka i otworzyć drogę do „historycznego kompromisu” z wyselekcjonowaną opozycją.
Istota „strategii nożyczek” sprowadza się zawsze do pozorowania rozbieżnych sytuacji, generowania sztucznych konfliktów i pozorowanej gry „dobra” ze „złem”. Końcowy efekt jest zawsze korzystny na globalnych interesów grupy rządzącej.
Myślę, że jedyną, autentyczną decyzją Bronisława K ., podjętą otwarcie w ramach  wspólnego interesu środowiska Platformy była zapowiedź usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego i tę decyzję należy uważać za wyznacznik przyszłej prezydentury. Kumulują się w niej wszystkie lęki ale też dążenia środowiska, które doprowadziło do zastawienia „pułapki smoleńskiej”, a z ukrywania prawdy o tragedii i pamięci o jej ofiarach uczyniło swoją „rację stanu”, sprzężoną z interesem putinowskiej Rosji.
Symbolika tej decyzji, nawiązującej do najgorszych tradycji totalitarnych wyraźnie wskazuje, w jakim obszarze „nożyce” tej prezydentury mają przeciąć Polskę.


Artykuł opublikowany w nr.28/2010 Gazety Polskiej

 

środa, 14 lipca 2010

FUNDAMENT. RZECZ O NIENAWIŚCI.

Ruchy i systemy totalitarne wszelkich odcieni potrzebują nienawiści nie tyle przeciw zewnętrznym wrogom i zagrożeniom, ile przeciwko własnemu społeczeństwu; nie tyle, by utrzymać gotowość do walki, ile by tych, których wychowują i wzywają do nienawiści, wewnętrznie spustoszyć, obezwładnić duchowo, a tym samym uniezdolnić do oporu. Nieustające, bezgłośne, lecz całkiem jasne orędzie powiada: „Wy jesteście doskonali, tamci są zgnili ze szczętem. Już dawno żylibyście w raju, gdyby złość waszych wrogów nie stała na przeszkodzie” – pisał w latach 70. Leszek Kołakowski. Nie mógł wiedzieć, że 40 lat później, tymi samymi słowami będzie trzeba opisywać środowisko, stosujące nienawiść jako główną broń polityczną.
Kwintesencją orędzia nienawiści, o którym mówił Kołakowski były  słowa Bronisława K. z 13 listopada 2009 r.: „Póki jest ten prezydent, nie da się dobrze rządzić” i twierdzenie: „do wyborów prezydenckich trudne reformy będą leżały odłogiem, bo urząd prezydenta jest wielkim i skutecznym hamulcowym".
A przecież ...już dawno żylibyście w raju...
Pogłosem tego orędzie był tytuł, jakim „Niezawisimaja Gazieta” w dniu 13 kwietnia opatrzyła swój artykuł o tragedii smoleńskiej :"Katyńska kość niezgody w relacjach Warszawy i Moskwy zostanie pochowana razem z prezydentem Lechem Kaczyńskim".
Ataki pełne nienawiści, należały do stałego repertuaru wystąpień Bronisława K.. Trudno, w zasadzie znaleźć wypowiedź tego człowieka, w której nie oczerniałby Lecha lub Jarosława Kaczyńskich, Antoniego Macierewicza, czy któregoś z polityków PiS. Pamiętamy słowa „jaka wizyta, taki zamach”, czy wypowiedziane na trzy miesiące przed smoleńską tragedią życzenie „chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego”. Pamiętamy „popłuczyny endeckie, które szkodzą Polsce”, „ekipę oszalałą na punkcie nienawiści do WSI”, czy „sektę wierzącą w politycznego szatana” i Polskę w rękach drobnych cwaniaczków, drobnych pijaczków, którzy sięgają po najwyższe funkcje”.
A wszystko po to, bo – „wy jesteście doskonali, tamci są zgnili ze szczętem”.
W głoszeniu tego orędzia Bronisław K. nie był osamotniony. Od dnia przegranych wyborów parlamentarnych w roku 2005 i osobistej porażce Tuska w wyborach prezydenckich, jedynym czynnikiem integrującym środowisko Platformy stała się nienawiść do wszystkiego, co związane z partią Kaczyńskich. Ludzie PO, żyjący w ideowej pustce musieli znaleźć formułę, która pozwoliłaby im dotrzeć do społeczeństwa. Gdy nie można przedstawić koncepcji pozytywnej, pozostaje odwołanie do negatywnych skojarzeń i najniższych instynktów, tworzenie fałszywych obrazów, irracjonalnej niechęci i lęków. Na tym lęku zbudowano „pozycję startową” Platformy Obywatelskiej, wmawiając społeczeństwu, że wybór Tuska i spółki uchroni Polaków przed straszliwą katastrofą „kaczyzmu”.
Stosunek do braci Kaczyńskich, wynikał w równej mierze z ambicjonalnej traumy, jakiej doświadczył Donald Tusk po przegranych w 2005 roku wyborach prezydenckich oraz z niemniej mocnego uczucia nienawiści i strachu widocznego u Bronisława K., obawiającego się publikacji treści aneksu do Raportu. Wielu innych polityków PO, biznesmenów, dziennikarzy i ludzi życia publicznego, po likwidacji WSI odczuwało zagrożenie możliwością ujawnienia ich kontaktów i interesów prowadzonych pod dyktando wojskowej bezpieki. Wkrótce więc, nagromadzenie pod szyldem Platformy wszelkiego rodzaju renegatów, frustratów i „skrzywdzonej” rządami PiS-u agentury, uczyniło z tego środowiska istny skansen agresywnych, twardogłowych typów, złączonych wspólną nienawiścią i żądzą odwetu. Propagandowe hasło o „partii miłości”  - rozpowszechniane w przekazie medialnym wyraźnie wskazywało, z kim mamy do czynienia. Definicję  tego stanu, przed wielu laty przedstawił Mirosław Dzielski, przypominając, że „nienawiść przebrana w szaty miłości i wierząca na dodatek szczerze, że jest miłością – oto czym jest socjalizm.”
            Można dojść do słusznego wniosku, że od 2005 roku jedyną idee fix środowiska Platformy, „credo” wokół którego się integrowano była polityczna antynomia wobec PiS-u , przybierająca z czasem postać patologicznej nienawiści.  Na totalnej krytyce IV RP zbudowano przecież całą retorykę przekazu.
Ta prawda jest szczególnie widoczna w wypowiedziach głównego „ideologa” środowiska PO – Andrzeja Olechowskiego, które słowa wyznaczały kierunki działań tej partii i dyscyplinowały opornych działaczy. W wywiadzie dla “Newsweeka”, z października.2007 r. można przeczytać, że „Olechowski wspiera powyborczą współpracę Platformy z LiD. Ale nie jest bezkrytyczny wobec szefostwa PO. Ma za złe Donaldowi Tuskowi, że zgodził się na wybory zamiast rozliczać rządy PiS w komisjach śledczych. - Najpierw trzeba było sprawdzić, czy miejsce Kaczyńskich jest w wielkiej polityce czy w kryminale” – mówił wówczas Olechowski. Metoda gróźb : „Jeśli Platforma nie sprosta temu oczekiwaniu, trzeba będzie stworzyć inną partię” i pochwał „Przestałem się odzywać, gdy doszedłem do wniosku, że jestem zadowolony z programu.(…) Uważam, że między innymi dzięki mojej interwencji Platforma pożegnała się z projektem IV RP” – miała doprowadzić tę partię do jedynie słusznego programu – nienawiści wobec wszystkiego, co w najmniejszym stopniu kojarzy się z  IV RP i przypomina o potrzebie budowania silnego, niepodległego państwa.
Dlaczego nienawiść? Niech odpowie Kołakowski:
Potrzebują jej nie tylko, by zapewnić sobie pożądaną gotowość do mobilizacji i nie tylko, a nawet nie głównie po to, by skanalizować, przeciwko innym obrócić i tak we własną broń przekuć ludzkie zrozpaczenie, beznadziejność i nagromadzone masy agresywności. Zapotrzebowanie na nienawiść wyjaśnia się tym, że niszczy ona wewnętrznie tych, co nienawidzą, że czyni ich bezbronnymi wobec państwa, że równa się duchowemu samobójstwu, samozniszczeniu, a przez to wydziera korzenie solidarności również między tymi, co nienawidzą”.
„Zapotrzebowanie na nienawiść” prowadzi do dezintegracji państwa, do jego systematycznej lecz nieuchronnej likwidacji. Dlatego „ideolog” Olechowski nauczał:
Silne państwo i partia obywatelska wzajemnie się wykluczają. Postulat silnego państwa może przynosi popularność, ale nigdy nie uznam go za swój.(…) Współczesny człowiek potrafi zrobić sam, z sąsiadami lub np. z kolegami z tego samego zawodu bardzo wiele i z każdym pokoleniem coraz więcej. Nie potrzebuje do tego państwa. Dlatego działania na rzecz rozbudowy i wzmacniania państwa są marnowaniem pieniędzy obywateli.”
Jakkolwiek byśmy nie definiowali poszczególnych elementów programu, zwanego „IV RP” – jego podstawowym wyznacznikiem jest postulat silnego państwa – jako gwarancji rozwoju wolnego społeczeństwa. 
Oparcie całej koncepcji istnienia Platformy na antynomii do PiS-u i nienawiści do uosabiających ideę IV RP braci Kaczyńskich, musiało zatem prowadzić do niszczenia i dezintegracji struktur państwa, do zrywania  więzów społecznych , tworzenie trwałych i coraz głębszych podziałów, walki z pamięcią, propagowania zachowań antypaństwowych i amoralnych, brutalizacji języka politycznego. Tych zaś, którzy byli wyznawcami tej antynomii miało prowadzić do niewoli, „duchowego samobójstwa i samozniszczenia”.
To dlatego tak wyraźnie odczuwamy, że bez PiS-u , bez braci Kaczyńskich środowisko Platformy nie potrafiłoby zbudować  żadnego „pomysłu na rządzenie”. Nie istniałby Janusz P., Stefan N., czy Andrzej W. Bez tej nienawiści, nie byłoby czystek w służbach specjalnych, afery marszałkowej, zbliżenia z putinowską Rosją, a wreszcie  - pułapki smoleńskiej. Bez niej – nie zaistniałaby prezydentura Bronisława K., a on sam nie miałby nic do powiedzenia. Cała logika tej prezydentury, została zbudowana na nienawiści i pogardzie dla „zgniłych ze szczętem”.
Sądzę, że nawet po 10 kwietnia niewielu Polaków ma świadomość, że tego destrukcyjnego „programu nienawiści” nie zatrzyma już żadne zdarzenie polityczne, wybory, apele, ani narzędzia demokracji. Gdy Jarosław Kaczyński, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział: „będziemy wzywali do tego, by język agresji zniknął ze sceny politycznej” i przypomniał  o nadal aktualnej propozycji: skończmy z wojną i nienawiścią, można z całą pewnością przyjąć, że nie spowoduje to najmniejszych zmian w zachowaniu grupy rządzącej.
Przeciwnie – od 7 lipca spirala nienawiści będzie się nakręcała jeszcze szybciej, bo ludzie regulujący ten mechanizm są dziś coraz bliżsi osiągnięcia celów i nie muszą już ukrywać się za parawanem politycznych patronów.
Pora chyba zrozumieć, że wyrzeczenie się agresji przez środowisko Platformy lub rezygnacja z języka nienawiści nie jest i nigdy już nie będzie możliwe. Musiałoby bowiem doprowadzić do unicestwienia  tej grupy, do jej rzeczywistej samolikwidacji, poprzez pozbawienie jedynego, stałego fundamentu. 

niedziela, 11 lipca 2010

KOLEJNE OFIARY TRAGEDII SMOLEŃSKIEJ

Jedna z pierwszych decyzji prezydenta-elekta dotyczy usunięcia krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. „Pałac Prezydencki jest sanktuarium państwa. Krzyż, co było zrozumiałe, postawiono w nastroju żałoby, lecz żałoba minęła i trzeba te sprawy uporządkować” – uznał Bronisław K. i zapowiedział, że krzyż zostanie przeniesiony w inne miejsce.
Nowy marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna w pierwszym wywiadzie po wyborze zaanonsował, że będzie rozmawiał z klubem PiS w sprawie „problemu” - zdjęć ofiar katastrofy, które wciąż znajdują się na sali plenarnej i zapowiedział, że będzie namawiał do ich usunięcia. Jednocześnie Schetyna uznał pomysł klubu parlamentarnego PiS o powołaniu zespołu, mającego badać przyczyny katastrofy smoleńskiej za "dziwny i niezrozumiały" i wyraził opinię, że  zespół sejmowy, który ma kontrolować, czy nadzorować prokuraturę - to jest absurd”.
Te decyzje, zdają się jasno wskazywać na intencje grupy rządzącej w sprawie tragedii smoleńskiej. Zapowiedź „uporządkowania” oznacza zamknięcie tematu na poziomie ustaleń putinowskiej komisji i kontrolowane wyciszanie  sprawy. Polacy mają zapomnieć, co wydarzyło się przed trzema miesiącami, zaprzestać stawiania pytań i uznać sprawę za zakończoną. Nawet pamięć o ofiarach 10 kwietnia będzie niosła treści groźne dla grupy rządzącej, zatem i jej przejawy muszą ulec ograniczeniu. 
W czasie najbliższych miesięcy wolno spodziewać się wzmocnienia kampanii medialnej, mającej wykazać prawdziwość wersji rosyjskiej, przy jednoczesnym przemilczaniu lub dezawuowaniu poglądów sprzecznych z tą wersją. Niewykluczone, że obrona „putinowskiej prawdy” zostanie uznana za quasi rację stanu, a jej podważanie,  jako szkodliwe dla idei pojednania będzie uważane za sprzeczne z interesami III RP. W tym zakresie, można spodziewać się wprowadzania mechanizmów cenzury Internetu, jako jedynego, niekontrolowanego źródła informacji. Przy wszystkich analogiach pułapki smoleńskiej ze zbrodnią katyńską, ta właśnie konstrukcja polityczna, zdaje się wskazywać najmocniej  na wspólny mianownik obu spraw i potwierdza obawy, że niektórzy, najważniejsi politycy III RP  mogą być zakładnikami kłamstwa smoleńskiego.
Reakcje grupy rządzącej wydają się również stanowić odpowiedź na słowa Jarosława Kaczyńskiego, wypowiedziane podczas wieczoru wyborczego, gdy kandydat przypomniał o poległych w katastrofie i „wielkim zadaniu, które jest przed nami, wielkich pytaniach, na które musimy odpowiedzieć”. „Zawiesiliśmy tę sprawę w trakcie kampanii, musimy uzyskać właściwą odpowiedź, w każdym wymiarze moralnym, politycznym i tym prawnym” – oświadczył Kaczyński.
Reakcje Bronisława K. i Grzegorza Schetyny współbrzmią też z wypowiedzią, jakiej  natychmiast po wystąpieniu Kaczyńskiego udzielił rosyjski wicepremier Sieriej Iwanow, który stwierdził, że „Rosja przekazała Polsce wszystkie materiały dotyczące okoliczności katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem” i dodał – „Nie mamy już niczego więcej do przekazania. Wszystko, co można było przekazać, zostało przekazane”. 
Jeśli ktoś uważa, że ta wypowiedź rosyjskiego polityka nie ma związku z wygraną Bronisława K. i słowami Jarosława Kaczyńskiego, zdaje się nie rozumieć, że od wielu miesięcy najważniejsze polskie sprawy są  obszarem dyplomatycznych i operacyjnych gier prowadzonych przez Federację Rosyjską. Rezonowanie tych gier, przez ludzi z grupy rządzącej jednoznacznie wskazuje na istnienie mocnych uzależnień i korelacji. W języku dyplomacji słowa Iwanowa oznaczają : nie mamy wam nic więcej do powiedzenia na temat śmierci waszych obywateli, musicie przyjąć to tylko, co wam daliśmy.
Jednak, nie polityczny kontekst tych zachowań wydaje się najważniejszy. Zdążyliśmy bowiem uzyskać aż nadto dowodów, że grupa rządząca Polską nie ma najmniejszego zamiaru doprowadzić do wyjaśnienia tragedii smoleńskiej i wykonuje w tym zakresie dyrektywy Moskwy. Tu zatem, nie należy spodziewać się żadnych działań w interesie Polski.
W cieniu oficjalnego przekazu dotyczącego 10 kwietnia oraz wspólnej  putinowsko-tuskowej kampanii dezinformacji, rozgrywa się dziś tragedia rodzin ofiar poległych pod Smoleńskiem.
To one, zdają się być następnymi ofiarami tej samej nienawiści, która zawiodła ich bliskich do smoleńskiej pułapki. O skali tej tragedii możemy się dowiedzieć jednie z nielicznych, zamieszczanych głównie w „Gazecie Polskiej” lub ujawnianych w Internecie informacji.
Nie rańcie rodzin bardziej, niż są okaleczone przez tragedię pod Smoleńskiem. Miejcie wzgląd na cierpienie, żałobę i kompletną ich bezsilność wobec ferowanych już wyroków o niezaprzeczalnej winie załogi” – apelowali przed kilkoma tygodniami członkowie rodzin, w odpowiedzi na nie mającą precedensu w państwach prawa kampanię fałszowania prawdy o przyczynach katastrofy. „Zapewniamy, że w każdej rodzinie, która 10 kwietnia 2010 roku straciła swoją Najważniejszą Na Świecie Osobę, jest naturalna potrzeba odpowiedzi na dziesiątki, jeśli nie setki pytań: co się stało, dlaczego spadł samolot, z którym nie miało prawa zdarzyć się nic złego, kto zawiódł, co zawiodło..” – mogliśmy przeczytać w liście.
Ci ludzie coraz mocniej utwierdzają się w przekonaniu, że państwo polskie nie chce wyjaśnienia okoliczności śmierci ich bliskich, że ta śmierć i jej przyczyny mają być odgórną dyrektywą grupy rządzącej  skazane na zapomnienie.
W maju br. Ewa i Marta Kochanowskie – żona i córka rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego, wyraziły to przeświadczenie w słowach – „państwo nas opuściło”. Opis praktyk stosowanych przez Rosjan i bezmiar indolencji strony polskiej powinien porażać.
Do dziś nie możemy pogodzić się jednak z tym, że śledztwo prowadzą Rosjanie. Straciliśmy parę prezydencką, zginęła elita naszego kraju i my nadal nic nie wiemy. Czujemy się opuszczone przez państwo, które właśnie w obliczu takiej tragedii powinno stać murem za swoimi obywatelami i o nich zadbać”. – powiedziała wówczas Marta Kochanowska.
Identyczne doświadczenia opisywała Małgorzata Wasserman, Andrzej Melak czy Beata Gosiewska. We wszystkich relacjach jest mowa o rażących błędach i złej woli Rosjan, we wszystkich też  mówi się o braku pomocy ze strony polskiego rządu, licznych zaniedbaniach i celowym utrudnianiu rodzinom dochodzenia swoich praw. Podczas pobytu w Moskwie i identyfikacji ciał, nie zapewniono tym ludziom elementarnej pomocy, narzucano im dyspozycje Rosjan, zabroniono otwierać trumny, dezinformowano, zastraszano i okłamywano. W Polsce pozostawiono ich samych ze wszystkimi problemami, skazując na rolę petenta i natręta wobec organów państwa. Najgorsze jednak, że zafundowano im plugawy i haniebny pokaz oszczerstw rozpowszechnianych masowo przez użyteczne kanalie, nazywające się dziennikarzami lub ekspertami, że urządzono im spektakl kłamstw na miarę sowieckich procesów pokazowych. Wszyscy – którzy w nim uczestniczą zasługują na najwyższą pogardę i powinni być traktowani, jak obcy Polakom funkcjonariusze putinowskiej Rosji.
Każda relacja ze strony członków rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy jednoznacznie wskazuje, że intencją Rosjan było ukrycie prawdy o zdarzeniu oraz zatracie śladów mogących podważyć propagandową wersję. Ten sam cel widać wyraźnie w działaniach grupy rządzącej. Magdalena Merta - żona Tomasza Merty, wiceministra kultury – jedna z założycielek Stowarzyszenia Katyń 2010 pytana przed kilkoma dniami o ocenę śledztwa smoleńskiego odpowiedziała:
To, co robi w sprawie katastrofy polski rząd i prokuratura, jest dla mnie niewiarygodne. Mam poczucie, że śledztwo jest prowadzone w taki sposób, żeby prawda nie wyszła na jaw. Ponieważ w swojej pracy zawodowej zajmuję się m.in. postępowaniami prokuratorskimi za czasów PRL, wiem, że prowadzono je właśnie w taki sposób, by nie ujawnić prawdy. I widzę, że w przypadku katastrofy smoleńskiej przyjęto metodologię do złudzenia przypominającą tę, która była stosowana do 1989 r. – robić wszystko, by nic nie wyjaśnić. I to widać też w sposobie, jak się nas traktuje.”
Prócz aspektu prawnego i politycznego sprawy, istnieje również jej przerażający kontekst moralny, który najmocniej powinien trafiać do wyobraźni odbiorców.  Dowodzi on, że nieludzka nienawiść nie tylko zawiodła 96 ofiar do smoleńskiej pułapki, ale nawet po ich zagładzie nie oszczędziła zwłok i nie wykazuje fundamentalnego szacunku wobec śmierci.
Mam na myśli nie tylko fakt okradania ofiar, czy pozostawienia ich szczątków na miejscu katastrofy, ale przede wszystkim sposób traktowania zwłok i niewiedzę rodzin, czy ciała przekazane im w zaplombowanych trumnach były rzeczywiście ciałami ich bliskich.
Wczoraj dowiedzieliśmy się, że rzeczy, w które miał być ubrany do trumny Przemysław Gosiewski, zostały z Moskwy odesłane do Polski. Garnitur, buty, koszulę i bieliznę odebrała z ż żandarmerii wojskowej Beata Gosiewska. „Ten skandal trzeba wyjaśnić, tylko nie wiem, kto może mi odpowiedzieć na podstawowe pytania, a zwłaszcza na to, czy mogę mieć absolutna pewność, że ciało mojego męża znajdowało się w trumnie” – mówiła wdowa po wicepremierze. 
O podobnych doświadczeniach poinformowała również Ewa Kochanowska, żona Rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego, twierdząc, iż: ”To, co się dzieje, można nazwać jednym słowem: skandal. W siedzibie żandarmerii wojskowej wskazałam rzeczy należące do męża, ale mi ich nie oddano, ponieważ stwierdzono, ze ktoś inny może je też rozpoznać jako własne. Teraz czekam, co dostanę od żandarmerii. Jeżeli okaże się, że wróci ubranie, w którym miał być pochowany mój mąż, to będę się domagała wszędzie, gdzie to tylko możliwe, wyjaśnień, dlaczego sprofanowano jego ciało”.
Rodziny ofiar chcą uzyskać odpowiedź, w co zostały ubrane do trumien ofiary katastrofy i czy prawdą jest, że niektóre z nich włożono do trumien bez ubrania.
Nawet najbardziej użyteczni propagandyści III RP, nie są w stanie uznać tego rodzaju informacji za przejaw „politycznych obsesji”, ani podważyć ich oskarżycielskiego charakteru wobec państwa.
Głosy rodzin ofiar trzeba dedykować tym wszystkim Polakom, którzy bez żadnej podstawy w faktach twierdzą jakoby „państwo polskie zdało egzamin ws. katastrofy smoleńskiej”. Według badań TNS OBOP taki pogląd ma podzielać 56 proc. społeczeństwa. Jeśli tak jest w istocie – trudno o mocniejszy dowód zidiocenia i podatności na manipulację.
Niczego w tym zakresie nie nauczyła Polaków tragedia rodziny Olewników, przez lata oszukiwanych, prześladowanych i pozbawionych pomocy  państwa, w której nowy rozdział kłamstw zapisał Donald Tusk. Nic nie zrozumieli ze śmierci inżyniera Stańczaka w Afganistanie, zamordowanego po skandalicznych słowach premiera, ani ze śmierci polskich żołnierzy atakowanych szczególnie zawzięcie po oświadczeniach Bronisława K. o zamiarze zakończenia afgańskiej misji. Do ofiar głupoty i nieudolności rządzących, po 10 kwietnia dołączyły ofiary nienawiści i złej woli.  Czy zatem trzeba, by każdego z owych 56 procent musiała dotknąć osobista tragedia, zawiniona przez grupę rządzącą, by zrozumiał  - z jakimi ludźmi i z jakim państwem ma do czynienia?
Dla mnie  - mówiła Magdalena Merta - wzorem działania jest rodzina zamordowanego Krzysztofa Olewnika, która – mimo niechęci władz – robiła wszystko, by tę sprawę wyjaśnić. Członków Stowarzyszenia Katyń 2010 oskarża się o „smoleńską obsesję”, a przecież gdyby nie ta nasza „obsesja”, w sprawie katastrofy panowałaby cisza. Zdaję sobie sprawę, że wyjaśnienie smoleńskiej tragedii może trwać latami. Wiem jedno: jeżeli mnie zabraknie, zajmą się tym moje dzieci.”
Za tę determinację i odwagę powinniśmy być szczególnie zobowiązani rodzinom ofiar, bo stanowi dziś jedyną nadzieję, że prawda o smoleńskiej tragedii zostanie do końca wyjaśniona.
Ale też – powinniśmy uczynić wszystko, by ludzie ci nie zostali skazani na los rodziny Olewników, by znaleźli wsparcie w tej wielomilionowej rzeszy Polaków, którzy chcą rozproszyć smoleńską mgłę i nie zgodzą się nigdy na „uporządkowanie” tajemnicy.



Źródła: