środa, 30 czerwca 2010

PUSTE NACZYNIE

Żadne brednie wypisywane „na gorąco” przez użytecznych publicystów nie zmienią faktu, że byliśmy świadkami jednej z najważniejszych chwil w całej kampanii prezydenckiej. Nigdy wcześniej, w tak bezpośredni sposób odbiorcy TV nie mieli okazji zobaczyć – na czym polega podstawowa różnica między Kaczyńskim, a Komorowskim.
Człowiek gruntownej wiedzy, operujący faktami i rzeczowymi argumentami rozgromił bełkotliwego, prymitywnego propagandystę. Z uśmiechem, godnym męża stanu.
Wszystko, co Komorowski miał do powiedzenia, zostało w jego pustej szklance i nawet najwierniejsi z funkcyjnych nie będą potrafili napisać – o czym mówił ten człowiek?
Być może Polacy, którzy nie poszli głosować w I turze wyborów, dostrzegą puste naczynie?

poniedziałek, 28 czerwca 2010

POD RĘKĘ Z KGB

Nerwowa reakcja kandydata Komorowskiego na słowa Jarosława Kaczyńskiego, iż o Białorusi „warto również rozmawiać z Moskwą” jest całkowicie zrozumiała. Podobnie, jak reakcje różnej maści komentatorów, upatrujących w słowach prezesa PiS jedną z najbardziej istotnych wpadek w kampanii prezydenckiej.
Można oczywiście nie pamiętać okoliczności, w jakich Łukaszenka doszedł do władzy w roku 1994, ignorować stałą tendencję zbliżenia Mińska i Moskwy, zapomnieć o powstałym w 1999 roku ZBiR-e , czy uważać za przypadek wspólne, rosyjsko-białoruskie manewry Zachód 2009 przy granicy Polski podczas których ćwiczono odparcie polskiego ataku na Białoruś i Rosję oraz stłumienie polskiej rebelii w Grodnie.
Można zapomnieć, że dla Rosji Białoruś ma ważne znaczenie geopolityczne, jako kraj tranzytowy między wschodem a zachodem, a  zbliżenie z Moskwą daje Łukaszence wsparcie finansowe oraz poparcie elit politycznych i biznesowych Rosji. Podobnie – można nie pamiętać, że tylko uzależnienie ekonomiczne od Moskwy pozwala funkcjonować byłej republice sowieckiej. Bez dostaw taniego gazu, kredytów, otwartego rynku rosyjskiego dla białoruskich towarów, gospodarka Białorusi upadłaby natychmiast. Ponadto kontakty z Rosją zmniejszają skutki izolacji międzynarodowej, a Moskwa jest jedynym liczącym się na świecie partnerem Białorusi. Bez wsparcia Rosji, Białoruś nie istniałaby na arenie międzynarodowej. Rosja jest więc bardzo atrakcyjnym i najważniejszym partnerem dla mińskiego satrapy.
Z konstatacji tego faktu, wynikały słowa Jarosława Kaczyńskiego – oczywiste dla każdego, kto nie zapomniał o satelickich stosunkach łączących Rosję i Białoruś oraz uznaje (również w polityce zagranicznej) zasadę, że miarą skuteczności jest trafne zdefiniowanie rzeczywistości.
Dlaczego zatem kandydat Komorowski uznał za „niebywały” pomysł, żeby z Moskwą rozmawiać o Białorusi? Pomijając tradycyjną hipokryzję najwierniejszego sojusznika Putnia, jako główny powód takiej reakcji można wskazać fakt, że grupa rządząca Polską od dawna  współpracuje z reżimem Łukaszenki, przy czym rodzaj tej współpracy jest znacznie groźniejszy, niż gdyby chodziło o oficjalne deklaracje polityczne. To, co wiemy o tej współpracy wskazuje, że odbywa się ona ponad głowami Polonii białoruskiej i dotyczy bezpośrednich kontaktów służb specjalnych Białorusi, Rosji i III RP.
Od chwili, gdy rządy przejęła koalicja PO-PSL, a szefem największej służby specjlamej został Krzysztof Bondaryk, można obserwować proces zacieśniania współpracy z „bratnimi” formacjami. Nie są to spektakularne zdarzenia, którymi ABW chciałaby się pochwalić, ale nawet zza zasłony tajemnicy możemy dostrzec istotne objawy tych działań.
Już w lutym 2008 roku, na portalu Kresy24.pl pojawiła się informacja, że polskie służby zrobiły prezent białoruskiemu KGB i wydały zakaz wjazdu do Polski Józefowi Porzeckiemu – wiceprezesowi zwalczanego przez Łukaszenkę Związku Polaków na Białorusi. Znający okoliczności sprawy informator twierdził, że polskie służby uległy sugestiom białoruskiego KGB na temat rzekomej „agenturalnej działalności” Porzeckiego. Nie zweryfikowano tych informacji i zaufano osobie, która je przekazała.
Nie był to pierwszy przypadek, kiedy polskie władze nagle „traciły zaufanie” do Porzeckiego. Pierwszy raz uznano go za osobę niepożądaną w 2000 r. w okresie rządów koalicji PSL-SLD. Dziwnym zbiegiem okoliczności stało się to wtedy, gdy po odejściu Tadeusza Gawina z funkcji Prezesa ZPB Porzecki był prawie pewnym kandydatem na nowego szefa Związku.
Informator portalu Kresy24.pl. zauważył, że „nie ulega wątpliwości, iż zakazując Porzeckiemu wjazdu polskie służby po raz kolejny zrobiły prezent KGB, uderzając w sam środek ZPB. Można tylko sobie wyobrazić jaką radość sprawiło białoruskim służbom podważnie zaufania do Porzeckiego w polskim środowisku na Grodzieńszczyźnie i jak destrukcyjnie wpłynie to na Związek”.Warto dodać, że wcześniej Porzecki był szykanowany przez polskie władze, a zakaz wobec niego zdjęto na jesieni 2005 roku, po dojściu do władzy PiS. Polskie MSZ przeprosiło wówczas działacza za dawne szykany, przyznając, że  wcześniejsza decyzja o zakazie wjazdu była całkowicie bezpodstawna. Po cofnięciu zakazu Porzecki wielokrotnie przyjeżdżał do Polski. Reprezentował ZPB, w towarzystwie Andżeliki
W opinii polskich działaczy na Białorusi, sprawa Porzeckiego mogła być swoistym sygnałem do władz w Mińsku, że w sprawie polskiej mniejszości w RB Warszawa jest skłonna pójść na ustępstwa. Polacy w  Grodnie byli wówczas oburzeni sytuacją. “Porzecki był wielokrotnie był przez władze aresztowany i skazywany, jaki to agent?” - pytali. „Taki patriota, w Grodnie znany i poważany... Jestem w szoku. Kto podejmuje podobne decyzje? To prowokacja wymierzona w Polaków na Białorusi. Tyle wycierpieliśmy od białoruskich władz, teraz przez swoich mamy cierpieć?” – mówił czołowy działacz ZPB Wiesław Kiewlak.
Można byłoby to zdarzenie uznać za incydentalne, gdyby nie informacja z listopada 2009 roku, mówiąca o tym, że z Polski do białoruskiego KGB wyciekły setki danych o transakcjach Białorusinów w naszym kraju, a białoruska bezpieka szantażuje tymi informacjami swoich obywateli i pracowników polskiego konsulatu w Grodnie, wzywając dziesiątki osób na przesłuchania. „W KGB oznajmiono mi, że prowadziłem działalność gospodarczą i uchylałem się od płacenia cła przy przewożeniu towarów z Polski - mówił grodnianin, który przez granicę woził wiertarki, obuwie, piły i kawę. Nigdy nie przekraczał zgodnej z prawem normy przewozu towaru. Jak każda tzw. mrówka, nadrabiał liczbą przejazdów. Zażądano od niego zapłaty zaległego cła. Wraz z karnymi odsetkami miało to być... 90 tys. dolarów. A wszystko dzięki dokumentom, które KGB uzyskało z Polski – pisała wówczas "Gazeta Wyborcza".
Nie mogąc ustalić winnych tego bezprawnego przecieku "Gazeta Wyborcza"  próbowała się dowiedzieć, czy polska instytucja, do której KGB zwraca się o dokumenty, powinna powiadomić o tym ABW.
"Instytucje państwowe nie mają takiego obowiązku" - odpisała rzeczniczka ABW ppłk Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska i dodała że "jeśli przedstawiciele wspomnianych instytucji stwierdzą, iż jakiekolwiek okoliczności takiej wymiany informacji mogą wiązać się z zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa bądź mają znaczenie z punktu widzenia ustawowych obowiązków ABW, mają obowiązek o takim fakcie poinformować".
Białoruscy rozmówcy "Gazety" opowiadali, że przesłuchujący ich funkcjonariusze KGB obiecywali umorzenie postępowania bądź rezygnację ze ściągania cła w zamian za informacje o polskich urzędach celnych. – „Interesowało ich, jak działa polski i białoruski urząd celny, czy ktokolwiek z celników po polskiej bądź białoruskiej stronie bierze łapówki. Kto się z kim przyjaźni” - opowiadał jeden z drobnych handlarzy.
Z kolei na przesłuchania do białoruskiej milicji finansowej (Departament Dochodzeń Finansowych Komitetu Kontroli Państwowej) wzywano też obywateli Białorusi pracujących w dziale wizowym Konsulatu Generalnego RP w Grodnie. Formalnym powodem były jakoby nieprawidłowości przy wydawaniu wiz. - Naprawdę chodziło o zastraszenie naszych pracowników - uważał jeden z konsulów.
Było zatem oczywiste, że białoruskie KGB wykorzystując dane przekazane przez polskie służby, działa przeciwko interesom i bezpieczeństwu Polski, a materiały te mogą posłużyć do typowych działań wywiadowczych. 
Trzy miesiące później potwierdzono, że Polska przekazuje białoruskiemu KGB informacje o transakcjach handlowych na terenie kraju, przeprowadzanych przez obywateli Białorusi, w tym polskiego pochodzenia. Do zaprzestania tej działalności wezwali rząd parlamentarzyści z sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą, występując do premiera z dezyderatem, by wstrzymać przekazywanie danych.
W grudniu 2009 roku media ujawniły wewnętrzny dokument wywiadu skarbowego, w którym funkcjonariusz tej służby opisywał, jak na żądanie przełożonych przekazał oficerom ABW wiadomości z baz danych ministerstwa skarbu. Zrobił to na wyraźne polecenie szefostwa, choć zgłosił wątpliwości dotyczące takiego działania. Tak bliska (choć bezprawna) współpraca nie może dziwić, bowiem od lat kolejni szefowie wywiadu skarbowego to osoby, których kariery są ściśle związane z ABW. W ten sposób ABW miała pozyskiwać informacje o przedsiębiorcach, którzy nie są objęci żadnym postępowaniem.
Warto też przypomnieć, że w styczniu bieżącego roku Rada Naczelna Związku Polaków na Białorusi  przyjęła w Iwieńcu treść listu do premiera Donalda Tuska. W liście m.in. napisano:
"ocieplenie relacji między Polską a Białorusią, które obserwujemy od kilkunastu miesięcy, nie przełożyło się wcale na polepszenie sytuacji mniejszości polskiej, czego świadectwem są prześladowania Polaków m.in. w Iwieńcu".
Miesiąc później ś.p.Maciej Płażyński szef Stowarzyszenia Wspólnota Polska oświadczył, że  oczekuje twardego stanowiska władz polskich, premiera i szefa MSZ, w sprawie przejęcia przez władze białoruskie należącego do Związku Polaków na Białorusi Domu Polskiego w Iwieńcu. Również prezydent Lech Kaczyński oczekiwał, że przedstawiciel rządu polskiego, minister Sikorski „w mocnych słowach przedyskutuje z szefem białoruskiej dyplomacji kwestię mniejszości polskiej na Białorusi” .
Wobec wcześniejszych działań grupy rządzącej i współpracy z białoruskim KGB,  szczytem cynizmu można nazwać wystąpienie Donalda Tuska z lutego br., gdy stwierdził, że „represje wobec Polaków na Białorusi są nieuzasadnione i skandaliczne". Spotkanie ministra Sikorskiego z Łukaszenką, z którym łączono nadzieje na poprawę sytuacji Polaków na Białorusi, w niczym nie pomogło Polonii, a potwierdziło jedynie, że ludzie Platformy nie zamierzają zaostrzyć kursu wobec reżimu. Niezależni białoruscy dziennikarze z portalu Karta - 97 dziwili się, że polski minister podczas spotkania nie poruszył kwestii łamania praw człowieka na Białorusi. W informacji zatytułowanej „Sikorski nie wiadomo w jakiej sprawie dogadał się z Łukaszenką" - portal krytykował polskiego polityka i zwracał uwagę, że Sikorski zajął się jedynie wąską kwestią polskiej mniejszości, nie wspominając o totalnym naruszaniu praw człowieka. Portal twierdził również, że spotkanie Sikorskiego z Łukaszenką wykorzystała białoruska propaganda, aby wmówić Białorusinom, że „między Polską a władzami w Mińsku nie ma i nigdy nie było żadnych konfliktów".
Warto jeszcze przypomnieć opinię Tomasza Pisula, prezesa fundacji Wolność i Demokracja, który w grudniu 2009 roku powiedział: „Kontakty polsko-białoruskie trwają od ponad roku, ale wszystko odbywa się w najwyższej tajemnicy. Trochę szkoda, bo jesteśmy państwem demokratycznym, wybieramy urzędników i powinniśmy wiedzieć o ich działaniach. W tym przypadku mam wrażenie, że ponad głowami Polaków w Polsce oraz na Grodzieńszczyźnie i ponad głowami Białorusinów powstają pewne fakty polityczne, które potem dość trudno będzie odkręcić, bo mają dalekosiężne konsekwencji”  i przypomniał  - „Wszyscy zabiegają o interesy narodowe. Natomiast w polskim MSZ panuje błędne przekonanie, że upominanie się o prawa mniejszości narodowej za granicą to przejaw zgubnego nacjonalizmu, który nie powinien mieć miejsca w Unii Europejskiej. Szkoda, bo inni nie mają takich wątpliwości”.
            Nie dziwi mnie pogląd Bronisława Komorowskiego i wtórujących mu komentatorów, jakoby rozmowy z Rosją o sytuacji Polaków na Białorusi miały być „pomysłem niebywałym”. Rządząca Polską grupa prowadzi bowiem politykę zbliżenia z reżimem Łukaszenki, o czym dobitnie świadczy współpraca służb specjalnych – politykę sprzeczną z interesem Polski i Polaków na Białorusi. Za rzekomą pragmatyką Komorowskiego stoi troska, by nie narażać „doskonałych” dla tej grupy relacji z putinowską Rosją, za cenę tak drobną, jak poprawa sytuacji Polonii białoruskiej.


Źródła:

niedziela, 27 czerwca 2010

PYTANIA DO KANDYDATA KOMOROWSKIEGO

Przed trzema miesiącami Bronisław Komorowski, w wywiadzie dla TVN odważnie zadeklarował: „przeciwnicy będą szukali na mnie haków, ale ja się prawdy nie boję, bo ta jest dla mnie korzystna”. Choć on sam i środowisko z nim związane straszyło Polaków „wojną” na haki”, zgromadzone rzekomo w „lochach” Kancelarii Prezydenta, nikt z przeciwników politycznych marszałka nie użył takiej broni i nic nie wskazuje, by miało to nastąpić.
Są za to liczne sprawy, z mniej lub bardziej odległej przeszłości kandydata Platformy, w których Polacy winni uzyskać wyjaśnienia ze strony Komorowskiego. 50 pytań, dotyczących tych spraw zadałem przed ponad miesiącem. Zostały one doręczone sztabowi wyborczemu kandydata, trafiły do mediów i w ręce samego Komorowskiego.
Reguły demokracji, na które wielokrotnie powoływali się ludzie Platformy nakładają na polityków obowiązek wyjaśnienia kwestii - szczególnie tych najbardziej kontrowersyjnych i trudnych. Wyborcom zaś udzielają bezspornego prawa do zadawania pytań i oczekiwania wyczerpujących odpowiedzi. Ta podstawowa zasada, ma gwarantować bezpieczeństwo i wolność aktu wyborczego, – czyli dokonywanie go w sposób świadomy, w warunkach pełnego dostępu do informacji o osobach kandydujących do miana reprezentantów narodu.
Bez spełnienia tych warunków – wolny wybór okaże się fikcją, a akt wyborczy erzacem demokracji.
Przez kilka tygodni oczekiwaliśmy, że Bronisław Komorowski zechce udzielić wywiadu dla blogerów Salonu 24, jak uczynił to wcześniej Jarosław Kaczyński i wielu innych kandydatów na prezydenta. Niektóre, z listy 50 pytań miały zostać wówczas zadane.
Niestety - dziś już wiemy, że marszałek Sejmu nie udzieli nam takich wyjaśnień i w żaden inny sposób nie zechce zadośćuczynić regułom demokracji. Ponawiam zatem kilka, istotnych pytań - również w tym celu, by deklaracja kandydata „ja się prawdy nie boję” pozwoliła wyborcom poznać prawdę o osobie Bronisława Komorowskiego.

                                                               

8. Z jakich powodów w roku 1991 awansował byłego szefa Zarządu WSW WOPK płk. Lucjana Jaworskiego na stanowisko szefa Kontrwywiadu Wojskowego?
W latach 80. płk. Jaworski, odznaczał się szczególną gorliwością w zwalczaniu opozycji, niszczył prasę podziemną, ścigał współpracujących z opozycją filmowców, tropił „obce pochodzenie” członków opozycji, zakładał podsłuchy, werbował agenturę. To na skutek jego działań w więzieniu znalazła się min. Hanna Rozwadowska, kierująca logistyką „Wiadomości”. Po nominacji na szefa KW, płk. Jaworski w latach 1991-93 prowadził działania operacyjne, skierowane przeciwko środowiskom opozycji niepodległościowej oraz przeciwko rządowi Jana Olszewskiego. Nadzorował również SOR „Szpak” – dotyczącą rozpracowania Radosława Sikorskiego.


18. W jaki sposób, podpisując w 2001 roku umowę zakupu wojskowych samolotów transportowych CASA (za 211 mln. dolarów) od hiszpańskiego koncernu EADS zabezpieczył kwestię serwisowania tych maszyn w Polsce?
W zamian za zamówienie spółki EADS CASA i Avia System Group kupiły wówczas większościowy pakiet PZL Warszawa-Okęcie. Miało tam powstać centrum serwisowe dla samolotów. Centrum to nigdy nie powstało, a samoloty musiały wszystkie przeglądy i naprawy przechodzić w Hiszpanii, co zwiększało koszty eksploatacji i ryzyko użytkowania maszyn. 25.02.2008 r., po katastrofie CASY (w której zginęło 20 oficerów WP) Prokuratura Wojskowa wszczęła śledztwo, w trakcie którego badano czy nie doszło do korupcji przy zakupie samolotów oraz kwestie związane z wyborem dostawcy, zawarciem umowy i jej aneksowaniem. Jak zakończyło się śledztwo w tej sprawie?

20. Czy prawdą jest, że w roku 2001, gdy był ministrem ON doszło do największej zapaści finansowej w wojsku polskim po 1989 roku?

21. Czy prawdą jest, że to wówczas wydatki majątkowe wynosiły 9,5% budżetu MON, zabrakło pieniędzy na żołd dla żołnierzy, kolejka kadry oficerskiej czekającej na mieszkanie wzrosła do 17 tys. osób, a eksport uzbrojenia spadł do 20 mln dolarów rocznie?

22. Czy prawdą jest, że w roku 2001 kwota 89 mln złotych, przeznaczona na zakontraktowanie nowoczesnych systemów bezpiecznego lądowania, z powodu kłopotów z negocjowaniem offsetu została niewykorzystana i zwrócona do państwowej kasy, a tym samym nie zrealizowano umowy offsetowej i nie wykonano zobowiązań wobec NATO?

24. Dlaczego, w ostatnich dniach urzędowania na stanowisku ministra ON w październiku 2001 r. wydał rozporządzenie o drastycznym obniżeniu zarobków żołnierzy jednostki GROM (miesiąc po atakach terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton) ?
Na skutej tej decyzji, w lutym 2003 r. odeszło z GROM 40 doskonale wyszkolonych żołnierzy (połowa składu jednostki). Koszt wyszkolenia jednego komandosa z tej jednostki to dwa miliony złotych. Osiągnięcie takiego poziomu wyszkolenia zajmuje 5 - 6 lat. Na emeryturę odeszli wówczas żołnierze w wieku 34 - 38 lat. Jakie były koszty tej decyzji dla budżetu MON?

30. Czy wiedział, że w 2004 roku płk. Aleksander Lichocki – oficer WSW/WSI podejrzewany o kontakty z wywiadem rosyjskim, przedstawiając się jako rzecznik prywatnych interesów Bronisława Komorowskiego oferował dziennikarzowi Leszkowi Misiakowi informacje o wypadku syna Komorowskiego Piotra, potrąconego w Warszawie przez auto znanego biznesmena? Czy jest mu wiadome: skąd Aleksander Lichocki posiadał szczegółową wiedzę o kulisach zdarzenia, skoro nie informowały o nim media?

37. Dlaczego, pełniąc obowiązki marszałka Sejmu przystał na propozycję płk. Aleksandra L. uzyskania nielegalnego dostępu do informacji stanowiących tajemnicę państwową i umówił się z nim w kwestii dalszych kontaktów?
W dniu 27.07.2008r., składając zeznania w Prokuraturze Krajowej w Warszawie w sprawie sygnatura akt PR-IV-X-Ds. 26/07 Bronisław Komorowski pod rygorem odpowiedzialności karnej zeznał: „Ja wyraziłem wstępnie zainteresowanie jego propozycją. Umówiliśmy się, że on odezwie się, gdy będzie miał możliwość dotarcia do tych dokumentów”.
Tym samym - pod pozorem zdobycia dowodów popełnienia przestępstwa przekroczył swoje uprawnienia i mógł naruszyć normę art. 231 § 1 kk, zastępując powołane do tego służby i organy państwowe, takie jak prokuratura lub Policja. Mógł także nakłaniać do popełnienia przestępstwa z art. 265 § 1 kk (gdyż dalsza część aneksu do raportu o WSI miała dopiero zostać zdobyta przez płk. Aleksandra L. i mu przekazana), działając przy tym na szkodę interesu publicznego, jaką spowodowałoby ujawnienie tajemnicy państwowej.

42. Z jakiego powodu w lutym 2008 roku stwierdził: „muszę zobaczyć aneks przed publikacją” i jakimi informacjami, potencjalnie zawartymi w aneksie był osobiście zainteresowany? (wypowiedź Komorowskiego dla prasy z 05.02.2008r.)

46. Dlaczego w swoich zeznaniach z dnia 27.07.2008r., złożonych w Prokuraturze Krajowej w Warszawie w sprawie sygnatura akt PR-IV-X-Ds. 26/07 pod rygorem odpowiedzialności karnej zeznał: „nazwisko Wojciecha Sumlińskiego kojarzę jedynie z prasy. Nie znam go osobiście”, podczas gdy w listopadzie 2008 roku Wojciech Sumliński składając wyjaśnienia przed sejmową komisją ds. służb specjalnych oświadczył, że spotykał się wielokrotnie z Komorowskim w roku 2007, a tematem ich rozmów był przygotowywany dla programu „30 minut" w TVP Info materiał o Fundacji Pro Civili?

43. Dlaczego w dniu 27.07.2008r., składając zeznania w Prokuraturze Krajowej w Warszawie w sprawie syg. akt PR-IV-X-Ds. 26/07 zataił istotną informację mogącą świadczyć, że działając wspólnie i w porozumieniu z Krzysztofem Bondarykiem (szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego), Grzegorzem Reszką (p.o. szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego), Pawłem Grasiem (zastępcą przewodniczącego sejmowej komisji ds. Służb Specjalnych) oraz płk. Leszkiem Tobiaszem (negatywnie zweryfikowanym oficerem b. Wojskowych Służb Informacyjnych) mógł starać się zdyskredytować członków Komisji Weryfikacyjnej kierując na nich podejrzenie o przestępstwo korupcji?
Jak zeznał płk.Leszek Tobiasz, na początku listopada 2007 r. doszło do jego spotkania z w/w osobami, a na spotkaniu poczyniono ustalenia w zakresie postępowania z członkami Komisji Weryfikacyjnej. Biorąc pod uwagę dalsze zdarzenia w zakresie szeroko zakrojonych działań wobec członków Komisji i jej pracowników można stwierdzić, iż poczynione ustalenia były realizowane przy udziale płk. Leszka Tobiasza, jako jedynego świadka w śledztwie w sprawie domniemanej korupcji w Komisji Weryfikacyjnej.
Poseł Paweł Graś oraz płk Leszek Tobiasz (jak wynika z informacji prasowych) zeznali, iż takie spotkanie miało miejsce. Fakt ten nie pojawił się natomiast w zeznaniach Bronisława Komorowskiego.



Całość pytań:

http://www.box.net/shared/iv7qs94m4k

sobota, 26 czerwca 2010

MACHIAVELLI Z BUDY RUSKIEJ – 2 ZAKOŃCZENIE.

Polsce potrzebna jest polityka oparta na rozwadze w działaniu, szacunku dla ludzi inaczej myślących i dostrzeganiu w politycznym przeciwniku partnera” – twierdzi w swojej „wizji” kandydat Komorowski i deklaruje:  Chcę budować  przestrzeń do obywatelskiej debaty nad najważniejszymi dla kraju sprawami, mobilizować środowiska polityczne, naukowe, eksperckie do wspólnej dyskusji nad wypracowaniem najlepszych rozwiązań dla polskiej rzeczywistości prawnej, gospodarczej, dla dobrobytu obywateli”. 1
Nie sposób pozostawić bez komentarza tych ewidentnych komunałów, oderwanych od rzeczywistości, dlatego warto pokazać, na czym polega „szacunek dla ludzi inaczej myślących ”oraz „dostrzeganie w politycznym przeciwniku partnera” w wykonaniu Bronisława Komorowskiego, a także,  jak w praktyce kandydat Platformy budował  „przestrzeń do obywatelskiej debaty”.
W poprzednim tekście wskazałem, w jaki sposób Komorowski praktykował zasady demokracji parlamentarnej i okazywał szacunek dla opozycji. W zgodnej opinii SLD i PiS –u
przez cały okres swojego marszałkowania Komorowski „kneblował usta posłom opozycji” i zachował się "w sposób niedopuszczalny", " łamiąc wszelkie zasady funkcjonowania”.
Choć sam należał do najbardziej zaciekłych krytyków i wielokrotnie piętnował rzekomo naganne praktyki poprzednich marszałków Sejmu, natychmiast po wyborze na to stanowisko pokazał, w jakim poważaniu ma własne słowa. Istotne ograniczenia, zapowiedział już przed oficjalnym wyborem na marszałka, gdy 26 października 2007 r. oświadczył, że należy uporządkować funkcjonowanie dziennikarzy w Sejmie i stwierdził, że „akredytacje do Sejmu powinni dostawać lepsi dziennikarze. - Żeby była lepsza informacja o pracach parlamentu.2
W styczniu 2008 roku „Dziennik” informował: „Marszałek Bronisław Komorowski głośno torpedował pomysł swego poprzednika Ludwika Dorna, by otoczyć Sejm płotem. Postawił jednak bardziej dotkliwe zapory - wewnątrz gmachu. Podtrzymał politykę restrykcji wobec dziennikarzy i na dobre zamknął sejmowe kuluary. Nowe rozporządzenie nie pozostawia wątpliwości: ograniczenia pozostają, a dostęp do posłów będą mieć tylko wybrani. [...]Teraz podczas posiedzenia Sejmu będzie mogło tam przebywać tylko 40 reporterów, a to skutecznie ograniczy dostęp do posłów. Przepustki są jednorazowe, wydawane w dniu posiedzenia, w dodatku trzeba będzie je każdorazowo zwracać do biura przepustek [...]zdaniem Jarosława Szczepańskiego, dyrektora biura prasowego Kancelarii Sejmu, liczba ta będzie mocno ograniczona. Przepustki będą wydawane w myśl zasady: kto pierwszy, ten lepszy”. 3
W oryginalny sposób marszałek rozumiał również wolność debaty na forum Sejmu, gdy w maju 2009 roku zabronił zorganizowania konferencji partii Libertas, wyjaśniając, że „ w Sejmie nie mogą lansować się ludzie wykluczeni przez społeczeństwo, o tym decydują wyborcy” i stwierdzając "Mam nadzieje, że długo nie zobaczę tu żadnego Libertasa" oraz "korytarz to dobre dla nich miejsce"  Oskarżony wówczas o „polityczne gangsterstwo”, Komorowski z właściwą sobie łagodnością odparował "Nie czuję się politycznym gangsterem, ale potrafię przyłożyć". 4
Dobrym przykładem rozumienia przez Komorowskiego kultury politycznej, szacunku wobec państwa i  partnerskich stosunków  może być fragment wywiadu z października 2008 roku, w którym Komorowski komentuje konflikt między prezydentem Kaczyńskim, a premierem Tuskiem. Chodzi o skandaliczne słowa premiera skierowane do prezydenta:
Konrad Piasecki: Panie marszałku, jak się panu premier mówiący do prezydenta: „Chcieć, to ty sobie możesz…”
Bronisław Komorowski: Po pierwsze, nie wiemy, czy było tak naprawdę.
Konrad Piasecki: Tak mówi prezydent, a prezydentowi należy wierzyć.
Bronisław Komorowski: Pan niech wierzy, ja niekoniecznie.
Konrad Piasecki: A premier nie zaprzeczył.
Bronisław Komorowski: Wie pan, to są już słowa wypowiadane w czasie konfliktu, w ostrej sytuacji i też jest to relacja jednej strony. Radziłbym w ogóle nie wnikać w to, co sobie tam panowie szeptali czy mówili. Niech będzie to ich sprawa. Natomiast zawsze należy odpowiadać na pytanie, kto zaczął? Zaczął pan prezydent i Kancelaria Prezydenta, wpychając się niepotrzebnie w politykę prestiżu prezydenckiego kosztem interesu państwa polskiego.” 5
Tego rodzaju retoryka, pełna nienawiści do politycznych przeciwników, oparta na prostackich i arogancki określeniach dominowała w całym słownictwie człowieka, który mami dziś Polaków hasłem „zgoda buduje”.
 "Jesteśmy w rękach drobnych cwaniaczków, drobnych pijaczków, którzy sięgają po najwyższe funkcje, także na poziomie regionów" - powiedział Komorowski w lutym 2007 roku w Sejmie, w sprawie dotyczącej wojewody mazowieckiego Wojciecha Dąbrowskiego,  o którym „Wprost” napisało, że zataił informację o zabraniu mu przez policję prawa jazdy za przekroczenie liczby dozwolonych punktów karnych. 6
W sierpniu 2007 roku Komorowski nazwał PiS „sektą wierzącą w politycznego szatana” . "Oni uwierzyli- perorował -  w to, że świat jest zły, ludzie są źli, zło jest silniejsze niż dobro. Taką wizję zaszczepili im bracia Kaczyńscy i ich najbliższe otoczenie”. [...] To ich zniszczy, przekształci w sektę wierzącą w politycznego szatana, i zepchnie na margines. [...] Oni sami się wykończą, choć przyznaję, że to trwa już dość długo”. 7
W lutym 2008 roku porównał środowisko braci Kaczyńskich i Porozumienia Centrum do komunistów, wspominając sprawę umorzenia 700 tys. zł długów PC 8 , a w kilka miesięcy później  wyraził opinię, że „poprzednia ekipa była oszalała na punkcie nienawiści do WSI”.
W związku z likwidacją WSI wyraził również „współczucie” dla prezydenta Kaczyńskiego, bo "pewnie nie będzie się dobrze czuł z wiedzą, że uczestniczył w łamaniu praw człowieka w Polsce".9
Nie cofnął się przed określeniem Jarosława Kaczyńskiego człowiekiem, „który sprzedał swój honor za 300 zł” i odmówił mu zdolności honorowych, za rzekomo fałszywe usprawiedliwienia nieobecności w Sejmie. W tym samym wywiadzie, z września 2008 roku znajdziemy skandaliczną opinię Komorowskiego na temat najważniejszej polskiej instytucji historycznej. Jest warta przytoczenia również z tego względu, że w swojej dzisiejszej „wizji” prezydentury Komorowski napisał m.in.: „Bez historycznej pamięci i świadomości naszych korzeni nie można zbudować społecznego ładu zakorzenionego w wartościach.”
Tymczasem w wywiadzie z 23.09.2008 roku marszałek Sejmu tak mówił o niezależnej instytucji historycznej i ludziach w niej pracujących: „Problem IPN, a nasz problem z IPN polega na tym, że w IPN nastąpiło zwichnięcie - tak samo jak w mediach publicznych - na jedną burtę. Tam szczególnie dużo mają do powiedzenia polityczni radykałowie, gdzieś spod znaku Antoniego Macierewicza i takie popłuczyny po endecji. Tam mamy do czynienia z przewagą radykałów, którzy rozwiązują jakieś polityczne, własne dylematy kosztem wielu innych osób, kosztem spokojnego badania historii. Takie popłuczyny endeckie, które szkodzą - wg mnie - Polsce.” 10
O kulturze politycznej Komorowskiego, ale też o jego rzeczywistym stosunku do kobiet (szczególnie w kontekście wyborczych umizgów i bredni o parytetach) niech świadczy wypowiedź ze stycznia 2009 roku, dotycząca chamskich słów, jakie przyjaciel Komorowskiego  Janusz Palikot wypowiedział na temat posłanki Grażyny Gęsickiej.
"Kobieta w polityce podlega takim samym regułom jak mężczyzna" – stwierdził w  Radiu ZET Komorowski. I wyprowadził z tego twierdzenia wniosek: Dlatego  Donald Tusk nie powinien przepraszać za słowa Janusza Palikota o "politycznej prostytucji" Grażyny Gęsickiej, byłej minister rządu PiS.” 11

Prawdziwe oblicze Komorowskiego znamy również ze słów Jerzego Szmajdzińskiego, który w październiku 2009 roku tak opisywał wizytę Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego u prezydenta Lecha Kaczyńskiego w sprawie afery hazardowej. Według Szmajdzińskiego obaj rozmówcy prezydenta „byli wręcz agresywni”.
 Prezydentowi przerwał i wkroczył do akcji zwykle spokojny, przynajmniej w telewizji, Bronisław Komorowski, który zaczął kwestionować w ogóle to spotkanie, sens tego spotkania i prawie legalność tego spotkania, co świadczyło o niebywałym, niebywale wysokim poziomie adrenaliny i takiej walki" - powiedział wówczas Szmajdziński i dodał „Bardzo nerwowo było. Siekiery latały. Każde zabranie głosu było ze stanem wysokiego podenerwowania, niemalże agresji”. 12 
Hipokryzja Komorowskiego, brak cech honorowych i kompromitujące tchórzostwo są jednak szczególnie widoczne w tych obszarach, gdy marszałek czuł się zagrożony ujawnieniem niekorzystnych dla niego okoliczności. W obronie własnych interesów, nie istniały dla Komorowskiego żadne reguły, ani dobre zasady. Potrafił jednak być pryncypialny, gdy chodziło o innych:
W demokracji nie ma świętych krów. Wszyscy pamiętamy, jak źle została przyjęta odmowa stanięcia przed komisją śledczą przez prezydenta Kwaśniewskiego. Oczywiście trzeba zachować wszystkie najgrzeczniejsze formy, ale zarówno prezydenta, jak i premiera zawsze można zaprosić na rozmowę albo do niego pójść. Ale nie można odmawiać” – perorował w listopadzie 2009 roku, gdy dla zatarcia odpowiedzialności ludzi Platformy próbowano wezwać przed sejmową komisję hazardową  Gosiewskiego i Kaczyńskiego. 13
Ta fałszywa  retoryka stoi w sprzeczności z całą praktyką działania Komorowskiego.
Pierwszej próby z demokracji Komorowski nie zdał już 28 października 2007 roku, gdy otrzymał zaproszenie do stawienia przed Komisją Weryfikacyjną WSI, by mógł złożyć wyjaśnienia w sprawach, które dotyczyły jego osoby. Komorowski zdecydowanie odmówił stawienia się przed komisję i wyjaśnił, że „zachowuje się ona bardzo dziwnie". „Komisja próbuje wzywać na przesłuchania kandydata na marszałka Sejmu. Tu może chodzić o chęć zepsucia atmosfery i mojego wizerunku, a nie o dojście do prawdy” – stwierdził polityk PO.14
Jednocześnie Komorowski wyraził pogląd, że to „pan Macierewicz powinien zniknąć” i podkreślił, że nie życzy sobie prób tworzenia "atmosfery niewiarygodności jego osoby w sytuacji, gdy pretenduje do funkcji marszałka Sejmu”. 15
W identyczny sposób, Komorowski zadbał o swoją „wiarygodność” podczas posiedzenia Sejmu, na którym dokonywano wyboru marszałka. PiS chciał zadać Komorowskiemu - jeszcze jako kandydatowi - pytania, jednak marszałek senior Zbigniew Religa wypowiedział wcześniej formułkę o przejściu do głosowania i (zdaniem PO) nie można już było wrócić do przepytywania kandydatów. Tę pomyłkę Religi, wynikającą z braku doświadczenia (jak sam przyznał marszałek - senior) Platforma natychmiast wykorzystała, a Komorowski z satysfakcją stwierdził: „W polityce trzeba mieć odpowiedni refleks, niekoniecznie po to, żeby łapać pchły, ale po to, by nie opóźniać pracy parlamentu”. 16
Już wówczas premier Jarosław Kaczyński powiedział dziennikarzom: „To zdumiewające, że Bronisław Komorowski tak panicznie bał się pytań. Jest w tym jakaś tajemnica. Nigdy tak nie było, by marszałek nie odpowiadał na pytania.”17
 Tę tchórzliwą taktykę udało się Komorowskiemu kontynuować przez wiele miesięcy, podczas których brał czynny udział w kombinacji operacyjnej tajnych służb, skierowanej przeciwko legalnemu organowi państwa – Komisji Weryfikacyjnej WSI, zwanej aferą marszałkową. Podczas posiedzenia Sejmu, we wrześniu 2008 roku klub PiS zgłosił wniosek, aby podczas nadzwyczajnego posiedzenia komisji sprawiedliwości Komorowski złożył wyjaśnienia dotyczące jego spotkania z "oficerem wojskowych służb specjalnych PRL Aleksandrem Lichockim i oficerem WSI Leszkiem Tobiaszem” w związku ze "skandalicznym zachowaniem Komorowskiego w tym czasie i być może możliwością przekroczenia prawa".
Poseł wnioskodawca, rzecznik klubu PiS Mariusz Kamiński powiedział wówczas: „Chcielibyśmy, aby pan marszałek przed całą opinią publiczną - w obecności kamer, aby wszyscy mogli się dowiedzieć, czy nie zostało złamane prawo - wyjaśnił, czy ma w tej sprawie czyste sumienie, czy prawo nie zostało złamane”. 18
W odpowiedzi na ten wniosek Komorowski nie zawahał się na wysunięcie fałszywego oskarżenia, stwierdzając: „Bo to niestety członkowie komisji weryfikacyjnej (WSI) pana Antoniego Macierewicza spotykali się nie tylko z oficerami WSI, ale również z oficerami dawnych służb komunistycznych i to niestety miały te spotkania charakter korupcyjnych spotkań W reakcji na tę wypowiedź Antoni Macierewicz oświadczył, że zgłasza sprawę Komorowskiego do Komisji Etyki Poselskiej.
Marszałek poddał wniosek Kamińskiego pod głosowanie. Poparło go 172 posłów, 234 było przeciw od głosu wstrzymało się 6. Prezes PiS Jarosław Kaczyński ocenił wówczas, że „marszałek Komorowski dał tego dnia pokaz braku honoru". Według niego, Komorowski „wykorzystuje swoją funkcję, by opinia publiczna nie dowiedziała się o jego różnych, dziwnych kontaktach z WSI”.
Równie bezskuteczna była wcześniejsza próba wezwania Komorowskiego przed sejmową Komisję Sprawiedliwości, podjęta we wrześniu 2008 roku. Marszałek zignorował wnioski posłów  Jarosława Zielińskiego i Zbigniewa Wassermanna i oświadczył: „Jeśli mnie wezwie cała komisja, rozważę, ale na razie śmieję się PiS-owi w twarz, bo PiS się po prostu wygłupia wiedząc, że nie mają nawet odrobiny racji.[...] Mogę panów zaprosić na kawę”. 19
Posłowie PiS powołali się na artykuł 152 regulaminu Sejmu, według którego jeśli co najmniej jedna czwarta posłów danej komisji chce zwołać posiedzenie, to prezydium komisji nie może im odmówić. Speckomisja liczy siedmiu posłów, rachunek więc się zgadzał. Nawet wieloletni szef sejmowej komisji ds. specsłużb, poseł Janusz Zemke uważał wówczas, że marszałek Sejmu nie może odmówić stawienia się przed komisją. 20
Po odmowie Komorowskiego, klub PiS złożył wniosek o odwołanie go z funkcji marszałka Sejmu. We wniosku podkreślono, że „Jedną z decydujących spraw skłaniających wnioskodawców do sformułowania tego wniosku była sprawa związana z podejmowaniem przez Pana Marszałka działań służących uzyskaniu nielegalnego dostępu do tekstu „ściśle tajnego” Uzupełnienia nr 1 do Raportu Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej, tj. tzw. aneksu do raportu o WSI. Wynika to bowiem z ujawnionych zeznań złożonych w dniu 24 lipca 2008 r. przez Marszałka Sejmu Pana Bronisława Komorowskiego w postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Krajową w Warszawie , a oznaczonym sygnaturą akt PR-IV-X-Ds. 26/07 w kwestii jego spotkań z płk. Lichockim oraz płk. Leszkiem Tobiaszem”.
Przytoczono następnie wiele przykładów świadczących o możliwości złamania prawa przez Komorowskiego i stwierdzono: „Wszystkie przytoczone fakty dotyczące sprawy tzw. „aneksu do raportu WSI” i udziału w niej Pana Marszałka Bronisława Komorowskiego świadczą o możliwości popełnienia przez Pana Marszałka przestępstwa składania fałszywych zeznań. Dlatego też jest to jeden z koronnych argumentów przemawiających za koniecznością odwołania Pana Bronisława Komorowskiego z funkcji Marszałka Sejmu. Funkcje ta powinna piastować osoba o nieskazitelnym charakterze, a biorąc powyższe pod uwagę ciężko jest odnieść tą przesłankę do Pana Bronisława Komorowskiego”. 21
W poczuciu zagrożenia możliwością ujawnienia prawdziwego charakteru jego związków z wojskowymi służbami, Komorowski nie cofnął się przed rzucaniem oskarżeń pod adresem prezydenta Kaczyńskiego. Postąpił tak w październiku 2008 roku, gdy chciano go wezwać przed sejmową Komisję Sprawiedliwości. Marszałek stwierdził wówczas:
Prezydent wiedział od przełomu lutego i marca, że są daleko idące podejrzenia o korupcję w otoczeniu komisji weryfikacyjnej pana Antoniego Macierewicza i że to może mieć istotny wpływ nie tylko na korupcję, ale na bezpieczeństwo narodowe”. 22   
Zamiarem ochrony prezydenta przed ujawnieniem tej informacji, Komorowski tłumaczył cofnięcie przez PiS pierwszego wniosku o jego odwołanie z funkcji marszałka. Kancelaria Prezydenta stwierdziła wówczas w oświadczeniu:
"Prezydent Lech Kaczyński nie miał żadnej wiedzy na temat domniemanej korupcji w komisji weryfikacyjnej WSI. Prezydent został poinformowany w trybie właściwym jedynie o śledztwie prowadzonym przez ABW, nie posiadał zaś wiedzy o domniemanych nieprawidłowościach w trakcie pracy komisji weryfikacyjnej. Kancelaria Prezydenta stanowczo dementuje, jakoby Prezydent RP w jakikolwiek sposób wpływał na decyzje klubu PiS o wycofaniu wniosku o odwołanie wicemarszałka i marszałka Sejmu. [...]. Nie jest dobrym obyczajem, by Marszałek Sejmu, broniąc się przed poważnymi zarzutami, usiłował wciągnąć do swojej obrony w nieuprawniony sposób Prezydenta RP".
Ataki na prezydenta Kaczyńskiego, należały do stałego repertuaru wystąpień Bronisława Komorowskiego. Trudno, w zasadzie znaleźć wypowiedź tego człowieka, w której nie oczerniałby Lecha Kaczyńskiego lub nie pomawiał o złe działania i  intencje. Pamiętamy haniebne słowa „jaka wizyta, taki zamach”, czy wypowiedziane na trzy miesiące przed smoleńską tragedią życzenie „chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego”. Ze wszystkich wypowiedzi Komorowskiego o braciach Kaczyńskich, przebijała mniej lub bardziej skrywana agresja i nienawiść.
Nie wszyscy jednak zdają się rozumieć, że cały „program” prezydentury Komorowskiego, wszystko, co ten człowiek robił przez ostatnie miesiące, można sprowadzić do słów: „Póki jest ten prezydent, nie da się dobrze rządzić”.
Wypowiedział je Komorowski 13 listopada 2009 roku w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej". Stwierdził: „Do wyborów prezydenckich trudne reformy będą leżały odłogiem, bo urząd prezydenta jest wielkim i skutecznym hamulcowym".
Komorowski wyraził wówczas nadzieję, że „nowym prezydentem zostanie ktoś, kto będzie wspierał modernizację Polski i brał na siebie cząstkę odpowiedzialności za trudne decyzje", bo „prezydent nie może być wyłącznie recenzentem pracy rządu i hamulcowym”. Komorowski stwierdził też, że nie zna „ani jednego przykładu, gdy prezydent zachęcał do jakiejkolwiek reformy czy zmiany", a na uwagę gazety, że "wspierał likwidację WSI", odpowiedział, że "zlikwidowanie wojskowego wywiadu nie zasługuje na miano reformy, tylko szaleństwa".23
Od dnia 10 kwietnia 2010 roku, przeszkoda dla „dobrego rządzenia” została usunięta i jeśli miałbym wskazać w Polsce jednego człowieka, który mógłby osiągnąć korzyści z tragicznej  śmierci Lecha Kaczyńskiego – byłby to tylko Bronisław Komorowski.
Cała logika tej potencjalnej prezydentury została zbudowana - nie tylko na nieludzkiej nienawiści do osoby prezydenta Kaczyńskiego -  ale również na jego śmierci.
W niej tkwi prawdziwa „wizja” Bronisława Komorowskiego.


Źródła:

piątek, 25 czerwca 2010

MACHIAVELLI Z BUDY RUSKIEJ - 1

Każdy widzi, za jakiego uchodzisz, lecz bardzo mało wie, czym jesteś”- „Książe”.

Ilością gołosłownych deklaracji autorstwa Bronisława Komorowskiego, można byłoby obdzielić kilku kandydatów na prezydenta. Jako nieodrodny członek grupy rządzącej, kierującej się naczelną zasadą   „rób co innego, niż mówisz” – Komorowski do perfekcji doprowadził sztukę hipokryzji – tym łatwiejszą w praktyce, że stosowaną wobec elektoratu wyjątkowo podatnego na manipulację.
Choć wyborcom PO skutecznie już wmówiono, że Komorowski jest naturalnym i najlepszym kandydatem ich partii, warto przypomnieć, że jest kandydatem „z przypadku”, zaś „ojcem” tej kandydatury był przyjaciel i  alter ego Komorowskiego  - Janusz Palikot.
To on właśnie, 28 maja 2008 roku ujawnił w RMF FM, że „gdyby Donald Tusk nie zdecydował się kandydować, to najbardziej prawdopodobnym kandydatem jest Bronisław Komorowski”. 1 Sam marszałek, jeszcze do niedawna zdawał się doskonale rozumieć swoje ograniczenia. Pytany w czerwcu 2008 roku o ewentualny start w wyborach prezydenckich w 2010 roku, wyznał wprost: „Nie mam takich planów  i zdobył się na ciekawą refleksję: „Nie należy sobie przesadnie planować. Życie pisze scenariusze takie jakie uważa, że są stosowne. Werdykty demokracji są różne, a dzisiaj planowanie wszelkie w tym zakresie jest szkodliwe dla sprawy - z każdego punktu widzenia. Uważam, że prezydent powinien dobrze pełnić swoją funkcję, premier premierowską, a ja - jak Bóg da – marszałkowską”.
Według Komorowskiego „polityk, który nie ma ambicji nie powinien brać się za politykę, ale najgorsze dla polityka to być ambicjonerem, który przede wszystkim myśli w kategoriach własnych aspiracji i własnej kariery”.2
W marcu 2009 roku Komorowski pytany o kandydaturę prezydencką Tuska, zadeklarował: „Nie dam się wmontować w sytuację, w której będę kontrkandydatem Tuska”  i dodał „Dziś tylko wariat albo kanalia mógłby chcieć osłabiać szanse kandydata z tak dużym poparciem jak Donald Tusk” .3  Jeśli w lutym 2010 roku poparcie dla Tuska było równie wysokie, warto się zastanowić – kto z osób decydujących o zmianie kandydata PO zasługuje na te epitety?
W październiku ubiegłego roku posłowie Platformy pytani o ewentualną kandydaturę Komorowskiego, twierdzili, że marszałek Sejmu ma małe szanse na wygranie w starciu z innymi kandydatami w wyborach prezydenckich i zapewniali, że „Donald Tusk jest obecnie idealnym kandydatem Platformy na prezydenta Polski. Bronisław Komorowski to też dobry kandydat, ale nie jest idealny. A idealny to taki, który wygrywa - twierdzi poseł Tomasz Tomczykiewicz.
Nic mu nie ujmując, ale Donald Tusk w trudnych sytuacjach radzi sobie lepiej. Polacy mu ufają, sprawdził się w roli premiera” – wtórował poseł PO Zbigniew Rynasiewicz. 4
O tym, jaką pozycję wśród wyborców Platformy faktycznie zajmował Komorowski, nim został im wskazany przez media i okrzyknięty „najlepszym kandydatem” niech świadczy wynik sondażu GfK Polonia na zlecenie "Rzeczpospolitej" z czerwca 2009 roku, gdzie na pytanie : kto byłby najlepszym kandydatem PO na prezydenta? – tylko 5% wskazało marszałka Sejmu. 5 Jeszcze gorzej wypadł Komorowski w listopadzie 2009 roku, gdy otrzymał tylko 4 procentowe poparcie. 6  Zaledwie dwa miesiące później, gdy media rozpoczęły kampanię „rozprowadzania” Komorowskiego, a uczynne „sondażownie” przystąpiły do kreowania nowej rzeczywistości, wynik marszałka w sondażu GfK Polonia ustalono już na 45%. 7
Spójrzmy zatem, w jaki Komorowski pełnił swoją funkcję marszałkowską, by na tej podstawie móc wywnioskować, jak wyglądałaby ewentualna prezydentura tego człowieka. W tym obszarze, jak w żadnym innym kontrasty między werbalnymi deklaracjami, a faktami są szczególnie rażące i świadczą o cynicznej, obłudnej retoryce kandydata PO. Można więc utrzymywać, że w podobny sposób Komorowski realizowałby cele swojej prezydentury, jak w przeszłości wykonywał obowiązki marszałka. 
Znamy bowiem poglądy Komorowskiego na temat zasad, jakimi winien kierować się  marszałek Sejmu  – wypowiadane wówczas, gdy dotyczyły innych polityków, zajmujących to stanowisko. Jako samorodny moralista, poseł Platformy był rzecznikiem wysokich standardów:
Marszałek jest drugą osobą w państwie po prezydencie, więc kwestia jego wiarygodności, jego słowa jest sprawą bardzo istotną. [...]  jeżeli mówimy o autorytecie, no to od polityków odpowiedzialnych, którzy deklarują swoje propaństwowe myślenie należy oczekiwać trochę więcej niż takie pełne tylko i wyłącznie podporządkowanie się prawu. Tu chodzi o autorytet państwa, autorytet prawa, autorytet parlamentu również” – to pogląd Komorowskiego z roku 2004, gdy domagał się ustąpienia marszałka Oleksego, po nieprawomocnej decyzji sądu, uznającej Oleksego za kłamcę lustracyjnego. 8
Dwa lata później, gdy marszałkiem Sejmu był Marek Jurek, Komorowski grzmiał na dyktat partii rządzącej i nieliczenie się z głosem parlamentarnej opozycji, twierdząc, iż PiS „dysponuje marszałkiem, a marszałek dysponuje władzą w Parlamencie ogromną, może decydować o posiedzeniu, o braku posiedzenia, o tym, co jest wprowadzane pod obrady. Natomiast według mnie rolą marszałka jest jako właśnie drugiej osoby w państwie jednak tworzenie możliwości debaty publicznej w Parlamencie, bo inaczej jak tego nie ma, to się ona toczy na ulicach. Taka jest zawsze reguła.” 9
Warto zapamiętać te słowa.
W roku 2007, marszałkiem Sejmu był już Ludwik Dorn, zaś Komorowski perorował i pouczał: „Marszałek z natury funkcji powinien starać się przynajmniej być w stopniu maksymalnie możliwym niezależnym i tak stojącym trochę ponad interesami własnego środowiska politycznego.[...] Chodzi o to, żeby także mniejsze kluby parlamentarne miały realną szansę wprowadzania przynajmniej jednego punktu obrad w czasie posiedzenia, no bo dzisiaj jest tak, że w zasadzie marszałek może zlekceważyć kompletnie oczekiwanie nie tylko opozycji, ale i mniejszych klubów, on decyduje tak naprawdę o tym, co jest w obradach Sejmu, a czego nie ma. Co oznacza, że czasami z różnych powodów czysto politycznych, a nie merytorycznych może niektóre kwestie trzymać w lodówce, nie poddawać żadnej debacie, innymi słowy blokować.”
Oburzenie Komorowskiego wywoływała sama wizja przetrzymywania przez marszałka ustaw zgłaszanych przez opozycję, przez okres pół roku:
Pół roku, jest cały szereg, niestety, inicjatyw opozycji, które już zresztą w tej lodówce tkwią dużo dłużej, niż pół roku, no bo zawsze się znajdzie jakiś wzgląd natury formalnej, półformalnej, żeby opozycji życie utrudnić w parlamencie, szczególnie wtedy, kiedy większość dysponuje właśnie funkcją marszałka.” 10
            Nie upłynął rok od tej wypowiedzi, gdy Komorowski został marszałkiem Sejmu i otrzymał szansę wprowadzenia swoich chlubnych reguł w życie Parlamentu. Zabrał się do tego z wielką zapałem.
Już w lutym 2008 roku mogliśmy się dowiedzieć, że Bronisław Komorowski blokuje około 50 projektów ustaw autorstwa Prawa i Sprawiedliwości, w tym zgłoszony w ubiegłym tygodniu projekt dotyczący zniesienia tzw. podatku Belki” - twierdził Jarosław Kaczyński.
Niektórzy nam zarzucają, że my tylko krytykujemy. Złożyliśmy blisko 50 projektów, tylko wszystkie są blokowane przez marszałka. Mimo że Sejm nie ma co robić - zaznaczył prezes PiS. 11  W tym samym czasie, szef klubu LiD Wojciech Olejniczak, zwrócił się do Konwentu Seniorów, aby ten wyjaśnił sprawę "blokowania projektów zgłaszanych przez opozycję". Wymienił w tym kontekście zgłoszony przez jego klub projekt zmian w ustawie o świadczeniach rodzinnych. 12
W maju 2008 roku szef klubu PiS Przemysław Gosiewski zażądał, aby marszałek Sejmu Bronisław Komorowski przeprosił posła Leonarda Krasulskiego z PiS  za - jak napisał Gosiewski - uniemożliwienie mu wykonywania mandatu posła. – „Zachowanie marszałka było szokujące - podkreślił. „W związku z uniemożliwieniem wypowiedzi z mównicy sejmowej, a przez to wykonywania mandatu posła przez Leonarda Krasulskiego domagam się do pana marszałka przeproszenia posła PiS i powstrzymania się w przyszłości od tego typu sprzecznych z dobrymi obyczajami parlamentarnymi praktyk" - napisał Gosiewski w liście do marszałka. Gosiewski wyjaśnił, że podczas prac nad projektem ustawy o rachunkowości, Krasulski chciał zadać ministrowi finansów pytanie, "czy spółka paliwowa J&S, chcąc pokryć sobie straty powstałe z tytułu nałożenia na nią przez Agencję Rezerw Materiałowych kary, nie zawyża sztucznie cen ropy sprowadzanej do Polski".
Zachowanie marszałka, który - jak napisał Gosiewski - "uniemożliwił posłowi wykonywanie jego obowiązków" jest "szokujące i nie mieszczące się w kanonie polskiego parlamentaryzmu". 13
W czerwcu 2008 klub Poselski Lewica złożył wniosek o poszerzenie porządku obrad Sejmu o informację na temat zasięgu i sposobu przeciwdziałania ubóstwu w Polsce, a Grzegorz Napieralski zabiegał o sejmową debatę w sprawie sytuacji społeczno-gospodarczej kraju. Marszałek Komorowski nie dopuścił do takiej debaty,  wniosek klubu przekazał do sejmowej Komisji Polityki Społecznej, a wniosek Napieralskiego uznał za nieregulaminowy. 14   
Wkrótce, mieliśmy okazję dowiedzieć się, że Komorowski blokuje prace Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ od ponad dwóch miesięcy nie przesyła do TK stanowiska marszałka w sprawie komisji śledczej ds. nacisków. Jak ustaliła "Rzeczpospolita", w połowie lutego 2008 r. Komorowski otrzymał pismo z Trybunału zobowiązujące go do przekazania stanowiska w ciągu 60 dni. Termin upłynął w połowie kwietnia. - Stanowisko prokuratora generalnego do Trybunału wpłynęło. Stanowiska marszałka Sejmu nie ma – przyznawała Grażyna Grzegorska z zespołu prasowego TK i dodawała: „Trybunał czeka. - Rozprawa nie może się odbyć bez stanowiska. Można bez niego wyznaczyć sam jej termin, ale nieczęsto się to zdarza”.  15
W lipcu 2008 roku Komorowski nie zgodził się na debatę plenarną na temat tarczy antyrakietowej, której domagał się klub Lewicy. Szef SLD Grzegorz Napieralski stwierdził wówczas, że  marszałek knebluje usta posłom opozycji” . Jego zdaniem, Komorowski zachował się "w sposób niedopuszczalny" i złamał "wszelkie zasady funkcjonowania". Lider SLD uznał, że to, co wydarzyło się w Sejmie "podważa autorytet marszałka i większości parlamentarnej". Napieralski przypomniał zapowiedzi PO z ubiegłorocznej kampanii wyborczej, które - w jego ocenie - okazały się kłamstwem.16
Swój stosunek do opozycji i demokracji Komorowski zamanifestował również w lipcu  2008 roku, gdy posłowie PiS w proteście wobec zachowaniu marszałka opuścili salę obrad.
Bez PiS na sejmowej sali sprawy nie muszą wyglądać trudniej” - oznajmił wówczas Komorowski i nie zareagował, gdy jego przyjaciel Palikot zajął sejmowe miejsce prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i obrażał go w niewybredny sposób. Swoje niezadowolenie ze sposobu prowadzenia obrad Sejmu przez marszałka wyraziła wówczas nawet posłanka Senyszyn: „Nie zostaliśmy tu wybrani, żeby milczeć, to nie jest Sejm niemy. Te ciągłe ograniczenia, te ciągłe bezczelne pytania ''w jakim trybie chce pan zabrać głos'' są denerwujące dla posłów i całego społeczeństwa. Trzeba wprowadzić wniosek, żeby pan marszałek nie kneblował posłów”. 17
Gdy w grudniu 2008 roku klub PiS złożył wniosek o odwołanie Komorowskiego z funkcji marszałka Sejmu, w wielostronicowym uzasadnieniu wniosku można było przeczytać m.in. :
Bilans ponad rocznej pracy obecnego Marszałka, można określić balansowaniem na granicy prawa. Objawia się to szczególnie w zakresie  podejmowania decyzji o pracach nad projektami ustaw i kierowaniu ich do prac legislacyjnych z dużym opóźnieniem. Działając w imieniu Platformy Obywatelskiej, przy użyciu wątpliwych z punktu widzenia prawa metod, przez szereg miesięcy nie dopuszczał do wprowadzenia pod obrady Sejmu RP projektów ustaw i uchwał, które nie uzyskały akceptacji jego ugrupowania politycznego. W efekcie takiego działania wiele ważnych projektów ustaw, zamiast służyć społeczeństwu, leżakowało „zamrożone” przez Marszałka Sejmu, czekając aż działający opieszale rząd Pana Donalda Tuska przygotuje podobne projekty. [...]Ponadto Pan Marszałek przyzwala na psucie prawa, przez przyjmowanie do rozpatrzenia projektów ustaw z Komisji Nadzwyczajnej „Przyjazne Państwo”, zajmującej się ograniczaniem biurokracji, a kierowanej przez partyjnego kolegę posła Janusza Palikota. Nowelizacje te wielokrotnie zmieniają te same ustawy po jednym artykule i zawierają nawet wzajemnie wykluczające się przepisy. [...]
Pan Marszałek Bronisław Komorowski w swojej pracy marginalizuje rolę opozycji. Sukcesywnie dąży do odebrania praw, uniemożliwiając wykonywanie mandatu jej posłom. Rezygnując ze zwyczajów parlamentarnych wielokrotnie strofował i upominał posłów opozycji. Nagminnie ogranicza prawo zabierana głosu podczas obrad plenarnych Sejmu RP posłom wywodzącym się z opozycyjnych klubów, pozbawiając ich możliwości wyrażania swych racji. Drastycznie ograniczył czas zadawania pytań podczas debaty do 60 sekund, co przy skomplikowanej problematyce poruszanych spraw uniemożliwia precyzyjne ich wyartykułowanie”. 18
Za najbardziej reprezentatywny dla Komorowskiego sposób prowadzenia debaty sejmowej, można uznać zachowanie podczas 40 posiedzenia Sejmu z dn. 24 kwietnia 2009 r, gdy obradowano na temat ustawy o finansowaniu partii politycznych. Posłowie PiS chcieli wówczas m.in. zadać premierowi Tuskowi pytanie: z jakich środków finansowany jest  kongres Europejskiej Partii Ludowej w Polsce (do której należy PO) i czy sposób finansowania kongresu nie narusza przepisów ustawy o finansowaniu partii politycznych? Lekturę stenogramu z posiedzenia Sejmu (strony  375-386 ) polecam tym wszystkim, którzy chcieliby poznać prawdziwą twarz człowieka  „budującego zgodę”. 19
Wyłączanie posłom mikrofonu i nakaz 30 sekundowych wypowiedzi, to tylko niektóre z praktycznych standardów stosowanych w tym dniu przez marszałka Sejmu.
Sztandarowym przykładem obłudnej retoryki Komorowskiego, może być dokument umieszczony na stronie internetowej kandydata Platformy, zatytułowany „Moja wizja Polski”. 
Najwyraźniej, przekaz wyborczy Komorowskiego obliczony jest na zdolności percepcyjne tej części społeczeństwa, która charakteryzuje się krótką pamięcią, mierzoną odległością do ekranu telewizyjnego i niezdolnością do kojarzenia słów z czynami. Trudno bowiem traktować serio emfatyczne frazesy zamieszczone przez sztab kandydata PO, jeśli skonfrontować je z  rzeczywistą postawą i poglądami kandydata.    
Polsce potrzebna jest polityka oparta na rozwadze w działaniu, szacunku dla ludzi inaczej myślących i dostrzeganiu w politycznym przeciwniku partnera” – twierdzi w swojej „wizji” kandydat Komorowski i deklarował:  Chcę budować  przestrzeń do obywatelskiej debaty nad najważniejszymi dla kraju sprawami, mobilizować środowiska polityczne, naukowe, eksperckie do wspólnej dyskusji nad wypracowaniem najlepszych rozwiązań dla polskiej rzeczywistości prawnej, gospodarczej, dla dobrobytu obywateli”. 20
Ponieważ nie sposób pozostawić bez komentarza, tych ewidentnych komunałów oderwanych od rzeczywistości, w kolejnej części tekstu przedstawię, na czym polega „szacunek dla ludzi inaczej myślących ” w wydaniu Bronisława Komorowskiego oraz „dostrzeganie w politycznym przeciwniku partnera” , a także,  jak w praktyce kandydat Platformy budował  „przestrzeń do obywatelskiej debaty”.



CDN...


Źródła:

środa, 23 czerwca 2010

CENA

3 czerwca – gen Marek Dukaczewski  były szef Wojskowych Służb Informacyjnych, w wywiadzie dla „Polska” :
Na kogo zagłosuje WSI w tych wyborach?
- Przecież żołnierze WSI nie będą głosować czwórkami jako formacja. Zagłosujemy tak, jak dyktuje sumienie i oczekiwania związane z przyszłym prezydentem.
Bronisław Komorowski ma sympatię środowiska WSI?
 - Tak, bo konsekwentnie i odważnie, mimo ataków z różnych środowisk, również swojego, kategorycznie mówił, że był przeciwny likwidacji WSI i uzasadniał dlaczego. Pokazał, że ma kręgosłup.
Komorowski ma Pana głos?
 - Tak.
[...]
 - W aneksie do raportu są informacje pochodzące nie tylko z materiałów WSI, ale też z materiałów ABW, z tzw. aresztów wydobywczych, i dotyczą konkretnych osób.
Głównie PO?
 - Różnych. Aneks miał zostać odpalony przed drugą turą wyborów prezydenckich. Mogłoby się okazać, że osoby, które ubiegają się o prezydenturę, są obciążane różnymi zeznaniami.
Komorowski, Napieralski?
 - Nie wiem. Możliwe, że ludzie z ich otocznia.
Tragedia smoleńska przerwała te przygotowania?
 - Zmieniła bardzo wiele. Ale w BBN wciąż jest zespół złożony z ludzi współpracujących z Macierewiczem, który nadal nad tymi dokumentami pracuje”.

15 czerwca -  Wojskowe Służby Informacyjne nadają ton narracji w sprawie katastrofy prezydenckiego tupolewa pod Smoleńskiem - twierdzi "Nasz Dziennik". Według gazety, major Michał Fiszer - chętnie i szeroko spekulujący w mediach na temat przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj - to funkcjonariusz Wojskowych Służb Informacyjnych. Gazeta odnotowuje, że od 2000 r., po przejściu do rezerwy, major występował jako "niezależny ekspert", promując w mediach m.in. udział Polski w wojnie w Iraku. Fiszer zaangażowany był też w ostatnim czasie w obronę szefa MON Bogdana Klicha.

19 czerwca - "Rzeczpospolita" informuje: „generał Janusz Bojarski może zostać polskim przedstawicielem przy NATO i UE. Po wielu dymisjach i katastrofie pod Smoleńskiem, w której zginęli najważniejsi dowódcy, armię czekają zmiany personalne.
Najważniejszą zagraniczną funkcją do obsadzenia jest stanowisko zastępcy dowódcy w Dowództwie Transformacji NATO w Norfolk. Nieoficjalnie mówi się, że obejmie je gen. Mieczysław Bieniek - obecnie polski przedstawiciel wojskowy przy komitetach wojskowych NATO i Unii Europejskiej. Kogo szef MON wyznaczy na to stanowisko, gdy generał awansuje? Według źródeł „Rz” związanych z resortem obrony następcą gen. Bieńka miałby być gen. Janusz Bojarski, szef Departamentu Kadr w MON”.
Gen. Bojarski w roku 2004 został zastępcą szefa Wojskowych Służb Informacyjnych ds. informacyjnych i współpracy międzynarodowej. Od 14 grudnia 2005 do 12 maja 2006 r. czasowo pełnił obowiązki szefa WSI.
Osobiście bardzo się cieszę, że ludzie z WSI robią kariery w strukturach NATO – tak informacje „Rz” skomentował były szef WSI gen. Marek Dukaczewski.
Aleksander Szczygło, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem, protestował, gdy minister obrony Bogdan Klich powołał Bojarskiego na szefa kadr w MON. – Chłopcy z WSI będą teraz decydowali o tym, kto będzie awansował w wojsku – komentował Szczygło w 2007 r.

21 czerwca - Wojskowa prokuratura umorzyła śledztwo ws. związków szefów Wojskowych Służb Informacyjnych z nielegalnym handlem bronią z lat 90. Jak poinformował rzecznik prokuratury płk Ireneusz Szeląg, sprawa ma charakter ściśle tajny i nie może podać żadnych szczegółów.
Szeląg dodał, że decyzja podjęta formalnie 14 czerwca jest nieprawomocna - może się od niej odwołać szef MON oraz osoby wcześniej podejrzane. W 2006 r. zarzuty  korupcyjnego przekroczenia obowiązków służbowych postawiono dwóm byłym szefom WSI gen. Konstantemu Malejczykowi i kontradmirałowi Kazimierzowi Głowackiemu. Obu groziło do 10 lat więzienia. "Na czas stawiania zarzutów były do tego podstawy, ale nie jest to przecież jednoznaczne ze sformułowaniem aktu oskarżenia" - powiedział PAP Szeląg. Dodał, że zgromadzono "wszelkie możliwe dowody". Wyjaśnił, że śledztwo trwało długo (od 2000r.), bo prokuratura musiała każdorazowo występować o zwolnienie świadków z tajemnicy państwowej oraz o odtajnianie dokumentów. W sprawie było też 21 umorzeń cząstkowych w wątku działań żołnierzy WSI. Powodem był brak cech przestępstwa, nie popełnienie go oraz przedawnienie karalności. Uzasadnienie umorzenia liczy ok. 200 stron i jest w całości tajne.

3 czerwca – gen. Marek Dukaczewski w wywiadzie dla „Polska”
Prezydentem zostaje Bronisław Komorowski i prosi Pana o pomoc. Pomożecie?
Gdyby ktokolwiek chciał skorzystać z naszej rady, z naszych opinii czy ekspertyz, absolutnie jesteśmy otwarci, żeby taką wiedzą służyć.



.
Źródła:

poniedziałek, 21 czerwca 2010

BEZ ZŁUDZEŃ

Z wyników I tury wyborów zdają się wynikać trzy podstawowe przesłanki. Pierwsza: należy zdecydowanie odrzucić wszelkie tzw. sondaże oraz wyniki badania opinii publicznej i zacząć traktować je jako element  kampanii wyborczej, prowadzonej na rzecz grupy rządzącej.
Druga : na efekt poparcia udzielonego Bronisławowi Komorowskiemu nie mają wpływu jakiekolwiek przesłanki racjonalne i merytoryczne, w tym negatywne okoliczności dotyczące tej postaci.
Trzecia: zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego w II turze wyborów jest w pełni realne.
Pierwsza refleksja nie jest żadną rewelacją. W identyczny sposób, jak obecnie tzw. sondażownie działały podczas wyborów prezydenckich w  roku 2005 i tylko „krótkiej pamięci” Polaków zawdzięczamy, że pięć lat później mogły dokonać tej samej manipulacji.
Dość przypomnieć, że wszystkie badania przed I turą z trzech ostatnich dni kampanii 2005 r dawały zwycięstwo Tuskowi: CBOS - 40 do 35 proc., TNS OBOP 40 - 34 proc., a GfK Polonia nawet 42 do 31 proc. W rzeczywistości Tusk dostał 36,3 proc. głosów, a Lech Kaczyński - 33,1 proc. Prawdziwy cel funkcjonowania owych „ośrodków badań opinii publicznej” został jednak zdemaskowany podczas drugiej tury wyborów, gdy wszystkie sondaże dawały zgodnie zwycięstwo Tuskowi. Jego przewaga wynosiła od kilku do kilkunastu procent głosów. W przedwyborczy piątek 2005 roku sondaże PBS dla "Gazety Wyborczej" i GfK Polonia dla TVN dawały Tuskowi zwycięstwo 52 do 48 proc. TNS OBOP w badaniu dla "Faktu" wieszczył triumf Tuska 53 do 47 proc., ale już w sondażu dla TVP - tylko 50,9 do 49,1 proc. W rzeczywistości wygrał Lech Kaczyński, uzyskując 54 proc. głosów, zaś Tusk - tylko 46 proc.
Całkowitą kompromitacją okazały się tegoroczne przewidywania „sondaży” Gazety Wyborczej, w których zapowiadano zwycięstwo Komorowskiego już w I turze. Podobnej wartości były „badania” sporządzone na zlecenie TVN i TVN24, podczas których dzwoniono do sześciu tysięcy osób, które oddały głos w pierwszej turze wyborów. Na tej podstawie wyliczono, że Komorowski dostał 45,7 proc. głosów, a Jarosław Kaczyński - 33,2 proc.
Na 9 dni przed wyborami z sondażu SMG/KRC dla TVN24 wynikało, że w pierwszej turze Komorowski miał otrzymać poparcie 42 proc. badanych, a Jarosław Kaczyński tylko 30 proc.
18 czerwca br. sondaż Homo Homini wskazywał na zwycięstwo  Komorowskiego - 55,5 proc., do Kaczyńskiego - 37,8 proc.
Nie ma wątpliwości, że w państwach autentycznej demokracji, tego rodzaju ośrodki zostałyby skompromitowane i natychmiast skazane na bankructwo, ponieważ żadna, szanująca się instytucja nie zamówiłaby w nich badań.  W III RP możemy się spodziewać, że będą nadal prowadziły działalność propagandową, czynnie wspierając grupę rządzącą.
Ujawnienie rażących dysproporcji między prognozami tych sondażowni, a rzeczywistym wynikiem I tury, jest także okolicznością kompromitującą dla wielu dziennikarzy, publicystów i tzw. analityków, którzy bezkrytycznie formułowali przedwyborcze oceny w oparciu o wyniki owych badań, nie dopuszczając refleksji, iż mogą być one elementem przedwyborczych manipulacji.
            Znacznie poważniejsza wydaje się jednak druga przesłanka.
W roku 2007 PO zwyciężyła w wyborach parlamentarnych z wynikiem 41,51%. Wczorajszy wynik Komorowskiego - ok.41% potwierdza, że partia rządząca zachowała swój „twardy” elektorat i pomimo 3 lat rządów utrzymuje poparcie na tym samym poziomie. Trudno oczywiście stwierdzić, czy elektorat PO z roku 2007 i obecny elektorat Komorowskiego stanowią te same osoby, choć niemal identyczny wynik zdaje się to wyraźnie sugerować.
To zaś oznacza, że dla. wyborcy Platformy/Komorowskiego trzyletni okres nieudolnych, aferalnych rządów, z finałem tragedii smoleńskiej i kompromitacją w czasie powodzi nie ma najmniejszego znaczenia dla oceny kandydata tej partii. Może to również oznaczać, że choćby Bronisław Komorowski był agentem rosyjskim lub mordercą – nie będzie to miało wpływu na preferencje wyborców PO.
Do świadomości tak sformatowanego wyborcy, nigdy nie zdoła dotrzeć żadna z konsekwencji związanych z wyborem tego kandydata. Groźba dominacji rosyjskiej i  wystąpienia Polski z NATO, totalitaryzacja życia publicznego: rządy wojskowej bezpieki, wprowadzenie utajnionej cenzury, inwigilacja i represje wobec obywateli, gospodarcza zapaść czy uzależnienie od Rosji – wydają się dla wyborcy Komorowskiego kwestiami moralnie obcymi i nierozpoznanymi intelektualnie.
Podobnie - wszelkie rzeczowe i wsparte na faktach przekazy dotyczące tej ponurej postaci, nie mają szans dotrzeć do świadomości 40% wyborców. W tym samym obszarze niewiedzy znajduje się informacja o braku jakichkolwiek osiągnięć w 20 letniej karierze politycznej Komorowskiego, fatalnym dla wojska okresie jego ministrowania, czy braku kompetencji dla zajmowania poszczególnych stanowisk, niskim stanie wiedzy ogólnej kandydata i niedostatkach w zakresie elementarnej kultury. 
Poważna, intelektualna schizofrenia dotycząca tej grupy Polaków byłaby doskonale widoczna gdyby zapytać wyborców Komorowskiego: czy chcą Polski politycznie i gospodarczo uzależnionej od putinowskiej Rosji, lub: czy są stronnikami sowieckiej ekspozytury wojskowej bezpieki, prześladującej przez dziesięciolecia ich rodaków i żerującej na gospodarce III RP? Można być pewnym, że te same osoby odpowiadając przecząco na takie pytania – jednocześnie, bez żadnych oporów popierają kandydata, który we wszystkich wypowiedziach reprezentuje interes Rosji, jest wspierany przez prasę rosyjską i funkcjonariuszy wojskowej bezpieki, a od wielu lat pozostaje politycznym patronem ludzi, wywodzących się ze zbrodniczej Informacji Wojskowej.
Takie zachowanie potwierdza obawy, że stan umysłu, jaki trzeba osiągnąć, by świadomie poprzeć kandydaturę Bronisława Komorowskiego nie pozwala już nigdy na powrót do normalności.
Jedną z najistotniejszych informacji wieczoru wyborczego w TVP, był wynik sondażu w którym zapytano Polaków: na ile tragedia smoleńska miała wpływ na dokonywany przez nich wybór? Pomijając oczywistą absurdalność tak sformułowanego pytania, warto odnotować, że odpowiedź jakiej udzieliło blisko 80% respondentów twierdzących, że zdarzenia z 10 kwietnia nie miały wpływu na ich wybór – powinna przeciąć wszelkie spekulacje, co do rzekomego wstrząsu, jakiego doświadczyli Polacy w związku z tragicznymi wydarzeniami. Jest oczywiste, (a potwierdza to również wynik wyborczy) że po dwóch miesiącach od 10 kwietnia Polacy nie dostrzegają już związku przyczynowo skutkowego między tym wydarzeniem, a przyśpieszonym terminem wyborów, zachowaniami Bronisława Komorowskiego, czy wreszcie, samym faktem kandydowania Jarosława Kaczyńskiego.
Nie może zatem dziwić, że taki związek nie jest również widoczny dla wyborców Komorowskiego, a zachowanie tego człowieka po śmierci prezydenta pozostaje moralnie obojętne i nierozpoznane dla wyborców PO.
 Z refleksji dotyczącej zdolności percepcyjnych „twardego” elektoratu PO/Komorowskiego powinna wynikać oczywista konkluzja, że kierowanie do tej grupy przekazów opartych na faktach i rzeczowej argumentacji jest pozbawione sensu i nie ma najmniejszego wpływu na zmianę preferencji. Czynnikiem integrującym to środowisko jest bowiem nienawiść do braci Kaczyńskich oraz bezgraniczna, sekciarska wiara w przekaz medialny i partyjny. W zderzeniu z przesłankami racjonalnymi, musi to powodować jedynie wzrost agresji i kolejny wybuch nienawiści – jako reakcję na wrogi, bo nierozpoznany element prawdy, niezgodny z aktem bezkrytycznej wiary.
Trzecią przesłanką, jaką można wyprowadzić z przebiegu ostatnich zdarzeń, to głębokie przekonanie, że  zwycięstwo  Jarosława Kaczyńskiego w drugiej turze wyborów jest jak najbardziej realne.
Wynik wyborczy kandydata PiS-u jest doskonały, gdy wziąć pod uwagę okoliczność niedostrzeżoną przez tzw. analityków. O ile na wynik Komorowskiego „pracowała” od 3 lat cała grupa rządząca, przy wydatnym wsparciu  usługowych mediów i tzw. autorytetów, o tyle Jarosław Kaczyński jest kandydatem zaledwie od 2 miesięcy i nikt przed tragedią smoleńską nie brał tej kandydatury poważnie pod uwagę. W tych warunkach, przy ograniczonej możliwości prowadzenia kampanii wyborczej oraz ewidentnych aktach manipulacji medialnych i sondażowych, wynik Kaczyńskiego stanowi doskonały prognostyk przed II turą wyborów.
Warunkiem podstawowym wydaje się dotychczasowa, nie konfrontacyjna taktyka wzmocniona o twarde punktowanie wszelkich braków merytorycznych Bronisława Komorowskiego podczas debat telewizyjnych. Dla człowieka dużej inteligencji,   sprawnego i kompetentnego  polityka - jakim jest Kaczyński – jest to zadanie stosunkowo łatwe, a ostateczny obraz tych rozgrywek, (nawet przy niechętnej i agresywnej propagandzie) musi być korzystny dla prezesa PiS.
Grupą docelową, do której należy obecnie skierować cały przekaz dotyczący kandydatury Kaczyńskiego mogą być wyłącznie ci Polacy, którzy nie brali udziału w I turze wyborów.
Z powodów, jakie wyżej wskazałem, nie ma natomiast sensu próba „odzyskania” elektoratu Komorowskiego/PO. Tu nie pomogą żadne argumenty, ani informacje najbardziej oczywiste. Dość sugestywnym dowodem, że elektorat ten nie jest zainteresowany prawdą o osobie, której chce powierzyć przyszłość Polski jest fakt, że żaden z publicystów, dziennikarzy i przedstawicieli establishmentu III RP nie wykazał dość odwagi, by zadać Komorowskiemu choćby jedno pytanie z listy 50 skierowanych do kandydata. Tchórzostwo tej postawy, nie wymaga komentarza. Z tego względu, próby prowadzenia dyskusji z częścią społeczeństwa, która nie ma nawet odwagi usłyszeć odpowiedzi na trudne pytania zadane kandydatowi - muszą być skazane na porażkę.
Można natomiast oczekiwać na mobilizację choćby części, z blisko 50- procentowego potencjalnego elektoratu „niezagospodarowanego” - ludzi, którzy dotychczas nie popierali żadnej partii i kandydatów. Przekonanie ich, że sytuacja Polski wymaga pójścia na wybory i oddania głosu na polskiego kandydata wydaje się łatwiejsze, niż absurdalne mrzonki o przejęciu komunistycznego elektoratu Napieralskiego czy próby uszczuplenia grupy zwolenników PO.
Jedynie w tym obszarze, jest jeszcze ogromny potencjał wzbudzenia aktywności obywatelskiej, a ponieważ „twardy” elektorat PO zdaje się nie przekraczać 40%, przy około 50 procentowej frekwencji wyborczej – każdy głos pozyskany spośród grupy, która dotychczas nie głosowała, będzie zwiększał szanse Jarosława Kaczyńskiego.