środa, 31 marca 2010

CZY TERRORYŚCI ZAATAKUJĄ GRUZJĘ ?

Istnieją poważne przesłanki, by w sprawie ostatnich zamachów w Rosji dostrzec możliwość prowokacji ze strony rosyjskich służb specjalnych. Szczególnie - po dzisiejszym oświadczeniu sekretarza Rady Bezpieczeństwa FR gen FSB Nikołaja Patruszewa, w którym poinformował, że służby rosyjskie posiadają informacje, iż funkcjonariusze gruzińskich służb specjalnych mają kontakty z terrorystami. Moskwa tę wersję musi zweryfikować – orzekł Patruszew, do niedawna szef FSB.

Nie sądzę, by Moskwa musiała poświęcić wiele czasu na weryfikację tej informacji.

Już na początku października ub. roku obecny szef rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandr Bortnikow oskarżył Gruzję o to, że szkoli terrorystów z Al-Kaidy oraz dostarcza broń i pieniądze terrorystom z Dagestanu. Zdaniem Bornikowa, Gruzja uczestniczyła w szkoleniu i przerzucaniu terrorystów na terytorium Czeczenii. Powołując się na informacje uzyskane z podsłuchów szef FSB twierdził, że współpracujący z Al-Kaidą bojownicy utrzymywali kontakty z gruzińskimi służbami wywiadowczymi. Oskarżył również Gruzję, że dostarcza broń i materiały wybuchowe oraz finansuje akty sabotażu przeciw ważnym instytucjom w Dagestanie - przede wszystkim ropo i gazociągom.

Jak w przypadku wszystkich tego rodzaju zarzutów – Bortnikow nie wskazał żadnych dowodów na prawdziwość swoich słów.

Wkrótce po oświadczeniu Bortnikowa gruzińskie media pisały, że Rosja dąży do realizacji planu ponownego ataku na Gruzję. Według gruzińskich dziennikarzy, stawiając takie zarzuty władzom w Tbilisi Kreml chce, by od Gruzji odsunęli się dotychczasowi sojusznicy: USA i Unia Europejska

Ekspert do spraw Kaukazu Mmuka Araszidze twierdzi wówczas, że Rosjanie, chcąc zdyskredytować na arenie międzynarodowej współpracę gruzińsko – amerykańską, zarzucili również oficerom armii Stanów Zjednoczonych szkolenie na terytorium Gruzji terrorystów, którzy działają na Północnym Kaukazie.

Zdaniem innego eksperta, Rosjanie - zrzucając wcześniej na Gruzje odpowiedzialność za zamachy terrorystyczne w Dagestanie i Inguszetii - szykują się do operacji zajęcia Wąwozu Pankijskiego i rejonu Kazbegi

O prowadzenie propagandowej wojny i zamiar skompromitowania Gruzji w oczach opinii międzynarodowej oskarżył Rosję już w sierpniu 2009 roku szef gruzińskiej dyplomacji Grigoł Waszadze. Poinformował wówczas, że Micheil Saakaszwili rozmawiał z wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych Joe Bidenem na temat eskalacji napięcia w strefie konfliktu. Biden miał potwierdzić, że Waszyngton traktuje Gruzję jako strategicznego partnera w tej części świata.

Na zarzut szefa gruzińskiej dyplomacji natychmiast zareagowała Rosja, oskarżając Stany Zjednoczone o kontynuowanie dostaw broni do Gruzji i zachęcanie jej prezydenta do ponowienia „agresji”. Ten sam zarzut, powtórzył w listopadzie ub. roku szef GRU (wywiadu rosyjskiego) Aleksandr Szlachturow zapowiadając jakoby Gruzja planuje agresję na Abchazję i Osetię Południową. Według Szlachturowa, kierownictwo Gruzji jest „nieprzewidywalne”, zaś państwa NATO, przede wszystkim wschodnioeuropejscy członkowie Sojuszu, dostarczają Gruzji broń palną i sprzęt wojskowy, a USA prowadzą szkolenia z zakresu natowskiej taktyki, Izrael dostarcza bezzałogowe aparaty latające, a Ukraina - ciężki sprzęt, m.in. czołgi i środki obrony powietrznej.

By nikt nie miał wątpliwości, że Rosja nie zamierza zrezygnować z ataku na Gruzję, warto przytoczyć słowa Siergieja Ławrowa ministra spraw zagranicznych Rosji, który w wywiadzie udzielonym rosyjskiej telewizji w grudniu 2009 roku uznał Ukrainę i Gruzję za terytoria znajdujące się w „przestrzeni postsowieckiej”. Zapowiedział również, że Moskwa ma zamiar odzyskać nad nimi kontrolę.

Nietrudno dostrzec, że zamachy w Moskwie i w Dagestanie wpisują się w scenariusz rozgrywany przez FSB. Szczególnie drugi z zamachów, przeprowadzony w mieście Kizlar w Dagestanie na Kaukazie Północnym nawiązuje wyraźnie do zarzutów, jakie w październiku ub. roku stawiał szef FSB Bornikow, oskarżając Gruzinów, że dostarczają broń i materiały wybuchowe i finansują akty sabotażu przeciwko dagestańskim instytucjom.

Ostentacyjne reakcje Putina i Miedwiediewa i wypowiedzi o „unicestwianiu zwierząt” oraz dzisiejsze słowa Patruszewa, mogą stanowić zapowiedź rozwinięcia prowokacji w kierunku gruzińskim i wykorzystania jej jako pretekstu do ostatecznej „rozprawy z terrorystami”.

Źródła:

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/32529

http://kresy24.pl/showNews/news_id/8663/

http://kresy24.pl/showNews/news_id/8738/

http://kresy24.pl/showNews/news_id/7979/

wtorek, 30 marca 2010

KREATORZY „ZNACZĄCYCH FAKTÓW”

Gdy przed trzema laty ukazał się artykuł Anny Marszałek „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż” opatrzony nagłówkiem – „Każdy może kupić tajne dokumenty” – zapewne niewiele osób mogło się spodziewać, że mamy do czynienia ze zwiastunem akcji medialnej pt. „afera aneksowa”. Dzień później - 20 listopada 2007 r. ta sama autorka w tej samej gazecie opublikowała artykuł „Nocne gry i zabawy polityków PiS”, w którym mogliśmy przeczytać : „Takiego numeru jeszcze żadna odchodząca władza swoim następcom nie wycięła. Decyzja o skopiowaniu i wywiezieniu archiwów komisji weryfikującej żołnierzy zlikwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych oznacza, że przez następne lata czeka nas nieustanny wysyp "hakowych" informacji”.

Zdolności profetyczne dziennikarki miały znaleźć wkrótce potwierdzenie w rozwoju kombinacji operacyjnej, znanej jako afera marszałkowa. Celem wielomiesięcznej gry było uzyskanie dostępu do aneksu Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy okazało się to niemożliwe - zdezawuowanie zawartych w nim treści i uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI. Priorytetem pozostawała osłona politycznego patrona wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.

Te same intencje, przyświecają inspiratorom obecnych działań.

Za akt pierwszy, można uznać wypowiedź Bronisława Komorowskiego z 8 lutego 2010 roku z programu „Kropka nad i” . Padły wówczas „prorocze” słowa - „Moi przeciwnicy będą szukali na mnie haków, ale ja się prawdy nie boję, bo ta jest dla mnie korzystna. Jestem przygotowany na walkę, również tę z użyciem haków”. Natychmiast zawtórował mu były szef WSI gen. Marek Dukaczewski i w wywiadzie dla „Polska The Times” z dn.15 lutego br. stwierdził: „Za chwilę wybory prezydenckie, jestem gotów się założyć, że w ciągu dziesięciu dni od naszej rozmowy skopiowane nielegalnie materiały WSI zostaną użyte przeciwko jednemu z kandydatów”.

Dukczewski zakład przegrał, nie przeszkodziło to jednak Pawłowi Wrońskiemu z „Gazety Wyborczej” zadać wkrótce „dramatycznego” pytania - „Czy wrócą haki z WSI?” i informować, że „gen. Dukaczewski twierdzi, że materiały WSI mogą być nadal politycznie rozgrywane. Podlegające prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu BBN ma bowiem część tych dokumentów.”

Kilka dni później Komorowski, mówiąc o Raporcie z Weryfikacji WSI nie krył, że obronę dobrego imienia tej formacji utożsamia z własnym, politycznym interesem. Ocenił bowiem, że „znaczna część tego dokumentu została wymierzona w niego, jako narzędzie do zwalczania go. "Na tej zasadzie, że jako były minister obrony w sposób naturalny musiałem się przeciwstawić próbie zlikwidowania, skutecznej niestety próbie zlikwidowania, wojskowego wywiadu i kontrwywiadu" – wyznał marszałek Sejmu.

Usłyszeliśmy także - „Jestem przekonany, że papiery WSI nadal będą używane” oraz dowiedzieliśmy się, że „specjalnością PiS jest polityka hakowa”.

Niezastąpieni w rezonowaniu głosów przyjaciół WSI - Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski w tekście „Co kryją lochy Lecha” stwierdzili zatem, że wiedzą, iż urzędnicy prezydenta Kaczyńskiego „ukrywają w czeluściach jego kancelarii nagrania zeznań oficerów WSI, polityków i innych osób składane przed komisją weryfikacyjną Macierewicza”. Skąd dziennikarze posiedli tajemną wiedzę – niestety, nie zechcieli nas poinformować.

W artykule, powtórzono zużyte kłamstwa o rzekomych nieprawidłowościach dotyczących zwrotu archiwum Komisji. W 2008 roku ludzie PO i dyspozycyjne wobec władzy media twierdziły, że miało „zaginąć” kilkaset dokumentów. Te zarzuty nie zostały nigdy potwierdzone. Dziś zatem – GW twierdzi, że chodzi o „co najmniej 150 "jednostek archiwalnych". Nie tylko protokoły przesłuchań, ale przede wszystkim nagrania audio i wideo. I pięć dyktafonów cyfrowych Olympus z pełnymi dyskami”.

Cel obecnych działań – stanowiących kontynuację afery marszałkowej jasno wyłożył przed kilkoma tygodniami Paweł Graś, formułując żądanie: „Prezydent powinien przekazać premierowi aneks do raportu WSI. - Nie może być tak, że ten dokument może czytać tylko ktoś o nazwisku Kaczyński”. Tym samym – Graś potwierdził, że ludzie Platformy mają realne podstawy obawiać się treści zawartych w aneksie, a celem obecnej kombinacji jest wydobycie dokumentu lub wyprzedzające zdezawuowanie jego treści.

Dlatego „gra hakami” – zapoczątkowana przez Komorowskiego i Dukaczewskiego, może nie skończyć się na pobrzękiwaniu medialną szabelką. Duża stawka, jaką jest prezydentura dla Komorowskiego i otwarte zaangażowanie ludzi WSI uprawnia do podejrzeń, że w zbliżającej się kampanii wyborczej zostaną zastosowane środki właściwe dla arsenału służb.

Na taki zamiar, może wskazywać medialna ofensywa pomówień, jaką od wielu dni prowadzą politycy PO, wespół z gen. Dukaczewskim – oskarżając opozycję o zamiar posługiwania się wiedzą, uzyskaną podczas procesu likwidacji WSI.

Jeśli formułuje się oskarżenie, że opozycja chce posłużyć się „hakami” skrywanymi w „lochach” Pałacu Prezydenckiego – czyż legalizacją poważnego zarzutu nie może być publikacja treści dokumentu pochodzącego rzekomo z aneksu, lub materiałów znajdujących się w posiadaniu Kancelarii? Nie od dziś wiadomo, że w III RP kreowanie rzeczywistości, a cóż dopiero jej faktyczne uzasadnienie - jest zadaniem, które tajne służby chętnie wykonują.

Możemy sobie wyobrazić, że w odpowiednim momencie jedna z gazet ujawnia treść tajnego dokumentu, bądź nagrania, do którego mieli dostęp ludzie Komisji Weryfikacyjnej. Publikacja dotyczy któregoś z polityków, startujących w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego. Reakcja mediów i polityków PO jest łatwa do przewidzenia. Następuje festiwal pełnych oburzenia wystąpień, przypuszcza się atak na prezydenta i opozycję, gromi „brudną grę hakami” i rozpacza nad likwidacją służby, która „dawała gwarancje ochrony tajemnic”.

Czy taki scenariusz wydaje się nierealny? Niekoniecznie.

Nie wolno zapominać, że wielu ludzi WSW/WSI może dysponować "prywatnymi archiwami", w tym materiałami z akt dotyczących rozpracowania polityków. Już w roku 2003, przewidując rozwiązanie tej formacji, na jednej z odpraw ścisłego kierownictwa poinformowano oficerów, że najprawdopodobniej służba zostanie zniesiona i należy się do tego przygotowywać. Można podejrzewać – bo taka praktyka była realizowana w trakcie rozwiązania SB, że wielu oficerów przygotowało dostatecznie rozbudowane archiwa, by zapewnić sobie spokojną starość i zabezpieczyć się przed skutkami likwidacji. One głównie, decydują dziś o roli, jaką środowisko WSI pełni w życiu publicznym.

Ludzie WSI posiadają również wiedzę z przesłuchań przed Komisją Weryfikacyjną, potrafią zatem przewidzieć obszar tematów, o jakich mówi aneks do Raportu. Nie można też wykluczyć prowokacji ze strony obcych służb, zainteresowanych generowaniem konfliktów politycznych w okresie kampanii wyborczej.

Przed kilkoma dniami, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Aleksander Szczygło, nawiązując do informacji medialnych o przechowywanych przez BBN dokumentach z prac komisji weryfikacyjnej WSI oskarżył Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, że jest źródłem przecieku dla "Gazety Wyborczej". Jeśli takie, poważne oskarżenie padło - prawdopodobieństwo prowokacji z udziałem ludzi tajnych służb istotnie wzrasta.

Joseph Conrad w powieści „Tajny agent” przedstawił ciekawy dialog sekretarza ambasady rosyjskiej Vladimira z prowokatorem – anarchistą Adolphem Verlocem: „Czego sobie w obecnej chwili życzymy, to zaakcentowanie niepokoju… fermentu, który niewątpliwie istnieje…” wyznaje Rosjanin. I stwierdza: „Obecnie potrzebne jest nie pisanie, ale spowodowanie jakiegoś określonego, znaczącego faktu, powiedziałbym niemal – faktu przerażającego”.

Granica między opisem nieistniejącej rzeczywistości, a jej wykreowaniem, jest nieprzekraczalna dla pisarza. Również dla mediów – choćby najbardziej zaangażowanych w wspieranie rządzących. Doświadczenia z przebiegu afery marszałkowej uczą jednak, że tylko ludzie służb potrafią zrealizować to, co media zaledwie antycypują w oparciu o przecieki.

Jeśli powtarza się kłamstwa o „lochach” skrywających tajemnice i straszy Polaków „hakami z WSI” – może się okazać, że fikcja ma przybrać całkiem realny kształt.

Artykuł opublikowany w miesięczniku „Nowe Państwo” nr.3/2010

poniedziałek, 29 marca 2010

JAK IGOR JANKE KOMOROWSKIEGO ZDEMASKOWAŁ

Przyznam z pokorą, że najwyraźniej nie doceniałem należycie wagi politycznych analiz Igora Janke. Do czasu, gdy przeczytałem dzisiejszy artykuł w Rzeczpospolitej - „Komorowski tłumów nie porwie”. Choć skonstruowany w typowej dla redaktora Janke konwencji „poprawnej neutralności”, zaskoczył mnie obecnością opinii, pod którymi, jako zadeklarowany oszołom i patentowany radykał skłony jestem oburącz się podpisać.

Treści, które mnie uradowały, Igor Janke przemycił w sposób tak subtelny i zawoalowany, że tylko ludzie świadomi prawicowych sympatii pana redaktora potrafią je dostrzec i wydobyć. Tym większy urok czytania „między wierszami” i warto zadać sobie trud, by poznać autentyczne poglądy właściciela Salonu 24.

Pisze oto Janke, że jednym z najsłabszych punktów Bronisława Komorowskiego jest „mówiąc delikatnie – szczególna troska o Wojskowe Służby Informacyjne”. Ponieważ i ja tak sądzę, z rosnącą ciekawością przeczytałem kolejny akapit tekstu, który ze względu na wagę zawartych w nim myśli, warto przytoczyć w całości:

Tyle że sprawa ta jest w stanie wywołać emocje przede wszystkim twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, a więc zdeklarowanych wyborców Lecha Kaczyńskiego. A z punktu widzenia strategii kampanii Komorowskiego ci wyborcy i tak są nie do zdobycia, nie ma więc sensu specjalnie przejmować się ich reakcjami. Dla marszałka Sejmu ważni są wyborcy Platformy, a ci dali mu już mocne poparcie w quasi-prawyborach.”

Pierwsza myśl, którą wyczytałem w tych słowach dotyczy wskazania prawdziwych intencji Bronisława Komorowskiego i jego wizji prezydentury. Skoro redaktor Janke potwierdził nam, że platformiany kandydat na prezydenta nie ma zamiaru „przejmować się specjalnie” reakcjami twardego elektoratu PiS (zadeklarowanych wyborców Kaczyńskiego), czy nie należy sądzić, że miast „prezydenta wszystkich Polaków” i powszechnego przedstawiciela narodu mamy człowieka, który zamierza zostać partyjnym wybrańcem części polskiego społeczeństwa, a sama kampania ma być w istocie partyjną agitką?

Spójrzmy bowiem na fakty. Owi „zadeklarowani wyborcy” Lecha Kaczyńskiego byli w roku 2005 grupą ponad 8 milionów Polaków, stanowiąc 54% wszystkich wyborców. Za przegranym w roku 2007 PiS-em, opowiedziało się powyżej 5 milionów obywateli, czyli ponad 32% wyborców.

Zgadzam się zatem z redaktorem Janke, że stratedzy kampanii Komorowskiego mają zamiar zafundować nam partyjnego prezydenta, delegata interesów elektoratu Platformy Obywatelskiej, ślepego i głuchego na głos pozostałej, wielomilionowej rzeszy Polaków . Przejmowanie się ich reakcjami byłoby przecież niecelowe, a nawet zbyteczne, skoro można oprzeć prezydenturę na partyjnych zwolennikach rządu Donalda Tuska i zgodnie z dawną tradycją utożsamić partię z narodem.

Po cóż zatem – zdaje się mówić nam Igor Janke – kandydat Komorowski ma zawracać sobie głowę zarzutami o wspieranie przestępczego układu wojskowych służb, czy udział w groźnej kombinacji, znanej jako afera marszałkowa? Z jakiej racji, miałby tłumaczyć się tym marnym kilku milionom Polaków z rozlicznych kłamstw, wypowiadanych publicznie i przed prokuratorem? Kogo może obchodzić niszczenie karier urzędników państwowych, lekceważenie prawa, czy osobiste tragedie ludzi skrzywdzonych w imię obrony prywatnych interesów pana Komorowskiego?

Ma rację redaktor Janke, gdy podpowiada nam, że celem Platformy i prezydentury Komorowskiego jest wizja państwa, w którym tylko obywatele wierni partii i jej przywódcy mogą liczyć na profity, prawa i wysłuchanie. Państwa, opartego na przybocznej gwardii działaczy i funkcjonariuszach służb specjalnych, którzy w dobrze rozumianym „wspólnym interesie” zapewnią nam ład i porządek. Państwa - zatem, w którym, ci co zadają niewygodne pytania zostaną uznani za margines, skazani na przemilczenie, a z czasem zasłużą na pacyfikację, w ramach uszczęśliwiającej wszystkich bondaryzacji.

Równie ważną myśl niepokornego dziennikarza Rzeczpospolitej, znajdziemy w następnym akapicie tekstu. Pisze Igor Janke:

Niejasna sprawa WSI nie powinna być tu więc znacząca. Natomiast ta część wyborców PO, dla której stosunek do przeszłości jest ważny, będzie pamiętać Komorowskiemu przede wszystkim jego twardą antykomunistyczną działalność w latach 70.”.

Mając na uwadze wcześniejsze słowa dziennikarza, można się domyśleć, że wyraża tym samym żarliwą pochwałę elektoratu prawicowego, owych „zdeklarowanych wyborców Lecha Kaczyńskiego”. Czyni to – w zgodzie z konwencją tekstu - w sposób niemal niedostrzegalny, lecz nie dla ludzi biegłych w pereelowskiej sztuce „czytania między wierszami”.

Wskazuje bowiem Janke, że ta część wyborców PO „dla której stosunek do przeszłości jest ważny”, to w istocie grupa cierpiących na amnezję historycznych analfabetów, którzy wiedzę o służbach wojskowych PRL-III RP czerpią z wykładów płk Kumosia i tefałenowskich pogadanek gen. Dukaczewskiego. W ich ułomnej i wybiórczej pamięci, kandydat Komorowski będzie twardym antykomunistą lat 70, lecz to, co robił i z kim przystawał po 1989 roku skrywa już zasłona milczenia, bądź niewiedzy. Na podobnej zasadzie „stosunku do przeszłości” można zbudować obraz rosyjskiego terrorysty Józefa Piłsudskiego, czy wizję uduchowionego seminarzysty z Tybilisi, niejakiego Dżugaszwili. Obie, będą miały tyle wspólnego z prawdą, co wizerunek Komorowskiego powstały w oparciu o działalność sprzed 40 lat, ignorujący poczynania tej postaci w początkach lat 90 i później.

Jeśli pamiętamy, że według Igora Janke, związki kandydata Komorowskiego ze spadkobiercami formacji wsławionej prześladowaniem Polaków, której liczne przestępstwa wskazuje Raport z Weryfikacji WSI, są „w stanie wywołać emocje przede wszystkim twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości” – czy trzeba wskazywać na bardziej sugestywny dowód uznania, wyrażonego dla tej części społeczeństwa, która pamięta o zasługach wojskowej bezpieki i zna jej rolę w budowaniu III RP?

Oni wiedzą, (zdaje się sugerować publicysta Rzeczpospolitej) że kandydat Komorowski powinien zostać dokładnie rozliczony z okresu, gdy wspierał „czerwonych” generałów, awansował prześladujących opozycję pułkowników, blokował dekomunizację wojska, stawał w obronie Jaruzelskiego i tajemnic Układu Warszawskiego, nie cofając się przed wykorzystaniem służb państwa dla własnych, politycznych interesów. W odróżnieniu, od wskazanego palcem elektoratu PO – „zadeklarowani wyborcy Kaczyńskiego” pamiętają o zbrodniach Informacji Wojskowej i WSW i nie przyjmują do wiadomości „nawrócenia na niepodległość”, którego rzekomo dostąpili ludowi generałowie i sowieccy kursanci.

Czy nie wskazuje nam Janke, na szczególną perfidię strategów kampanii Platformy, żerujących na niewiedzy elektoratu i zakłamaniu najnowszej historii, blokujących niewygodne dla kandydata pytania przy wsparciu mediów, wciąż retuszujących wizerunek Komorowskiego?

Śmiem nawet przypuszczać, że swój dzisiejszy artykuł redaktor Janke zadedykował takim oszołomom, jak niżej podpisany oraz zadeklarowanym wyborcom Kaczyńskiego, którzy widząc obecny stan państwa i postawę wielu dziennikarzy, mają prawo czuć się wykluczeni z reguł demokracji i skazani na reakcje straceńców. Tym bardziej – wielka tu zasługa publicysty Rzeczpospolitej, gdy w skrytej – lecz przecież czytelnej formie, przemyca dla nas tak ważne i odważne treści.

sobota, 27 marca 2010

KTO ZATRZYMA BRONISŁAWA K. ?

Tak się składa, że Bronisław Komorowski nie chciał być w III RP jednym z milionów bezimiennych zjadaczy chleba, lecz zapragnął należeć do najbardziej uprzywilejowanej grupy osób publicznych, jakimi są politycy. Rozwój kariery Komorowskiego – od dyrektora gabinetu Aleksandra Halla w URM, poprzez wiceministra i ministra obrony narodowej, po stanowisko marszałka Sejmu VI kadencji, dowodzi, że mamy do czynienia z jedną z najważniejszych postaci w tzw. establishmencie III RP.

Dziś – ranga tej postaci wzrasta niepomiernie, skoro Bronisław Komorowski ma realną szansę zostać kolejnym prezydentem Rzeczpospolitej i dostąpić zaszczytu reprezentowania całego narodu.

Wszystko zatem, co dotyczy politycznego życiorysu marszałka, jego pracy na zajmowanych stanowiskach, podejmowanych decyzji, publicznych wypowiedzi - musi stanowić przedmiot zainteresowania społeczeństwa i podlegać rzeczowej i dogłębnej ocenie.

Ta prawda – z pozoru tylko oczywista, jest zwykłą konsekwencją stosowania zasad demokracji, na które to zasady pan Komorowski nader chętnie się powołuje i dzięki którym zamierza zostać prezydentem.

Zasada ta stanowi, że obywatele mają prawo znać przeszłość osoby, która pretenduje do najwyższego w państwie stanowiska. Mają prawo wiedzieć; kim jest ten człowiek, co robił w przeszłości, jakie posiada predyspozycje, poglądy, zamiary. To zwykle niewielka cena, jaką muszą płacić politycy za przywilej przynależności, do (niedostępnej dla innych) elity. Społeczeństwu ma ona gwarantować poczucie bezpieczeństwa i równie ważne prawo do dokonania wolnego, nie obarczonego błędem wyboru.

Reguły demokracji, nakładają zatem na polityka obowiązek wyjaśnienia spraw, czasem najbardziej kontrowersyjnych, trudnych. Nam zaś, udzielają trwałego prawa do zadawania pytań i oczekiwania rzetelnych odpowiedzi.

W stosunku do Bronisława Komorowskiego pojawiają się pytania; nie tylko o genezę i charakter jego kontaktów ze środowiskiem wojskowych służb specjalnych, ale przede wszystkim o to, czyje interesy reprezentował w czasie swojej 20 letniej kariery politycznej. Czy były to interesy państwa polskiego i jego obywateli, czy może interesy różnych grup i środowisk , sprzeczne z dobrem publicznym?

Mocną podstawą do formułowania takich pytań jest wiedza, jaką już posiadamy. Przede wszystkim - o środowisku, z którym pan Komorowski jest od lat ściśle związany i które darzy odwzajemnioną sympatią. Ta wiedza, nie należy do obszaru spekulacji, lecz wynika z zawartości urzędowego dokumentu, opublikowanego przez prezydenta RP w Monitorze Polskim. Jak dotąd – nie istnieje żaden dokument o porównywalnym znaczeniu, który wiedzę tę mógłby kwestionować.

Przed kilkoma laty rząd III RP zdecydował o likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych - powierzając to zadanie urzędnikom państwowym oraz ustanawiając prawo, uchwalone następnie przez Sejm. Oficjalny dokument na ten temat procesu likwidacji – opublikowany w Monitorze Polskim Nr 11, poz. 110 o nazwie „ Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” stał się dokumentem urzędowym i został podany został do publicznej wiadomości, na mocy postanowienia Prezydenta RP z dnia 16 lutego 2007 r.

Można nie zgadzać się z decyzją o likwidacji WSI lub uznawać ją za poważny błąd polityczny. Nie sposób jednak podważyć jej legalności i znaczenia.

Przypomnienie to jest konieczne, szczególnie dla tych miłośników prawa i demokracji, którzy oficjalny dokument państwowy, chcieliby traktować jak prywatne notatki ministra Macierewicza.

W Raporcie, korzystającym z wagi dokumentu urzędowego zawarto szczegółowy opis setek przestępstw i nieprawidłowości, jakie miały miejsce w WSI, na przestrzeni 15 lat istnienia tej formacji, licznych przypadków korupcji, nadużywania władzy, przestępstw gospodarczych i skarbowych. Dokument wymienia wiele nazwisk żołnierzy, polityków, dziennikarzy i innych osób publicznych oraz wskazuje na stopień ich odpowiedzialności wobec prawa.

Obraz, jaki wyłania się z treści Raportu, nakazuje w szeregach dowódczych formacji WSI upatrywać środowisko skorumpowane, wręcz przestępcze, o groźnych dla bezpieczeństwa państwa związkach z obcymi, wrogimi Polsce służbami. Przeczenie faktom, nie ma wpływu na ich wymowę.

Obecny marszałek Sejmu, który wielokrotnie deklarował swoją sympatię wobec ludzi z tego środowiska oraz podważał w niewybrednych słowach prawne znaczenie i sens likwidacji służby, naraża się na nieuniknione pytania o charakter tych kontaktów i powody obrony interesów WSI. Liczne kłamstwa – również publiczne, w sprawach dotyczących afery marszałkowej pozwalają przypuszczać, że rola Komorowskiego w kombinacji służb specjalnych jest inna, niż sam ją wskazuje. Wiemy także, że polityczny życiorys Bronisława Komorowskiego od kilkunastu lat jest związany z tajnymi służbami wojskowymi, a jego nazwisko – jako osoby odpowiedzialnej pojawia się na wielu stronach Raportu. Antoni Macierewicza określił ten rodzaj znajomości w przejrzysty sposób: - Marszałek Komorowski przez lata chronił ludzi z WSI i powinien za to ponieść odpowiedzialność.

Na pytanie – czy w politycznej działalności Komorowskiego chodzi o obronę interesów państwa polskiego i jego obywateli, czy też ochronę grupy zagrażającej porządkowi prawnemu – nie ma prostej odpowiedzi, ale też nie wolno jej sprowadzać do werbalnej deklaracji samego polityka. Nie ma również żadnego powodu, by w tak poważnych kwestiach zadawać się na opinię partyjnych kolegów lub słowo osoby zainteresowanej ukryciem prawdy.

Kontakty z ludźmi podejrzanymi o przestępstwa przeciwko państwu oraz publiczne nawoływanie do nieposzanowania prawa, są zbyt rażącym zachowaniem, by zrezygnować z prób ich wyjaśnienia. Tym bardziej, gdy w tle poszczególnych decyzji Komorowskiego, mamy przykłady ludzkich tragedii, niszczenia karier, pogardy dla prawa.

Ani bufonada, ani arogancja Bronisława Komorowskiego, nie mogą uchronić go od konfrontacji z przeszłością. Mamy prawo sprawdzić - czy ten, któremu obywatele powierzają najważniejszy urząd jest, czy też nie jest godnym go sprawować.

Myślę, że debaty publiczne i moderowane dyskusje nie wyegzekwują dziś rzeczy najważniejszej – prawa obywateli do rzetelnej i pełnej informacji, szczególnie o tak kontrowersyjnej postaci, jaką jest marszałek Komorowski.

Pojawia się jednak problem - kto ma zadać te pytania i jak uzyskać na nie odpowiedzi?

Nie sądzę, by zadali je dziennikarze, skutecznie wystraszeni przypadkiem Wojciecha Sumlińskiego. Nie wierzę również, by padły ze strony polityków PiS, którzy ulegli magii sondaży i przyjęli strategię „konstruktywnej opozycji”. Dzisiejsza kandydatura Komorowskiego jest efektem fatalnego zaniedbania, jakim było przemilczenie afery marszałkowej. Kolejne przemilczenie, będzie miało już katastrofalne skutki.

Szykuje się zatem sytuacja, w której ta część społeczeństwa, skłonna dochodzić swoich praw do informacji, będzie zdana na domysły i dywagacje, a pytania – które winni zadać reprezentanci interesu społecznego, mogą nie zostać nigdy zadane. To zaś sprawi, że prezydentem Polski zostanie człowiek, przy którym przeszłość Aleksandra Kwaśniewskiego wygląda na świetlaną.

Pisząc kiedyś o tchórzostwie Bronisława Komorowskiego, przytoczyłem słowa Bułhakowa, iż "tchórzostwo nie jest jedną z ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą”.

Na każdego, kto za wszelką cenę starał się ukryć swoją przeszłość i okazywał lęk przed jej ujawnieniem przychodzi chwila, gdy na odwagę jest już za późno. Wówczas - tchórz staje się postacią tragiczną, bo przeświadczoną o własnej wielkości i nietykalności. Myślę, że Bronisław Komorowski jest bliski tej chwili. Gdy ona nastąpi – dla nas będzie za późno.

czwartek, 25 marca 2010

O HISTORIĘ PRAWDZIWĄ

Trzeba najpierw, twardo postulować rozwijanie działalności Instytutu Pamięci Narodowej. Jeśli ktoś dzisiaj kwestionuje sens bardzo gruntownych badań nad najnowszą historią, także w kontekście oskarżania komunizmu jako systemu, to albo ma złą wolę, albo nic nie rozumie. To babranie się w historii, także lustracyjne, bywa przykre, ale absolutnie niezbędne” – mówił przed sześcioma laty lider PO Donald Tusk w wywiadzie dla „Przekroju” („Strach na całe zło” 45/46/2004) i dodawał: „Mam wrażenie, że jesteśmy o krok od tego, aby uznać, że filozofia „Gazety Wyborczej” i części obozu politycznego, filozofia krytykująca te działania, poniosła absolutną klęskę”.

Tradycyjnie błędne prognozy polityka PO, i w tym wypadku okazały się chybione, bo 6 lat później premier Donald Tusk autoryzował „filozofię „Gazety Wyborczej” i w porozumieniu z SLD chce doprowadzić do faktycznej likwidacji idei IPN-u.

Od chwili powołania rządu PO-PSL, byliśmy świadkami jak przy pomocy gróźb, szantażu i nacisków próbowano ograniczyć autonomię Instytutu i aktywność historyków. Pretekst do rozprawy znajdowano w publikacjach na temat Wałęsy – przy czym prawdziwą histerię wywołała książka Pawła Zyzaka, wydana przez prywatną oficynę. Nikt z arogantów, rzucających gromy na IPN nie próbował nawet wykazać związku pomiędzy publikacją, a żądaniem likwidacji Instytutu. Podobnie - nawoływanie do ograniczenia budżetu IPN-u, nie mogło mieć związku z jedną książką Gontarczyka i Cenckiewicza, wobec kilkuset wydawnictw finansowanych ze środków Instytutu.

Prawdziwych przyczyn niechęci wobec IPN można wymienić co najmniej kilka; począwszy od działań Biura Lustracyjnego i publikacji katalogów zawierających dane osobowe współpracowników bezpieki, poprzez aktywność wydawniczą i edukacyjną, po liczne śledztwa prowadzone przez pion śledczy. U podstaw tego stosunku, leży ideologia odziedziczona po władcach PRL-u, która na indeksie dziedzin politycznie niepewnych i podejrzanych stawiała nauki historyczne. Podobnie - jak komuniści zdawali sobie sprawę z groźby, jaką dla ich systemu zakłamania niosła prawda historyczna – tak ludzie tworzący III RP upatrują zagrożenie dla swoich interesów w działalności niezależnej instytucji historycznej.

Przez kilkanaście miesięcy poznawaliśmy kolejne projekty nowelizacji ustawy o IPN. Każdy z nich, zmierzał do ograniczenia suwerenności Instytutu i poddania go politycznej kontroli. Nie ukrywano, że zmiana na stanowisku prezesa (powołanego w 2005 roku głosami posłów PO) ma służyć podporządkowaniu Instytutu, a regulacje dotyczące dostępu do materiałów archiwalnych - ochronie interesów funkcjonariuszy SB i tajnych współpracowników bezpieki.

Ostateczny projekt nowelizacji, zatwierdzony przez Sejm zawiera liczne zapisy, które doprowadzą do zawłaszczenia instytucji, pozbawienia jej roli śledczej i edukacyjnej oraz zakończenia procesu lustracji i odkrywania tajemnic najnowszej historii. Projekt autorstwa Platformy jest przy tym chaotycznym, legislacyjnym gniotem, zawierającym wiele niekonstytucyjnych zapisów, niedopracowanych i sporządzonych naprędce – co wyraźnie sugeruje, że powstał na doraźne, polityczne zlecenie.

O tym - jakie środowiska mogły być zainteresowane gwałtownym przyśpieszeniem prac nad nowelizacją ustawy może świadczyć korelacja między wypowiedziami prezesa IPN z końca lutego br., a natychmiastową reakcją polityków PO. 25 lutego Janusz Kurtyka, komentując wyrok TK w sprawie esbeckich emerytur stwierdził, że „ci, którzy katowali Polaków jako członkowie Informacji Wojskowej, czy którzy inwigilowali również opozycję, jako członkowie Wojskowej Służby Wewnętrznej, pozostają poza tą ustawą” i dodał - Wojskowe służby powinny być nią objęte. Należy zrobić wszystko, żeby wyrównać pozycje funkcjonariuszy cywilnej bezpieki i żołnierzy wojskowej bezpieki".

Już w trzy dni później prasa donosiła, że sejmowe prace PO nad znowelizowaniem ustawy ruszyły z kopyta, a Platforma się spieszy, bo chce, aby nowy prezes został wybierany już według nowych zasad. Uchwalenie nowelizacji posłowie PO zapowiadali na następne posiedzenie Sejmu, nie ukrywając, że zamierzają zdążyć ze zmianą przepisów do maja br.

Warto zauważyć, że koncepcja, według której zbudowano zapisy nowej ustawy, ujawnia swoje autorstwo w wypowiedzi Bronisława Komorowskiego z kwietnia 2009 roku. Wówczas to, marszałek Sejmu „rozwiązanie problemu IPN” widział w „wytworzeniu konkurencji poprzez inne posterowanie strumieniem pieniędzy na badania naukowe” oraz „gruntownej przebudowie Instytutu”.

Zgodnie z tą intencją, pod pozorem zapewnienia „neutralności politycznej” wprowadza się do ustawy przepisy skonstruowane w taki sposób, by ubezwłasnowolnić szefa IPN, a jego kompetencje scedować na rzecz Rady, formowanej pod dyktando władz największych polskich uczelni. Włączenie w proces wyłaniania szefostwa IPN środowisk uniwersyteckich, można tłumaczyć tylko skrajną niechęcią, jaką polskie uniwersytety wykazują wobec lustracji. Dlatego w nowelizacji przewidziano, że zespoły uczelniane wyłaniające kandydatów do Rady IPN nie muszą poddawać się lustracji. To zaś oznacza, że liczni współpracownicy bezpieki, pracujący w polskich uniwersytetach wyłonią do Rady podobnych sobie fachowców od najnowszej historii. Te same intencje przyświecały wskazaniu Krajowej Rady Sądownictwa i Krajowej Rady Prokuratury, jako organów wyłaniających kandydatów na członków Rady IPN. Obie organizacje od lat chronią swoich członków, ściganych przez pion śledczy Instytutu, w związku ze zbrodniami sądowymi popełnianymi w okresie PRL- u i nie wyrażają zgody na uchylanie immunitetów, nawet w przypadku ewidentnych przestępstw. Brak lustracji zawodów prawniczych, (a w szczególności środowiska sędziowskiego) oraz niechęć do rozliczeń okresu komunizmu pozwala podejrzewać, że rekomendacje te będą obarczone troską o interesy korporacji.

Nowo powołana Rada - w kontekście obszaru działalności IPN będzie dysponować imponującymi uprawnieniami. To ona będzie ustalała harmonogramy programów badawczych, zasady działania IPN, a nawet rozstrzygała konkursy grantowe. Radzie przyznano również prawo rekomendacji procedury lustracyjnej - choć kwestie te reguluje kodeks postępowania karnego i ustawa lustracyjna. Dekretowanie takich kompetencji Radzie, która nie jest organem IPN, nie ma prawa do wydawania rozporządzeń, ani przepisów powszechnie obowiązujących musi budzić zastrzeżenia, co ich konstytucyjności. Jedyne, czego Rada nie będzie robiła, to nie będzie ponosiła odpowiedzialności. Tę bowiem ma ponosić prezes – sprowadzony do roli politycznej marionetki, którą pod byle pozorem można odwołać zwykłą większością głosów. W praktyce oznacza to, że szef IPN będzie zakładnikiem partii dysponującej większością sejmową.

Przepisy dotyczące relacji Rada – prezes skonstruowano w taki sposób, by wytworzyć chaos kompetencyjny – szczególnie w zakresie ustalania programów badawczych, konkursów grantowych i finansowania zadań Instytutu. Jednak tylko pozornie niedorzeczny wydaje się przepis art.4, przyznający Radzie funkcje arbitrażowe tam, gdzie za decyzje finansowe odpowiada prezes IPN. Podobnie - choć nie przewidziano żadnych procedur konkursowych – ich przygotowaniem i rozstrzyganiem ma zajmować się Rada, nie biorąc odpowiedzialności za zdolności budżetowe Instytutu. Chodzi zatem o sytuację, w której organ nie ponoszący żadnej odpowiedzialności finansowej, ogłasza konkurs na finansowanie.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że zamiarem autorów ustawy było uzyskanie dodatkowych środków z budżetu na rzecz zewnętrznych środowisk uniwersyteckich. Odtąd bowiem pieniądze na badania historyczne i programy grantowe, prowadzone przez uniwersytety i jednostki zewnętrzne mają pochodzić z kasy IPN. Pozbawienie Instytutu „monopolu” na badania i projekty historyczne, oznacza faktyczne rozdysponowanie jego budżetem przez Radę złożoną z przedstawicieli „konkurencyjnych” ośrodków naukowych. Na tym zabiegu, wyjętym spod kontroli ustawy o finansach publicznych zdaje się polegać pomysł „wytworzenia konkurencji poprzez inne posterowanie strumieniem pieniędzy” – wyrażony przez Komorowskiego.

Nowe przepisy nakładają na IPN kilka nierealnych zobowiązań. Chodzi o wyznaczenie terminu 7 dni na udostępnienie wnioskodawcy dokumentów znajdujących się w archiwum. Dość przypomnieć, że niemiecki odpowiednik IPN-u ma rok na spełnienie takiego żądania, a na przeszkodzie zachowania terminu może stać brak dokumentacji, spowodowany choćby przekazaniem akt do sądu lub służb ochrony państwa. Ustawa nie przewiduje jednak żadnych odstępstw od wyznaczonego terminu. Niewykluczone, że absurdalny zapis wprowadzono, by mieć wygodny pretekst do usunięcia w każdej chwili prezesa IPN lub jego współpracowników, odpowiadających za udostępnianie dokumentów.

O kompletnej ignorancji twórców nowelizacji świadczy natomiast art. 5 nakazujący publikację całego inwentarza archiwalnego IPN- u, w terminie do dnia 31 grudnia 2012 r. Chodzi tu o szczegółowy opis każdej teczki, znajdującej się w zasobach Instytutu. Jak zwracał uwagę prezes Kurtyka - jest to 88 kilometrów bieżących akt, czyli ok.25 milionów teczek. Choć rozpoznawanie zbiorów odbywa się bardzo szybko, (dzięki zastosowaniu unikatowych rozwiązań) jest to proces, który zajmie kilkadziesiąt lat. Pogląd, że można go wykonać do 2012 roku prezes IPN nazwał mrzonką, a pomysł projektodawców określił jako kompromitację.

Szczególnie bulwersującą jest zmiana zasad publikacji katalogów IPN, dotyczących osób pokrzywdzonych działaniami komunistycznej bezpieki. Do tej pory znajdowały się w nich nazwiska przeciwników systemu komunistycznego, a publikację danych w tym katalogu można było traktować jako szczególne wyróżnienie. Zgodnie z nowymi przepisami - w tym samym wykazie pokrzywdzonych znajdą się nazwiska funkcjonariuszy partii komunistycznej, na temat których pereelowskie służby zbierały jakiekolwiek informacje. Oznacza to, że obok ludzi z AK i znanych opozycjonistów, umieszczone będą nazwiska Bermana, czy Gomółki.

Wydaje się, że główną intencją ludzi Platformy było podważenie idei publikacji katalogów i zdezawuowanie moralnego wymiaru tych wykazów.

Z całą pewnością można przyjąć, że nowelizacji ustawy zablokuje proces lustracji oraz zamknie dziennikarzom i naukowcom dostęp do akt IPN-u. Temu celowi służą zapisy, na podstawie których osoba, uzyskująca dostęp do własnych akt „może zastrzec, że dotyczące jej dane osobowe zebrane w sposób tajny w toku czynności operacyjno-rozpoznawczych organów bezpieczeństwa państwa nie będą udostępnianie w celach naukowych i dziennikarskich”. Takie zastrzeżenie będzie obowiązywać nawet przez 50 lat. Ponieważ dokumenty archiwalne są wzajemnie ze sobą powiązane - czyli jeden dokument może dotyczyć wielu, różnych osób - łatwo sobie wyobrazić, że seria indywidualnych decyzji o zastrzeżeniu dostępu szybko spowoduje zablokowanie prac historycznych i śledztw dziennikarskich.

Faktycznie zatem – intencją autorów ustawy jest zamknięcie dostępu do archiwum, a oficjalne deklaracje polityków PO służą wyłącznie celom propagandowym. W warunkach powstałych po nowelizacji i zastosowaniu szeregu zastrzeżeń, naukowcy i dziennikarze zostaną pozbawieni dostępu do materiałów źródłowych – to zaś oznacza, że wiele informacji dotyczących najnowszej historii nigdy nie zostanie ujawnionych społeczeństwu.

Łatwo przewidzieć – kto skorzysta na tych regulacjach. Będą to ci, którzy z racji pracy w organach bezpieki mają już wiedzę o elitach III RP i dysponują „prywatnymi archiwami”, zgromadzonymi w czasie służby jako „polisa ubezpieczeniowa”. Dla nich - „zastrzeżenia danych zebranych w sposób tajny, w toku czynności operacyjnych” faktycznie oznacza możliwość rozpoczęcia „gry teczkami”. W żadnym innym środowisku - jak byłych esbeków działalność IPN-u nie wzbudzała tyle nienawiści. Dość przeczytać publikacje zamieszczane na stronach „stowarzyszeń kombatanckich”, by ocenić komu spodoba się nowelizacja ustawy. Oddanie esbeckim „władcom tajemnic” obszaru wiedzy o przeszłości - czyni z nich głównych beneficjantów pomysłów Platformy.

Ale nie tylko ich.

To bowiem, co znajdowało się w archiwach pereelowskiej bezpieki, a obecnie ma zostać ukryte przed polskim społeczeństwem, jest dostępne w Moskwie i Berlinie. Stało się tak, ponieważ każda policja polityczna w „demoludach” była integralną częścią sowieckiego systemu kontroli – w pełni zależną wobec sowieckiego hegemona i spełniała określoną przez okupanta rolę w mechanizmie megasłużb komunistycznych. System ten zakładał, że archiwa poszczególnych formacji służą celom strategicznym Bloku Sowieckiego i na tej podstawie wymuszał ścisłe współdziałanie i transparentność posiadanych informacji. Wszechobecna w komunizmie zasada „kontroluj kontrolującego” powodowała, że służby jednych państw zbierały i archiwizowały informacje o innych ( tu rolę szczególną powierzono NRD – owskiej Stasi), a wszystkie zbiory danych musiały być dostarczane do moskiewskiej centrali. Przekazanie w roku 1990 przez ostatniego szefa WSW gen. Bułę mikrofilmów i kartoteki kontrwywiadu wojskowego do Moskwy potwierdza jedynie tę praktykę.

Z tego względu – zamknięcie archiwów przed dziennikarzami i badaczami najnowszej historii jest de facto działaniem w interesie rosyjskich i niemieckich służb. Mając pewność, że wiedza o dzisiejszych elitach IIIRP ( w tym o najcenniejszej agenturze) znajduje się w Moskwie, a ogromna jej część również w Berlinie, ludzie obecnego układu skazują Polskę na rolę bezwolnego, zależnego przedmiotu w politycznych i gospodarczych rozgrywkach.

W projekcie Platformy to nie jedyne rozwiązanie korzystne dla byłych esbeków i ich współpracowników. Odtąd bowiem konfidenci i funkcjonariusze SB będą mogli uzyskać dostęp do wszelkich dokumentów na swój temat, znajdujących się w zbiorach IPN. Dziś osoby te nie dostają dokumentów wytworzonych przez nich w ramach działań w komunistycznych służbach. Ponieważ z ustawy wykreślono artykuł o odmowie udostępniania akt bezpieki osobom, których służby te traktowały jako "tajnych informatorów lub pomocników przy operacyjnym zdobywaniu informacji" – również tajni współpracownicy uzyskają prawo wglądu w archiwa. W uzasadnieniu zmian PO napisała, że „stało to w kolizji z prawem do obrony przez posądzonych o współpracę ze służbami PRL” - zatem za wprowadzeniem tej poprawki stoi ochrona interesów tej grupy.

Konsekwencje zmiany mogą okazać się niezwykle poważne i doprowadzić do zablokowania szeregu najważniejszych śledztw prowadzonych przez pion prokuratorski IPN oraz skutecznie uniemożliwić wyjaśnienie wielu tajemnic PRL.

IPN od kilku lat prowadzi śledztwo w sprawie grupy przestępczej, działającej w ramach departamentów IV i III MSW – czyli tzw. Grupy „D" – zajmującej się dezintegracją i walką z Kościołem. Nie bez powodu, esbeków z tej grupy kojarzy się z zabójstwem ks. Jerzego oraz przypisuje się im wiele innych morderstw i aktów terroru. Prokuratorzy IPN zamierzają rozpracować tę strukturę - ustalić nazwiska, metody i zebrać twarde dowody zbrodniczej działalności. Na koniec - doprowadzić winnych pod sąd.

Innym ważnym śledztwem, które może zostać udaremnione, jest postępowanie w sprawie wyłudzania spadków w latach 80. przez funkcjonariuszy Zarządu II Sztabu Generalnego WP. Posługując się fałszywymi dokumentami, poprzez podstawionych agentów przejmowano spadki po obywatelach polskich, zmarłych m.in. w Kanadzie i w Szwajcarii. Ogromne kwoty uzyskane z tych operacji, zasiliły tajny fundusz operacyjny i kieszenie oficerów wywiadu wojskowego PRL. Cała operacja – jak głosi komunikat Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu - była nadzorowana przez oficerów Zarządu II Sztabu Generalnego, a prowadzone obecnie czynności procesowe mają na celu ujawnienie kolejnych przypadków zaangażowania się funkcjonariuszy w dokonywanie tego typu przestępstw oraz ustalenie pełnego kręgu osób uczestniczących w ich popełnianiu.

Ta sprawa to jedyny, ocalały z „pogromu” rządów Platformy wątek dotyczący działalności Wojskowych Służb Informacyjnych. Tylko dlatego, że prowadzenie śledztwa przejął IPN, sprawa uniknęła losu ponad 200 zawiadomień o przestępstwach żołnierzy WSI, umorzonych przez prokuraturę wojskową.

Można sobie zatem wyobrazić, że do wytworzonych przez siebie akt zagląda funkcjonariusz, który ma świadomość, że znajduje się w kręgu podejrzeń o udział w działaniach przestępczych. Chce się dowiedzieć (i dowiaduje) - kto i kiedy interesował się dokumentacją, odnajduje przydatne dla obrony informacje, szuka adresów i nazwisk osób do których może dotrzeć wcześniej, niż prokuratorzy. Podobnie może postąpić kapuś, którego donosy pomagały esbekom w popełnieniu zbrodni. Choćby IPN wiedział z kim ma do czynienia, nie będzie mógł odmówić dostępu do teczek. Pytanie - czy umożliwienie tym osobom dostępu do archiwów IPN może mieć wpływ na wyniki śledztw - wydaje się czysto retoryczne

Poza tym, każdy tajny współpracownik, nie mając pewności czy może zataić fakt współpracy – od tej chwili będzie w stanie ustalić, jakie dokumenty znajdują się w jego aktach i ocenić groźbę ich ujawnienia. Dzięki nowej ustawie, będziemy wkrótce świadkami niespodziewanych karier politycznych i biznesowych ludzi, którzy dotąd obawiali się zdemaskowania.

Nowa regulacja, uzasadniana „prawem do obrony przez posądzonych o współpracę ze służbami PRL” jest sprzeczna z ideą Instytutu, powstałego, by chronić interesy pokrzywdzonych działaniami państwa komunistycznego, a nie jego funkcjonariuszy i tajnych współpracowników.

Niewiele jest ustaw, których wprowadzenie może mieć tak katastrofalne następstwa, jak uchwalona przed kilkoma dniami nowelizacja. W państwie, którego obywatele nie posiadają elementarnej wiedzy historycznej, zbudowanym w dużej mierze na patologicznych relacjach agenturalnych, w którym istnieją wpływowe grupy interesów sprzecznych z polskimi - pozbawienie społeczeństwa możliwości poznania własnej historii czy uzyskania wiedzy o „elitach” urasta do rangi sprawy najważniejszej.

Zmarły w ubiegłym roku profesor Paweł Wieczorkiewicz, mówił o historii prawdziwej, skrytej za kulisami i tej medialnej, fasadowej - historii dla idiotów lub prostaczków, którzy wierzą w to, co widzą w telewizji i czytają w gazetach. Taką wersję historii proponują nam dziś politycy Platformy, chcąc zniszczyć autonomię badań historycznych, blokując dostęp do archiwów i czyniąc z niezależnej instytucji enklawę obrońców agentury i przeciwników sanacji życia publicznego.

Skutkiem wprowadzenia nowelizacji, może być nie tylko uśmiercenie idei IPN-u i upolitycznienie nauk historycznych. W perspektywie lat - chodzi o zniszczenie narodowej pamięci.

Ludzie którzy dziś rządzą Polską powinni wiedzieć, że takiej zbrodni się nie wybacza i nie zapomina.

Artykuł opublikowany w nr.12/2010 Gazety Polskiej

środa, 24 marca 2010

POWRÓT KUŁAKA

Przed sześcioma laty, prof. Jan Winiecki w artykule o ABW napisał, że „rzeczona agencja bynajmniej – jak widać z bezbrzeżnej głupoty i totalitarnych zaszłości jej funkcjonariuszy – nie chroni bezpieczeństwa państwa i jego obywateli. Jest to po prostu Agencja Bezmyślnych Ubeków, którzy niczego się nie nauczyli. A że jeszcze, co gorsze, niczego nie zapomnieli sprzed 1989 r. to stanowią zagrożenie i dla bezpieczeństwa państwa, i dla wolności jego obywateli”. Gdy przed kilkoma miesiącami powtórzyłem te słowa w tekście „Biali Czerwoni”, napisałem, że to czego niemal codziennie jesteśmy świadkami w wykonaniu „białych czerwonych” skłania do refleksji, że oni nadal nie nauczą się niczego, my zaś, już wkrótce będziemy przypominać sobie nauki sprzed 1989 roku.

Tytułowi „biali czerwoni” to określenie carskich czynowników, którym imperialne, dyktatorskie nawyki pozostały na całe życie. O nich to mówiło się, że „niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli”. W realiach III RP termin ten dotyczy funkcjonariuszy pereelowskiej bezpieki, przyjętych z całym dobrodziejstwem „inwentarza” do służb wolnej Polski i do dziś mających decydujący głos w sprawach bezpieczeństwa państwa.

Jedną z bezspornych prawd o obecnym rządzie, jest fakt, że wraz z jego nadejściem, do służb III RP powrócili ludzie bezpieki cywilnej i wojskowej. Odtąd też, model funkcjonowania służb specjalnych – jako „zbrojnego ramienia” grupy rządzącej i wspornika gwarantującego nienaruszalność jej interesów, stał się „podstawą programową” ekipy Donalda Tuska.

Byłoby jednak poważnym błędem sądzić, że owi „biali czerwoni” zasilający szeregi „odzyskanych” ABW, SKW, czy (ostatnio) CBA – niczego się nie nauczyli i nadal tkwią w oparach komunistycznych absurdów. Przeciwnie – ludzi ci potrafią zastosować w praktyce najlepsze wzorce - czyli te, gwarantujące umocnienie pozycji służb specjalnych w całym mechanizmie państwa. Fakt, że czerpią je z tej samej tradycji, jakiej pozostawali wierni przez lata służby w PRL-u, czyni ich wysiłki tym bardziej godnymi uwagi, bo opartymi na zasadzie lojalności. I choć nadal mogą odczuwać dyskomfort z ułomnych jeszcze efektów naśladownictwa, każdy kolejny miesiąc rządów PO-PSL przybliża nas do pożądanego ideału.

Warto przecież pamiętać, że w samej Federacji Rosyjskiej tzw. reformy państwa i służb specjalnych ( a są w FR terminy równoznaczne) zajęły pułkownikowi Putinowi kilka lat i nadal nie zostały zakończone. Trudno zatem wymagać, by po okresie dwuletnich rządów obecnej koalicji, można było mówić o pełnym sukcesie.

Od chwili, gdy rządcą służb specjalnych został Krzysztof Bondaryk, można obserwować proces zacieśniania współpracy z „bratnimi” formacjami. Nie są to spektakularne zdarzenia, którymi ABW chciałaby się pochwalić, ale nawet zza zasłony skromności możemy dostrzec istotne objawy.

Już w lutym 2008 roku, na portalu Kresy24.pl przemknęła informacja, że polskie służby zrobiły prezent białoruskiemu KGB i wydały zakaz wjazdu do Polski Józefowi Porzeckiemu – wiceprezesowi zwalczanego przez Łukaszenkę Związku Polaków na Białorusi. Znający okoliczności sprawy informator twierdził, że polskie służby uległy sugestiom białoruskiego KGB na temat rzekomej „agenturalnej działalności” Porzeckiego. Nie zweryfikowano tych informacji i zaufano osobie która je przekazała.

Informator portalu Kresy24.pl. zauważył, że „nie ulega wątpliwości, iż zakazując Porzeckiemu wjazdu polskie służby po raz kolejny zrobiły prezent KGB, uderzając w sam środek ZPB. Można tylko sobie wyobrazić jaką radość sprawiło białoruskim służbom podważnie zaufania do Porzeckiego w polskim środowisku na Grodzieńszczyźnie i jak destrukcyjnie wpłynie to na Związek”. Warto dodać, że wcześniej Porzecki był szykanowany przez polskie władze, a zakaz wobec niego zdjęto na jesieni 2005 roku, po dojściu do władzy PiS. Polskie MSZ przeprosiło wówczas działacza za dawne szykany, przyznając, że wcześniejsza decyzja o zakazie wjazdu była całkowicie bezpodstawna. Po cofnięciu zakazu Porzecki wielokrotnie przyjeżdżał do Polski. Reprezentował ZPB, w towarzystwie Andżeliki Borys spotykał się z przedstawicielami polskich władz, z Marszałkami Sejmu i Senatu. Co takiego nagle się stało, że polskie służby ponownie uznały, że stanowi on zagrożenie?

To zdarzenie można byłoby uznać za incydentalne, gdyby nie informacja z listopada 2009 roku, mówiąca o tym, że z Polski do białoruskiego KGB wyciekły setki danych o transakcjach Białorusinów w naszym kraju, a białoruska bezpieka szantażuje tymi informacjami swoich obywateli i pracowników polskiego konsulatu w Grodnie, wzywając dziesiątki osób na przesłuchania. Nie mogąc ustalić winnych tego bezprawnego przecieku "Gazeta Wyborcza" (która sprawę opisała) próbowała się dowiedzieć, czy polska instytucja, do której KGB zwraca się o dokumenty, powinna powiadomić ABW. "Instytucje państwowe nie mają takiego obowiązku" - odpisała rzeczniczka ABW ppłk Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska i dodała że "jeśli przedstawiciele wspomnianych instytucji stwierdzą, iż jakiekolwiek okoliczności takiej wymiany informacji mogą wiązać się z zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa bądź mają znaczenie z punktu widzenia ustawowych obowiązków ABW, mają obowiązek o takim fakcie poinformować".

Jednak trzy miesiące później mogliśmy się dowiedzieć, że Polska przekazuje białoruskiemu KGB informacje o transakcjach handlowych na terenie kraju, przeprowadzanych przez obywateli Białorusi, w tym polskiego pochodzenia. Do zaprzestania tej działalności wezwali rząd parlamentarzyści z sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą, występując do premiera z dezyderatem, by wstrzymać przekazywanie danych.

Miesiąc wcześniej - media ujawniły wewnętrzny dokument wywiadu skarbowego, w którym funkcjonariusz tej służby opisywał, jak na żądanie przełożonych przekazał oficerom ABW wiadomości z baz danych ministerstwa skarbu. Zrobił to na wyraźne polecenie szefostwa, choć zgłosił wątpliwości dotyczące takiego działania. Tak bliska (choć bezprawna) współpraca nie może dziwić, bowiem od lat kolejni szefowie wywiadu skarbowego to osoby, których kariery są ściśle związane z ABW.

Analiza wielu zdarzeń w Rosji, na Białorusi oraz w Polsce – może doprowadzić do wniosku, że „biali czerwoni” potrafią czerpać ze skarbnicy doświadczeń starszych kolegów.

W tym samym czasie, gdy rząd Donalda Tuska opracowywał tzw. „program ochrony cyberprzestrzeni”, w putinowskiej Rosji wydawano kolejne akty prawne w ramach oficjalnego, rządowego „programu bezpieczeństwa antykryzysowego” i „publicznej kampanii przeciwko terroryzmowi”. Wszystkie łączył wspólny mianownik; prowadziły do zwiększania (i tak niebotycznych) uprawnień służb specjalnych, a tym samym – do rozbudowy systemu kontroli nad społeczeństwem. Prócz tego, zmierzały do realizacji ważnej koncepcji stworzenia tzw. modelu „kułaka”, czyli zaciśnięcia wszystkich rodzajów służb wokół jednej struktury na wzór KGB.

Bez cienia wątpliwości - te same tendencje da się zauważyć pod rządami PO-PSL.

Regulacje prawne, jakie proponował rząd Tuska szły zawsze w kierunku zbliżonym do rozwiązań rosyjskich. Podstawowym aktem prawnym, była ubiegłoroczna nowelizacja ustawy o zarządzaniu kryzysowym, którą przeforsowano w błyskawicznym tempie 6 miesięcy. Zarzucano jej nadmierne eksponowanie roli ABW i udzielenie tej służbie uprawnień do inwigilacji przedsiębiorstw. Na podstawie nowych przepisów ABW uzyskała niekontrolowany dostęp do dokumentów i informacji w firmach zarządzających tzw. infrastrukturą krytyczną (energetyka, transport, komunikacja, teleinformatyka) oraz możliwość wpływu na obsadę stanowisk pełnomocnika ds. kontaktów z ABW. Lektura tekstu ustawy nie pozostawia wątpliwości, że zasadniczym celem jej uchwalenia było wyposażenie służby pana Bondaryka w potężny instrument nadzoru nad przedsiębiorcami. Nowe przepisy nałożyły na szeroki krąg podmiotów obowiązek przekazywania szefowi ABW nie tylko informacji o zagrożeniach o charakterze terrorystycznym, lecz również o zagrożeniach dotyczących działań, „które mogą prowadzić do zagrożenia życia lub zdrowia ludzi, mienia w znacznych rozmiarach, dziedzictwa narodowego lub środowiska”. W praktyce – pod pozorem walki z terroryzmem, dano ABW uprawnienia pozwalające głęboko ingerować w procesy gospodarcze i działalność najważniejszych firm.

Podobnym celom służył opracowany przez rząd Tuska „Plan naprawczy” dla systemu PESEL2. Przewidywał bowiem przeniesienie części działań pierwotnie realizowanych w projekcie PESEL2 do projektu pl.ID – czyli wdrożenia elektronicznego dowodu tożsamości- to zaś prowadziło do budowy elektronicznej bazy danych o wszystkich obywatelach. Zapowiadany obecnie elektroniczny dowód osobisty przewidziany w projekcie pl.ID, jest w istocie integralną częścią systemu identyfikacyjnego PESEL2. Od 2011 roku przewiduje się wydawanie e-dowodów oraz uruchomienie usług uwierzytelniania obywateli. Ponieważ całkowita wartość jednego tylko projektu pl.ID projektu wynosi 370 mln zł, czyni go niezwykle atrakcyjnym i dochodowym przedsięwzięciem biznesowym. Decydujący wpływ na przebieg tego rodzaju przetargów ma ABW. Mogliśmy się o tym przekonać na przykładzie przetargów na maszyny sortujące dla Poczty Polskiej w listopadzie 2008. Chodziło o elektroniczny system opracowywania korespondencji, który umożliwia tworzenie bazy danych o adresatach i nadawcach oraz analizę grafologiczną. Wymogi, jaki winny spełniać użyte do tego celu urządzenia zostały określone przez ABW, w zakresie tzw. funkcji specjalnych. Komisja przetargowa, sporządzając specyfikację istotnych warunków zamówienia musiała brać pod uwagę wymagania techniczne stawiane przez ABW i pytać Agencję o ocenę ofert. „Wiele wskazuje na to – pisał wówczas „Dziennik” - że przetarg rozstrzygnęły specsłużby. Teraz może się to powtórzyć. W kwietniu, tuż przed ogłoszeniem ostatniego przetargu na dostawę maszyn o wartości 250 mln zł, doszło do spotkania kierownictwa poczty i szefów ABW. Nie wiadomo, jakie zapadły decyzje. Wszystko objęte jest klauzulą tajemnicy państwowej”.

Warto zatem przypomnieć, że od lipca 2009 roku rosyjskie specsłużby mają prawo kontrolować wszystkie przesyłki pocztowe, a pracownicy urzędów pocztowych zostali zobligowani do przekazywania strukturom siłowym prowadzącym operacje śledcze informacji o danych adresowych nadawców i odbiorców oraz udostępniania samych przesyłek. Mam przeświadczenie, że choć polskie prawodawstwo zabrania jeszcze takich praktyk, są one dostępne dla Agencji pana Bondaryka.

Podobieństwa modelu „kułaka” na tym się nie kończą.

Przed trzema laty rozpoczęto w Rosji tworzenie ogromnej megabazy danych, nazywając ją "jednolitym systemem informacyjno-telekomunikacyjnym" (EITKS). Celem miała być walka ze zorganizowaną przestępczością i zintegrowanie wszystkich dotychczasowych baz danych policji w jednym systemie. Program ma umożliwiać natychmiastowy dostęp do wszelkiego rodzaju informacji o osobie (nagrania audio, video, zdjęcia, odciski palców, dane biometryczne, próbki tekstu) w dowolnym miejscu w kraju i określenie tożsamości na podstawie nawet cząstkowej informacji. Kolejnym krokiem było uzyskanie przez FSB pełnego dostępu do baz danych o klientach firm telekomunikacyjnych. Uchwalone w 2005 roku prawo zobowiązywało operatorów, aby na własny koszt zapewnili służbom specjalnym "na odległość" i przez całą dobę pełny dostęp do baz danych o klientach. I to bez potrzeby uzyskiwania sankcji sądowej. Pod lupą FSB znaleźli już wówczas rosyjscy dostawcy Internetu, a praktyka stosowania tej ustawy wskazuje, że służy ona do cenzurowania i nadzorowania przepływu informacji w Internecie.

Podobne pomysły - rejestracja stron internetowych, identyfikowanie użytkowników, odcinanie nieprawomyślnych portali internetowych - wzorowane na rozwiązaniach FR wprowadził rząd Białorusi.

Te same rozwiązania próbuje wprowadzić rząd Donalda Tuska, zasłaniając się koniecznością ”walki z terroryzmem”, hazardem, przestępczością zorganizowaną. Choć wycofanie z zapisów ustawy o grach, wprowadzających tzw. Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych zostało odebrana jako rzekome „zwycięstwo internautów” – już pojawiają się zapowiedzi powrotu do tej koncepcji i wprowadzenia de facto cenzury Internetu.

Kolejnym, istotnym aktem prawnym jest gotowy już projekt nowelizacji ustawy o ochronie informacji niejawnych. Zawarte w nim przepisy powierzają szefowi ABW funkcję krajowej władzy bezpieczeństwa - instytucji odpowiadającej za kontakty m.in. z NATO, ale także za wydawanie upoważnień do dostępu do informacji niejawnych. Dotychczas odpowiedzialność za kontakty z sojusznikami była w Polsce podzielona. Również w zakresie certyfikatów bezpieczeństwa istniał wyraźny podział, a informacje wojskowe leżały w gestii SKW, cywilne zaś – ABW. Obecnie wojskowy kontrwywiad byłby faktycznie podporządkowany cywilnej agencji. Według projektu ustawy, szef ABW ma sprawować nadzór nad stanem ochrony informacji niejawnych i prowadzić inspekcje w podmiotach przetwarzających informacje. Co więcej - to on będzie odtąd określał definicję informacji ściśle tajnej i tajnej oraz arbitralnie rozstrzygał, które informacje należy ukryć przed obywatelami. Dotychczasowa ustawa miała dwa załączniki, które wymieniały precyzyjnie poszczególne kategorie informacji. Teraz, będzie to robił Krzysztof Bondaryk, a jego służba może dowolnie definiować każdą informację i ścigać urzędników nakładających klauzulę

Rozwiązanie takie oznacza powrót do praktyki z okresu komunizmu, gdy tajna policja PRL decydowała co jest, a co nie jest tajne i sama określała zakres dostępu obywatela do wiedzy. Wspólny z tamtym okresem i z wzorcami rosyjskimi jest fakt, iż decydujący głos w uchwalaniu prawa, związanego z ochroną i przepływem informacji ma „resort siłowy”. W praktyce oznacza to, że głównym konsultantem rządowych nowelizacji jest ABW, a wsparcie dla tych pomysłów, rząd Tuska uzyskuje ze środowisk, które całkowicie zawłaszczyły obszar ochrony informacji. Myślę o rozlicznych stowarzyszeniach i organizacjach, skupiających „białych czerwonych”, a reprezentujących tzw. „czynniki społeczne”. Większość z nich uczestniczy w konsultacjach rządowych projektów i jest mocno zaangażowana w proces stanowienia prawa

Podobnym do rozwiązania rosyjskiego, jest powstały w sierpniu ub.r w MSWiA projekt rozporządzenia nakładającego na dostawców usług internetowych obowiązek przechowywania na potrzeby służb wszystkich danych dotyczących użytkowników. Rozszerzenie obowiązku retencji danych z operatorów telekomunikacyjnych również na dostawców usług (np. założyciela forum czy właściciela portalu) byłoby ewenementem na skalę europejską. Zgodnie z założeniami zmian, dostawca usług internetowych miałby zapewnić służbom możliwość zdalnego i niejawnego przeszukania informatycznych nośników danych.

Niemal identyczne pomysły realizuje już Łukaszenka. Białoruskie KGB i tzw. Centrum Analiz przy prezydencie będą mogły nieprzerwanie kontrolować łączność telefoniczną. Obie instytucje mogą również w nieograniczony sposób korzystać z bazy danych wszystkich operatorów telefonii komórkowej i stacjonarnej oraz Internetu. Nowe przepisy nakładają na operatorów obowiązek zakupu i montażu urządzeń umożliwiających służbom całodobowy dostęp do ich baz danych

Pułkownik Putin nie pozostaje w tyle i zamierza wprowadzić (pod pozorem walki z kradzieżami telefonów komórkowych), prawo pozwalające na totalne podsłuchiwanie wszystkich obywateli, zgodnie z którym milicja będzie mogła zmusić operatorów sieci komórkowych w Rosji do ujawniania tajnych informacji o swoich klientach. „Pod lupą” znajdą się dziesiątki milionów ludzi - pisze portal NEWSru.

Wspólną cechą wszystkich regulacji prawnych, proponowanych przez obecny rząd w zakresie bezpieczeństwa państwa, jest skupienie całej władzy w rękach ABW. To – prócz poszerzania zakresu inwigilacji społeczeństwa najważniejszy wskaźnik, że mamy do czynienia z „modelem kułaka” – czyli zaciśnięciem wszystkich służb i kompetencji wokół supersłużby Krzysztofa Bondaryka. Jak w przypadku aktywności „siłowników” Putina, również działaniom rządu Donalda Tuska towarzyszą pozory legalizmu i demokracji, ponieważ formalne decyzje legislacyjne zapadają w sposób zgodny z obowiązującym prawem, a ich przesłanką są kwestie „bezpieczeństwa narodowego”, „walki z terroryzmem” i „dobra obywateli”. Choć nie sposób w jednym tekście wskazać wszystkich przykładów „modelowej wspólnoty”, jest jeszcze jeden obszar , o którym warto powiedzieć z uwagi na wyraźne podobieństwo do rozwiązań putinowskich.

Histeria rozpętana wokół IPN i konsekwentny zamiar zniszczenia wolności badań historycznych – tak dobitnie wyrażony w nowelizacji ustawy o IPN, ma swoje podłoże w ideologii odziedziczonej po władcach PRL-u, którzy na indeksie dziedzin politycznie niepewnych i podejrzanych stawiali nauki historyczne. Podobnie - jak komuniści zdawali sobie sprawę z groźby, jaką dla ich systemu zakłamania niosła prawda historyczna, tak ludzie tworzący III RP upatrują zagrożenie dla swoich interesów w działalności niezależnej instytucji historycznej.

Choć na wzór gen. Lwa Sockowa z FSB nasi „biali czerwoni” nie organizują jeszcze konferencji prasowych, by przedstawiać na nich obowiązującą wersję historii, tę samą rolę zdają się spełniać wypowiedzi ignorantów z partii rządzącej.

Zmierzamy też do wzorca określonego przez FSB, która w październiku ub. r oskarżyła rosyjskiego historyka badającego stalinowskie represje o rozpowszechnianie informacji o charakterze niejawnym. "Nowaja Gazieta" podała, że 13 września 2009 Suprun, kierownik Wydziału Historii Ojczystej Pomorskiego Uniwersytetu Państwowego w Archangielsku, został nawet na krótko zatrzymany pod zarzutem „skopiowania danych ankietowych przesiedleńców i przekazania ich za granicę”.

Naśladowcy Putina spod znaku PO-PSL doprowadzili w kwietniu ub.r. do wszczęcia prokuratorskiego śledztwa w sprawie „możliwości ujawnienia tajnych dokumentów w wydanej przez IPN książce Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii", zarzucając historykom ujawnienie notatki służbowej z UOP z 1991r. Niedawny wyrok „w obronie dóbr osobistych” córki Wałęsy wpisuje się w tę samą filozofię.

W maju 2009 prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew utworzył specjalną komisję do walki z „agresywnymi próbami tworzenia historii szkodliwej dla Rosji”. W jej skład weszli wysocy rangą wojskowi, historycy i urzędnicy państwowi, których Miedwiediew zobligował do „badań i poszukiwań historycznych celem wykazania fałszerstw szkodzących Rosji”.

Polskim odpowiednikiem „komisji historycznej” ma stać się Rada IPN, powoływana z gremiów słynących z niechęci do rozliczeń okresu komunizmu. Zatwierdzane przez Radę programy badawcze i nowy profil działalności Instytutu, będzie w takim samym stopniu służył prawdzie historycznej, jak komisja Miedwiediewa i podobnie jak ona - otrzyma zadanie podtrzymania groźnego mitu.

Źródła:

http://www.uop12lat.republika.pl/aktualnosci/media_o_sluzbach/media/2004/styczen/0111_wprost.htm

http://cogito.salon24.pl/144459,biali-czerwoni

http://cogito.salon24.pl/155239,bondaryzacja-czyli-orwell-po-polsku

http://kresy24.pl/showNews/news_id/766/

http://kresy24.pl/showNews/news_id/8960/

http://kresy24.pl/showNews/news_id/9655/

http://www.tvn24.pl/0,1633889,0,1,abw-nielegalnie-przepytuje-wywiad-skarbowy,wiadomosc.html

http://kresy24.pl/showNews/news_id/9436/

http://www.rp.pl/artykul/19423,351366_Niekontrolowana_inwigilacja_.html

http://www.rp.pl/artykul/4,421986__Strony_internetowe_beda_blokowane.html

http://kresy24.pl/showNews/news_id/9436/

http://kresy24.pl/showNews/news_id/8555/

http://www.rp.pl/artykul/294766_Prokuratura_podejrzewa_Cenckiewicza_i_Gontarczyka_o_ujawnienie_notatki_UOP.html

niedziela, 21 marca 2010

CZEGO SIĘ BOI BRONISŁAW K? – (3)

Działalność oficerów WSI niejednokrotnie przybierała charakter przestępczości gospodarczej na wielką skalę, wskutek której Skarb Państwa tracił wielomilionowe sumy.

W związku z ustaleniami UKS, w lipcu 1999 r. Prokuratura Rejonowa w Warszawie przy współudziale Zarządu Ochrony Interesów Ekonomicznych UOP wszczęła śledztwo, w trakcie którego potwierdzono istnienie przestępczych mechanizmów na WAT przy udziale szeregu podmiotów gospodarczych, z uczelni tej nielegalnie wyprowadzono 381.962.568 zł. Jak ustalono, pieniądze te wypływały z budżetu WAT przez utworzone w roku 1996 Centrum Usługowo-Produkcyjne WAT, które miało zajmować się handlową i marketingową obsługą WAT.

Proceder polegał na podpisywaniu przez CUP WAT umów wieloletnich na dostawę towarów bądź świadczeń usług na rzecz WAT z różnymi spółkami. Znaczna część z nich miała bardzo bliskie powiązania z Fundacją „Pro Civili”. Mechanizm tych umów polegał na fikcyjnym ustanowieniu WAT jako odbiorcy towarów lub podmiotu zlecającego usługi, za które WAT był zobowiązany do zapłaty zleceniodawcom bądź wykonawcom znacznych środków finansowych. W procederze tym ważną rolę odgrywała Fundacja „Pro Civili”, ale też powiązane z nią spółki „Olbart”, „Kiumar”, „Glicor” „Sicura” i inne. Fundacja „Pro Civili” została założona 5 lipca 1994 r. z kapitałem założycielskim 300 tys. starych zł. Miała zajmować się ochroną pracowników i funkcjonariuszy służb państwowych i samorządowych oraz działaczy społecznych i związkowych a także niesieniem pomocy osobom, które poniosły szkodę bądź doznały uszczerbku na zdrowiu, broniąc bezpieczeństwa i porządku prawnego RP. Głównymi założycielami fundacji byli Anton Wolfgang Kasco i Patryk Manfred Holletschek (twórca pierwszej w Polsce piramidy finansowej: „Global System”). Prezesem Zarządu Fundacji był Krzysztof Werlich a Dyrektorem Generalnym Elżbieta Polaszczyk. Radę Fundacji tworzyli: przewodniczący Piotr Polaszczyk (do sierpnia 1995 r. oficer WSI), Beata Werlich, Krzysztof Kostrzewski, gen. Stanisław Świtalski oraz Marek Olifierczuk (współpracownik prowadzony przez Piotra Polaszczyka). Jednym z pracowników Fundacji był oficer Zarządu III WSI Marek Wolny. W 1994 r. w skład Rady Fundacji wchodzili ponadto Janusz Maksymiuk i Tomasz Lis. [...]Ustalono też, że mająca ścisłe związki z CUP WAT Fundacja „Pro Civili” oraz powiązane z nią firmy były jednocześnie tzw. „pralnią pieniędzy”, które mogły pochodzić również z nielegalnej działalności grup przestępczych. Taką tezę potwierdzają niektóre ujawnione przez prokuraturę umowy, jakie w latach 1996-2000 w imieniu WAT zawierało CUP WAT z Fundacją „Pro Civili” i innymi spółkami”. – to najistotniejsza część informacji o „Pro Civili”, zawarta w Raporcie z Weryfikacji WSI.

Sama fundacja przypomina inną, esbecką inicjatywę z początku lat 90. To wówczas, u Jana Widackiego, wiceszefa MSW, pojawił się, powiązany z "Baraniną", człowiek o nazwisku Zdzisław Herszmann - emigrant z Polski zamieszkały w Wielkiej Brytanii i Monte Carlo. Herszman miał znajomości w MSW, a jednocześnie współpracował z zarządem "Pruszkowa", m.in. z Andrzejem Kolikowskim (Pershingiem) i Andrzejem Zielińskim (Słowikiem). Herszmannowi miał towarzyszyć Andrzej Kuna – późniejszy uczestnik wiedeńskich rozmów Kulczyk - Ałganow. Mężczyźni przekonywali Widackiego do pomysłu powołania prywatnej fundacji, która udzielałaby pomocy policjantom, poszkodowanym podczas pełnienia służby. Fundacja „Bezpieczna Służba” (anagram od SB) powstała przy MSW w lutym 1991, a na jej czele stanęły Bożena Tykwińska i Krystyna Barański - siostra i żona „Baraniny”.

Słusznie jest podejrzenie, że obie fundacje powstały w identycznym celu – jako „pralnie” środków pochodzących z przestępstw i źródła pozyskiwania „czystych” pieniędzy na potrzeby esbeckiej mafii.

O ile - niewiele wiemy o działalności „Bezpiecznej Służby”, o tyle – dzięki likwidacji WSI i sporządzeniu Raportu mogliśmy poznać niektóre obszary aktywności Fundacji „Pro Civili”. Nie zmienia to faktu, że pytań związanych z jej działalnością, jest nadal więcej, niż odpowiedzi. Już tylko ustalenie personaliów członków fundacji napotyka na spore problemy. Sprawę np. opisywał w roku 1998 tygodnik „Nie” co (jak słusznie zauważył Tomasz Szymborski) świadczy, że była przedmiotem rozgrywek między cywilną, a wojskową bezpieką. Ministerstwo Obrony Narodowej, do którego skierowano wówczas pytania o generała Stanisława Świtalskiego i porucznika Marka Olifierczuku odpowiedziało, że tacy w ogóle nie funkcjonują w MON. Nie jest to prawdą, ponieważ do dziś wykładowcą WAT na Wydziale Inżynierii Chemii i Fizyki Technicznej jest ppłk dr.inż. Marek Olifirczuk, a gen. Świtalski to absolwent Wydziału Mechanicznego WAT , z tego samego rocznika, co gen. dyw. Bolesław Izydorczyk – oficer Zarządu II Sztabu Generalnego WP, uczestnik sowieckich kursów GRU przy Akademii Dyplomatycznej w Moskwie, szef Zarządu Wywiadu WSI, a od czerwca 1992 r. do marca 1994 r. szef WSI. Znajomość Izydorczyka z gen. Świtalskim dotyczy zapewne okresu studiów na WAT i jest – jak się wydaje ważną przesłanką do znalezienia klucza, według którego dobierano członków Fundacji „Pro Civili”.

W związku z gen. Izydorczykiem pojawia się jeszcze jedno nazwisko pracownika fundacji – płk. Marka Wolnego oficera Zarządu III WSI. W aneksie nr.17 Raportu z Weryfikacji (dotyczącego w całości informacji na temat Izydorczyka) znajdziemy następujący zapis:

Podkreślenia wymaga również fakt, że B. Izydorczyk początkowo dwukrotnie odmówił poddania się badaniom poligraficznym, a wówczas gdy zdecydował się im poddać, wyniki tych badań w aspekcie zadanych pytań o związki ze służbami sowieckimi były dla niego niekorzystne. Wszystkie wspomniane wątpliwości pogłębiał fakt, że jak ustalono w ramach prowadzonej standartowo osłony kontrwywiadowczej gen. Izydorczyk w lecie 1992 r. spotkał się w Zakopanem z rezydentem służb rosyjskich, w okolicznościach, „które jednoznacznie wskazywały na spotkanie wywiadowcze”(świadkiem tego spotkania był szef Oddziału KW w Krakowie - płk M. Wolny)”

W jaki charakterze ppłk Wolny uczestniczył w spotkaniu z rezydentem służb FR, nie wiemy.

Wiadomo natomiast, że protektorem kariery gen Izydorczyka był szef MON Bronisław Komorowski. W 2000 roku związki Izydorczyka ze służbami sowieckimi i rosyjskimi były przedmiotem zainteresowania BBW WSI, w ramach prowadzonej sprawy o krypt. „GWIAZDA” oraz w ramach postępowania sprawdzającego w związku z ubieganiem się przez Izydorczyka o wydanie poświadczenia bezpieczeństwa. Choć gen. Tadeusz Rusak – ówczesny szef WSI nie chciał wydać certyfikatu, musiał to uczynić na wskutek – jak sam stwierdził – „nacisków szefa MON ministra Bronisława Komorowskiego”. Dzięki Komorowskiemu Izydorczyk uzyskał certyfikat bezpieczeństwa NATO do dokumentów oznaczonych klauzulą „ściśle tajne i mógł wyjechać do Brukseli, gdzie objął funkcję Dyrektora Partnership Coordination Cell (PCC) w Mons. Przebywał tam do 2003 r. mając dostęp do informacji stanowiących najwyższe tajemnice NATO.

Jak wynika z postępowania sprawdzającego Biura Bezpieczeństwa Wewnętrznego WSI, oraz rozpoznania kontrwywiadowczego prowadzonego w ramach sprawy o krypt. GWIAZDA - ewidentną stwierdzoną cechą gen. Izydorczyka, jako pracownika służb specjalnych WP były obawy przed dogłębnym wyjaśnieniem jego związków ze służbami b. ZSRR i jego kontaktów z oficerami tych służb. Zebrane w trakcie postępowań informacje wskazywały na bardzo poważne poszlaki rzeczywistym powiązaniu Izydorczyka ze służbami sowieckimi.

W tym samym czasie, gdy minister ON Komorowski patronował karierze gen. Izydorczyka, w gazecie „Trybuna” z 14-15.08.2001 r. zamieszczono interesujący artykuł :

„Zanim jeszcze wybuchł skandal związany z korupcją w pionie wiceministra Romualda Szeremietiewa, głośno było o zakupach samochodów dla armii. Zarówno lancii, co kojarzono z prywatną lancią Szeremietiewa, jak i mercedesów. Sprawa tych ostatnich ostatnio odżywa.

[...] Przy Krakowskim Przedmieściu stoi budynek wojskowy zwany "Domem bez kantów" . Za PRL mieścił się tu Główny Zarząd Polityczny WP, a na parterze działały sklepy wojskowe. W początkach lat 90., gdy nie było już GZP - tylko departament wychowania podległy wiceministrowi Bronisławowi Komorowskiemu, część sklepów wynajęto na salon sprzedaży mercedesów Sobiesławowi Zasadzie. Po tym fakcie , MON zakupiło mercedesy do armii.

Transakcję dotyczącą dostaw mercedesów pilotował w MON Adam Tylus. Gdy otrzymał szlify generalskie - opuścił szeregi wojska i poszedł pracować do firmy S. Zasady. Obecnie - jako generał w stanie spoczynku jest doradcą w gabinecie politycznym ministra Komorowskiego. Ponoć ostatnio salon Mercedesa otrzymał "za taniochę" przedłużenie umowy najmu w "Domu bez kantów". [...] Interesujące jest, że w najbliższym otoczeniu ministra obrony jest przynajmniej kilka kontrowersyjnych osób. Np. gen bryg. Bogumił Smólski, radca w sekretariacie MON. Czy została wyjaśniona jego rola w realizacji programu HUZAR i zakupu rakiety NDT, gdy był dyrektorem departamentu rozwoju i wdrożeń MON? A przecież w raporcie NIK został negatywnie oceniony i odwołany z funkcji. Czy wyjaśniono jego udział w organizowaniu przetargu na zakup samolotu wielozadaniowego? Podobnie jak gen. Tylus, który na dodatek nie ma - jak mówi się w ministerstwie - certyfikatu dopuszczającego do informacji niejawnych, był przecież pośrednikiem między Komorowskim a Szeremietiewem. [...] Jest jeszcze jeden kwiatek opisany w prasie, który dotyczy gen. Mariana Robełka, byłego zast. szefa Sztabu Generalnego. Według informacji prasowych, syn generała jest współzałożycielem spółki kartograficznej, podobnie zresztą, jak syn innego generała, podwładnego Robełka, b. szefa zarządu topograficznego Sztabu Generalnego WP. Dziwnym trafem ta spółka, o nazwie POLKART, wygrywała przetargi na druk map wojskowych. Gen. Robełek jest doradcą w gabinecie politycznym ministra Komorowskiego.”

Artykuł zawierał kilka sensacyjnie brzmiących informacji, ale czy wolno traktować je bezkrytycznie, znając kondycję komunistycznej „Trybuny” i jej niechęć do „solidarnościowego” ministra Komorowskiego? Są jednak w tekście informacje, które nakazują pójść tropem wskazanym przez dziennikarza „Trybuny”, tym bardziej, że dotyczą tematu fundacji „Pro Civili” i związków Komorowskiego z ludźmi współpracującymi z fundacją.

Okazuje się bowiem, że w dokumentach informacyjnych Fundacji „Pro Civili” z 1998 roku, podpisanych przez Krzysztofa Werelicha wymienia się wśród dostawców różnych towarów firmy Sobiesław Zasada Centrum SA., Volvo Poland i Pati Soft sp. z o.o., a wśród „odbiorców strategicznych” Ministerstwo Obrony Narodowej.

Generał Adam Tylus – doradca w gabinecie politycznym ministra Komorowskiego i pracownik Sobiesława Zasady to również absolwent tego samego rocznika Wydziału Mechanicznego WAT, co gen. Izydorczyk i gen. Świtalski. O roli gen. Tylusa w interesach Zasady można się dowiedzieć z artykułu „W mundurze im do twarzy” Sławomira Kosielińskiego z 7 lutego 2000 r. zamieszczonego w „Computerworld„. Autor opisuje sprawę firmy Ster-Projekt poszukującej inwestora dla nowo powstałej spółki Ster-Projekt Technologie C4I, specjalizującej się w projektach dla służb mundurowych. Zamówienia tego rodzaju wymagają dostępu do informacji niejawnych. Tylko osoby, które uzyskały poświadczenie bezpieczeństwa osobowego, mogą brać udział w projektach objętych klauzulami tajności. W artykule możemy przeczytać m.in.:

Przejęcie przez Ster-Projekt firmy PolSPARK i przekształcenie jej - po włączeniu doń pionu wojskowego Ster-Projektu - w Ster-Projekt Technologie C4I oznacza, że 80% jej zespołu (ok. 30 osób) uzyska stosowne certyfikaty. Według koncepcji Jana Myszka, prezesa Ster-Projektu i Ster-Projekt Technologie C4I, większość pracowników drugiej z tych firm ma wywodzić się z wojska, co znacznie ułatwi zrozumienie potrzeb klienta w mundurze. Jednym z jego zastępców został m.in. gen. Adam Tylus, były wiceszef Inspektoratu Techniki sił zbrojnych, do niedawna dyrektor biura obsługi zamówień publicznych i specjalnych w firmie Sobiesław Zasada Centrum SA. Jest on zarazem stałym doradcą sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Zdaniem Bronisława Komorowskiego, przewodniczącego komisji, regulamin Sejmu nie zabrania być doradcą osobie, która zasiada w zarządzie firmy, oferującej wojsku sprzęt i usługi. [...] Ster-Projekt Technologie C4I jeszcze jako PolSPARK połowę swoich dochodów czerpał z kontraktów wojskowych, m.in. stworzył węzeł internetowy w Sztabie Generalnym WP, główny element internetu wojskowego - INTERMON.

W nowym wcieleniu PolSPARK - już jako Ster-Projekt Technologie C4I - stanie się również centrum kompetencyjnym w zakresie technologii Sun Microsystems, preferowanej w wojsku. "Chcemy być partnerem dla wojska w zakresie projektowania i wdrażania dużych systemów dowodzenia i kierowania" - mówi Jan Myszk. Jest jednak przekonany, że stworzenie np. systemu dowodzenia wymagałoby współpracy w ramach konsorcjum z jedną z polskich firm programistycznych. Nieoficjalnie mówi się, że mógłby to być Prokom Software. Gdyńska firma jest także jednym z potencjalnych kandydatów na inwestora dla Ster-Projektu.

Gdyby doszło do podpisania porozumienia z Prokomem, na rynku wykrystalizowałyby się cztery grupy firm, które liczą na wojskowe zamówienia: Optimus Lockheed Martin (OLM); Ster Projekt Technologie C4I w sojuszu z Booz-Allen & Hamilton, EDS i Prokomem; Unisys Polska, Marconi i Sterling (oferują armii Brygadowy System Dowodzenia) oraz Siltec z IBM Polska. Ostatnie wyniki przetargów wskazują jednak, że najsilniejszą pozycję mają Ster-Projekt oraz Siltec wraz z IBM”.

Firma Siltec – wymieniona w tekście - to powstała w 1982 r. tzw. firma przykrycia Zarządu II Sztabu Generalnego LWP. W Raporcie z Weryfikacji WSI podaje się, że Siltec porozumieniu z firmą DGT-System nieformalnie podzieliły między siebie rynek dostaw sprzętu komputerowego i komunikacyjnego dla WP, wygrywając wszystkie większe przetargi.

W 2000 r. w przetargu na komputery klasy TEMPEST startowała oprócz firmy SILTEC także firma SIEMENS, oferując stanowiska o ok. 20.000zł/szt tańsze niż konkurencja. Przetarg wygrała jednak firma SILTEC. Było to możliwe przede wszystkim dzięki poparciu gen. Wojciecha Wojciechowskiego z Generalnego Zarządu Dowodzenia i Łączności SG WP, przyjaciela z czasów studenckich Andrzeja Pokrzewnickiego - jednego ze współwłaścicieli firmy SILTEC.”

Do generałów Smólskiego i Robełka – doradców w gabinecie politycznym ministra ON Bronisława Komorowskiego powrócę w kolejnych tekstach. Obraz – jaki wyłania się z powiązań Komorowskiego z generalicją WP i fundacją „Pro Civili” nakazuje podążyć tym tropem. Tym bardziej, że Komorowski, pytany o fundację w wywiadzie dla Gazety.pl z 22 lutego 2007r, na pytanie – czyli właściwie z WSI nie było problemów odparł:

Były. Ale znaczna większość grzechów WSI przytoczonych w raporcie nie jest żadną sensacją. Te sprawy od dawna bada prokuratura. Np. afera fundacji Pro Civili. Rozpracowały ją same WSI za czasów gen. Rusaka. W 2000 roku, kiedy kierowałem MON, sprawa została skierowana do prokuratury i znalazła finał w sądzie.”

Sądzę, że Komorowski skłamał, a lęk, jaki wykazuje wobec tematu fundacji winien skłonić nielicznych, odważnych dziennikarzy do próby kontynuacji sprawy „Pro Civili”. Szczególnie, że dotyczy kandydata na prezydenta RP.

Przed dwoma laty Wojciech Sumliński na blogu Wojciecha Wybranowskiego, pod tekstem „Mój przyjaciel szpieg” napisał:

Zakładam, że dyskusję śledzi wielu dziennikarzy, nawet jeśli nie biorą w niej udziału. Może któryś z nich podjąłby temat Fundacji Pro Civili i sprawdził, czy to tylko przypadek, że badających ten temat spotykają różne "przypadłości", że Roberta Zielińskiego zablokowano i grożono mu, że Darka Kosa wyrzucono z pracy, a mnie, cóż... ja zostałem "wyłączony" z działalności dziennikarza śledczego. Może to rzeczywiście tylko ciąg przypadków, a może nie - warto to sprawdzić. Warto także z tego względu, że temat nie został wyczerpany i choć przy pomocy tej fundacji zdefraudowano kilkaset milionów złotych, nikt nie poniósł konsekwencji. Bo co do badania tej sprawy przez WSI, o czym mówił marszałek Komorowski, to proszę wybaczyć, wolne żarty. "Badanie" polegało na tym, by przez siedem lat markować śledztwo mając nad nim pełną kontrolę i by w efekcie dojść donikąd. Ale to już temat właśnie dla dziennikarza śledczego, który zechciałby przejąć pałeczkę. Tylko który dziennikarz i która redakcja naprawdę byłabym zainteresowana dociekaniem prawdy, po odkryciu której - jak w oparciu o szereg danych przypuszczam z prawdopodobieństwem bliskim pewności - ziemia zatrzęsłaby się na dobre?”

CDN...

Źródła wskażę po opublikowaniu całości tekstu.

http://cogito.salon24.pl/162290,czego-sie-boi-bronislaw-k-1