piątek, 26 lutego 2010

WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO WIEDNIA

Znajomość prominentnych polityków Platformy z Sobiesiakiem, czy Koskiem wydaje się zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, u której podstaw stoją postaci znacznie większego kalibru. Przyjaciele „Mira”, „Zbycha” i „Grzecha” – ujawnieni podczas kolejnych odsłon tzw. afery hazardowej mogą być jedynie pionkami w grze, o której decydują potężne układy i figury.

Utrzymuje się, iż środowisko branży hazardowej – z którym kontaktowali się Drzewiecki, Schetyna i Chlebowski ma silne powiązania z przestępczością zorganizowaną. Ale nie tylko. Kasyna - od kiedy tylko istniały, były miejscem szczególnej aktywności operacyjnej służb. W nich spotykali się biznesmeni, dyplomaci, gangsterzy, oficerowie wojska czy policji, a często również politycy centralni i samorządowi. To wymarzone miejsce dla zdobywania wiedzy o środowiskach tych osób, ale też do pozyskiwania nowych źródeł informacji. W państwach kontrolujących hazard, kasyna i salony gry są z zasady inwigilowane przez służby specjalne, przy czym rodzaj tej „opieki” przyjmuje czasem formę czerpania zysków z działalności hazardowej, a część pieniędzy zarobionych przez kasyna zasila fundusze operacyjne służb. Ta praktyka może świadczyć, iż pojawiające się pogłoski o związkach Sobiesiaka i Koska z tajnymi służbami, nie są pozbawione podstaw, a wówczas rodzaj kontaktów polityków PO i genezę afery hazardowej należy poważnie zweryfikować.

Jakkolwiek niektóre media czynią z Sobiesiaka i Koska „królów hazardu”, typując tego drugiego na „mózg” operacji związanych z nowelizacją ustawy o grach losowych – nietrudno dostrzec, że w poszukiwaniu najgłębszych związków hazardu z mafią i służbami należy badać więcej, niż tylko życiorysy obu gentelmenów. By wskazać – jak daleko mogą prowadzić interesy tej branży, warto cofnąć się do początków naszej „ustrojowej transformacji”.

Przed siedmioma laty Wojciech Sumliński w artykule „Mafia hazardowa” pisał, iż ustawę o grach losowych z 1992 roku uważa się za pierwsze profesjonalnie lobbowane prawo i wskazywał, że na lobbing prowadzony wśród posłów wydano wówczas - zdaniem ekspertów Banku Światowego - 500 tys. USD. Przypominał również o roli, jaką w działaniach lobbystów miała odegrać Anastazja P. (Marzena Domaros) – opisująca następnie swoje erotyczne przygody z politykami: „W Sejmie gościł ambasador Austrii, a Anastazja P. - jak twierdził ówczesny szef Komisji Finansów Publicznych - miała zdyskredytować twórców ustawy, gdyby coś poszło nie po myśli właścicieli automatów”.

Co wspólnego z lobbingiem hazardowym mógł mieć ambasador Austrii? By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się cofnąć jeszcze dalej – w ponurą rzeczywistość peerelowskich lat 70. i 80. Nie dla wszystkich była ona jednakowa. Swoją karierę zaczynał wówczas Jeremiusz Barański (takiej pisowni imienia używał w latach 70. "Baranina" w licznych pismach do sądu i prokuratury, by dopiero później stać się Jeremiaszem).

Urodzony w Sopocie, Barański często zmieniał miejsce zamieszkania, by na początku lat 80. wylądować w Łodzi. Był postacią doskonale znaną w tamtejszym środowisku przestępczym i niemniej interesującą dla łódzkiej bezpieki. Współpracował z nią lojalnie, informując o przestępstwach popełnianych przez konkurencję. W tym kontekście – wolno zauważyć, że wieloletni skarbnik PO i zaufany premiera Tuska –Mirosław Drzewiecki, miał już w latach 90. kontakty z ludźmi łódzkiej mafii, a według zeznań skruszonego przestępcy Macieja W. korzystał z dostarczanych przez niego narkotyków, a nawet zażywał je razem z gangsterem. Gdy w 1994 roku Drzewiecki, wspólnie z żoną otworzył ekskluzywną kawiarnię o nazwie (nomen omen) "Wiedeńska", stała się ona natychmiast ulubionym miejscem spotkań łódzkiej "ośmiornicy". I choć Drzewieccy, lokal zamknęli, ludzi z tzw. miasta widywano często w towarzystwie wpływowego polityka. Brat Drzewieckiego – Dariusz był na początku lat 90. właścicielem znanej w Łodzi dyskoteki Studio. Jak twierdzi łódzka prokuratura - nawiązał wtedy kontakt z członkami słynnej "ośmiornicy" i by zdobyć pieniądze na remont lokalu, pożyczył kilkadziesiąt tysięcy marek od bossa mafii Tadeusza M. ps. Tata. Wróćmy jednak do Barańskiego.

W roku 1992 „Baranina” wyjechał na stałe do Wiednia. Oficjalnie był biznesmenem i konsulem honorowym Liberii, akredytowanym na Słowacji. To ostatnie stanowisko uzyskał dzięki Wojskowym Służbom Informacyjnym i przez cały czas pobytu w Wiedniu współpracował niejawnie z WSI przy prowadzonych przez tę służbę operacjach przestępczych. Jak duże wpływy miał ów „służbowy gangster” świadczy zdarzenie z 1991 roku. To wówczas, u Jana Widackiego, wiceszefa MSW, pojawił się, powiązany z "Baraniną", człowiek o nazwisku Zdzisław Herszmann - emigrant z Polski zamieszkały w Wielkiej Brytanii i Monte Carlo. Herszman miał znajomości w MSW, a jednocześnie współpracował z zarządem "Pruszkowa", m.in. z Andrzejem Kolikowskim (Pershingiem) i Andrzejem Zielińskim (Słowikiem).

Herszmannowi miał towarzyszyć Andrzej Kuna – późniejszy uczestnik wiedeńskich rozmów Kulczyk - Ałganow. Mężczyźni mieli przekonywać Widackiego do pomysłu powołania prywatnej fundacji, która udzielałaby pomocy policjantom, poszkodowanym podczas pełnienia służby. Fundacja „Bezpieczna Służba” (anagram od SB) powstała przy MSW w lutym 1991, a na jej czele stanęły Bożena Tykwińska i Krystyna Barański - siostra i żona „Baraniny”. W akcie notarialnym, powołującym fundację obok nazwiska Herszmanna widnieje nazwisko Romualda Marka Minchberga. Wśród celów fundacji wymieniono organizowanie gier losowych, a jednym z pierwszych działań podjętych przez Żagla były starania o koncesję na kasyno dla Romualda Minchberga.

Warto zauważyć, że w środowisku związanym z „Baraniną” znajdziemy również kilka nazwisk szacownych polityków Platformy. Z zeznań Andrzeja Czyżewskiego – byłego prokuratora, złożonych przed polskimi śledczymi w Hamburgu, przy okazji sejmowego śledztwa w sprawie PKN Orlen wynika, że we wrocławskiej wilii Barańskiego (który zarządzał wówczas mafią paliwową na Śląsku) odbywały się spotkania notabli wrocławskich. Bywał tam m.in. Władysław Frasyniuk, ale też Grzegorz Schetyna i Aleksander Grad – ważne postaci dzisiejszej Platformy. W towarzystwie tym nie brakuje także ludzi tajnych służb. Przypomnę o jednym tylko, ważnym wątku.

W roku 2005 w jednym ze śledztw w sprawie mafii paliwowej, pojawia się spółka Konsorcjum Victoria. W 2002 r. Victoria znajdowała się na skraju bankructwa. Rok później zdobyła już jednak intratne kontrakty, dzięki którym zaczęła zarabiać miliony na rozprowadzaniu produktów z polskich rafinerii. Jak doszło do tego cudu? Prokuratura Apelacyjna w Krakowie przesłuchała wówczas byłego wiceszefa ABW gen. Pawła Pruszyńskiego i ppłk. Marka Wróblewskiego, zastępcę szefa pionu zajmującego się przestępczością zorganizowaną. Przesłuchiwani również byli oficerowie Wojskowych Służb Informacyjnych. Zainteresowanie prokuratorów wzbudziły intensywne kontakty oficerów tajnych służb z paliwowymi baronami. Łącznikami mieli być - wedle zeznań pracowników Victorii - gen. Pruszyński i ppłk Wróblewski. Obaj w latach 2003-2004 kilkadziesiąt razy kontaktowali się z szefami Victorii.

Choć ppłk Marek Wróblewski nie pracuje już w ABW, nazwisko to ma nadal znaczenie w służbie pana Bondaryka. Od stycznia 2008 roku rzecznikiem prasowym ABW jest mjr Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska – prywatnie żona ppłk Wróblewskiego.

W latach 80. w Wiedniu przebywał również Ryszard Sobiesiak, grając m.in. w austriackich klubach piłkarskich. Schyłek kariery piłkarskiej Sobiesiaka łączy się z jego pierwszymi krokami w branży hazardowej. Po powrocie z Austrii, dzisiejszy przyjaciel polityków PO kupił większość akcji Casino Polonia we Wrocławiu. Szczegóły transakcji oraz to, skąd wziął na zakup pieniądze, są do dziś tajemnicą. Hazardowy biznes był wówczas żyłą złota, a Sobiesiak zaczął na nim zarabiać ogromne pieniądze. Przy pokerze czy ruletce – modnych rozrywkach polityków - zaczął poznawać wpływowych ludzi. Z tego czasu datuje się jego znajomość ze Schetyną. Wkrótce Sobiesiak zaczął z rozmachem inwestować w branżę i otworzył kolejne kasyna, m.in. w Łodzi, Warszawie i Szczecinie.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwsze kasyno w Warszawie, w połowie lat 80. założył Andrzej Kolikowski ps. Pershing – współpracownik bezpieki cywilnej i wojskowej – podobnie jak jego kamraci z grupy pruszkowskiej, „Barabasz”, „Nikoś”, czy „Ali”. Kasyno było miejscem spotkań oficerów wojska, policji i tajnych służb. Cały czas dyskretną opiekę nad nim roztaczał kontrwywiad wojskowy.

Miałem jednak wyjaśnić – dlaczego, w roku 1992 wizyta ambasadora Austrii w Sejmie była kojarzona z lobbingiem na rzecz ustawy o grach losowych. Otóż – w roku 1990 austriacka firma Novomatic utworzyła w Łodzi spółkę Casino Centrum. Novomatic to jeden z największych producent automatów do gry. Stanowi własność Johanna Grafa, a jej siedziba mieści się w austriackim miasteczku Gumpoldkirchen. Graf swoje kasyna i salony gier prowadzi na terenie Rosji, Ukrainy i krajów Trzeciego Świata. Austriacy działali na polskim rynku poprzez firmę Novo Poland, w której Johann Graf posiadał 90 procent udziałów.

Od 1991 do 2000 roku stanowisko dyrektora w łódzkim kasynie, należącym do Austriaków piastował Ryszard Sobiesiak. Jak czytamy w artykule „Sekrety fortuny Sobiesiaka” – „Sobiesiak zajmował się ważniejszymi gośćmi, a było ich niemało: ówcześni właściciele Widzewa Andrzej Pawelec i Andrzej Grajewski czy znajomy z boiska Jan Tomaszewski. Poza ludźmi związanymi ze sportem, lokalnymi politykami i biznesmenami, w kasynie spotykali się terroryzujący miasto gang „Popelina” i osoby, które później stały się znane z procesów łódzkiej „ośmiornicy”.

W łódzkim kasynie splatają się wieloletnie znajomości i interesy wszystkich bohaterów „afery hazardowej”. W zarządzie Casino Centrum znajdziemy Jana Koska, a w radzie nadzorczej spółki zasiada Ryszard Presch, biznesmen, którego rozmowy z Sobiesiakiem podsłuchało CBA. Presch od początku reprezentował austriacki Novomatic i był prezesem firmy Novo Poland. W latach 90. - 5 procent udziałów w firmie miało Przedsiębiorstwo Handlowo-Usługowe Unia, następne 5 procent Stanisław Nowotny, dawny dyrektor ZPR, późniejszy dyrektor gabinetu szefa Urzędu Rady Ministrów. Novo Poland posiadał automaty do gry produkcji firmy Novomatic. Automaty dzierżawiły dwa przedsiębiorstwa: Estrada Polska oraz Filmotechnika, której obecnym wiceprezesem jest Jan Kosek.

Gdy w roku 1992 pojawiła się nowa ustawa, jasno wykluczająca obcy kapitał - udziały Novomaticu kupił Teatr Wielki, stanowiący własność Ministerstwa Kultury i Sztuki. Austriakom pozostał lukratywny kontrakt usługowy. Umowa przewidywała, że Novo Poland w zamian za udostępnienie automatów, otrzyma procent z zysków, jakie wypracują Filmotechnika i Estrada. Zyski Austriaków wynosiły tylko w 1993 roku około 24 miliardów złotych, zyski Filmotechniki i Estrady Polskiej w tym samym czasie po kilkaset milionów złotych.

Dziś – wśród członków zarządu spółki Novo Poland znajdziemy Stanisława Nowotnego i Ryszarda Prescha. Wcześniej – Jana Koska, którego nazwisko widnieje również w kilku innych firmach, zarządzanych przez Johanna Grafa.

W roku 1992, wizyta ambasadora Austrii w Sejmie nie wpłynęła na kształt przyjętej wówczas ustawy i firma Novomatic była zmuszona odsprzedać swoje udziały polskim podmiotom. Nie sądzę, by cokolwiek na tym straciła. O tym, że austriacka firma ma nadal ogromy wpływ na biznes hazardowy w Polsce – świadczą kariery Koska, Nowotnego czy Sobiesiaka. Może zatem najważniejsze wątki „afery hazardowej” nie kończą się na „królach hazardu”, a sięgają znacznie dalej – do cesarsko – królewskiego Wiednia?

Źródła:

http://www.wprost.pl/ar/53064/Mafia-hazardowa/?I=1097

http://wiadomosci.onet.pl/1581939,2677,1,kioskart.html

http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/brat-drzewieckiego-pozycza-od-ma-fii_127875.html?p=3

http://new-arch.rp.pl/artykul/517523_Niebezpieczna__sluzba_Baraniny.html

http://www.wprost.pl/ar/92647/Przyjaciele-mafii/

http://www.mafiapress.pl/d_981_ABW_oslaniala_mafie_paliwowa.html?Chapter=2

http://www.rp.pl/artykul/428030_Sekrety_fortuny_Sobiesiaka.html

http://new-arch.rp.pl/artykul/24022_Kocham_cyrk_jest_wieczny.html

środa, 24 lutego 2010

AFERA MARSZAŁKOWA – AKT DRUGI. HAKI.

Już dziś można wskazać, że mamy do czynienia z rozpoczęciem operacji, w której przy pomocy kłamstw i fałszywych oskarżeń próbuje się ukryć prawdę o osobie kandydata Platformy na prezydenta. Ze względu na cel, osobę oraz zakres działań i stosowanych metod - można ją porównać tylko do afery marszałkowej.

Cel kombinacji jest bowiem identyczny, jak sprzed dwóch lat: uzyskać dostęp do aneksu Raportu z Weryfikacji WSI, a jeśli okaże się to niemożliwe - zdezawuować zawarte w nim treści i uprzedzić ewentualne zarzuty dotyczące powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI. Priorytetem nadal pozostaje osłona politycznego patrona wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.

Podobnie, jak w przypadku zdarzeń z 2007 i 2008 roku wszczęcie operacji powierzono tym samym, dyspozycyjnym mediom. Przypomnę, że pierwszym sygnałem do rozpoczęcia akcji medialnej pt. „afera aneksowa” był artykuł Anny Marszałek z dn. 19 listopada 2007r. zatytułowany - „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż” i opatrzony nagłówkiem – „Każdy może kupić tajne dokumenty”.

Dzień później - 20 listopada Marszałek opublikowała artykuł „Nocne gry i zabawy polityków Pis”, w którym mogliśmy przeczytać : „Takiego numeru jeszcze żadna odchodząca władza swoim następcom nie wycięła. Decyzja o skopiowaniu i wywiezieniu archiwów komisji weryfikującej żołnierzy zlikwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych oznacza, że przez następne lata czeka nas nieustanny wysyp "hakowych" informacji. (podkr. moje) To ważne, antycypujące wnioski.

Marszałek napisała również „ Kiedy w 1992 r. po ujawnieniu przez Antoniego Macierewicza listy tajnych agentów SB odwołano rząd Jana Olszewskiego, czasu było mało, a i technika była gorsza. Nie udało się skserować tego, na czym zafascynowanym tajnymi służbami, kwitami i teczkami politykom zależało. Teraz czasu było więcej, a operację przeprowadzono prawie perfekcyjnie.” (…) „Łatwość wrzucenia "pomyj" do mediów przez rządzących, oczywiście anonimowo, rozzuchwaliła polityków PiS. W opozycji mogłoby brakować tej amunicji, więc podjęto próbę okopania się na przyczółku Pałacu Prezydenckiego. Niedawno DZIENNIK ujawnił, że kopiowano akta ABW. Teraz, że wywieziono archiwum WSI. Czy politycy PiS nie zauważyli, że społeczeństwo w wyborach odrzuciło takie zabawy i zostali na podwórku sami?

W piątej części cyklu „AFERA MARSZAKOWA” skomentowałem ten fragment: „To nie są słowa dziennikarza. Tak myślą, tak formułują zarzuty, takimi skrótami posługują się ludzie PRL-owskich służb.”

Nie trzeba chyba dodawać, że żadne z kłamstw, rozpowszechnianych przez media nie znalazły potwierdzenia. Nigdy bowiem nie było żadnej „afery z aneksem”, ponieważ nigdy nie wykazano, by nastąpił jakikolwiek przeciek z tego dokumentu. Wszystkie oskarżenia i rzekome dowody - o których miesiącami zapewniali nas funkcyjni dziennikarze i „specjaliści” od służb okazały się fałszywe, a intensywnie prowadzone czynności śledcze nie przyniosły rezultatów.

Za akt pierwszy obecnej odsłony wspólnych działań służb, polityków PO i mediów można uznać wypowiedź Bronisława Komorowskiego z 8 lutego 2010 roku z programu „Kropka nad i” . Padają wówczas „prorocze” słowa - „Moi przeciwnicy będą szukali na mnie haków, ale ja się prawdy nie boję, bo ta jest dla mnie korzystna. Jestem przygotowany na walkę, również tę z użyciem haków”.

Kolejnym – niezwykle ważnym głosem jest wywiad z gen. Markiem Dukaczewskim z dn.15 lutego dla „Polska The Times”. Usłyszeliśmy wówczas konkretną i precyzyjnie wskazaną przesłankę, podjętą następnie przez pozostałych uczestników gry. Dukaczewski stwierdził:

„Możemy być pomocni dla państwa. Mamy oczy i uszy szeroko otwarte i chcemy się dzielić naszą wiedzą”. Po tej, bardzo ważnej deklaracji nastąpiło wyjaśnienie:

Zależy nam też na bezpieczeństwie dokumentów gromadzonych przez WSI, które prawdopodobnie były kopiowane w nielegalny sposób i nie wiadomo, co się z tymi kopiami dzieje. Podczas likwidacji WSI do służb weszli ludzie z komisji weryfikacyjnej, z których ponad połowa nie miała certyfikatu bezpieczeństwa, a docierają do mnie niepokojące sygnały, że były robione kopie i wypisy tajnych rejestrów. Co się z nimi dzieje? Za chwilę wybory prezydenckie, jestem gotów się założyć, że w ciągu dziesięciu dni od naszej rozmowy skopiowane nielegalnie materiały WSI zostaną użyte przeciwko jednemu z kandydatów.

Warto zauważyć, że w roku 2008 ludzie WSW/WSI pozostawali w cieniu „afery marszałkowej”, starając się nie ujawniać swojej obecności. Znakiem czasu, po dwóch latach rządów PO-PSL jest fakt, iż były szef WSI otwarcie deklaruje rządzącym pomoc środowiska „wojskówki” w zakresie „wiedzy” oraz wyraźnie wskazuje kierunek działań propagandowo – politycznych.

O rozmiarach obecnych działań niech świadczy fakt, że następnego dnia do akcji przystępuje Roman Giertych, oświadczając w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, iż „Jarosław Kaczyński jest głównym zbieraczem haków w Polsce" Według byłego wicepremiera, „wszyscy politycy PO mieli założone przez PiS teczki”.

18 lutego „Gazeta Wyborcza” donosi, iż „zastępca prokuratora generalnego Krzysztof Parulski poinformował Sejm o liczbie śledztw po likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Okazuje się, że tylko nikła część zawiadomień, którymi pisowscy likwidatorzy WSI zasypali prokuratury wojskowe, zamieniła się w akty oskarżenia. Prokurator Parulski podał, że na podstawie zawiadomień przewodniczących komisji weryfikacyjnej Antoniego Macierewicza i Jana Olszewskiego prokuratury wojskowe zarejestrowały 401 zawiadomień (w tym dziewięć złożył nowy szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego już za czasów koalicji PO-PSL, ale opierając się na materiałach tamtej komisji)”.

Informacja ta, ma prawdopodobnie na celu wykazanie, jakby w WSI nie dochodziło do żadnych przestępstw, a proces likwidacji służby był zbędny i szkodliwy.

Już następnego dnia, Paweł Wroński w tej samej gazecie pyta „Czy wrócą haki z WSI?” i informuje, że „gen.Dukaczewski twierdzi, że materiały WSI mogą być nadal politycznie rozgrywane. Podlegające prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu BBN ma bowiem część tych dokumentów.”

Dzien. później – 20 lutego ponownie zabiera głos marszałek Komorowski. Mówiąc o Raporcie z Weryfikacji WSI Komorowski nie kryje, że obronę „dobrego imienia” tej formacji utożsamia z własnym, politycznym interesem. Ocenia bowiem, że „znaczna część tego dokumentu została wymierzona w niego, jako narzędzie do zwalczania go. "Na tej zasadzie, że jako były minister obrony w sposób naturalny musiałem się przeciwstawić próbie zlikwidowania, skutecznej niestety próbie zlikwidowania, wojskowego wywiadu i kontrwywiadu" - mówi.

Pojawia się również mocna krytyka likwidacji WSI, okraszona groźbą pod adresem braci Kaczyńskich - "To jest swoisty eksces, to jest wydarzenie bez precedensu, ekipa braci Kaczyńskich doprowadziła do niesłychanego osłabienia polskiego wywiadu i kontrwywiadu i będą za to odpowiedzialni".

Usłyszeliśmy także - „Jestem przekonany, że papiery WSI nadal będą używane” i dowiedzieliśmy się, że specjalnością PiS jest polityka hakowa. "Wydaje mi się, że po ostatnich doświadczeniach wszyscy wiedzą, że Polacy w to już nie wierzą. Bo co to takiego są haki? To nie są rzeczywiste zarzuty, bo z takimi trzeba by iść do prokuratury, haki to pozór jakichś zarzutów, które można snuć" - mówił polityk Platformy.

Te same tezy Komorowski powtórzył w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” z 21 lutego br.

Pytany – czy nie boi się, że jednak coś zostanie znalezione w jego życiorysie, Komorowski odpowiada: „Haki mogą przestraszyć tego, kto ma się czego bać. Ja obaw nie mam. Wierzę w mądrość Polaków, którzy potrafią odróżnić polityczne plewy od tego, co jest istotne”.

W tej wypowiedzi, pojawia się jednak nowy, szczególnie ważny element. Sądzę, że należy go łączyć ze strategią przyjętą przez Komorowskiego, w związku z rozpoczęciem procesu sądowego Aleksandra L. i Wojciecha Sumlińskiego, w którym Komorowski będzie występował w charakterze świadka. Gdy dziennikarz zadał politykowi PO pytanie o związki „z ludźmi, którzy chcieli handlować aneksem do raportu o likwidacji WSI”, usłyszeliśmy:

Moje związki z nimi polegają na tym, że jeden z tych oficerów siedzi w więzieniu właśnie dlatego, że przyszedł do mnie z propozycją korupcyjną, a na dodatek ponieważ organizował, z pewnym elementem powodzenia, jak mi się wydaje, akcję korupcyjną w otoczeniu Komisji Weryfikacyjnej. Drugiemu, dziennikarzowi, zostały postawione zarzuty, że pełnił rolę swoistego naganiacza, który organizował spotkania byłego oficera tajnych służb z przedstawicielami Komisji Weryfikacyjnej. Kiepsko obaj na kontaktach ze mną wyszli.”

Komorowski oczywiście kłamie. Nikt „z tych oficerów” nie siedzi w więzieniu, a Aleksander L. - wieloletni znajomy Komorowskiego, zdecydował się na odegranie roli „kozła ofiarnego” i dobrowolnie poddał się karze. Decyzja ta ma na celu uwiarygodnienie zarzutów prokuratorskich i służy głównie obciążeniu Wojciecha Sumlińskiego – który do żadnej winy się nie przyznaje. Ale w wypowiedzi Komorowskiego tkwi znacznie poważniejsze kłamstwo. Sugeruje bowiem, że w ogóle doszło do „akcji korupcyjnej w otoczeniu Komisji Weryfikacyjnej”, a udaremnił ją nie kto inny, a sam marszałek Sejmu.

Nie miejsce tu, by szczegółowo wykazywać fałsz tej tezy. Kto zechce – sięgnie po teksty „AFERY MARSZAŁKOWEJ”. Czytając tego rodzaju wyznania Komorowskiego, który najwyraźniej liczy nie niewiedzę Polaków – powinno się raz jeszcze opublikować wszystkie teksty dotyczące zdarzeń z lat 2007/8 i wskazać na faktyczną rolę marszałka Sejmu. Odpowiedzialność za poinformowanie społeczeństwa – jak wyglądała prawda – spoczywa tu głównie na dziennikarzach i politykach opozycji.

W tym miejscu, dość przypomnieć pokrótce, jaki był prawdopodobny przebieg afery marszałkowej i rola polityka Platformy.

Oto - Bronisław Komorowski zwraca się do swojego zaufanego, wieloletniego współpracownika, gen. Buczyńskiego z prośbą o zorganizowanie grupy kilku oficerów byłych WSW/WSI. Celem działalności tych osób byłoby dotarcie do informacji zawartych w aneksie do Raportu, a jeśli taka możliwość by istniała – również zdobycie dokumentu. Osobą idealną ( zaufaną i z odpowiednimi znajomościami) do przeprowadzenia akcji był Aleksander Lichocki, funkcjonujący w środowisku dziennikarskim. Łączyła go znajomość z Wojciechem Sumlińskim, poprzez niego zaś Lichocki liczył na dotarcie do Pietrzaka, Bączka lub innych członków Komisji Weryfikacyjnej. Lichocki miał koordynować bieżące działania i kontaktować się z Komorowskim poprzez Buczyńskiego. Niewykluczone, że w grze uczestniczyli jeszcze inni oficerowie WSI, zajmując się choćby osłoną działań Lichockiego. Operacja mogła być prowadzona na długo przed wyborami parlamentarnymi 2007r. Problem pojawił się w momencie, gdy Komorowski zdał sobie sprawę, że nie ma szans na dotarcie do ludzi Komisji, a tym bardziej, że nie uda mu się uzyskać aneksu. Tu nastąpiła zmiana kombinacji operacyjnej i „uruchomiony” został Leszek Tobiasz. Otrzymał on zadanie zgromadzenia „materiałów dowodowych” obciążający Sumlińskiego i członków Komisji Weryfikacyjnej. Taka koncepcja zakładała oczywiście, że „ofiarą” stanie się również Lichocki. W październiku 2007r i pojawiają się jednak publikacje, wskazujące na odpowiedzialność Komorowskiego w sprawie inwigilacji członków komisji sejmowej w roku 2000, oraz informacja o wezwaniu kandydata na marszałka Sejmu przez Komisję Weryfikacyjną. Niemałe znaczenie, ma również artykuł Leszka Misiaka, który ujawnia fakt bliskiej znajomości Komorowskiego z Aleksandrem Lichockim.

W 2007 roku dziennikarz - Wojciech Sumliński przeprowadził z Komorowskim kilka rozmów, w związku z przygotowywanym dla programu „30 minut" w TVP Info materiałem filmowym o Fundacji Pro Civil, wspieranej przez Komorowskiego. Ten fakt, zadecydował prawdopodobnie o wytypowaniu Sumlińskiego.

W tej sytuacji - Komorowski zdecydował się na zagranie va banqe: Tobiasz ma złożyć zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu rzekomej korupcji wokół Komisji i obciążyć Lichockiego, Sumlińskiego i Bączka. Jednocześnie uruchomiona zostaje zmasowana kampania medialna, mająca na celu dezinformację społeczeństwa i wytworzenie fałszywego przekonania, że doszło do „wycieku” aneksu, a sprawa ma podłoże korupcyjne. Główne zadanie kierowania akcją medialną zostaje powierzone sprawdzonej już w tego typu działaniach redaktor Annie Marszałek oraz „Dziennikowi” i „Gazecie Wyborczej”.

Komorowski liczył, że w trakcie śledztwa zgromadzone zostaną dowody świadczące przeciwko członkom Komisji, a ich samych uda się unieszkodliwić i zastraszyć. Kulminacja kombinacji przypada na 15 maja 2008 r. gdy ABW dokonuje przeszukania w domach Sumlińskiego, Bączka i Pietrzaka, licząc na znalezienie jakiegokolwiek dowodu, potwierdzającego z góry założoną tezę o wycieku aneksu. Aresztowanie Lichockiego było elementem tej kombinacji, gdyż miało uwiarygodnić tezę, że oficer WSW/WSI współpracował z ludźmi Komisji. Nie przypadkiem, w wielu publikacjach z tego okresu pojawiają się absurdalne twierdzenia, o zażyłej znajomości Lichockiego z Macierewiczem. Oczywiście - próba aresztowania Sumlińskiego, to ewidentna przymiarka do aresztu wydobywczego. Śledczy liczyli że zastraszony dziennikarz powie do protokołu wszystko, o co poproszą. Tymczasem - Sumliński nie dał się zamknąć, śledztwo nie przyniosło spodziewanych rezultatów, a ponieważ prezydent ogłosił, iż nie opublikuje aneksu - zdecydowano o zakończeniu kombinacji.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że to, czego dopuścił się poseł Komorowski, paktując potajemnie z przestępcami i tworząc groźny układ do walki z legalną instytucją państwową, wydaje się działaniem bez precedensu w dziejach III RP. Jeden człowiek potraktował państwo polskie i jego najważniejsze organy niczym swoją własność. W obronie prywatnego wizerunku nie cofnął się przed pogwałceniem prawa i kontaktami z ludźmi wrogich służb, nie zawahał się fałszywie oskarżać i pomawiać, nie wstrzymał przed rozpętaniem szkodliwej dla Polski i naszego bezpieczeństwa kampanii medialnej.

O celu obecnych działań – stanowiących kontynuację afery marszałkowej, poinformował nas przed dwoma dniami w „Gazecie Wyborczej” Paweł Graś domagając się - prezydent powinien przekazać premierowi aneks do raportu WSI. - Nie może być tak, że ten dokument może czytać tylko ktoś o nazwisku Kaczyński”. Tym samym – Graś potwierdził, że ludzie Platformy mają realne podstawy obawiać się treści zawartych w aneksie, a celem obecnej kombinacji jest wydobycie dokumentu lub wyprzedzające zdezawuowanie jego znaczenia.

Również dziś pojawił się kolejny, propagandowy element, mogący świadczyć, że na prezydenta będzie wywierana presja, by przekazał aneks Tuskowi i Komorowskiemu lub zaniechał jego publikacji. Niezastąpieni - Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski w tekście „Co kryją lochy Lecha” twierdzą, iż wiedzą, że urzędnicy prezydenta Kaczyńskiego „ukrywają w czeluściach jego kancelarii nagrania zeznań oficerów WSI, polityków i innych osób składane przed komisją weryfikacyjną Macierewicz”. W artykule, po raz kolejny powtarza się zużyte tezy o rzekomych nieprawidłowościach dotyczących zwrotu archiwum Komisji Weryfikacyjnej WSI. Z kłamstw, powtarzanych w 2008 roku przez ludzi PO i dziennikarzy pamiętamy, że miało „zaginąć” kilkaset dokumentów. Te zarzuty nie zostały nigdy potwierdzone. Dziś zatem – GW twierdzi, że chodzi o co najmniej 150 "jednostek archiwalnych". Nie tylko protokoły przesłuchań, ale przede wszystkim nagrania audio i wideo. I pięć dyktafonów cyfrowych Olympus z pełnymi dyskami”.

Ekspertem Gazety jest nie kto inny, a gen. Dukaczewski - wsławiony licznymi kłamstwami, forsowanymi przez media roku 2008. Obecnie Dukaczewski ujawnia, że z przesłuchania przed Komisją Weryfikacyjną w roku 2007 wywnioskował „że komisja szuka negatywnych informacji, które można przeciwko komuś wykorzystać”. Po tym odkrywczym – w kontekście ustawowych celów komisji wniosku, dowiadujemy się, że były szef WSI kilka dni temu sugerował, że może chodzić o haki na trzech b. szefów MON, a dziś kandydatów na prezydenta: Bronisława Komorowskiego, Radosława Sikorskiego (obaj PO) i Jerzego Szmajdzińskiego (SLD)”. Dukaczewski uważa, że treść przesłuchań może ujawnić prawdziwe intencje przesłuchujących, czyli szukanie informacji przeciwko konkretnym osobom”.

„Rewelacje” te natychmiast powtórzył „Dziennik”.

Druga odsłona afery marszałkowej zdaje się dopiero rozwijać i choć dyspozycyjne media dbają o odwracanie uwagi od spraw istotnych, produkując coraz szczelniejsze „zasłony” - warto śledzić dalszy rozwój zdarzeń.

Źródła:

http://cogito.salon24.pl/77705,afera-marszalkowa-5

http://www.tvn24.pl/9344,1,kropka_nad_i.html

http://www.polskatimes.pl/opinie/wywiady/221794,gen-dukaczewski-politycy-graja-sluzbami-a-sluzby-politykami,id,t.html#material_4

http://www.dziennik.pl/polityka/article551239/Kaczynski_zbiera_haki_Niech_to_wyjasni.html

http://wyborcza.pl/1,76842,7578997,Czy_wroca_haki_z_WSI.html

http://www.dziennik.pl/polityka/article554446/Specjalnoscia_PiS_jest_polityka_hakowa.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,7584318,Komorowski_w_wideoczacie__Specjalnoscia_PiS_jest_polityka.html?skad=rss

http://www.bronislawkomorowski.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=552:hakow-si-nie-boj&catid=4:wywiady&Itemid=10

http://wyborcza.pl/1,75248,7586276,Prezydencie__oddaj_aneks_do_raportu_o_WSI.html

http://www.dziennik.pl/polityka/article556586/Kancelaria_Kaczynskiego_trzyma_haki_z_WSI_.html#reqRss

http://cogito.salon24.pl/77707,afera-marszalkowa-7-kalendarium

http://wyborcza.pl/1,75478,7595378,Co_kryja_lochy_Lecha.html

piątek, 19 lutego 2010

LIST OLEWNIKA DO PREMIERA

Ponieważ główne media, relacjonując treść listu Włodzimierza Olewnika do premiera skupiają się wyłącznie na niektórych wątkach, całkowicie pomijając inne, niezwykle istotne – zamieszczam pełny tekst wystąpienia.

Tego tekstu nie wolno przemilczeć.

*************

Drobin, 13 luty 2010 r.

Szanowny Panie Premierze Rzeczypospolitej Polskiej,

Jako Ojciec bestialsko zamordowanego syna Krzysztofa, chciałbym wyrazić swój ból i protest na postępowanie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w sprawie nie odtajnienia na potrzeby śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Apelacyjną w Gdańsku materiałów operacyjnych Policji dot. uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa.

Decyzja ta w moim przekonaniu jest nieuzasadniona i błędna, ale przede wszystkim w dalszym ciągu chroni przestępców. Miałem możliwość wglądu do tych materiałów, wiem, że są w nich ślady matactw i przestępstw. Tym samym brak odtajnienia w.w. materiałów dla Prokuratury jest ukrywaniem współsprawców zbrodni, a także ucieczką od odpowiedzialności karnej funkcjonariuszy Policji. Nie mogę pogodzić się z faktem, że wszystko to odbywa się w granicach prawa. Jeśli jest takie prawo to prawo jest złe. Ja na to się nie mogę zgodzić, nigdy też nie uznam, że Państwo Polskie zrobiło wszystko w tej sprawie. Dziękuję Panu Premierowi za możliwość powołania Komisji Śledczej, bo bardzo pomaga sprawie, ale jak mam zrozumieć decyzję Ministra Spraw Wewnętrznych. Czy jest to ochrona i źle rozumiana solidarność policjantów. Co ja mam powiedzieć ludziom, mojej najbliższej rodzinie.

Panie Premierze, nie ulega wątpliwości, że w porwaniu naszego syna, jego okrutnym i zwyrodniałym dręczeniem i w konsekwencji mordem brały udział osoby z organów państwowych, które powinny służyć obywatelowi do ochrony jego bezpieczeństwa, a które to gwarantuje konstytucja. W tej chwili dzieje się wszystko odwrotnie, pomimo nagłośnienia medialnego naszej sprawy, pomimo wręcz szydzenia mediów oraz społeczeństwa nawet wpływowych polityków z naszej sprawy (w załączeniu dołączam stenogram wywiadu, który przekazała mi Polonia amerykańska).

Polska jako kraj, w którym nieudolność organów państwowych stawia nas niestety w złym świetle jest narażona na śmieszność. My jako Polacy na to nie możemy sobie pozwolić. Jak to możliwe, że organy powołane do obrony obywateli, takie jak Policja, a wtóruje temu resort MSWiA pozwalają na taki stan rzeczy. Moim zdaniem jest to skandal.

MSWiA kryje ludzi, którzy pomimo stwierdzenia faktów jak: zeznając niezgodnie z prawdą w sprawie przekazania okupu, sporządzając nieprawdziwe dokumenty, a tam gdzie jest konieczność odtajnienia danych osobowych i dokumentów z tej operacji – MSWiA nie wydaje na to zgody. W mojej opinii tym samym ochrania się tych funkcjonariuszy, którzy być może są decydentami oraz wspólnie z bandytami przeprowadzają akcje przekazania okupu. Zgodnie z ich stwierdzeniem, że byli na miejscu zrzucenia okupu to mogę tylko przypuszczać, że byli po drugiej stronie wraz z przestępcami podejmującymi tenże okup. Mam prawo przypuszczać, iż pieniądze przekazane jako okup mogły zostać wywiezione do Berlina przez kierowników komórki śledczej tj. Remigiusza Mindę i Macieja Lubińskiego. Czy jest to logiczne, że następnego dnia zamiast dokonywać zabezpieczenia terenu i śladów z miejsca przekazania okupu, śledczy wyjeżdżają natychmiastowo do Berlina. Ironią w tej sprawie jest to, że banknoty z przekazania okupu zostają zidentyfikowane w okolicach przejścia granicznego. Zabezpieczenia śladów dokonano dopiero po upływie, aż tygodnia czasu tj. po powrocie funkcjonariuszy z Berlina. Szokujące jest to, że funkcjonariusze, którzy są w tzw. WTO czyli obszarze z chronionymi danymi osobowymi mogą czynić największe przestępstwa wraz możliwością mordu, gdyż jak widać włos z głowy im nie spadnie.

Poniżej podaję niektóre przykłady z mojej sprawy:

Jak wytłumaczyć zdarzenie w nocy z 15 na 16 maja 2008 roku, kiedy to do domu mojej córki w Płocku włamali się przestępcy i ukradli jedynie butelkę whisky i pudełko kubańskich cygar, pozostawiając biżuterię W tym domu na piętrze spała moja żona, córka i wnuki, a na dole nieujawnieni przestępcy splądrowali mieszkanie w sposób wcześniej nam znany: pakując dziecięce ubranka, zostawiając je w mieszkaniu. Podobnie spakowano ubrania Krzysia w torbie sportowej po jego uprowadzeniu i pozostawiono je w podobnym miejscu w mieszkaniu. Czy to jest przypadek, zbieg okoliczności czy też jest to demonstracja siły i pokazania, że można zaatakować niewinną rodzinę metodami działania PRL-owskich służb bezpieczeństwa? Panie Premierze jesteśmy udręczeni i tyranizowani psychicznie.

Jak wytłumaczyć fakt zamieszczenia zdjęcia z sekcji zwłok naszego syna w miesięczniku policyjnym “997”, gdzie bezpośredni nadzór nad tym pismem ma Komenda Główna Policji, gdzie po fakcie tak drażliwym jak ekshumacja zwłok naszego Krzysztofa pokazane jest zdjęcie szczątek zwłok naszego syna, pomimo próśb rodziny i wsparcia mediów w uszanowaniu tego tramatycznego momentu. Czy to jest ludzkie i normalne, czy jest to kolejny objaw udręczenia i zniszczenia psychicznego. Mam obiekcję, czy tylko sam Redaktor Naczelny czaspisma “997” podjął taką decyzję?

Panie Premierze jak Pan zinterpretuje decyzję sądu na uchylenie aresztu Jacka Krupińskiego, kiedy rodzina i prokuratura przekonanana jest, że jest on jednym ze sprawców uprowadzenia i być może zamordowania syna. W krótkim czasie po opuszczeniu aresztu Jacek Krupiński usiłuje wynająć mieszkanie w apartamentowcu, gdzie mieszka moja córka z zięciem wraz z wnuczkiem, pomimo, posiadania przez niego własnego mieszkania oraz możliwości zamieszkania z samotnie żyjącą matką. Myślę, że robi to tylko po to, aby swoim widokiem i osobą dręczyć nas psychicznie, a skutkiem tego jest już to, że mój dziewięcioletni wnuczek budzi się w nocy i mówi do matki: “Mamo, ja się boję, Jacek chce mnie zamordować”. Czy to jest pomysł Jacka Krupińskiego czy również działanie jakiś czynników innych, które powodują upodlenie rodziny i dalsze jej nękanie?

Jak wytłumaczyć fakt awansów policjantów, którzy brali udział w śledztwie, w świadomy sposób szkodząc sprawie, moim zdaniem powinni jak najszybciej opuścić szeregi Policji. Pomimo zarzutów prokuratorskich są nagradzani i awansowani. Mówię tutaj o Grzegorzu Korsanie, Henryku Strausie, a najbardziej bulwersuje mnie fakt awansu Macieja Lubińskiego na zastępcę szefa wydziału. Na tej osobie ciążą mocne zarzuty prokuratorskie. Oburza mnie fakt aresztowania detektywa Marcina Popowskiego oraz uczestnika grupy śledczej Pana Mirosława Gruszeczki, który sprzeciwiał się nielogicznemu ukierunkowaniu śledztwa, a w obawie wykrycia prawdy został poprzez zastosowanie podstępu aresztowany. Według mnie niewinnie przesiedzial pół roku w areszcie tymczasowym. Gdzie tu jest sprawiedliwość, że jedni funkcjonariusze mogą przebywać w areszcie, a drudzy po takich celowych i negatywnych działaniach jak ukrywanie dowodów w sprawie miejsca przetrzymywania Krzysztofa oraz dowodów w postaci billingów, gdzie w sposób jednoznaczny z imienia i nazwiska wraz z miejscem zamieszkania wskazany został uczestnik grupy porywającej Krzysia są awansowani. Czy to nie woła o pomstę do nieba?

Panie Premierze jak jest to możliwe, że w Komisji Hazardowej, która jest pośmiewiskiem dla mediów oraz opinii publicznej zasiada człowiek, ktory piastował stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli, instytucji kontrolującej prawo, które działa w organach państwowych oraz podmiotach gospodarczych mających doskonałą wiedzę w sprawie sposobów korumpowania urzędników, a on wypuszcza człowieka, który przychodzi do niego z teczką pieniędzy, a otwierając ją przy nim jednoznacznie sugeruje przekazanie łapówki. Pan Sekuła pozwala opuścić biuro bez żadnego wytłumaczenia tego faktu i o ironio on o tym mówi publicznie w telewizji. Ja to odbieram jako pouczenie, w jaki bezpieczny sposób korumpować urzędnika. Panie Premierze mając pełną wiedzę o tym zdarzeniu, daje Pan na takie sytuacje pełne przyzwolenie.

Panie Premierze jak jest to możliwe, że nieudacznik nad nieudacznikiem, a być może nawet jeden z decydentów w uprowadzeniu i zamordowaniu mojego syna Pan Janusz Czerwiński od samego początku z naszą sprawą ma do czynienia, gdyż od 2001 roku. Jest autorem ogromnej porażki Policji w tej sprawie zostaje wspólnie z drugim, być może mniej wdrożonym w naszą sprawę funkcjonariuszem organu Policji, ale działający razem z powyższym w tym czasie – zostają szefami CBA. Chcę podkreślić, iż Janusz Czerwiński był osobiście przeze mnie informowany o błędach i wątpliwościach w śledztwie, o których jest tak głośno w trakcie przesłuchań w Komisji Śledczej. Miał wiedzę i przyznawał mi rację, więcej - na moją osobistą prośbę ustalał fakty związane z moimi obiekcjami, co do przejęcia sprawy przez CBŚ. Dziś w przesłuchaniu w trakcie Komisji Śledczej dostaje choroby amnezyjnej i nic nie pamięta, a osoby, które nic nie chcą ukryć pomimo, tak długiego upływu czasu pamiętają szczegóły sprawy. Ten człowiek z taką chorobą jest v-ce szefem CBA. Nie wiem jak to się dzieje, czy są to kolejne zbiegi okoliczności, że Janusz Czerwiński przechodził zawsze tam, gdzie toczy się śledztwo w naszej sprawie. Kiedy śledztwo przejeło CBŚ w Warszawie, ten Pan jest w Warszawie, kiedy powołana jest grupa w Olsztynie, jest on w Olsztynie, kiedy naszą sprawą od dwóch lat interesuje się CBA, on jest od dwóch lat w CBA jako szef delegatury poznańskiej, aż wreszczie po niejasnym dla mnie odwołaniu szefa CBA Pana Mariusza Kamińskiego awansuje on na stanowisko v-ce szefa tych służb. Jedynie mogę przypuszczać, że chyba tylko po to, aby mieć pełną wiedzę o kierunkach i szczegółach toczącego się śledztwa.

Kto wreszcie dokonana rozliczenia z niejasnych działań Krzysztofa Rutkowskiego. Ktoś temu człowiekowi wydał licencję detektywa, a jego popularność w postaci jego akcesów wypowiadanych w mediach co do zapewnienia ujęcia Bin Landena, lub też bardzo długo poszukiwanego snajpera w USA oraz wykrycie rakiet w Iraku nie może przysłonić faktu kontroli nad nieprawidłowością działalności Krzysztofa Rutkowskiego, a na dodatek człowieka, który ma zarzuty oraz poręczony areszt w sprawie mafii paliwowej.

Panie Premierze podobnych spraw jest setki a może nawet tysiące nie można koło tego przechodzić obojętnie.

Jako obywatel Rzeczypospolitej Polskiej mam swoje konstytucyjne prawa:

• Art.30:“Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.”

• Art.32:”Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.”

• Art.38:”Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia”.

• Art.40:”Nikt nie może być poddany torturom ani okrutnemu, nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu i karaniu.”

• Art.51,pkt3:”Każdy ma prawo dostępu do dotyczących go urzędowych dokumentów i zbiorów danych. “

• Art. 54:”Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.”

• Art.148,pkt7:”Prezes Rady Ministrów: jest zwierzchnikiem służbowym pracowników administracji rządowej.”

Protestuję na takie funkcjonowanie Państwa Polskiego. Będę apelował i jestem zmuszony do oskarżania naszego kraju we wszystkich europejskich i światowych organizacjach broniących praw człowieka.

Dodatkowo zamierzam podjąć walkę o PRAWDĘ wewnątrz naszego kraju do czego obliguje i inspiruje mnie korespondencja kierowana do mnie osobiście, jak i mojej rodziny, a w imię tych zasad dotycząca oczekiwań społecznych i głębokich reform naszego Państwa.

Ofiara życia mojego syna Krzysztofa musi lec u podstaw odnowy moralnej organów państwa w imię dobra nas wszystkich i nie może zostać zaprzepaszczona.

Z poważaniem

Włodzimierz Olewnik

Załącznik:

stenogram wywiadu przekazanego mi przez Polonię amerykańską.

Do wiadomości:

1. MSWiA.

2.Komenda Główna Policji.

Źródło:

poniedziałek, 15 lutego 2010

KOMOROWSKI O „AFERZE MARSZAŁKOWEJ”

Mamy głębokie przekonanie o tym, że była to akcja zmierzająca absolutnie nie do wyjaśnienia kwestii wadliwych powiązań między światem mediów a służbami specjalnymi, ale akcja zmierzająca do wystraszenia dziennikarzy, powstrzymania ich przed zajmowaniem się kwestiami niewygodnymi dla niektórych polityków. Problem polega na tym, że dzisiaj ci politycy zajmują bardzo ważne miejsca w hierarchii, w strukturze państwa polskiego. Stawiamy pytanie w związku z tym, o powołanie komisji nadzwyczajnej, która miałaby zbadać kwestie związane z tymi wydarzeniami. Zadajemy to pytanie w przekonaniu, że sprawa ta nie może pozostać ukryta, nie może być pod korcem, musi być wyjaśniona, jeśli chcemy uczciwie mówić o usunięciu z państwowego życia polskiego patologii. Bo patologią jest używanie przez wysokiej rangi urzędników państwowych podległych im instytucji do rozstrzygania kwestii, które ich osobiście bolą w relacjach z dziennikarzami. Zwracamy się z pytaniem, czy to nie jest najwyższa pora, aby powołać komisję nadzwyczajną i być może, aby pan premier w imię sanacji życia publicznego w Polsce podjął działania zmierzające do wyjaśnienia tej wstydliwej sprawy.

„Wynika, że został uruchomiony na nieprawdopodobną skalę aparat ścigania i kontroli, były wszelkiego rodzaju przesłuchania, notatki, i jeszcze dodatkowe wątki gdzieś badane. Kilkadziesiąt osób przesłuchanych to jest naprawdę bardzo duża skala (…) dlatego moje dodatkowe pytanie jest takie: czy (…)wystarczającym uzasadnieniem dla uruchamiania tak dużego i tak kosztownego aparatu może być plotka dziennikarska - nawet gdyby była prawdziwa - że ktoś zamierza kogoś zdyskredytować przy użyciu prasy czy w polityce, to czy jest to wystarczające uzasadnienie dla uruchomienia aparatu ścigania na taką skalę?”

„Jeśli chodzi o sprzedaż aneksu, to pewnie pan wie lepiej, bo wśród dziennikarzy krążyły różne informacje na ten temat. Ja sprawy nie znam, ale z ułomków informacji widać, że ewentualna korupcja dotyczy też zweryfikowania pozytywnego za pieniądze. Innymi słowy, próby (niewiadomo czy udanej) załatwienia sobie pracy w wywiadzie i w kontrwywiadzie, tworzonym przez Antoniego Macierewicza, za pieniądze. To jest zagrożenie dla interesów państwa. Bo za pieniądze może sobie załatwić coś zrozpaczony funkcjonariusz WSI, ale może i obcy wywiad może załatwić coś komuś, kto z frustracji związał się z obcymi wywiadami.”

Nie znam takiego przypadku, żeby ktoś potwierdził, że znał i się przyjaźnił z tego rodzaju postaciami. To właśnie prokuratura musi zbadać, czy był jakiś związek. Ale rozumiem, że jakieś podstawy do aresztowania tych dwóch panów są. I do przeszukania gdzie indziej. W imię interesu państwa nie powinno się krzyczeć, histeryzować wokół tej sprawy, tylko pozwolić prokuraturze dokonać wszystkich czynności śledczych i podjąć decyzję, czy występują do sądu o zatrzymanie, czy nie? Czy sprawa jest błaha, czy też śmiertelnie poważna? Na to nie wolno patrzeć z punktu widzenia jakiejś rozgrywki politycznej, bo to nie jest rozgrywka polityczna. Tylko trzeba na to patrzeć z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.”

Znam pana płk. Aleksandra Lichockiego.”

„Śledztwo musi wykazać, czy pan Aleksander L. i ten dziennikarz mieli swoje kontakty w komisji weryfikacyjnej. Na czym te kontakty polegały? Co załatwiali, a co próbowali tylko załatwić? W związku z tym uważam, że nie wolno się śpieszyć z żadnymi wyrokami w tej kwestii.”

„Pan gen.Buczyński poinformował mnie, że jest taki pan pułkownik, który może mieć istotne dla mnie informacje, także osobiście mnie dotyczące. Wymienił nazwisko pułkownika Lichockiego. Postanowiłem przyjąć go w swoim biurze poselskim przy ul.Krakowskie Przedmieście. Było to około 19 listopada 2007r. Lichocki przyszedł sam. W rozmowie z nim nikt więcej nie uczestniczył. Pan Lichocki w rozmowie ze mną sugerował możliwość dotarcia albo do tekstu, albo do treści całości lub fragmentu dotyczącego mojej osoby-aneksu do raportu WSI. (…)

„Ja wyraziłem wstępnie zainteresowanie jego propozycją . Umówiliśmy się, że on odezwie się gdy będzie na pewno miał możliwość dotarcia do tych dokumentów. Miał się wtedy do mnie odezwać poprzez telefon mojego biura.”

„Prokuratura była u mnie, składałem zeznania, w związku z tym, że wcześniej informowałem opinię publiczną o tym, że pan pułkownik Lichocki, jeszcze człowiek z dawnych służb peerelowskich, no, był u mnie z dosyć dziwną taką ofertą, którą trudno nazwać korupcyjną, ale niewątpliwie sugerował możliwość uzyskania przeze mnie wglądu w Aneks do raportu o likwidacji WSI, o czym powiadomiłem odpowiednie służby, no a teraz prokuratura chciała mnie na tę okoliczność przesłuchać.”

„Podczas drugiej rozmowy Lichocki nie potwierdził ani nie zaprzeczył możliwości dotarcia do aneksu. Chwalił się natomiast, że on sporo wie, że ma szerokie kontakty. Odniosłem wrażenie jakby stawiał się do dyspozycji. Odpowiedziałem wymijająco, że w razie czego się odezwę. Więcej się z nim nie spotkałem.”

- „Dlaczego pułkownik Lichocki przyszedł właśnie do pana?

- Ja myślę, że prozaiczna sprawa – po pierwsze sądził, że ja jestem zainteresowany, bo jak pan Antoni Macierewicz publicznie mówił... moje nazwisko jest wymieniane w jego Aneksie tajnym, a po drugie nastąpiła zmiana władzy, ja już byłem marszałkiem Sejmu, więc mógł sądzić, że się „przeflancuję”, mówiąc takim językiem polityczno–ogrodniczym, na nową grządkę, na nowy układ sił politycznych. Wcześniej, jak odnoszę wrażenie, znakomicie funkcjonował w otoczeniu poprzedniej ekipy, PiS–owskiej ekipy władzy i próbował się „przeflancować” na drugą stronę. Taka jest moja ocena, ale to już prokuratorzy badają.”

„Zdziwiła mnie inicjatywa pana Lichockiego co do mojej osoby – jednak w rozmowie ze mną nie wyrażał żadnych pretensji związanych z przeszłością i moją rolą w odejściu jego osoby ze służby.”

„Po kilku dniach pani Jadwiga Zakrzewska, poseł PO, przekazała mi, że chce się ze mną spotkać pułkownik z WSI, który jest jej sąsiadem. Spotkanie odbyło się w moim biurze poselskim. Rozmówcą okazał się nieznany mi wcześniej pułkownik Leszek Tobiasz”

„Pod koniec rozmowy z Tobiaszem powiedziałem mu, że do mnie próbował docierać płk. Lichocki. Od samego początku rola Lichockiego wydawała mi się dziwna tym bardziej zachowałem dużą ostrożność i przeciągałem w czasie drugie spotkanie z nim – Lichocki bowiem odzywał się do mnie poprzez gen. Buczyńskiego. Tobiasz chciał mi okazać zdobyte dowody w postaci nagrań i na kolejne spotkanie, 3 grudnia 2007 r. – przyniósł je.”

„Tobiasz pytał się co ma z tym materiałem zrobić. Odpowiedziałem mu, że powinien to zabrać, a ja wyjaśnię to z odpowiednimi organami.”

- „Odpowiednie służby pan powiadomił. Jakie to były służby, panie marszałku?

- No właśnie, ja myślę, że to zostawmy na razie. Wiadomo, że ich jest parę w Polsce, to są wojskowe, to są kontrwywiad...”

„Nie, nie, nie, nie, właśnie to jest niezdrowa sugestia, że jakby to jest interes służb specjalnych. Otóż służby specjalne mogą być o tyle w sprawie, że korupcja, o którą jest podejrzany pan Sumliński, gdzieś się miała... mogła się toczyć w otoczeniu służb specjalnych. No ale proszę wybaczyć, to nie jest ani w spr... nie działają służby specjalne w sprawie Sumlińskiego, a sugerowanie tego jest według mnie mocno nie w porządku, no bo na razie sprawa jest w prokuraturze i sąd ocenia propozycje prokuratury, czy jest potrzebne izolowanie takiego pana, czy też nie. Jeżeli ocenia, że tak, no to wychodzi z założenia, że wchodzi w grę ryzyko matactwa. Ja uważam, że w takie delikatne sprawy, jak przebieg postępowania prokuratorskiego, absolutnie nie powinien Sejm ingerować, no bo Sejm nie ma wiedzy o tym, jaki jest pomysł na śledztwo, jakie są uwarunkowania tego śledztwa. No, próba ingerowania w to wszystko według mnie byłaby nadużyciem.”

Patologią jest używanie przez wysokiej rangi urzędników państwowych podległych im instytucji do rozstrzygania kwestii, które ich osobiście bolą w relacjach z dziennikarzami."

Właśnie mówimy o autorytecie parlamentu i marszałka. Marszałek jest drugą osobą w państwie po prezydencie, więc kwestia jego wiarygodności, jego słowa jest sprawą bardzo istotną. Oczywiście, z punktu widzenia prawnego nie musi tego zrobić, bo jest jeszcze druga instancja, są procedury sejmowe, ale jeżeli mówimy o autorytecie, no to od polityków odpowiedzialnych, którzy deklarują swoje propaństwowe myślenie należy oczekiwać trochę więcej niż takie pełne tylko i wyłącznie podporządkowanie się prawu. Tu chodzi o autorytet państwa, autorytet prawa, autorytet parlamentu również.”

„Natomiast według mnie rolą marszałka jest jako właśnie drugiej osoby w państwie jednak tworzenie możliwości debaty publicznej w Parlamencie, bo inaczej jak tego nie ma, to się ona toczy na ulicach. Taka jest zawsze reguła.”

Przestępcami dzisiaj są ci, którzy korumpują w polityce, a korumpują przedstawiciele władzy, rządu. Przestępcami są ci, który dopuszczają się korupcji, oni mają tajne służby w rękach. Więc rozumiem, że przy stoliku zmienili się gracze i toczą swoją grę, a tylko próbują stworzyć wrażenie, że wspaniałemu, cudownemu, czystemu moralnie rządowi (…)zagrażają jacyś Marsjanie. Im zagraża własna nieodpowiedzialność, nieudacznictwo, także właśnie korupcja polityczna, którą uprawiają na dużą skalę. To im zagraża. Niestety, to samo grozi całej Polsce, bo Polską rządzą tacy ludzie.”

„ Zwracamy się z pytaniem, czy to nie jest najwyższa pora, aby powołać komisję nadzwyczajną i być może, aby pan premier w imię sanacji życia publicznego w Polsce podjął działania zmierzające do wyjaśnienia tej wstydliwej sprawy”.

Jeśli ktoś skłamał i oszukał, własne środowisko polityczne także, no to musi ponieść tego konsekwencje. I Platforma na pewno nie będzie kombinowała, jak tutaj kogoś osłonić, (…). Dla takich osób w Platformie Obywatelskiej nie ma i nie będzie miejsca.”

„Jeżeli ktoś skłamał w sposób tak drastyczny i w tak w sumie w brzydkiej sprawie, no to według mnie nie powinien w ogóle mieć odwagi stawania przed opinią publiczną. I uważam, że to jest w ogóle najłagodniejsza forma nawet nie tyle ukarania, pozbycia się pewnych ludzi z polityki właśnie.”

Autorem wszystkich, cytowanych powyżej słów jest Bronisław Komorowski.

niedziela, 14 lutego 2010

„UPOKORZENI”. WSI – REAKTYWACJA.

Powołanie stowarzyszenia byłych żołnierzy i pracowników Wojskowych Służb Informacyjnych, zdaje się być inicjatywą zmierzającą do pełnej rehabilitacji służby rozwiązanej w roku 2006 roku. Tego celu nie ukrywa już Marek Dukaczewski, zapowiadając, iż „stowarzyszenie ma zintegrować środowisko i przywrócić dobre imię WSI”. W tym ostatnim postulacie zawiera się również chęć odwetu za likwidację służby. Już w roku 2007 Dukaczewski nawoływał, by „w nowym parlamencie powstała komisja śledcza do spraw likwidacji WSI”. To żądanie było wielokrotnie ponawiane, a w ostatnim czasie pojawiły się zapowiedzi składania zawiadomień do prokuratury, związanych z rzekomymi nieprawidłowościami przy likwidacji służby. Do tej chwili, nie istniała jednak formalna reprezentacja środowiska związanego ze zlikwidowaną formacją.

Utworzenie SOWY ma zatem stanowić przełom w dotychczasowej działalności oficerów WSW/WSI i oznacza, że środowiska te pragną jak najszybciej odzyskać pełnię wpływów. Zbieżność rejestracji stowarzyszenia z akcją forsowania kandydatury Komorowskiego, nie jest oczywiście przypadkowa. Świadczy, że ludzie „wojskówki” otwarcie włączają się do życia publicznego, mając świadomość sprzyjających okoliczności i oczekując wsparcia starań ze strony rządzących. Niewątpliwie - w prezydenturze Komorowskiego mają prawo upatrywać szansę na utrwalenie układu zarządzającego III RP.

Warto przyjrzeć się grupie założycieli stowarzyszenia– tym bardziej, że skład zarządu może nam wiele powiedzieć o prawdopodobnych intencjach tych ludzi. .

Na czele stowarzyszenia stoi gen bryg. Marek Dukaczewski – w latach 2001-2005 szef WSI, wcześniej oficer Zarządu II Sztabu Generalnego LWP, szkolony przez GRU w roku 1989. Na świadectwie ukończenia kursu sowieckie służby umieściły informację, że uprawnia ono do wykonywania “czynności, w zakresie których był szkolony” na terenie ZSRR.

W latach 80 -tych Dukaczewski był oficerem prowadzącym agentów działających w krajach arabskich. Nadzorował m.in. opisanego w raporcie o WSI “Wirakoczego” zajmującego się handlem bronią. W latach 1984 – 1988 został rezydentem polskiego wywiadu wojskowego w Waszyngtonie, a na początku lat 90- tych w Oslo. W drugiej połowie lat 90. Dukaczewski -czynny oficer WSI, został wiceszefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Ściągnął go tam szef prezydenckiego gabinetu mjr Marek Ungier. Po czterech latach, jesienią 2001 r., Dukaczewski został szefem WSI.

Jedną z jego pierwszych decyzji, po objęciu kierownictwa służby było zakończenie operacji o kryptonimie „Gwiazda”. Celem operacji – wszczętej za czasów gen. Tadeusza Rusaka było ujawnienie związków oficerów WSI z wywiadem Rosji. W latach 90 –tych – a nawet po 2000 r. – WSI nie miały żadnych sukcesów na tzw. odcinku wschodnim, ponieważ Rosjanie doskonale znali nasze aktywa operacyjne, w tym agentów oraz ich oficerów prowadzących. Dopiero po przyjęciu Polski do NATO i aresztowaniu trzech oficerów kontrwywiadu WSI za szpiegostwo na rzecz Rosji (znaleźli ich nie wojskowi, lecz cywilny UOP), Biuro Bezpieczeństwa Wewnętrznego WSI rozpoczęło tajną operację o kryptonimie „Gwiazda”. Oficerów pytano m.in. o udział w kursach GRU, KGB. Zrozumiałe zatem, że człowiek, który sam uczestniczył w takich kursach podjął natychmiast decyzję o zakończeniu operacji.

Nazwisko Dukaczewskiego pojawia się również w archiwach Stasi, do których dotarł brytyjski wywiad MI-6. Obok gen. Bolesława Izydorczyka i Konstantego Malejczyka, Dukaczewski figuruje jako jeden z szefów WSI, „bezpośrednio zaangażowanych w działalność wywiadowczą przeciwko Wielkiej Brytanii i Stanom Zjednoczonym już po upadku komunizmu w Polsce”.

O rzeczywistej, obecnej roli Dukaczewskiego świadczą fakty ujawnione przez Witolda Waszczykowskiego - negocjatora w sprawie tarczy antyrakietowej. Twierdził on, że były szef WSI bywa częstym gościem w gabinecie ministra Radosława Sikorskiego wieczorami i nocami. Waszczykowski miał wrażenie, że Sikorski konsultuje z nim wiele decyzji personalnych. W ostatnich dwóch latach Dukaczewski zasłynął publicznym głoszeniem licznych kłamstw na temat skutków Raportu z Weryfikacji WSI. W lutym 2007 roku twierdził np., jakoby „za granicą zatrzymano kilku znajomych jednej z osób wymienionych w raporcie z weryfikacji WSI”, rok później oburzał się na „nielegalne kopiowanie i wynoszenie materiałów kontrwywiadu przez ludzi Macierewicza” i postulował – „SKW trzeba „wygasić”, bo straciła kontrolę nad listą współpracowników”. W czerwcu 2008 r alarmował, jakoby „- polski wywiad stracił kontakt z kilkoma agentami w Rosji, na Ukrainie, na Białorusi oraz w Azji Środkowej i na Bliskim Wschodzie, a ich życie może być zagrożone”, a we wrześniu ubiegłego roku wieścił, iż „wojskowy wywiad dziś już praktycznie nie istnieje”.

Wszystkie rewelacje Dukaczewskiego okazywały się fałszem, bowiem nie potwierdzono przypadków, o których grzmiał były szef WSI. Nie trzeba dodawać, że oficer nigdy nie przyznał się do „pomyłek” i nadal jest medialnym „fachowcem” od spraw służb wojskowych.

Wiceprezesem stowarzyszenia SOWA został płk Jan Oczkowski, wywodzący się z elitarnego oddziału „Y” – szef Biura Bezpieczeństwa WSI za czasów kierowania tą służbą przez Dukaczewskiego. Oczkowski wkupił się w łaski szefa, stając na czele kilkudziesięcioosobowej komisji, która szukała haków na poprzednie kierownictwa WSI (z gen. Tadeuszem Rusakiem), nakłaniając oficerów do składania fałszywych zeznań obciążających Rusaka i jego współpracowników. W składzie tej komisji znaleźli się m.in. Marek K. oraz płk Janusz A. Rok później Marek K. został skazany za próbę skompromitowania prokuratora wojskowego, zaś Januszowi A. prokuratura postawiła osiem zarzutów, głównie za przewinienia służbowe.

Gdy Oczkowski stanął na czele Biura Bezpieczeństwa WSI, zaniechano prowadzenia operacji o kryptonimie „Gwiazda”. Płk Twierdzi się również, że pułkownik wykorzystywał swoje służbowe uprawnienia do zwalczania kolegów ze służb, z którymi pokłócił się o pieniądze z prywatnej wyższej szkoły biznesu w Brzegu, założonej przez oficerów WSI, zlecając swoim podwładnym operacyjne rozpoznanie konkurencji.

Na uwagę zasługuje pozycja, jaką ten oficer zajmował w WSI. Po raz pierwszy Oczkowski został zwolniony za służby przez kontradmirała Głowackiego. Gen. Tadeusz Rusak, następca Głowackiego, przywrócił Oczkowskiego do służby. I po kilku latach usunął, jak twierdzi – „za wynoszenie dokumentów na zewnątrz”. W wywiadzie z 2003 roku w krakowskim "Dzienniku Polskim" Rusak pytał – „chciałbym wiedzieć, co takiego ma (Oczkowski) w zanadrzu, że kolejni szefowie przyjmują go do pracy". Zdaniem tygodnika „Wprost” płk Oczkowski dysponuje niezwykle cennym dla Dukaczewskiego atutem – listą oficerów WSI na niejawnych etatach. Chodzi o grupę kilkudziesięciu osób, które pracują w biznesie, nauce, ministerstwach. WSI odziedziczyły ich w większości po swych komunistycznych poprzednikach. O istnieniu niektórych oficerów „N” mogli nie wiedzieć nawet kolejni szefowie wojskowych służb. Prof. Andrzej Zybertowicz twierdził, że Oczkowski „ma wiedzę o hakach na umoczonych, dlatego „warto zastanowić się: jak wysoko w strukturach polskiego państwa umoczeni są ulokowani? Wiadomo także, że w WSI istniała praktyka prowadzenia nierejestrowanych źródeł osobowych, których nie ujmowano w oficjalnej ewidencji. Nie umieszczenie agentów w oficjalnej ewidencji mogło służyć omijaniu zakazu werbunku osób pełniących niektóre funkcje publiczne. Na dokumenty wskazujące, że najcenniejsza agentura była przez ostatnie lata wyprowadzana poza WSI i może być teraz kontrolowana w zupełnie innym środowisku natrafili członkowie Komisji Likwidacyjnej WSI. Niewykluczone zatem, że wiedza płk Oczkowskiego obejmuje również agenturę nierejestrowaną.

Wydaje się, że ten atut ma również decydujące znaczenie w pozycji, jaką Oczkowski zajmuje w Stowarzyszeniu SOWA.

Sekretarzem generalnym stowarzyszenia został płk Zbigniew Chąciak – absolwent Wyższej Oficerskiej Szkoły Radiotechnicznej z roku 1975.

Członkami stowarzyszenia są : Sławomir Michalski, ppłk Jan Bielak, mjr Tadeusz Korablin, mjr Andrzej Milczarek, płk Zbigniew Kumoś, płk Roman Oziębała, płk Ryszard Palczak, płk Zbigniew Woś, płk Józef Krześniak – (skarbnik), kpt Jacek Chymkowski, Małgorzata Mazurek.

Nazwiska niektórych osób znajdziemy w Raporcie z Weryfikacji WSI.

Szczególną uwagę warto poświęcić trzem oficerom – płk. Józefowi Krześniakowi, płk. Romanowi Oziębale i płk Zbigniewowi Kumosiowi.

Ten pierwszy, jest byłym oficerem oddziału finansów Zarządu II SG WP, a potem WSI. Nazwisko płk. Krześniaka pojawia się w związku z odkryciem przez Komisję Likwidacyjną skarbu, ukrytego w tajnym sejfie centrali WSI . Chodzi prawdopodobnie o zaginioną część przedwojennego Funduszu Obrony Narodowej, który komunistom udało się wydobyć podstępem od przebywających na emigracji oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wśród kosztowności znalezionych w sejfie WSI oprócz pozostałości z zaginionej części FON znajdują się także precjoza pochodzące z afery "Żelazo". W pancernym sejfie centrali ukryto stosy złotych sztab, pióra z cennego kruszcu i biżuteria z brylantami. Jak informował w roku 2006 „Wprost” – „Jeszcze kilka lat temu była tam także pokaźna kolekcja południowoafrykańskich złotych krugerrandów, wenezuelskich boliwarów, amerykańskich dolarów i znaczne ilości indyjskich rupii w banknotach.” Jak i kiedy ten skarb trafił w ręce tajnych służb wojskowych? Odpowiedź spodziewano się uzyskać przesłuchując m.in. płk.Józefa Krześniaka - byłego zastępcę szefa służby finansowej WSI.

Powierzenie Krześniakowi funkcji skarbnika stowarzyszenia jest zatem oczywistą kontynuacją roli, jaką ten oficer spełniał w Zarządzie II SG, a następnie w WSI.

Drugą postacią jest płk Roman Oziębała – zastępca szefa WSI Marka Dukaczewskiego. W artykule „Strażnicy okrągłego stołu” z 2004 roku tygodnik „Wprost” tak opisywał tę postać – „Drugi zastępca gen. Dukaczewskiego, płk. Roman Oziębała, po południu praktycznie nie urzęduje, bo nie jest w stanie.” W tym samym – 2004 roku Dukaczewski (bez podania przyczyn) zwolnił dwóch swoich zastępców – płk Cezarego Liperta oraz płk. Oziębałę. Zdaniem Zbigniewa Wassermanna, ówczesne zmiany kadrowe były pokłosiem licznych wpadek WSI, którymi od kilku miesięcy zajmowała się Komisja ds. Służb Specjalnych. Jeden z członków komisji stwierdził wówczas, - „Nie przeceniałbym znaczenia tych roszad. Po prostu stary garnitur ewakuuje się na z góry upatrzone pozycje w zagranicznych attachatach”. Przypuszczenia te okazały się zasadne, bowiem płk. Lipert (kursant GRU z roku 1985). „wylądował” jako attaché wojskowy w Pradze, a płk. Roman Oziębała został attaché wojskowym w Rzymie.

Ważną postacią stowarzyszenia wydaje się płk. Zbigniew Kumoś. Z kilku powodów. Jego obecność może świadczyć, że inicjatywa powołania SOWY ma przyzwolenie starej kadry komunistycznej policji politycznej i osobiste „błogosławieństwo” Jaruzelskiego i Kiszczaka. Jest także bezpośrednim potwierdzeniem związków stowarzyszenia z Pro Milito – organizacją oficerów ludowego wojska, założoną tuż przed wyborami 2007 roku. Jednym z jej założycieli był również gen. Dukaczewski.

Płk Kumoś jest politologiem i tzw. historykiem wojskowości, wykładowcą Akademii Humanistycznej w Pułtusku, prezesem fundacji „Fundusz Pomocy Sybirakom", prezesem „Instytutu Badań Naukowych, wice prezesem Stowarzyszenia Tradycji Polskiego Oręża im. Marszałka Piłsudskiego, członkiem Rady Wydawniczej Biuletynu Stowarzyszenia Pro Milito.

Z publikacji pana pułkownika warto wymienić: „Nauka i doktryna wojenna” Warszawa 1980, „Związek Patriotów Polskich: założenia programowo-ideowe”, Warszawa 1983., „O wolną i demokratyczną Polskę: myśl polityczno-wojskowa lewicy polskiej w ZSRR 1940-1944”, Warszawa 1985., „Geneza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”, Warszawa 1988., „U źródeł Polski Ludowej: Geneza Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego”, Warszawa 1989. Kumoś był wieloletnim szefem Wydawnictw Wojskowych, którym podlegała m.in. „Bellona”. Obecnie szefuje oficynie wydawniczej Comandor, która wydała m.in. „Pod prąd. Refleksje rocznicowe” gen. Wojciecha Jaruzelskiego, oraz szczególnie nikczemną książkę zatytułowaną „Nikt, czyli Kukliński. Rzecz o zdradzie”, Warszawa 2002. Comandor miał być także wydawcą książki agenta sowieckich służb Mariana Zacharskiego.

O roli, jaką historyk Kumoś spełniał w PRL możemy się dowiedzieć m.in. z opracowania Piotra Łysakowskiego – „Kłamstwo katyńskie”, opublikowanego w nr. 5/6/2005 Biuletynu IPN. Opisując komunistyczne kłamstwa na temat mordu w Katyniu, Łysakowski przywołuje pracę Kumosia „O wolną i demokratyczną Polskę: myśl polityczno-wojskowa lewicy polskiej w ZSRR 1940-1944”, w której autor twierdził, że „kosztem interesu narodowego” wykorzystano niemiecką prowokację do ataków na ZSRS, a „[...] rozpoczęta kampania przekroczyła normy przyzwoitości nie tylko dyplomatycznej [...]”

W „Trybunie” z października 2004 roku zamieszczony zastał „list otwarty dr Zbigniewa Kumosia” do prezesa IPN prof. Leona Kieresa. Mogliśmy przeczytać m.in.: „W związku ze zbliżająca się 23 rocznicą stanu wojennego Instytut Badań Naukowych przypomina by wydarzenia z przeszłości, szczególnie te kontrowersyjne można było dyskutować na szerokiej płaszczyźnie różnych ustaleń, poglądów i ocen. Dotychczas obraz ten był jednostronny.” W liście Kumoś przypominał o niektórych „białych plamach”, jak np. „Spotkanie Trzech” (prymas, I sekretarz i przewodniczący „S”) z 4.11.1984 r i zwracał się do prezesa IPN o zaproponowanie uczestnikom tego spotkania ponownego kontaktu, najlepiej w IPN z udziałem szerokiego grona historyków.

Dokonania naukowe Kumosia docenia sam gen. Jaruzelski, wielokrotnie powołując się na jego opracowania, a nawet korzystając z nich podczas wyjaśnień składanych przed Sądem Okręgowym w Warszawie w październiku 2008 r.

Jaki jest związek pułkownika z WSI? Jego nazwisko pojawia się w artykule „Dziennika” „Ludzie WSI chcą skompromitować PiS” z lipca 2007 roku, w którym zawarto informację, iż grupa oficerów zlikwidowanych WSI przygotowuje tzw. kontrraport oparty na wiedzy zdobytej podczas służby w wywiadzie wojskowym, a być może nawet na wyniesionych z WSI dokumentach. Raport miał być wymierzony w braci Kaczyńskich oraz innych polityków dawnego Porozumienia Centrum. Dokument miał zostać ukończony do końca 2007 roku. Aby uniknąć konsekwencji prawnych, miał zostać wydany za granicą - mówiło się o Ukrainie i Węgrzech. „Dziennik” donosił:

Nie wiadomo jeszcze, kto zajmie się redakcją tych materiałów. Nasi informatorzy wskazują, że jednym z głównych kandydatów jest dr Zbigniew Kumoś, prezes Instytutu im. gen. Edwina Rozłubirskiego, cieszący się bardzo dużym zaufaniem gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Architekt stanu wojennego tak bardzo go ceni, że udzielił mu wywiadu o swoim życiu. Zastrzegł jednak, że ukazać może się dopiero po jego śmierci. Sam Kumoś w rozmowie z Dziennikiem twierdzi jednak, że jak na razie nie dostał propozycji tworzenia kontrraportu. "Gdybym dostał, to pewnie bym się zgodził" – przyznaje”.

Niewykluczone zatem, że obecność we władzach stowarzyszenia SOWA historyka Kumosia oznacza powrót do koncepcji „kontrraportu” skompilowanego z materiałów pochodzących ze „zbiorów prywatnych” ludzi WSW/WSI lub przygotowania innych publikacji opartych na „komprmateriałach”. Być może, obecność Kumosia ma stanowić zalążek owego „zespołu analityków składający się ze specjalistów z różnych dziedzin, którzy będą wykonywali komercyjne ekspertyzy i raporty” – jak zapowiada Dukaczewski. .

Bliskie związki Kumosia z Jaruzelskim zdają się potwierdzać, że obecna inicjatywa żołnierzy „wojskówki” może liczyć na poparcie kadry bezpieczniaków, wywodzących się z sowieckiego Głównego Zarządu Informacji Wojskowej – czyli również ludzi związanych z gen. Kiszczakiem.

Koncepcja, według jakiej zbudowano strukturę stowarzyszenia jest czytelna w dwóch obszarach. Po pierwsze – skład zarządu stanowi odbicie schematu podległości służbowej, obowiązującej w WSI za czasów szefostwa Dukaczewskiego. Obecność płk.płk Oczkowskiego i Oziębały świadczy o wsparciu projektu na „starych”, sprawdzonych „towarzyszach broni” oraz zdaje się sugerować, że wiedza szefostwa WSW/WSI o tajnej agenturze nadal może być wykorzystana.

Po wtóre – wydaje się, iż decydowała przydatność dla organizacji poszczególnych członków – oficerów. Obecność ludzi takich, jak mjr Tadeusz Korablin,– specjalista ds. ochrony informacji niejawnych, czy płk Józef Krześniak wskazuje na zapowiadany przez Dukaczewskiego plan organizowania odpłatnych szkoleń z zakresu ochrony informacji niejawnych oraz gwarantuje zaplecze dla finansowej strony przedsięwzięcia Wsparcie „intelektualne i naukowe” stowarzyszenie zamierza czerpać z potencjału płk. Kumosia i podobnych mu historyków.

O sprawy socjalne i emerytalne zadba zapewne płk Zbigniew Woś – były dyrektor kieleckiego Wojskowego Biura Emerytalnego, będącego rodzajem "ZUS-u" dla emerytowanych żołnierzy, ich małżonek i wdów.

„Przekazem medialnym” i oprawą propagandową stowarzyszenia może zająć się kpt Jacek Chymkowski, którego rolę w WSI możemy ocenić na podstawie Raportu z Weryfikacji. Na str. 92, w rozdziale 6, zatytułowanym – „Wpływ WSI na kształtowanie opinii publicznej” - czytamy: „W dokumentach zachowały się materiały konsultacyjne, związane z przygotowywaniem wspomnianych artykułów. Są tam „Tezy do artykułu nt. WSI”, opracowane przez kapitana Chymkowskiego 2 października 1992 r., sugestie odnośnie sposobu przedstawienia „historii służb wywiadowczych” oraz informacje o strukturze WSI, opracowane przez kontradmirała rezerwy Cz. Wawrzyniaka”.

Jak wynika z powyższego przeglądu – ludzie Wojskowych Służb Informacyjnych solidnie przygotowali się do zadania integracji środowiska i „ przywrócenia dobrego imienia WSI”. Warto zatem obserwować działania, jakie w tym kierunku będą wkrótce podejmowane.

Źródła:

http://www.tvn24.pl/0,1641922,0,1,sowa-przywroci-dobre-imie-wsi,wiadomosc.html

http://www.rp.pl/artykul/430064_Sowa_bedzie_bronic_WSI.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/kraj/1,34308,4281053.html?skad=rss

http://wiadomosci.wp.pl/kat,130,title,224-sprawy-umorzone-b-zolnierze-gdzie-przestepstwa,wid,11523879,wiadomosc.html?ticaid=19a36

http://www.infoveriti.pl/firma/347121/stowarzyszenie-sowa/warszawa/panska/

http://www.permedium.pl/rzeczpospolita/ostatnia-walka-agenta.html

http://cogito.salon24.pl/140070,kalendarium-klamstw

http://www.asme.pl/newspro/arc186.shtml

http://www.bhp.org.pl/Article903.html

http://www.wprost.pl/ar/?O=59052

http://www.wprost.pl/ar/94851/Skarb-tajniakow/

http://www.tygodniksolidarnosc.com/2005/46/8_mie.html

http://www.uop12lat.republika.pl/aktualnosci/media_o_sluzbach/media/2004/kwiecien/0425_Wprost.htm

http://www.uop12lat.republika.pl/aktualnosci/media_o_sluzbach/media/2004/lipiec/0717-18_RP.htm

http://www.wsh.edu.pl/palio/html.run?_Instance=wsh-postgres&_PageID=1&_CatID=302&_LangID=1&_CheckSum=-505047329

http://www.ceeol.com/aspx/getdocument.aspx?logid=5&id=b5ea157ee684453d8e540887b264a6c2

http://www.ipn.gov.pl/wai/pl/18/3137/PRZEGLAD_MEDIOW_29_pazdziernik_2004_r.html

http://www.wojciech-jaruzelski.pl/show_akt.php?typ=2&id=10

http://www.trybuna.com.pl/Trybuna/czesc_2_21_pazdziernik.html

http://dziennik.pl/polityka/article40831/Ludzie_WSI_chca_skompromitowac_PiS.html

http://www.profeo.pl/tadeusz-korablin