piątek, 29 stycznia 2010

NIEME KINO WALDEMARA PAWLAKA

Do bólu poukładany, przywiązany do szczegółu. Planuje kolejne posunięcia z matematyczną precyzją - lecz w emocjonalnej pustce. Ma problemy w kontaktach z innymi ludźmi. Brakuje mu empatii i życzliwości. Samorządowiec Wojciech Celiński wspomina, jak przed laty szukał u Pawlaka pomocy w rozkręceniu spółdzielni producentów mleka na ziemi płockiej: - W trakcie rozmowy bez słowa odwrócił się i odszedł. Dowiedziałem się, że zawsze tak reaguje, gdy nie jest zainteresowany rozmówcą” – pisał o Waldemarze Pawlaku Rafał Kalukin z „Gazety Wyborczej”.

To zachowanie, wiele tłumaczyłoby z obecnej postawy wicepremiera. Przyjmijmy zatem, że to brak zainteresowania rozmówcą sprawia, iż Pawlak nie ma zamiaru podzielić się z nami wiedzą na temat negocjacji kontraktu gazowego z Rosją i odpowiedzieć na zadane pytania. Podobnie zresztą, pan wicepremier potraktował natarczywość Rzecznika Praw Obywatelskich, który – w imieniu obywateli - ośmielił się zadać pytania na ten sam temat.

Wyjaśnienia dla tej postawy można również szukać w powiedzeniu Pawlaka - „A co mi zrobią? – którym zwykł zbywać groźby nałożenia regulaminowych kar, gdy po przegranych przez PSL wyborach 1997 roku był posłem, szczycącym się rekordem nieobecności i lekceważeniem poselskich powinności.

Jest jeszcze inne wyjaśnienie uporczywego milczenia wicepremiera, w sprawie rozmów z Moskwą. Rzecz dotyczy wszakże ogromnych pieniędzy i wieloletnich, finansowych zobowiązań – a to, temat umiarkowanie interesujący dla pana wicepremiera.

Może zachowuję się marzycielsko, ale w polityce liczy się duch, idea, pomysł, a nie tylko kasa. Nie samą kasą żyje człowiek.” – poinformował nas przed kilkoma miesiącami, gdy decyzją urzędu skarbowego zajęto konta PSL.

Być może, wyznanie to koliduje z wiedzą, jaką mamy o tej postaci, a nawet z opinią samego premiera Tuska, bowiem w ocenie współpracowników premiera - „Donald lubi Pawlaka słuchać. Uważa, że bije od niego chłopska racjonalność”. To jednak, że pan Pawlak jest racjonalnym idealistą, wydaje się do pogodzenia w tak bogatej i złożonej naturze – jaką prezentuje nam wicepremier rządu.

Do określeń, poszerzających naszą wiedzę o Pawlaku warto jeszcze dodać uwagę Aleksandra Kwaśniewskiego, który dawno temu mianem „niemego kina” określił styl rządzenia pana wicepremiera.

Trafność tego określenia jest wyjątkowo dobrze widoczna w sprawie negocjacji kontraktu gazowego, – gdzie staliśmy się obserwatorami gry aktorskiej, nic jednak nie usłyszeliśmy z kwestii wypowiadanych przez głównych bohaterów. To, co do nas dociera - teksty oficjalnych oświadczeń i komunikatów, są niczym napisy pod niemym filmem. Odpowiadają scenariuszowi , ale nie informują o faktycznym przebiegu akcji, ani o tym, co aktorzy mówią na planie. A skoro widzimy obraz, który niekoniecznie musi odpowiadać prawdzie – pojmowanej jako zgodność rzeczywistości z intelektem – chcielibyśmy przerwać spektakl „niemego kina” i usłyszeć autentyczne „taśmy dźwiękowe”.

Tym bardziej, że sprawa bezpieczeństwa energetycznego i dostępu do źródeł energii, powinna w oczywisty sposób leżeć w kręgu zainteresowań każdego, kto korzysta z takich źródeł i jest podatnikiem III RP. Chodzi przecież o nasze pieniądze – przeznaczane na realizację tego kontraktu, ale też o pieniądze i przyszłość następnego pokolenia Polaków – którym przyjdzie płacić za ustalenia obecnego rządu.

Mamy prawo obawiać się, czy to bezpieczeństwo zostało nam zapewnione i mamy prawo pytać – w jaki sposób, wynajęci przez społeczeństwo ludzie rozdysponowali nasze pieniądze.

To bowiem, co do tej pory w negocjacjach z Rosją zaprezentował obecny rząd i osobiście - wicepremier Pawlak, przypomina stan notorycznej kapitulacji i musi rodzić obawy, czy na najbliższe 27 lat należycie zabezpieczono nasze interesy. Obawa jest tym mocniej uzasadniona, że spektakl „niemego kina” pana Pawlaka, wydaje się wynikać nie z troski o bezpieczeństwo państwowych tajemnic, a w związku z zapewnieniem sobie i swojemu ugrupowaniu medialnego alibi, na wypadek ujawnienia kulisów rosyjsko – polskich negocjacji. Jest w tym zachowaniu pewna logiczna i historyczna ciągłość – jeśli pamięta się, że ten sam Waldemar Pawlak 18 lutego 1995 r., będąc (ustępującym już) premierem Polski, zawarł z premierem Rosji Czernomyrdinem (byłym prezesem Gazpromu) porozumienie w sprawie gazociągu jamalskiego. Był to akt kontynuacji pierwszego porozumienia polsko-rosyjskiego w tej sprawie, zawartego 25 sierpnia 1993 r. Dokładnie w pół roku później, 18 sierpnia 1995 r., drugie porozumienie (to podpisane przez premiera Pawlaka) zostało zatwierdzone przez kolejnego premiera Józefa Oleksego, a jego następca - Włodzimierz Cimoszewicz, zawarł z Rosjanami 25 września 1996 r. już ostateczną umowę.

Spójrzmy zatem na fakty, związane ze „strategią” wicepremiera.

W maju 2009 roku Pawlak deklaruje:

Kiedy na początku roku zaczynały się rozmowy, wiceminister Joanna Strzelec-Łobodzińska poprosiła naszych partnerów z Rosji, aby położyli na stół wszystkie sprawy do dyskusji. Bo w tych negocjacjach ciągle pojawiają się nowe tematy. [...] Zależy nam na tym, by nie być zakładnikiem takiej sytuacji, że jak już coś uzgodnimy, to pojawiają się nowe propozycje i oczekiwania na dalsze ustępstwa”.

2 września 2009 r. podczas pobytu w Polsce premier Rosji Putin mówi na konferencji prasowej: „W swoim czasie wybudowaliśmy system gazociągów przez Polskę i w porozumieniach międzyrządowych napisane jest, że własność tego systemu musi być podzielona między polską a rosyjską firmą 50 do 50 proc., a tu nagle się okazało, że fizyczna osoba z polskiej strony ma 4 proc., chociaż praktycznie w 100 proc. Gazprom finansował cały ten projekt. Nie chcę tutaj nikogo winić i myślę, że po prostu trzeba spojrzeć na korupcyjność tej decyzji”.

Co robi polski rząd i jego wicepremier wobec żądania gen. Putina, by rurociąg jamalski należał odtąd do Gazpromu i PGNiG, a Gas Trading zniknął z akcjonariatu EuRoPol Gazu?

26 października 2009 r. propozycję zmian w strukturze EuRoPol Gazu przedstawił w formie ulimatum wiceprezes Gazpromu Aleksander Miedwiediew. Poinformował również, że dzień wcześniej odbyły się negocjacje ministra gospodarki Waldemara Pawlaka z ministrem energetyki Rosji Siergiejem Szmatko, podczas których uzgodniono, że PGNiG i Gazprom będą miały po 50 proc. akcji EuRoPol Gazu. Obie spółki otrzymały zadanie ustalenia szczegółów nowego podziału akcji – czyli pozbycia Aleksandra Gudzowatego, który w spółce Gas-Trading ma 36 proc. akcji. Na przeszkodzie szybkiego „załatwienia” problemu staje sam Gudzowaty, nie godząc się na odsprzedanie akcji.

W tej sytuacji 4 grudnia br. wicepremier Pawlak przyznaje, że „przyczyną opóźnienia porozumienia w polsko-rosyjskich negocjacjach dotyczących kontraktu gazowego jest rozszerzenie zakresu rozmów przez stronę rosyjską; w tej sytuacji także strona polska może wprowadzić do rozmów nowe propozycje”. Nigdy nie usłyszeliśmy – jakie to nowe propozycje – korzystne dla Polski przedłożył wicepremier Rosjanom. Dowiedzieliśmy się natomiast, że „Jeżeli ze strony rosyjskiej jest propozycja rozmów na temat przeszłych rozliczeń, to z naszej strony przedstawimy propozycję dotyczącą przyszłych rozliczeń, żeby w sposób zbalansowany szukać porozumienia, które byłoby korzystne dla obu stron”.

By nikt się nie domyślał – o jakie „zbalansowanie” chodzi, pan Pawlak odpalił medialną zasłonę w postaci informacji, że to najbliższe otoczenie premiera Tuska odpowiada za fiasko kontraktu gazowego i nazwania działania urzędników premiera sabotażem. „Doszło do sabotażu, odpowiedzialne za niego osoby zostały już usunięte, teraz zajmie się nimi prokurator - grzmiał Pawlak Kolejnym wybiegiem stało się twierdzenie Pawlaka, iż „wynegocjowane już międzyrządowe porozumienie w sprawie dostaw gazu z Rosji do Polski nie trafi na posiedzenie rządu, zanim nie będzie wiążących uzgodnień między firmami - PGNiG i Gazpromem”. Mistyfikacja z rozwiązywaniem spraw spornych na poziomie obu firm polega na tym, iż głównym udziałowcem spółki PGNiG jest Skarb Państwa, który od kwietnia 2009 roku posiadał 84,75% akcji spółki. To zatem, co uzgodni zarząd PGNiG zależy wyłącznie od stanowiska polskiego rządu – co oznacza, że rzekome kwestie biznesowe są przede wszystkim sprawą politycznych decyzji podejmowanych przez rząd.

Dziś już wiemy, że rzeczywistym powodem odstąpienia od podpisania kontraktu, była kwestia należności Gazpromu za tranzyt gazu przez polski odcinek rurociągu Jamał-Europa,. Od czterech lat Gazprom kwestionował wysokość taryf EuRoPol Gazu, które zatwierdzano zgodnie z polskim prawem. Rosjanie nie płacili w całości rachunków za tranzyt rosyjskiego gazu do Niemiec , a nawet doprowadzili do unieważnienia przez sądy taryf EuRoPol Gazu z kilku lat. W efekcie dług Gazpromu wobec polskiej firmy wzrósł do 410 milionów dolarów, czyli ponad 1,2 miliarda złotych. Na tę kwotę składa się 350 mln dolarów, których domagamy się od Rosjan z tytułu tranzytu w latach 2006 – 2009, oraz 60 mln dolarów z tytułu odszkodowania za gaz nie dostarczony w 2009 roku. W tej sprawie pod koniec 2008 roku zapadł w Moskwie wyrok Najwyższego Sądu Handlowego Federacji Rosyjskiej, oddalający kasację Gazpromu od wyroku sądu arbitrażowego w Moskwie. Na mocy wyroku Gazprom Eksport ma zapłacić EuRoPol Gazowi 23,3 mln dol. "podstawowego długu", 1,88 mln dol. "oprocentowania za korzystanie z cudzych pieniędzy" oraz 43,4 tys. dol. kosztów postępowania arbitrażowego.

Prezes EuRoPol Gazu Michał Kwiatkowski domagał się od Gazpromu spłaty całego długu i nie chciał słyszeć o jego umorzeniu. W piśmie, jakie w tej sprawie Kwiatkowski miał wystosować do ministra Skarbu Państwa znalazło się również ostrzeżenie, że pójście na kompromis z Gazpromem oznaczała złamanie polskiego prawa.

Drugim, faktycznym powodem przeciągania negocjacji przez Gazprom była niewykonalność (wobec sprzeciwu Gudzowatego) dyrektywy generała Putina o 50 procentowym podziale głosów w EuRoPol Gazie. Takiemu rozwiązaniu, również sprzeciwiał się Kwiatkowski.

Jak zachowuje się w tej sytuacji polski rząd?

Oto na 19 stycznia br. zwołuje się posiedzenie rady nadzorczej spółki EuRoPol Gaz, podczas którego - za sprawą głównych udziałowców – PGNiG i Gazpromu dokonuje się rewolucji kadrowej w zarządzie spółki. Na trzy miesiące zawieszono w czynnościach prezesa Michała Kwiatkowskiego i dwóch jego zastępców Jurija Kałużskiego i Jerzego Tabakę – czyli tych, którzy sprzeciwiali się umorzeniu rosyjskiego długu i przejęciu przez Gazprom rządów w EuRoPol Gazie. W miejsce odwołanych osób, rada nadzorcza oddelegowała tymczasowo do zarządu spółki: Michała Szubskiego ( szefa PGNiG ) który będzie pełnił odtąd obowiązki prezesa, Aleksandra Miedwiediewa (szefa Gazpromu), który będzie pełnił obowiązki wiceprezesa Zarządu i Mirosława Dobruta, jako członka Zarządu. Ten skład zarządu firmy gwarantuje, że będzie działać w „duchu porozumienia międzynarodowego” – czyli reprezentować w interesach rosyjski punkt widzenia.

Jednocześnie wicepremier Pawlak przedstawia własną propozycję rozwiązania sprawy zadłużenia Gazpromu. Dowiadujemy się, że w obecnej sytuacji warto się zastanowić, czy wraz z dyskusją o zaległych kwotach nie porozmawiać o przyszłych rozliczeniach. Może, odpuszczając w jednym miejscu, moglibyśmy zyskać np. obniżkę ceny za przyszłe dostawy gazu. Nawet gdyby to była obniżka tylko o 1 proc., to przedkłada się na miliony dolarów, tym samym uzyskalibyśmy wyrównanie starych zaległości z lat 2006 – 2008.”

Mowa jest zatem o „rozłożeniu na raty” rosyjskiego długu. Biorąc pod uwagę jego realną wysokość chodzi o „raty” na okres co najmniej 27 lat. Nigdy nie usłyszeliśmy – ile, zdaniem polskiego rządu wynosi dług Gazpromu, ani w jaki sposób zamierza się go wyegzekwować?

Faktem jest natomiast, że od chwili podporządkowania Rosjanom spółki EuRoPol Gaz i fascynującej propozycji polskiego wicepremiera sprawa negocjacji kontraktu rusza z miejsca i 28 stycznia otrzymaliśmy wiadomość, iż „w wyniku negocjacji podpisano porozumienie trójstronne, gwarantujące długoterminową, korzystną dla wszystkich stron współpracę w sferze gazu

Nad treścią porozumienia zaciągnięto szczelną zasłonę tajemnicy. To jednak, co mogliśmy przeczytać w „niemym kinie” musi zdumiewać i napawać obawą. Dokument porozumienia przewiduje bowiem przedłużenie kontraktu na dostawę gazu ziemnego z Federacji Rosyjskiej do Polski do 2037 r., a także możliwość zwiększenia wolumenu dostaw gazu do Polski w myśl obowiązującego kontraktu od 2010 r. zgodnie z popytem na rynku polskim, maksymalnie do poziomu 10,2 mld m sześciennych rocznie oraz przedłużenie kontraktu na przesył gazu przez terytorium Rzeczpospolitej Polskiej gazociągiem Jamalskim do krajów Europy Zachodniej do 2045 r. na dotychczasowych warunkach.

Wolno się zatem domyślać, że „dotychczasowe warunki” oznaczają, iż Gazprom będzie płacił za tranzyt gazu przez Polskę według stawek zaniżonych i sprzecznych z polskim prawem – czyli tak jak płacił dotychczas .

Dalej czytamy, iż w porozumieniu „zostały rozwiązane problemy przesyłu gazu, należącego do ОАО Gazprom, przez terytorium Rzeczpospolitej Polskiej i działalności spółki EuRoPol Gaz S.A. Strony uważają za uregulowane rozbieżności odnośnie opłaty stawki tranzytowej za przesył gazu rosyjskiego przez terytorium Polski w latach 2006-2009.”.

Co oznacza zwrot o uznaniu za „uregulowane rozbieżności odnośnie opłaty stawki tranzytowej” i w jaki sposób Gazprom ma zapłacić Polsce ogromny, wielomilionowy dług?

Kilka godzin później dowiedzieliśmy się, że Gazprom nie spłaci tych zaległości, ale w zamian PGNiG dostanie upust w cenie gazu – czyli całość długu (bez aktualnych odsetek) będzie spłacana przez najbliższe kilkadziesiąt lat. Co ciekawe – dzisiejszy dziennik "Wiedomosti" - źródło zbliżone do Gazpromu zaprzeczyło, jakoby rosyjski koncern przyznał Polsce upust cenowy przy zakupie gazu w zamian za darowanie długów wobec EuRoPol Gazu za tranzyt gazowego paliwa z Rosji przez terytorium Polski. Według rozmówcy rosyjskiej gazety, przyjęto w tej sprawie „nową formułę cenową".

Natomiast gazeta „Kommiersant”, powołując się na źródło "znające sytuację" twierdzi, że Gazprom nie będzie musiał płacić długu za lata 2006-09 na kwotę 340 mln dolarów oraz podaje także, iż Gazprom przyjął żądanie strony polskiej dotyczące opłaty za tranzyt w 2010 roku - wyniesie ona 2,1 USD. Dziennik utrzymuje, że taka kwota widnieje w podpisanym w środę porozumieniu. Cytowany przez dziennik analityk Aleksandr Nazarow ocenia, że "dług Gazpromu został umorzony w zamian za równoznaczne ustępstwa wobec Polski".

Inny przytoczony przez "Kommiersanta" analityk, Awgan Mikaeljan uznał, że "dyskontowa formuła (cenowa) na dodatkowy gaz jest udanym rozwiązaniem dla Gazpromu i dobrym sposobem motywowania, gdyż koncern jest zainteresowany zwiększeniem wolumenów zużycia".

Nie ma potrzeby powtarzania wszystkich zarzutów, jakie w związku z tym kontraktem formułowała część prasy, opozycja czy Kancelaria Prezydenta RP. Mówi się o: utrwaleniu monopolu Rosjan, ograniczeniu konkurencji, nadpodaży gazu i tworzeniu sztucznego popytu, zagrożeniu dla PGNiG, które obciążone 28 letnim kontraktem za kilka lat może wpaść w ogromne kłopoty finansowe i ogłosić upadłość spółki, a wreszcie – o oddaniu Gazpromowi kontroli nad strategiczną dla bezpieczeństwa państwa spółką EuRoPol Gaz i faktycznej rezygnacji z dochodzenia od Rosjan spłaty zadłużenia.

Przebieg zdarzeń – który starałem się przedstawić - zdaje się w pełni potwierdzać zarzuty dotyczące współudziału obecnego rządu w procesie przejęcia przez Rosjan kontroli nad strategiczną spółką oraz świadczyć, że wicepremier tego rządu zrobił wszystko, by umorzyć dług Gazpromu.

Rzeczą bezsprzeczną jest również fakt, że polskie społeczeństwo - czyli ci, którzy będą ponosić koszty negocjacji pana Pawlaka, nadal jest uczestnikiem spektaklu „niemego kina” i nie wie nic o warunkach umowy z Rosją. Większość mediów - choć przedstawia sprawę umowy gazowej jako sukces, nie potrafi przekazać żadnego konkretu, ani ocenić rzeczywistych konsekwencji kontraktu. Sprzeczne sygnały w tej sprawie wzmagają jedynie poczucie chaosu i rodzą coraz poważniejsze podejrzenia.

Skąd zatem mamy uzyskać tę wiedzę? Jeszcze w listopadzie wicepremier Pawlak deklarował:

"Jeżeli coś więcej jeszcze potrzeba - poza tym co jest publicznie znane, to bardzo chętnie to panu prezydentowi i jego urzędnikom objaśnię. Nie ma żadnych tajemnic w tym zakresie, wszystkie główne parametry są znane publicznie, nie ma żadnych dodatkowych ustaleń”.

Czy również dziś gotów jest prezydentowi i jego urzędnikom objaśnić szczegóły zawartego kontraktu?

Twierdził też wówczas, że w nowej umowie z Rosją nie ma zmiany formuły cenowej na dostawy rosyjskiego gazu, a wielkość dostaw jest dostosowana do potrzeb naszego kraju. "Jeżeli chodzi o taryfę, to jest ona na takim poziomie, który zapewnia pozytywną rentowność netto, a więc nie ma tutaj żadnego ryzyka dla spółki PGNiG" - zapewniał.

Czy dziś potrafiłby potwierdzić te zapewnienia?

Sam wicepremier twierdzi o sobie, że jest człowiekiem odważnym. „Ja się niczego nie boję. Działania, które prowadzę, są transparentne” – powiedział przed kilkoma miesiącami, w odpowiedzi na zarzuty o nepotyzmie i stworzonym wokół siebie układzie towarzysko – biznesowym.

Czekamy zatem, by pan Pawlak zszedł z ekranu „niemego kina”, przestał stroić w nienależne mu immunitety i zechciał odpowiedzieć na szereg ważnych pytań, dotyczących negocjacji kontraktu i uzgodnionych w nim warunków, - a tym samym - by przyjął na siebie odpowiedzialność za wszystkie konsekwencje, jakie dla nas i dla następnych pokoleń będzie miała ta umowa.

Źródła:

http://wyborcza.pl/1,75480,7404832,Nie_ma_mocnych_na_Pawlaka.html

http://www.tvn24.pl/-1,1635697,0,1,wiadomosc.html

http://wyborcza.pl/1,75478,6376772,Obrona_Pawlaka.html

http://cogito.salon24.pl/148498,gazowy-gambit-czy-gra-na-krawedzi

http://cogito.salon24.pl/151862,wicepremier-pawlak-wiezien-bez-dylematu

http://gazownictwo.wnp.pl/gazprom-porozumienie-otwiera-szanse-blizszej-wspolpracy,100369_1_0_0.html

http://www.nettg.eu/Aktualnosci/Energetyka/Kraj/W-Moskwie-zawarto-gazowy-kompromis-miedzy-Polska-a-Rosja,13586,3

http://gazownictwo.wnp.pl/doradca-prezydenta-o-umowie-gazowej,100471_1_0_0.html

http://gazownictwo.wnp.pl/rosja-prasa-o-porozumieniu-gazpromu-z-pgnig,100456_1_0_0.html

środa, 27 stycznia 2010

GAZOPORT. O WIERZE MINISTRA PAWLAKA

Gdy w sierpniu 2006 rosyjski Gazprom i niemieckie E-ON-Ruhrgas podpisały w Moskwie porozumienie końcowe dotyczące Gazociągu Północnego ( Nord Stream), stało się jasne, że „wielka rura” to przede wszystkim najważniejszy po II wojnie światowej projekt polityczny, służący budowie rosyjsko-niemieckiego sojuszu. Podobnie - jak w przypadku wcześniejszych, historycznych koalicji zawieranych przez te państwa – tak obecnie, największym przegranym projektu Nord Stream została Polska. Nie ma potrzeby powtarzania wszystkich krytycznych uwag, jakie sformułowano przy tej okazji, podkreślając, że budowa Gazociągu jest niekorzystna dla Polski w każdym aspekcie – zarówno politycznym, jak i związanym z bezpieczeństwem energetycznym i dywersyfikacją dostaw gazu.

Potwierdzeniem obaw jest fakt, że choć budowa jeszcze nie została rozpoczęta, już ma zasadniczy i bezpośredni wpływ na nasze sprawy i może pokrzyżować polskie plany związane z dywersyfikacją dostaw gazu.

Wiemy, że w ubiegłym tygodniu Federalny Urząd Żeglugi i Hydrografii (BSH) w Hamburgu wydał pozwolenie na położenie rur na dnie Bałtyku również tam, gdzie gazociąg będzie się krzyżował z drogą morską do portów w Szczecinie i Świnoujściu. Zgoda niemieckiego urzędu, wywołuje wiele kontrowersji i stała się przedmiotem licznych sporów i wypowiedzi. Istnieje bowiem obawa, że położenie rury na dnie morskim zablokuje wejście do portu w Świnoujściu, a tym samym uniemożliwi ruch dużych tankowców. Pod znakiem zapytania stanęłaby wówczas rozbudowa portu w Świnoujściu, tak by przyjmował on statki o zanurzeniu 15m. Przede wszystkim jednak, decyzja Niemiec zagraża planom budowy gazoportu, do którego ma być dostarczany gaz z Kataru, przewożony tankowcami wymagającymi toru wodnego o głębokości co najmniej 14,3 m. Choć stanowisko polskich władz w tej sprawie, zawierające żądanie zakopania rury w dnie morskim było podobno znane Niemcom, rzecznik Federalnego Urządu w Hamburgu Gudrun Wiebe oświadczył, że taka możliwość w ogóle nie była rozważana, gdyż „zakopanie gazociągu byłoby niebezpieczne ze względów ekologicznych”. To stwierdzenie niemieckiego urzędnika dobrze oddaje sposób, w jaki inwestorzy gazociągu traktują stronę polską. Okazuje się bowiem, że w innych miejscach, gdzie gazociąg krzyżuje się z trasami żeglugowymi, (np. w pobliżu Gotlandii) zaprojektowano odpowiednie zabezpieczenia.

BSH wydało pozwolenie na taki przebieg gazociągu pod warunkiem, że nie będzie to miało wpływu na żeglugę i środowisko. Pozwolenie to jest gwarantem, że nie są one zagrożone” – uspokaja rzecznik niemieckiego urzędu.

Natychmiast po ukazaniu się tej informacji, posłowie PiS wezwali rząd Donalda Tuska, by odwołał się od decyzji Urzędu Żeglugi i Hydrografii oraz zwrócił się do strony niemieckiej, o przedstawienie Polsce pełnej dokumentacji technicznej związanej z budową gazociągu.

Ich zdaniem inwestycja zablokuje dostęp do portów w Świnoujściu i Szczecinie dla większych statków, które nie będą w stanie przepłynąć nad rurą. To zaś zagraża dostawom do projektowanego gazoportu - argumentują.

Co więcej – PiS twierdzi, że Gazociąg Północny zablokuje również powstanie będącego w fazie planów gazociągu z Danii do Polski, bowiem konieczność budowy skrzyżowania z Nord Stream spowoduje, że inwestycja stanie się nieopłacalna.

Sądzę, że już dziś można przewidzieć reakcję rządu PO-PSL na ten apel. Świadczyć o niej mogą ostatnie wypowiedzi wicepremiera Waldemara Pawlaka, który jak sam przyznaje, nie należy do zwolenników budowy gazoportu. Przed kilkoma dniami mogliśmy też przeczytać, że zdaniem wicepremiera to poprzedni rząd „nie dopilnował renegocjacji kontraktu z Gazpromem opartego na nierealistycznych przesłankach. W latach 2007-2008 kosztowało nas to 700 mln zł. W roku 2009 - kolejne 200 mln – twierdzi Pawlak. Skąd wicepremier wziął te cyfry, nie sposób zgadnąć? Pawlak krytykuje też plany budowy gazoportu „w miejscu, w którym są problemy z Naturą 2000 i spory o wody terytorialne z Niemcami” i dochodzi do wniosku, że „wiara w gazorport kosztowała nas 700 milionów”.

Usłyszymy więc zapewne, że winę za lokalizację gazoportu w Świnoujściu ponosi rząd PiS, a na obecny stan negocjacji z Rosją ma wpływ „zadzorna polityka” uprawiana za czasów premiera Kaczyńskiego. Domaganie się zatem od obecnego rządu, by naprawiał błędy poprzedników, jest chwytem propagandowym i świadczy o cynizmie polityków opozycji.

Warto zatem przypomnieć, jak doszło do sytuacji, w której decyzja niemieckiego urzędu może przekreślić polskie plany związane z dywersyfikacją dostaw gazu.

Bez cienia wątpliwości – winę za fatalną lokalizację gazoportu ponosi rząd Kazimierza Marcinkiewicza, a konkretnie ówczesny minister gospodarki morskiej z nadania LPR Rafał Wiechecki. Formalnie decyzję w tej sprawie podjął w dniu 15.12.2006r. zarząd PGNiG, jednak wiadomo, że najgorętszym zwolennikiem lokalizacji gazoportu w Świnoujściu byli politycy LPR, a osobiście Wiechecki, który pochodził z tego miasta. Zarząd PGNiG dokonując wyboru, powoływał się na analizy przeprowadzone w ramach „Studium wykonalności i założeń techniczno-ekonomicznych importu gazu skroplonego LNG do Polski”, wykonane przez konsorcjum firm: PricewaterhouseCoopers Polska Sp. z o.o. i PricewaterhouseCoopers LLP, ILF Consulting Engineers Polska i ILF Beratende Ingenieure GmbH (Grupa ELF), Cbadboume&Parke - Radzikowski, Szubielska i Wspólnicy.

Wielu ekspertów już wówczas zwracało uwagę, że gazoport w Świnoujściu będzie co najmniej dwa razy droższy niż w Gdańsku, gdzie opracowano znacznie tańszą koncepcję - pływającego terminalu w Porcie Północnym. Wariant ze Świnoujściem był dużo droższy również dlatego, że tory wodne, nabrzeża i falochrony trzeba było wybudować tam od podstaw. Próżno natomiast szukać zastrzeżeń, związanych z trasą rosyjsko- niemieckiej inwestycji, choć jej przebieg był już wówczas znany.

Co ciekawe – wiele wskazuje, że ostateczna decyzja i wybór Świnoujścia została podjęta w ostatniej chwili. Jeszcze pod koniec października 2006 roku poseł PO Krzysztof Zaremba twierdził, że ma stuprocentowe informacje, że podjęto decyzję o lokalizacji gazoportu w Gdańsku.

Można się oczywiście zastanawiać – kto naprawdę i z jakich powodów zdecydował o umieszczeniu gazoportu w Świnoujściu? Czy już wówczas nie można było przewidzieć, że budowa Nord Stream będzie kolidować z planami dostaw gazu do polskiego portu?

Faktem jest, że pozostawienie tej kwestii w rękach człowieka bez doświadczenia, członka prorosyjskiej partii, musiało skończyć się fatalnie dla polskich interesów i winę za tę lokalizację ponosi rząd PiS. Na szczególną uwagę zasługuje wniosek Wiecheckiego z 28 marca 2006 roku, zgłoszony na posiedzeniu Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, na podstawie którego postanowiono o wycofaniu postulatu wpisania II nitki gazociągu Jamal- Europa na listę projektów priorytetowych tzw. Quick Start Project List. Wycofanie tego postulatu – jak dowiemy się z dokumentów Najwyższej Izby Kontroli - było działaniem „wynikającym z przyjętej przez Ministra taktyki, która zakłada nienaglaśnianie tematu II nitki gazociągu Jamał - Europa w sytuacji, gdy ustalone priorytety działań dywersyfikacyjnych nakazują w pierwszej kolejności uzyskanie połączenia infrastrukturalnego ze złożami gazu na Morzu Północnym oraz budowę terminalu do odbioru gazu skroplonego na wybrzeżu Polski”.

Trudno natomiast odmówić partii Kaczyńskiego konsekwencji w jednolitym, negatywnym stanowisku, jakie rząd PiS- u zajmował wobec budowy Gazociągu Północnego. W oficjalnym dokumencie z kwietnia 2007 roku minister gospodarki stwierdza wprost, że „Inwestycja ta zagraża bezpieczeństwu państwa. Niekorzystnie wpływa m.in. na tranzyt i dostawy surowca gazociągiem „Jamał” i „Braterstwo” oraz stanowi zagrożenie ekologiczne”. Stanowisko ministra Woźniaka zawiera konkretne żądania pod adresem konsorcjum Nord Stream, w tym „przedstawienia trzech alternatywnych tras planowanej inwestycji, wraz ze szczegółowymi analizami planowanych tras i tzw. opcją zero czyli zaniechania inwestycji, opisu alternatywnych wariantów lokalizacyjnych planowanego gazociągu, odniesienia się do zgodności przedsięwzięcia z kierunkami polityki energetycznej i polityki w dziedzinie środowiska naturalnego Unii Europejskiej, opisu wszelkiej infrastruktury instalowanej wraz z gazociągiem”.

Warto zauważyć, że Polsce przysługiwał wówczas status tzw. strony narażenia. Otrzymywało je każde państwo-strona, które mogło zostać narażone na transgraniczne oddziaływanie planowanej inwestycji. Do tej samej grupy państw należały Litwa, Łotwa, Estonia. Dania, Szwecja, Finlandia, RFN i Rosja. Z licznych pism ministra Woźniaka (do których linki podaję) wynika, że Polska chciała aktywnie wykorzystać ten status i ostro sprzeciwiała się planom inwestycyjnym konsorcjum Nord Stream.

Wiele wskazuje, że momentem zwrotnym, decydującym o sytuacji w jakiej obecnie znajduje się strona polska była decyzja konsorcjum z końca sierpnia 2007 roku o zmianie trasy gazociągu. Miał on omijać wyspę Bornholm od strony północnej, dzięki czemu - zdaniem spółki – „zminimalizowane zostanie zagrożenie ekologiczne i uniknie się opóźnień wynikających z wątpliwości natury prawnej”.

O skutkach tej zmiany możemy się dowiedzieć z „Notatki w sprawie oceny oddziaływania na środowisko w kontekście transgranicznym przedsięwzięcia polegającego na budowie rosyjsko - niemieckiego rurociągu północnoeuropejskiego (odcinek pełnomorski)”, sporządzonej przez Rzecznika Praw Obywatelskich. Wynika z niej, że „pierwsze informacje o planowanym przez konsorcjum Nord Stream gazociągu zostały przekazane krajom nadbałtyckim w czasie spotkania w Hamburgu w kwietniu 2006 roku. Wszczęcie postępowania nastąpiło w listopadzie 2006 roku, kiedy Rzeczpospolita Polska została powiadomiona o planowanym przedsięwzięciu[...] 21-22 sierpnia 2007 r. inwestor (konsorcjum Nord Stream) poinformował, że zamierza zmienić przebieg gazociągu w trzech miejscach. Jeden z nowych odcinków obejmował zmianę z przebiegu gazociągu w obszarze położonym na południe od wyspy Bornholm na przebieg w obszarze na północ od wyspy (Zmiana trasy oznacza, że strona polska nie będzie strona pochodzenia w przedmiotowym postępowaniu bowiem lokalizacja gazociągu, która inwestor zamierza zaproponować w końcowej dokumentacji pozostaje poza obszarem polskiej wyłącznej strefy ekonomicznej.).

Z dokumentu dowiemy się również, że w Polsce informacja o nowym projekcie została udostępniona do udziału społeczeństwa i na podstawie zebranych uwag przygotowano stanowisko, przekazane w dniu 18 stycznia 2008 roku stronom pochodzenia. W stanowisku tym utrzymano wymagania odnośnie zawartości końcowej dokumentacji oceny oddziaływania na środowisko określone w odpowiedzi na powiadomienie z dnia 16 lutego 2007 roku. Sformułowano również kilka dodatkowych wymagań, między innymi dotyczących

„oddziaływania na efekty społeczno - gospodarcze dla miejscowości turystycznych położonych na zachodnim wybrzeżu Polski (bezpieczeństwo, jakość wody itp.), a także na funkcjonowanie i możliwości rozwoju portu w Świnoujściu. W przypadku zagrożenia oddziaływaniem transgranicznym wymagana będzie analiza wariantów wyjścia na ląd w Niemczech na terenach położonych bardziej na zachód.”

Informacja ta została również potwierdzona w piśmie, jakie do RPO skierował w dniu 28 lutego 2008 roku minister środowiska Maciej Nowicki.

Wynika z niej, że jedynym stanowiskiem strony polskiej, przekazanym wówczas konsorcjum Nord Stream, było to, wypracowane przez rząd Jarosława Kaczyńskiego. Fakt ten znajduje również potwierdzenie w „Sprawozdaniu ministra gospodarki z wyników nadzoru nad bezpieczeństwem zaopatrzenia w gaz ziemny za okres od dnia 1 kwietnia 2007 r. do dnia 31 grudnia 2008 r.”, w którym na str.30 przedstawia się „Działania wobec projektu budowy gazociągu Nord Stream”. Otóż - jedynym działaniem, którym chwali się minister Pawlak w tym zakresie jest przyjęcie przez Parlament Europejski w lipcu 2008 roku petycji europosła PiS – u Marcina Libickiego, w której pojawiło się m.in. wezwanie do wstrzymania budowy gazociągu Nord Stream, ze względu na zagrożenia dla środowiska naturalnego.

Strona internetowa Ministerstwa Gospodarki nie zawiera żadnych informacji o działaniach wicepremiera Pawlaka podjętych w związku z budową rosyjsko-niemieckiego gazociągu, a „Stanowisko Polski” w tej kwestii dotyczy okresu, gdy ministrem gospodarki był Piotr Woźniak.

Nic nie wiemy, by rząd Tuska planował jakiekolwiek reakcję na decyzję niemieckiego Federalnego Urzędu Żeglugi i Hydrografii. Z informacji przekazanej w listopadzie ubiegłego roku przez „Nasz Dziennik” wynika, że strona polska nigdy nie wnioskowała o zmianę koncepcji budowy gazociągu. O takich żądaniach nic nie wie koncern Nord Stream. Rzecznik prasowy spółki Steffen Ebert stwierdził w rozmowie z gazetą, że w dokumentach, jakie firma otrzymała od niemieckiego biura wydawania zezwoleń, nie ma ani słowa o konieczności wkopywania rury w dno Bałtyku. O polskich żądaniach nic też nie wie ministerstwo transportu Meklemburgii-Pomorza Przedniego, choć to właśnie ten urząd jest bezpośrednio odpowiedzialny za projekt Nord Stream. Julia Hasse z biura prasowego resortu w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" stwierdziła, że żaden wniosek do tej pory na ten temat od polskiej strony nie wpłynął.

„ Po dokładnym sprawdzeniu i zebraniu dostępnych mi informacji na ten temat wiem, że do tej pory nie wpłynął od polskiej strony wniosek o wkopanie rury gazociągu w dno morza. W związku z ustaloną drogą, jaką przebiegać będzie pod wodą kładziony przez firmę Nord Stream gazociąg, Polska nigdy nie wnioskowała o zmianę tej koncepcji ze względu na potencjalne trudności na szlaku morskim” - zapewniła rzeczniczka meklemburskiego ministerstwa transportu, budownictwa i rozwoju regionalnego. Nie udało się też potwierdzić informacji, jakoby polski rząd prowadził na ten temat rozmowy bezpośrednio z władzami federalnymi.

W tej sytuacji - przerzucanie odpowiedzialności na poprzedników – do czego zdaje się ograniczać reakcja obecnego rządu, - w sytuacji, gdy przez 2 lata nie podjęto żadnych działań w sprawie zapewnienia funkcjonalności gazoportu, jest tylko propagandowym zabiegiem, mającym usprawiedliwić bezczynność ekipy PO-PSL. Pytanie – czy jest to bezczynność zamierzona, czy wynikająca z indolencji tego rządu?

Jeśli reakcji zabraknie - wszystko wskazuje, że oficjalne deklaracje o przyśpieszeniu budowy gazoportu oraz decyzje finansowe podejmowane w tej sprawie przez rząd Tuska, będą kolejną mistyfikacją, mającą stworzyć pozory aktywności, a celem faktycznym – do którego dąży ta ekipa, będzie podpisanie długoterminowej umowy gazowej z Rosją. Koszty i konsekwencje tego zaniechania trudno będzie nawet oszacować.

Jedno jest wówczas pewne - o jakiejkolwiek dywersyfikacji i bezpieczeństwie energetycznym możemy zapomnieć na długie lata.

Źródła:

http://gazownictwo.wnp.pl/nord-stream-nie-liczy-sie-z-naszymi-portami,99942_1_0_0.html

http://gazownictwo.wnp.pl/pis-trzeba-zablokowac-budowe-gazociagu-polnocnego,100131_1_0_0.html

http://www.tvn24.pl/12692,1604538,0,1,gazociag-polnocny-zablokuje-nasze-porty,wiadomosc.html

http://www.niemcy-online.pl/index.php/gospodarka/292-gazocig-morski-ma-zgod-na-budow

http://www.rp.pl/artykul/421749.html

http://finanse.wp.pl/kat,33474,title,Wiara-w-gazoport-kosztowala-700-mln,wid,11798958,wiadomosc.html

http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Walka-o-gazoport-w-Gdansku-n24656.html?strona=3&vop=std

http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Gazoport-prawie-w-Gdansku-n21002.html

http://www.mg.gov.pl/Wiadomosci/Archiwum/Rok+2007/gazociag+pln.htm

http://bip.mg.gov.pl/NR/rdonlyres/BE09C0ED-2EDA-4783-A954-2CDF56770538/29698/20070227151054866.pdf

http://www.mg.gov.pl/Gospodarka/Ropa+i+gaz/Projekty+infrastrukturalne/odpowiedz+II++list+do+nordstream.htm

http://www2.mos.gov.pl/2materialy_informacyjne/inne/rurociag/2007.11.22.shtml

http://www.mg.gov.pl/Gospodarka/Ropa+i+gaz/Sprawozdania/

http://www.mg.gov.pl/Gospodarka/Ropa+i+gaz/Projekty+infrastrukturalne/

http://www.rpo.gov.pl/pliki/12048968710.pdf

http://www.rpo.gov.pl/pliki/12048968970.pdf

http://www.mg.gov.pl/NR/rdonlyres/EAD461AF-4F23-4671-B079-636E8D5E2C0D/54561/ZalacznikdoObwieszczeniaMG.pdf

piątek, 22 stycznia 2010

WICEPREMIER PAWLAK – WIĘZIEŃ BEZ DYLEMATU

Zbalansowana i zabezpieczająca interesy obu stron - tak wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak oceniał w grudniu ub. roku umowę z Rosjanami, w sprawie dostaw gazu do Polski. Dowiedzieliśmy się również, jakoby Polska i Rosja uzgodniły już w Moskwie treść porozumienia międzyrządowego.

Kilka dni później Pawlak miał już całkowicie odmienne zdanie, co do przyszłości kontraktu i stwierdził że „wynegocjowane już międzyrządowe porozumienie w sprawie dostaw gazu z Rosji do Polski nie trafi na posiedzenie rządu, zanim nie będzie wiążących uzgodnień między firmami - PGNiG i Gazpromem”. W dwa dni po tej wypowiedzi – 20 grudnia 2009 roku – Pawlak nie miał już żadnych wątpliwości, że za fiasko kontraktu gazowego odpowiada najbliższe otoczenie premiera Tuska i nazywał działania urzędników premiera sabotażem. „Doszło do sabotażu, odpowiedzialne za niego osoby zostały już usunięte, teraz zajmie się nimi prokurator – grzmiał wicepremier. Pisałem o sprawie obszernie w tekście „GAZOWY GAMBIT CZY GRA NA KRAWĘDZI”? twierdząc, że Waldemar Pawlak poszukuje wygodnego pretekstu, dającego mu możliwość wycofania się z kompromitujących uzgodnień z Rosjanami.

Rzeczywistym powodem odstąpienia od podpisania kontraktu, była kwestia należności Gazpromu za tranzyt gazu przez polski odcinek rurociągu Jamał-Europa,. Od czterech lat Gazprom kwestionował wysokość taryf EuRoPol Gazu, które zatwierdzano zgodnie z polskim prawem. Rosjanie nie płacili w całości rachunków za tranzyt rosyjskiego gazu do Niemiec , a nawet doprowadzili do unieważnienia przez sądy taryf EuRoPol Gazu z kilku lat. W efekcie dług Gazpromu wobec polskiej firmy wzrósł do 410 milionów dolarów, czyli ponad 1,2 miliarda złotych. Na tę kwotę składa się 350 mln dolarów, których domagamy się od Rosjan z tytułu tranzytu w latach 2006 – 2009, oraz 60 mln dolarów z tytułu odszkodowania za gaz nie dostarczony w 2009 roku.

Jeszcze na początku ubiegłego roku Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zamierzało złożyć w tej sprawie pozew do sądu. Pozwanym miał być jednak nie bezpośrednio Gazprom, lecz RosUkrEnergo - szwajcarska spółka związana z rosyjskim koncernem. RUE – zgodnie z umową zawartą z PGNiG – miało przesłać nam bowiem w 2009 r. ponad 18 proc. potrzebnego Polsce surowca. W efekcie kryzysu gazowego, który wybuchł w Europie, dostawy te nie zostały zrealizowane, a RUE nie wywiązało się z kontraktu. W marcu ub roku Gazprom przejął zobowiązania RUE, a PGNiG nie wystąpiło na drogę sądową, licząc, że tym razem Rosjanie prześlą nam brakujące ilości gazu. Jednak Gazprom nie wywiązał się z ustaleń dotyczących ilości gazu i nie zapłacił nam odszkodowania. Spór pozostał więc nierozstrzygnięty.

Ponieważ międzyrządowe porozumienie w sprawie kontraktu gazowego zawiera zapis o uregulowanych sporach – jego podpisanie – w sytuacji, gdy nie rozwiązano kwestii zadłużenia Gazpromu, mogłoby doprowadzić do oskarżenia ministra Pawlaka o złożenie fałszywego oświadczenia.

W tej sytuacji, wicepremier rządu posłużył się medialnym wybiegiem – zrzucając odpowiedzialność za stan sprawy na urzędników kancelarii premiera i równie propagandowym odwołaniem, do oczekiwań „wiążących uzgodnień między firmami - PGNiG i Gazpromem”. Fikcja teorii rozwiązania sprawy rosyjskiego długu na poziomie obu firm polega na tym, iż głównym udziałowcem spółki PGNiG jest Skarb Państwa, który od kwietnia 2009 roku posiadał 84,75% akcji spółki. To zatem, co uzgodni zarząd PGNiG zależy wyłącznie od stanowiska polskiego rządu – co oznacza, że rzekome kwestie biznesowe są przede wszystkim sprawą politycznej decyzji.

Jeszcze w grudniu ubiegłego roku, Pawlak pytany o rozwiązanie sporu o stawki tranzytowe deklarował :„trzeba je w sposób uczciwy i rzetelny rozliczyć, podchodząc biznesowo, a nie ideologicznie”.

Spójrzmy zatem, jaki biznes proponuje polskim podatnikom „pragmatyczny” wicepremier – minister przemysłu.

W wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” z dn.19 stycznia br. Pawlak pytany o należności Gazpromu wobec EuRoPol Gazu, odpowiada:

Obecnie te negocjacje utknęły w punkcie bardziej symboliki politycznej niż biznesu. Patrząc na sprawę tylko w kategoriach politycznych, można było się porozumieć już dawno. I to nawet tak, że jeśli teraz my poczynilibyśmy ustępstwo, to może wkrótce udałoby się z drugiej strony osiągnąć coś innego”. Naciskany na udzielenie odpowiedzi, czy to oznacza, że PGNiG może odpuścić i zgodzić się, by Rosjanie nie zapłacili części zaległych kwot za tranzyt gazu – wicepremier, z właściwą sobie precyzją wypowiedzi zwraca uwagę na ...czasochłonność procesów sądowych w tej sprawie i wyznaje:

Warto pamiętać, że sąd uznał w ub.r. cześć tych kwot i to tylko za 2006 r. Jeżeli w tym tempie miałyby postępować sprawy sądowe, to w tym roku będziemy mieć wyrok dotyczący 2007 r. I tak dalej możemy czekać na kolejne, a tymczasem dodatkowego gazu z Rosji potrzebujemy już teraz. W obecnej sytuacji warto się zastanowić, czy wraz z dyskusją o zaległych kwotach nie porozmawiać o przyszłych rozliczeniach. Może, odpuszczając w jednym miejscu, moglibyśmy zyskać np. obniżkę ceny za przyszłe dostawy gazu. Nawet gdyby to była obniżka tylko o 1 proc., to przedkłada się na miliony dolarów, tym samym uzyskalibyśmy wyrównanie starych zaległości z lat 2006 – 2008.” (podk.moje)

Wypowiedź Pawlaka została natychmiast podchwycona przez prasę rosyjską i już następnego dnia dziennik „RBK-daily" partner niemieckiego "Handelblatt" poinformował, że Polska gotowa jest umorzyć dług Gazpromu. Cytowani przez "RBK-daily" eksperci obliczyli, że 1 proc. zniżki dla strony polskiej może kosztować Gazprom około 15 mln dolarów. Dziennik podał także , że "w Gazpromie odmówiono skomentowania propozycji pana Pawlaka, przekazując jedynie, że negocjacje dotyczące polityki taryfowej EuRoPol Gazu, operatora gazociągu Jamał-Europa, trwają".

Z wyliczenia podanego przez rosyjską gazetę wynika zatem, że biznesowa propozycja wicepremiera o rezygnacji z roszczeń wobec Gazpromu, w zamian za 1 procentową obniżkę ceny gazu – spowoduje, iż cały dług rosyjskiego koncernu wobec Polski (zakładając stabilność cen i nie naliczanie odsetek) zostałby spłacony w czasie najbliższych 27 lat. Nie trzeba być ekonomistą, by dostrzec absurdalność tej propozycji w stosunku do rzeczywistej skali zadłużenia Gazpromu oraz zrozumieć, że w praktyce oznacza ona umorzenie ogromnej kwoty długu rosyjskiej firmy.

Projekt Pawlaka został przekazany ministrowi skarbu – który odpowiada za negocjacje PGNiG z Gazpromem, a wicepremier nie omieszkał się pochwalić, że gdyby to wyłącznie ode mnie zależało, to dawno byśmy załatwili sporne kwestie i pewnie nawet mieli tańszy gaz. W takim biznesie jak gazowy, gdy relacje są długo- terminowe, raz jedna raz druga strona ma problem, który chce rozwiązać. Warto patrzeć w dłuższej perspektywie, a nie doraźnie – na zasadzie, kto komu jednorazowo ustąpi czy dokuczy.”

Wiele wskazuje, że nim wicepremier podzielił się z dziennikarzami swoim doskonałym pomysłem, już przystąpiono do jego realizacji.

19 stycznia odbyło się posiedzenie rady nadzorczej spółki EuRoPol Gaz, podczas którego - za sprawą głównych udziałowców – PGNiG i Gazpromu – dokonano rewolucji kadrowej w zarządzie spółki. Na trzy miesiące zawieszono w czynnościach prezesa Michała Kwiatkowskiego i dwóch jego zastępców Jurija Kałużskiego i Jerzego Tabakę. Anonimowy przedstawiciel PGNiG poinformował, że „te osoby nie były w stanie ze sobą współpracować. Na zewnątrz przedstawiali rożne stanowisko w imieniu jednej firmy, nie sposób było dłużej tego tolerować.”

Nietrudno dociec z jakich powodów pozbyto się Michała Kwiatkowskiego. To on właśnie - już w grudniu 2009 kategorycznie odmówił ministrowi skarbu państwa wyrażenia zgody na umorzenie długu Gazpromowi i w piśmie do ministra Grada domagał się, by rosyjska firma spłaciła należności wobec EuRoPol Gazu. W piśmie Kwiatkowskiego miało się również znaleźć ostrzeżenie, że pójście na kompromis z Gazpromem oznaczała złamanie polskiego prawa. Chodzić może o art. 585 kodeksu spółek handlowych, który członkom zarządu, czy rady nadzorczej spółki zabrania działań na jej niekorzyść, grożąc kara 5 lat pozbawienia wolności. Zdaniem Janusza Kowalskiego, byłego członka zespołu ds. dywersyfikacji nośników energii w MG, kwestionowanie suwerennego prawa polskiego organu administracji centralnej, czyli prezesa URE, do ustalania wysokości taryf na terytorium Polski oraz rezygnacja z choćby części z należnego długu, to nic innego jak właśnie działanie na szkodę spółki. Odwołanie Kwiatkowskiego, usuwało zatem główną przeszkodę w rezygnacji z dochodzenia roszczeń spółki i otwierało drogę do upragnionego przez Pawlaka kompromisu.

W komunikacie rady nadzorczej EuRoPol Gazu, informującym o zmianach stwierdza się, że „takie zmiany w składzie Zarządu gwarantują sprawne uporządkowanie nierozwiązanych dotychczas kwestii EuRoPol Gazu w duchu przygotowywanego porozumienia międzyrządowego”.

W miejsce odwołanych osób, rada nadzorcza oddelegowała tymczasowo do zarządu spółki: Michała Szubskiego ( szefa PGNiG) który będzie pełnił obowiązki prezesa, Aleksandra I. Miedwiediewa (szefa Gazpromu), który będzie pełnił obowiązki wiceprezesa Zarządu i Mirosława Dobruta, jako członka Zarządu. Ten skład zarządu firmy gwarantuje, że będzie odtąd działać w „duchu porozumienia międzynarodowego” – czyli reprezentować w interesach rosyjski punk widzenia. Można się zastanawiać – czy i jakie gwarancje otrzymał obecny prezes EuRoPol Gazu, jeśli mając świadomość potencjalnego oskarżenia o działania na niekorzyść spółki, podjął się wypełnienia misji?

Warto też zauważyć, że takie rozstrzygnięcie pozwala ministrowi Pawlakowi na wykonanie medialnego gestu Piłata i zrzucenie odpowiedzialności za rezygnację z roszczeń wobec Gazpromu na „biznesowe uzgodnienia na poziomie firm”. Niewykluczone, że propagandowy projekt pod nazwą „Waldemar Pawlak blog” ma na celu zapewnienie szefowi ludowców własnej osłony medialnej, na wypadek oskarżeń o działanie wbrew polskim interesom.

Okazuje się jednak, że strona rosyjska nie doceniła historycznej pragmatyki wicepremiera. Tuż po posiedzeniu rady nadzorczej EuRoPol Gazu (której przewodniczy Aleksander Miedwiediew) odbyło się spotkanie szefa Gazpromu z Waldemarem Pawlakiem i ministrem Aleksandrem Gradem. Już sama koncepcja takiego spotkania wskazuje na rzeczywisty układ sił i obnaża rolę polskich ministrów, wobec szefa rosyjskiej firmy. Wygląda bowiem na to, że to Miedwiediew udzielił audiencji Pawlakowi i Gradowi, by po przejęciu władzy w EuRoPol Gazie wysłuchać polskich propozycji. Polskim ministrom wydawało się, zapewne, że skoro rada osiągnęła porozumienie w sprawie zmian w zarządzie spółki, to dobrze rokuje rozmowom o należnościach za tranzyt. Tymczasem spotkanie z szefem Gazpromu miało charakter kurtuazyjny i ze strony rosyjskiej padła jedynie deklaracja, że rozmowy o głównym problemie będą kontynuowane. W komunikacie Gazpromu możemy przeczytać, iż "omówiono dalsze kroki dotyczące pakietowego uregulowania otwartych problemów rosyjsko-polskiej współpracy w sferze gazowej".

W języku konkretów może to oznaczać, że Gazprom chce większych ustępstw i oczekuje od strony polskiej akceptacji rosyjskiego modelu rozwiązania kwestii zadłużenia. Jestem przekonany, że nie są bezpodstawne oczekiwania.

Wicepremier Pawlak, który w przekazie medialnym kreuje się na silnego, odważnego gracza użył w jednym z komentarzy, zamieszczonych na swoim blogu odwołania do teorii gier „zaczynając od optymalnych strategii w "dylemacie więźnia". Odwołał się zatem do gry, w której każdy z graczy może zyskać oszukując przeciwnika, ale stracą obaj - jeśli obaj będą oszukiwać. „Dylemat więźnia” opiera się na pewnego rodzaju wymuszonej współpracy, zakłada jednak, że obie strony – stojąc przed trudnym wyborem – mają jednakowe prawa i startują z równorzędnych pozycji.

Tymczasem - o jakiej równorzędności możemy mówić w przypadku kontraktu gazowego z Rosją, skoro polski rząd udzielił już zgody na przejęcie władzy nad EuRoPol Gazem, zabiega o pozbycie się kontroli nad spółką Gas Trading, chce wyrzucenia Gudzowatego, a wicepremier tego rządu zaproponował „wyrównywanie” miliardowych strat w 27 – letniej perspektywie 1 procentowego upustu?

To, co do tej pory w negocjacjach z Rosją zaprezentował „pragmatyk” Pawlak przypomina bardziej stan permanentnej kapitulacji, niż jakąkolwiek „teorię gier”. Jedyną troską wicepremiera, wydaje się zapewnienie sobie i swojemu ugrupowaniu osłony medialnej - na wypadek politycznej wpadki, a cała „gra” Pawlaka dotyczy tumanienia i zwodzenia polskiego społeczeństwa.

Wobec prawdziwego „dylematu więźnia”, pan premier okazuje się więźniem bez dylematu.

Źródła:

http://cogito.salon24.pl/148498,gazowy-gambit-czy-gra-na-krawedzi

http://www.tvn24.pl/12692,1633222,0,1,pawlak-chwali-gazowe-prozumienie,wiadomosc.html

http://www.dziennik.pl/gospodarka/forsal/article522350/Rosjanie_sa_nam_winni_miliony_zlotych.html

http://forsal.pl/artykuly/385220,dlugi_rosjan_wobec_polski_siegaja_juz_410_mln_dolarow.html

http://www.nettg.eu/Aktualnosci/Energetyka/Kraj/Pawlak-o-dostawach-gazu-z-Rosji-,13022,3

http://www.rp.pl/artykul/421749.html

http://www.dziennik.pl/gospodarka/article529935/Polska_umorzy_wielki_dlug_Gazpromu.html#reqRss

http://www.rp.pl/artykul/422528_Zarzad_EuRoPol_Gazu_ukarany_za_konflikty.html

http://www.pgnig.pl/pgnig/com/8387?r%2Cnews%2CfromCtx=588&r%2Cnews%2CnewsId=14709

http://forsal.pl/artykuly/385220,dlugi_rosjan_wobec_polski_siegaja_juz_410_mln_dolarow.html

http://www.rp.pl/artykul/67299,423132.html

http://www.nettg.eu/Aktualnosci/Energetyka/Kraj/Przedstawiciele-PGNiG-i-Gazpromu-spotkali-sie-z-szefami-MG-i-MSP,13455,3

środa, 20 stycznia 2010

KANDYDAT KOMOROWSKI

Ostatnie gry i kombinacje medialne zdają się jednoznacznie wskazywać, że kandydatem Platformy w wyborach prezydenckich zostanie Bronisław Komorowski. Świadczą o tym wypowiedzi polityków PO, propagandowe sondaże, słowa samego Komorowskiego, – ale przede wszystkim logika funkcjonowania układu, który wyniósł do władzy partię Donalda Tuska.

Jeśli zatem taka decyzja została już podjęta, muszą za nią stać ludzie, którzy Platformę wylansowali, wsparli medialnie i pozwolili wygrać wybory parlamentarne. A następnie, zażądali zapłaty. Tym samym - scenariusz zdarzeń wydaje się odpowiadać diagnozie, jaką przed niemal dwoma laty postawił Antoni Macierewicz, mówiąc o cenie jaką Platforma będzie musiała zapłacić za wyborcze wsparcie udzielone jej przez środowisko peerelowskiej bezpieki. Stwierdził, że ludzie dawnych służb, nauczeni doświadczeniem likwidacji WSI, będą odtąd dążyć do zemsty i władzy.

Z aktem zemsty, mieliśmy do czynienia natychmiast po objęciu rządów przez partię Tuska. Czystki personalne, prokuratorskie śledztwa, nagonki medialne, a przede wszystkim, zainicjowana przez Komorowskiego afera marszałkowa, są dowodem, że bezpieka nie rzucała słów na wiatr. Każdy, kto przyczynił się do likwidacji wojskowych służb, – od prezydenta, po dziennikarza został objętym medialną kampanią kłamstw, oszczerstw lub stał się bezpośrednio ofiarą represji. Była to reakcja całkowicie przewidywalna, jeśli ktoś pamięta wypowiedź Komorowskiego z kwietnia 2007 rok, iż po zmianie władzy w Polsce trzeba będzie przyjrzeć się skutkom tego raportu. Nie tylko czy zostało złamane prawo przy jego ujawnianiu, ale także skutkom działania całego zespołu Antoniego Macierewicza i decyzji prezydenta o ujawnieniu raportu”.

Przez dwa lata, ludzie ze środowiska wojskowej bezpieki oczekiwali na pełną reaktywację swoich wpływów. Obiecującym sygnałem była decyzja rządu Tuska z 23 maja 2008 roku, dotycząca nowelizacji ustawy o weryfikacji żołnierzy b. WSI, zgodnie z którą, żołnierze nie posiadający stanowiska Komisji Weryfikacyjnej zostali przyjęci do nowych służb (SKW i SWW) bez jakiejkolwiek kontroli i bez względu na nieprawidłowości jakich dopuścili się w przeszłości.

Do rekonstrukcji pozostał ogromny obszar wpływów w służbach specjalnych, mediach i w biznesie, naruszony w procesie likwidacji WSI. Tu jednak rząd Tuska, ( a konkretnie, desygnowany przez oligarchów szef ABW) postawił na poszerzanie kompetencji cywilnej bezpieki i szybko rozpoczął budowę nowej sieci biznesowej, w której zaczęło brakować miejsca dla towarzyszy z „wojskówki”. Kolejne zdarzenie, – jakim było fiasko ustawy medialnej musiało zostać odebrane, jako niewypełnienie przedwyborczych zobowiązań wobec prywatnych, powołanych przez bezpiekę nadawców.

Z pewnością też, niemałe znaczenie w przejęciu kontroli nad służbami i gospodarką miały tzw. ustawy antyterrorystyczne, a w szczególności ustawa o zarządzaniu kryzysowym oraz planowana nowela ustawy o ochronie informacji niejawnych. Na ich podstawie, to ludzie cywilnej bezpieki otrzymali nieograniczone uprawnienia w zakresie nadzoru nad informacją niejawną, w tym certyfikatami bezpieczeństwa, a samo ABW zajęło pozycję krajowej władzy bezpieczeństwa, eliminując praktycznie wpływy służb wojskowych.

Na przeszkodzie pełnej reaktywacji układu WSI, stanęły również plany prywatyzacyjne Platformy, w których nie uwzględniono oczekiwań tego środowiska. Być może, zasób cierpliwości panów z wojskówki wyczerpał się w momencie, gdy udaremniono stoczniowo – zbrojeniowy interes z El Assirem, a kontrujący minister Grad okazał się niezatapialny.

Pojawienie się kolejnych afer z udziałem polityków Platformy i postępujący spadek notowań Donalda Tuska musiał uruchomić mechanizm ostrej rywalizacji o władzę wewnątrz PO, ale też spowodował, że doszło do konfrontacji środowisk cywilnej i wojskowej bezpieki.

Z jeden strony zatem, mieliśmy do czynienia z odbudową wpływów ludzi Departamentu I MSW – czyli kampanią Andrzeja Olechowskiego i Pawła Piskorskiego, która zaowocowała konsekwentnym zamykaniem medialnego parasola ochronnego nad Platformą; z drugiej – z kontrakcją agenturalno – oligarchicznego układu, wykorzystującego polityczne wpływy w służbach i wymiarze sprawiedliwości. Również, na dotychczasowym monolicie Platformy doszło do wyraźnego zarysowania dwóch, zwalczających się frakcji – Grzegorza Schetyny i Bronisława Komorowskiego. Moment ujawnienia afery hazardowej zbiegł się zatem z rosnącym niezadowoleniem środowiska WSI, które po dwóch latach wspierania układu rządowego postanowiło cofnąć swoje „rekomendacje”.

Wpływ na tę decyzję miało niewątpliwie zachowanie Donalda Tuska, który źle oceniając zagrożenia wynikające z afery hazardowej postawił na konserwację dotychczasowego rozdania i pozorując partyjne czystki, nie pozbawił Schetyny realnych wpływów.

Od tego momentu, możemy obserwować nasilenie krytyki medialnej oraz postępujący spadek notowań samego lidera Platformy. Nietrudno dostrzec, że wszystkie, dotychczas ujawnione szczegóły tej afery idą na konto Donalda Tuska, a zarzut przecieku z kancelarii premiera ma wagę politycznego nokautu. Media – jak zawsze dyspozycyjne wobec faktycznych decydentów, podjęły się roli wykonawcy „wyroku” i wyraźnie dążą do pozbawienia Tuska prezydenckich ambicji.

W tym obszarze, doskonale widać rzeczywisty układ sił, a ostatnim bastionem medialnej osłony zdaje się być „Gazeta Wyborcza”, publikując coraz bardziej fantastyczne wyniki sondaży .

Mamy więc do czynienia z żałosnym spektaklem „rozterek” Donalda Tuska – co w praktyce oznacza oczekiwanie na ostateczny werdykt środowisk decydujących o przyszłości Platformy, oraz z wyraźną akcją promocyjną Bronisława Komorowskiego. Do „wyciszania” Tuska zaprzęgnięto Lecha Wałęsę, a coraz liczniejsze głosy partyjnych kolegów premiera zdają się świadczyć, że pozycja Komorowskiego znacząco wzrosła i wybór wydaje się przesądzony. Natychmiast też, opublikowano użyteczne sondaże, z których wynika, że w wyścigu prezydenckim marszałek Sejmu może liczyć na 46 procentowe poparcie. Sam Komorowski skromnie przyznaje, że nie wyklucza walki o prezydenturę, tłumacząc, że to „partia stawia przed nim duże wyzwania”.

Ważnym atrybutem kandydata, wspieranego przez środowisko WSI jest akceptowalność Komorowskiego przez wyborców tzw. lewicy SLD. W praktyce oznacza to możliwość zawarcia sojuszu z komunistami i Andrzejem Olechowskim – wspieranym przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Do takiego przymierza może dojść w drugiej turze wyborów prezydenckich, gdyby naprzeciw siebie stanęli Kaczyński i Komorowski.

W perspektywie – kandydatura marszałka Sejmu może być najważniejszym elementem przyszłego porozumienia ludzi służb cywilnych i wojskowych, dającego gwarancję na dalsze trwanie układu III RP i nowy podział łupów.

Przed miesiącem Komorowski w wywiadzie dla TVN deklarował: „Chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Okres konfliktu i braku współpracy z rządem. Ten słynny meldunek: "Panie prezesie melduję wykonanie zadania", zaciążył nad całą prezydenturą” – dodał.

Jeśli w efekcie medialnych manipulacji i bezpieczniackich gier operacyjnych, Bronisław Komorowski zostałby prezydentem Polski – dziś jeszcze można zapytać - komu złoży meldunek o wykonaniu zadania?

Za kilka miesięcy, możemy już nie móc zadać tego pytania.

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/3892/articlePage/3

http://www.money.pl/archiwum/mikrofon/artykul/komorowski;po;zmianie;wladzy;rozliczymy;za;raport;o;wsi,222,0,235486.html

http://www.rp.pl/artykul/419903.html

http://www.rp.pl/artykul/406464,414925_Rozterka__blef_czy_test_Tuska_.html

poniedziałek, 18 stycznia 2010

NIESPEŁNIONY TESTAMENT JANA PAWŁA II (2) ZAKOŃCZENIE.

Nie upłynął miesiąc od porwania księdza Jerzego, gdy prymas Polski skierował list „Do wszystkich rządców parafii oraz rektorów kościołów w archidiecezji warszawskiej”. Mogliśmy w nim przeczytać:

W ostatnim czasie do władzy Kościelnej napływają skargi, a nawet oburzenia wiernych, że niektórzy księża dają się ponieść uczuciom światowym i zamiast głoszenia prawd Bożych wdają się w polemiki nieteologiczne, nie mające także nic wspólnego z prawdziwym patriotyzmem. Te uwagi, potwierdzone przez bardzo poważnych katolików, wywołują zgorszenie wiernych. Odnoszą się one szczególnie do wystąpień ks.mgr. Stanisława Małkowskiego – kapłana archidiecezji warszawskiej.

Kapłan ten wielokrotnie został ostrzeżony i dn. 15 listopada br. przez Biskupa Pomocniczego upomniany, mimo to dawał się potem ponieść emocjom, a głoszone przez niego słowo było obce duchowi Ewangelii.

Biorąc to pod uwagę polecam wszystkim Rządcom kościołów i kaplic, aby nie dopuszczali księdza Stanisława Małkowskiego do głoszenia słowa Bożego u siebie. Ksiądz Małkowski może sprawować święte czynności na Wólce Węglowej, gdzie jest miejsce jego kapłańskiej pracy. - 24 listopada 1984 r. Józef kardynał Glemp Prymas Polski.

Nie trzeba wyjaśniać, co tego rodzaju oświadczenie mogło oznaczać dla przyjaciela księdza Jerzego, z jak realnym zagrożeniem było związane. Ksiądz Małkowski musiał być świadomy swojego położenia, skoro w liście skierowanym do prymasa z dn.16 stycznia 1984 roku pisał:

Wobec zagrożenia mojego życia ze strony władzy świeckiej i zagrożenia mojej dobrej opinii ze strony władzy kościelnej, proszę Księdza Prymasa o znak solidarności wobec mnie.

Wydany dekret Eminencji wobec mojej osoby może być poczytany przez przedstawicieli władz państwowych (jak sądzę już jest poczytany) za rodzaj zachęty do represjonowania mnie z powodu przekonań. Dlatego proszę o uchylenie dekretu (...), który stawia mnie w sytuacji opresji ze strony obu władz, w sytuacji podobnej do tej, w jakiej przed śmiercią znajdował się mój przyjaciel ksiądz Jerzy Popiełuszko”.

„Znaku solidarności” ksiądz Małkowski się nie doczekał. W odpowiedzi udzielonej mu przez sekretariat prymasa, możemy przeczytać, że „pismo Eminencji miało właśnie na celu ochronę wielebnego księdza”.

Jak po latach ksiądz Małkowski wspominał, że tylko dwie osoby - Jerzy Urban i Jacek Kuroń – stawiały mu wówczas zarzuty podobne do tych, zawartych w liście prymasa.

Gdybym poszukiwał potwierdzenia tezy, że od chwili męczeńskiej śmierci księdza Jerzego władze komunistyczne, niektórzy hierarchowie Kościoła i ludzie „demokratycznej opozycji” znaleźli wspólną „drogę kompromisu”, zakończoną porozumieniem „okrągłego stołu” - wskazałbym ten właśnie, mało znany dokument. Jego wymowa – w kontekście wydarzeń, jakie miały miejsce po 19 października 1984 roku oraz faktu, że ksiądz Małkowski figurował pod numerem 1 (przed księdzem Jerzym) na esbeckiej liście księży przeznaczonych do zgładzenia – wydaje się niezrozumiała tylko wówczas, jeśli chcielibyśmy zapomnieć, że ówczesne wypowiedzi władz komunistycznych i głos hierarchów Kościoła brzmiały niemal identycznie.

To w oświadczeniu Episkopatu Polski z dn.22 października 1984 roku padły słowa: Porwanie księdza Jerzego Popiełuszki – znanego kapłana w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu w Warszawie - budzi głęboki niepokój. [...] Posiadane dotychczas wiadomości o okolicznościach porwania, wskazują na to, że sprawcy działali z motywów politycznych.”

W istocie - komunikat powtarzał tezę PRL-owskiej propagandy, jakoby ksiądz Jerzy był tak naprawdę działaczem politycznym, a jego śmierć miała polityczny kontekst. Zdanie to wzbudziło wówczas takie wzburzenie, że członkowie Niezależnego Zrzeszenia Studentów planowali zorganizowanie wiecu przed siedzibą prymasa, oskarżając go o „trzymanie z władzą, nie z narodem”.

W tym kontekście trzeba dostrzec, co po zamordowaniu księdza Jerzego mówili między sobą komuniści. W Biuletynie IPN 10/2004 znajdziemy cytowany już kiedyś przeze mnie tekst wystąpienia gen. Jaruzelskiego podczas posiedzenia kierownictwa KC PZPR, datowany między 3, a 11 listopada 1984 roku – czyli tuż po pogrzebie księdza Jerzego, a przed dekretem prymasa Glempa. Fragment stenogramu wystąpienia Jaruzelskiego został zamieszczony w artykule Grzegorza Majchrzaka i Jana Żaryna – „Dwa nowotwory”.

To bardzo ważny dokument, ukazujący prawdziwy stosunek komunistów do polskiego Kościoła na początku lat 80-tych. Działalność księdza Małkowskiego jest dla Jaruzelskiego na tyle dotkliwym problemem, że wspomina o tym wprost: Ten Małkowski to już w ogóle wariat, ale to jest ich sprawa, jeśli dają mu ambonę, to ponoszą za to odpowiedzialność.”

Dowiemy się, że propagandowym antidotum na takich jak Małkowski i Popiełuszko ma być „premiowanie, popularyzowanie księży pozytywnych, duchownych pozytywnych. Jaruzelski nie kryje swoich intencji: „Towarzysze, nam znacznie wygodniej jest prać potem jakiegoś takiego księdza Jancarza czy kogoś innego, pokazując obok, a właśnie to jest wzór postawy obywatelskiej. Przecież to jest dla nas bardzo wygodna płaszczyzna, że my nie walczymy z Kościołem, nie walczymy z duchowieństwem. Na odwrót – szanujemy, pokazujemy tych, którzy są patriotami, ale tym ostrzej możemy wtedy bić w tamtych.”

Człowiek, który odpowiada za śmierć księdza Jerzego, zdaje się doskonale rozumieć w jaki sposób wykorzystać ten mord w „dialogu” z Kościołem. W ówczesnych słowach I sekretarza partii znajdziemy zarys „koncepcji kłamstwa”, która legła u podstaw „historycznego kompromisu”. To głos niezwykle bliski tezom z dekretu prymasa Polski. Jaruzelski mówi:

„Polityka włączana zbyt nachalnie do działalności kościelnej Kościół obiektywnie kompromituje. [...]I Kościół to też czuje, czy mądrzy ludzie w Kościele, i tego się też obawia. Co mądrzejsi czują, że stereotyp nieskazitelnego Popiełuszki niełatwo będzie utrzymać. On jest męczennikiem nie za wiarę, ale za politykę, za sianie nienawiści.”

Na końcu tego ważnego tekstu, Jaruzelski kreśli strategię postępowania wobec Kościoła, po zamordowaniu księdza Jerzego. Wspominając to zabójstwo mówi:

Nas ten przypadek wiele nauczył pod tym względem. Oby Kościół też się z tego nauczył nie mniej niż my. I chodzi o to tylko, proszę towarzyszy, żeby te działania, o których tutaj mówię, nie zabrzmiały jako jakaś z naszej strony kampania antykościelna, czy jeszcze gorzej antyreligijna. Bo byłoby to nieszczęście. Na odwrót – to musi być budowane i propagandowo osłonione w ten sposób, że my to robimy w obronie stosunków, w obronie dobrych, pozytywnych stosunków, którym szkodzi ekstrema. Że jest to sprzeczne ze wskazaniami papieża, m.in. wypowiedzianymi na lotnisku w Balicach, kiedy odlatywał po zakończeniu swojej wizyty w Polsce. Warto może wyciągnąć, przecież w ciągu tych dwóch wizyt było tam i kilka sformułowań pozytywnych. Niektóre nawet w Belwederze cytowałem. Pokazywać, powiedzieć, czy to jest zgodne, zgodne ze stanowiskiem papieża, zgodne ze stanowiskiem prymasa? My w obronie papieża występujemy, w obronie linii porozumienia z Kościołem, przeciwko ekstremie”.

Trzeba przypomnieć, że prymas Glemp był tym człowiekiem we władzach polskiego Kościoła, który najmocniej sprzeciwiał się uznaniu męczeństwa za wiarę księdza Jerzego.

Pisał o tym obszernie Cezary Gmyz w artykule „Zabrakło zeznań prymasa”, zamieszczonym w Rzeczpospolitej. Autor przypomina, że o beatyfikację księdza Jerzego wierni zabiegali natychmiast po Jego śmierci. Trzeba było jednak 12 lat, by proces beatyfikacyjny mógł się rozpocząć. Gmyz pisze, że „największą przeszkodą na drodze do wyniesienia na ołtarze była odmowa prymasa złożenia zeznań w procesie. [...] Dopiero objęcie zwierzchnictwa archidiecezji warszawskiej przez abp. Kazimierza Nycza w 2007 r. spowodowało, że prace przyspieszyły”. Powołuje się również na akta Wydziału XI Departamentu I SB (tzw. wywiad PRL), w których zachowała się notatka informacyjna z dn.04.06.1986 roku ze źródła o kryptonimie „Sanyo” (prawdopodobnie chodzi o podsłuch) na temat ewentualnej beatyfikacji księdza Jerzego . „Kardynał Glemp wypowiedział się, iż dopóki on jest prymasem, nie może być o tym mowy, nie dopuści do tego” – czytamy w dokumencie. W notatce znalazła się inna, niezwykle ważna informacja, mogąca świadczyć, że w roku 1986, u progu porozumienia „okrągłego stołu” prymas i Episkopat wspólnie z komunistami nadal zabiegali o propagandowe „upolitycznienie” księdza Jerzego.:

„Wydawnictwo „Spotkania” /Jegliński/ wydało pamiętniki – dzienniki Popiełuszki, w których są zawarte nieprawdziwe dane lub przekłamania, odnoszące się do kardynała Glempa i Episkopatu. Glemp i Episkopat chcą do tego bezpośrednio ustosunkować się. Z sugestii Glempa temat ten ma poruszyć w specjalnie wydanej publikacji /prawdopodobnie w Oficynie Poetów i Malarzy w Londynie/ dr.Peter RAINA. Publikacja ma się ukazać w końcu br lub na początku 1987 roku. Dr.RAINIE udostępniona zostanie publikacja zgromadzona w Episkopacie, w tym z procesu toruńskiego, wraz z dokumentami z Urzędu ds.Wyznań, w których zwracano Episkopatowi uwagę, iż kazania Popiełuszki są wystąpieniami politycznymi. Będą także zamieszczone dane jak Episkopat reagował na te wystąpienia oraz na niesubordynacje Popiełuszki

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski w recenzji z filmu „Popiełuszko” napisał:

„Ze scen, które mi się nie podobały, to rozmowa bohatera filmu z Księdzem Prymasem Józefem Glempem, który nawiasem mówiąc gra samego siebie. Jest ona bowiem pokazana inaczej niż relacjonował to ks. Jerzy. Poza tym, skrywaną nadal tajemnicą jest to, że Popiełuszko, tak jak wielu innych kapelanów „Solidarności” nie cieszył się poparciem swoich przełożonych. Co więcej, był przez nich niezrozumiany. Z relacji jego przyjaciół wynika także, że w środowisku kościelnym czuł się on osamotniony. Bolał nieraz na tym bardzo. Inna sprawa, że bezpieka, jak to z kolei wynika z akt IPN, poprzez swoich tajnych współpracowników robiła co mogła, aby we wspomnianym środowisku zniszczyć dobre imię kapelana z Żoliborza, co niestety wiele razy się jej udawało. Niedawno czytałem dokumenty Departamentu I SB, czyli wywiadu, mówiące o tym, że podważanie wiarygodności młodego księdza odbywało się nawet w Watykanie, tak przed jak i po jego śmierci. Dla przykładu, jeden z tajnych współpracowników starał się wmówić osobom z najbliższego otoczenia Jana Pawła II, że ks. Popiełuszko to „człowiek chory psychicznie” i „manipulowany przez opozycję”. Suchej nitki nie zostawiono też np. na jego przyjacielu, ks. Stanisławie Małkowski, także kapelanie podziemnych struktur, która esbecy również starali się zgładzić.”

Ten sam obraz wyłania się z rozmowy, jaką Cezary Gmyz przeprowadził 3 marca 2009 r. z księdzem Stanisławem Małkowskim. Pytany, co sądzi o tym, że prymas Glemp nie złożył zeznań w czasie procesu beatyfikacyjnego, ksiądz Małkowski odpowiada:

Specjalnie mnie to nie zdziwiło. Takie zeznania, składane pod przysięgą, mogłyby być dla księdza prymasa niewygodne. Pewnie wolałby, by młodzież zapamiętała pasterza diecezji, jak w filmie „Popiełuszko”, przedstawionego w sposób ciepły. W rzeczywistości ks. prymas był dla księdza Jerzego znacznie ostrzejszy.”

Sam prymas Glemp twierdzi, że nie czynił żadnych przeszkód, by proces beatyfikacyjny mógł się rozpocząć. W wywiadzie dla KAI, w którym wyjaśniał swoje stanowisko w tej sprawie, znalazły się słowa, w których prawdziwość nie sposób wątpić:

Nie zgadzałem się na rozpoczęcie procesu natychmiast po śmierci ks. Popiełuszki, mimo że takie sugestie padały. Stałem na stanowisku, iż proces winien rozpocząć się we właściwym momencie i na taki moment czekałem. Byłem przekonany, że dobru procesu beatyfikacyjnego nie służą emocje, tym bardziej te z podtekstem politycznym”.

Na pytanie - czy po zamordowaniu kapelana „Solidarności”, prymas uważał go za męczennika, pada odpowiedź :

Nie miałem jasności. Pierwsza odpowiedź była taka, że powodem zabójstwa był fakt, iż ks. Popiełuszko nie podobał się SB jako przeciwnik polityczny. Trudno było od razu mówić o męczeństwie za wiarę – nie było to oczywiste. Czy był bohaterskim obrońcą wolności, czy też charyzmatyczną ofiarą za wiarę Kościoła.”

Ten głośno wypowiedziany „dylemat”, – z którym prymas Polski – w odróżnieniu od tysięcy Polaków nie potrafił sobie poradzić, wydaje się niczym innym jak konsekwencją przyjęcia propagandowych tez Jaruzelskiego - „Co mądrzejsi czują, że stereotyp nieskazitelnego Popiełuszki niełatwo będzie utrzymać. On jest męczennikiem nie za wiarę, ale za politykę, za sianie nienawiści”. Echa tych słów przetrwały do dnia dzisiejszego i są jedną z podstawowych przeszkód, które polskiemu Episkopatowi uniemożliwiły wykonanie testamentu Jana Pawła II.

Cytowany już w pierwszej części tekstu Sławomir Cenckiewicz, w artykule „Wywiad PRL na tropie księdza Jerzego” zwraca uwagę na zgodny kontekst wypowiedzi przedstawicieli Episkopatu, „środowiska watykańskiego Sekretariatu Stanu” i władz PRL. Opisując treść raportów przedstawianych przez gen. Sarewicza najważniejszym osobom w państwie, Cenckiewicz pisze:

Szef wywiadu z zadowoleniem informował, że coraz szersze kręgi watykańskie uznają porwanie i zamordowanie ks. Jerzego za "prowokację polityczną" wymierzoną w ekipę Jaruzelskiego. Zdaniem Sarewicza, środowisko watykańskiego Sekretariatu Stanu miało z dużym uznaniem wypowiadać się o "konsekwencji, z jaką władze [PRL] podeszły do sprawców przestępstwa". Szef wywiadu uspokajał też elitę PRL, zapewniając, że ani w Watykanie, ani w polskim episkopacie nikt nie myśli o beatyfikacji ks. Jerzego. Na potwierdzenie przywoływał w tym miejscu słowa abp. Dąbrowskiego, który miał w Rzymie oświadczyć, że "episkopat nie dopuści, aby doszło w tym przypadku do pomieszania wiary z polityką".

Wiemy, że również w następnych latach władzom PRL zależało, aby sprawę śmierci ks. Jerzego prezentowano wyłącznie przez pryzmat wersji przygotowanej przez kierownictwo PZPR i MSW. Cenckiewicz wskazuje, jak podczas jednej z rozmów ze stroną watykańską w 1985 r. powiedział o tym wprost minister Adam Łopatka, szantażując jednocześnie polski Kościół: "Władze państwowe są za tym, aby strona kościelna przyjęła w tej sprawie inną metodę postępowania w myśl hasła: "ciszej nad tą trumną". Jeśli obecna koncepcja i akcja wykorzystania tego tragicznego wydarzenia przeciw władzom i spokojowi społecznemu miałaby być kontynuowana, to władze mogą opublikować dane "kim naprawdę był ks. J. Popiełuszko", bowiem zgromadzone informacje o nim i jego działalności bardzo mocno odbiegają od obrazu, który chce mu się nadać w koncepcji kościelnej. Zależy nam na tym, aby do tego nie doszło”.

Wiemy także, że wszystkie zabiegi polskiej i watykańskiej agentury okazywały się daremne, w obliczu postawy Jana Pawła II. Przed przyjazdem do Polski w roku 1987, „realiści” skupieni wokół prymasa Glempa starali się papieżowi wyperswadować odwiedziny grobu księdza Jerzego. Bezskutecznie.

Papież postawił na swoim. Co więcej - modlił się przy grobie księdza Jerzego, zwracając się bezpośrednio do niego. Tego faktu Glemp nie mógł nie wziąć pod uwagę, ponieważ taka forma modlitwy oznaczała, że Jan Paweł II uważa ks. Jerzego za świętego.

Nie wiemy, czy polski Episkopat ponownie usłyszał wówczas nakaz - "Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani".

Wiemy natomiast, że Kościół dopuścił do mordów na kapłanach, a polski Episkopat nie wykazał żadnych starań, by zabójstwa te wyjaśnić.

W dniu 20 stycznia 1989 roku zamordowano księdza Stefana Niedzielaka.

W dniu 30 stycznia 1989 roku został zamordowany ksiądz Stanisław Suchowolec.

W dniu 11 lipca 1989 roku zabito księdza Sylwestra Zycha.

W tym samym czasie ludzie, którym Polacy bezgranicznie zaufali, którym powierzyli swój los, prowadzili z mordercami zakulisowe, „dyplomatyczne” ustalenia. Dotyczyły powierzenia najwyższego urzędu w państwie człowiekowi odpowiedzialnemu za zamordowanie księdza Jerzego, księży ; Stefana, Stanisława, Sylwestra i setek innych polskich patriotów.

Z notatki ppłk SB Edwarda Kotowskiego (ps. Pietro” - oficera prowadzącego trzech informatorów bezpieki: Juliusza Paetza - „Fermo”, Józefa Kowalczyka – „Cappino” oraz KI „Prorok”) dotyczącej rozmowy z biskupem Jerzym Dąbrowskim, zastępcą Sekretarza Episkopatu Polski, odbytej 23 czerwca 1989 roku, z inicjatywy Dąbrowskiego:

Jednym z testów dalszego rozwoju sytuacji w kraju będzie rezultat przeprowadzenia wyborów Prezydenta PRL. Kierownictwo Episkopatu uważa, że najlepszym kandydatem byłby tu Gen. W. Jaruzelski, ale pod warunkiem że wybierany byłby spośród kilku kandydatów. To ten wybór uczyni wiarygodnym. Zdaniem bp. J. Dąbrowskiego, wybór Gen. W. Jaruzelskiego jest możliwy, o ile inni kandydaci będą tak dobrani, że na ich tle ten wybór stanie się oczywistą koniecznością. Dodał, że po raz drugi partia nie może już tak się skompromitować, jak to nastąpiło podczas wyborów, i stąd ten wybór powinien być gruntownie przygotowany.”

Z tej samej notatki wiemy również, jaka sprawa była wówczas najważniejsza dla hierarchy polskiego Kościoła? Kotowski notuje słowa bp Dąbrowskiego:

Stwierdził, że najważniejszą sprawą jest odbudowa partii, "która jest w stanie rozkładu i zbuntowała się przeciwko swojemu kierownictwu". ("A może trzeba ją rozwiązać i odbudować od nowa?").

Ksiądz Stanisław Małkowski – który według esbeckich kalkulacji miał być zamordowany przed księdzem Jerzym, pytany niedawno - co dziś robiłby ksiądz Popiełuszko, gdyby żył – odpowiedział: „Może byłby tu ze mną na Wólce Węglowej. Zresztą jest. Często czuję jego obecność obok mnie”.

Wkrótce – dla nas wszystkich – obecność księdza Jerzego na ołtarzach stanie się faktem. Tak, jak obecność Jana Pawła II. W tym, dobrym dziele ma swój udział polski Episkopat.

Myślę, że tych dwóch, wielkich świętych można przyjąć tylko w całym wymiarze ich słów, życiorysów, postaw. Lub, nie przyjmować w ogóle. Dlatego wiem, że ich wspólny testament -"Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani" – zostanie spełniony.

Źródła:

http://www.kuriercodziennychicago.com/images/prymasglemp.pdf

http://cogito.salon24.pl/77790,bo-zlych-inaczej-pokonac-nie-mozna

http://www.ipn.gov.pl/download.php?s=1&id=3935

http://www.rp.pl/artykul/20,270344.html

http://grafik.rp.pl/grafika2/276547

http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=88&nid=1535

http://www.bibula.com/?p=7252

http://www.rp.pl/artykul/9160,271629_Glemp__Nie_bylem_przeciwny_beatyfikacji_ks__Jerzego.html

http://www.rp.pl/artykul/9157,269026.html

http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=artykul&id=4785