wtorek, 29 grudnia 2009

SKAZANY PRZEZ III RP – RZECZ O PUŁKOWNIKU (2)

Do chwili obecnej, w dyskusji o pułkowniku Kuklińskim obowiązują zasady ustalone przez esbeckich propagandystów w roku 1987, a następnie spożytkowane w wystąpieniach Jerzego Urbana. To w dokumentach, których fragmenty wcześniej zacytowałem można znaleźć określenia, jakimi dziś całe rzesze mniej lub bardziej świadomych oszczerców opisują postać pułkownika. „Zdrajca”, „agent i szpieg CIA”, „megaloman”, „prowokator”, „rzekomy ideowiec i zbawca Polski”, człowiek który „opluwa i szkaluje „Solidarność” – to tylko niektóre z epitetów, zaproponowanych Urbanowi przez SB.

Również z esbeckiej „Koncepcji zdyskontowania publikacji R. Kuklińskiego w czasie konferencji prasowej” pochodzą wskazówki sugerujące, w jaki sposób przedstawiać działalność pułkownika. Zaleca się w nich, by „nie polemizować ze szczegółowymi informacjami zawartymi w materiale”, ponieważ z „agentem obcego państwa pozbawionym praw obywatelskich. nie uchodzi dyskutować nie tylko przedstawicielowi rządu, ale nawet prawemu obywatelowi naszego państwa”. Postuluje się również, by „brać pod uwagę ewentualne międzynarodowe reperkusje”.

Gdyby ktoś zadał sobie trud dokonania analizy publikacji Adama Michnika na temat Kuklińskiego, bez trudu dostrzegłby, jak redaktor „Gazety Wyborczej” korzysta ze wskazówek peerelowskiej propagandy, by zdyskredytować postać pułkownika. Ponieważ celem tego tekstu nie jest propagowanie prymitywnych paszkwili, ograniczę się do wskazania jednej tylko publikacji z maja 1998 roku, w której można wskazać liczne przykłady zastosowania urbanowskiej retoryki:

Sam fakt pracy dla amerykańskich służb specjalnych nie jest jeszcze żadnym tytułem do chwały w Polsce. Przecież wielu było u nas amerykańskich szpiegów. Z niektórymi z nich siedziałem w więzieniu. Byli to zwykle wstrętni i podli ludzie. Natomiast oczywiście byli oni użyteczni dla CIA.”, „Nic więc dziwnego, że płk Kukliński, tak bardzo zasłużony dla CIA, został przez nią obdarzony wysokim odznaczeniem.”, „Porównanie Kuklińskiego z Łukasińskim, Wysockim czy Trauguttem jest nieporozumieniem. Problem nie polega na formalnym stosunku do przysięgi. Rzecz w szpiegowaniu dla obcego mocarstwa, dla cudzego państwa.”, „Kukliński cały czas działał na własną rękę albo na polecenie swych amerykańskich przełożonych. Oddawał amerykańskim służbom wywiadowczym usługi i nie miał żadnego wpływu na to, jaki z tego Amerykanie zrobią użytek. Pracował na rzecz amerykańskich służb specjalnych i tylko one korzystały z owoców jego pracy”.

„Jeśli przyjąć, że Kukliński działał w stanie "wyższej konieczności", podejmując współpracę z CIA, to trudno już zgodzić się z tezą, że to on obronił ludzkość przed III wojną światową. Czy Zbigniew Brzeziński wierzy, że w epoce prezydentury Cartera Breżniew szykował inwazję na Europę Zachodnią? Brzmi to jak nonsens”, „[...] najbardziej nawet totalna opozycja wobec władz PRL, którą uważali za dyktaturę podległą Moskwie, nie może prowadzić do współpracy ze służbami obcego wywiadu. W tym momencie bowiem kończy się lojalność wobec własnego państwa - choćby było ono niedemokratyczne i niesuwerenne - a zaczyna się lojalność wobec państwa obcego, choćby było ono demokratyczne i sprzymierzone z wartościami, o które chciało się walczyć”.

„[...] płk Kukliński pozwolił zrobić z siebie sztandar nie tych sił, które chcą pojednania i szerokiego konsensu w drodze Polski do NATO i UE. Przeciwnie. Kukliński stał się instrumentem tych, którzy prą do kolejnych awantur i wojen na górze. Trudno mi sobie wyobrazić bardziej kontrowersyjnego "jednoczyciela",

„[...] stało się coś niedobrego w stosunkach polsko-amerykańskich. Polska winna być dla Stanów Zjednoczonych sojusznikiem i partnerem, ale Polska nie powinna sugerować, że stanie się w przyszłości kolektywnym pułkownikiem Kuklińskim”.

Przytoczenie tych sofizmatów było konieczne, ponieważ są one reprezentatywne dla poglądów ludzi, uznających Kuklińskiego za postać „kontrowersyjną”. Zwykle, osoby te nie posiadają żadnej wiedzy o faktycznej działalności pułkownika, a ich znajomość najnowszej historii opiera się wyłącznie na przekazie medialnym. Cała ich argumentacja sprowadza się zatem do stosowania kilku stereotypów pojęciowych, wspartych na zasadach, jakie powyżej wskazałem. Podobnie więc, jak kłamstwa Urbana, tak sofizmaty Michnika znajdują podatny grunt wśród tej grupy odbiorców i mogą być bezkarnie powielane od ponad 20 lat.

Jak w każdym przypadku, – tak i w tym – fakty demaskują prawdziwy charakter oszczerstw.

Dość przecież przypomnieć, że wszystkie dokumenty sowieckiego sztabu generalnego, które Kukliński przez prawie dziesięć lat przekazywał Amerykanom, były pisane w języku rosyjskim, były to sowieckie plany podboju Europy. Nie sposób zatem twierdzić, że „Kukliński zdradzał Polskę”, nawet tę „niedemokratyczną i niesuwerenną”. Tajemnice wojskowe PRL były de facto tajemnicami sowieckimi i nie miały nic wspólnego z ochroną bezpieczeństwa Polaków. W tym kontekście, żadne inne wydarzenie, jak wyrok śmierci wydany przez komunistyczny sąd kapturowy w stanie wojennym udowadnia, że Kukliński walczył o wolną i niepodległą Polskę. W tym haniebnym procesie polskiego obywatela skazali na śmierć nie Rosjanie, tylko Polacy, za przekazywanie tajemnic nie polskich, lecz sowieckich, dotyczących interesów nie państwa polskiego, ale obcego, wrogiego Polsce okupanta.

Wspominam o tym również dlatego, że każdy, uczciwy człowiek odczuwa naturalną potrzebę zaprzeczenia kłamstwom, a mając nadzieję na sprawiedliwy osąd, chce przeciwstawić im prawdę i fakty. Jak mocne, u pułkownika Kuklińskiego musiało być poczucie krzywdy i świadomość fałszu michnikowskich publikacji, skoro przygotowując na początku 2004 roku odpowiedź na kolejny paszkwil „Gazety Wyborczej”, doznał wylewu krwi do mózgu. To zdarzenie, zdecydowało o przedwczesnej śmierci pułkownika.

Prócz peerelowskiej propagandy, istnieją oczywiście inne przyczyny negatywnego stosunku do postaci Kuklińskiego. W wielu wypadkach mają one podłoże osobiste : urażone ambicje, nienawiść do wroga, poczucie porażki, lęk przed kompromitacją. One – w ogromnej mierze tłumaczą stosunek wysokich funkcjonariuszy PRL do Kuklińskiego, owych wojskowych i cywilnych namiestników sowieckich. Tym również można wyjaśnić sowiecką operację „Lalkarz”, podjętą przez generała Wasilija Ryliewa - attaché wojskowego sowieckiej ambasady. To właśnie Ryliew zaprosił Kuklińskiego 7 listopada 1981 roku na bankiet z okazji rocznicy rewolucji październikowej. Dzięki temu, w powstałym po bankiecie zamieszaniu Kukliński mógł się urwać kontrwywiadowi i uciec przed aresztowaniem. Ponieważ ośmieszył tym sowieckiego generała, Ryliew rozpowszechniał pogłoski, jakoby Kukliński był podwójnym agentem GPU i CIA. Z tych samych powodów, – szef bezpieki Kiszczak, skompromitowany ucieczką pułkownika, którego darzył zaufaniem – rozpowiada dziś bajki o „podwójnej agenturze” Kuklińskiego.

Ale motywacje, leżące u podstaw stosunku do postaci pułkownika mogły być jeszcze bardziej osobiste.

W roku 1998 podczas pobytu w Zakopanem pułkownik Kukliński wyznał:

Te 9 lat niepodległości wyniszczyło mnie zupełnie. Ja jeszcze mowie, staram się dać z siebie wszystko, ale właściwie to już jest tylko skorupa. Może nie dlatego, ze straciłem dwóch synów, ale ze było mi ciężko znieść tak potworne oskarżenia, jakie tutaj płynęły z kraju. Gdy właściwie nie dano mi szansy bronić się.

Nawet wysłannik pana prezydenta Wałęsy powiedział mi: "Pan jest zdrajca. Wszystko, co możemy dla pana zrobić, to niech Pan napisze podanie do Pana prezydenta o ułaskawienie. Pan prezydent obiecał, ze rozpatrzy”.

Postawa Wałęsy wobec Kuklińskiego zasługuje na uwagę głównie z jednego powodu. Dziś, gdy za sprawą publikacji historyków IPN dysponujemy już wiedzą o przeszłości byłego prezydenta, wolno jego zachowanie wobec Kuklińskiego oceniać poprzez pryzmat tej wiedzy.

Podczas tego samego wystąpienia w Zakopanem, w roku 1998 pułkownik Kukliński wypowiedział niezwykle ważne słowa:

A jeśli idzie o agenta we władzach "Solidarności". To jest bardzo wrażliwy temat. Ja jego nie rozwiąże. To sama "Solidarność" i społeczeństwo musi rozwiązać. Nadszedł już czas, ze my musimy wiedzieć, kto jest kto. To nie może być tak, jak na filmie Zorro. Pojawia się Zorro, a okazuje się, ze to nie ten Zorro, to jest zupełnie inny Zorro. Te maski trzeba zdjąć. Z tym smrodkiem - przepraszam za użycie takiego stwierdzenia - można żyć, bo od tego nikt jeszcze nie umarł. Ale to jeszcze nie jest świeże powietrze. Nas stać na to, żeby te sprawę powoli do końca wyjaśnić. Warto wspomnieć, co mówił gen. Kiszczak, ze społeczeństwo byłoby zaszokowane, gdyby wiedziało, kto faktycznie jest...

Ponieważ moje wiadomości pochodzą nie z archiwów, nie chciałbym kogoś skrzywdzić i nie mogę sobie pozwolić na to, by obciążać kogokolwiek wina, która opiera się tylko na jakimś kontekście, okolicznościach czy tez informacjach, które miałem wówczas z MSW z Zarządu I od pułkownika Pawlikowskiego i jego pomocników. Ale uważam, ze ten kraj będzie w końcu wiedział. A jeżeli nie, to będzie wielka strata.

Ponieważ te słowa Kukliński wypowiedział tuż po tym, jak wspomniał o zachowaniu wysłannika Wałęsy, a wiedza pułkownika musiała dotyczyć osoby wysoko postawionej w hierarchii władz „Solidarności” – wolno domniemywać, że mówiąc o agencie, miał na myśli osobę Lecha Wałęsy.

Niewykluczone, że świadomość, iż pułkownik Kukliński posiadał pełną (lub niemal pełną) wiedzę na temat agentury ulokowanej w „Solidarności” i wśród ludzi tzw. opozycji demokratycznej stanowi jedną z podstawowych przesłanek, które zdecydowały, iż III RP skazała tę postać na zapomnienie i odmówiła należnych honorów.

Jest rzeczą pewną, że Kukliński – szef Oddziału Planowania Obronno-Startegicznego w Sztabie Generalnym WP, przyjaciel i znajomy wielu wyższych oficerów LWP, mający z nimi na co dzień doskonałe kontakty towarzyskie - musiał posiadać wiedzę (niekoniecznie uzyskaną w sposób oficjalny) o ludziach wysoko ulokowanych w strukturach opozycji, współpracujących z komunistyczną policją.

Choć nie była to – jak przyznawał sam pułkownik – wiedza pochodząca z archiwum, musiała być dostatecznie szeroka i ugruntowana, by w wielu „spiżowych” postaciach III RP wzbudzać nienawiść i lęk. Jak spróbuję wykazać w ostatniej części tego cyklu, również hierarchowie Kościoła w Polsce mogli odbierać obecność Kuklińskiego, jako zagrożenie dla swoich pozycji, umocnionych paktem z komunistami.

Myślę, że wolno brać pod uwagę tę okoliczność, gdy chcemy zrozumieć przyczynę zachowań ludzi zasiadających przy „okrągłym stole”. Być może, to właśnie wiedza pułkownika Kuklińskiego stanowiła najważniejszą przeszkodę, iż ten człowiek - pułkownik armii amerykańskiej z biegłą znajomością rosyjskiego i angielskiego, wysoki oficer Sztabu Generalnego, doskonale zorientowany w sprawach sowieckich – był niepotrzebny w wolnej Polsce.

Jan Nowak – Jeziorański – jeden z nielicznych Polaków, potrafiących doskonale ocenić dzieło pułkownika Kuklińskiego, powiedział o nim w roku 2004:

- Nazywanie go zdrajcą jest nonsensem. Każda konspiracja polega na wprowadzaniu w błąd wroga. To wprowadzanie w błąd staje się koniecznością w walce z wrogiem zdecydowanie potężniejszym. Ocena Kuklińskiego zależy od tego, kogo uznamy za wroga - czy Stany Zjednoczone, czy Związek Sowiecki? Znając dokumenty i relacje takich ludzi, jak Zbigniew Brzeziński nie ma wątpliwości, że Kukliński współpracował z wywiadem amerykańskim dla Polski a nie przeciwko niej. Przekazywał informacje po to, żeby ją ocalić, a nie po to, by ściągnąć na nią jakieś niebezpieczeństwo. Józef Piłsudski, walcząc o niepodległość Polski, współpracował z wywiadem austriackim przeciwko Rosji. Żołnierze AK współpracowali z wywiadem angielskim przeciwko Niemcom. Ja osobiście z żadnym wywiadem nie współpracowałem, ale jestem dumny, że przenosiłem w swojej poczcie raporty polskiego wywiadu, wspierającego wysiłek sprzymierzonych przeciwko Niemcom.

Tylko ci ludzie, którzy w obronie swoich życiorysów, wciąż powtarzają, że Związek Sowiecki był sojusznikiem, a Polska była suwerenna, albo miała, jak to mówią, ograniczoną suwerenność, uważają Kuklińskiego za zdrajcę. Ale jedno i drugie jest fałszem. Polska nie była krajem suwerennym. Związek Sowiecki był zagrożeniem i wrogiem.

CDN...

Źródła:

http://wyborcza.pl/1,76842,138526.html

http://www.videofact.com/mark/Kuklinski/zakopane.html

niedziela, 27 grudnia 2009

SKAZANY PRZEZ III RP – RZECZ O PUŁKOWNIKU (1)

Są w najnowszej historii Polski postaci, których III RP nigdy nie uzna za heroiczne i nie przydzieli im miejsca w panteonie narodowych bohaterów. Niezależnie – kto i w jakiej konfiguracji rządzi państwem, powstałym na mocy porozumienia „okrągłego stołu” – te postaci pozostaną w cieniu, a ich czyny będą skazane na zapomnienie i przemilczenie.

Nie może być inaczej, bo państwo zbudowane na sojuszu ze zdrajcami musi bać się każdej, autentycznej wielkości – głównie dlatego, że obnaża ona zaprzaństwo i nędzę tych, którzy państwo to utworzyli.

Jak w żadnym innym przypadku, stosunek III RP wobec postaci pułkownika Ryszarda Kuklińskiego jest dowodem, że państwo to stanowi kontynuację PRL-u, a ludzie je tworzący – nawet po śmierci pułkownika, odczuwają strach przed przyznaniem mu godnego miejsca w polskiej historii. Podobnie - jak istnieje milcząca „zmowa elit”, w sprawie wyjaśnienia okoliczności mordu na księdzu Jerzym, – tak w przypadku pułkownika Kuklińskiego mamy do czynienia z systemowym dezawuowaniem tej postaci. Mają w tym udział wszyscy beneficjanci III RP – począwszy od partyjnej nomenklatury i ludzi policji politycznej, po koncesjonowaną opozycję i hierarchów Kościoła. Miano postaci „kontrowersyjnej” jest, w przypadku pułkownika najmniej obraźliwym epitetem.

Gdybyśmy chcieli dociec przyczyn tego stosunku, trzeba wskazać kilka istotnych przesłanek. Najważniejsza wydaje się ta, iż działalność pułkownika Kuklińskiego dowiodła prawdziwej roli ludzi takich jak Jaruzelski czy Kiszczak i pozwoliła zrozumieć, czym naprawdę był twór zwany PRL –em. To jedna z fundamentalnych kwestii, o których twórcy III RP nie zechcieli poinformować Polaków.

Jedna z naczelnych zasad naszej doktryny operacyjnej stał się pogląd, że broń jądrowo –rakietowa jest obecnie głównym środkiem rozwiązywania zadań... W przyszłej wojnie światowej walka toczyć się będzie w sensie politycznym o istnienie lub nieistnienie jednego ze światowych systemów społecznych...”.

Taką zasadę głosiła „Doktryna Obronna Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”, a faktycznie doktryna wojenna Układu Warszawskiego - supertajny dokument przeznaczony jedynie dla wąskiej grupy kilkunastu generałów. W rzeczywistości – nie była ani obronna, ani polska, podobnie jak cały tzw. Układ Warszawski, którego dowództwo składało się bez wyjątku z sowieckich marszałków i generałów, a siedzibą była Moskwa.

Szczegóły planów nuklearyzacji Polski znalazły się m.in. wśród materiałów, które dostarczył Amerykanom pułkownik Ryszard Kukliński. Jako szef Oddziału Planowania Obronno-Startegicznego w Sztabie Generalnym WP, Kukliński miał wgląd w strategiczne plany Układu Warszawskiego. Znał dyslokację wojsk i trasy ich przemarszu, przez jego ręce przechodziło mnóstwo dokumentów, a resztę potrafił sobie sam dopowiedzieć.

Dariusz Jabłoński – twórca filmu „Gry wojenne”, w rozmowie z niezależną.pl przypomniał, że 1979 roku wszystkie kraje Układu Warszawskiego przyjęły statut na wypadek wojny. Dokument ten stanowił, że w wypadku konfliktu dowództwo przechodzi w ręce dowódcy Zjednoczonych Sił Zbrojnych, którym był trzeci wiceminister obrony narodowej ZSRR.

Polskim” frontem działań byłaby Dania i Hanower. Generałowie polscy dostaliby koperty z Moskwy i musieliby wykonywać rozkazy, niezależnie od swoich chęci i poglądów. Połowa polskiej armii poszłaby w pierwszym rzucie na świetnie uzbrojone Niemcy Zachodnie i Danię – pamiętajmy, że były tam m.in. pasy min jądrowych – straty byłyby kolosalne. Druga połowa zginęłaby na terenie kraju w odwetowych nuklearnych atakach amerykańskich, próbując osłonić drugi rzut Armii Czerwonej przechodzący przez Polskę. A razem z nimi miliony Polaków-cywili.” – twierdzi Jabłoński.

„Celem ataku byłby ten drugi rzut wojsk radzieckich poruszający się na terenie Polski. Układ Warszawski zakładał, a Amerykanie zdawali sobie z tego sprawę, że przez Polskę ruszy na zachód masa wojsk i sprzętu - milion pojazdów i dwa miliony ludzi. Nawet, jeśli nie byliby dobrze wyszkoleni, to ich masa byłaby przerażająca. Szliby przez Polskę 26 wytyczonymi trasami. Amerykanie wiedzieli, że muszą ich zatrzymać. Najlepiej w miejscu powstawania zatorów – czyli na przeprawach mostowych. Cel osiągnięto by, bombardując miasta położone nad Wisłą i Odrą... Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław...

Wszystkie główne polskie miasta poszłyby z dymem, a właściwie wyparowałyby.”

Informacje te oznaczają, że polskie dowództwo ludowej armii świadomie akceptowało fakt, iż Sowieci skazali Polskę na zagładę, a Polaków na fizyczną eksterminację. Znaczyło to również, że wojska polskie miały walczyć poza granicami Polski i posuwając się do przodu, powinny dojść aż do Atlantyku. Równocześnie, w ciągu pierwszych trzech dni, na teren Polski miał wkroczyć drugi rzut sił Układu Warszawskiego - to jest ok. 2 mln żołnierzy Armii Czerwonej i kilkaset tysięcy czołgów i pojazdów opancerzonych.

Dokument „Doktryny Obronnej PRL” potwierdza te informacje i nie pozostawia złudzeń, jaką rolę przewidziano Polakom:

Doktryna operacyjna polskich sił zbrojnych jest podporządkowana ogólnej doktrynie strategicznej socjalizmu. Nie negując znaczenia obrony, oddajemy priorytet działaniom zaczepnym. Operacyjne zadania Polski w ramach Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego przewidują, że po wybuchu konfliktu zbrojnego Wojska Polskie mają rozwinąć operację zaczepną na północnonadmorskim kierunku operacyjnym, operacyjnym, na głębokości 500 do 800 km, w pasie 200 do 250 km, w tempie 60 do 80 kilometrów na dobę. [...]

Trzeba przewidywać, że przeciwnik będzie dążył do wykonania strategicznych barier jądrowych. Za przypuszczalne obiekty uderzeń jądrowych należy, wydaje się, uznać: Śląski Okręg Przemysłowy, Warszawę, rejon Trójmiasta, Łódź oraz Poznań, Szczecin, Wrocław, Kraków. Uderzenia na komunikację najbardziej prawdopodobne w rejonie granicy polsko-radzieckiej. Dokładna prognoza skali uderzeń jest trudna. Jeżeli jednak przyjąć dla pierwszych dni wojny przybliżoną liczbę 50 do 60 uderzeń jądrowych o ogólnej mocy 25 do 30 megaton, to straty spowodowane tymi uderzeniami miałyby wynieść milion dwieście, do 2 milionów ludzi, a bardzo rozległy obszar kraju uległby skażeniu promieniotwórczemu.”

Plany sowieckie przewidywały, że uderzenia atomowe spowodują straty do 50 proc. w dywizjach tak zwanego pierwszego rzutu strategicznego sił Układu Warszawskiego- czyli głównie wśród polskich żołnierzy.

Ważne informacje, dotyczące doktryny sowieckiej i roli LWP ujawnił przed kilkoma laty Józef Szaniawski – pełnomocnik pułkownika Kuklińskiego. Przypomniał wówczas, że ludowa armia PRL miała wystawić do ataku na Zachód dwie armie - pancerną i zmechanizowaną. Wspierać je miały tak zwane ABROT, czyli Armijne Brygady Rakiet Operacyjno- Taktycznych oraz myśliwce bombardujące. Od 1964 r. Polska dysponowała odrzutowcami Su-7, zgrupowanymi w Bydgoszczy, które zakupiono specjalnie z myślą o atakach jądrowych. ARBOT-y uzbrojone w rakiety R-170, a potem R-7 i R-300 oraz 5. pułk lotniczy z Bydgoszczy, wyposażony w samoloty Su-7 teoretycznie powinny otrzymać od Rosjan głowice atomowe i bomby nuklearne na wypadek wojny. Polaków jednak nigdy nie dopuszczono do ćwiczeń z prawdziwą bronią jądrową, a wojsko trenowało jedynie na atrapach. Procedurę przekazania głowic i bomb otaczała jedna z najściślej strzeżonych w PRL tajemnic. Sekrety nukleryzacji Polski zawierały zalakowane koperty przechowywane w sejfach kolejnych pierwszych sekretarzy PZPR, opatrzone inskrypcją: Otworzyć w przypadku wojny. Koperty te zniszczono w 1989 r. na rozkaz gen. Jaruzelskiego.

Gdy dziś, roztrząsa się rzekomo sporną kwestię odpowiedzialności Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego, nikt w III RP zdaje się nie zwracać uwagi na fakt, że ten człowiek i podległe mu dowództwo tzw. ludowego wojska – w imię okupacyjnej „doktryny strategicznej socjalizmu” wyrażali zgodę na zagładę własnego społeczeństwa i uczynienie z polskiej armii „mięsa armatniego”. Żaden inny dokument – jak cytowana tu „Doktryna” stanowi bezpośredni dowód, że LWP było wasalną formacją zbrojną podporządkowaną całkowicie interesom sowieckim, a rzekomo „polscy oficerowie” spełniali rolę pospolitych namiestników Kremla. Wielu z generałów ludowego wojska, kontynuujących kariery w III RP i chlubiących się swoją „żołnierską przeszłością” chciałoby żeby Polacy zapomnieli, jaki los ci „polscy patrioci” przeznaczyli własnemu narodowi.

Już tylko z tego powodu, nienawiść wyższej kadry dowódczej LWP do pułkownika Kuklińskiego, wydaje się całkowicie zrozumiała. Czyn pułkownika, w sposób bezwzględny obnaża rolę sowieckich zdrajców, skazujących własnych rodaków na zagładę.

To dzięki działaniom Kuklińskiego i przekazanym przez niego informacjom prezydenci USA Carter i Reagan wdrożyli skuteczny program modernizacji wojsk konwencjonalnych i przewartościowali dotychczasową strategię wobec ZSRR. W ogromnym stopniu, to dzięki Kuklińskiemu, zapoczątkowany przez Sowietów „wyścig zbrojeń” skończył się militarną i ekonomiczną porażką „Imperium zła”.

Richard Pipes, doradca Reagana, i Zbigniew Brzeziński, doradca Cartera, zgodnie twierdzą, że raporty Kuklińskiego miały kluczowy wpływ na zmianę amerykańskiej polityki. Nie może zatem dziwić, że ludzie wykonujący rozkazy Kremla, traktować będą czyn pułkownika jako akt zdrady.

III RP – jako kontynuatorka „tradycji” generałów LWP musiała wypracować cały system tez propagandowych, by zniekształcić i zakłamać prawdę o pułkowniku Kuklińskim. Istnieje kluczowy dowód, że kłamstwa na jego temat, powtarzane wielokrotnie przez „autorytety” tego państwa, mają swoje źródło w propagandzie komunistycznej i są inspirowane przez ludzi policji politycznej PRL. Tym bezpośrednim dowodem są dokumenty zachowane w zasobie archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, w zespole akt byłego rzecznika prasowego Urzędu Rady Ministrów Jerzego Urbana (sygnatura URM BPR 403). Dotyczą one propagandowego przeciwdziałania wywiadowi udzielonemu przez Ryszarda Kuklińskiego w kwietniu 1987 r. paryskiej „Kulturze”, pt. „Wojna z narodem widziana od środka”.

Pierwszy z dokumentów został sporządzony w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, drugi w Ludowym Wojsku Polskim. Przedstawił je Grzegorz Majchrzak w publikacji „Zneutralizować Kuklińskiego”, zamieszczonej w Biuletynie IPN nr.3(38) z marca 2004 r.

Oba dokumenty miały dostarczyć Jerzemu Urbanowi argumentów, służących zdezawuowaniu Ryszarda Kuklińskiego i przedstawionej przez niego wersji wydarzeń. Cel był oczywisty – wykazać, że „zdrajca” Kukliński jest niewiarygodny. Pierwszy z dokumentów, pochodzący z Zespołu Analiz MSW nosił datę 14.04.1987 r. i zawierał m.in. bardzo ważne tezy związane z planowanym przez komunistów „porozumieniem narodowym”. Już wówczas „ludzie honoru” zdawali sobie sprawę, jakie zagrożenie dla ich planów niosły wypowiedzi Kuklińskiego i ewentualne ujawnienie roli, jaką w PRL spełniali sowieccy namiestnicy w polskich mundurach. Analitycy z SB zatytułowali ten dokument „Notatka dot. argumentów i tez kontrpropagandowych wobec wywiadu R. Kuklińskiego dla „Kultury”. Czytamy tam m.in:

„1. Podstawowym pytaniem w związku z ukazaniem się wywiadu Kuklińskiego w „Kulturze”

jest pytanie – dlaczego akurat teraz?

Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Oto przesłanki dla wypracowania takiej odpowiedzi:

– tekst jest wymierzony personalnie przeciw tow. gen. armii Wojciechowi Jaruzelskiemu;

– drugi cel dywersyjny – to odnowienie i nasilenie nastrojów antyradzieckich w sytuacji oczywistego i powszechnie komentowanego zbliżenia Polski i ZSRR w trakcie przeprowadzania wewnętrznych reform;

– wyprzedza i utrudnia otwarcie w publicystyce i historycznych pracach naukowych i popularyzatorskich tzw. trudnych tematów dot. wspólnej historii Polski i ZSRR – co przygotowywano;

– pojawia się tuż po „spektaklu amerykańskim” przeznaczonym dla opinii międzynarodowej i własnych wyborców, jakim było zniesienie restrykcji;

– stwarza przeciwwagę, odnawia negatywne emocje za granicą wobec polskich władz w sytuacji prowadzonej z powodzeniem ofensywy dyplomatycznej dla przebicia sztucznej izolacji naszego kraju;

– pojawia się przed wizytą papieża, w kontekście jego pobytu m.in. w Chile i stwarza oczekiwania oraz psychologiczną presję na odnowienie problemu „Solidarności” i jej „spacyfikowania” podczas pobytu papieża w Polsce;

– uderza w procesy polaryzacji politycznej tzw. opozycji, a zwłaszcza [w] takie próby rozszerzenia praktyki porozumienia narodowego jak utworzenie Rady Konsultacyjnej oraz efekty polityczno-psychologiczne, zwolnienia tzw. więźniów politycznych;

– pojawia się w trakcie podjęcia w Polsce próby radykalnej efektywizacji gospodarki, co daje jedyną szansę trwałej stabilizacji wewnętrznej i umocnienia socjalizmu.”

Następnie, fachowcy z SB zamieszczają „kilka dalszych tez i chwytów kontrpropagandowych, mogących posłużyć w kampanii na tle wywiadu Kuklińskiego”. Pojawiają się twierdzenia o „teczce agenta CIA” i wszystkie inne kłamstwa, powielane wielokrotnie w III RP.

„- Część danych wzięto z „teczki agenta” prowadzonej pewnie gdzieś w rezydenturze CIA, a w tym ze szczegółowego życiorysu, który musiał napisać dla swych pryncypałów, łącznie z takimi detalami, jak to gdzie i z kim chodził do szkoły podstawowej, ulice, na których [sic!] kolejno mieszkał, charakterystyka znajomych, współpracowników, sąsiadów...[...]

- Megalomania i besserwiserstwo K[uklińskiego] są wręcz odrażające: on się zorientował, że akcja [wojsk] U[kładu] W[arszawskiego] w Czechosłowacji to „inwazja”, on wiedział, że jest to sprzeczne z interesem narodu polskiego, on chciał „ostrzec świat”! – tyle że „było to trudne w jego sytuacji”.

- Zdrajca Kukliński ironizuje przy tym i naśmiewa się z faktu, że polscy wojskowi byli dumni, iż w operacji 1968 roku obyło się bez strat, że pod gąsienicami polskiego czołgu zginęło jedno czechosłowackie [sic!] dziecko – i to przez absolutny przypadek, że polscy żołnierze spełniali najlepiej pojmowany obowiązek, pamiętając o tym, że są w zaprzyjaźnionym kraju, aby go chronić, a nie pacyfikować.

- Rzekomy „ideowiec”, zbawca Polski, superszpieg Kukliński ubolewa, że w 1970 roku nie było nikogo, kto odmówiłby wykonania rozkazu strzelania na Wybrzeżu. Wylewając te krokodyle łzy dziś, gdy partia ma obiektywną ocenę konfliktu 1970 roku, gdy oficjalnie składa się kwiaty przy pomniku poległych w Gdańsku – Kukliński się budzi ze swym dość cuchnącym morale. [...]

- W 1980 roku Kukliński „po prostu powiedział NIE” – cóż za „skromność” i „bohaterstwo”.

Pozostaje pytanie – za ile $ i komu powiedział to swoje prywatne, cichutkie „TAK”?

- Kłamstwem jest stwierdzenie Kuklińskiego, że „od początku kryzysu Związek Radziecki zajął publicznie stanowisko, że to, co dzieje się w Polsce, jest kontrrewolucją”. Liczy on na niewiedzę i niepamięć. Nawet znany, zdecydowany w tonie list KC KPZR nie zawiera takich ocen globalnych – wprost przeciwnie, podkreśla konieczność uporządkowania spraw w Polsce w w[edłu]g koncepcji polskich komunistów i samodzielnie, ostrzega przed próbami ingerencji w polskie sprawy wewnętrzne

- Kukliński twierdzi, że gdyby polscy przywódcy powiedzieli w 1980 roku Rosjanom „NIE” to wtedy „Solidarność” zmieniłaby front i zajęła się „obroną suwerenności”. Kukliński jest więc w dalszym ciągu prymitywnym prowokatorem i dowodzi, że istotnie chodziło mu o powtórzenie scenariusza czechosłowackiego, który wiązał się z próbą wystąpienia z U[kładu] W[arszawskiego] i RWPG i świadomego naruszenia w ten sposób równowagi sił w Europie. Po drugie – Kukliński opluwa i szkaluje „Solidarność”, która jako całość nigdy nie dałaby się wciągnąć w tak samobójcze dla narodu poczynania. Najprostszy fizyczny robotnik – członek „S” był politycznie mądrzejszy od ekspułkownika.”

W drugim z dokumentów, nazwanym „Koncepcją zdyskontowania publikacji R. Kuklińskiego w czasie konferencji prasowej” zawarto tezy które do chwili obecnej zdają się obowiązywać w dyskusji publicznej na temat pułkownika. Zalecano tam bowiem m.in.:

- „W żadnym wypadku nie polemizować ze szczegółowymi informacjami zawartymi w materiale. Ewentualne działania propagandowe ustawić w ten sposób, aby wykazać jego ogólny, dywersyjny i antypolski charakter.

- W każdym przypadku brać pod uwagę ewentualne międzynarodowe reperkusje naszego przeciwdziałania. Trzeba uwzględnić fakt, iż jak dotychczas – międzynarodowa opinia publiczna jest w minimalnym stopniu o tym materiale poinformowana.

- Wydaje się, iż słuszne będzie zminimalizowanie wszelkiej reakcji z naszej strony w odniesieniu do tego materiału”.

Postać pułkownika miała być przedstawiana według następującego wzorca:

Kukliński jest amerykańskim szpiegiem, zdrajcą narodu skazanym prawomocnym wyrokiem na karę śmierci. Z agentem obcego państwa pozbawionym praw obywatelskich. nie uchodzi dyskutować nie tylko przedstawicielowi rządu, ale nawet prawemu obywatelowi naszego państwa,

– w odniesieniu do treści materiału można a priori stwierdzić, iż amerykańscy mocodawcy szpiega Kuklińskiego spreparowali materiał w celu siania dywersji i destrukcji wśród społeczeństwa w okresie postępującej stabilizacji w Polsce. W takich okolicznościach szersze ustosunkowywanie się do materiału jawnie wrogiego wobec Polski jest bezprzedmiotowe.”

CDN...

Źródła:

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/28928

Józef Szaniawski – „Układ Warszawski czy Moskiewski” Kurier Codzienny 3-5.02.2006r.

czwartek, 24 grudnia 2009

POLSKIE WIGILIE

I

To było w sobotę 23 grudnia 1939 roku w Wigilię Bożego narodzenia, zgodnie z prawem kanonicznym, jeśli dzień Wigilii przypadał na niedzielę, przesuwano go na sobotę. Na dworze było mroźno. Od rana trwała zadymka, wiał ostry wiatr. Skuleni i otuleni czym się dało więźniowie szybko schodzili z nakazanego spaceru. W celach od rana trwały przygotowania do wieczornej, wigilijnej kolacji. Na dziedzińcu Niemcy ustawili dużą choinkę ― więc i oni przygotowywali się do świąt. Posępnie patrzyliśmy w okno ― wspominał po latach więzień lubelskiego Zamku, ks. Michał Słowikowski ― w naszej celi brak było zapału i chęci do rozmowy. Wysunęliśmy na środek stół, nakryliśmy czymś białym, było sianko i opłatek. Każdy zamyślony, nagle komenda „Baczność”. Słychać ciężkie kroki… Zgrzyt klucza w celi 35… Ktoś wchodzi… Jesteśmy mocno podnieceni… Wypuszczają dalszych na wolność ― powiedział ktoś. Inni westchnęli, może dla niektórych gwiazdka zajaśnieje… Zaczęliśmy całować się i zalewać łzami opłatek.

O godzinie 17.00 wywołanych z cel dziesięciu więźniów wyprowadzono bez rzeczy osobistych i cieplejszego odzienia do ciężarowego auta. Podróż w eskorcie nie trwała długo. Do kirkutu było za-ledwie kilkaset metrów. Podprowadzono ich do wcześniej wykopanych dołów. Egzekucję oświetlały reflektory ciężarowego samochodu. Echa wystrzałów dotarły nie tylko do Zamku, ale i gmachów starego miasta. Nazajutrz rano polscy strażnicy nie ukrywali prawdy. Wśród przetrzymywanych zakładników powiało grozą. Prawie już nikt nie miał nadziei na ocalenie...

Ksiądz Michał Słowikowski

Na placu apelowym hitlerowcy ustawili choinkę oświetloną elektrycznymi lampkami. Pod drzewkiem zostały złożone ciała więźniów zmarłych w czasie pracy oraz zamarzniętych na apelu. Lagerführer Karl Fritzsch określił leżące pod choinka zwłoki mianem "prezentu" dla żyjących i zabronił śpiewania polskich kolęd.

Karol Świętorzecki – Wigilia w Auschwitz - 24 grudnia 1940 roku

II

Wieś została napadnięta od północy i od zachodu. Na placu budowy nowego kościoła Ukraińcy podzielili się na mniejsze grupy, które rozbiegły się po wsi głównie w kierunku południowym. Po pierwszych seriach karabinowych rozdzwoniła się sygnaturka na plebanii. Ukraińcy natychmiast rozpoczęli tam wyłamywanie drzwi. Równocześnie wyrąbywali drzwi wejściowe do domu Białowąsów „Głąbów” mieszkających naprzeciw plebanii. Prawie w tym samym czasie zaatakowano inne pobliskie obejścia, w tym jako jeden z pierwszych – mój rodzinny dom.

Donośny dźwięk sygnaturki z plebanii uratował życie wielu Ihrowiczanom. Ci, którzy natychmiast rzucili się od stołów wigilijnych do ucieczki – w większości przeżyli. Jednak księdzu i jego rodzinie nie mógł już nikt pomóc. Ukraińcy przystąpili do rozbijania drzwi wejściowych i okien. Zdobywanie zabezpieczonej w masywne drzwi i okiennice plebanii trwało ok. 15 minut. Po wyrąbaniu drzwi ks. Stanisław Szczepankiewicz, jego matka Anna, siostra Maria i brat Bronisław zostali bestialsko zamordowani siekierami.[...]

Szykowaliśmy się do wieczerzy wigilijnej, gdy prawie równocześnie z serią karabinową i dźwiękiem sygnaturki usłyszeliśmy ujadanie psów i podejrzane hałasy w pobliżu naszego domu. Na te odgłosy matce wypadły z rąk talerze, na których niosła opłatki z miodem. Krzyknęła:

- Dzieci uciekajmy bo mordują!

Ten krzyk i brzęk rozbijanych talerzy słyszę do dziś.

Siostra rzuciła się do okna i uchylając okiennicę zawołała:

- Idą do nas.

Wszyscy wypadli do sieni, by uciekać na strych. Wiedziałem czym to grozi i siłą ściągnąłem matkę i brata Kazika z drabiny.

- Chodźcie za mną! – rozkazałem.

Chciałem uciekać przez pokój na wschód, ale okazało się, że drzwi do pokoju były zamknięte. Matka wcześniej odruchowo zamknęła je na klucz, który schowała w kieszeni, o czym w panice zapomniała. A na stole w zamkniętym pokoju leżała moja broń ...

O naszym życiu decydowały sekundy. Mordercy szli od południa więc szybko otworzyłem okno w kuchni wychodzące na północ. Wypychałem wszystkich kolejno. Zdążyliśmy. Wyskoczyłem jako ostatni i jeszcze przymknąłem za sobą okno.

Z naszego podwórka uciekliśmy przez dziurę w płocie do obejścia sąsiada Ukraińca. Bez jego wiedzy skryliśmy się na strychu obory. Gdy wszyscy znaleźli się już na górze, wciągałem za sobą drabinę. [...]

W tej samej chwili wszystko się wyjaśniło. Łomem i siekierami napastnicy zaczęli rozbijać drzwi domu. Wdarli się do środka i szukali przede wszystkim domowników. Uratowało nas zamknięte okno, bo szukali tylko wewnątrz budynku. Słyszeliśmy ich głosy:

- Zdieś ich niet i zdieś ich niet.

Słyszalność tego wieczoru była doskonała. Słowa, odgłosy, strzały niosły się daleko z powodu zmrożonej pokrywy śnieżnej i kilkustopniowego mrozu. Słyszeliśmy jak bandyci szukając nas na strychu w sianie zaczepiali o blachę dachu, jak do siebie mówili.

W tym czasie z plebani dochodziły do nas wyraźne odgłosy rozbijanych drzwi i okien. Walenie siekierami przeplatało się z trzaskiem wyłamywanego drewna. Po jakimś czasie usłyszeliśmy straszliwy lament kobiet od Białowąsów „Głąbów”. Była tam babcia, matka, trzy córki i mieszkająca z nimi zaprzyjaźniona nauczycielka z Cebrowa. W czasie napadu uciekły na strych zamykając za sobą właz. Teraz paliły się żywcem, gdyż Ukraińcy podpalili ich dom. Tego wołania Boga i ludzi o pomoc opisać nie potrafię. To był jakiś koszmar. Chwilami dłońmi zatykałem uszy. Do końca życia nie zapomnę ich przerażonych, wręcz oszalałych z bólu krzyków. Kobiety te doznały piekła na ziemi.

Mieczysław Albert Krąpiec O.P.- Krwawa Podolska Wigilia w Ihrowicy w 1944 roku.

III

W nocy z 23/24 grudnia po ostrym pukaniu, ojciec otworzył drzwi naszego domu. Weszło dwóch uzbrojonych żołnierzy i UB-owiec w mundurze wojskowym. Doskoczyli do mnie, krzycząc, że jestem "bandziorem". Kazali się ubierać. Pożegnałem się z rodzicami i wyprowadzono mnie na drogę. Wtedy dopiero zobaczyłem, że dom otaczało kilkunastu żołnieży.

Do "Riwiery" byłem prowadzony pod lufą rewolweru UB-owca, za którym podążali żołnierze. Gdy mnie doprowadzono zauważyłem pilnowanego przez wartownika Szymka Stasika. Po pewnym czasie wzięli go na przesłuchanie. Po nim miałem iść ja. Przed wejściem zapytałem go czy biją. Odpowiedział mi tylko: "co sie bois, kiedyś po misjak!".

Na wstępie pouczono mnie, że mam trzymać ręce na kolanach i siedzieć spokojnie. Po spisaniu personaliów UB-owiec rozpoczął od pytania kto przylepił ulotkę i po co. Po kilku pytaniach ponownie wrócił do sprawy, ale już sugerując, że zrobiłem to ja. Zaprzeczyłem. Począł się odgrażać. Zza pieca wyciągnął "brocoka" czyli obłupionego z kory kija, kazał zrzucić kożuch i kłaść się na podłogę. Zawiązał mi głowę w kożuch i wsadził ją między swoje nogi. Zaczął mnie okładać kijem od kolan w górę. Nie pamiętam dokładnie, ale było około 15 uderzeń. Kiedy mnie uwolnił ponownie groził, że dostanę jeszcze lepiej, jak nie przyznam się do zarzutu. Jeden z żołnierzy śmiał się. "Masz ty twardą dupę" - powiedział. Leżałem potem na brzuchu, na gołej podłodze i nie mogłem zasnąć do rana. Tak rozpoczęła się moja Wigilia.

Franciszek Chowaniec Suchowion – Bukowina Tatrzańska 1946

IV

Po pochmurnym poranku rozbłysnęło cudnie

nad więzienną warownią jasno popołudnie.

Zimne, grudniowe słońce, rozgarnąwszy chmury

złoci zamczyste bramy, niedostępne mury,

szare plamy dziedzińców. I krwią strop pstrokaty

zbrojny wieżyczkami, uzbrojony w kraty –

posępnych tłum budynków mokotowskiej kaźni.

Dziś wigilia... Wigilia! Cała mocą jaźni

wybiegam poza kraty, mury, poza straże

w świat wspomnień. Wkoło siebie widzę drogie twarze,

choinkę w cackach, słyszę kolędowe pienia...

„Masz tytoń?” – pyta sąsiad, i płoszy wspomnienia.

Pierzchają spod powieki obrazy kochane,

jestem w celi, przy kracie... Oparty o ścianę

chłonę obraz nieszczęścia, ryję go w pamięci. –

Pośrodku tłum skłębiony w kieracie się kręci,

huczy stugębny pogwar rozmów i stunogi

łoskot drewnianych trepów o deski podłogi.

Cisza! Przerwać kolędę! tam w oknie Dziesiątki

światło – śledczy odprawia wigilijne świątki.

Narożna cela, blisko. – Widzicie? – otwiera

okno. Gwiżdże wesoło melodię szlagiera.

Przejmujący szczęk klucza w barierę. Ktoś z dołu

na badanie. Gwizd ustał. Słychać szurgot stołu

i krzesła. Rozmawiają. Podniesione głosy.

To – kobieta „Aaa” – krzyczy. Ciągnie ją za włosy!

Rynsztok z ust oficera. Znów głośna rozmowa.

Znów krzyk. Razy uderzeń! Męskie kroki. Słowa:

„Oddziałowy” – i – „karcer”. Pchnięte okno trzasło.

Szczęk klucza o barierę. Cisza. Światło zgasło.

I w tamtym oknie widno. Czy też przesłuchanie?

Nie. Głos jeden. Mężczyzna. Półgłośne wołanie,

nieprzytomne spazmem: „Mamo, mamo!”.

To – ze stójki. Na mrozie, nago, w wilię samą...

Którą noc stoisz, bracie? – Pod oknem na śniegu

skrzyp kroków. Przeszło kilku w mundurach. Ten z brzegu

– naczelnik. Reszta – obcy. Pewno mróz na dworze,

bo kryją twarz w kołnierze. „Śpieszą chyłkiem. Boże!!

Znamy ten orszak. To – mordercy! Dzisiaj z celi

wzięci Zygmunt i Lucjan. Obaj KS mieli sto dni już minęło... Bracia! Między nami –

Śmierć! Wpijam chciwie oczy w półmrok za oknami.

zza chmur błysnęła pierwsza gwiazda. Teraz w domu

biorą w rękę opłatek... Ścieram po kryjomu

niemęską łzę z policzka. Huknął strzał! Tam, w tyle,

przy szpitalu, „Trzynastka”, gdzie zawsze. Za chwilę

strzał drugi! Głucha cisza mózg do bólu wierci.

Nad więzieniem ku miastu przemknął Anioł Śmierci,

Rodzinom wigilijny niesie upominek

– od Moskwy.

Szepczę prędko „Wieczny odpoczynek”.

Tadeusz Maciński - Mokotów 1947 – Wigilia w celi śmierci.

V

Na Boże Narodzenie dziewczęta dostały chleb - jak nasz foremkowy. Wyjęły ze środka miąższ i zrobiła się śliczna szopka. Śnieg z waty, główki postaci także z chleba. Oczywiście mowy nie było o świecach. Wobec tego z chleba zrobiły flakon, a do środka nalały masła, które się doskonale paliło.

Wieczorem przychodzi Sowietka, lekarka. Dziewczęta rozsunęły się i ona zobaczyła tę szopkę. Nabrała powietrza z zachwytu, ale szybko się opanowała. Skąd macie watę? - zapytała - Podano z domu. Więcej do tego nie wróciłyśmy.

Były wśród nas Polki, Rusinki (dziś się mówi Ukrainki), Rosjanki i do wszystkich przecież Pan Bóg przyszedł. Ponieważ nigdy nie wiedziałaś, czy ta, która chce się z tobą modlić, nie chce cię podchwycić na jakimś nieuważnym słowie (mówiło się "sek-sot" czyli sekretnyj sotrudnik, tzn. tajniak), bardzo trudno modliło się w celi. Taka była ta pierwsza wigilia. Kolejną spędziłam już na Północy.

Tam nie obchodziło się świąt. Kiedy w wilię wróciłam do bazy, szybciutko wzięłam toporek i pobiegłam w głąb lasu dostać choinkę. W lesie było dużo ludzi, bo wszyscy chcieli zdobyć jakieś drzewko. Katolicy, greko-katolicy i prawosławni - choć normalnie święta mają 13 dni później - a nawet protestanci, bo przecież też obchodzą Boże Narodzenie.

Kiedy pierwszy raz uderzyłam toporkiem w młodego świerka, opadły z niego wszystkie igły. Było minus 30 stopni i igły zamarzły. Wyjaśniono mi dopiero, że nie wolno rąbać, ale piłować. Wzięłam dwa drzewka: jodełkę i świerczka. Jedno piękniejsze od drugiego.

Okazało się, że każdy coś śpiewa na Boże Narodzenie, ale jedną kolędę znali wszyscy. Cicha noc, święta noc. Niektórzy kojarzą tę kolędę z hitlerowskimi Niemcami. Niesłusznie. Przecież kolęda nie może dzielić, może tylko łączyć, a my byliśmy razem zesłani.

Zofia Stanek - "Listy z Syberii (lata 1951-1957)"

VI

Na mocy dyrektywy nr 001 z 30 maja 1951 r., wydanej przez szefa Głównego Zarządu Politycznego WP gen. Naszkowskiego w sprawie "polepszenia metod walki z naciskiem klerykalizmu w wojsku, w sprawie pracy nad krzewieniem naukowego światopoglądu wśród żołnierzy oraz postępowania w stosunku do wierzących żołnierzy.” – zdjęto krzyże z sal żołnierskich, nie wydawano żołnierzom przepustek w niedziele i święta, zakazano urządzania wigilii, śpiewania kolęd, stawiania choinek w czasie świąt Bożego Narodzenia.

VII

Grudzień 1970 roku był pełen napięć i nerwowej atmosfery. Od 14 do 22 grudnia, w całej Polsce mamy apogeum wieców, strajków i demonstracji. W Polsce trwa bunt robotniczy. Główne centrum strajków to Szczecin, Gdynia i Gdańsk. Wszelkie wyjazdy i przepustki już dawno zostały wstrzymane. Około 20 grudnia, w WAT pojawiła się kolumna ciężarówek wojskowych przygotowana do przewozu wojska. Docierają do nas informacje, że mamy zadanie ochraniać obiekty ośrodka Telewizji Polskiej w Warszawie. Opiekun naszej grupy szkoleniowej, kpt. Ryszard Kurnatowski, przeprowadza z niektórymi z nas dziwne testy i zadawał dziwne pytania. Zadawał szereg pytań sytuacyjnych takich jak: „Co byście zrobili, gdy ochraniacie most i zbliżają się robotnicy”. Najwyraźniej sondował nasze nastroje. Po pierwszych przesłuchaniach, pytania były coraz mniej drastyczne. Wyczuwał wyraźną niechęć z naszej strony do tej formy sondażu nastrojów podchorążych. Ostatecznie wycofał się z dalszego prowadzenia tego typu rozmów z nami.

Czekamy z godziny na godzinę na kolejne wydarzenia. Wreszcie przełom, 20 grudnia Władysław Gomułka zostaje odsunięty od władzy. Pierwszym sekretarzem KC PZPR zostaje Edward Gierek. W WAT nastąpiła odwilż w napiętej atmosferze i wypuszczono nas do domu. Zdążyliśmy na Wigilię 1970 roku.

płk rez. mgr inż. Zbigniew Przęzak

VIII

W wigilię świąt Bożego Narodzenia wygłodzeni górnicy Kopalni „PIAST” przeszli kopalnianymi chodnikami do sąsiedniej kopalni Ziemowit (są połączone 10-kilometrowym korytarzem). Tam jednak już nikogo nie było. Piast był bowiem tego dnia jedynym strajkującym zakładem pracy w Polsce. Kilka godzin później na dół zjechał biskup Janusz Zimniak z trzema księżmi. Nie namawiał górników do przerwania strajku, przypomniał tylko, że czekają na nich rodziny, i udzielił im rozgrzeszenia. Na Wigilię górnicy dostali po kawałku

chleba i jabłka. Strajk przerwano 28 grudnia ze względu na zagrożenie zdrowia górników. Przywódcy strajku zostali aresztowani, a potem wyemigrowali z kraju.

IX

Upychają nas do cel. Znalazłem się wraz z dwoma kolegami z Fadromy (Stagraczyński i Mikuła) i Markiem z młyna Różanka, w małej czteroosobowej celi. Cela nr 7 na parterze. Usiadłem na pryczy i zaczęło się rozmyślanie. Co to dalej będzie ...

Po chwili jednak zwróciłem się do współtowarzyszy niedoli. „Panowie, toż to przecież wigilia, (była godzina około 20:00) - więc czas na wieczerzę”. Ale jak zrobić wieczerzę w takich warunkach, nic nie mając ? Jeden z nas postawił pustą aluminiową miskę na stole. Sięgnąłem do kieszeni i znalazłem tam dwa małe okruszki od opłatka, który przyniosła mi żona, i który zostawiłem kolegom wychodząc z celi na Kleczkowskiej, a okruszki w kieszeni zostały. Inny kolega znalazł w kieszeni kawałek chleba. Położyliśmy więc te okruszki opłatka i ten chleb na misce. Więcej niestety nic nie było. "Czas zaczynać wieczerzę" - rzekłem. Pomodliliśmy się, podzielili opłatkiem składając sobie życzenia, wyściskaliśmy się, podzieliliśmy się tym małym kawałkiem chleba. "Po wigilii czas na kolędy" - powiedział któryś z nas. I zaczęliśmy śpiewać. Po chwili okazało się, że nie tylko my śpiewamy kolędy, ale także inni koledzy w celach, też zaczęli śpiewać. Śpiewaliśmy głośno aż do północy, a dookoła więzienia zebrał się tłum ludzi, który idąc na pasterkę zatrzymał się, żeby posłuchać kto tak pięknie w więzieniu śpiewa. Tego bowiem jeszcze nie słyszeli. Piękna to była wigilia w więzieniu w Grodkowie roku Pańskiego 1981.

Jerzy Malinowski – Wigilia w Grodkowie.

X

W pierwszą Wigilię stanu wojennego przyszli do nas z parafii św. Stanisława Kostki, że wszędzie szukają księdza Jerzego. Co się okazało: Jurek wziął opłatki i jeździł po Warszawie, dzielić się z żołnierzami, którzy klękali na śniegu, spowiadali się, płakali, całowali po rękach, że ich nie potępia, tylko przychodzi z dobrym słowem...

Anna Szaniawska

Mówię - słuchaj teraz w październiku może byś pojechał do Kosarzysk, odpowiedział - Październik mam strasznie zajęty, ale w grudniu na święta, to bym bardzo chciał przyjechać. Na Wigilię on zawsze musiał być sam, nigdy nie przyjął żadnego zaproszenia, powiedział, że Wigilię spędza tylko sam. Miał ukochaną siostrę Jadzię, która zmarła; od tej pory we Wigilię nie chciał być z nikim, nie wiem dlaczego, czy ona zmarła właśnie w tym dniu?

Danuta Szaflarska - wspomnienia o księdzu Jerzym -miesięcznik „Znad Popradu”

– Pogodziłam się z tym cierpieniem... Widocznie tak Bóg chciał. Jako młoda dziewczyna przed zamążpójściem miałam sen, który zrozumiałam dopiero po męczeńskiej śmierci Księdza Jerzego. Widziałam w nim dwie lilie. Pierwszą z nich była moja córeczka Jadwiga, która zmarła w wigilię Bożego Narodzenia mając rok i 10 miesięcy. Druga z lilii to męczeńska ofiara życia syna-Kapłana. Widziałam w trumnie Jego umęczone ciało... –

Marianna Popiełuszko – Tygodnik Niedziela Podlaska

XI

Wielka tajemnica Bożego samouniżenia, dzieło odkupienia rozpoczynające się w słabości — ta prawda nie jest łatwa. Zbawiciel narodził się w nocy — w ciemności, w ciszy i ubóstwie betlejemskiej groty. „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło” — ogłasza prorok Izajasz (9, 1). To miejsce zaznało „jarzma” i „pręta ciemięzcy”. Ileż razy krzyk niewinnych rozlegał się na tych ulicach? Nawet wielka świątynia zbudowana na miejscu narodzin Zbawiciela wznosi się niczym forteca nękana przez dziejowe burze. Żłóbek Jezusa leży zawsze w cieniu krzyża. Milczenie i mrok betlejemskich narodzin zlewają się w jedno z mrokiem i cierpieniem śmierci na Kalwarii. Żłóbek i krzyż należą do tej samej tajemnicy odkupieńczej miłości; ciało, które Maryja złożyła w żłobie, jest tym samym ciałem, które zostało złożone w ofierze na krzyżu.

Jan Paweł II - Msza św. na Manger Square — Betlejem 2000.

....................................................

Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog – znanym i nieznanym Przyjaciołom – życzę radości z Tajemnicy Bożego Narodzenia, pokoju w sercu, ducha nadziei i światła wiary.

Obyśmy już nigdy nie musieli przeżywać naszych tragicznych „Polskich Wigilii” i mogli ten czas spędzać w rodzinnym gronie, wśród bliskich, przyjaznych osób. Życzę nam wszystkim, by słowa Wyspiańskiego z Wyzwolenia „stały się ciałem” - Byś zwiódł z wędrówki długiej mój naród do Wszechmocy! Byś dał, co mają inni, gdy przyjdziesz jako Dziecię tej nocy Bożego narodzenia.....Daj nam poczucie siły i Polskę daj nam żywą,
by słowa się spełniły nad ziemią tą szczęśliwą...

sobota, 19 grudnia 2009

ZABITY Z NIENAWIŚCI DO WIARY

Udowodnienie nienawiści do wiary u prześladowcy stanowi niewątpliwie najistotniejszy problem spraw najnowszych męczenników. Trudność ta odnosi się m.in. do systemów totalitarnych. Należy odróżnić nienawiść prześladowcy od sporów i różnic politycznych. Choć można stwierdzić ogólnie, że systemy: nazistowski i stalinowski były zbrodnicze, to jednak każdy fakt męczeństwa należy zbadać indywidualnie oraz zweryfikować motywację po stronie zadającego śmierć. Mogą wystąpić różne przyczyny, ale o męczeństwie mówimy, kiedy nienawiść do wiary jest elementem przeważającym” - ten fragment pracy „Współcześni męczennicy za wiarę – Wymagania procesu kanonizacyjnego” księdza Arkadiusza Damaszka SDB z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, zamieściłem w tekście „NIE BÓJCIE SIĘ ŚWIĘTOŚCI KSIĘDZA JERZEGO” z lutego 2009 roku.

To wówczas mogliśmy się dowiedzieć, że za sprawą osobistej interwencji Benedykta XVI przebieg procesu beatyfikacyjnego ks. Jerzego Popiełuszki uległ przyspieszeniu.

Dzisiejsza informacja o podpisie Papieża złożonym pod dekretem uznającym heroiczność cnót Jana Pawła II oraz dekretem o męczeństwie kapelana "Solidarności", zamyka proces beatyfikacyjny księdza Jerzego i umożliwia wyznaczenie daty wyniesienia na ołtarze.

Ta decyzja – o podwójnej, „polskiej” świętości - jest bodaj najlepszą wiadomością, jaką Polacy mogli otrzymać w kończącym się roku.

Papieski dekret o męczeństwie mówi, iż ksiądz Jerzy został ucciso in odio alla Fede - zabity z nienawiści do wiary. To niezwykle ważne sformułowanie – również dlatego, że zadaje kłam wielokrotnie podnoszonej i powielanej tezie, jakoby Kapłan został zamordowany z powodów politycznych.

Tego rodzaju twierdzenie można było wyczytać nawet z oświadczenia Episkopatu Polski z dn.22 października 1984 roku, w którym zawarto słowa, iż „Posiadane dotychczas wiadomości o okolicznościach porwania, wskazują na to, że sprawcy działali z motywów politycznych”. Kłamstwo o politycznym charakterze zbrodni zostało narzucone niemal natychmiast po porwaniu księdza Jerzego. Już 27 października 1984 roku propagandysta PAP-u pisał, iż „porwanie księdza Popiełuszki było prowokacją polityczną. Obecnie montowana jest kolejna prowokacja, cała seria prowokacji”. W identyczny sposób brzmiało stanowisko Rady Krajowej PRON, w którym mogliśmy przeczytać - „rzeczą smutną jest fakt, że są ludzie, którzy nie czekając na ostateczny wynik śledztwa, z góry przesądzili sprawę i zgodnie z celami prowokacji wzywają do wystąpień, do aktów nienawiści, do działań szkodzących krajowi, ukrywając swe intencje pozornym przyłączaniem się do modlitwy Kościoła i jego troski o porwanego”. Ten sam sposób argumentacji, można było znaleźć w artykule Jacka Kuronia, zamieszczonym w 107 numerze „Tygodnika Mazowsze”z 22.11.1984r. - „A więc gen. Jaruzelski rozpoczął walkę ze swoim aparatem. Żeby mógł ją skończyć i umocnić się, musi mieć spokój społeczny. Jeśli damy mu ten spokój nie żądając nic w zamian, to oczywiście nie będzie musiał nam nic dać. Dlatego trzeba naciskać na władzę, ale w taki sposób, aby nie stało się dla niej konieczne zastosowanie terroru.”.

Wszystkie te i wiele innych, powtarzanych przez lata twierdzeń miały sugerować, jakoby zabójcy księdza Jerzego działali z pobudek politycznych, a zbrodnia była polityczną prowokacją wymierzoną w Jaruzelskiego i Kiszczaka. Postać Kapłana – od czasu propagandowych seansów Urbana - przedstawiano jako człowieka zaangażowanego w sprawy polityczne, co miało usprawiedliwiać „ostateczne rozstrzygnięcie” w wykonaniu esbeckich morderców. Koncepcja taka wynikała z założeń systemowej walki z Kościołem katolickim, prowadzonej pod sztandarem zwalczania „rozpolitykowanego” kleru. I choć komuniści starali się przekonać społeczeństwo, że nie walczą z całym Kościołem, religią czy Bogiem, działalność duchowieństwa stanowiła dla nich zagrożenie ideologiczne, na tyle ważne, że w jednym z dokumentów SB księży nazwano wprost „nosicielami obcej nam ideologii”. Gdy, dbając o pozory legalizmu władza stawiała duchownych przed sądami, starała się zawsze pokazać społeczeństwu, że nie represjonuje księży za głoszone przez nich prawdy wiary, za wierność Ewangelii, za pomoc prześladowanym - lecz rozprawia się z rzekomymi przestępcami winnymi szpiegostwa, nadużyć finansowych, działalności antysocjalistycznej. Wyraźnie można tu dostrzec analogię do metody stosowanej w latach 30. przez hitlerowców, którzy walkę z Kościołem prowadzili w myśl hasła „Nie męczennicy, lecz przestępcy”. Tym celom służyło nagłośnienie pokazowych procesów „duchownych-przestępców”. Obraz księdza – rozpolitykowanego agitatora, zaangażowanego w polityczne spory i podziały służył komunistom jako doskonały pretekst do zwalczania Kościoła, do walki z wiarą i przesłaniem Ewangelii.

Ten sam obraz miał się wyłonić z akt śledztwa, prowadzonego przez Prokuraturę Wojewódzką w Warszawie w roku 1983. Gdy w grudniu 1983 r. ks. Jerzy został aresztowany, bezpośrednim powodem zastosowania tej sankcji były "antysocjalistyczne" i "wybuchowe" materiały znalezione w mieszkaniu przy ul. Chłodnej. Gdy 12 lipca 1984 r. skierowano przeciwko niemu akt oskarżenia, posłużono się artykułem 194 kodeksu karnego, który mówił o działaniu przeciwko porządkowi publicznemu.

Włączone do akt donosy tajnych współpracowników bezpieki, przedstawiały księdza jako kapłana zaangażowanego politycznie, karierowicza, żądnego politycznego przywództwa, podkreślały jego antykomunizm, mówiły o „krnąbrności” wobec władz kościelnych i państwowych, wskazywały na wypowiedzi i działania o rzekomo politycznym kontekście. Ten wizerunek, wyłaniający się z meldunków TW i KO nie był tworzony na potrzeby propagandy komunistycznej, nie stanowił projekcji życzeń esbeków. Sądzę, że tak naprawdę myśleli, tak postrzegali księdza Jerzego ludzie współpracujący z policją polityczną, w tych kategoriach widzieli rzeczywistość i dzieło Kapelana Solidarności.

"Z donosów wynika, że wielu duchownych nie było w stanie go zaakceptować, był dla nich chodzącym wyrzutem sumienia" – napisał Jan Żaryn. we wstępie książki „Aparat represji wobec księdza Jerzego Popiełuszki 1982–1984”, tom 1.

Identycznie jak TW, opisywali żoliborskie msze za Ojczyznę funkcjonariusze partyjni - „Na spektakle te składają się spreparowane urywki poezji i prozy polskiej o wydźwięku politycznym”. Pieśni śpiewane w kościele, mają również charakter „polityczny i antypaństwowy. […] „Ks. J. Popiełuszko staje się inspiracją dla różnego rodzaju ekstremistów”.– pisał towarzysz Jerzy Śliwiński - dyrektor Wydziału ds. Wyznań przy Urzędzie Prezydenta Warszawy.

Dla rzeszy donosicieli, oplatających zdradziecką siecią księdza Jerzego, jego rzekome „politykierstwo” i zaangażowanie w pomoc opozycji, miało usprawiedliwiać ich własną podłość, miało dawać alibi aktom pospolitej zdrady. Było wyborem „dialogu” z władzą, prowadzenia z nią moralnie niepewnej, „dyplomatycznej gry”, świadczącej jakoby o politycznej dojrzałości i pragmatycznym nastawieniu, przedkładającej „dobro Kościoła” nad utopijne mrzonki. To dzięki takim postawom otworzyła się droga do „historycznego kompromisu”. Powstał nienazwany obszar, w którym mogło nastąpić spotkanie katów i ofiar, gdzie zatarto różnicę między dobrem i złem, a nakazy moralne i etyczne sprowadzono do poziomu własnej miernoty, nieludzkiej pychy i kazuistycznego zaprzaństwa. Ten obszar, „płaszczyznę porozumienia” nazwano później IIIRP.

Był to w pełni świadomy wybór wizji świata, w którym wszystko ma wymiar względny, skoro dobro i zło wzajemnie się przenikają. W tak zamkniętej rzeczywistości nie ma miejsca na świętość, a męczeństwo za wiarę zdaje się być wyborem szaleńca.

Zatem, wszystko – byle nie męczeństwo, byle nie uznanie, że zginął męczennik, że doszło do starcia dobra ze złem, a czyn sprawców wynikał z najniższych, nienawistnych pobudek. Jeśli zginął - to dlatego, że „politykował”, że „nie zachował ostrożności”, „był nieposłusznym mitomanem”, który „konspirował dowartościowując jakiś manieryzm, który zawsze reprezentował”. Tak widzieli to donosiciele, tak postrzegali liczni biskupi, tak uzasadniała komunistyczna propaganda.

Dlatego dzisiejszy dekret o męczeństwie księdza Jerzego, – wydany w efekcie wieloletnich badań prowadzonych podczas procesu beatyfikacyjnego – w tych kilku słowach - ucciso in odio alla Fede mocno wskazuje na rzeczywiste intencje sprawców zbrodni i zadaje cios komunistycznemu kłamstwu

Wiemy, że wśród ludzi Kościoła dość powszechny jest pogląd, jakoby ustalenia prokuratora Witkowskiego i innych osób, domagających się weryfikacji oficjalnej, stworzonej przez policję polityczną PRL wersji wypadków z października 1984 roku, stanowiło działanie na szkodę Kościoła i opóźniało proces beatyfikacyjny księdza Jerzego. Pojawiały się głosy sugerujące, jakoby wszelkie odstępstwa od ustaleń sądowych były inspirowane przez środowiska wrogie Kościołowi. Postulator procesu beatyfikacyjnego, ks. Tomasz Kaczmarek wielokrotnie miał twierdzić, że „można się domyślać sił, stojących za nagłośnieniem, burzących ustalony w 1985 r., podczas pamiętnego procesu toruńskiego, klarowny obraz porwania i morderstwa

Wiemy również, że wszelkie próby wyjaśnienia prawdziwych okoliczności tego zabójstwa były i są skutecznie blokowane. W niewyjaśnionych okolicznościach ginęli świadkowie, innych zastraszano i nakłaniano do milczenia. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę bezpieki nazwano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się sprawą, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano Wojciecha Sumlińskiego.

W tych działaniach, zdaje się tkwić moc upiornego paktu, na mocy którego postanowiono, że faktyczni decydenci mordu pozostaną bezkarni. Ta haniebna zasada obowiązuje nadal, czego dowodem są dzieje śledztwa w sprawach księdza Jerzego, ks.Suchowolca czy ks.Zycha oraz wielu innych zbrodni komunistycznych.

Słusznie zatem pojawia się obawa, że zamknięcie procesu kanonicznego zostanie wykorzystane jako pretekst do definitywnego zakończenia śledztwa w sprawie zabójstwa męczennika i uniemożliwi ustalenie wszystkich sprawców i współsprawców zbrodni. Tym samym – nigdy już nie uda się zakwestionować wersji zdarzeń, zatwierdzonej w procesie toruńskim.

W tekście NIE BÓJCIE SIĘ ŚWIĘTOŚCI KSIĘDZA JERZEGO próbowałem rozwiać te wątpliwości, wskazując m.in. na pewien chaos pojęć i możliwe niezrozumienie - czym jest proces beatyfikacyjny i jakie znaczenie będzie miał dla Polaków fakt wyniesienia księdza Jerzego na ołtarze. Wydaje się, że ewentualne ustalenie, (w drodze odrębnego procesu karnego) innej niż obecnie daty śmierci księdza Jerzego lub nawet wskazanie innych sprawców, nie może stanowić istotnej przeszkody w procesie beatyfikacyjnym. W żaden sposób potencjalne, nowe ustalenia nie podważają faktu męczeńskiej śmierci za wiarę, a tylko ta okoliczność ma zasadnicze znaczenie.

Opina taka znajduje potwierdzenie w słowach abp. Kazimierza Nycza, metropolity warszawskiego z października ubiegłego roku: „Nawet jeśli znajdą się dowody, że ks. Popiełuszko zginął później niż 19 października, nie przeszkodzi to beatyfikacji. Moment śmierci jest ważny, ale nie najważniejszy. Ważne są przede wszystkim szczegóły męczeństwa, a te są znane i opisane”. Słowa te zostały wypowiedziane w reakcji na hipotezy prokuratora Andrzeja Witkowskiego, jakoby ks. Popiełuszko zginął dopiero 25 października. „Jeśli komuś udałoby się to udowodnić, prowadzący proces beatyfikacyjny musieliby uzupełnić dokumentację. Ale ani ewentualna inna data śmierci, ani nieznajomość zabójców nie byłyby przeszkodą w dokończeniu procesu, gdyż mordercą ks. Jerzego był cały system, który działał z nienawiści do wiary” –stwierdził arcybiskup.

Powtórzę zatem to, co napisałem wcześniej - nie wolno bać się beatyfikacji księdza Jerzego. Ten akt świadectwa męczeństwa nie może kolidować z wymogiem szukania prawdy i nie stanie na przeszkodzie w jej odkryciu. Wbrew woli establishmentu III RP, wbrew nieszczerym intencjom fałszerzy – ta prawda zostanie ujawniona.

Nawet, jeśli podczas uroczystości beatyfikacyjnych obecni będą ludzie chroniący faktycznych morderców i mocodawców, gdyby nawet oni sami próbowali wykorzystać świętość księdza Jerzego, by na zawsze ukryć swój udział w zbrodni – w niczym nie zmieni to faktu, że Kapłan - męczennik stanie się Patronem nowej, wolnej i solidarnej Rzeczpospolitej.

http://212.77.1.245/news_services/bulletin/news/24860.php?index=24860&lang=it

http://www.cogito.salon24.pl/77779,nie-bojcie-sie-swietosci-ksiedza-jerzego

piątek, 18 grudnia 2009

„CZYŻ NIE DOBIJA SIĘ KONI”?

Przecieki kontrolowane, „haki", szantaż, medialne „wrzutki”, prowokacje, kombinacje operacyjne - to tylko niektóre z narzędzi, używanych przez środowisko służb specjalnych, by wywierać realny wpływ na "elity trzymające władzę”. W III RP ludzie z tych środowisk nigdy nie zmierzali do bezpośredniego przejęcia władzy w państwie. Nie musieli tego czynić, skoro każda kolejna ekipa dbała o ich interesy i była podatna na wpływy i sugestie. Ten stan, służby zapewniały sobie poprzez lokowanie wśród rządzących agentury oraz przy pomocy metod operacyjnych, inspirując decydentów do obsadzania poszczególnych stanowisk „niezawodnymi” kandydatami. Ponieważ układ musiał być oparty na zasadzie symbiozy – służby pomagały władzę zdobyć, utrącić niewygodnych rywali, przeprowadzić wybrane interesy. Ułatwiały politykom zdobywanie środków na kampanie, choćby poprzez tworzenie tzw. czarnych kas czy zmuszanie poszczególnych biznesmenów do „świadczenia usług” na rzecz „grupy trzymającej władzę”.

Proces ten przybiera szczególnego natężenia w okresie przedwyborczym, gdy dochodzi do starcia interesów wielu grup. Nie jest zatem niczym nadzwyczajnym, że od wielu miesięcy obserwujemy wielorakie gry i kombinacje operacyjne, w których tle można dostrzec ludzi służb specjalnych. Czy będzie to prywatyzacja ENEI, afera stoczniowa, sprawa Tech Lab i systemu tajnej łączności Sylan – we wszystkich łatwo dostrzec działania służb, operujących na styku biznesu i polityki.

W czasie, gdy władzę w Polsce sprawuje partia powołana przez ludzi Departamentu I MSW, zawdzięczająca wybór medialnym kampaniom dezinformacji, inspirowanym przez ośrodki zależne od wojskowej agentury – rola służb wzrosła niewspółmiernie, a wielu przypadkach środowiska bezpieki cywilnej lub „wojskówki” pretendują do miana głównych rozgrywających.

Od początku swoich rządów Donald Tusk wzmacniał układ biznesowo - agenturalny, którego najmocniejszymi reprezentantami mieli stać się szef ABW i były minister MSWiA. Dlatego, niemal natychmiast po wygranych przez Platformę wyborach, przystąpiono do tworzenia supersłużby i superministerstwa, – jak Zbigniew Wassermann nazwał w styczniu 2008 roku ABW i MSWiA. Nominacja Krzysztofa Bondaryka na szefa ABW, była z całą pewnością posunięciem idealnym z punktu widzenia celów, jakie zamierzano osiągnąć. W jego osobie łączono interesy postkomunistycznej oligarchii, której wsparcie umożliwiło wyborcze zwycięstwo partii Tuska, z potencjałem największej służby specjalnej, który można było użyć przeciwko opozycji oraz do „rozpracowywania” nielicznych, wolnych mediów. O realnej pozycji Bondaryka, a ściślej – ludzi stojących za tą postacią niech świadczy fakt, iż Donald Tusk pytany niedawno - czy odwoła szefa ABW, w związku z podsłuchiwaniem dziennikarzy oświadczył, że ten nie złożył mu dymisji, więc nie ma tematu. Tym samym przyznał, że nie może odwołać Bondaryka, jeżeli szef ABW sam się na to nie zgodzi.

Głównym priorytetem rządu stało się uczynienie z ABW „zbrojnego ramienia” i najważniejszego wspornika władzy. Służba z tak wielkimi uprawnieniami, pozwalała bowiem zbudować realny system nadzoru i kontroli, nad tymi dziedzinami życia gospodarczego i politycznego, które miały stać się łupem powracającego do władzy układu III RP.

Z drugiej strony – w ramach spłaty przedwyborczych zobowiązań, Tusk przystąpił do reaktywacji wpływów środowiska Wojskowych Służb Informacyjnych, – którym zawdzięczał m.in.. medialne wsparcie podczas kampanii wyborczej 2007 roku oraz operacyjne rozgrywki w łonie koalicji PiS- Samoobrona- LPR, które w efekcie doprowadziły do ustąpienia poprzedniego rządu. O realnych możliwościach tego środowiska niech świadczy fakt, że Komisja Weryfikacyjna WSI podczas swojej działalności ustaliła nazwiska kilkudziesięciu polityków, ponad 200 dziennikarzy oraz blisko tysiąca przedsiębiorców współpracujących ze służbami komunistycznymi i z WSI.

Ponieważ czasy, – gdy gen. Kiszczak na polecenie Moskwy przeprowadzał konsolidację „wojskówki” z cywilną bezpieką, minęły bezpowrotnie – dziś walka tych dwóch środowisk stanowi niemal naturalne tło wielu procesów gospodarczych i politycznych w III RP.

W centrum tego układu są ludzie z Wydziału XI Departamentu I SB MSW, do których po 2001 r. dołączyli ludzie z dawnego II Zarządu Sztabu Generalnego, czyli wojskowego wywiadu sowieckiego w PRL. Większość z nich przeszła szkolenie w KGB lub w GRU. Są sprawni i groźni, zwłaszcza dziś, gdy mają oficjalne poparcie rządu. Co najważniejsze - dysponują wiedzą o agenturalnej współpracy wielu dzisiejszych dygnitarzy i wiedza ta stanowi doskonałą polisę ubezpieczeniową. Ludzie Platformy – będący de facto zakładnikami układu, który wyniósł ich do władzy, coraz widoczniej stają się przedmiotem rozgrywek wewnątrz służb i pozbawiani są nawet tej namiastki władzy, jakiej im udzielono.

W tej sytuacji nie może dziwić, że tzw. zdarzenia polityczne mają mniej lub bardziej ukrytych reżyserów, wywodzących się ze służb specjalnych, a to, co postrzegamy jako decyzję polityczną, publikację prasową czy telewizyjny przekaz – może mieć zupełnie inny sens i być interpretowane w kontekście walki o wpływy, toczonej przez grupy interesów związane ze służbami. Jednym z elementów tej walki są akcje dezinformacyjne, podczas których zasila się konkurujących ze sobą polityków w kompromitujące materiały, prawdziwe, bądź spreparowane oraz stosuje kontrolowane przecieki i „wrzutki”. Rolę wykonawcy powierza się tu mediom i dziennikarzom, spełniającym mniej lub bardziej świadomie funkcję przekaźnika i „pudła rezonansowego”.

W tym kontekście – wielomiesięczne manewry stałego „kandydata na prezydenta” Andrzeja Olechowskiego, wyznania o platformianym „ojcostwie” gen. Czempińskiego, czy polityczne wskrzeszenie Pawła Piskorskiego – można postrzegać bardziej w kategoriach kombinacji operacyjnej ludzi peerelowskiej bezpieki, niż jako samodzielne przejawy politycznej aktywności. Najwyraźniej też, deklaracje poparcia dla partii Pawła Piskorskiego, wyrażane przez Olechowskiego i Czempińskiego wskazują na realną ocenę sytuacji gospodarczej przez ludzi służb i są wyrazem dezaprobaty tych środowisk wobec obecnej polityki rządu Tuska. Nietrudno dociec, że liczono na profity z prywatyzacji i podziału majątku narodowego, a w szczególności na zawłaszczenie sektora paliwowego i przejęcie płynących z niego zysków. Ciosem dla planów środowiska ludzi Departamentu I MSW musiało być oświadczenie wiceministra Skarbu Państwa z kwietnia 2008 roku, w którym padła zapowiedź, że „do końca 2011 roku rząd nie przewiduje żadnych działań prywatyzacyjnych w odniesieniu do największych podmiotów sektora naftowego”. Ogłoszenie planu prywatyzacyjnego PO miało zatem wagę zdarzenia decydującego o zerwaniu przez Olechowskiego związków z tą partią. Chronologia późniejszych faktów wskazuje, że od tego momentu nasilała się krytyka Platformy, a jednocześnie rozpoczyna medialna akcja „dyscyplinowania”.

Pewne elementy propagandowej kontrakcji PO: wyciągnięcie sprawy fałszywego zaświadczenia Piskorskiego, zarzut oszustwa skarbowego, podgryzanie Olechowskiego itp medialne atrakcje dla gawiedzi, świadczą jedynie, że druga strona nie zamierza poddać się bez walki. W tych samych kategoriach można oceniać fiasko prywatyzacji grupy ENEA, do czego przyczyniło się ujawnienie przez media roli spółki TFS – związanej z oficerami Departamentu I MSW.

O swoje interesy próbowali również zadbać ludzie służb wojskowych, czerpiący przez lata zyski z handlu bronią. Tym należy tłumaczyć aferę zwaną stoczniową – czyli operację powiązania dwóch celów: osiągnięcia ugody w sprawie rzekomo należnych El Assirowi ( i związanych z nim esbeków z WSW/WSI) zaległych prowizji od spółki Bumar - ze sprawą ewentualnej prywatyzacji majątku stoczniowego.

Coraz częściej obserwujemy jak media – wykonując dyrektywy jednej lub drugiej grupy interesów ujawniają informacje kompromitujące poszczególnych polityków. Niemal klasycznym przykładem, może być sprawa senatora Piesiewicza, ujawniona przez Super Express po tym , jak taśmy z „komprmateriałami” trafiły do prokuratury, a następnie do policji i ABW. Ta sama redakcja, kilka miesięcy wcześniej opisała przypadek posła Grasia, mieszkającego za darmo w wilii należącej do niemieckiego biznesmena.

Wysyp afer z udziałem polityków Platformy może świadczyć, że całkiem realnie rozważa się zastąpienie obecnego układu rządzącego „ekipą zapasową”. Niezadowolenie środowiska służb muszą budzić liczne klęski gospodarcze rządu PO-PSL, w tym szczególnie – nieudolność w sferze prywatyzacji. Ponieważ partia Tuska traktowana jest wyłącznie w kategoriach nośnika interesów, nic nie stoi na przeszkodzie, by nieudany lub zużyty „projekt” zastąpić innym. Jest to tym łatwiejsze, że jedyny kapitał tej partii to wizerunek medialny, zbudowany na propagandzie, dezinformacji i działaniach osłonowych. Wystarczy zatem kilka przecieków i „wrzutek”, ujawniających stan faktyczny, by notowania Platformy gwałtownie spadły. Ponieważ opinia publiczna przywiązuje większą wagę do kwestii obyczajowych, niż korupcyjnych – można się liczyć z kolejnymi odsłonami w stylu „twórczości filmowej” senatora Piesiewicza.

W ostatnich dniach doszło jednak do zdarzenia, które zdaje się wskazywać, iż ponad głowami polityków Platformy ludzie „wojskówki” i cywilnej bezpieki próbują dojść do porozumienia, którego celem może być wyłonienie „alternatywy” dla obecnego rządu. O tym bowiem zdaje się świadczyć zawarcie przedwyborczego układu między Aleksandrem Kwaśniewskim i SLD, a Andrzejem Olechowskim i partią Pawła Pikorskiego. W kontekście, o którym piszę - „budowa centrolewicowej koalicji w oparciu o SD i SLD” - oznacza próbę zawarcia sojuszu różnych środowisk postpeerelowskich służb, złączonych intencją kontynuacji układu zarządzającego III RP.

Choć trudno dziś jednoznacznie stwierdzić, czy postępujący demontaż osłony medialnej nad Platformą ma prowadzić do radykalnej wymiany ekipy, czy tylko jej zdyscyplinowania – mamy do czynienia z procesem, który Tusk i jego kamraci muszą traktować poważnie. Jeśli nawet liczą, iż "nie zmienia się konia podczas gonitwy", mogą zostać postawieni w sytuacji, gdy kulejącego i bezużytecznego konia skazuje się na „humanitarną” likwidację.

Artykuł ukazał się w 50/2009 nr. Gazety Polskiej z 16 grudnia br.