czwartek, 26 listopada 2009

TAJNE ŁĄCZA, TAJNE INTERESY – CZYLI W CO GRA ABW? – CZĘŚĆ 2

Ważną wskazówką w sprawie Tech Lab 2000, może się okazać historia firmy BIATEL .S.A., a w szczególności prześledzenie powiązań ludzi związanych z tą firmą i przedsięwzięć, w jakich BIATEL uczestniczył. Warto na początek przytoczyć fragment oświadczenia zarządu Tech Lab 2000 z 19.11.br., dotyczący okoliczności współpracy z firmą BIATEL, tym bardziej, że z dotychczasowych przekazów medialnych można odnieść mylne wrażenie, iż chodzi o zastaw prawa do systemu Sylan pod umowę pożyczki. W stanowisku zarządu czytamy m.in.:

W sierpniu 2008 roku TechLab 2000 podpisał z BIATEL UMOWĘ O WSPÓŁPRACY, na mocy której BIATEL miał zainwestować w rozwój SYLAN oraz produkować na licencji TechLab 2000 urządzenia systemu SYLAN, zaś TechLab 2000 odpowiadać za badania i rozwój. Zabezpieczeniem dla BIATEL, z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa były prawa do SYLAN, co jest naturalne w takich sytuacjach, gdyż wartością wytwarzaną przez TechLab 2000 jest know-how. Umowa została wypowiedziana przez BIATEL. Prawa do SYLAN należą natomiast do TechLab 2000.

Pewne elementy dokumentacji SYLAN posiadają co najwyżej klauzulę "poufne". BIATEL z kolei posiada poświadczenie bezpieczeństwa przemysłowego do "tajne" wydawane przez Służby Ochrony Państwa, co uprawnia go do otrzymania depozytu dokumentacji SYLAN. Dodatkowo depozyt został zabezpieczony przed dostępem w sposób dalece wykraczający poza standardy przewidziane dla ochrony tajemnicy państwowej. Również ABW była informowana o przewidywanej współpracy z BIATEL. Skoro do obowiązków ABW należy ochrona kontrwywiadowcza, wydaje się oczywiste, że gdyby ABW uważała, iż BIATEL jest niegodny zaufania powinniśmy zostać wtedy powstrzymani od podpisania tej umowy”.

Nie wiemy, jakie konkretne okoliczności wpłynęły na decyzję zarządu Tech Lab 2000 o podjęciu współpracy z BIATEL, choć można wnioskować, że chodziło o zapewnienie środków na rozwój firmy i systemu Sylan. W kontekście informacji zarządu Tech Lab 2000, iż całkowite zaniechanie przez ABW w okresie ostatnich 2 lat certyfikacji zgłoszonych przez spółkę systemów, sprawiło , iż „ TechLab 2000 nie był w stanie wdrożyć ich do seryjnej produkcji i następnie sprzedaży, co pozostawiło firmę bez podstawowych źródeł utrzymania i pozbawiło możliwości dalszego rozwoju” – można uznać, że spółka znalazła się w stanie konieczności, a oferta współpracy BIATEL wychodziła naprzeciw pilnym potrzebom Tech Lab.

Pewną wskazówką, dotyczącą sytuacji finansowej firmy może być informacja o wynikach spółki COMP.S.A, - od 1998 roku jednego z głównych udziałowców TechLab2000. W informacji COMP.SA za rok 2009 możemy przeczytać, iż „wynik netto byłby w pełni zgodny z oczekiwaniami, gdyby nie one-offy na działalności finansowej, na które składają się: rezerwa na należności od firmy Techlab 2000 – ok. 600 tys. zł oraz ujemny wpływ z rozliczenia kontraktu forward związanego z działalnością spółki w drugim i trzecim kwartale”.

Ta okoliczność, wskazująca na problemy finansowe spółki Tech Lab, do których – zdaniem zarządu – przyczyniły się zaniechania ze strony ABW, wydaje się bardzo ważna, gdy chcemy oceniać fakt podjęcia współpracy ze spółką BIATEL.

O białostockiej firmie BIATEL, założonej w 1989 roku przez Stanisława Kalankiewicza było głośno przed kilkoma laty i wiele wskazuje, że już raz stała się bohaterem w sprawie, gdzie służby i ich interesy odegrały istotną rolę. Ponieważ w obu sprawach – tej sprzed 6 lat i w obecnej, można wskazać zadziwiająco wspólne okoliczności, warto przypomnieć o co wówczas chodziło.

W 2003 roku Newsweek opublikował artykuł zatytułowany „Sprawa o miliard”. Przedstawiono w nim historię przejęcia przez spółkę BIATEL udziałów w lukratywnym kontrakcie na produkcję nowych dowodów osobistych i paszportów. Było to jedno z największych zamówień publicznych w III RP, którego wartość opiewała na miliard złotych.

W tej historii – jak pisali dziennikarze Newsweeka - pojawia się wszystko, czego potrzebowałby autor powieści szpiegowskich. Jest gra obcych wywiadów, są postaci rodem z filmów sensacyjnych, agenci służb specjalnych i państwowi urzędnicy najwyższego szczebla. Są także fałszerstwa dokumentów, nagłe zwroty akcji, wielkie pieniądze i podejrzenia o kradzież danych osobowych milionów Polaków.”.

Nie będę relacjonował szczegółów tej sprawy, kto zechce zapozna się z artykułem z 2003 roku. Dość przypomnieć, że w lutym 2000 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, kierowane przez Marka Biernackiego, ministra rządu Jerzego Buzka, ogłosiło przetarg na wyprodukowanie nowych dowodów osobistych i paszportów. Zwyciężyło konsorcjum skupiające państwową Drukarnię Skarbową oraz małą prywatną węgierską firmę Multipolaris, której doradcą był as węgierskiego wywiadu z lat 80. generał Ferenc Hevesi Toth. Zwycięzcy założyli firmę Poldok 2000. Gdy w październiku 2001 roku do władzy doszła nowa ekipa, rządy w MSWiA przejął Krzysztof Janik, a kierowane przez niego ministerstwo rozpoczęło starania o wyeliminowanie z konsorcjum węgierskiej firmy. Oficjalny powód: trzeba uniemożliwić dostęp do najpilniej strzeżonych informacji zagranicznej firmie. Szefowie MSWiA nalegali, by Węgrzy sprzedali udziały w Poldoku. Na skutek tych nacisków, wkrótce miejsce Multipolaris zajął BIATEL, który był jednym z podwykonawców projektu, zajmując się usprawnieniem systemu przesyłania danych osobowych z gmin do MSWiA. BIATEL został najpierw trzecim wspólnikiem, by wkrótce potem wykupić za niewiarygodnie niską cenę 50 tysięcy zł udziały Węgrów, którzy nieoczekiwanie wycofali się z konsorcjum. Dlaczego się wycofali, choć współpraca układała się dobrze, a umowa z MSWiA była podpisana do 2007 roku?

Gdy reporterzy Newsweeka wpadli na trop tego tematu, ich informatorzy za wszelką cenę starali się odwrócić uwagę od sprawy najważniejszej: powiązań prywatnej firmy BIATEL z pewnym państwowym urzędnikiem, który został zgłoszony przez BIATEL do rady nadzorczej konsorcjum Poldok. Dziennikarze wskazują przy tym na ciekawe zdarzenie.

Do dziennikarza "Newsweeka" podchodzi jeden z posłów Platformy Obywatelskiej, zastrzegając sobie na wstępie anonimowość. - Mam coś dla pana - mówi ściszonym głosem, jakby się obawiał, że ktoś go podsłucha. - Słyszałem, że na czarnym rynku jest do kupienia baza danych o Polakach, z których ponad dziewięć milionów dostało nowe paszporty i dowody osobiste. Poseł nie chce odpowiedzieć na dodatkowe pytania. Wstaje od stolika. Odchodzi. Informacja jest tak elektryzująca, że nie przestajemy o niej myśleć”.

Jak się wkrótce okazało, informacje jakoby poprzez udział węgierskiej spółki było zagrożone bezpieczeństwo danych osobowych Polaków stanowiły rodzaj zasłony, ślepego tropu - mającego odwrócić uwagę od istoty ówczesnej afery. W sprawie przewija się wzmianka, że węgierska firma była dokładnie prześwietlona przez UOP i uznano ją za godną zaufania. Podejrzenia wobec niej, również ze strony ABW, miały się pojawić dopiero po objęciu rządów przez SLD. Dyrektor Drukarni Skarbowej przyznawał, że z Węgrami nie chciało współpracować MSWiA kierowane przez Janika, a forma perswazji wobec Poldoku przybierała postać swoistego szantażu.

- „MSWiA nie chciało w takim projekcie firm zagranicznych” – twierdził dyrektor Drukarni. Gdybyśmy nie uwzględnili tych sugestii, moglibyśmy nie mieć możliwości udziału w przyszłości w innych przedsięwzięciach, np. w produkcji legitymacji służbowych dla pracowników instytucji państwowych” – dodawał.

Intencje MSWiA stały się całkowicie czytelne, gdy przedstawicielem firmy BIATEL w Poldoku został Grzegorz Białoruski - szef gabinetu politycznego ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Krzysztofa Janika. Prezes BIATEL-u Stanisław Kalankiewicz twierdził, że choć zgłosił Białoruskiego do rady nadzorczej Poldoku, to jednak wcześniej go nie znał, a kandydatura była uzgodniona z Drukarnią Skarbową i MSWiA. Prawdopodobnie na potrzeby tego przedsięwzięcia powołano na początku 2003 roku spółkę BIATEL INFO – AUTOMATYKA, w której radzie nadzorczej znalazł się Grzegorz Białoruski. Spółka w 2006 roku została wykreślona z rejestru.

Sam Białoruski – po ujawnieniu afery złożył rezygnację z funkcji szefa gabinetu politycznego, a jego obowiązki przejął dotychczasowy zastępca i bliski współpracownik Roman Kurnik – w latach 80-tych szef kadr w Służbie Bezpieczeństwa.

Członek ówczesnej sejmowej Komisji Administracji i szef klubu parlamentarnego PiS Ludwik Dorn, mówiąc o aferze z udziałem BIATEL-u i Białoruskiego stwierdził, iż „ Nie tylko nastąpiło złamanie prawa, ale także mamy do czynienia z podejrzeniem potężnej afery korupcyjnej, na skalę być może większą niż afera Rywina”.

Sprawę jednak – zgodnie z zasadą obowiązującą w III RP – szybko wyciszono i nikt więcej nie poniósł konsekwencji.

Dziennikarze Newsweeka zastanawiali się wówczas - dlaczego wybrano firmę BIATEL a nie żadną inną. Nie znaleziono przekonujących argumentów. Podkreślano jedynie, że białostocka spółka pracuje głównie na styku państwa z prywatnym biznesem, a sam prezes Kalankiewicz, zanim założył własną firmę, pracował w Telekomunikacji Polskiej. Najwięksi klienci BIATELA to Telekomunikacja Polska, Elektrim, Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Wszystkie instytucje mają za sobą historię mocno upolitycznionych zarządów. Wśród klientów była również Komenda Wojewódzka Policji w Białymstoku i straż pożarna.

Zauważono również, że BIATEL był jednym z wykonawców światłowodu jamalskiego - biegnącego wzdłuż gazociągu Jamał - Europa. Za rządów Jerzego Buzka w listopadzie 2000 r. wybuchł skandal, gdy okazało się, że w strukturze własnościowej spółki Polgaz Telekom, zarządzającej kablem, państwowe PGNiG jest w mniejszości, a Polska nie ma pełnej kontroli nad przebiegającą przez jej terytorium infostradą.

Żadna z tych informacji, nie dawała odpowiedzi o przyczynę wyboru spółki BIATEL. Być może Newsweek mógłby napisać więcej, gdyby zajrzano do rejestru KRS, z którego wynikało, że we władzach spółki zasiadały wówczas dość wpływowe osoby. Wieloletnim dyrektorem BIATEL- u (1990-95) był Zbigniew Ejsmont, od 1999 zastępca przewodniczącego rady nadzorczej BIATEL, a od 2003 przewodniczący rady. W tym samym czasie Ejsmont był założycielem Białostockiej Szkoły Biznesu, a obecnie jest rektorem Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Białymstoku. W roku 2007 Zbigniew Ejsmont znalazł się na liście kandydatów na radnych regionu białostockiego z ramienia Platformy Obywatelskiej.

To oczywiście niczego nie wyjaśnia, ale warto zwrócić uwagę, że w ówczesnej radzie nadzorczej BIATEL-u zasiadał także Bogdan Niebisz – mąż Elżbiety Niebisz - wieloletniej dyrektor Departamentu Nadzoru Właścicielskiego w Ministerstwie Skarbu Państwa, obecnie doradzającej w sprawach energetyki u Zygmunta Solorza.

Niewątpliwie fakt, że we władzach spółki BIATEL.S.A zasiadało później wiele wpływowych postaci świadczy, że mamy do czynienia z firmą o mocnej pozycji. Na jej stronie internetowej można przeczytać informację, że w 2006 roku firma przeszła gruntowną restrukturyzację. Ciągły rozwój wymaga od nas dostosowania się do aktualnego otoczenia makro- i mikroekonomicznego dlatego zdecydowaliśmy się podzielić obszary naszej działalności na branże zorientowane w kierunku bezpieczeństwa.”

Również od 2006 roku można zauważyć, że w radzie nadzorczej spółki pojawiają się postaci bardzo charakterystyczne. Wówczas bowiem powołano w jej skład, na stanowisko przewodniczącego powołano Leona Komornickiego a w dwa lata później Janusza Steinhoffa. Generał Leon Komornicki był również członkiem rady nadzorczej innej spółki zależnej BIATEL-u – PRIMERA sp.z. o.o , zarejestrowanej w 2006 roku.

Generał Komornicki to absolwent Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR w Moskwie, w latach 1992–1998 zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego W III RP generał zrobił niebywałą karierę. Na początku lat 90. był dowódcą Warszawskiego Okręgu Wojskowego, w 1992 roku, mając zaledwie 45 lat, otrzymał od prezydenta Lecha Wałęsy nominację na generała dywizji i zastępcę szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Brał udział w słynnym "obiedzie drawskim", którego uczestnicy opowiedzieli się przeciwko cywilnemu ministrowi obrony narodowej. W roku 1995 białostocki poseł Artur Smółko tak podczas posiedzenia sejmowego oceniał zachowanie i postawę generała:

Pan generał Wilecki stwierdził nie tak dawno, pytany o sprawę generała Komornickiego, o angażowanie się polityczne generała Komornickiego, że pan generał Leon Komornicki jest absolutnie czysty jak łza. Chcę powiedzieć, że wobec tego jest to nowa miara czystości i pewnie można będzie za jakiś czas odwołać się do przysłowia: Czyste jak łza generała Wileckiego. Nie ma bowiem czystości w sytuacji, kiedy wystąpienia gen. Leona Komornickiego na spotkaniach sztabowych (sztabowych, trzymam się języka pana ministra) łamią ustawę o powszechnym obowiązku obrony; bo tak po prostu jest; jest to agitacja na terenie jednostek - w domyśle: z wykorzystywaniem jednak podległości służbowej - na rzecz jednego kandydata. Jest to złamanie ustawy o powszechnym obowiązku obrony, a jednocześnie jest to złamanie ustawy o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych - bo tak po prostu jest.”

Od 1998 roku Komornicki jest generałem w stanie rezerwy, a jego nazwisko znajdziemy w wielu radach nadzorczych prywatnych i państwowych spółek.

Janusz Steinhoff to były wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka, późniejszy (2004) założyciel Partii Centrum, która przed wyborami 2006 roku prowadziła rozmowy o połączeniu z Platformą Obywatelską. Obecnie Steinhoff jest prezesem zarządu krajowego partii i członkiem rad nadzorczych wielu spółek, w tym Spółki Doradztwo Gospodarcze DGA S.A., która w konsorcjum ze spółką Work Service senatora Misiaka z PO, była niedawnym bohaterem tzw. afery Misiaka.

Te same osoby, działające w radzie nadzorczej spółki BIATEL.S.A. znajdziemy w kilku innych, niezwykle ciekawych konfiguracjach.

O tym jednak napiszę już w kolejnej części tekstu.

CDN...

Linki do źródeł zamieszczę na zakończenie.

Zapowiedź tematu przedstawionego we wpisie, można znaleźć w artykule „Czy ABW gra w „głuchy telefon”? opublikowanym w najnowszym 47 numerze „Gazety Polskiej”.

środa, 25 listopada 2009

TAJNE ŁĄCZA, TAJNE INTERESY – CZYLI W CO GRA ABW?

Nawet jak na standardy obowiązujące w III RP rzadko się zdarza, by „wrzucony” do mediów temat został tak zgodnie podchwycony, powtórzony i zaniechany – jak informacja o „pożyczce pod tajny system” i rzekomym wycieku technologii systemu łączności niejawnej Sylan. Wiele wskazuje na to, że sensacyjny news na ten temat został skonstruowany z zachowaniem wszelkich zasad dobrej dezinformacji, przy zachowaniu proporcji 99% prawdy i 1% fałszu, a ponieważ dotyczył m.in. bezpieczeństwa tajnych rozmów telefonicznych między najważniejszymi osobami w państwie – mógł liczyć na uwagę odbiorców.

Przekazując tę informację, wszystkie media ograniczyły się do bezwiednego skopiowania wiadomości przedstawionych w artykule Rzeczpospolitej, by na tej, bezmyślnej czynności zakończyć swoją misję.

Tymczasem można przypuszczać, że mamy do czynienia ze sprawą niezwykle poważną, która powinna stać się przedmiotem rzetelnego zainteresowania mediów, polityków opozycji oraz sejmowej komisji służb specjalnych, a jeśli podejrzenia wynikające z analizy obecnej sytuacji okażą się zasadne – będziemy świadkami wielkiej afery ze służbami specjalnymi w roli głównej.

Przypomnę, że przekazana 18 listopada przez Rzeczpospolitą informacja dotyczyła problemów finansowych firmy Tech Lab 2000, z powodu których spółka ta została zmuszona do zastawienia na rzecz spółki BIATEL S.A. dokumentacji technicznej i certyfikacyjnej urządzeń wchodzących w skład systemu Sylan, to zaś - mogło doprowadzić do utraty kontroli nad systemem szyfrującym, używanym przez kancelarię premiera i prezydenta.

Dowiedzieliśmy się również, że w sierpniu br. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego powiadomiła prokuraturę o podejrzeniu ujawnienia tajemnicy służbowej. Zawiadomienie to ma związek „z udzieleniem przez firmę Biatel pożyczki firmie TechLab 2000” na mocy umowy z 2008 roku, opiewającej na kilka milionów złotych. 14 października br. Prokuratura Okręgowa w Warszawie zdecydowała o wszczęciu śledztwa w tej sprawie.

Wiktor Kuncewicz - prezes TechLab 2000 twierdzi, że umowa z BIATEL S.A była umową o współpracy, a o działaniach podejmowanych przez spółkę informowano na bieżąco ABW. Zdaniem Kuncewicza Tech Lab 2000 spłacił swój dług i nigdy nie utracił praw do systemu Sylan. Innego zdania jest Stanisław Kalankiewicz - prezes BIATEL-u, który twierdzi, że ponieważ w wymaganym terminie nie wpłynęły pieniądze od TechLabu, BIATEL stał się posiadaczem prawa do Sylana.

Płyta z dokumentami technologicznymi systemu od dnia podpisania umowy znajduje się w kancelarii tajnej BIATELU. Dane są jednak zakodowane, a klucz do ich otwarcia jest w kancelarii notarialnej. Prezes Kalankiewicz twierdzi, że dotychczas nie zapoznał się z dokumentacją, bo czeka na opinie ze służb specjalnych, w jaki sposób powinien to zrobić i czy ma do tego prawo. Rzeczpospolita cytuje wypowiedź „oficera ABW, który zna dokumenty sprawy”. Nie wyklucza on, że pracownicy BIATEL-u mogli bezprawnie zapoznać się z technologią, za co odpowiedzialność – zdaniem ABW - ponosiłby zarząd spółki TechLabu 2000. Dokumentacja Sylana jest bardzo cenna, jej wartość szacuje się nawet na kilkanaście milionów dolarów.

Artykuł w Rzeczpospolitej kończy się konkluzją komentującego sprawę płk. Mieczysława Tarnowskiego, (byłego wiceszefa ABW), który potwierdza, że jeśli będą dowody na wyciek technologii, Sylan zostanie wycofany z użytku. – W ten sposób stracimy bardzo dobrą, całkowicie polską technologię”.

To zdanie zadaje się stanowić clou tematu, a ponieważ wiele wskazuje, iż stanie się tak właśnie, jak przewiduje płk. Tarnowski– warto przyjrzeć się bliżej głównym bohaterom opisywanych zdarzeń oraz towarzyszących im okolicznościom.

Tech Lab 2000 to stosunkowo niewielka firma powstała w 1993 roku, jako spółka Instytutu Technologii Elektronowej. W 1995 roku kilku młodych naukowców Instytutu odkupiło udziały, będące w posiadaniu ITE i rozpoczęło samodzielną działalność. Już w dwa lata później mogli pochwalić się sukcesem, bo jako pierwsi na świecie opracowali tzw. sprzętowe szyfratory dysków twardych. Wśród innych światowych innowacji Tech Lab 2000 można wymienić miniaturowe sprzętowe generatory ciągu losowego oraz moduły kryptograficzne wykorzystywane w podpisie elektronicznym.

Ale prawdziwą dumą firmy jest System Sylan - kompleksowe rozwiązanie służące zapewnieniu poufności łączności głosowej, a w szczególności telefony szyfrujące GSM. System może być używany w sieciach telefonii analogowych, cyfrowych i bezprzewodowych i jest na tyle skuteczny i bezpieczny, że wykorzystują go kancelaria prezydenta i premiera.

Ostatnie wydarzenia w Polsce, ale również afery podsłuchowe w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech spowodowały, że także polskie firmy częściej sięgają po rozwiązania gwarantujące poufność rozmów telefonicznych. Dal nich Tech Lab 2000 reklamuje hasłem "Nie daj się podsłuchać" swój najnowszy produkt - telefon komórkowy szyfrujący, sprzedawany pod nazwą Xaos Gamma, który już trafił do sprzedaży w sieci komórkowej Orange. Zastosowany w nim algorytm szyfrujący jest wyjątkowo trudny do złamania, a zarazem na tyle szybki, że nawiązanie łączności następuje już po 1,5 sekundy.

Telefon został przetestowany przez Wydział Teleinformatyki Centrum Obsługi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i w maju br. uzyskał bardzo pozytywną opinię, w której dyrektor ds. Informatyki i Telekomunikacji Centrum Obsługi KPRM napisał m.in. – „Nie wykluczamy w przyszłości zastosowania aparatów Xaos Gamma do przetwarzania informacji na poziomie zastrzeżone.”

Wspominam o tym, bo osiągnięcia Tech Lab 2000 zasługują na uwagę i świadczą, że mamy do czynienia z dynamiczną, rozwojową firmą i nowoczesną, a nawet pionierską technologią kryptograficzną. Jest to o tyle ważne, że chodzi o rodzimą firmę, a specjaliści w tej dziedzinie od lat twierdzą, że jeśli polski rząd chce, by polskie tajemnice były bezpieczne, powinien przede wszystkim finansować narodowe badania i wdrożenia kryptograficzne.

Informacje o firmie świadczą również, że jej potencjał i osiągnięcia mają realną, ogromną wartość, a ewentualne przejęcie kontraktów Tech Lab lub jej technologii wiąże się z wielkimi zyskami.

Pojawia się w tym kontekście pytanie – jak mogło dojść do sytuacji, że tego rodzaju firma popadła w kłopoty finansowe i była zmuszona zawierać niekorzystne umowy, których konsekwencją jest obecna sytuacja i możliwość utraty profitów związanych z systemem Sylan? Z przekazów medialnych możemy odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z lekkomyślnymi decyzjami biznesowymi, lub nawet nieudolnością zarządu spółki.

Żaden z dziennikarzy, przekazujących wiadomość o problemach Tech Lab 2000 nie zadał sobie trudu, by sprawdzić - jak w rzeczywistości wygląda sytuacja i co spowodowało, że firma stała się obiektem zainteresowania ABW. Jest to o tyle zaskakujące, że informacja zamieszczona na stronie internetowej spółki, zawarta w oświadczeniu jej zarządu, rzuca całkowicie inne światło na sprawę i nakazuje zweryfikować tezy pojawiające się w przekazach medialnych.

Istotą tej informacji wydaje się następujące twierdzenie władz spółki Tech Lab 2000:

Widząc, iż działania ABW dążą do wyeliminowania systemu SYLAN z rynku w sposób całkowicie bezprawny, który nie tylko szkodzi działalności firmy TechLab 2000 jako spółki prawa handlowego, ale co najważniejsze stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa zarząd TechLab 2000 przedstawił Panu Premierowi szczegółową informację o sytuacji, w liście z dnia 23 października 2009 roku. Nasze pismo zostało potraktowana poważnie. Przed kilkoma dniami, 9 listopada 2009 roku, odbyliśmy w tej sprawie spotkanie z Sekretarzem Stanu w KPRM, Sekretarzem Kolegium ds. Służb Specjalnych Panem Jackiem Cichockim”.

Na jakiej podstawie, spółka formułuje tak poważny zarzut wobec służby pana Bondaryka? Znajdziemy w oświadczeniu precyzyjne argumenty. Czytamy bowiem:

Najistotniejszym elementem sprawy jest nie to, iż doszło do transakcji pomiędzy TechLab 2000 i BIATEL opisanej w artykule pana Piotra Nisztora, opublikowanym 18 listopada br. w dzienniku Rzeczpospolita, lecz fakt, iż celowe działania prowadzone przez kierownictwo ABW zmusiły TechLab 2000 do podjęcia takiego kroku.

Na przestrzeni ostatnich 12 lat jako jedyna firma w Polsce TechLab 2000 certyfikował w ABW najwięcej, bo ponad 35 rozwiązań do ochrony informacji. TechLab 2000 opracował znacznie więcej podobnych rozwiązań. Jednak ze względu na całkowite zaniechanie w okresie ostatnich 2 lat certyfikacji zgłoszonych przez spółkę systemów, TechLab 2000 nie był w stanie wdrożyć ich do seryjnej produkcji i następnie sprzedaży, co pozostawiło firmę bez podstawowych źródeł utrzymania i pozbawiło możliwości dalszego rozwoju. Jednym z przykładów ilustrujących problem jest fakt, że w styczniu 2008 roku TechLab 2000 zgłosił do certyfikacji oczekiwany przez administrację publiczną szyfrujący telefon komórkowy Krypton. Odpowiednie badania nie zostały rozpoczęte do dzisiaj. Liczne interwencje zarządu TechLab 2000 w tej sprawie nie przyniosły oczekiwanego efektu a pismo z wnioskiem certyfikacyjnym wystosowane do ABW przez zarząd TechLab 2000 pozostało bez odpowiedzi.” (wytł.moje)

Nietrudno zauważyć, że przedstawione przez zarząd firmy stanowisko, różni się znacząco od przekazu medialnego, a przede wszystkim wskazuje na zupełnie inną rolę ABW, niż wynika to z oficjalnych wypowiedzi Agencji.

Możemy je poznać z opublikowanego na dzień przed stanowiskiem zarządu Tech Lab 2000, komunikatu ABW. Informacji w nim niewiele, ale warto zacytować:

W związku z treścią artykułu autorstwa Piotra Nisztora pt. „Pożyczka pod tajny system”, który ukazał się w dzisiejszym wydaniu „Rzeczpospolitej”, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego informuje, że system niejawnej łączności rządowej jest w pełni bezpieczny, zaś służby odpowiedzialne za jego funkcjonowanie stale monitorują jego niezawodność i zdecydowanie reagują na potencjalne zagrożenia.

Zapewnienie bezpiecznej łączności najważniejszym osobom w państwie jest jednym z priorytetów Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom i potrzebom administracji państwowej w zakresie dysponowania mobilnym systemem do przekazywania informacji niejawnych, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wspólnie z MSWiA wdraża nowy, nowoczesny system łączności rządowej, w oparciu o polskie, narodowe rozwiązania kryptograficzne”.

Na ostatnie zdanie komunikatu ABW, zwraca uwagę zarząd Tech Lab i w nawiązaniu do niego stawia publicznie kilka ważnych pytań pod adresem Agencji:

Jakie są powody, dla których ABW nie uznało za stosowne wykorzystać gotowego od 2 lat telefonu komórkowego Krypton? Na podstawie jakich przesłanek ABW zdecydowała się wdrażać mobilny system komunikacji niejawnej nie współpracujący z wdrażanym od 2003 roku systemem łączności niejawnej na bazie SYLAN?

Skoro ABW dostrzega oczekiwania administracji państwowej, to dlaczego przez ostatnie dwa lata dokonał zaniechania oraz kiedy w istocie planuje wdrożenie zapowiadanego systemu? TechLab 2000 jest jedynym w Polsce producentem , który opracował i wdrożył szyfrujący telefon komórkowy, czy zatem ABW ma zamiar dokonać analogicznego opracowania od podstaw, czy też wejdzie w porozumienie z producentem zagranicznym? Wreszcie może Agencja planuje zrezygnować z bezpiecznej łączności GSM na rzecz systemu trunkingowego? Jak w takiej sytuacji przedstawia się koszt takiego projektu wobec rozwiązania gotowego oraz co z bezpieczną łącznością mobilną poza granicami kraju?”

Ponieważ nie sądzę, by firma tej miary co Tech Lab 2000 formułowała pod adresem ABW ciężkie zarzuty o bezprawne działania, nie dysponując dostatecznymi dowodami – mamy do czynienia ze sprawą dużego kalibru, której warto poświęcić więcej uwagi, niż czynią to dotychczasowe medialne przekazy. Na kwestie dotyczące certyfikacji i rozszerzanych w tym zakresie uprawnień ABW zwracałem wielokrotnie uwagę. Obowiązujące procedury sprawiają, że Agencja może całkowicie dowolnie, praktycznie bez zewnętrznego nadzoru podejmować decyzje w kwestii dopuszczenia lub wykluczenia z obrotu określonych produktów, wymagających certyfikatów w zakresie ochrony kryptograficznej czy elektromagnetycznej. To zaś, pozwala służbie pana Bondaryka mieć realny wpływ na wiele sektorów naszej gospodarki. Można bowiem przy pomocy certyfikatu wspierać konkretne firmy i ich rozwiązania, lub przeciwnie - utrudniać im rozwój i poprzez odmowę lub zwłokę w procesie certyfikacji wpływać na przyszłość firmy. Udowodnienie takiego zamiaru jest praktycznie niemożliwe, skoro procedury certyfikacji nie podlegają kontroli, a całość postępowania objęta jest tajemnicą. Nie mamy żadnej możliwości, by prześledzić działania ABW w sprawie spółki Tech Lab – możemy zatem oprzeć się wyłącznie na oświadczeniu zarządu tej firmy i spróbować dostrzec tło obecnej sytuacji.

Być może pozwoli to znaleźć odpowiedź na pytanie - czy w przypadku Tech Lab 2000 mamy do czynienia z zaniedbaniem i urzędniczą opieszałością ABW, czy też wolno w tej sprawie upatrywać celowych i świadomych działań – podejmowane ze szkodą dla określonej firmy i co najważniejsze – godzących w bezpieczeństwo państwa? Czy chodzi o pospolite niedbalstwo, czy też mamy do czynienia z czymś więcej - np. próbą wyeliminowania systemu Sylan i firmy Tech Lab 200- na rzecz innego podmiotu i innej technologii?

Takiej wersji wykluczać nie można – szczególnie od czasu, gdy w Raporcie z Weryfikacji WSI ujawniono treść poufnego dokumentu zatytułowanego „Przejęcie firmy za długi”, autorstwa radców prawnych .Czesława Dzemidoka i Marka Stejblisa. (aneks nr.21) Dowodzi on, że w arsenale działań służb specjalnych, przewiduje się również takie, które zmierzają do przejęcia (wchłonięcia) danej firmy przez jej wierzycieli, inwestorów, lub współwłaścicieli, a służby korzystają z tego rodzaju metod, by realizować własne interesy. Tym bardziej możliwa wydaje się sytuacja, gdy w wyniku różnego rodzaju kombinacji, zachowując pozory legalności i naturalnych procesów gospodarczych doprowadza się określoną firmę do takich zachowań, które można następnie wykorzystać przeciwko niej, na rzecz innego podmiotu, lub w interesie samych służb. Jest to tym bardziej możliwe, gdy w grę wchodzą ogromne pieniądze i nowoczesne technologie, a efektem działań może być uzyskanie kontroli nad dostępem do na najbardziej strzeżonych tajemnic państwowych.

Ważną wskazówką w sprawie Tech Lab 2000, może się okazać historia firmy BIATEL .S.A., a w szczególności prześledzenie powiązań ludzi związanych z tą firmą i przedsięwzięć, w jakich BIATEL uczestniczył. Wiele bowiem wskazuje, że już raz spółka BIATEL stała się bohaterem w sprawie, w której służby i ich interesy odegrały istotną rolę.

To już jednak temat na kolejny tekst.

CDN...

Linki do źródeł zamieszczę na zakończenie.

Zapowiedź tematu przedstawionego we wpisie, można znaleźć w artykule „Czy ABW gra w „głuchy telefon”? opublikowanym w najnowszym 47 numerze „Gazety Polskiej”.

poniedziałek, 23 listopada 2009

KALENDARIUM KŁAMSTW

19.02.2007 r. - „Za granicą zatrzymano kilku znajomych jednej z osób wymienionych w raporcie z weryfikacji WSI .Dotarły do mnie takie informacje, myślę że są wiarygodne” - twierdzi były szef Wojskowych Służb Informacyjnych gen. Marek Dukaczewski. Nie podaje szczegółów ani kraju, w którym miało do tego dojść.

04.02.2008r. - Służby specjalne działają prawidłowo, premier panuje nad nimi, zaś ataki Macierewicza wynikają ze strachu przed wynikami kontroli w służbach. - Jak słucham Macierewicza, to mam wrażenie, że tak się wypowiadają byli funkcjonariusze służb specjalnych, którzy mają coś do ukrycia, którzy obawiają się, że okaże się, jak instrumentalnie służby były wykorzystywane do walki politycznej. – mówi Zbigniew Chlebowski.

07.02.2008 r. - Najtajniejsze materiały kontrwywiadu wojskowego nielegalnie kopiowano i wynoszono tuż przed wyborami, kiedy PiS nie było pewne, czy utrzyma władzę. Nowy szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego powiadomił prokuraturę. Zawiadomienie złożył 29 stycznia szef SKW gen. Grzegorz Reszka. Prokuratura potwierdza, że je otrzymała.

Zawiadomienie, wraz z kilkuset stronami zeznań świadków - funkcjonariuszy - dotyczy popełnienia przestępstwa przez trzy osoby: byłą szefową biura ewidencji i archiwum (bezpośrednia podwładna b. szefa SKW Antoniego Macierewicza) oraz przez jej zastępcę i naczelnika biura.

Kontrola w SKW ujawniła, że dopuścili się oni nielegalnego kopiowania ściśle tajnych dokumentów ewidencji operacyjnej, czyli spisu spraw operacyjnych, ich kryptonimów oraz listy osób, które ze służbami współpracują.

- Jeśli te informacje się potwierdzą, to nie znajduję odpowiedniego słowa, skandal to za mało - mówi b. szef WSI gen. Marek Dukaczewski.

- To szalenie groźna sytuacja. Oznacza utratę kontroli przez służby nad najważniejszą częścią jej danych, ale też bezpowrotną utratę zaufania do służb osób, które miały gwarancje, że ich dane będą wieczyście chronione. Nie wiadomo, kto i po co te dane wykradł. By je sprzedać np. innym służbom? – zastanawia się Dukaczewski i przewiduje poważne konsekwencje międzynarodowe: - Polska musi powiadomić NATO o tym "wypadku nadzwyczajnym", bo jako członek NATO podlegamy kontroli w sprawie przechowywania tajnych dokumentów.

08.02.2008 r. - „Co się dzieje z tajnymi aktami. – Ich ujawnienie może zagrażać życiu oficerów. Mamy do czynienia z utratą kontroli nad bardzo ważnymi dokumentami. W celu ich minimalizacji będziemy rekomendować ograniczenie działalności Służby Kontrwywiadu Wojskowego do czasu ustalenia, gdzie trafiły te dokumenty –– grzmi poseł Janusz Zemke z LiD. przewodniczący Sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych i dodaje – W tej sprawie jest już jedno doniesienie do prokuratury, które ma mocną podbudowę w faktach. Prawdopodobnie będą kolejne, a być może będziemy też mieć do czynienia ze świadkiem koronnym. Bogdan Klich, minister obrony, twierdzi, że na taki ruch jest jeszcze za wcześnie, ale jego zdaniem sytuacja jest bardzo poważna.

Nikt nie chciał zdradzić, o jakie dokumenty chodzi i na czym polega utrata kontroli.

-Generał Marek Dukaczewski, były szef Wojskowych Służb Informacyjnych, twierdzi, że sytuacja jest bardzo groźna i jeżeli istnieją choćby tylko podejrzenia, że wyciekły dokumenty ze służb specjalnych, to sprawę należy dokładnie wyjaśnić.

– W trybie pilnym należy dokonać przesłuchań ludzi, którzy mogą mieć jakąś wiedzę na temat tego, co się stało. Do tego czasu raczej należy się powstrzymać od komentarzy, bo jakikolwiek ruch może stwarzać zagrożenie dla oficerów i osób, które im pomagały – mówi gen. Dukaczewski. Dodaje, że ma nadzieję, że nie spełni się najczarniejszy scenariusz i dokumenty nie trafią w ręce obcych służb.

- Generał Gromosław Czempiński, były szef Urzędu Ochrony Państwa, sądzi, że skopiowano najprawdopodobniej teczki personalne. – Takie najłatwiej można wykorzystać w rozgrywkach politycznych – zauważa Czempiński.

Gazeta Wyborcza” twierdzi, że najtajniejsze materiały kontrwywiadu wojskowego nielegalnie kopiowano i wynoszono tuż przed wyborami. Mieli się tego dopuścić: była szefowa biura ewidencji archiwum (podwładna Macierewicza), jej zastępca i szef biura.

29 stycznia nowy szef SKW płk Grzegorz Reszka złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury. Do wniosku były dołączone zeznania oficerów i funkcjonariuszy SKW.

Sprawa ma jeszcze jeden wymiar. Jak twierdzą nasi rozmówcy, kontrwywiad wojskowy po tym zdarzeniu będzie musiał przejść znowu reorganizację. Prawdopodobnie będzie musiał również zakończyć operacje, które znalazły się w skopiowanych dokumentach.

– Po tym wszystkim kontrwywiad będzie musiał być budowany od zera. To może trwać latami– prognozuje gen. Czempiński.

12.02.2008r. - "Ani szef MON, ani premier, ani szef SKW" nie wiedzą, jakie materiały przewieziono do zarządzanej przez Olszewskiego Kancelarii nr 9, która znajduje się w budynku prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. - oświadczył min. Klich

- Przewodniczący komisji weryfikacyjnej traktuje jedną z kancelarii tajnych należących do SKW jak swoją własność - oburzał się wczoraj min. Klich. Przypomniał, że Reszka złożył już w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury.

18.02.2008r. - -SKW trzeba „wygasić”, bo straciła kontrolę nad listą współpracowników – gen. Dukaczewski

21.02.2008 r. - O "ewidentne działanie na szkodę państwa" oskarża Platforma byłego szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego Antoniego Macierewicza. I chce go postawic przed Trybunałem Stanu. Wniosek do Trybunału ma być gotowy do połowy marca. - Chcemy, aby był bardzo dobrze udokumentowany - mówi wiceszef klubu PO Grzegorz Dolniak.

Szef SKW gen.Grzegorz Reszka powiadomił prokuraturę m.in. o nielegalnym wynoszeniu i kopiowaniu tajnych materiałów operacyjnych. Sejmowa komisja do spraw specsłużb zaapelowała do rządu o ograniczenie działań SKW.

- Macierewicz zostawił po sobie ogromny chaos - mówi Dolniak - Mieliśmy nadzieję, że posypie głowę popiołem, albo schowa ją w piasek, tymczasem próbuje przekonać opinię publiczną do swojej niewinności, formułuje kolejne wnioski do prokuratury”.

21.02.2008 r. – W archiwum SKW brakuje tajnych dokumentów, z których część osobiście wypożyczył Antoni Macierewicz, kiedy jeszcze kierował tą służbą. Dotyczy to akt kilku operacji służb, m.in. o kryptonimach Grafit (sprawa mafii paliwowej) i Transfer. Brakuje także wielu pojedynczych dokumentów wyjętych z akt personalnych, teczek pracy agentów i rozpracowań operacyjnych. Gdzie one są? Nie wiadomo.

22. 02. 2008 - Dziennik” – „Były szef kontrwywiadu pod lupą - Śledczy sprawdzą Macierewicza” – „ Prokuratura sprawdzi, czy Antoni Macierewicz nie złamał prawa, kierując kontrwywiadem wojskowym i likwidując WSI - zapowiada minister sprawiedliwości Ćwiąkalski. To efekt ujawnionych przez DZIENNIK szczegółów z tajnego raportu o nieprawidłowościach w kontrwywiadzie w czasach rządów PiS. Raport pułkownika Grzegorza Reszki, który kierował Służbą Kontrwywiadu Wojskowego przez ostatnie trzy miesiące, był dla Macierewicza miażdżący.”

09.04.2008 r. - Wskutek działania Antoniego Macierewicza mamy dzisiaj poważne problemy - powiedział premier Donald Tusk, komentując sprawę aneksu do raportu o działalności WSI,

- Moją opinię na temat aktywności i profesjonalizmu Antoniego Macierewicza państwo znacie. Stało się nieszczęście, że w sposób bardzo nieodpowiedzialny - i to jest nieodpowiedzialność, niestety muszę powiedzieć, prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego - osobom tak źle przygotowanym oddano tyle władzy w ręce. Mamy dzisiaj bardzo poważne problemy, jeśli chodzi o nasze służby, szczególnie te, które powinny pracować na rzecz bezpieczeństwa naszych żołnierzy, a także jeśli chodzi o osławiony raport - mówił Tusk na briefingu w Jerozolimie.

19.06.2008r. - Polski wywiad stracił kontakt z kilkoma agentami w Rosji, na Ukrainie, na Białorusi oraz w Azji Środkowej i na Bliskim Wschodzie. Ich życie może być zagrożone – ustalili reporterzy „Rzeczpospolitej” i Polsatu News. Sprawą zajmuje się Prokuratura Okręgowa w Warszawie, która prowadzi śledztwo w sprawie nierzetelnych informacji zamieszczonych w raporcie o likwidacji WSI.

– Sprawa dekonspiracji polskich agentów jest jednym z wątków tego śledztwa – mówi informator „Rz”.

- Sytuacja jest bardzo poważna – przyznają nasi rozmówcy.

Co mogło się stać z tymi ludźmi? – Po raporcie Macierewicza agenci mogli zostać zdekonspirowani. Ich życie może być zagrożone – ocenia gen. Andrzej Kapkowski, były szef Urzędu Ochrony Państwa.

- Agent mógł też sam odstąpić od kontaktu, by kontrwywiad danego państwa go nie namierzył – dodaje gen. Kapkowski.

Były szef WSI gen. Marek Dukaczewski już po pojawieniu się pierwszych informacji z raportu mówił w mediach, że wie o dwóch agentach, których bezpieczeństwo jest zagrożone.

– Wierzę, że tak może być, bo w raporcie znalazły się nazwiska oficerów prowadzących aktywną pracę w terenie – mówi Piotr Niemczyk, były zastępcą dyrektora Zarządu Wywiadu Urzędu

- Każdy rozsądny człowiek zdawał sobie sprawę, że takie mogą być efekty publikacji raportu. Nie zdziwiłbym się, gdyby agentom przytrafiło się coś złego. Publikacja nazwisk osób związanych z WSI to ewenement na skalę światową. – Ujawnienie czynnych źródeł wywiadowczych to niespotykana praktyka. Nie postąpiono tak nawet po upadku NRD. To obniżyło prestiż naszego wywiadu za granicą. I to nie tylko służb wojskowych, ale i cywilnych –komentuje były szef UOP gen. Gromosław Czempiński

Treść raportu z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych może pogrążyć jego autora Antoniego Macierewicza. Warszawska Prokuratura Okręgowa bada m. in., czy były szef komisji weryfikacyjnej zdradził szczegóły operacji prowadzonych przez wojskowy wywiad, narażając życie polskich żołnierzy. Rzeczniczka prokuratury Katarzyna Szeska powiedziała, że śledztwo toczy się w sprawie niedopełnienia obowiązków, poświadczenia nieprawdy w dokumencie i zniesławienia.

– Raport sprawił, że utraciliśmy wiarygodność. Teraz długo będziemy musieli ją odbudowywać – mówi Janusz Zemke.

Czy ktoś za te kłamstwa przeprosił Polaków? Gdzie są efekty postępowań prokuratorskich, dotyczące rzekomych zbrodni ? Co dziś na ten temat mają do powiedzenia „fachowcy” od służb specjalnych?

Post scriptum:

30.09.2009r.– „Wojskowy wywiad dziś już praktycznie nie istnieje. [...] trzeba było dać żołnierzom szansę przedstawienia swoich argumentów, które uzasadniłyby ich dalszą służbę. Jeżeli jednak autyt wykazałby, że w WSI zdarzały się błędy, jak w wielu innych instytucjach, należało je naprawić, a nie likwidować całe służby specjalne. Owszem, czystki personalne, szefów, dowódców - rozumiem. Ale dewastować służby z 90-letnią tradycją ? Mające swoje metody pracy, doświadczenie? – gen Dukaczewski w wywiadzie dla „POLSKA”

Źródła:

http://wiadomosci.gazeta.pl/kraj/1,34397,3929377.html

http://wyborcza.pl/1,76842,4895158.html

http://wyborcza.pl/1,76842,4906237.html

http://www.rmf.fm/fakty,132039,Dukaczewski,SKW,trzeba,wygasic,bo,stracila,kontrole,nad,lista,wspolpracownikow.html

http://www.rp.pl/artykul/90774.html

http://wyborcza.pl/1,75478,4919410.html

http://wyborcza.pl/1,75478,4947948.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,4948714.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,5104152.html

http://www.rp.pl/artykul/150627.html

http://www.rp.pl/artykul/90217,150641_Agenci_za_granica_sa_zagrozeni.html

http://www.rp.pl/artykul/90217,151061_Poslowie_zbadaja_sprawe_znikajacych_szpiegow.html

sobota, 21 listopada 2009

KARAWANA WOKÓŁ STOCZNI

Przebieg obecnego przetargu na składniki majątku stoczni Gdynia, zdaje się potwierdzać, że transakcja nadal znajduje się w centrum zainteresowania ludzi służb specjalnych. Po nieudanym majowym przetargu, Ministerstwo Skarbu Państwa rozpisało nowy, a 18 listopada br. minął termin wpłacania wadium dla zainteresowanych kupnem.

Jednym z nich jest spółka Maritim-Shipyard, która wprawdzie nie wpłaciła w wymaganym czasie wadium, ale jej przedstawiciele prosili premiera Tuska i ministra skarbu Aleksandra Grada o przesunięcie terminu do 10 grudnia 2009 r. Spółka czeka jakoby na pieniądze, które miała otrzymać od inwestorów z krajów arabskich, w tym m.in. z Kataru. W pozyskiwaniu źródeł finansowania spółce Maritim-Shipyard pomaga Irakijczyk Mohammed al Khafagi. Informację tę potwierdza prezes spółki Janusz Baran.

O ludziach, których nazwiska pojawiają się przy obecnej odsłonie przetargów stoczniowych możemy przeczytać w Raporcie z Weryfikacji WSI. Na str. 199 znajduje się następująca informacja:

„W 1995 r. Mohammed Al-Khafagi, wraz z Jackiem Merklem i Januszem Baranem założył firmę „Caravana” Polsko-Arabska spółka z o.o. Według informacji zgromadzonych przez WSI firma ta miała być założona za aprobatą generałów: H. Jasika i G. Czempińskiego. Z informacji Zarządu KW UOP dla WSI wynikało, że M. Al-Khafagi ma powiązania z irackimi służbami specjalnymi. Natomiast według ustaleń poczynionych przez ppłk. Słonia - Jacek Merkel „posiadał naturalne dotarcie” do polityków Unii Wolności i niektórych urzędników kancelarii Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Kontakty te współwłaściciel firmy „Caravana” Mohammed Al-Khafagi starał się wykorzystywać do zapewnienia sobie bezpieczeństwa osobistego. Według WSI Jacek Merkel (w dokumentach operacyjnych nazwano go „Bankierem”) działał z inspiracji UOP: „UOP realizuje wobec Bankiera przedsięwzięcia, które są kontrowersyjne. Budzą wątpliwości również z powodu celu, który ma być osiągnięty. Bankier zbudował sobie pozycję w sferze interesów i pełni rolę „spinacza” grup interesów o różnych rodowodach. Prowadząc działalność gospodarczą Bankier nawiązał kontakty polityczne przydatne dla aktualnych decydentów (w tym zagraniczne). (...) Osoba Bankiera może być „kluczem” do zrozumienia określonych zjawisk gospodarczych, które występują na naszym rynku telekomunikacyjnym i zbrojeniowym. Jest osobą „operacyjnie” interesującą.

Na uwagę zasługują informacje ws. „GUSTAWA”, z których wynika, że Al-Khafagi tak przed atakiem Bin Ladena na USA (bo 15 sierpnia 2001 r.) jak po nim (ok. 14 września 2001 r.) wyjeżdżał na spotkania do Libanu, gdzie zlokalizowane są duże obozy palestyńskie (ok. 400 tys. osób), stanowiące oparcie dla organizacji Hezbollach i Dżihad. Mimo to WSI nie zapobiegły działaniom Al Khafagiego na terenie RP, nie ostrzegły polityków i przedsiębiorców, przeciwnie - ułatwiały działanie podejrzewanemu o prowadzenie handlu bronią i o kontakty terrorystyczne”.

Janusz Baran, prócz prezesowania spółce Maritim-Shipyard, jest m.in. członkiem spółki Baltic Shipyard Poland , w której władzach znajdziemy również Mohammeda al Khafagi.

Jacek Markel – współzałożyciel Platformy Obywatelskiej, pytany przed kilkoma miesiącami – czym dziś zajmuje się spółka Caravana , zareagował nerwowo i odesłał zainteresowanych do KRS-u. Z danych zamieszczonych w rejestrze dowiemy się, że spółka jest w likwidacji, a jej jedynym udziałowcem nadal jest Merkel. Tuż po opublikowaniu Raportu z Weryfikacji WSI -bo 19 lipca 2007 roku odwołano z funkcji prezesa zarządu al. Khafagiego i zgłoszono likwidację spółki.

Janusz Baran już w czerwcu 2008 roku był zainteresowany zakupem stoczni Gdynia i składał do MSP ofertę zakupu. Menedżerowie z branży stoczniowej nieoficjalnie wówczas twierdzili, że Baran ma zbyt mały kapitał, by samodzielnie przejąć firmę wymagającą kilkusetmilionowych inwestycji. On sam nie zaprzeczał i potwierdzał, że planuję kupić stocznię do spółki z zagranicznymi partnerami. Kim mieli być partnerzy Barana, wówczas nie było wiadomo. Również dzisiaj , pytany o inwestorów mówi tajemniczo, że „połowa jest z krajów arabskich, a połowa z USA”. Dodaje też, że prowadzi rozmowy „z dużym kapitałem rządowym”.

Firma Maritim-Shipyard, której Baran jest prezesem ma jakoby doświadczenie w przemyśle okrętowym, buduje statki bez własnej stoczni, na wydzierżawionych terenach przybrzeżnych.

Również w maju br. , podczas pierwszego przetargu firma zgłaszała zainteresowanie zakupem kluczowego majątku Stoczni Gdynia (dok, bramownica, zaplecze do budowy statków), złożyła jednak tylko zgłoszenie rejestracyjne, a ponieważ nie wpłaciła wadium, nie brała udziału w licytacji.

Można się zastanawiać – o co tym razem chodzi w grach prowadzonych przez służby wokół prywatyzacji przemysłu stoczniowego? Pierwsza odsłona - z handlarzem bronią El Assirem w roli przedsiębiorcy stoczniowego i „katarskimi inwestorami” skończyła się kompromitacją rządzących i ujawnieniem szeregu nieprawidłowości podczas procesu sprzedaży majątku. W tle tej transakcji łatwo było zauważyć działania lobby zbrojeniowego, dążącego do osiągnięcia ugody w sprawie rzekomo należnych handlarzowi prowizji od spółki Bumar i powiązania jej ze sprawą ewentualnej prywatyzacji majątku stoczni.

W obecnej konfiguracji – mamy do czynienia z ludźmi związanymi z oficerami Departamentu I MSW – współzałożycielami Platformy Obywatelskiej. Fakt, iż spółka Caravana z Merklem, Baranem i Mohammedem al Khafagi w roli prezesa powstała na zlecenie generałów Jasika i Czempińskiego - dowodzi, że miała reprezentować interesy środowiska byłych esbeków oraz ich agentury. Warto bowiem przypomnieć, że Jacek Merkel figurował na tzw. liści Macierewicza jako tajny współpracownik w XI Wydziale I Departamentu, (nr rejestracyjny 4077-89445, nr archiwizacji l8432/I-k. Miejsce złożenia akt wydz. III Biura Ewidencji i Administracji UOP. Nr mikrofilmu 18432/1. Sprawa prowadzona przez KW MO Gdańsk oraz wydz. XI dep. I (wywiad) Warszawa. Materiały i mikrofilmy zniszczono w styczniu 1990r).

Kolejne przedsięwzięcia, w których występuje al. Khafagi, Merkle i Baran, wolno zatem uważać za kontynuację działalności biznesowej.

Trudno uwierzyć, by Janusz Baran, składając ofertę zakupu majątku stoczniowego nie liczył się z koniecznością posiadania środków na wadium. Skoro ich nie posiadał – w jakim celu startował do przetargu?

Część stoczniowych związkowców uważa ofertę Barana za najpoważniejszą i podkreśla, że jako jedyny deklarował, iż stocznia będzie nadal produkować statki. Spółka Maritim-Shipyard, w piśmie wysłanym na dzień przed upływem terminu wpłaty wadium zapewniała ministra Grada: „Podjęliśmy rozmowy w Katarze z Qatar Gas Transport Company Ltd. – Nakilat i zaprezentowaliśmy z norweskim biurem projektowym nowe rozwiązania dotyczące statków LNG do wybudowania, jak i przebudowy już będących w eksploatacji. Nasz projekt spotkał się z akceptacją armatora i jego właściciela, czyli Ministerstwa Energetyki Kataru”.

Ponieważ przedstawiciele MSP twierdzą, że termin zapłaty wadium nie zostanie przedłużony, należy się spodziewać, że również tym razem spółka Janusza Barana nie weźmie udziału w przetargu. Czemu zatem miała służyć manifestacja z ofertą i „katarskimi inwestorami”? Jej zbieżność z poprzednią konfiguracją wydaje się nieprzypadkowa – a tak wówczas, jak i teraz w tle znajdujemy ludzi związanych ze komunistycznymi służbami.

Gdyby transakcja miała dojść do skutku – myślę, że nic nie byłoby w stanie temu przeszkodzić. Niewykluczone więc, że niepowodzenie zostało zamierzone i stanowi tylko jeden z elementów znacznie poważniejszej kombinacji.

Źródła:

http://www.raport-wsi.info/Baran.html

http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Jest-chetny-na-Stocznie-Gdynia-n28347.html

http://miasta.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,6745474,Jacek_Merkel__Zapisalem_sie_na_wojne.html?as=3&ias=3&startsz=x

http://www.portalpomorza.pl/aktualnosci/15/11005

http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/W-czyje-rece-trafi-Stocznia-Gdynia-n35698.html

http://www.rp.pl/artykul/15,395092_Katarczycy_znow_chca_stoczni__.html

http://www.abcnet.com.pl/node/900

piątek, 20 listopada 2009

„ZWYCZAJNA AGENTURA” – PROCES DZIAŁACZY KOMUNISTYCZNYCH

W biuletynie IPN 11-12 (94-95) z listopada – grudnia 2008 roku ukazał się artykuł historyka Instytutu Piotra Gontarczyka, zatytułowany „Zwyczajna agentura”. Autor przedstawia jeden z epizodów historii dwudziestolecia międzywojennego, dotyczący działalności Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i tzw. procesu łuckiego z 1934 roku, w którym osądzono i skazano na kary więzienia wielu członków ruchu komunistycznego.
Ponieważ jedna z informacji zawartych w tym artykule (choć nie sama publikacja P.Gontarczyka) ma związek z przedmiotem postępowania sądowego, które wzbudziło uzasadnione zainteresowanie, chciałbym przedstawić obszerny fragment opracowania historyka IPN .


PIOTR GONTARCZYK, IPN ZWYCZAJNA AGENTURA

Powstanie niepodległego Państwa Polskiego po I wojnie światowej nie znalazło w międzynarodowym ruchu komunistycznym ani zrozumienia, ani akceptacji. Falę uczuć patriotycznych konstruującą nowy porządek europejski uważano za zjawisko sprzeczne z logiką historii, oddalające wybuch rewolucji i dzień wprowadzenia światowej dyktatury proletariatu.
Powstała w 1918 r. Komunistyczna Partia Robotnicza Polski konsekwentnie zwalczała Polskę wszelkimi dostępnymi środkami. W czasie najazdu sowieckiego komuniści jednoznacznie opowiedzieli się po stronie Sowietów. Kiedy Armia Czerwona w lipcu 1920 r. stanęła pod Warszawą, KPRP wydała odezwę nawołującą do walki przeciwko Polsce: „Rada Obrony Państwa, werbunek ochotnika, nowe pobory, wiece i obchody patriotyczne i kokardki […]. Klasa robotnicza stoi na uboczu tej wrzaskliwej komedii, komedii niegroźnej dla zwycięskich wojsk Czerwonej Armii. […] Do walki Towarzysze!”
Przez całe dwudziestolecie międzywojenne komuniści kontestowali ustrój i granice Polski. Formalnym wyrazem takiego stanowiska było m.in. działanie na Kresach Wschodnich pod szyldem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. [...]
Nie ma wątpliwości, że ruch komunistyczny w Polsce był sterowany i finansowany przez Moskwę, stanowiąc typową agenturę ZSRS. Cele i metody działania partii komunistycznej były niemal tożsame z tymi, jakie sobie w Polsce wyznaczały organa sowieckiego wywiadu, tak wojskowego (GRU), jak i NKWD. Jedni i drudzy rozpracowywali Wojsko Polskie, penetrowali instytucje państwowe i organizacje społeczno-polityczne. Walczyli też za pomocą aktów terroru i skrytobójstwa. Zdarzało się więc, że polskie sądy, nie mogąc precyzyjnie określić rzeczywistego charakteru działalności schwytanych komunistów, skazywały ich za „działalność komunistyczną względnie szpiegowską”. Aparat kierowniczy ruchu komunistycznego składał się z zawodowych, płatnych funkcjonariuszy, szkolonych i finansowanych z ZSRS.
Jeden z oskarżonych w procesie łuckim, Eugeniusz Kuszko, napisał po latach:
„[...] w mojej działalności partyjnej […] najważniejszym wydarzeniem konspiracyjnym był udział w szkole wojskowo-politycznej w Moskwie, znajdującej się pod bezpośrednim kierownictwem polskiej sekcji Komitetu Wykonawczego Międzynarodówki Komunistycznej.
Wszystkie przedmioty wojskowe, przerabiane w tej szkole, były [...] wykładane przez wyższych oficerów Armii Radzieckiej. Wszyscy słuchacze szkoły nosili mundury oficerów radzieckich […]. Szkoła miała za zadanie przygotować dla naszej partii działaczy konspiracyjnych w armii sanacyjnej oraz przyszłych wojskowych kierowników powstania zbrojnego i walk ulicznych”.
[..] Jest oczywiste, że polskie władze nie pozwalały na legalną działalność komunistów. Byli oni ścigani jako groźni przestępcy, zagrażający najbardziej żywotnym interesom społeczeństwa polskiego. Jednym z elementów obrony państwa przed zbrodniczą ideologią komunistyczną był tak zwany proces łucki (1934 r.).

Prowokator Kozak

Początki sprawy łuckiej datują się na pierwsze dni listopada 1930 r. Wówczas to na terenie Wołynia polska policja zatrzymała funkcjonariusza Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy Iwana Kozaka. Był on instruktorem Komitetu Centralnego, toteż dysponował dużą wiedzą na temat KPZU. Nie ma poważniejszych wątpliwości, że po aresztowaniu Kozak podjął współpracę z policją, sporządzając obszerny elaborat, w którym podał szczegółowe informacje na temat działalności nielegalnej partii i stosowanych przez nią metod: propagandzie, penetracji istniejących partii i organizacji społeczno-politycznych, gromadzeniu broni w celu dokonania zbrojnego przewrotu. Oskarżeni w procesie łuckim w swych powojennych relacjach składanych w Zakładzie Historii Partii KC PPR podkreślali, że poza drobnymi detalami informacje podane przez Kozaka były zgodne ze stanem faktycznym. Kozak został również prowokatorem, który wziął udział w aresztowaniach przeprowadzanych
przez policję. Objęły one znaczną część kierowniczego aktywu KPZU. [...]
Schemat jego działania był prosty. Pojawiał się w znanych sobie punktach kontaktowych i wzywał na spotkania kolejnych działaczy partyjnych. Kiedy ci pojawili się na odprawie z instruktorem KC KPZU, wpadali w ręce policji. Aresztowano łącznie kilkudziesięciu działaczy komunistycznych z sekretarzem KPZU Mikołajem Pawłykiem na czele.
Wśród aresztowanych był również Ozjasz Szechter, doskonale znany władzom z wcześniejszej działalności komunistycznej. Pełnił on między innymi funkcję sekretarza okręgowego KPZU we Lwowie i Stanisławowie, a w chwili aresztowania był szefem Wydziału Zawodowego KC KPZU. Tak wysokie stanowisko z reguły były zarezerwowane dla zawodowych, dobrze płatnych funkcjonariuszy komunistycznej konspiracji, tzw. funków. Pieniądze na ich działalność pochodziły oczywiście z Moskwy.
Zatrzymanych w czasie „wsypy Kozaka” nie odstawiono do więzienia, tylko przetrzymywano w pomieszczeniach biurowych łuckiego Urzędu Śledczego. Zapewne w ten sposób chciano uniemożliwić kontakty zatrzymanych ze światem zewnętrznym i sobą nawzajem, co niewątpliwie nastąpiłoby po przekazaniu ich do aresztu. Wkrótce potem w prasie zaczęły pojawiać się informacje, jakoby aresztowani byli biciem zmuszani do składania zeznań. Pewności nie ma, ale informacje najprawdopodobniej były prawdziwe. W trakcie przesłuchań część zatrzymanych potwierdziła informacje przekazane policji przez Kozaka, obciążając tym samym siebie i współtowarzyszy.
Wśród zeznających był również Ozjasz Szechter, który opowiedział o swojej działalności w KPZU, metodach działalności partii. Wymienił także nazwiska innych działaczy. Większość zatrzymanych na rozprawie sądowej twierdziła, że podobne zeznania zostały na nich wymuszone za pomocą bicia. Komunistyczna prasa bardzo silnie eksploatowała ten wątek sprawy. Rozpętała również akcję propagandową wokół śmierci jednego z zatrzymanych, Stefana Bojki. Wedle niej miał zostać zamordowany w czasie śledztwa. Policja jednak utrzymywała, że Bojko w czasie konwojowania skoczył z mostu do rzeki i utopił się.[...]
Akt oskarżenia z lipca 1933 r. objął 57 oskarżonych, z Mikołajem Pawłykiem, sekretarzem KC KPZU na czele. Wszyscy zostali obwinieni o przestępstwo z art. 97 § 1 w związku z art. 93 § 1 i 2 polskiego kodeksu karnego z 1932 r., tj. o przynależność do organizacji mającej na celu oderwanie od Rzeczypospolitej jej ziem południowo-wschodnich i przyłączenia ich do ZSRS, oraz obalenia przemocą ustroju państwa polskiego w celu wprowadzenia komunistycznej dyktatury. Zarzuty były więc bardzo ciężkie – z reguły klasyfikuje się je jako typowe zbrodnie stanu. Groziły za to wysokie kary więzienia do dożywocia włącznie.
Tradycyjnie w II Rzeczpospolitej, osoby działające na jej szkodę, a w interesie komunizmu i ZSRS, mogły liczyć na wsparcie sowieckich mocodawców. Obronę oskarżonych koordynował adwokat Teodor Duracz, jeden z najważniejszych ludzi Moskwy w Polsce. Oficjalnie zatrudniony jako radca w sowieckim poselstwie w Warszawie z bardzo wysoką pensją – 1500 zł miesięcznie, był przez prasę wprost nazywany „sowieckim agentem”. Władze polskie usiłowały wyrzucić Duracza z kraju, lecz – przegrywając z przepisami prawa – czyniły to bezskutecznie.
Mniej legalistyczna była działalność samego Duracza. W jego kancelarii skupiały się rozmaite nici komunistycznej konspiracji i wywiadu sowieckiego. Dostęp do akt jego i innych komunistycznych obrońców pozwalał nie tylko na ustalanie właściwej linii obrony. Zdarzało się też, choć nie w przypadku procesu łuckiego, że komunistyczna konspiracja mordowała potencjalnie groźnych świadków lub osoby współpracujące z polską policją. Już na początku procesu łuckiego komuniści podjęli próbę skopiowania tych materiałów ze śledztwa, które stanowiły największe zagrożenie dla działalności KPZU i poszczególnych oskarżonych. Nie było z tym poważniejszych kłopotów. 
Za zgodą władz sądowych przepisała je żona Ozjasza Szechtera, Helena Michnik. Oficjalnie była ona asystentką jednego z adwokatów, a faktycznie do „obsługi” procesu skierowała ją KPZU. Po latach Helena Michnik wspominała: „[...] późnym latem 1933 r. Rozenbusch, który wtedy był w kraju i był członkiem sekretariatu krajowego [KPZU] powiedział mi, że koniecznie potrzebny jest materiał zeznań oskarżonych i prowokatorów w procesie łuckim, że to trzeba koniecznie wydostać […]. Miałam takie polecenie. Przede wszystkim miałam dosłownie przepisać zeznania Kozaka, bo to jest najistotniejsze, oraz wszystkie inne konkretne materiały rzeczowe. […] Przepisałam dosłownie zeznania policyjne sądowe Jaworskiego, zeznanie policyjne Kozaka. Z zeznań innych towarzyszy – wszystko to co mogło być potrzebne do archiwum partyjnego. Ja zbierałam te materiały pod dwoma punktami widzenia – z jednej strony dla partii, z drugiej – dla obrony”.
Prócz tego Helena Michnik instruowała komunistycznych obrońców, jaką linię mają przyjąć w czasie procesu. Wydaje się, że punktem odniesienia nie był tu interes oskarżonych (jak najniższy wyrok) tylko polityczny spektakl, w jaki chciała przemienić proces KPZU. Miał on bowiem stać się trybuną do walki z „faszystowską Polską”. Zaplanowano rozmaite wystąpienia propagandowe przeciwko Polsce oraz na rzecz komunizmu i ZSRS. [...] Proces w Sądzie Okręgowym w Łucku rozpoczął się w lutym 1934 r., przy wielkim zainteresowaniu prasy. [...]  Większość oskarżonych nie przyznała się przed sądem do działalności w KPZU i twierdziła, że ich wcześniejsze zeznania zostały wymuszone w śledztwie. Podobnie zachował się Ozjasz Szechter. Oświadczył jednak, że „jest przekonań komunistycznych, których nabył ze studiów ekonomicznych i socjalnych, jest marksistą i sympatykiem komunizmu i zawsze będzie o te swoje przekonania, których nigdy nie ukrywał walczył”; złożone w śledztwie zeznania określił jako wymuszone „pod wpływem strasznych tortur i katuszy”. Stwierdził, że wymuszenia owe zostały zastosowane wobec niego i jego towarzyszy dla „rzucenia cienia” na ruch komunistyczny w Polsce. Odrzucił również obciążające go zeznania Iwana Kozaka. [...] Wyrok w sprawie łuckiej zapadł 14 kwietnia 1934 r. Uznawał on winnymi przynależności do organizacji wywrotowej i działalności komunistycznej 45 spośród oskarżonych. Orzeczone kary opiewały na 3 do 8 lat pozbawienia wolności. Szechter otrzymał ów najwyższy wymiar kary. W sentencji sąd stwierdził, że brał on „bardzo czynny i wybitny udział w charakterze członka KPZU i to ostatnio w roku 1930 na wysokim kierowniczym stanowisku kierownika wydziału zawodowego CK KPZU i dużo zła wyrządził Państwu”.

Jeźdźcy Apokalipsy

Część komunistów sądzonych w procesie łuckim dosięgły represje ze strony własnej partii. Akta skopiowane w sądzie przez Helenę Michnik posłużyły do rozprawy z tymi spośród nich, którzy składali zeznania w śledztwie, czyli tzw. sypakami. Po przeprowadzeniu krótkiego „partśledztwa” niektórzy z nich zostali usunięci z partii, a inni zawieszeni. Do tej drugiej grupy należał też mąż Heleny Michnik, Ozjasz Szechter. Najprawdopodobniej niewielu ze wspomnianych działaczy wyrzekło się później swoich komunistycznych poglądów. Niektórzy odegrali bardzo niechlubną rolę w historii Polski. Enzel Stup w 1939 r. dowodził powstałą w Kobryniu komunistyczną gwardią robotniczą, która m.in. wyłapywała i mordowała polskich żołnierzy i policjantów. Eugeniusz Kuszko był po wojnie komunistycznym generałem, a w latach czterdziestych szefem Głównego Zarządu Politycznego WP. Także inni oskarżeni w procesie łuckim byli po wojnie zasłużonymi budowniczymi PRL.
Ale Szechter kariery politycznej nie zrobił. W czasie wojny służył w Armii Czerwonej, potem pracował jako kierownik działu prasowo-wydawniczego Centralnej Komisji (Centralnej Rady) Związków Zawodowych, a później redaktor w dziale klasyków marksizmu w Wydawnictwie „Książka i Wiedza”. Nie wiadomo, czy już wtedy nie chciał się zbyt mocno angażować w politykę, czy też w karierze nie przeszkodził mu zarzut „sypactwa” z procesu łuckiego. Szechter coraz częściej kontestował otaczającą rzeczywistość, by w 1968 r. stać się obiektem inwigilacji i represji ze strony władz PRL. Zastrzeżono mu wyjazdy zagraniczne i inwigilowano w ramach sprawy krypt. „Rewolucjonista”. Służba Bezpieczeństwa uważała, że kontestatorskie poglądy Ozjasza Szechtera miały wpływ na kształtowanie jego syna – Adama Michnika.
Bez względu jednak na to, że zasługi Szechtera dla opozycji winny budzić szacunek, charakter jego działalności przed wojną nie budzi poważniejszych wątpliwości. W procesie łuckim skazano na kary więzienia grupę członków partii, która była na ziemiach polskich klasyczną agenturą ZSRS. Chcieli oni obalić przemocą ustrój polityczny Polski i wprowadzić komunistyczny totalitaryzm. Dokonywali też zamachu na najbardziej żywotne interesy polskiego społeczeństwa, chcąc oderwania od Polski województw południowo-wschodnich i przyłączenia ich do ZSRS. Plan ten nie trudno ocenić, biorąc pod uwage to, co w latach trzydziestych działo się na sowieckiej Ukrainie. Tylko w czasie kolektywizacji i wielkiego głodu w latach 1932–1933 (czyli podczas prowadzenia śledztwa w sprawie łuckiej) zginęło tam kilka do kilkunastu milionów ludzi. Z tej perspektywy proces łucki miał znacznie szerszy niż tylko polityczny wymiar. Była to walka o biologiczne przetrwanie milionów obywateli II Rzeczypospolitej, Polaków, Ukraińców i Żydów, którym komunistyczną zagładę chcieli przynieść działacze KPZU.

.......................................

Po artykułem Piotra Gontarczyka zamieszczono następujące oświadczenie:

„Instytut Pamięci Narodowej przeprasza wszystkich, których dobra osobiste mogły zostać naruszone stwierdzeniem zawartym w książce „Marzec 1968 w dokumentach MSW. Tom 1 Niepokorni” zawartym na s. 553 w przypisie 7, że Pan Ozjasz Szechter popełnił wymienione tam przestępstwo szpiegostwa. W świetle posiadanych przez Instytut Pamięci Narodowej informacji Pan Ozjasz Szechter był oskarżony w 1934 r. o to, że „należąc do KPZU wszedł w porozumienie z innymi osobami w celu oderwania od Państwa Polskiego południowo-wschodnich województw i przyłączenia ich do ZSRR, oraz w celu zmiany przemocą ustroju Państwa Polskiego i zastąpienia go ustrojem komunistyczno-radzieckim, przy czym związek ten tj. KPZU rozporządzał składami broni”, tj. o zbrodnię stanu przewidzianą w art. 97 § 1 w związku z art. 93 § 1 i 2 polskiego kodeksu karnego z 1932 r., za co został skazany wyrokiem Sądu Okręgowego w Łucku z dnia 14 kwietnia 1934 r. na karę 8 lat pozbawienia wolności.”


Źródło:

http://www.ipn.gov.pl/portal/pl/24/8298/nr_11122008.html


http://news.money.pl/artykul/ipn;musi;przeprosic;ojciec;michnika;nie;byl;szpiegiem,19,0,559379.html

czwartek, 19 listopada 2009

WOJTUNIK – PARTYJNY KOMISARZ CZY SZERYF W CBA? -ZAKOŃCZENIE

Wbrew deklaracji Wojtunika, iż nie chce krytykować ludzi, których zastał w CBA, we wszystkich wywiadach znajduje się mnóstwo wypowiedzi krytycznych i krzywdzących dla służby Mariusza Kamińskiego. Krzywdzących głównie dlatego, że nowy szef Biura nie wskazuje żadnych przesłanek na jakich opiera swoje sądy, ograniczając się do enigmatycznych, zaczerpniętych z rządowej agitacji frazesów.

Możemy zatem przeczytać, że zdaniem Wojtunika „większość tej kadry powinni stanowić profesjonaliści, wyspecjalizowani w skomplikowanych czynnościach operacyjno-rozpoznawczych i śledczych. Szeroko rozumiana kadra CBA to grupa zaangażowanych młodych ludzi, ale od funkcjonariuszy w takiej elitarnej służbie wymaga się profesjonalizmu na najwyższym poziomie. Nie wszyscy tutaj zdążyli go nabyć, stąd pewnie nieporozumienia i problemy przy realizacji skomplikowanych operacji. [...] Z tymi, którym prokuratorzy postawią zarzuty, będziemy się rozstawać. Generalnie: chciałbym, aby kadra w CBA była bardziej doświadczona i wyspecjalizowana policyjnie.[...] elitarne służby państwa nie powinny zatrzymywać na siłę osób, które pracują tu jednie dlatego, że dobrze zarabiają, a instytucja trwa.

Nietrudno się domyśleć, że w III RP „profesjonaliści” to ludzie ze stażem w bezpiece, prześladowcy opozycji i Kościoła, masowo zatrudnieni w policji i służbach specjalnych. Tego rodzaju „profesjonalizację” przeprowadzono już w ABW, gdzie do służby powróciło wielu dawnych esbeków. I choć praktyka jest z pewnością ważnym atrybutem funkcjonariusza służb specjalnych, nie sposób tylko z nią utożsamiać profesjonalizmu. Nieszczęściem polskich służb pozostaje fakt, że młode pokolenie funkcjonariuszy jest w dużym stopniu kształcone i formowane przez ludzi komunistycznej bezpieki i już w trakcie tej edukacji nabywa wszystkich, negatywnych cech swoich mentorów. Rzeczą pozytywnie wyróżniającą ludzi tworzących CBA, był brak doświadczenia tego rodzaju formacji – przez co uniknięto zgubnych nawyków „resortowych”, układów personalnych i towarzyskich. Struktura wiekowa funkcjonariuszy i pracowników CBA nie pozostawia wątpliwości, że jest to służba oparta na ludziach młodych; 52% jej składu stanowią osoby w wieku 30-40 lat, 32% ma poniżej lat 30, a tylko 16 % przekroczyło 40 lat.

Paweł Wojtunik zdaje się być wyznawcą mitu, jakoby praca w służbach specjalnych wymagała szczególnej i tajemnej wiedzy nabywanej latami,( a tę rzekomo posiadają tylko funkcjonariusze policji politycznej PRL) a zatem budowa od podstaw nowej służby, niezależnej od „zawodowców” z SB miała być skazana na porażkę.

Przeczy tej szkodliwej tezie dorobek 3 lat działalności CBA i fakt, że nigdy nie wykazano, by brak owego „doświadczenia” zaważył na profesjonalizmie akcji Biura. Żaden sąd, ani prokuratura nie podważyła legalności i fachowości działań CBA, zatem dywagacje pana Wojtunika są wyłącznie projekcją jego domysłów i fobii. W sprzeczności z jego twierdzeniami są liczby, wykazane choćby w „Informacji o wynikach działalności CBA za rok 2008” , z której możemy się dowiedzieć, że „odnotowano stały wzrost liczby prowadzonych postępowań przygotowawczych w porównaniu z latami 2006 i 2007. [...] Zarząd Operacyjno-Śledczy i komórki organizacyjne Zarządu Operacji Regionalnych (w tym delegatury CBA) prowadziły łącznie 670 postępowań przygotowawczych oraz spraw operacyjnych, to jest ponad dwukrotnie więcej niż w roku poprzednim. W ramach prowadzonych śledztw 346 osobom postawiono łącznie 1075 zarzutów popełnienia przestępstwa. Na poczet przyszłych kar zabezpieczono ponadto środki pieniężne w wysokości przekraczającej 10.140.000 zł w walucie polskiej, równowartość kilkuset tysięcy złotych w walutach obcych oraz podobnej wartości mienie ruchome”. A nie jest to przecież jedyny zakres działań CBA, bo służba ta prowadzi jeszcze czynności kontrolne, działania analityczne, prewencyjne i edukacyjne.

Dlatego twierdzenia nowego szefa Biura, iż bardzo mu zależy, „żeby zmienić wizerunek CBA, bo do tej pory kojarzyło się z podsłuchami i działaniami na granicy prawa. A ja chciałbym, żeby ludzie tej instytucji zaufali” – fatalnie świadczy o jego zawodowej rzetelności i stosunku do faktów, obrazuje natomiast poziom indoktrynacji tego funkcjonariusza i łatwość, z jaką powiela propagandowe stereotypy. Jedyną służbą, która może Polakom kojarzyć się z podsłuchami jest Agencja pana Bondaryka, masowo podsłuchująca dziennikarzy i adwokatów – na co żaden „profesjonalista” ze służb nie zwrócił uwagi. Byłoby rzeczą niezwykle pożyteczną móc prześledzić wyniki działalności ABW, dysponującej ogromnym budżetem i kompetencjami i zestawić je z osiągnięciami służby Mariusza Kamińskiego. Niestety, ABW nie publikuje żadnych raportów ze swojej działalności.

Niezwykle ciekawie wyglądają oceny, jakie Wojtunik dokonuje w sprawie byłej posłanki Sawickiej. Warto je szerzej zacytować, bo w zestawieniu z ustawowymi uprawnieniami CBA dotyczącymi złożenia propozycji przyjęcia lub wręczenia korzyści majątkowej (art.19 ustawy o CBA) brzmią wprost nowatorsko. Udzielając obszernego wywiadu „Gazecie Wyborczej” w dniu 17.10.br. Wojtunik na pytanie – „Czy np. przy sprawie Sawickiej nie została przekroczona granica między tropieniem przestępstwa a jego prowokowaniem?” – odpowiada:

„Działania tego typu powinny być prowadzone w sprawach, gdzie jest prawie pewność, że osoba jest przestępcą. Nie powinno się ich prowadzić pod byle kogo i w sprawie o korupcję małej wartości. Możliwości poprowadzenia prowokacji (kontrolowanego wręczenia łapówki) nie są stworzone po to, by prowokować wszystkich. Druga strona tej sprawy to kwestia uwikłania w romans. Jeżeli nie rozróżniono, co jest zdobyciem zaufania, a co stworzeniem zależności i więzi emocjonalnej, zaspokojeniem miłości, to niedobrze. Działania tego typu nie mogą polegać na niszczeniu komuś życia poprzez rozkochanie i porzucenie.”

Nietrudno się domyśleć, że te perory wynikają z „wiedzy” gazetowej, o czym zresztą sam Wojtunik informuje mówiąc, iż odwołuje się do informacji medialnych. Jeśli to na ich podstawie nowy szef CBA kształtuje swój stosunek do służby, świadczy to jak najgorzej o jego zawodowstwie. Tego rodzaju „publicystyczne” oceny w sprawie, w której toczy się proces sądowy - nigdy nie powinny paść z ust człowieka, mieniącego się profesjonalistą. Na marginesie można zauważyć, że to „byle kogo” dotyczyło posłanki Sejmu RP i wójta dużej gminy, a „mała wartość” to kwota 100 tys.zł.

Równie nieodpowiedzialnie brzmi opinia Wojtunika na temat przekazania przez Mariusza Kamińskiego najważniejszym osobom w państwie informacji w sprawie sprzedaży majątku stoczniowego i występujących w tej sprawie nieprawidłowości.

Wojtunik twierdzi, iż „ Ustawa o CBA mówi, że takie materiały w formie niejawnej udostępnia się prokuraturze celem wszczęcia postępowania. Nie znam w polskim prawie trybu udostępniania materiałów z kontroli operacyjnej innym organom państwa niż prokuratura.”

Być może Wojtunik nie zna, lecz ustawa o CBA przewiduje w art.2.1 ust.6, iż do zadań CBA należy „ prowadzenie działalności analitycznej dotyczącej zjawisk występujących w obszarze właściwości CBA oraz przedstawianie w tym zakresie informacji Prezesowi Rady Ministrów, Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej, Sejmowi oraz Senatowi”. Ponieważ Wojtunik udzielając tego wywiadu (trzy dni po nominacji) nie mógł – co sam przyznaje - posiadać pełnej wiedzy na temat materiałów przekazanych w sprawie stoczni, tego rodzaju twierdzenia są całkowicie nieuprawnione i fatalnie świadczą o zawodowej rzetelności funkcjonariusza.

Na podobnym poziomie znajdują się generalizujące opinie, dotyczące sukcesów CBA. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, pytany o osiągnięcia tej służby w okresie 3 lat Wojtunik znacząco milczy, a następnie stwierdza:

Ja nie znam sukcesów CBA, takich czystych, bo większość spraw, które były pokazywane, mnie się nie podobała. Bo nie podoba mi się pokazywanie w mediach zdjęć z parku z ukrytej kamery. Nie podoba mi się, że poprzez tego typu działania powstaje fobia i lęk przed tą służbą, która ma propaństwowy charakter”.

Można się domyśleć, że ponownie chodzi mu o sprawę posłanki Sawickiej i konferencję z roku 2007. Nie wdając się w oceny tej akcji, dość zauważyć, że jej medialne nagłośnienie leżało jak najbardziej w interesie państwa zwalczającego korupcję oraz w interesie obywateli, mających pełne prawo do informacji na ten temat. Publiczne pokazanie dowodu operacyjnego nie może być czymś nagannym, bo wartość tego dowodu nie polega na jego tajności, a jest uwarunkowana celem, któremu dowód ma służyć. Poza tym - pokazanie nagrań operacyjnych w żaden sposób nie mogło wywołać „fobii i lęku” u przeciętnego Polaka, mogło być natomiast skutecznym, prewencyjnym straszakiem wobec tych ludzi establishmentu, którzy byli uwikłani w korupcyjne układy. Trzeba pamiętać, że CBA powołano do walki z korupcją elit, nie zaś dla ścigania pospolitych złodziej, zatem wymiar prewencyjny takich działań dotyczył wyłącznie ludzi na najwyższych, państwowych stanowiskach. To właśnie na ściganiu korupcji władzy polega propaństwowy charakter CBA i jeśli w kimkolwiek ma wzbudzać lęk, to wyłącznie w ludziach czyniących z tej władzy źródło prywatnych dochodów.

Wojtunik uprawia propagandę, gdy dezawuuje realne osiągnięcia CBA, mieszając w to zasady pracy operacyjnej i twierdząc, iż Polacy na podstawie wiedzy o przestępczych propozycjach posłanki Platformy nabawili się „fobii i lęków”. Jest to celowa manipulacji, bo trudno mi wierzyć, by szef CBA nie wiedział, jakie zadania ustawowe ma jego służba i nie umiał odróżnić efektu propagandowego, od działania w służbie państwa i społeczeństwa.

W wywiadzie dla dziennika „Polska” padają inne nieuprawnione i negatywne oceny: „CBA zawsze lubiło błyszczeć w mediach” – stwierdził Wojtunik. I deklarował - Teraz nie będziemy strzelać z armat do wróbli. Urządzać pokazowych zatrzymań w świetle kamer, z kominiarkami na twarzy, a po nich konferencji prasowych”.

Na miejscu będzie przypomnieć, że wszystkim medialnym relacjom z akcji CBŚ, kierowanego przez Wojtunika towarzyszyły filmy lub zdjęcia pokazujące „rzuconych na glebę” i skutych przestępców, zamaskowanych policjantów, widoku broni czy pieniędzy. Epatowano odbiorców tymi widokami, a prawie w każdej relacji występował zamaskowany funkcjonariusz, wypowiadający się ponurym, zmodyfikowanym głosem. Jako niemal wzorcowy przykład takich działań, można wskazać kwietniową „akcję hazardową”, czy zatrzymanie szefa warszawskich gangów Marcina K., pseudonim Belmondziak. Przekazom tym towarzyszy projekcja filmów operacyjnych autorstwa funkcjonariuszy CBŚ. Czy również w tych przypadkach pan Wojtunik upatrywałby „działania wzbudzające fobie i lęki”, czy też zarzut ten dotyczy tylko jednej akcji CBA i ścigania korupcji politycznej wśród członków Platformy?

Myślę, że widoczną w wypowiedziach Wojtunika niechęć wobec CBA, można w jakimś stopniu wyjaśnić zdarzeniem, które miało miejsce przed kilkoma miesiącami. W sierpniu 2009 roku „Gazeta Wyborcza” doniosła, że naczelnik gdańskiego Centralnego Biura Śledczego był śledzony. Rzekomo przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego, choć nikt nie był w stanie tej informacji potwierdzić. Padały sugestie, że funkcjonariusze CBA namawiają gangsterów do złożenia zeznań obciążających trójmiejskich policjantów. Jeden z nich – Jacek W. przebywający w areszcie śledczym - miał nawet próbować popełnić samobójstwo po rozmowie z CBA. Pojawiły się komentarze o wojnie tajnych służb. Wówczas to Paweł Wojtunik – szef CBŚ powiadomił Prokuraturę Krajową o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy CBA. Akta sprawy trafiły do V Wydziału Prokuratury Apelacyjnej w Szczecinie, zajmującego się przestępczością zorganizowaną i korupcją. 24 września wydano postanowienie o wszczęciu śledztwa - „w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego Delegatury w Gdańsku przy wykonywaniu czynności służbowych, czym działano na szkodę interesu publicznego, tj. o czyn z art. 231 § 1 kodeksu karnego”.

Nie wiadomo na jakim etapie obecnie znajduje się śledztwo. O sprawie, przed miesiącem przypomniała Niezalezna.pl, publikując m.in wypowiedź Stanisława Rakoczego z PSL - przewodniczącego sejmowej komisji do spraw służb specjalnych, który sytuację nazwał „kuriozalną”. Nie chcę dokonywać ocen tej sprawy, ale fakt, że na jej gruncie może dojść do konfrontacji Wojtunik – kontra Wojtunik urasta do miary absurdu.

Szczególne miejsce w wywiadach prasowych, nowy szef CBA poświęcił osobie swojego poprzednika. W mojej ocenie, jest to ten obszar, w którym najwyraźniej widać, jak bardzo deklaracje Wojtunika nie przystają do rzeczywistości.

Pytany przez dziennikarkę „Polski”, jak został przyjęty w CBA, Wojtunik odpowiada: „w bardzo miłej atmosferze spotkaliśmy się i rozstaliśmy także z moim poprzednikiem. To był rozwód na bardzo wysokim poziomie kultury osobistej i państwowej” i kilka zdań dalej mówi o Kamińskim „Nie będę go oceniać. Byłoby to niezręczne z powodu zarówno pełnionych przez nas funkcji, jak i tego, że łączą nas poprawne relacje”.

Wygląda to na godną postawę nowego szefa i nawet pytanie dziennikarki o wypowiedź Kamińskiego z konferencji prasowej na której powiedział, iż ceni Wojtunika wysoko, ale wypełnia on jedynie polecenia innych – nie była w stanie zmusić rozmówcę do reakcji. Wojtunik oświadczył, że ma „pełne zaufanie do premiera Tuska”, od którego otrzymał gwarancje pełnej niezależności” i jest „osobą niezależną i bardzo asertywną”. To budująca deklaracja.

Należy z niej wnioskować, że wszystko co dotyczy Mariusza Kamińskiego jest decyzją nowego szefa CBA i tylko jemu Kamiński może zawdzięczać problemy związane ze swoją dymisją. Przypomnę zatem, że poprzedni szef CBA został zdymisjonowany, ale nie może uzyskać wymówienia z pracy, bo – zdaniem Wojtunika – nadal jest funkcjonariuszem Biura. Najprostsza interpretacja jest taka, że mamy do czynienia z próbą kneblowania Kamińskiego, który jako funkcjonariusz nie powinien się wypowiadać publicznie bez zgody przełożonego.

Sam Mariusz Kamiński stawia sprawę jasno : „- Pan Wojtunik nie jest wobec mojej osoby niezależny. Decyzje zapadają w bezpośrednim otoczeniu Donalda Tuska. Ale szef CBA nie może mi niczego zabronić. Nie jestem już funkcjonariuszem CBA. To są groteskowe tricki”.

Choć Wojtunik deklaruje „poprawne relacje”, łączące go z poprzednikiem i niechęć do publicznych ocen jego zachowania, na stronie internetowej CBA w dniu 27 października br. – natychmiast po zakończeniu konferencji prasowej Kamińskiego ukazało się następujące oświadczenie: W związku z dzisiejszą konferencją prasową zorganizowaną przez Pana Mariusza Kamińskiego, CBA nie chce polemizować z opiniami formułowanymi przez swojego byłego Szefa, ani komentować ich treści. Biuro skupia się na realizowaniu ustawowych zadań, zaś polemika i odnoszenie się na obecnym etapie do przekazanych informacji szkodziłoby interesom służby. Działania Szefa CBA Pana Pawła Wojtunika nie mają charakteru represyjnego czy ograniczającego aktywność polityczną byłego Szefa CBA. Wynikają jedynie z mocy ustawy o CBA oraz innych przepisów wewnętrznych i mają na celu zagwarantowanie należytej ochrony informacji niejawnych dotyczących działalności CBA oraz przestrzeganie prawa przez wszystkich funkcjonariuszy. Priorytetem obecnego kierownictwa CBA jest przede wszystkim bezpieczeństwo funkcjonariuszy Biura, w szczególności działających pod przykryciem”.

Jego treść świadczy, że Paweł Wojtunik ocenia działalność swojego poprzednika, podjętą w obronie dobrego imienia i prawa do wyrażania opinii, jako „aktywność polityczną”. Ostatnie zdanie oświadczenia sugeruje, jakoby w CBA istniał stan zagrożenia dotyczący najbardziej utajnionych funkcjonariuszy działających pod przykryciem i tylko nowe kierownictwo jest w stanie to zagrożenie zlikwidować. To szczególnie obrzydliwa insynuacja, która dowodzi, że za działaniami obecnego szefostwa CBA mogą kryć się te same osoby i środowiska, które wywołały medialną histerię związaną z likwidacją WSI i powołaniem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Z podobną insynuacją mamy do czynienia, gdy w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Wojtunik pytany czy ma gwarancje, że „nic z CBA nie zostało wyniesione i np. przed wyborami prezydenckimi nie zostanie "zdetonowane" – odpowiada: „Nie mam. Ludzie są jednak tylko ludźmi. Zrobię wszystko, żeby już nie było stąd przecieków, bo to kompromituje służby”.

Niewiele osób pamięta medialne kłamstwa o rzekomych przeciekach z SKW i Komisji Weryfikacyjnej, rozpowszechniane przez funkcyjnych dziennikarzy, czy rozgrywane przez Dukaczewskiego, Komorowskiego, Zemke. To według tego ostatniego „utrata kontroli nad bardzo ważnymi dokumentami dla funkcjonowania służb miała prowadzić do strat, także ludzkich”. Przez całe miesiące wmawiano Polakom, że działania Macierewicza i likwidacja WSI naraziły życie agentów pracujących zagranicą, że zdekonspirowano polskie służby, a z SKW skradziono tajne dokumenty. Żadna z tych informacji nie została potwierdzona.

Gdy dziś obserwujemy podobną taktykę działania w stosunku do CBA – trudno oprzeć się wrażeniu, że „ci sami sprawcy są tu czynni”.

Paweł Wojtunik użył w jednym z wywiadów sugestywnego obrazu, dla ukazania rzekomego dramatyzmu decyzji o przyjęciu propozycji szefowania CBA. Powiedział m.in.: „To jak skok na bungee. Skoczyłem i cały czas zastanawiam się, czemu nie przywiązałem nogi do liny. Lecę w dół, macam się po tej nodze, a liny nie ma. Tym bardziej podniecający jest ten skok, chociaż nie wiem, jak się skończy.”

Jak w wielu swoich wypowiedziach, tak i w tej Wojtunik wykazał zadziwiający brak konsekwencji. Łatwo bowiem przewidzieć, jak skończy się skok na CBA bez „przywiązanej do nogi liny”.

Źródła:

http://wyborcza.pl/1,75478,7151535,Pawel_Wojtunik__Wierze_w_CBA.html

http://wyborcza.pl/1,75478,7155549,CBA_bez_przeciekow.html

http://www.wprost.pl/ar/175291/Nie-bedzie-czystek-w-CBA/

http://polska.mil.pl/forum/viewtopic.php?t=4245&sid=6609eba83da6b30358c1b09fda4e1876

http://wyborcza.pl/1,75478,7146760,CBS_dowodzi_w_CBA.html

http://www.kprm.gov.pl/s.php?id=3749

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6534592,Jednorecy_bandyci_walcza_o_przetrwanie.html

GRACZE 1

http://www.newsweek.pl/artykuly/wydanie/1048/las-vegas-po-polsku,30803,2

http://praca.wp.pl/kat,1348,title,CBS-uderza-w-hazard-to-koniec-jednorekich-bandytow,wid,11004269,wiadomosc.html?ticaid=191f9&_ticrsn=5

http://interwencja.interia.pl/wczoraj/news?inf=1366039

http://www.tvn24.pl/12692,1605563,0,1,sms-przed-akcja-cbs-przeciek,wiadomosc.html

http://www.rmf.fm/fakty,135055,Popowski,i,byly,oficer,CBS,Porywacze,Olewnika,znali,techniki,operacyjne,policji,Wierzymy,ze,kret,sie,znajdzie.html

http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/370515,wsrod_policjantow_z_cbs_ze_sprawy_olewnika_byl_kret.html

http://www.cba.gov.pl/portal.php?serwis=pl&dzial=20&y=2009&m=10

http://www.rmf.fm/fakty,135997,Wojtunik,Szkatula,bedzie,wisienka,na,torcie.html

http://www.rp.pl/artykul/380587_Nowy_wiceszef_CBA_stanie_przed_komisja_sledcza.html

http://www.polskatimes.pl/opinie/wywiady/186104,wojtunik-nie-nosze-na-policzku-sladu-pocalunku-w-ksztalcie,id,t.html#material_1

http://www.rp.pl/artykul/90217,218889.html

http://sk9.pl/abc3ac

http://www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20091027/KRAJSWIAT/799919239

http://wyborcza.pl/1,75478,6964372,CBS_donosi_na_CBA.html

http://wyborcza.pl/1,75478,6969154,Prokuratura_zbada_donos_CBS_na_CBA.html

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/26302

http://www.cba.gov.pl/portal/pl/20/242/Informacja_o_wynikach_dzialalnosci_Centralnego_Biura_Antykorupcyjnego_w_2008_rok.html

http://news.money.pl/artykul/kaminski;nie;dam;zamknac;sobie;ust,230,0,551142.html

http://www.cba.gov.pl/portal/pl/20/321/Oswiadczenie_CBA.html