niedziela, 30 sierpnia 2009

USTAWODAWCY Z SB

Wspólną cechą wszystkich regulacji prawnych, proponowanych przez obecny rząd w zakresie bezpieczeństwa państwa, jest skupienie całej władzy w rękach Krzysztofa Bondaryka.

Oprócz uchwalonej już ustawy o zarządzaniu kryzysowym – która spotkała się z krytyką wielu środowisk i została zaskarżona przez prezydenta do TK - gotowy jest projekt nowelizacji ustawy o ochronie informacji niejawnych. Nowe przepisy powierzają szefowi ABW funkcję krajowej władzy bezpieczeństwa - instytucji odpowiadającej za kontakty m.in. z NATO, ale także za wydawanie upoważnień do dostępu do informacji niejawnych. Dotychczas odpowiedzialność za kontakty z sojusznikami była w Polsce podzielona. Również w zakresie certyfikatów bezpieczeństwa istniał wyraźny podział, a informacje wojskowe leżały w gestii SKW, cywilne zaś – ABW. Obecnie wojskowy kontrwywiad byłby faktycznie podporządkowany cywilnej agencji.

Według projektu ustawy, szef ABW ma sprawować nadzór nad stanem ochrony informacji niejawnych i prowadzić inspekcje w podmiotach przetwarzających informacje niejawne. Co więcej - to on będzie odtąd określał definicję informacji ściśle tajnej i tajnej oraz arbitralnie rozstrzygał, które informacje należy ukryć przed obywatelami.

Dotychczasowa ustawa miała dwa załączniki, które wymieniały precyzyjnie poszczególne kategorie informacji. Teraz, będzie to robił pan Bondaryk, a jego służba może dowolnie definiować daną informację i ścigać urzędników nakładających klauzulę..

Wracamy tym samym, do praktyki z okresu komunizmu, gdy tajna policja polityczna PRL decydowała co jest, a co nie jest tajne i sama określała zakres dostępu obywatela do informacji. Wspólny z tamtym okresem jest również fakt, iż decydujący głos w uchwalaniu prawa, związanego z ochroną i przepływem informacji ma „resort siłowy”. W praktyce oznacza to, że głównym konsultantem rządowych nowelizacji jest ABW.

Znając indywidualne skłonności Krzysztofa Bondaryka – o których m.in. pisałem w tekstach „NIETYKALNY” oraz jego liczne powiązania z oligarchią III RP, - tego rodzaju rozwiązania wydają się dostosowane do aktualnych potrzeb rządzącego układu, a objęcie kontrolą całego życia publicznego w Polsce, dokonuje się wraz z przywracaniem monopolu elit postkomunistycznych w służbach specjalnych.

O odradzaniu wpływów Służby Bezpieczeństwa mówiło się już w ubiegłym roku, gdy szef BBN Władysław Stasiak informował o powrocie na stanowiska kierownicze, średniego i najwyższego szczebla ludzi z SB. Za czasów Bondaryka wrócili do służby w ABW m.in.: Andrzej Barcikowski- aparatczyk PZPR, za rządów SLD szef ABW, a obecnie doradca w szkole oficerów kontrwywiadu, Zdzisław Skorża, który nabywał umiejętności w Radomiu w latach 80. jako pracownik kontrwywiadu SB, a obecnie jest zastępcą Bondaryka, czy były esbek Janusz Fryłow – pracujący dziś w kierownictwie kontrwywiadu.

Jednak na szczególną uwagę zasługuje obecność byłych funkcjonariuszy bezpieki w szeregu organizacji i instytucji, mających realny wpływ na stanowienie prawa w zakresie bezpieczeństwa państwa. Gdy przyjrzymy się, kto reprezentuje tzw. „czynniki społeczne”, uczestniczące w rozlicznych konsultacjach, dostrzeżemy obecność ludzi bezpośrednio związanych z policją polityczną PRL, a także dobrych znajomych pana Bondaryka. Towarzystwo to, upodobało sobie zwłaszcza obszar ochrony informacji oraz sektor informatyczny i telekomunikacyjny.

Pozycje wiodącą zajmuje tu Krajowe Stowarzyszenie Ochrony Informacji Niejawnych (KSOIN), będące „apolitycznym, dobrowolnym, samorządnym zrzeszeniem pracowników pionów ochrony informacji niejawnych oraz osób zainteresowanych wspieraniem jego celów statutowych”. Stowarzyszenie zajmuje się również szkoleniem kierowników kancelarii tajnych, archiwistów oraz pełnomocników ds. ochrony danych, organizuje kursy, warsztaty i kongresy. Prowadzi studia podyplomowe w zakresie „Ochrona informacji niejawnych i administracja bezpieczeństwa informacji”.

Prezesem zarządu Stowarzyszenia jest Mieczysław Tadeusz Koczkowski. Nazwisko tego pana spotkamy na str.31 Raportu z Weryfikacji WSI w rozdziale 3, zatytułowanym: „Penetracja rosyjska: zagrożenia dla wewnętrznego i zewnętrznego bezpieczeństwa państwa”, zawierającym listę oficerów poszczególnych komórek organizacyjnych WSI, szkolonych w ZSRR. W składzie Zarządu III w latach 1998-2000 głównym specjalistą był płk. Mieczysław Koczkowski – uczestnik kursu KGB w marcu 1982 roku. Pan prezes nadto nie chwali się swoją przeszłością, informując jedynie, że jest „oficerem rezerwy, a po odejściu z wojska początkowo zajmował się szkoleniem pełnomocników ds. informacji niejawnych”.

W gronie wykładowców i ekspertów KSOIN spotkamy nazwiska najwyższych rangą dowódców WSI: gen. dyw. Bolesława Izydorczyka (kursy GRU w 1982r) , kadm. Kazimierza Głowackiego (kursy GRU w 1985r) , płk Krzysztofa Brody ( studia w Akademii Wojskowo-Politycznej ZSRR w 1989r).

Jak wynika z informacji zamieszczonej na stronie Stowarzyszenia, zostało ono właśnie zaproszone przez ministra Jacka Cichockiego z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz szefa ABW Krzysztofa Bondaryka do prac i konsultacji nad projektami nowej ustawy o ochronie informacji niejawnych i 2 rozporządzeń:- Rady Ministrów w sprawie organizacji i funkcjonowania kancelarii tajnych, oraz w sprawie sposobu oznaczania materiałów, umieszczania na nich klauzul tajności, a także zmiany nadanej klauzuli tajności.

To ci, wymienieni powyższej ludzie – oficerowie WSW/WSI, szkoleni na kursach KGB będą dziś decydować o kształcie ustaw związanych z dostępem do informacji niejawnych, a tym samym – o bezpieczeństwie państwa.

Wśród partnerów Krajowego Stowarzyszenia Ochrony Informacji Niejawnych znajdziemy m.in. Polską Izbę Producentów na Rzecz Obronności Kraju, zrzeszającą firmy „prowadzące działalność na rzecz obronności i bezpieczeństwa”. Wiceprezesem i współzałożycielem Izby jest właściciel firmy NAT Import Export Leszek Cichocki – „biznesmen specjalnego znaczenia”, jak nazwał go Jarosław Jakimczyk w artykule „Cichocki Arms”. W latach 90-tych Cichocki zrobił „złoty interes” z dostawą broni dla Departamentu Stanu USA, eliminując z gry dotychczasowych potentatów –Cenrex i Cenzim, a w 2004 roku zarobił na dostawach broni i sprzętu wojskowego dla irackiej armii. Cichocki to dawny podwładny Gromosława Czempińskiego z wydziału kontrwywiadu zagranicznego, a do firmy NAT przylgnęła opinia powiązanej z gen. Czempińskim, ale też z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi.

Pan Cichocki nadal próbuje prowadzić interesy z obecną władzą, o czym może świadczyć protest jaki firma NAT złożyła w sprawie przetargu publicznego na zakup amunicji pistoletowej, ogłoszonego przez Komendę Główną Policji.

Spośród innych konsultantów uczestniczących w pracach nad nowym prawodawstwem można wymienić Polską Izbę Informatyki i Telekomunikacji, zajmującą się m.in. : „lobbingiem w sprawach gospodarczych istotnych dla sektora informatycznego i telekomunikacyjnego”. Izba zrzesza „podmioty gospodarcze prowadzące działalność gospodarczą w sektorze teleinformatyki - telekomunikacji i informatyki. Obecnie do Izby należy ponad 180 firm, reprezentowanych w Izbie poprzez swoich przedstawicieli”.

Wiceprzewodniczącym Rady PIIiT jest Wojciech Dylewski - dyrektor ds. Operacyjnych POLKOMTEL S.A, w latach 1990-96 zastępca dyrektora Biura Kadr i Szkoleń UOP, następnie zastępca dyrektora Zarządu Śledczego UOP, w latach 1997 – 2001 zastępca Komendanta Głownego Straży Granicznej – dobry znajomy Krzysztofa Bondaryka z czasów wspólnej służby w UOP i pracy w sektorze telekomunikacji. Obu panów typowano na początku rządów PO do komisji ekspertów, mającej dokonać przeglądu specsłużb. Łączy ich również sprawa nielegalnych podsłuchów w Erze (Bondaryk) i Polkomtelu (Dylewski), (tzw.Banda Czworga) w której prokuratura prowadziła śledztwo, umorzone tuż przed objęciem przez Bondaryka szefostwa ABW.

Znajomych Bondaryka spotkamy również we władzach Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Menedżerów Bezpieczeństwa Clausula Securitatis – zaproszonego przez Kancelarię Prezesa rady Ministrów do prac nad ustawą o ochronie informacji niejawnych. Wiceprezesem Stowarzyszenia jest Piotr Niemczyk – wieloletni funkcjonariusz UOP, dyrektor Zarządu Wywiadu, sekretarz generalny Unii Wolności , a obecnie doradca Komisji ds. Służb Specjalnych z rekomendacji Platformy Obywatelskiej. To podpis tego pana widnieje pod słynną instrukcją 0015 z roku 1992 – dotyczącą inwigilacji polskiej prawicy.

Niemczyk prowadzi obecnie działalność gospodarczą w ramach firmy Niemczyk i Wspólnicy zajmując się „doradztwem w zakresie spraw bezpieczeństwa i wywiadu konkurencyjnego”.

Już tylko ten krótki przegląd, podmiotów uczestniczących dziś w pracach nad nowym prawodawstwem z zakresu bezpieczeństwa państwa, pozwala zrozumieć kierunek obecnych zmian. To ludzie WSW/WSI, byli esbecy oraz znajomi Krzysztofa Bondaryka będą decydować o istotnych ustawach związanych z dostępem do informacji. Jednocześnie – to dzięki ich „konsultacjom społecznym” w ręku jednej osoby, szefa ABW, znajdą się wszystkie nici niejawnej kontroli obywateli i przedsiębiorstw.

Przed kilkoma tygodniami zatroskany prezes Krajowego Stowarzyszenia Ochrony Informacji Niejawnych pytał – „Czy zdążymy ze zmianą ustawy o ochronie informacji niejawnych?” – uzasadniając pośpiech w uchwaleniu nowych przepisów objęciem przez Polskę przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej w 2011 r.

Ja zaś zastanawiam się – czy zdążymy jeszcze uświadomić polskiemu społeczeństwu, kto i w czyim interesie próbuje objąć je totalitarną, bezpieczniacką kontrolą ?

Nim na dobre zamkną nam usta.

Źródła:

http://www.dziennik.pl/polityka/article266701/Stasiak_Byli_esbecy_wracaja_do_ABW.html

http://www.ksoin.com.pl/

http://www.wsi.emulelinki.com/untitled3.htm

http://www.wsi.emulelinki.com/aneks_13.htm

http://katowice.biznespolska.pl/gazeta/article.php?contentid=122651

http://www.ksoin.com.pl/?p=/pl/top/2/4

http://www.przemysl-obronny.pl/index2.php?go=content&chapter=oi_wladze_prezydium

http://www.wprost.pl/ar/57326/Cichocki-Arms/

http://docs.google.com/gview?a=v&q=cache:ufRkjPx29rwJ:przetargi.policja.pl/download.php%3Fs%3D5%26id%3D41324+Leszek+CICHOCKI&hl=pl&gl=pl

http://www.piit.org.pl/piit2/index.jsp?place=Menu01&news_cat_id=15&layout=8

http://wiadomosci.onet.pl/1448132,2677,1,kioskart.html

http://clausec.com/index.php?/content/view/748/26/

czwartek, 27 sierpnia 2009

CZY LUDZIE WSI SPRZEDAWALI POLSKIE STOCZNIE ?

Okoliczności towarzyszące sprzedaży polskich stoczni inwestorowi z Kataru wskazują, że za transakcją mogły stać służby Federacji Rosyjskiej, a kontrakt był przygotowywany i nadzorowany przez ludzi związanych z byłymi Wojskowymi Służbami Informacyjnymi.

Jeszcze w październiku ubiegłego roku „Rzeczpospolita” informowała, że w 2007 r. wpłynęła do resortu skarbu państwa oferta od inwestora z Kuwejtu. Chodziło o zakup stoczni gdańskiej, gdyńskiej i szczecińskiej. Potencjalnym inwestorem upadających stoczni miał być SPF Communication Team Fortis Bank, za którym faktycznie stał książę Mubarak al Jaber al Sabah. To najstarszy syn poprzedniego emira Kuwejtu. Pośrednikiem w transakcji był prowadzący jego interesy finansowe libański handlarz bronią Abdul Rahman el Assir. (1)

Ministerstwo Skarbu potwierdziło, że otrzymało ofertę od podmiotu reprezentującego Kuwejtczyków, w której pojawiło się nazwisko El Assira. „Oferta została zignorowana” – stwierdził rzecznik resortu Maciej Wewiór. „Ministerstwo prowadzi jedynie rozmowy z ISD (grupa Donbas) i Mostostalem-Chojnice, ponieważ to oni przygotowali plan restrukturyzacji i uczestniczą w obecnym procesie restrukturyzacji stoczni”.

Inwestorów reprezentowanych przez El Assira wspierali m.in. Robert Draba, były minister w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, i Roman Baczyński, były prezes Bumaru.

Propozycję Kuwejtczyków oceniano pozytywnie. – To była bardzo korzystna oferta – mówił jeden z wysokich urzędników resortu skarbu. Jednak polscy urzędnicy nie chcieli negocjować z kontrowersyjnym pośrednikiem El Assirem Oficjalnie informowano, że Arabowie chcieli kupić upadające polskie przedsiębiorstwa, aby budować tam części do tankowców. – Problemem jednak stała się osoba el Assira. Nie negocjujemy bowiem z pośrednikami. Tym bardziej, jeśli mają oni bardzo kontrowersyjne koneksje i robią, mówiąc łagodnie, dziwne interesy – twierdził informator „Rzeczpospolitej”. Już wówczas Agencji Wywiadu posiadała informacje, że El Assir był podejrzewany o współpracę z Hezbollahem oraz o związki z terrorystami z al Kaidy. Libańczyk przez lata handlował bronią, przede wszystkim na Bliskim Wschodzie i Afryce. Należał również do nieformalnej organizacji zrzeszającej czołowych handlarzy bronią z całego świata – grupy z Marbelli –nadzorowanej przez służby sowieckie, później rosyjskie.

Co zatem wydarzyło się w ostatnich kilku miesiącach, że rząd Tuska postanowił przyjąć ofertę katarskiego inwestora i pośrednictwo El Assira?

O kulisach obecnej transakcji pisze obszernie Anita Gargas w nr 33(838) „Gazety Polskiej”, zwracając uwagę, że przedstawiciele rządu unikają rozmowy o tajemniczym spotkaniu Tuska z premierem Kataru w którym uczestniczył również El Assir. (2) Autorka m.in. podaje, że El-Assir pracował dla polskiego Bumaru jako pośrednik w czasach, gdy na czele holdingu stał prezes Roman Baczyński. Zauważa również, że pod koniec ubiegłego roku do Służby Kontrwywiadu Wojskowego powrócił płk Artur Bednarski - który w WSI odpowiadał za pion przemysłu zbrojeniowego, w szczególności za handel bronią. Komisja Weryfikacyjna WSI wystawiła Bednarskiemu negatywną ocenę, jednak obecny szef SKW płk. Nosek uznał go za przydatnego do służby. Czy zmiany w SKW miały wpływ na ocenę tajemniczego inwestora w stoczniach przez rząd? – pyta Gargas.

To teza bardzo prawdopodobna, bo ludzie WSW/WSI utrzymywali wieloletnie kontakty z międzynarodowymi handlarzami bronią, a płk. Bednarski jest człowiekiem doskonale zorientowanym w tym środowisku. W latach 90-tych wspólnie z Markiem Słoniem i Jerzym Marszalikiem nadzorował w ramach obowiązków służbowych spółkę Cenrex, powołaną przez służby wojskowe w roku 1989. Spółka miała koncesję na obrót sprzętem specjalnym, czyli na handel bronią, a jej pierwszym dyrektorem został były oficer II Wydziału Sztabu Generalnego płk. Jerzy Dembowski ps. Wirakocza. To postać doskonale znana z Raportu z Weryfikacji WSI. Na str. 101 możemy przeczytać, że „Ppłk Jerzy Dembowski (OPP „WIRAKOCZA”) w połowie lat 80. prowadził z ramienia wywiadu operacje handlu bronią z arabskimi terrorystami, a w końcu lat 80. kierował operacjami mającymi na celu nielegalne sprowadzanie na teren państw sowieckich technologii informatycznych, które były następnie dostarczane do ZSRR (na Ukrainę) i do Korei Północnej. [....]Dembowski, jeszcze jako reprezentant firmy „Cenrex”, sprzedał broń do Ludowo-Demokratycznej Republiki Jemenu, które reprezentował „Menzer Galion”, a w rzeczywistości syryjski terrorysta Monzer Al-Kassar. Człowiek ten był zamieszany w zamachy terrorystyczne, w których zginęło ponad 400 osób. Jego nazwisko pojawiało się przy okazji eksplozji Jumbo-Jeta nad szkocką miejscowością Lockerby. J. Dembowski poznał go i z polecenia wywiadu wojskowego PRL prowadził z nim negocjacje dotyczące handlu bronią, gdy w latach 1982-87 pełnił on funkcję attache handlowego w Trypolisie (Libia). Transakcje Dembowskiego z Al-Kassarem zostały w 1992 r. sfinalizowane sprzedażą broni do Chorwacji i Somalii (objętej wówczas przez RB ONZ międzynarodowym embargiem na dostawy broni i sprzętu wojskowego). Jerzy Dembowski do realizacji tych transakcji wykorzystywał zarejestrowaną w Panamie firmę „Scorpion Int. Services” S.A. z siedzibą w Wiedniu. Działania te miały charakter przestępczy i objęto je oskarżeniem prokuratorskim w 2000 r.”.(3)

Dalsze informacje o tych działaniach znajdziemy w aneksie nr.4 Raportu str.292. Aneks ten zawiera notatkę służbową mjr. Wojciecha Polaka z dn.02 lutego 2001r. dotyczącą możliwości prowadzenia działalności wywiadowczej przez Wydział IV-VI Zespołu IV Centralnego Zarządu Inżynierii. Czytamy m.in.: Prowadzimy szeroką akcję rozpoznawania środowisk pośredników oraz pozyskiwania nowych dostawców i odbiorców. [...] Interesująco wygląda również nowy kontakt z firmą SCORPION INTERNATIONAL SERVICES S.A. z Panamy.Przedstawiciel firmy z biura w Atenach Constantin Dafemon zainteresowany jest zakupami sprzętu specjalnego, którego dostawę chcemy zaproponować MHZ Ukrainy (karabinki AK – 74 – 20.000 szt + 30 mln amunicji).(4)

Spółka o której mowa to działająca w Atenach firma SCORPION INTERNATIONAL SERVICES S.A., „reprezentująca międzynarodowe biura projektowe, deweloperów oraz producentów systemów zaawansowanych technologicznie”.(5) Abdul Rahman El-Assir –“prywatny partner” polskiego rządu w sprzedaży stoczni, prowadzi przez tę właśnie spółkę swoje transakcje handlu bronią.

Stałymi partnerami handlowymi SCORPION INTERNATIONAL SERVICES S.A. są m.in. dwie największe firmy rosyjskie kontrolujące handel bronią - Rosoboronexport i Irkut Corporation. Pierwsza z nich to państwowy monopolista, kontrolujący cały handel rosyjskim uzbrojeniem. Jest jedyną państwową agencją zaangażowaną w transakcje eksportowe sprzętu obronnego. Druga ze spółek zajmuje się handlem rosyjskimi samolotami bojowymi. Nie trzeba dodawać, że obie spółki są całkowicie nadzorowane przez służby rosyjskie.

Pracownikiem Rosoboronexport był Aleksiej Karasajew – oficer GRU, który w październiku 2006 roku przyjechał do Polski. Oficjalnie przedstawił się jako specjalista od uzbrojenia okrętów. Nieoficjalnie Karasajew, wspólnie z Siergiejem Peresunko – jako pracownicy ambasady rosyjskiej w Polsce prowadzili działalność szpiegowską.

To tych właśnie, dwóch oficerów GRU wydalono z Polski w listopadzie ubiegłego roku, a wiadomość o ich działalności została ujawniona przed miesiącem. (6)

Rozpracowywaniem rosyjskich szpiegów w Polsce (ale też za granicą) zajmowała się od wielu miesięcy Służba Kontrwywiadu Wojskowego. Czy w ramach monitorowania tych kontaktów natrafiono na ślad zainteresowania Karasajewa i Peresunki polskim przemysłem stoczniowym? Obaj szpiedzy nie opuszczali żadnego z oficjalnych spotkań organizowanych przez MON dla korpusu dyplomatycznego i wykorzystywali każdą dogodną sytuację, by spotykać się z polskimi oficerami. Być może, kalendarz tych spotkań pozwoliłby naświetlić ewentualny związek decyzji polskiego rządu z października ubiegłego roku, w sprawie katarskich inwestycji, z wydaleniem w tym samym czasie dwóch rosyjskich „dyplomatów”? Czy późniejsza zmiana tej decyzji, miała związek z przyjęciem do SKW negatywnie zweryfikowanych oficerów byłych WSI, w tym płk. Artura Bednarskiego?

Z pewnością, oferta Abdula Rahmana El-Assira – który najprawdopodobniej był owym „prywatnym inwestorem”, skrzętnie ukrywanym przez Ministerstwo Skarbu, może mieć związek z przywróceniem do służby ludzi Wojskowych Służb Informacyjnych.

Do tej, ważnej i intrygującej sprawy będę jeszcze wracał.

Źródła:

1.http://www.rp.pl/artykul/69745,212187_Stocznie_nie_dla_ksiecia_.html

2.http://www.niezalezna.pl/article/show/id/23997/articlePage/1

3.http://www.raport-wsi.info/SCORPION%20.html

4.http://www.wsi.emulelinki.com/aneks_4.htm

5.http://www.scorpion.com.gr/

wtorek, 25 sierpnia 2009

KONSTYTUCJA WYBORCZA

Myślę już o tym, co trzeba będzie zrobić, żeby posprzątać po IV Rzeczypospolitej i szybko zbudować V(1)- zapowiadał w listopadzie 2006 roku prof. Andrzej Zoll.

Wspólnie z Zollem, myśleli nad tym problemem panowie Stępień i Safjan – z których każdy z osobna i wszyscy razem sprawują w III RP rolę tzw. autorytetów prawniczych. Naturalną powinnością tego rodzaju arbitrów, była w latach 2005-2007 kompleksowa krytyka wszystkich pomysłów legislacyjnych ówczesnego rządu, ze szczególnym uwzględnieniem „zamachów konstytucyjnych”. Tym mianem nazywano każdy projekt autorstwa PiS-u , zmierzający do zmiany ustawy zasadniczej.

„Konstytucja powinna być aktem prawnym o dużej stabilności. Nie można zmieniać konstytucji przy każdych wyborach, jeżeli nowa partia dochodzi do władzy” – grzmiał w maju 2006 roku prof.Zoll.(2)

I piętnując zakusy partii Kaczyńskiego perorował : „Jeśli prawo jest traktowane jako instrument sprawowania władzy, to nie może tej władzy przeszkadzać. A dziś prawo władzy uwiera”.

Zanim zaczniemy mówić o zmianach w konstytucji, - wtórował mu w tym samym czasie prof. Safjan – należy szukać rozwiązań tych problemów w przestrzeni publicznej”. I dodawał: „Jestem najgłębiej przekonany o tym, że wiele sporów o kształt instytucjonalny państwa i jego instytucji można by rozwiązać nie poprzez zmianę formalną tekstu prawa, ale poprzez respektowanie kanonu dobrej wiary i dobrych obyczajów w stosowaniu i tworzeniu prawa. Nie dzieje się więc dobrze, a na pewno pozostaje w sprzeczności z takimi kanonami kultury konstytucyjnej, jeśli np. następuje przejmowanie wszelkich struktur państwa przez jedną tylko opcję, jeśli nie jest respektowane zróżnicowanie i polityczny pluralizm parlamentu przy wyborze do kolegialnych instytucji państwa, jeśli wreszcie podważa się sens i znaczenie instytucji konstytucyjnych”. (3)

Taką retorykę można było usłyszeć w czasach, gdy śmiertelne zagrożenie dla porządku konstytucyjnego stanowiły rządy ministra Ziobry – ulubieńca salonów i prawniczych wyroczni.

We wrześniu 2008 roku, gdy sprzątanie po IV Rzeczpospolitej było już mocno zaawansowane, pojawił się między premierem, a prezydentem tzw spór kompetencyjny, związany z reprezentacją Polski na posiedzeniach Rady Europejskiej. Wówczas też Donald Tusk wystąpił z inicjatywą rozpoczęcia prac nad zmianą konstytucji. Pomysł spotkał się z niemal powszechną krytyką ekspertów. Zwracano uwagę, że konstytucja wystarczająco określa uprawnienia i obowiązki prezydenta i premiera, a zmian ustawy zasadniczej nie można dokonywać pod wpływem wydarzeń politycznych.

Andrzej Zoll zapytany o pomysły rozstrzygnięcia sporu poprzez zmianę konstytucji, odpowiedział:

„Zapisy w konstytucji są precyzyjne i trzeba tylko dobrej woli rządzących, aby nie rodziły się konflikty. Można mieć najlepszą konstytucję, ale przy złej woli nic z tego nie będzie. W konstytucji wyraźnie stwierdzone jest, że politykę zagraniczną we współpracy z prezydentem prowadzi rząd. Nie widzę potrzeby zmiany konstytucji, która obowiązuje już 11 lat. Nie jest to prawo święte i nietykalne, ale nie jest ona problemem pierwszoplanowym w naszym kraju. Oczywiście można myśleć o zmianie konstytucji, ale nie wolno tego robić pod wpływem bieżących wydarzeń politycznych. Dobrze byłoby powołać gremium osób, które mają wiedzę i praktykę konstytucyjną. To one powinny na spokojnie przejrzeć przepisy ustawy zasadniczej i zastanowić się, czy nie należy pewnych rzeczy poprawić, zmienić, może również w zakresie relacji pomiędzy prezydentem a premierem”. (4)

Jeszcze wyraźniej prof. Zoll sprzeciwiał się zmianom konstytucji w lutym 2008 roku, gdy w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, zapytany przez dziennikarza : „Tusk chce ostatecznie rozstrzygnąć, kto ma władzę: premier czy prezydent. Bo - argumentuje PO - prezydent wraz z opozycją może zablokować każdą ustawę i doprowadzić do paraliżu państwa” – odpowiedział –„Ale to nie jest problem konstytucji, tylko kultury politycznej. A ściślej - jej braku. Kłopot w tym, jak prezydent wykonuje mandat, a nie w zakresie tego mandatu. System zbalansowania władzy - taki, że i prezydent, i premier mają coś do powiedzenia - jest zaletą, a nie wadą tej konstytucji. Nie widzę tu potrzeby zmian, poza kosmetycznymi.(5)

W identyczny sposób widział wówczas sprawę Jerzy Stępień, zapytany przez Janinę Parandowską o spory kompetencyjne stwierdził: „Zaczynają się pojawiać i myślę, że dobrze by było może najpierw je rozstrzygnąć, a dopiero później, w oparciu o doświadczenia, także te płynące z orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego w tym zakresie, myśleć o jakichś zmianach. Ja uważam, że rozmowa o Konstytucji jest zawsze ważnym tematem, tylko zależy od tego w jakim gremium się to robi. Bo jeśli problematykę zmian Konstytucji czyni się przedmiotem debaty politycznej, to moim zdaniem jest to zdecydowanie za wcześnie. Pamiętajmy, że jeśli mamy do czynienia z organami konstytucyjnymi, to majstrowanie przy ich zadaniach i kompetencjach jest naprawdę bardzo ryzykowne i powinno być ostrożne”. (6)

Mając w pamięci cytowane powyżej oświadczenia autorytetów prawniczych III RP, można było ze zdumieniem przyjąć ich wspólną deklarację z lutego br., w której m.in. napisano:

Powołujemy społeczny zespół ekspertów konstytucjonalistów, którzy w ramach prac Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” podejmą pracę nad przygotowaniem zmian w konstytucji według alternatywnych założeń, z których pierwsze przyjmuje wybór modelu konsekwentnie gabinetowego, drugi – konsekwentnie prezydenckiego”. (7)

Ci sami ludzie, którzy przez dwa ostatnie lata odżegnywali się od wprowadzania zmian w ustawie zasadniczej, dyktowanych doraźnymi potrzebami politycznymi, a pół roku wcześniej mówili o zbędności majstrowania przy konstytucji - nagle zmienili zdanie i postanowili sami zająć się projektem. Można oczywiście postawić pytanie - jaka jest wartość poglądów panów profesorów w sprawach tak fundamentalnych jak zmiana konstytucji - gdybym miał choć cień nadziei, że tego rodzaju obiekcje będą miały wpływ na ocenę działalności prawniczych arbitrów.

Informacja o powołaniu zespołu społecznego zawierała zapowiedź przygotowania zmian w konstytucji według alternatywnych założeń”. Dzisiejsze doniesienie o efektach pracy trzech „autorytetów” nie pozostawia wątpliwości, że alternatywę zamieniono na polityczny nakaz chwili, a projekt zmian dostosowano do potrzeb obecnego układu rządzącego.

Możliwość łatwego odrzucenia prezydenckiego weta i ubezwłasnowolnienie Biura Bezpieczeństwa Narodowego – to główne pomysły tych rozwiązań, zmierzające do znaczącego ograniczenia kompetencji prezydenta RP.(8)

Przyrównanie społecznej pracy panów profesorów prawa, do „opinii prawnej ekspertów” –wystawianej przestępcom według potrzeb i wpływów – wydaje się narzucającą wprost analogią.

Przed trzema laty, prof. Zoll, oburzony „postępującym psuciem państwa prawa” wieścił:

„Robi się bardzo źle. Dlatego, że tej opcji politycznej przeszkadza zasada podziału władzy. Opcja ta dąży do jednolitej władzy państwowej w postaci centrum władzy niekoniecznie znajdującego się w konstytucyjnych organach państwa, co jest o tyle niewłaściwe, że brak jest odpowiedzialności. To jest powrót do idei obcej demokratycznemu państwu prawa”.(9)

Warto zapamiętać te słowa, jako rzadki przykład racjonalnej opinii, obarczonej przekleństwem antycypacji.

Źródła:

1.http://bip.adwokatura.pl/pl/bip/varia/wywiad_safjan

2.http://bip.adwokatura.pl/pl/bip/varia/zoll_wywiad_gp

2.http://www.batory.org.pl/debaty/msafjan.htm

4.http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/33669,zeby_zmienic_konstytucje_potrzebny_jest_konsensus.html

5.http://wyborcza.pl/1,76842,4963346.html

6.http://www.polityka.pl/polityka/print2.jsp?place=Text03&news_cat_id=&news_id=247315&layout=15&page=text

7.http://alfaomega.webnode.com/news/o%C5%9Bwiadczenie%20by%C5%82ych%20prezesow%20trybuna%C5%82u%20konstytucyjnego%20/

8.http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/155179,chca-zabrac-kompetencje-prezydentowi,id,t.html

niedziela, 23 sierpnia 2009

ARCTIC SEA – KURS NA NOWĄ HISTORIĘ

Przed dwoma laty irański minister obrony Mustafa Nadżar poinformował, że zgodnie z podpisanym z Rosją w przeszłości kontraktem system rakietowy ziemia-powietrze S-300 zostanie dostarczony Iranowi. Jak podała wówczas rosyjska agencja Interfax, kontrakt na rakiety S-300, podpisany został już kilka lat temu i przewidywał dostarczenie kilkudziesięciu rakiet.

Rodzina rakiet "S-300" zawiera szereg modeli, które ZSRR i Rosja wyprodukowały w ostatnich trzech dekadach. Mają różne możliwości, a najbardziej zaawansowane wersje są zdolne śledzić wiele celów, w tym pociski samosterujące i samoloty, i wystrzeliwać w ich kierunku wiele rakiet przechwytujących na odległość stu kilometrów.

Informację irańskiego ministra obrony potwierdziły wówczas źródła w rosyjskiej armii, a Michaił Dmitrijew, dyrektor Rosyjskiej Służby Współpracy Militarno-Technicznej bronił prawa Rosji do sprzedaży Iranowi wszelkiej broni, której nie zakazuje prawo międzynarodowe lub inne porozumienia. Rosyjski dziennik "Kommersant" opublikował później artykuł donoszący, że Moskwa była gotowa sprzedać Iranowi 5 baterii rakiet ziemia-powietrze S-300 za 800 milionów dolarów. Zaraz potem jednak rząd rosyjski odżegnał się od tego artykułu, zmuszając rzecznika irańskiego ministerstwa spraw zagranicznych Mohammada Aliego Hosseiniego do wydania zawstydzającego odwołania oświadczenia Nadżara.

Podobny epizod miał miejsce pod koniec grudnia 2008 roku, gdy wiceszef komisji ds. bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej parlamentu Iranu stwierdził, że Rosja i Iran osiągnęły porozumienie w tej kwestii dostaw S-300. W lutym 2009 roku, gdy minister obrony Iranu gościł w Moskwie, "Kommersant" ponownie potwierdził, że Rosja i Iran podpisały kontrakt na dostawę 5 baterii S-300, ale rosyjski rząd musi jeszcze ratyfikować umowę. Według gazety rosyjski minister obrony Anatolij Serdiukow powiedział swojemu irańskiemu odpowiednikowi, że rosyjski rząd postanowił odłożyć dostawę S-300 do Iranu co najmniej do pierwszego bezpośredniego spotkania prezydentów Miedwiediewa i Obamy. Rosyjscy oficjele najwyraźniej chcieli uniknąć jakichkolwiek działań, które mogłyby zakłócić możliwe "zresetowanie" stosunków rosyjsko-amerykańskich

Do spotkania „na szczycie” doszło 1 kwietnia br., a w kilka dni później wicedyrektor federalnych służb Rosji ds. współpracy wojskowo-technicznej Aleksandr Fomin zapewniał, że jego kraj nie dostarcza Iranowi rakiet ziemia-powietrze S-300.

Tu przed spotkaniem dziennik „New York Times" donosił o tajnym liście prezydenta USA do Dmitrija Miedwiediewa, w którym Obama deklarował, iż zrezygnuje z umieszczenia w Polsce i Czechach tarczy antyrakietowej, jeśli tylko Moskwa pomoże USA zapobiec uzbrojeniu się Iranu w rakiety dalekiego zasięgu. List miał być przekonywującą zachętą dla Rosji, aby przyłączyła się do wspólnego z USA frontu przeciw Iranowi. Moskwa - przypominał "NYT" - utrzymuje ścisłe więzi z Teheranem, co daje jej niemałe wpływy; pomaga m.in. Iranowi w budowie reaktorów atomowych. To Rosja pomogła Iranowi zbudować i zaopatrzyć swój pierwszy reaktor atomowy. Rosja blokuje też wprowadzenie przez Radę Bezpieczeństwa nowych, silniejszych sankcji wobec Iranu, o jakie apeluje Waszyngton.

Sprawa potencjału militarnego Iranu, jest także głównym zmartwieniem największego sojusznika USA - Izraela. Od wielu miesięcy można obserwować, w jaki sposób Izrael próbuje obłaskawić Rosję i sprawić, by ta zaniechała transferu technologii i dostaw broni do Iranu. Jeszcze przed wybuchem ubiegłorocznej, sierpniowej wojny w Gruzji Izrael zerwał kontakty militarne z tym krajem; wprowadził też zakaz dla ministerialnych urzędników podróżowania do Gruzji. Wszystko po to, by wykazać, jak dalece rząd Izraela jest gotów zrezygnować ze swoich międzynarodowych priorytetów i zaskarbić sobie przychylność Moskwy. Przed kilkoma miesiącami rosyjskie media informowały, że Rosja negocjuje nawet zakup od Izraela bezzałogowych samolotów szpiegowskich, co byłoby pierwszym przykładem zakupu izraelskiej broni przez Rosję.

Jednocześnie Izrael rozważał zbombardowanie instalacji nuklearnych Iranu. O takich planach mówiło się już na początku 2008 roku, gdy Tel-Awiw zażądał pomocy militarnej od USA planując nalot na najważniejszą instalację irańskiego programu nuklearnego w Natanz. Temat powrócił przed dwoma miesiącami, a światowe media donosiły o intensyfikacji izraelskich przygotowań do przeprowadzenia nalotów bombowych. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, Joe Biden ogłosił w lipcu, że jego kraj nie zamierza stawać na drodze Izraelowi, jeśli ten uzna, że „irański program nuklearny stanowi dla niego rzeczywiste zagrożenie i zdecyduje się na jego zminimalizowanie przy użyciu siły wojskowej”.

Decyzja o ewentualnym ataku lotniczym, ma niewątpliwie związek z doniesieniami o sprzedaży rosyjskich S-300. Ta broń to jeden z najlepszych współczesnych systemów przeciwlotniczych, zdolnych również do zwalczania pocisków balistycznych. Od czasów wojny Yom Kippur, gdy wojska Izraela poniosły poważne straty właśnie od ognia sowieckich zestawów przeciwlotniczych, państwo to nie lekceważy możliwości bojowych rakiet S-300. Jeśli zatem doniesienia o transakcji irańsko-rosyjskiej są prawdziwe, to z pewnością mogą skłonić Izrael do jak najszybszego przeprowadzenia nalotów, zanim duża liczba zestawów S-300 zostanie dostarczona do Iranu.

Warto też zwrócić uwagę, że na początku czerwca izraelski wywiad wojskowy Aman donosił, iż Iran pod koniec lata będzie miał wystarczającą ilość uranu, żeby przystąpić do budowy bomby atomowej. Bez wątpienia, również ta wiadomość może mieć wpływ na przyśpieszenie decyzji o nalotach.

W tej sytuacji, jest oczywiste, że temat dostaw rosyjskiej broni musiał być poruszany podczas niedawnego spotkania Dmitrija Miedwiediewa z prezydentem Izraela Szimonem Peresem.

"Wyjaśniłem prezydentowi Miedwiediewowi, że sprzedaż rakiet Teheranowi zakłóci równowagę w regionie" - mówił Peres po spotkaniu w Moskwie. Sam Miedwiediew obiecał, że Rosja zrewiduje swoje plany sprzedaży Iranowi rakietowego systemu obronnego.

Nas – Polaków zainteresowała najbardziej wspólna deklaracja obu prezydentów, wydana w związku z 70 rocznicą wybuchu II wojny światowej, w której podkreślono, że pełną odpowiedzialność za wybuch wojny ponoszą nazistowskie Niemcy. Jak głosił oficjalny komunikat - „ Liderzy Rosji i Izraela wyrazili szacunek dla milionów radzieckich mężczyzn i kobiet, żołnierzy i cywilów, którzy zginęli w wojnie z hitleryzmem. Składając hołd ich pamięci, wyrażamy również głębokie oburzenie z powodu prób negowania ogromnego wkładu wniesionego przez naród rosyjski i inne narody Związku Radzieckiego w zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami”. Prezydenci wyrazili też oburzenie z powodu "prób negowania zbrodni Holocaustu dokonanych przeciwko europejskim Żydom, ludobójstwa przeciwko nim, które ostatecznie zostało powstrzymane przez Armię Czerwoną i wojska aliantów".

W tle tych dyplomatycznych gier miało jednak miejsce zdarzenie, którego prawdziwe znaczenie można ocenić wyłącznie w kontekście relacji Rosja – Izrael.

Porwaniu frachtowca Arctic Sea poświęcono już mnóstwo artykułów i medialnych doniesień. Wielokrotnie też, zwracano uwagę na niezwykłe okoliczności towarzyszące temu zdarzeniu, podkreślając, że nie miało ono nic wspólnego z tradycyjnymi aktami piractwa ani z atakiem zbrojnym na pełnym morzu.

Przypomnę jedynie, że 9 sierpnia br. w biuletynie morskim rosyjskiej firmy shippingowej Sowfracht zamieszczono informację, że 24 lipca statek Arctic Sea został napadnięty na Bałtyku, koło szwedzkiej wyspy Olandia. Na pokład weszli podobno uzbrojeni, ubrani na czarno i zamaskowani osobnicy, którzy łamaną angielszczyzną przedstawili się jako policjanci. Związali 15-osobową załogę i przez kilkanaście godzin przeszukiwali statek.

Arctic Sea, przewoził fińskie drewno do Algierii, wartości 1,8 ml USD. Przedstawiciel fińskiej kompanii Solchart, która jest operatorem frachtowca, wyraził przypuszczenie, że statek mógł zostać porwany. Wkrótce do międzynarodowej akcji poszukiwania frachtowca przyłączyły się rosyjskie okręty wojenne i łodzie podwodne. Jak twierdzili Rosjanie użycie marynarki wojennej było niezamierzone, a okręty i łodzie znajdowały się w tym rejonie „przypadkowo”. To właśnie rosyjski okręt „Ładnyj” odnalazł w pobliżu Wysp Zielonego Przylądka rzekomo porwaną jednostkę. Oficjalnie stało się to w dniu 16 sierpnia – dokładnie w przeddzień spotkania Miedwiediew – Peres w Soczi.

Użycie rosyjskiej marynarki wojennej, w akcji poszukiwawczej niewielkiego statku z ładunkiem drewna, a przede wszystkim dokonane dopiero dzień później aresztowanie rzekomych porywaczy i sprzeczne komunikaty medialne, powinny skłaniać do przypuszczeń, że mieliśmy do czynienia z operacją służb specjalnych. Takie podejrzenia pojawiały się już wcześniej. W niezwykle precyzyjny sposób, zdarzenia związane z porwaniem przedstawia Julia Łatynina w artykule opublikowanych na rosyjskim portalu „Nowej Gazety”.

Jest bardzo prawdopodobne, że Arctic Sea przewoził właśnie elementy rakiet S-300 lub materiały dla irańskich instalacji nuklearnych, a ludzie, którzy 24 lipca weszli na podkład statku byli agentami Mosadu, mającymi za zadanie sprawdzić ładownie frachtowca. Gdy okazało się, że na statku znajdują się poszukiwane obiekty, zdecydowano o jego uprowadzeniu, podejmując jednocześnie pertraktacje z Rosjanami.

Niewykluczone zatem, że mieliśmy do czynienia z jedną z najbardziej udanych i spektakularnych operacji służb izraelskich w ostatnich latach. Końcowy komunikat ze spotkania Peres – Miediwiediew może świadczyć, że doszło do porozumienia w kwestii zaprzestania dostaw rakiet S-300 i odstąpienia Rosjan od wspierania irańskiego programu atomowego. Być może, zdecydowano również o przyzwoleniu obu stron na akcje militarną Izraela w Iranie, a Rosji w Gruzji - tym bardziej, że w interesie ekonomicznym Rosji (ceny paliw) leży unieruchomienie naftowych instalacji Iranu.

Dyplomatyczną ceną tych ustępstw, byłoby wspólne oświadczenie obu prezydentów, – dające początek tworzeniu nowej, fałszywej - lecz politycznie dla Rosjan korzystnej wizji historii.

Źródła:

http://www.worldpoliticsreview.com/article.aspx?id=3425

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6498899,Rosja__Nie_dostarczamy_Iranowi_rakiet_S_300.html

http://wyborcza.pl/1,76842,6338186,Obama_do_Rosji__oddam_tarcze_za_Iran.html

http://wyborcza.pl/1,76842,6148083,USA_zatrzymaly_atak_Izraela_na_Iran.html

http://www.psz.pl/tekst-21431/USA-nie-sa-przeszkodza-Izraelowi-z-zbombardowaniu-iranskich-instalacji-nuklearnych

http://news.money.pl/artykul/izrael;iran;jest;coraz;blizej;bomby;atomowej,61,0,455997.html

http://www.psz.pl/tekst-22630/Moskwa-zastanowi-sie-nad-kwestia-sprzedazy-rakiet-Iranowi

http://www.diplomacy.pl/index.php/articles/show/id/5219/back/aG9tZXBhZ2UvaW5kZXg%3D

sobota, 22 sierpnia 2009

“AS” – CENZOR PRO MILITO

„Spór z równym jest ryzykowny, z silniejszym – szaleńczy, ze słabszym – haniebny” – twierdził mądry Seneka. Nie przewidział jednak sytuacji, gdy spór staje się niemożliwy, bo choć adwersarz ani silniejszy, ani równy - to nie pozwala traktować serio swojej wypowiedzi. A szkoda, bo chętnie podjąłbym polemikę z autorem Stowarzyszenia PRO MILITO, gdyby tylko użył w swoim wystąpieniu choćby jednego, rzeczowego argumentu.

Pan Michał Podobin – którego tekst z blogu Pro Milito poniżej prezentuję - zechciał pochylić się z zainteresowaniem nad moimi wpisami. Ucieszyło mnie to bardzo, jak zawsze gdy zyskuję nowych, uważnych czytelników. Ucieszyło tym wielce, że wszystko, co napisał pan Podobin zainspirowany lekturą Ściosa, zdaje się potwierdzać moje obawy związane z szacownym stowarzyszeniem Pro Milito.

By wszakże, nie odbierać czytelnikom przyjemności obcowania z myślą pana oficera, powstrzymam się od komentowania tekstu. Niech broni się lub polegnie sam.

Nie odmówię sobie jedynie wyrażenia zadowolenia z faktu, że Stowarzyszenie Pro Milito jako kolejne, po Związku Byłych Funkcjonariuszy Służb Ochrony Państwa docenia dotychczasowy dorobek autora.

Pomny na pouczenie Stanisława Leca, iż „mogło być gorzej, a twój wróg mógł być twoim przyjacielem”, cieszę się z bycia cenzorem środowiska panów oficerów i obiecuję nadal wzbudzać równie żywe emocje.

Tekst pana Michała Podobina:

A może, Pro Milito od władzy oczekuje prawdy i praworządności?

Szukając dojścia do witryny Pro Milito znalazłem śmietnik złośliwości
i bezużytecznych zapisów, co zgodnie z zasadą, że to, co najgorsze trzyma się najdłużej, więc bez jakiejkolwiek przyczyny trzyma się w tym miejscu niby rzep…….. Autorem tej słownej nagonki, jest niejaki AS ,ale żaden on as, a raczej ten co, go do swego tytułu użył, ale w zupełnie innym celu Czesław Miłosz. Zbiór wierszy laureata Nagrody Nobla „ Przydrożny piesek”, to zupełnie ciekawa duchowa uczta, natomiast ten gniot propagandowych oszczerstw, jest jakby rodem z biuletynów propagandowych GZP. Pamiętamy przecież i wówczas też nie brakowało takich, co to ich nie sieją, a sami na kamieniu wyrosną. Jak widać, żadne zmiany nie eliminują tego typu ludzi.

Temu jegomościowi, który określa się być mężczyzną oraz wolnym strzelcem i historykiem w jednej osobie szczególnie nie podoba się możliwość zabierania głosu przez osoby niezależne i niepodporządkowane ogólnej gazetowej propagandzie. Mimo, że sam nie ma merytorycznych podstaw i predyspozycji z wielką namiętnością zabrał się do atakowania ludzi, którzy ośmielili się urodzić nieco wcześniej i mają za sobą odpowiedni życiorys, który nie przeszkadzał w niczym prezydentowi Lechowi Wałęsie do powierzenia im odpowiedzialnych stanowisk, na których oczywiście nigdzie nie zaznaczyło się nazwisko naszego asa lub pieska.

Charakterystyczną cechą tych zdeterminowanych ataków, jest wykorzystywanie każdego słowa, które odpowiednio odwrócone zostają użyte niby pociski do rażenia swoich przeciwników. Gdy Lech Wałęsa powiedział swego czasu : " trzeba wnieść poprawki do systemu politycznego i ekonomicznego, a to pozwoli nam żyć w wolności i dobrobycie”, a to określenie zostało powtórzone przez jednego z członków Pro Milito, to natychmiast pada pytanie o dopuszczalność stawiania takich twierdzeń. A czyż nie jest prawdą, że w odczuciu całego społeczeństwa „Elity polityczne nas zawiodły. Polacy wywalczyli wolność i demokrację, a w zamian zostali okradzeni z miejsc pracy i zabezpieczenia socjalnego” Nie trzeba być wielce wnikliwym obserwatorem, aby potwierdzić te słowa pierwszego prezydenta RP. Tego jednak cenzor Pro Milito jakby nie chce zauważyć.

Jedno trzeba przyznać, że osoba ta, wbrew wątpiącym jest wiernym i uważnym czytelnikiem wszystkiego, co ukazuje się na witrynie stowarzyszenia. Jest przy tym na tyle drobiazgowy w analizowaniu zapisanych tematów, że stawiający pierwsze kroki w tej słownej szermierce ze zdziwieniem często przyznają, iż nie spodziewali się, by poświęcano im uwagi tyle, bowiem to o czy piszą, jest na tyle znane i oczywiste, że jedynie ludzie.

Na wielu stronach tekstu tego autora przebijają wątki, w których zarzuca on oficerom z poprzednich lat, ze kończyli studia w akademickie w ZSRR. A gdzie mieli kończyć? Przecież w tamtych latach nikt nie proponował im pogłębiania wiedzy Waszyngtonie, Londynie, czy Neapolu. Jednak szanowny adwersarzu o jednym powinieneś pamiętać, że w owym czasie adiutanci, pisarze i sekretarze osobiści ministra nie byli kierowani na studia za granicą i nie byli pęczkami nominowani do stopni generalskich. I jeszcze jedno, ówcześni absolwenci takich akademii posiadali bogate doświadczenie wojskowe i ni byli defiladowymi i gabinetowymi generałami.

Nie znam szczegółowo biografii wymienianych złośliwie generałów Wileckiego i Poznańskiego, wiem jednak, że w tamtym czasie, aby zostać wyznaczonym na stanowisko szefa sztabu generalnego nie wystarczyło umieć posługiwać się językiem angielskim, a w dowodzeniu przejść szczebel plutonu. Tego niestety dyletanci i przeciwnicy wojska nigdy nie wiedzieli. Im wystarczył staż w ugrupowaniach pacyfistycznych i sukcesy w unikaniu służby wojskowej.

W takiej też roli występuje nasz „as”. Nic nie wspomina o tym, że on i jemu podobni czerpali całymi garściami z tego poprzedniego systemu, a teraz „ pokrzywdzeni” bez zastanowienia atakują tych, którzy mają odwagę inaczej pomyśleć w temacie obronności kraju. Im przecież jest obojętnie, jakie będą polskie siły zbrojne, myślą jedynie o takim wojsku, które bez szemrania, źle wyposażone i źle dowodzone pozwoli się wywieźć do dalekich i egzotycznych krajów. Dla nich wojny muszą się toczyć, a żołnierz jest po to, aby, gdy nie ma żołnierskiego szczęścia ginął. To od tego typu osób możemy cyklicznie, zazwyczaj po dramatycznym wydarzeniu, usłyszeć, że musimy do Afganistanu wysłać więcej sprzętu i zbyt dużo pieniędzy marnotrawionych jest na utrzymanie sił zbrojnych.

Dla pewnej grupy analityków i tendencyjnych użytkowników portali internetowych, każdy przejaw wolnego słowa działa niczym muleta. Rzucają się rozwścieczeni na tekst i z każdego akapitu tworzą propagandowe „arcydzieło’, które dla podobnych im entuzjastów walki z komunizmem staje się niczym ambrozja na greckim Olimpie. Nawet sprawy światopoglądowe są dogodnym obszarem, na którym są gotowi wykazywać nie tyle swoje chrześcijańskie przywiązanie, ale dokonywać oceny prawa innych do opowiadania się po stronie haseł wypisanych na żołnierskich sztandarach. Tacy krytykanci, nie mówią, wprost, że nie odpowiadają im zmiany, jakie zaszły w siłach zbrojnych po pojawieniu się wśród żołnierzy kapelanów wojskowych, ale przy pomocy odpowiedniej gry słów, usiłują za wszelką cenę, przedstawić w negatywnym świetle obecność kościoła w wojsku.

Wszedłem ponownie na stronę Pro Milito. Przeczytałem wiele tekstów. Nie widzę nic zdrożnego w tym, że jeden z piszących na tamtej witrynie napisał: „Stowarzyszenie Pro Milito korzysta tylko z prawa wolności. Obserwując zachodzące zmiany spotykamy się, dyskutujemy i coraz bardziej przekonujemy się, że nasza odmienność poglądów pokrywa się z polską racją stanu. Problem jest na tyle poważny, że szukamy sposobów dotarcia do szerszej rzeszy słuchaczy. Ale głównie widzimy potrzebę wyprowadzenia z błędu tych, którzy pozbawieni możliwości poznania drugiej strony medalu, w sposób jednostronny przekonują społeczeństwo”.

Prawdą też jest, że dotychczas Pro Milito korzysta z możliwości swobodnego wypowiadania się na portalach internetowych. Nie istnieje, bowiem dzisiaj w wolnej Polsce możliwość otwartego wypowiedzenia się, bez posiadania własności mediów. Trzeba mieć również świadomość, że istniej określona grupa ludzi, dla których każdy sposób i przyczyna będzie dobra, by zamknąć innym usta. Mają oni swój propagandowy straszak, jakim jest komunizm, przy pomocy, którego każdemu przypinają taką łatkę. To właśnie oni głośno powtarzają, że inaczej myślącym trzeba się bacznie przyglądać, chociaż inni idą już dalej, twierdząc, że trzeba inwigilować.

Ludziom nie trzeba robić wody z mózgu, nawet wówczas, gdy się jest wiernym wyznawcą Eugena Bleulera. Zawsze, bowiem dociekanie prawdy oraz wskazywanie innym przejawów głupoty i działań odbiegającymi od polskiej racji stanu, było i będzie w centrum zainteresowania Pro Milito. I tu wcale nie chodzi o władzę, ale o prawo do obiektywnego spojrzenia na obecną rzeczywistość i widzenia w niej nie tylko defiladowych przemarszów, ale głownie przyczyn żołnierskiej tragedii. Chociaż namnożyło się nam mrowie propagandzistów śledzących każdy nasz głos i ich siła jest znaczna, to nasza prawda w ostatecznym rozrachunku przygniecie tych wierszokletów.

Michał Podobin 16 sierpnia 2009r

(pisownia oryginalna)

Źródło : http://www.promilito.pl/pro-milito-blog-promilito.htm

komentarz Komendy Głównej Stowarzyszenia do powyższego tekstu:

http://www.promilito.pl/komentarz.htm

piątek, 21 sierpnia 2009

DYMISJA Z MOCY USTAWY

Wygląda na to, że jedyną powinnością Antoniego Podolskiego było jak najszybsze uchwalenie nowelizacji ustawy o zarządzaniu kryzysowym, oraz budowa Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Z obu zadań wiceminister spraw wewnętrznych i administracji wywiązał się celująco. Odszedł z ministerstwa w momencie, gdy rozpoczęto prace nad rozporządzeniami do ustawy, a jej wejście w życie nadawało dyrektorowi RCB szerokie, specjalne uprawnienia. „Nie doszukiwałbym się tutaj żadnej sensacji. Jest to zakończenie pewnego etapu mojej pracy" – powiedział sam Podolski, pytany o powody dymisji.

Zapisy nowelizacji ustawy, którą w błyskawicznym tempie 6 miesięcy przeforsował obecny rząd, były już przedmiotem krytyki wielu środowisk. Zarzucano jej nadmierne eksponowanie roli ABW i udzielenie tej służbie uprawnień do inwigilacji przedsiębiorstw. Na podstawie nowych przepisów ABW uzyskała niekontrolowany dostęp do dokumentów i informacji w firmach zarządzających tzw. infrastrukturą krytyczną (energetyka, wodociągi, transport i komunikacja, teleinformatyka) oraz możliwość wpływu na obsadę stanowisk pełnomocnika ds. kontaktów z ABW. Wszystko to, pod hasłem zagrożenia terroryzmem, bo według słów Marka Biernackiego „Polska jest w stanie wojny z terroryzmem”.

Dokładna lektura tekstu ustawy skłania do podejrzeń, że zasadniczym celem jej uchwalenia było wyposażenie służby pana Bondaryka w nowy, potężny instrument nadzoru nad przedsiębiorcami. I choć nominalnie zapisy nowelizacji wzmacniają rolę dyrektora Rządowego Centrum Bezpieczeństwa – którym do dziś był Podolski – faktycznie wiodącą pozycję w kwestiach związanych ze „zwalczaniem terroryzmu” przyznają szefowi ABW.

Realna władza tej służby ujawnia się na przykładzie, jakim posłużył się Paweł Soloch – doradca prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego, w wywiadzie dla pisma „Polska Zbrojna”. Soloch zauważył, że na listę tzw. obiektów infrastruktury krytycznej może zostać wpisana niemal każda, dowolnie wytypowana firma. Nowelizacja nie przewiduje bowiem trybu odwoławczego, tak więc właściciel obiektu nie ma żadnego wpływu na to, że znalazł się na takiej liście. „ Po jakimś czasie – twierdził Soloch - do tego zakładu zgłasza się ktoś z ABW i mówi: „Potrzebny jest tutaj człowiek do kontaktów z nami” ( tak bowiem przewiduje ustawa) „No dobrze to wyznaczamy kogoś”, mówi dyrektor. „A ma dopuszczenie do informacji tajnych?”, pyta ABW. „Bo jak nie ma, to my mamy człowieka, który by się do tej roli nadawał”. Tym samym - rozwiązania przyjęte w noweli ustawy mogą doprowadzić do tego, że ABW będzie miała w firmach swoich oficjalnych rezydentów, wpływających na decyzje finansowe i personalne.

Warto dodać, że gdyby nawet firma chciała do kontaktów z ABW wyznaczyć swojego człowieka, to ostateczną decyzję o przyznaniu certyfikatu bezpieczeństwa wydaje Agencja, ona zatem decyduje o tym, kto będzie udzielał jej informacji.

W ustawie zamieszczono następujący zapis: „Organy administracji publicznej, posiadacze samoistni i zależni obiektów, instalacji lub urządzeń infrastruktury krytycznej są obowiązani niezwłocznie przekazywać Szefowi Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wszelkie, będące w ich posiadaniu, informacje dotyczące zagrożeń o charakterze terrorystycznym dla tej infrastruktury krytycznej, w tym zagrożeń dla funkcjonowania systemów i sieci energetycznych, wodnokanalizacyjnych, ciepłowniczych oraz teleinformatycznych istotnych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, a także działań, które mogą prowadzić do zagrożenia życia lub zdrowia ludzi, mienia w znacznych rozmiarach, dziedzictwa narodowego lub środowiska”.

Ponieważ żadne przepisy nie definiują czym jest „zagrożenie o charakterze terrorystycznym”, nieprecyzyjność tych zapisów wprost implikuje interpretację rozszerzającą i skłania do arbitralności. Taka broń w rękach służby, na której czele stoi człowiek uwikłany w trefne, biznesowe układy musi budzić uzasadniony niepokój.

Dał temu wyraz prezydent RP, podpisując w dniu 6 sierpnia br. ustawę o zmianie ustawy o zarządzaniu kryzysowym, ale jednocześnie kierując do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie jej zgodności z Konstytucją.

Twórcą i gorliwym rzecznikiem problematycznej ustawy był Antoni Podolski. Polemika, jaką Podolski podjął z Pawłem Solochem na łamach „Polski Zbrojnej” i inne, liczne wystąpienia wiceministra dowodzą, że był głęboko zaangażowany w proces tworzenia nowelizacji i przekonany o celowości jej zapisów.

Tym mocniej, musi zastanawiać dzisiejsza, nagła decyzja o rezygnacji ze stanowiska ministerialnego. Podejmują ją człowiek, który dzięki uchwaleniu nowelizacji zyskał potencjalne, szerokie uprawnienia nadzoru nad wykonywaniem ustawy. Zakładam również, że będąc jej autorem byłby zainteresowany wprowadzaniem ustawy w życie i przygotowywaniem szczegółowych rozporządzeń.

Jawią się zatem dwie możliwości: albo Podolski ma świadomość, że jego kompetencje dyrektora Rządowego Centrum Bezpieczeństwa są fikcją, stworzoną na potrzeby legalizacji specuprawnień szefa ABW i nie chce dalej firmować swoim nazwiskiem przedsięwzięć środowiska wspierającego Bondaryka, albo został powołany na dotychczasowe stanowisko jedynie w celu przeforsowania ustawy o zarządzaniu kryzysowym i jako człowiek jednej misji odchodzi na „zasłużony odpoczynek”.

W obu przypadkach – jego dymisja może dowodzić, że uchwalenie tej właśnie, konkretnej ustawy było projektem niezwykle ważnym w planach obecnego rządu, a jej przeznaczenie jest zupełnie inne, niż wskazują oficjalne deklaracje.

http://fakty.interia.pl/polska/news/antoni-podolski-odchodzi-z-mswia,1356451,3

http://www.polska-zbrojna.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=4136:ambicje-pod-kontrol-polska-zbrojna-312009&catid=88:polska-zbrojna&Itemid=135

http://rcb.gov.pl/infrastruktura/

http://rcb.gov.pl/komunikaty/?a=166

http://www.rp.pl/artykul/16,352145_Prezydent__zarzadzanie_kryzysowe_do_TK.html

http://rcb.gov.pl/upload/binaries/zam_publ_pdf/ust_zm_us_zarz_kryzys.pdf

niedziela, 16 sierpnia 2009

SIŁOWNICY

Przed kilkoma tygodniami niektóre media, oraz rzecznik praw obywatelskich krytycznie ocenili przyznanie Agencji Bezpieczeństwa Wwewnętrznego nowych uprawnień. Okazję do krytyki dawała nowelizacja ustawy o zarządzaniu kryzysowym, na podstawie której służba Krzysztofa Bondaryka otrzymywała uprawnienia do dogłębnej kontroli przedsiębiorstw i wydawania zaleceń pokontrolnych. Kontrowersje wzbudzały również przepisy nakazujące firmom zarządzającym tzw. infrastrukturą krytyczną (np. wodociągi, teleinformatyka, transport) wyznaczenia pełnomocników do kontaktów z ABW.

W cyklu wpisów zatytułowanych „NIETYKALNY” przedstawiłem również inne, liczne zagrożenia wynikające ze zwiększenia uprawnień służb specjalnych w ramach walki z cyberterroryzmem i zarządzaniem kryzysowym, wskazując, że podstawą wydawania nowych aktów prawnych w tym zakresie jest rządowy „Program ochrony cyberprzestrzeni RP na lata 2009-2011", przyjęty przez rząd Tuska w marcu br.

Podstawowe założenia tego programu przewidują przekazanie szczególnych uprawnień w zakresie „ochrony infrastruktury krytycznej kraju, w przede wszystkim krytycznej infrastruktury teleinformatycznej” Ministerstwu Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. I choć stworzenie z tych dwóch instytucji „superministerstwa” i „supersłużby” wzbudza uzasadnione obawy, rzecznik ABW uspokaja, iż „zawarte w ustawie o zmianie ustawy o zarządzaniu kryzysowym regulacje są zgodne z wytycznymi i zaleceniami Unii Europejskiej w zakresie zwalczania terroryzmu i reagowania kryzysowego” , a ideą ustawy jest „przywrócenie państwu i jego organom realnej funkcji ochrony bezpieczeństwa państwa i jego obywateli”.

Bliższe zapoznanie się z regulacjami, jakie przewiduje rządowy program nakazuje jednak, by inspiracji polskich rozwiązań poszukiwać w zgoła innym obszarze, niż państwa Unii Europejskiej.

Tak się bowiem składa, że w tym samym czasie, gdy rząd Tuska opracowywał program ochrony cyberprzestrzeni, w Rosji wydawano kolejne akty prawne w ramach oficjalnego, rządowego „programu bezpieczeństwa antykryzysowego” i „publicznej kampanii przeciwko terroryzmowi”. Wszystkie łączył jeden, wspólny mianownik – prowadziły do zwiększania ( i tak niebotycznie rozbudowanych) uprawnień służb specjalnych, a tym samym – systemu kontroli nad społeczeństwem.

Podobnie jak w przypadku polskiego programu, główną rolę przewidziano dla rosyjskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MVD) i Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB).

Program został zapoczątkowany przez gen.KGB Władymira Putina już w roku 2005, gdy w ramach projektu „Bezpieczne Miasto” zainstalowano w miastach rosyjskich tysiące kamer na dworcach, ulicach, w parkach, kinach i wielu innych miejscach. Rosyjskie organizacje obrońców praw człowieka wskazywały, że program jest wykorzystywany głównie przez FSB do śledzenia opozycyjnych wobec Kremla działaczy organizacji politycznych i obywatelskich i podawały liczne przypadki aresztowań, dokonywanych na podstawie ulicznego monitoringu.

Jednocześnie uruchomiono tworzenie ogromnej megabazy danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nazywając ją "jednolitym systemem informacyjno-telekomunikacyjnym" (EITKS). Celem miała być walka ze zorganizowaną przestępczością i zintegrowanie wszystkich dotychczasowych baz danych policji w jednym systemie. Program ma umożliwiać natychmiastowy dostęp do wszelkiego rodzaju informacji o osobie (nagrania audio, video, zdjęcia, odciski palców, dane biometryczne, próbki tekstu) w dowolnym miejscu w kraju i określenie tożsamości na podstawie nawet cząstkowej informacji.

Kolejnym krokiem było uzyskanie przez FSB pełnego dostępu do baz danych o klientach firm telekomunikacyjnych. Uchwalone w 2005 roku prawo zobowiązywało operatorów, aby na własny koszt zapewnili służbom specjalnym "na odległość" i przez całą dobę pełny dostęp do baz danych o klientach. I to bez potrzeby uzyskiwania sankcji sądowej. Pod lupą FSB znaleźli już wówczas rosyjscy dostawcy Internetu, a praktyka stosowania tej ustawy wskazuje, że służy ona do cenzurowania i nadzorowania przepływu informacji w Internecie.

Punktem wyjścia, inicjującym na szeroką skalę kampanię kontroli społeczeństwa, było utworzenie w rosyjskim MVD we wrześniu 2008 roku specjalnego Departamentu do Spraw Zwalczania Ekstermizmu, w miejsce działającego dotychczas Wydziału ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej i terroryzmu. Stwierdzono bowiem, jakoby zorganizowana przestępczość zmniejszyła się znacząco, a „największym zagrożeniem porządku konstytucyjnego Rosji jest ekstremizm” - zwłaszcza w obliczu kryzysu finansowego”.

W ramach tych działań, w lipcu br. Ministerstwo Sprawiedliwości wydało dla rosyjskiego Ministerstwa Komunikacji i Łączności szczegółowe zalecenia dotyczące wymagań, jakie mają spełniać operatorzy usług pocztowych, „w celu stworzenia władzom publicznym możliwości przeprowadzenia działań operacyjnych”. Przypomnę, że to pomysł nienowy.

W listopadzie ubiegłego roku pojawiły się w prasie zarzuty pod adresem ABW, że wpływa na wyniki przetargów na dostawę maszyn sortujących dla Poczty Polskiej, określając warunki techniczne przetargów w taki sposób, by preferować systemy skanujące korespondencję. Dzięki temu do bazy danych ABW miały trafiać informacje o adresatach i nadawcach przesyłek.

Warto też zauważyć, że podobnie jak w polskim prawie brakuje definicji „cyberterroryzmu” i „cyberprzestępstwa” – co samo w sobie stwarza ogromne pole do nadużyć w ściganiu tego rodzaju przestępstw, tak w rosyjskim systemie prawnym decyzje o zaliczeniu do „ekstremistów” podejmowane są arbitralnie, przez organy służb specjalnych. Na tej podstawie do „ekstermistów” zalicza się m.in.: tzw. „islamistów” – czyli wszelkie stowarzyszenia i wspólnoty muzułmańskie działające poza państwową Dumą, ekologów, obrońców praw człowieka, nieformalne wspólnoty kibiców i fanów, niektóre związki zawodowe, Świadków Jehowy, scjentologów itp. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, by definicję rozciągnąć na dowolną, niebezpieczną dla władz grupę społeczną i na tej podstawie objąć ją dokładną kontrolą i represjami.

Na tego rodzaju tendencje zwracano wielokrotnie uwagę w publikacjach zamieszczanych na portalu agentura.ru. Nasilenie w Rosji praktyk łamania prawa, w tym stosowania aresztowań, tortur, zastraszania i sądowych represji obserwuje się w całej Federacji Rosyjskiej. Praktyki te są prowadzone w imię walki z terroryzmem i ekstremizmem, w atmosferze całkowitej bezkarności. Zostały one szczegółowo opisane w sprawozdaniu wydanym przez Międzynarodową Federację Praw Człowieka (FIDH) i Obywatelski Komitet Pomocy w raporcie zatytułowanym "Społeczeństwa pod kontrolą: nadużycia w walce z terroryzmem i ekstremizmem w Rosji". Raport jest wynikiem pracy międzynarodowej misji dochodzeniowej, prowadzonej w Rosji w roku 2008 i koncentruje się na Północnym Kaukazie, Republice Tatarstan i miastach Federacji Rosyjskiej.

Wspomina się w nim o głośnych w ostatnim czasie zabójstwach obrońców praw człowieka w Rosji - Andrieja Kułagina i Natalii Estamirowej, wskazując na związek tych morderstw z nasilającą się rządową kampanią „walki z ekstremizmem”. W raporcie wskazano, w jaki sposób uchwalone w ostatnich latach ustawy związane z „publiczną kampanią przeciwko terroryzmowi” są wykorzystywane do walki z opozycją, wolnymi mediami i organizacjami pozarządowymi.

Nikt specjalnie nie ukrywa, że pod oficjalnymi, propagandowymi hasłami rządzący Rosją „siłownicy” chcą umocnić swoją władzę, m.in. poprzez radykalne zwiększenie nadzoru elektronicznego i objęcie kontrolą milionów obywateli.

Mianem силовики – określa się w Rosji grupę dawnych i obecnych oficerów służb specjalnych, którzy mają bezpośredni wpływ na kształtowanie się strategii politycznej oraz działań prezydenta i rządu Rosji. Ludzie ci konsolidują swoje interesy w wąskim kręgu decydentów i podejmują decyzje o charakterze scentralizowanym, dotyczące całej polityki rosyjskiej.

Podobnie - jak w przypadku aktywności środowisk służb pereelowskich, działaniom „siłowników” towarzyszą pozory legalizmu i demokracji, ponieważ formalne decyzje zapadają w sposób zgodny z obowiązującym prawem, a ich przesłanką są kwestie „bezpieczeństwa narodowego” i „dobro obywateli”.

To przede wszystkim z powodu tej analogii – obecności w polskim życiu publicznym i politycznym całej rzeszy „siłowników” - warto zwrócić uwagę na skutki rozwiązań legislacyjnych podejmowanych w Rosji. Tym bardziej, że propozycje rządu Tuska idą w kierunku bardzo zbliżonym do rozwiązań rosyjskich. Pod pozorem walki z terroryzmem i ekstremizmem tworzy się tam obecnie struktury państwa totalitarnego w skali, o jakiej Stalin i jego następcy mogli jedynie marzyć. Wszystko to dzieje się jawnie, przy akceptacji rządów europejskich i Ameryki, milczącej aprobacie społeczeństwa i przyzwoleniu mediów. W miejsce ideologicznych haseł komunizmu, wystarczyło posłużyć się kilkoma nośnymi frazesami, by objąć społeczeństwo totalną kontrolą i skutecznie sparaliżować opozycję.

Jeśli nawet, w realiach III RP skala zagrożeń jest mniejsza, a ewentualny sprzeciw społeczny może skutecznie pokrzyżować plany „siłowników” – warto dostrzec tę groźną i oczywistą analogię i bacznie przyglądać się dalszym poczynaniom panów Schetyny i Bondaryka.

Źródła:

http://e-prawnik.pl/informacje/zalozenia-do-rzadowego-programu-ochrony-cyberprzestrzeni-rp-na-lata-2009-2011

http://www.agentura.ru/english/projects/control/

http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,69805,2900031.html

http://www.agentura.ru/timeline/2009/prikaz65/

wtorek, 11 sierpnia 2009

TANDEM –2 - STUDIUM KOMBINACJI

Ogłoszenie w kwietniu ubiegłego roku planu prywatyzacyjnego Platformy, musiało mieć wagę zdarzenia decydującego o zerwaniu przez Olechowskiego związków z tą partią. Chronologia późniejszych faktów wskazuje, że od tego momentu nasilała się krytyka Platformy, a jednocześnie rozpoczęto medialną akcję „dyscyplinowania”.

Jeszcze w czerwcu 2008 roku wiceminister skarbu Joanna Szmid zapowiadała przyśpieszenie prywatyzacji. Rząd miał przygotować dla inwestorów akcje ENEI, zapowiadano wejście na giełdę Polskiej Grupy Energetycznej oraz wybór doradców prywatyzacyjnych dla PLL LOT i prywatyzację tej spółki do końca lutego 2009 roku. Na 2009 rok zapowiadano również debiut giełdowy spółek z grup energetycznych Tauron i Energa. (1)

Determinacji rządu miała nie osłabić nawet kiepska koniunktura i wahania giełdowe. "Sytuacja na giełdzie nie zmieni naszej determinacji jeśli chodzi o prywatyzację spółek Skarbu Państwa" – deklarował w lipcu 2008 roku premier Tusk.(2) Jednak w miesiąc później, Rzeczpospolita donosiła, iż „skarb państwa nie śpieszy się z prywatyzacją, a sprzedaż państwowych resztówek nie idzie tak szybko, jak zakładał minister skarbu. Na razie zrealizowano tylko 26 spośród 77 zaplanowanych transakcji”.(3)

Jak wskazuje wypowiedź ministra Grada z września 2008 roku, decydujący wpływ na rezygnację z planów prywatyzacyjnych Platformy mogła mieć świadomość, że proces ten spotyka się z negatywną oceną społeczną, może zatem przyczynić się do spadku sondażowych notowań partii. (4)

W tej sytuacji, wobec odwlekania prywatyzacji nie trzeba było długo czekać na reakcję Olechowskiego. W październiku 2008 roku, w wywiadzie dla portalu wnp.pl, Olechowski przedstawił otwarcie swoje oczekiwania wobec Platformy. Pytany o ocenę dokonań ministra Grada stwierdził:

Jestem człowiekiem, który cierpliwie oczekuje na przyspieszenie działań związanych z prywatyzacją. Cały czas potwierdza się to, że pozostawienie wielu przedsiębiorstw pod skrzydłami państwa przynosi straty, a nie korzyści. W związku z tym oczekiwałbym od mojej partii, że będzie w tym zakresie wyraźny postęp. Na razie tego postępu nie widać, a więc cierpliwie nań czekam. Moja cierpliwość jeszcze się nie wyczerpała. Natomiast muszę przyznać, że jestem poirytowany polityką zarządzania przedsiębiorstwami, w których Skarb Państwa ma swoje udziały. Oczekiwałem istotnej, wręcz kulturowej zmiany, liczyłem na to, że Skarb Państwa nie będzie się zajmował bieżącym zarządzaniem gospodarką. Jednak mocno się rozczarowałem. Zarówno jeśli chodzi o decyzje kadrowe, jak i wtrącanie się do decyzji komercyjnych firm.(5)

Kolejnym, bardzo czytelnym sygnałem dla Platformy, był artykuł Olechowskiego z marca 2009 roku zamieszczony w „Gazecie Wyborczej”. Opublikowany został pod wymownym tytułem – „Czy politycy będą nas przepraszać za kryzys?”

„Niebezpieczeństw można było uniknąć, polska gospodarka by sobie poradziła. Gdyby nie karygodna lekkomyślność polityków. Brak prywatyzacji. Bałagan w inwestycjach. I euro - które najpierw było ofiarą ideologicznej niechęci PiS, a potem - przez prawie rok! - niechęci Tuska do ambitnych przedsięwzięć” – atakował wprost Olechowski. (6)

„Prywatyzacja od kilku lat zamarła” – pisał współtwórca PO - „Przedsiębiorstwa są rozpaczliwie nieefektywne (PKP nie są w stanie zmodernizować kilku dworców na Euro 2012!). Zarządzanie ulega stałej degrengoladzie”

Istotną nowością tego wystąpienia był atak personalny na Donalda Tuska i wskazanie premiera jako osoby winnej obecnej sytuacji. Olechowski napisał:

„Pytany o przyczyny zastąpienia pochodzącego z konkursu prezesa PKN Orlen politycznym nominatem (przez zarząd i radę nadzorczą tego koncernu w ciągu niespełna dziesięcioletniej historii przewinęło się ponad 100 osób, osiem na stanowisku prezesa, w tym trzy w 2008 r.!) premier Tusk odpowiedział: "Jest grupa spółek, w których będziemy bezwzględnie egzekwować interes państwa, nawet gdybym miał za to odpowiadać przed sądem" ("Polityka", 4.10.08). Zdumiewające, zważywszy na liberalne korzenie premiera, ale przede wszystkim na to, że kapitał PKN Orlen w trzech czwartych należy do prywatnych akcjonariuszy i państwo włada nim niepodzielnie w zasadzie prawem kaduka. Trudno zgadnąć, co powie premier, jeśli po roku od tej wypowiedzi zostanie zapytany, jakie to interesy państwa miał na myśli, skoro spółka odniosła pierwsze w swojej historii straty, obniżyła swą wiarygodność kredytową i zubożyła swoich akcjonariuszy.”

Trzy miesiące później, w czerwcu br. Olechowski w wywiadzie dla Polska The Times przedstawił swój plan ratowania budżetu:

Trzecim rozwiązaniem, by ratować budżet, jest sprzedaż państwowych udziałów w dużych spółkach notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych. To nie jest wcale działanie egzotyczne, tylko jak najbardziej realne i rozważne. Każdy człowiek czy rodzina w sytuacji kryzysowej, gdy brakuje pieniędzy, zaczyna myśleć nad sprzedażą dywanów, mebli, antyków. Państwo powinno pomyśleć w ten sam sposób: udziały, np. w PKN Orlen są łatwo zbywalne. Zawsze, nawet w najgłębszym kryzysie, znajdzie się chętny na zakup akcji dużej spółki. Ot, choćby bank inwestycyjny. Spowolnienie gospodarcze to najgorszy moment na sprzedaż. Można narazić budżet na wielomiliardowe straty, bo nie uzyska się dobrej ceny.
Ale są różne możliwości sprzedaży - można oddać udziały w komis, można sprzedać spółkę w ratach i umówić się z kupującym co do podziału zysków po transakcji, opracować kalendarz sprzedaży. To jest tak: jeśli pilnie potrzebuję gotówki, to sprzedaję za każdą cenę. Gdybym ja był ministrem finansów, to natychmiast zażądałbym raportu w sprawie udziałów w spółkach Skarbu Państwa. O ile mi wiadomo, majątek, który można dziś sprzedać, jest wart kilkadziesiąt miliardów złotych (ok. 45 mld zł - przyp. red.). Nie wahałbym się ani chwili, tylko sprzedawałbym.”
(7)

W maju br, mamy jeszcze do czynienia z nieudaną inicjatywą Janusza Palikota, próbującego skusić Olechowskiego posadą komisarza w UE. (8) . Ta próba pacyfikacji „tenora” Platformy, musiała okazać się nieskuteczna wobec rzeczywistych aspiracji Olechowskiego.

Od tego momentu następuje wyraźne przyśpieszenie akcji dyscyplinowania Platformy, a z pomocą Olechowskiemu śpieszy Gromosław Czempiński.

Obaj panowie od dawna wykazywali zainteresowanie i zabiegali o poszerzanie wpływów – szczególnie w przemyśle petrochemicznym. Poza przedstawionymi już w pierwszej części okolicznościami, warto przypomnieć, że w latach 90 –tych , gdy Olechowski objął stanowisko doradcy Wałęsy i tworzył program Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform, jego konsultantem został Kazimierz Klęk - w latach 80-81 r. podsekretarz stanu w Ministerstwie Przemysłu Chemicznego, dyrektor naczelny MZRiP (Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne) w Płocku (dawna nazwa PKN Orlen), w latach 1982-86 radca handlowy Ambasady PRL w Rzymie. To człowiek (podobnie jak Olechowski) związany z Departamentem I MSW. Klęk przewinął się jeszcze w latach 1986-90 przez Ministerstwo Handlu Zagranicznego, Współpracy Gospodarczej z Zagranicą i Przemysłu, a w latach 2000-2005 był przewodniczącym rady nadzorczej spółki paliwowej PETROLOT. W tej samej spółce, zaopatrującej samoloty w paliwo, której udziałowcami są PKN Orlen i Polskie Linie Lotnicze LOT wieloletnim wiceprezesem był Jan Kujawa – również związany z wywiadem PRL. W lipcu 2007 roku Kujawa został odwołany z funkcji członka zarządu PETROLOTU, a jako przyczynę odwołania nieoficjalnie wymieniano związki Kujawy z oficerami Departamentu I. – „Owszem, znam Gromosława Czempińskiego - przyznał wówczas Kujawa. - Zasiadaliśmy w Radzie Nadzorczej, ja byłem przedstawicielem załogi, zaś Czempińskiego wyznaczył Lech Wałęsa”.(9)

Ale nie tylko, bowiem obu panów można było również spotkać w zarządzie Aeroklubu Polskiego, gdzie od 2003 roku Czempiński był prezesem, a Kujawa jego zastępcą. Jak wynika z prac sejmowej komisji „orlenowskiej”, ludzie Departamentu I MSW (Czerniak, Czempiński) odgrywali ważną rolę w planach przejęcia przez Rosjan sektora paliwowego, a pan Czempiński kreował się na specjalistę od prywatyzacji, pośrednicząc w kontaktach między firmą Rotch i Łukoilem.

Warto też pamiętać, że w latach 2005-2006 Olechowski był członkiem rady nadzorczej Orlenu. Można zatem uznać, że zainteresowanie prywatyzacją największej spółki polskiego przemysłu paliwowego wynikało z niemal naturalnej dyspozycji obu zainteresowanych.

Dalszy porządek zdarzeń wskazuje, że sprawnie przeprowadzona kombinacja operacyjna zaczęła przynosić efekty.

Oto 7 lipca br. na antenie „Polsat News” Czempiński nieoczekiwanie informuje – „Miałem dość duży udział, w tym że powstała Platforma, mogę powiedzieć, że odbyłem wtedy olbrzymią liczbę rozmów, a przede wszystkim musiałem przekonać Olechowskiego i Piskorskiego do pewnej koncepcji, którą później oni świetnie realizowali". Dzień później rozwija ten wątek w rozmowie z Niezależną.pl.(10)

I chociaż główne media starały się przemilczeć lub zbagatelizować tę wypowiedź, groźba ujawnienia prawdziwych okoliczności powołania Platformy wywołała natychmiastową reakcję. Już w dwa dni po wypowiedzi Czempińskiego, Donald Tusk po spotkaniu z prezydentem Kaczyńskim poinformował: „Rząd chce w 2010 r. przyspieszyć proces prywatyzacji” i dodał, że minister skarbu Aleksander Grad dostał od niego takie zadanie na przyszły rok, ale przyspieszenie ma dotyczyć głównie projektów planowanych na późniejsze terminy. "Prywatyzacja jest szansą na zwiększenie wpływów budżetowych i jestem zdania, że należy ją zdynamizować. Minister Grad otrzymał zadanie przyspieszenia programu prywatyzacji w 2010r. „ – stwierdził Tusk.(11)

Pozostaje w tym miejscu zwrócić uwagę, że wypowiedź Czempińskiego nosi wszelkie znamiona celowej prowokacji i stanowi element kombinacji operacyjnej – rozumianej jako zespół działań zmierzających do uzyskania konkretnego efektu. Świadczy o tym przede wszystkim wybór terminu, w którym Czempiński zdecydował się na wyznanie. Taka konieczność nie istniała jeszcze przed trzema laty, gdy w maju 2006 roku, Czempiński na antenie TVN-u komentował wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego na temat powołania parlamentarnej komisji, która zbadałaby okoliczności powołania trzech partii – w tym Platformy Obywatelskiej. Wówczas – według słów Czempińskiego - nie istniała w Polsce partia, która powstałaby przy pomocy czynnych funkcjonariuszy służb specjalnych. Czempiński stwierdził:

- „Oczywiście mówię za służby cywilne - służby nie miały do czynienia z sytuacją, w której miałyby wpływ na to, czy tworzy się partia, czy nie tworzy się partia. Ci oficerowie, którzy byli w aktywnej służbie, nie brali udziału w zakładaniu jakiejkolwiek partii. Co nie znaczy, że ci, którzy odeszli ze służb, nie zostali powołani przez późniejszych członków partii do tego, by działać politycznie. Chciałbym zobaczyć przykład jednej partii politycznej, która nie korzystała z porad dotyczących problematyki służb, z byłych funkcjonariuszy służb specjalnych”- dodał. (12)

Obecna wypowiedź Czempińskiego o roli, jaką odegrał w powołaniu Platformy padła niemal równocześnie z opuszczeniem tej partii przez Olechowskiego i dołączeniem do SD Pawła Piskorskiego. 16 lipca br. w wywiadzie dla „Dziennika” na pytanie - „Czy uważa pan, że Paweł Piskorski nie będzie otaczał się swoimi ludźmi, nie będzie budował własnej nomenklatury, co zarzuca pan teraz kierownictwu PO?” – Olechowski udzielił odpowiedzi, której sens wyraźnie wskazuje na prawdziwą przyczynę decyzji o opuszczeniu Platformy:

Jedyna rzecz, która to gwarantuje, to prywatyzacja. Nie widzę innych zabezpieczeń, bo okazuje się, że to jest taka natura homo politicus, działacza partyjnego. Ja już straciłem złudzenia co do możliwości zbudowania takiej partii, która by nie połaszczyła się na stanowiska. Ale mimo to jestem zdegustowany skalą tego, co obecnie się dzieje w spółkach Skarbu Państwa. Jestem rozczarowany polityką prywatyzacyjną Platformy. Po prostu rozpacz. Premier sam dał do zrozumienia, że będzie ręcznie kierował PKN Orlen!” (13)

Analiza kolejnych decyzji polityków Platformy, podjętych po wypowiedzi Czempińskiego i odejściu Olechowskiego jednoznacznie wskazuje, że wbrew wcześniejszym deklaracjom, wbrew groźbie niepokojów społecznych, a nawet spadku notowań w sondażach - partia Tuska próbuje za wszelką cenę przyśpieszyć i rozszerzyć proces prywatyzacyjny – a tym samym przywrócić przychylność układu, reprezentowanego przez współzałożycieli Platformy.

Po zapowiedzi Tuska, iż minister Grad otrzymał zadanie przyśpieszenia prywatyzacji i sporządzenia aktualizacji listy firm, nie upłynęły trzy tygodnie jak rząd poinformował o zmianach priorytetów prywatyzacyjnych. Lista kluczowych projektów, zawartych w rządowym „Planie prywatyzacji na lata 2008-2011” obejmuje m.in. sektor energetyki i chemii oraz sprzedaż części udziałów Skarbu Państwa w spółkach giełdowych, w tym części akcji KGHM i Lotos.

"Najważniejsze projekty zaktualizowanego programu to prywatyzacja spółek Enea, Tauron, PGE, Energa i ZE PAK z branży energetycznej oraz Ciech, Zakłady Chemiczne Police, Zakłady Azotowe Puławy, Zakłady Azotowe Tarnów i Zakłady Azotowe Kędzierzyn z branży chemicznej, prywatyzacja Giełdy Papierów Wartościowych i sprzedaż udziałów w spółkach TP, Pekao S.A., LW Bogdanka, Ruch i Lotos" - podało w komunikacie MSP.(14)

Trafną ocenę gwałtownych pomysłów prywatyzacyjnych Platformy oddaje tytuł z „Dziennika” – „Rząd sprzedaje, co się da”. Czytamy w nim m.in.:

Takich planów sprzedaży państwowych spółek nie było w Polsce od ponad dekady. Ministerstwo Skarbu Państwa chce w ciągu 18 miesięcy pozbyć się najważniejszych firm w branży chemicznej i energetycznej, ale także pakietów akcji Grupy Lotos i KGHM Polska Miedź. W ciągu najbliższych 18 miesięcy chce zarobić na prywatyzacji aż 36,7 mld zł, z czego ponad 25 mld w przyszłym roku. Skąd tyle pieniędzy? Bo na liście spółek gotowych do sprzedaży znalazło się wiele firm, które mają doskonałą pozycję na rynku. Pod młotek mają pójść wszystkie najważniejsze spółki branży chemicznej oraz, co zaskakujące, wszystkie energetyczne. Dotąd przewidywano sprzedaż jedynie grupy Enea i koncernu Tauron. To tylko nasza propozycja – zastrzega minister Aleksander Grad. Ale zaraz dodaje, że pieczołowicie przygotowana i wyliczona. – To pozbywanie się spółek ważnych ze względu na bezpieczeństwo energetyczne państwa. Tego nie robi nikt w Europie – oburza się Dawid Jackiewicz, poseł PiS i były wiceminister skarbu. MSP zapewnia jednak, że spółki strategiczne pozostaną w rękach państwa. Tylko że dotąd na tej liście były i KGHM, i Lotos. W jaki sposób rząd zamierza sprywatyzować tak wiele spółek w tak krótkim czasie? Plan przedstawiony przez Grada zakłada „elastyczne dostosowywanie terminów i trybów prywatyzacji”. (15)

Na marginesie – warto przypomnieć, że rządowy 4-letni program prywatyzacji z roku 2008 zakładał wyłączenie całego sektora nafty i gazu. W rękach państwa miał pozostać Naftoport, PERN Przyjaźń i Operator Logistyczny Paliw Płynnych OLPP. To samo z PGNiG, Orlenem i Lotosem. Projekt ten wykluczał również przekształcenia własnościowe w KGHM.(16)

Cóż zatem mogło wydarzyć się w ostatnim czasie, co spowodowało tak gwałtowną i gruntowną zmianę planów prywatyzacyjnych? Czy powyższe zestawienie nie uprawnia do sformułowania mocno zasadnej tezy, iż powodem obecnych decyzji rządu jest groźba utraty poparcia ze strony środowisk służb specjalnych PRL, współtworzących oligarchię III RP oraz pozbawienia obecnego układu rządowego parasola ochronnego ze strony mediów? Czy zachowania i wypowiedzi panów Olechowskiego i Czempińskiego, nie wskazują jednoznacznie na zakres oczekiwań, jakie układ biznesowo – agenturalny ma wobec partii Donalda Tuska?

Byłoby aktem naiwności, braku wyobraźni i realizmu poznawczego nie dostrzegać korelacji między działaniami Olechowskiego i Czempińskiego, a decyzjami prywatyzacyjnymi obecnego rządu. W tej kwestii istnieje oczywisty związek kauzalny, którego nie wolno pomijać milczeniem ani bagatelizować – bez groźby postawienia fałszywej diagnozy. Świadczy on bowiem o najgłębszych i autentycznych mechanizmach sprawowania władzy w Polsce i dowodzi, iż pod pozorem rzekomych „różnic programowych” i politycznych roszad toczy się faktyczna walka o wpływy na proces prywatyzacji i podział resztek majątku narodowego.

Źródła:

1.http://finanse.wnp.pl/wiceminister-skarbu-w-2009-r-upubliczniamy-energetyke,51437_1_0_0.html

2.http://finanse.wnp.pl/tusk-rzad-jest-zdeterminowany-w-kwestii-prywatyzacji,53817_1_0_0.html

3.http://finanse.wnp.pl/skarb-panstwa-nie-spieszy-sie-z-prywatyzacja,56960_1_0_0.html

4.http://finanse.wnp.pl/grad-prywatyzacja-w-polsce-sukcesem-gospodarczym-ale-z-fatalna-ocena-spoleczna,59412_1_0_0.html

5.http://finanse.m.wnp.pl/andrzej-olechowski-irytuje-mnie-polityka-wobec-spolek-skarbu-panstwa,62328_1_0_0.html

6.http://wyborcza.pl/1,75515,6366143,Olechowski__Czy_politycy_beda_nas_przepraszac_za_kryzys_.html

7.http://polskatimes.pl/raporty/jaknaprawicbudzet/130182,olechowski-niech-rzad-sprzeda-spolki,id,t.html

8.http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/318812,palikot_kusi_olechowskiego_posada_komisarza_w_ue.html

9.http://nafta.wnp.pl/kadrowe-czystki-w-petrolocie,28105_1_0_0.html

10. http://www.niezalezna.pl/article/show/id/22492

11.http://gospodarka.gazeta.pl/Gielda/1,89978,6805278,Tusk__Minister_Grad_otrzymal_zadanie_przyspieszenia.html

12. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,55670,3347903.html

13.http://www.dziennik.pl/polityka/article415908/Olechowski_o_odejsciu_z_PO_Krew_mnie_zalala.html

14.http://energetyka.wnp.pl/pis-prywatyzacja-energetyki-grozna-dla-bezpieczenstwa,85425_1_0_0.html

15. http://wiadomosci.24polska.pl/rz_d_sprzedaje_co_sie_da_36729.html