Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

piątek, 31 lipca 2009

NIETYKALNY - 4

"Czy Polsce potrzebne są w ogóle polskie służby specjalne" - to pytanie tylko z pozoru brzmi absurdalnie. Przed czterema laty, podczas konferencji "Wolność i bezpieczeństwo: cyfrowa twierdza", zorganizowanej przez tygodnik Computerworld próbował na nie odpowiedzieć Krzysztof Bondaryk – wówczas członek zespołu programowego Platformy Obywatelskiej ds. bezpieczeństwa.

Zbliżały się wybory parlamentarne, po których partia Donalda Tuska spodziewała się zwycięstwa i nowego, politycznego rozdania. Podczas konferencji zastanawiano się nad przyszłą organizację służb ochrony państwa. Czy są one właściwie przygotowane do zapewnienia bezpieczeństwa teleinformatycznego, czy odpowiednio skupiają siły i środki, aby spełniać wymogi Ustawy o ochronie informacji niejawnych i Prawa telekomunikacyjnego? Rozważano ideę powołania oddzielnej służby ochrony państwa, skupiającej zadania zabezpieczenia technicznego i wywiadu elektronicznego. Tę koncepcję zaproponował wówczas płk Mieczysław Tarnowski, były zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, pomysłodawca i zwolennik utworzenia Agencji Zabezpieczenia Technicznego (AZT). Nowa służba miałaby również zająć się zabezpieczeniem transmisji danych i informacji.

W istniejącym wówczas stanie prawnym – na co zwracał uwagę Tarnowski - każdy operator telekomunikacyjny miał obowiązek na własny koszt udostępnić łącza do podsłuchu, billingi klientów oraz rejestrować ich rozmowy komórkowe. Uprawnionych do tego rodzaju żądań było sześć służb - Policja, Agencja Wywiadu, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Wojskowe Służby Informacyjne, Straż Graniczna oraz Wywiad Skarbowy. Z kolei, każdy przedsiębiorca, który zabiegał o tzw. kontrakt specjalny, musiał spełniać wymogi Ustawy o ochronie informacji niejawnych, tzn. uzyskać certyfikat bezpieczeństwa przemysłowego - co wymagało m.in. budowy kancelarii tajnej i zakupu sprzętu dopuszczonego do przetwarzania informacji niejawnych - oraz pozyskać dla pracowników poświadczenia bezpieczeństwa osobowego. Producent sprzętu kryptograficznego (np. szyfratorów), środków ochrony elektromagnetycznej i fizycznej (sejfów i zamków) musiał certyfikować swój sprzęt w laboratoriach Departamentu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego ABW lub Wojskowych Służb Informacyjnych.

Za wszystko to trzeba zapłacić i to całkiem wysokie kwoty, a opłaty te znacząco podwyższały koszty wykonania systemu informatycznego - za który zawsze płacił zamawiający podmiot publiczny. W celu ograniczania wydatków na administrację publiczną i zwiększenia konkurencyjności polskich przedsiębiorstw, Tarnowski proponował, by zastanowić się nad unifikacją działań służb specjalnych w zakresie zabezpieczenia technicznego i powołaniem jednej, oddzielnej służby. Biznes miałby w końcu jednego partnera, z którym dzieliłby obowiązki na rzecz obronności państwa i porządku publicznego.

„Gdyby istniała jedna służba, która odpowiadałaby za wydawanie państwowych pieniędzy na budowę sieci rządowych, byłaby ona w stanie koordynować całość działań w tym zakresie i np. kupować hurtem przepływności u operatorów komercyjnych" – dowodził płk Tarnowski.

Swoje wystąpienie w kwietniu 2005 roku, Krzysztof Bondaryk poświęcił polemice z tezami Tarnowskiego. Wskazywał, że pojawia się obawa, czy nowa służba nie zmonopolizowałaby wiedzy zdobytej środkami technicznymi, bo „w naturze służb leży ograniczanie dostępu do informacji”. Zdaniem Bondaryka - mogłoby się zdarzyć, że AZT w naturalny sposób pozbawiłaby wiedzy z inwigilacji policję, kontrwywiad czy służby ministra finansów. Stałaby się służbą nr 1, chociaż pierwotnie miała uprościć działanie operacyjne wszystkich tajnych służb. Może o wiele lepszym ruchem – twierdził Bondaryk - byłoby przekonanie polityków, aby nie majstrowali przez jakiś czas w służbach specjalnych i mieli czas przekonać się na spokojnie, czy obecne struktury są w stanie zapewnić nam - obywatelom - bezpieczeństwo, również teleinformatyczne. Bondaryk namawiał wówczas polityków do spokojnej analizy dotychczasowych struktur państwowych, które posługują się metodyką operacyjno-śledczą i mają możliwość korzystania z technik specjalnych. Optował za ich umocowaniem ustawowym i za rzeczywistą, prawdziwą kontrolą parlamentarną dla wszystkich służb specjalnych, nie tylko tradycyjnych - w postaci cywilnych i wojskowych służb specjalnych - ale wszystkich posługujących się tymi środkami, w tym także podporządkowanych ministrowi finansów czy ministrowi spraw wewnętrznych. "Tylko kontrola ustawowa, tylko definiowanie ustawowe pozwala tę szarą strefę poddać obywatelskiej przejrzystości i kontroli" – stwierdził i wskazywał na projekty trzech ustaw, przygotowanych przez Platformę. Nadrzędną był projekt ustawy o bezpieczeństwie narodowym, z której wynikać miały projekty ustawy o czynnościach operacyjno-rozpoznawczych i ustawy o zarządzaniu kryzysowym. „Gdyby te ustawy zostały przyjęte przez Sejm nowej kadencji, straciłaby na znaczeniu dyskusja o powołaniu Agencji Zabezpieczenia Technicznego” – dowodził Bondaryk.

Zwracam uwagę na to wystąpienie obecnego szefa ABW z dwóch powodów. Po pierwsze - wskazuje ono na głęboki dualizm teoretycznych koncepcji Platformy z praktyką działania tej partii w zakresie funkcjonowania służb specjalnych. Od chwili objęcia władzy przez PO, następuje bowiem zamierzony, przeciwny werbalnym deklaracjom proces wyłączania służb (w szczególności ABW) spod kontroli parlamentu i ograniczania kompetencji sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Złamanie wieloletniej, parlamentarnej reguły, iż na czele tej komisji stoi polityk opozycji, stanowi tylko jeden z elementów tej akcji. Jednocześnie forsuje się takie rozwiązania prawne, które uczynią ze służb specjalnych niepodzielnych i niekontrolowanych suwerenów naszych wolności obywatelskich i zapewnią szefowi ABW pełną władzę – w szczególności - w dostępie do informacji o obywatelach i w obszarze bezpieczeństwa teleinformatycznego.

Drugim powodem jest pogląd, iż powołanie na stanowisko szefa największej polskiej służby właśnie Krzysztofa Bondaryka – człowieka owładniętego obsesją gromadzenia i zarządzania tajnymi informacjami, związanego z postkomunistyczną oligarchią III RP i uwikłanego w rozliczne mroczne interesy – było decyzją optymalną i celową, zapewniającą rządzącemu układowi realizację rzeczywistych celów politycznych i biznesowych.

Tuż po nominacji Bondaryka, były wicepremier i minister spraw wewnętrznych w rządzie PiS Ludwik Dorn,, wyraził opinię, iż "Tusk całkowicie świadomie wysyła do określonych środowisk biznesowych sygnały, że ze strony rządu mają gwarancje bezpieczeństwa". W kontekście ówczesnego zainteresowania służb specjalnych niektórymi interesami Zygmunta Solorza (prywatyzacja PAK, sprawa prania pieniędzy włoskiej mafii, wyciek tajnych informacji z PTC) ocena Dorna wydaje się zasadna. Umorzenie przez prokuraturę tej ostatniej sprawy, tuż przed objęciem stanowiska przez Bondaryka, urasta do symbolicznego gestu nowej władzy wobec wspierającego ją oligarchy – dawnego współpracownika komunistycznej bezpieki.

Również Antoni Macierewicz nie miał wątpliwości, po co powołano Bondaryka i komentując zarzuty wobec niego wskazywał na groźny kontekst tej nominacji

Tutaj mamy do czynienia nie z jego prywatnymi interesami, tylko z bezpieczeństwem państwa polskiego i nie można igrać tym bezpieczeństwem. Nie można stawiać na stanowisku wymagającym absolutnej odporności na wszelkie naciski człowieka, który siłą rzeczy znalazł się w sytuacji uniemożliwiającej mu pełnienie tej służby”.

Jeśli sięgniemy po doskonałą analizę prof. Andrzeja Zybertowicza dotyczącą „antyrozwojowych grup interesów” (ARGI), znajdziemy w niej spostrzeżenie, iż „najsilniejszych jądrem ARGI i źródłem ich siły są zasoby i metody odziedziczone po komunistycznych służbach specjalnych”.

Stawiając hipotezę o „próżni regulacyjnej na obszarze tajnych służb”, Zybertowicz wskazuje, iż „komunistyczne służby specjalne, które w nieznacznie zmienionej postaci zostały przeniesione do III RP (dotyczy to zwłaszcza służb wojskowych), znalazły się w swoistej próżni kontrolno-regulacyjnej. Próżnia ta powstała, gdy stare, nieformalne, niezakorzenione w systemie prawnym, typowe dla władzy autorytarnej mechanizmy „zadaniowania”, nadzoru i kontroli służb zostały uchylone, a nowe demokratyczne odpowiedniki tych mechanizmów nie zostały w pełni wprowadzone w życie”.

„Innymi słowy – twierdzi prof.Zybertowicz - , osłabienie kontroli nad służbami nastąpiło w sytuacji, gdy jednocześnie niepomiernie zwiększyły się możliwości ekspansji dla metod działania typowych dla służb: kontrola została osłabiona wtedy, gdy zwiększyły się pokusy i możliwości nadużyć”.

W efekcie tak rozumianej „próżni regulacyjnej”, - według koncepcji Zybertowicza - tajne służby stały się samosterowne (względnie autonomiczne wobec konstytucyjnych mocodawców) oraz nabyły cech podmiotu sterującego pewnymi procesami (np. przepływami finansowymi występującymi przy niektórych wielkich prywatyzacjach), a także zainfekowały otoczenie - polityczne, gospodarcze i medialne - typowymi dla siebie metodami działania, tj. manipulacją, dezinformacją, podejrzliwością, zastraszaniem.

Warto dostrzec, że tezy Andrzeja Zybertowicza znajdują uzasadnienie w zdarzeniach, których jesteśmy świadkami od czasu objęcia rządów przez Platformę. Niepowołanie ministra - koordynatora ds. służb, bezpośredni, iluzoryczny nadzór premiera nad pięcioma formacjami specjalnych, pozbawienie parlamentu (a w szczególności opozycji) wiedzy o funkcjonowaniu i zadaniach służb, forsowanie regulacji prawnych rozszerzających ich uprawnienia, liczne „przecieki” służące wewnętrznym i zewnętrznym interesom rządzących – to tylko najbardziej jaskrawe dowody na wytwarzanie celowej „próżni regulacyjnej”, w której służby będą mogły realizować interesy ARGI.

Według tego planu – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego – ma stać się „supersłużbą”, o ogromnych, a niekontrolowanych uprawnieniach, pełniąc jednocześnie rolę gwaranta „antyrozwojowych grup interesów” i „zbrojnego ramienia” rządzącego układu politycznego.

Nie przypadkiem, drugim po Wojciechu Brochwiczu protektorem politycznym Bondaryka stał się Grzegorz Schetyna. Jak twierdzą autorzy artykułu „ Zagadkowa kariera szefa tajnych służb” – „Nikt nie chce się przyznać, kto wpadł na pomysł, by zabrać Bondaryka ze świata biznesu, ale wszystkie ścieżki prowadzą do Grzegorza Schetyny. Wypatrzył go już wcześniej, wśród szeregowych członków PO. I już wcześniej próbował ulokować go na atrakcyjnej posadzie wiceprezydenta stolicy. Wtedy się nie udało, bo fotel obiecano wcześniej komuś innemu, ale tym razem kłopotów nie było”.

Już w styczniu 2008 roku Zbigniew Wassermann zwracał uwagę, iż w działaniach Platformy można doczytać się innej koncepcji służb, niż ta, prezentowana publicznie. „Chodzi o to – twierdził Wassermann - , by powstało superministerstwo, myślę o ministerstwie spraw wewnętrznych i administracji, którym kieruje superminister, który układa sprawy personalne także w służbach. W tym potężnym ministerstwie byłoby też ABW podporządkowane panu Schetynie. Nie da się połączyć wody z ogniem. ABW to nie policja. Inaczej się łapie złodzieja, inaczej się łapie szpiega. To są inne kompetencje, inna specyfika działania. Trzeba więc założyć, że pod parasolem MSWiA powstaje supersłużba, a szef tej służby będzie superszefem dla innych służb. To niezwykle ryzykowna sytuacja zagrażająca bezpieczeństwu państwa”.

Przystępując do cyklu wpisów poświęconych Bondarykowi, miałem do wyboru szereg artykułów, w których autorzy stawiają szefowi ABW mniej lub bardziej poważne zarzuty: interwencji w sprawie brata oskarżonego o przemyt złota, pobierania wypłat od PTC, pracy w spółkach Solorza, wycieku informacji z Ery i nielegalnych podsłuchach, sprawy mieszkania służbowego. Każda ze spraw, które już znamy, stanowiłaby w państwie prawa dostateczny argument, by Krzysztof Bondaryk nigdy więcej nie zajmował żadnego stanowiska w administracji państwowej. Jednocześnie każda z nich – a także te, o których być może jeszcze nie wiemy - jest dowodem na prawdziwość tezy prof. Zybertowicza, iż jedną z podstawowych zasad działania ludzi tworzących rzeczywistość ARGI jest zasada „umoczenia”, nakazująca na odpowiedzialne stanowiska nie awansować osób, na które nie ma żadnych haków i związana z nią „gra na haki” – w której gromadzi się haki na przeciwników, sojuszników i współpracowników. Zgodnie z zasadami tej gry, nic nie stoi na przeszkodzie, by również „zahakowany” posiadał haki na tych, którzy mają je przeciwko niemu. Tu zatem – wielość kontrowersyjnych spraw związanych z Bondarykiem nie powinna dziwić. Zostały też one, w różnym stopniu opisane i zdają się nie wnosić nic nowego do oceny postaci naszego bohatera, - a tym bardziej – w niewielkim stopniu pomogą nam dostrzec aktualne cele pana Bondaryka i stojącego za nim układu.

Nie bez przyczyny, rozpocząłem ten wpis od reakcji Bondaryka na koncepcję płk. Tarnowskiego: powołania nowej służby specjalnej, zajmującej się bezpieczeństwem teleinformacyjnym, wywiadem elektronicznym, zabezpieczeniem transmisji danych i informacji. W tym bowiem obszarze – gromadzenia i przetwarzania informacji , dochodzi do najważniejszego, interesującego nas spotkania – korelacji: zainteresowań Bondaryka z potrzebami i oczekiwaniami grup interesów III RP. W nim również, upatruję główne zadanie postawione Bondarykowi przez ludzi, którzy powierzyli mu stanowisko szefa ABW.

Jak pisałem już w drugiej części cyklu „NIETYKALNY” – kto ma informację, ten posiada władzę. Kto zaś posiada informację pełną, dogłębną i wiarygodną – ten dysponuje władzą totalną. Do takiej władzy dążyli władcy PRL, używając policji politycznej jako narzędzia kontroli i represji wobec społeczeństwa. Ówczesny stan rozwoju technik informatycznych i brak komputerowych baz danych uniemożliwiał uzyskanie pełnej wiedzy o obywatelach i objęcie społeczeństwa totalnym „nadzorem elektronicznym”. Również środki techniczne, służące do inwigilacji społeczeństwa były zbyt ułomne, by zapewnić komunistom komfort posiadania całkowitej wiedzy. Ich niespełniony wówczas ideał państwa totalitarnego - w którym obywatel to numer – zawierający w sobie wszystkie ważne dane, może wkrótce stać się osiągalny dzięki koncepcji stworzenia „superministerstwa” i „supersłużby” oraz powierzenia jej realizacji ludziom takim, jak Krzysztof Bondaryk.

Ponieważ „jądrem” wszelkich układów „antyrozwojowych grup interesów” są ludzie i metody odziedziczone po komunistycznych służbach, również ta idea – totalnego, elektronicznego i informacyjnego nadzoru nad społeczeństwem ujawnia swoje ojcostwo w ludziach komunistycznych służb, zdolnych iść z „duchem czasu”. Wiemy, że nie brakuje ich wśród założycieli i ścisłego zaplecza Platformy Obywatelskiej.

Projekt powołania Agencji Zabezpieczenia Technicznego – według zamysłu płk. Tarnowskiego jest dziś faktycznie realizowany, w ramach rozszerzania i zawłaszczania kolejnych uprawnień przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego – przy czy nie chodzi tu o prawo do użycia pałek. „Nowe czasy” III RP, doprowadziły bowiem „specjalistów” z SB do konkluzji, iż znacznie skuteczniejszą od pałki i donosów tajnego współpracownika formą sprawowania władzy nad społeczeństwem, jest objęcie go systemem elektronicznego nadzoru.

„Naszym podstawowym zadaniem jest wiedzieć - możliwie wcześnie i możliwie dużo” - To właśnie ABW, w tych kilku, jakże trafnych słowach zamieszczonych na swojej internetowej witrynie informuje o swoim priorytetowym zadaniu.

Nikt inny, niż Krzysztof Bondaryk, nie łączył w sobie tych dwóch, koniecznych dla utrzymania obecnego układu cech: uwikłania w interesy postomunistycznej oligarchii – co miało zapewnić jej „państwowe” gwarancje bezpieczeństwa i wpływów, oraz niemal obsesyjnego zainteresowania gromadzeniem i przetwarzaniem informacji. We wszystkich, dotychczasowych częściach tego cyklu zwracałem uwagę, że kariera Bondaryka przebiega głównie tam, gdzie dochodzi do zbierania lub przetwarzania informacji, a jego promotorami są ludzie związani z komunistyczną policją polityczną.

Warto zatem zwrócić uwagę, że to szef ABW nadzoruje dziś liczne systemy informacji:
SIP (prokuratura), system informacji więziennictwa, ZUS, system informacji o osobach poszukiwanych, system ewidencji pojazdów, rejestr skazanych, rejestr ewidencji gruntów, NIP, REGON i wiele innych. Wszystkie one gromadzą informacje o najróżniejszych przejawach naszej aktywności życiowej. To co je łączy, to numer PESEL. Dlatego właśnie, władza na danymi gromadzonymi w tym systemie daje największą wiedzę. Następca PESELA - PESEL 2, ma za zadanie w istocie umożliwić dostęp do wszystkich danych, jakie władze ale i firmy prywatne gromadzą o obywatelu. Wprowadzanie tego systemu, związane z nim przetargi, a przede wszystkim dalsza obsługa – otwiera ogromny obszar wpływów i nieograniczonej władzy oraz rokuje wprost gigantyczne zarobki.

O tym jednak, już w następnej części.

CDN...

Źródła:

http://konferencje.computerworld.pl/konferencje/twierdza/agenda.html

http://www.dziennik.pl/polityka/article178650/Zagadkowa_kariera_szefa_tajnych_sluzb.html?service=print

http://fakty.interia.pl/kraj/news/to-sie-moze-zle-skonczyc-dla-premiera,1050701,2943

http://www.permedium.pl/postkomunizm/antyrozwojowe-grupy-interes-w-zarys-analizy.html

http://www.zbigniewwassermann.pl/?pg=aktualnosci,sluzby_specjalne&id=865

http://pesel2.mswia.gov.pl/


środa, 1 lipca 2009

NIETYKALNY – (3)

Najwięcej uwagi należało poświęcić policji oraz problemom przestępczości, szczególnie zorganizowanej. Szybko okazało się, że jednym z fundamentalnych powodów zapaści - skądinąd najbanalniejszym - był brak koordynacji i właściwego obiegu informacji między różnymi podmiotami zaangażowanymi w walkę z przestępczością. Sytuację mogło zmienić powołanie Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej. Zdążyłem stworzyć zręby organizacyjno-kadrowe centrum oraz przygotować projekt odpowiedniej ustawy. Po wielu perturbacjach i ponad roku oczekiwania Sejm przyjął ustawę o KCIK. Pomysł chwalili poważni zagraniczni partnerzy. Nic dziwnego, wzorowany był na znakomicie działającej brytyjskiej agencji wywiadu kryminalnego i jej skandynawskim odpowiedniku. Niestety, z przyczyn politycznych projekt był kontestowany przez różne środowiska - zarówno w AWS, jak i Unii Wolności” – wyjaśniał swoją sytuację Bondaryk w roku 2001, publikując we Wprost artykuł „Reformy zastępcze”.

Gdy w roku 1999 – „wyleciał z hukiem” z pracy w UOP - jak barwnie nazywa to zdarzenie Dorota Kania, postanowił sprawdzić swoje umiejętności w biznesie

"Zawsze miałem wrażenie, że Bondarykowi wszystko jedno, gdzie pracuje. Byle zarobić pieniądze" – ta opinia Piotra Niemczyka – byłego dyrektora Biura Analiz i Informacji UOP, autora słynnej instrukcji 0015/92 brzmi bardzo wiarygodnie, gdy prześledzimy dalsze losy bohatera tego cyklu. Ilość firm, w których pojawia się jego nazwisko jest tak imponująca, że nie sposób chyba wymienić wszystkie.

W starcie do biznesu pomagał Bondarykowi poseł Andrzej Anusz z ekipy Janusza Tomaszewskiego. Dzięki niemu Bondaryk trafił do publicznej spółki Tel Energo Piotra Ogińskiego (obecna nazwa Exatel). W jednej ze spółek zależnych – Porta Tx dostał stanowisko wiceprezesa. W tej samej spółce Tel Energo, na stanowisku doradcy Ogińskiego pracował Piotr Niemczyk.

Sam Piotr Ogiński to postać ciekawa. Z zawodu weterynarz , w roku 1988 wrócił z USA. Jak sam o sobie mówił – „od zawsze związany z mediami elektronicznymi”, w roku 1990 „rozpoczął pracę przy uruchamianiu nowych mediów w Polsce. Na początku było radio RMF, następnie była telewizja publiczna i program adresowany, organizacja programu dla Polonii poza granicami - TV Polonia, a później były to media komercyjne”. Od 1999 roku został prezesem zarządu Tel-Energo, spółki telekomunikacyjnej, która zajmowała się, między innymi, uruchamianiem zaawansowanych technologii z dziedziny Internetu w Polsce. Z działalności spółki związana jest tzw. „afera Areny” , w której chodziło o próbę wyłudzenia 100 milionów złotych z giełdy i wyprowadzenia około 100 milionów ze spółki skarbu państwa (Tel-Energo) do specjalnie stworzonej spółki prywatnej E-Connections. Jak dowiadujemy się ze słów Krzysztofa Łączyńskiego – byłego dyrektora biura zarządu Tel-Energo „Sprawa Porty Tx była sprawą polityczną. Wiceprezesem tej spółki był związany z Urzędem Ochrony Państwa Krzysztof Bondaryk, który dawał jej swoistą ochronę. Po odwołaniu prezesa pan Bondaryk sądził się z Tel-Energo o trzy zaległe pensje”.

Obszerne informacje o tej sprawie można znaleźć pod drugim linkiem.

W latach następnych Bondaryk pracował w Lucas Banku, Invest Banku i Elektrimie zajmując się „audytem wewnętrznym i bezpieczeństwem”. Z tego więc okresu, datuje się jego praca dla Zygmunta Solorza.

Ponieważ tej postaci można poświęcić kilka obszernych tekstów, wspomnę jedynie, że chodzi o wieloletniego współpracownika Departamentu I MSW (wywiad), a prawdopodobnie - od roku 1989 również Wojskowej Służby Wewnętrznej, następnie WSI. Według gazety „Nasz Dziennik” Solorz dzięki współpracy z wywiadem wojskowym, a wcześniej ze Służbą Bezpieczeństwa, cieszył się wsparciem służb specjalnych w działalności gospodarczej.

Po ujawnieniu tych informacji, Solorz skierował przeciwko gazecie pozew i uzyskał w Sądzie Okręgowym w Warszawie sądowy zakaz pisania o sprawie. W styczniu 2007 r. ten sam sąd, w ramach zabezpieczenia powództwa, za emisję programu „Misja specjalna” nałożył również na TVP zakaz informowania o domniemanej współpracy właściciela Polsatu ze służbami specjalnymi PRL. Zakaz trwał do końca procesu.

W roku 2008 Sąd Apelacyjny orzekł, że „Nasz Dziennik” ma przeprosić Solorza za podanie, by miał on być agentem WSI. Nie musi zaś przepraszać właściciela Polsatu za stwierdzenie, że "chętnie współpracował" on z tajnymi służbami PRL w latach 80.

Podobną opinię o Solorzu podtrzymywał w roku 2007 profesor Andrzej Zybertowicz mówiąc, że działał on jako „element służb specjalnych” . Zybertowicz twierdził, że źródła biznesowej dynamiki właściciela Polsatu mają związek z jego powiązaniami z tajnymi służbami, a otoczenie Solorza jest dowodem na istnienie tak zwanego układu”. Spośród osób powiązanych ze specsłużbami profesor wymieniał między innymi Andrzeja Majkowskiego, który pracował w Polsacie w pierwszych latach jego istnienia, Piotra Nurowskiego, bliskiego współpracownika właściciela stacji oraz Jacka Podgórskiego, funkcjonariusza UOP, a także Jacka Szeląga wymienianego w Raporcie z likwidacji WSI i Lecha Falandysza.
Zybertowicz stwierdził też, że wiele interesów Solorza było prowadzonych z firmami, które w okresie PRL były bezpośrednio kontrolowane przez tajne służby.

Do tego elitarnego towarzystwa, skupionego wokół współpracownika peerelowskiej bezpieki trafił Krzysztof Bondaryk. W tym samym czasie, od czerwca 2003 roku do września 2005 roku był członkiem Rady Krajowej Platformy Obywatelskiej. Jeszcze wiosną 2005 Bondaryk, jako członek Rady Krajowej PO wystąpił z wykładem na sesji poświęconej bezpieczeństwu, podczas której namawiał polityków do “spokojnej analizy dotychczasowych struktur państwowych, które posługują się metodyką operacyjno-śledczą i mają możliwość korzystania z technik specjalnych”.

W latach 2005-2006 Bondaryk pracował dla Solorza w Polskiej Telefonii Cyfrowej - operatorze sieci komórkowych Era i Heyah. Był pełnomocnikiem PTC ds. informacji niejawnych mającym dbać o to, by nie dostały się one w niepowołane ręce. Funkcja ta obejmuje również współpracę ze służbami specjalnymi, gdy te żądają informacji o klientach firmy.

W PTC działały wtedy dwa zarządy roszczące sobie prawo do kierowania spółką. Jeden związany z francuską firmą Vivendi, a drugi z Elektrimem Zygmunta Solorza, właściciela Polsatu. Bondaryk do pracy w PTC był delegowany przez stronę Solorza.

Francuski koncern Vivendi złożył wówczas w sądzie federalnym amerykańskiego stanu Waszyngton skargę przeciwko T-Mobile USA, T-Mobile Deutschland, Deutsche Telekom oraz Zygmuntowi Solorzowi-Żakowi, głównemu udziałowcowi Elektrimu, zarzucając im nielegalne zawłaszczenie inwestycji Vivendi wartych 2,5 mld USD.
Zawłaszczania dokonano poprzez systematyczną defraudację i działania o charakterze oszukańczym” – głosił komunikat Vivendi. W skardze są wymienieni T-Mobile USA, Inc., T-Mobile Deutschland Gmbh, Deutsche Telekom oraz Zygmunt Solorz-Żak, największy akcjonariusz Elektrimu. „Sprawa dotyczy dwóch firm, Vivendi i T-Mobile, które prowadzą znaczące interesy na terenie Stanów Zjednoczonych, i z których jedna (T-Mobile) była w zmowie z panem Solorzem-Żakiem w dokonanych poprzez system telekomunikacyjny w USA działaniach, o charakterze oszukańczym, będących nielegalnym przedsięwzięciem mającym na celu przejęcie innej firmy – PTC oraz skorumpowanie innego podmiotu – Elektrimu” – czytamy w komunikacie. Vivendi toczyło wówczas z Deutsche Telekom spór o 48% udziałów w Polskiej Telefonii Cyfrowej, operatorze sieci telefonii komórkowej Era i Heyah.

Jedną z odsłon wojny właścicieli było zawiadomienie prokuratury o popełnieniu przestępstwa „ujawnienia informacji stanowiących tajemnicę państwową”. Chodziło o kopiowanie i wynoszenie poza firmę tajnych informacji o tym, kim interesują się służby. Zawiadomienie do WSI i ABW złożył w tej sprawie Ryszard Pospieszyński, członek zarządu związany z francuską spółką Vivendi. Według niego ludzie z konkurencyjnego zarządu kopiowali dane o klientach Ery. I to dane szczególne - bowiem chodziło o billingi ludzi, którymi w ostatnich latach interesowały się służby specjalne.

Warto wiedzieć, że w telefonii komórkowej stosuje się wybiórczo tzw. podsłuchy techniczne. Są one zakładane legalnie, ale powinny być zapisywane w tzw. czarnych skrzynkach. Chodzi m.in. o sprawdzanie jakości połączeń abonentów. Jeśli zdarzy się, że o wyborze abonenta decyzje będzie podejmował ktoś z "układu" polityczno-biznesowego, może przy pomocy podsłuchu technicznego podsłuchać nawet prezydenta czy szefa służb specjalnych, a potem zniszczyć dowody takiej operacji. Ale może również uprzedzić polityka czy biznesmena, jakie informacje na jego temat mają służby specjalne i jakie działania planują. Teoretycznie państwo może podsłuchać każdego – za zgodą prokuratora generalnego i sądu. Praktycznie jednak robią to pracownicy firm telekomunikacyjnych z wydziałów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Zwykle są to byli oficerowie służb, policji, o różnych powiązaniach w biznesie i polityce. W czasie swoich rządów PiS chciał odciąć operatorów sieci komórkowych od kontroli nad podsłuchami – i tak zmieniać prawo telekomunikacyjne, by wyprowadzić podsłuchy z tych firm. Operacjami tymi, we wszystkich sieciach telefonii komórkowej zarządzałby komputer obsługiwany przez służby specjalne. Politycy PiS już w 2005 r. twierdzili, że państwo straciło kontrolę nad podsłuchami telefonicznymi i że tajne informacje mogą być przedmiotem handlu.

To szaleństwo, które prowadzi nas w stronę państwa policyjnego. PiS próbuje zbierać informacje o obywatelach!” – tak pomysł ten skomentował wówczas Tadeusz Jarmuziewicz, wiceszef komisji infrastruktury z PO.

Zaś Krzysztof Bondaryk – będący w tym czasie wicedyrektorem administracji w PTC (Era), stwierdził: – „Firmy prywatne dają lepszą gwarancję niż państwo. Zależy im na reputacji i wiarygodności”.

W zawiadomieniu z roku 2005 Pospieszyński oskarżył o kopiowanie danych abonentów właśnie Krzysztofa Bondaryka, który odpowiadał w Erze za współpracę ze służbami, m.in. przy zakładaniu podsłuchów i sprawdzaniu billingów.

Jednak sprawa, którą zajmowała się wówczas ABW miała dotyczyć czterech spółek telefonii komórkowej, a za podsłuchami miała stać grupa dobrych znajomych z czasów UOP. Owa czwórka wymieniała się tymi tajnymi informacjami, a dodatkowo - pod pretekstem sprawdzania jakości połączenia - sama prowadziła nielegalną rejestrację wybranych rozmów. Gdy ABW uzupełniła układankę, dzięki doniesieniom z innych służb pojawiło się podejrzenie, że kierownikiem tej grupy miałby być Wojciech Brochwicz – stary znajomy Bondaryka. To on miał zbierać tajne telefoniczne dane i wykorzystywać niezgodnie z prawem. W marcu 2008 roku ukazała się w „Rzeczpospolitej” informacja, że Bondaryk – który w tym czasie pracował w Polskiej Telefonii Cyfrowej nakazał sprawdzenie - służbowym sprzętem służącym do wykrywania podsłuchów pomieszczeń użytkowanych przez Wojciecha Brochwicza . Informację potwierdziła gazecie osoba związana z operatorem telefonii komórkowej. Sprawdzenie przyniosło wynik negatywny – urządzenia nie wykryły pluskiew.

Sytuacją w PTC był wówczas oburzony minister – koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann. Twierdził: “To bulwersujące, że firmy, rozgrywając swoje interesy, mogą narażać na szwank bezpieczeństwo państwa. Informacja o wyciekach tajnych informacji jest niepokojąca. Zleciłem służbom, by jak najszybciej zweryfikowały te doniesienia”

Śledztwo w tej sprawie od 8 grudnia 2005 roku prowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, pod nadzorem warszawskiej Prokuratury Okręgowej. Stało się ono główną przyczyną, dla której poprzedni rząd chciał zmienić prawo telekomunikacyjne i pozbawić operatorów wiedzy o tym, czym interesują się służby specjalne. Przygotowano nowelizację, lecz nie zdołano jej wówczas uchwalić.

Co ciekawe - konieczność nowelizacji prawa w tym zakresie popierali również nowi szefowie służb specjalnych mianowani już za czasów koalicji PO – PSL oraz szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński. Mimo poczynionych uzgodnień międzyresortowych i między służbami – tylko Krzysztof Bondaryk usiłował do końca torpedować zmianę przepisów.

W dniu 31 stycznia 2008 r, na dwa tygodnie przed oficjalnym objęciem przez Bondaryka stanowiska szefa ABW, śledztwo zostało umorzone „wobec braku ustawowych znamion czynu zabronionego”. Poprzedni szef ABW Bogdan Świączkowski był tą decyzją zdumiony i twierdził, że W tym śledztwie były materiały na zarzuty”.

Warto podkreślić, że Bondaryka powołano na stanowisko ze złamaniem przepisów, które nakazywały premierowi wystąpić do prezydenta z wnioskiem o zaopiniowanie kandydatur szefów służb specjalnych. Choć opinia prezydenta nie jest w tym wypadku wiążąca, to jednak procedura i dobry obyczaj wymagały zachowania wszelkich reguł. Tymczasem, Bondaryka powołano na stanowisko szefa ABW w wielkim pośpiechu, jeszcze przed udzieleniem prezydentowi odpowiedzi na przesłane przez niego pisemne zastrzeżenia i pytania odnośnie do tej kandydatury. Pytania, jakie Lech Kaczyński stawiał dotyczyły spraw poruszonych już w moich tekstach, a mianowicie: w jakich firmach i na jakich stanowiskach pracował Bondaryk i czy ABW prowadzi postępowanie wobec którejś z tych firm, a także czy wyjaśniono przyczyny odwołania Bondaryka z funkcji wiceministra spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego Buzka i czy jest prawdą, że próbował przejąć i wykorzystać dokumentację tzw. akcji "Hiacynt"? Prezydent pytał też m.in., czy w śledztwie dotyczącym wycieku tajnych informacji z Ery mogą być w przyszłości postawione Bondarykowi zarzuty.

Dopiero kilka dni po ujawnieniu przez Kancelarię Prezydenta faktu, iż do momentu nominacji Bondaryka nie otrzymała ona odpowiedzi na te pytania, Centrum Informacji Rządu zdecydowało się odpowiedzieć. Wyjaśnienia były bardzo lakoniczne i ograniczały się do stwierdzeń, że pytania i sugestie dotyczące podejmowanych przez Bondaryka działań to "insynuacje".

Zbigniew Wassermann – koordynator służb specjalnych za rządów PiS podkreślał wówczas, że już samo powołanie Bondaryka na stanowisko szefa ABW bez opinii prezydenta odbyło się "z rażącym naruszeniem prawa". - Bondaryk przeszedł do służb prosto z wielkiego biznesu, co musi rodzić konflikt interesów. Albowiem oczywistym jest, źe pełniąc te funkcje musi wykonywać bardzo restrykcyjne zadania kontrolne i nadzorujące w stosunku do prawidłowego działania w sferze biznesu - argumentował poseł PiS.

Do sprawy podsłuchów w Erze powróciła „Rzeczpospolita”, za sprawą cyklu publikacji Cezarego Gmyza, który powołując się na informacje z umorzonego śledztwa wskazał na faktyczną rolę Bondaryka. Artykuły, które winny wywołać medialną „burzę”, zostały przez mainstreamowe media zgodnie przemilczane.

Dziennikarz „Rzeczpospolitej” przytoczył liczne dowody ze śledztwa, w tym zeznania Władysław Naja, poprzednika Bondaryka na stanowisku pełnomocnika ochrony informacji niejawnych. Opisał on spotkanie, do którego miało dojść na przełomie lutego i marca 2005 r., na którym Bondaryk prosił o wskazanie „najważniejszych celów będących w zainteresowaniu służb specjalnych”. Naja zeznał, że usłyszał, iż „zbliżają się wybory” i „informacje te nie są obojętne”. Bondaryk miał pytać wprost: „Kto interesował się Zygmuntem Solorzem?”. Świadek zeznał również, że w rozmowie Bondaryk używał dość specyficznej argumentacji. „Pan Krzysztof Bondaryk oświadczył mi wprost – cytat: „…mógłbym Pana zwolnić już teraz ale jestem wierzącym katolikiem wiem, że kupił Pan sobie bogate mieszkanko biorąc to na wysoki kredyt i nie zamierzam Pana niszczyć”.

Bondaryk został przesłuchiwany na temat swojej rozmowy z Nają. Choć otrzymał wezwanie jako świadek, na przesłuchaniu pojawił się z adwokatem. Nie zaprzeczał zeznaniom Naja, lecz zasłaniał się niepamięcią co do treści rozmowy:

Nie pamiętam żeby pytał p. Naja o kierunki zainteresowań uprawnionych organów ścigania wynikających z nadsyłanych przez nie zapytań. Nie pamiętam żebym pytał go również o to czy ktoś i do jakich spraw interesuje się osobą p. Zygmunta Solorza właściciela Polsatu.” - czytamy w zeznaniach. Warto zauważyć, że „niepamięć” jest w tym przypadku wygodną formą uniknięcia zarzutu składania fałszywych zeznań, a taki zarzut mógłby zostać postawiony Bondarykowi, gdyby okazał się np., że Naja nagrał treść rozmów.

Również Zygmut Solorz został przesłuchany w tej sprawie 12 lipca 2007 roku. Przyznał, że zna Bondaryka, który dla niego pracował i oświadczył: „Nikogo nie prosiłem by sprawdził czy ktoś zbiera na mnie materiały. Ja nie mam nic do ukrycia. Nie interesują mnie sprawy związane z polityką” - zapewniał.

Inny świadek – inspektor bezpieczeństwa teleinformatycznego Eugeniusz T. – zeznał, że za czasów Bondaryka zlecono mu zgranie na płyty informacji o wnioskach służb badających m.in. zabójstwo generała Marka Papały. Chodziło o dane z komputera jednego z pracowników, który – według zeznań Nai – „zajmował się m.in. sprawą gen. Papały, w którą zaangażowane były osoby z kręgu Polsatu”. Wśród kopiowanych informacji miały się też znaleźć dane z komputerów ludzi odpowiedzialnych w PTC za kontakty ze specsłużbami. Na tej podstawie można ustalić, jakimi numerami telefonów interesowały się np. policja czy prokuratura.

Na publikacje Cezarego Gmyza – do których jeszcze powrócę, Bondaryk zareagował w sposób charakterystyczny, zamieszczając na stronie ABW oświadczenie. Warto podkreślić, że w tej formie, wykorzystując internetową witrynę urzędu państwowego Bondaryk, lub rzecznik ABW reagują na wszystkie dotychczas formułowane zarzuty.

W oświadczeniu z 16 czerwca możemy przeczytać m.in.:

· „W czasie, kiedy pełniłem funkcję pełnomocnika ds. ochrony informacji niejawnych w spółce Era, nigdy nie doszło do kopiowania lub wynoszenia dokumentów, co potwierdziło śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie.

· Kolejny raz nadmieniam, że w tym śledztwie występowałem wyłącznie w charakterze świadka.

· Przeciwko Cezaremu Gmyzowi oraz Redaktorowi Naczelnemu dziennika „Rzeczpospolita” skierowałem dwa pozwy o ochronę dóbr osobistych oraz dwa prywatne akty oskarżenia przeciwko C. Gmyzowi dotyczące przestępstwa z art. 212 § 2 kk.

· W demokratycznym państwie prawa niedopuszczalne jest manipulowanie wybranymi fragmentami zeznań świadka uzyskanymi w postępowaniu, które prokuratura zresztą umorzyła z braku znamion popełnienia przestępstwa.

· Publikując kolejne, szkalujące mnie artykuły, pozwany C. Gmyz nie działa bynajmniej na rzecz interesu publicznego, lecz kierując się interesem osobistym stara się poprawić swoją sytuację procesową”.

W odpowiedzi na deklaracje Bondaryka, dziennikarz „Rzeczpospolitej” zamieścił oświadczenie, w którym zawarł kilka, istotnych dla sprawy pytań:

  1. Czy Krzysztof Bondaryk wypytywał się Władysława Naja o kierunki zainteresowań służb specjalnych, a w szczególności o Zygmunta Solorza właściciela Polsatu?[...]
  2. Czy w czasie rozmowy z Władysławem Nają Krzysztof Bondaryk miał ważne poświadczenie bezpieczeństwa osobistego dające mu dostęp do informacji niejawnych? Świadek Naja twierdzi, że rozmowa miała miejsce na przełomie lutego i marca 2005. Sam zaś Krzysztof Bondryk mówił podczas przesłuchania „ W PTC pracowałem od początku marca 2005 do 6 lutego 2006” i dodał, że jego „poświadczenie bezpieczeństwa osobowego K 0073105S ważne było od kwietnia 2005” Innymi słowy z momencie rozmowy z Nają nie dysponował certyfikatem dostępu do informacji niejawnych.
  3. Czy Krzysztof Bondaryk po tym jak przejął władzę nad ABW jesienią 2007 roku podejmował jakieś działania w sprawie tego śledztwa w którym większość czynności prowadziła właśnie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego?[...]

Inne pytanie na które nie ma odpowiedzi w oświadczeniu Krzysztofa Bondaryka dotyczy sprawy polecenia sprawdzenia pomieszczeń używanych przez jego przyjaciela Władysława H. oskarżonego w tzw. sprawie afery w suwalskim wymiarze sprawiedliwości. Krzysztof Bondryk nigdy nie zaprzeczył, że wydał swoim podwładnym w Erze takie polecenie. Zaś w aktach sprawy są dokumenty potwierdzające taki fakt”.

Do tej kwestii, związanej z mecenasem Władysławem H jeszcze powrócę.

Na pytania, które zadał Cezary Gmyz, Bondaryk nie udzielił odpowiedzi. Na trzecie z nich, można próbować znaleźć odpowiedź samemu.

Przytoczę natomiast zakończenie tekstu dziennikarza „Rzeczpospolitej”, ponieważ zawiera ono informacje bardzo istotne dla zrozumienia mechanizmów działania organów państwa, w sprawie zarzutów stawianych Bondarykowi. Cezary Gmyz napisał:

„Do zarzutów jakobym swoimi tekstami o Krzysztofie Bondaryku usiłował poprawić swoją sytuację procesową odnosić się nie zamierzam. Ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że w ciągu prawie dwudziestoletniej kariery dziennikarskiej procesy jakie mi wytoczył szef ABW oraz jego znajomi i podwładni Jacek Mąka, oraz Władysław H. są pierwszymi jakie toczą się przeciw mnie zarówno z oskarżenia publicznego jak i prywatnego. A rzeczy jakie dzieją się przy tych procesach m.in. wznowienie zakończonego umorzeniem procesu oraz zarządzenie o przeprowadzeniu wobec mnie wywiadu środowiskowego i strasznie mnie zatrzymaniem przez policję ciężko mi traktować inaczej jak próbę ograniczenia wolności słowa”.

CDN...

Źródła:

http://www.wprost.pl/ar/11029/Reformy-zastepcze/

http://www.glos.com.pl/Archiwum_nowe/Rok%202005/011/strona/Arena.html

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/16025/articlePage/2

http://www.wirtualnemedia.pl/article/2365911_Nasz_Dziennik_ma_przeprosic_Solorza.htm

http://www.money.pl/archiwum/wiadomosci_agencyjne/iar/artykul/nasz%3Bdziennik-%3Bsolorz%3Bdzialal%3Bw%3Bukladzie,147,0,261779.html

http://www.wirtualnemedia.pl/document,,1876461,Solorz_i_T-Mobile_pozwani_do_sadu_w_USA.html

http://www.it.wkrakowie.org/2005/11/30/co-sie-dzieje-z-tajnymi-danymi/

http://www.tvn24.pl/12690,1543783,0,1,wiadomosc.html

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080128&id=po31.txt

http://www.tvn24.pl/0,1543835,0,1,pis-kolejne-fakty-swiadcza-przeciwko-bondarykowi,wiadomosc.html

http://www.rp.pl/artykul/90217,320640_Swiadek__Bondaryk_kazal_kopiowac_tajne_dane.html

http://www.tvn24.pl/12690,1550833,0,6,szef-abw-o-wielu-twarzach,wiadomosc.html

http://www.rp.pl/artykul/69745,320630_Czego_Bondaryk_szukal_w_Erze.html

http://www.abw.gov.pl/index@option=com_content&task=view&id=444&Itemid=186.html

http://www.rp.pl/artykul/192639,320868_Bondaryk__w_Erze_nie_doszlo_do_przestepstwa.html