niedziela, 28 czerwca 2009

NIETYKALNY - (2)

Kto ma informację, ten posiada władzę. Ta relacja znana jest od zarania dziejów. Bez wiedzy o obywatelach, ich nastrojach i poglądach, bez informacji ze świata nie można skutecznie sprawować władzy politycznej. Jednym z przywilejów władzy jest zatem prawo do posiadania informacji o obywatelu. W państwach demokratycznych, również obywatel powinien mieć jak najszerszy dostęp do informacji, by dysponować narzędziami do skutecznego kontrolowania władzy – czyli wykonywania swoich praw suwerena. Informacja potrzebna jest rządzonym, także po to, by mogli uczestniczyć w działaniach instytucji społecznych i politycznych. Może to być niewygodne dla kolejnych ekip rządzących, ale wpisuje się w mechanizm demokratyczny.

Ta zasada, zdaje się nie dotyczyć III RP. Mam na myśli kwestie dostępu obywatela do informacji publicznej, gdzie mimo wielu korzystnych regulacji prawnych, ten dostęp bywa utrudniany lub zgoła niemożliwy. Kto kiedykolwiek chciał skorzystać z tych uprawnień, domagając się informacji o działaniach wójta, burmistrza, prezydenta bądź ministra – wie, jak dalece praktyka odbiega tu od teorii.

Rzeczą szczególnie rażącą są dysproporcje występujące między dostępem władzy do informacji o obywatelu, a realnymi prawami obywatela do uzyskania informacji o władzy. Przykład „afery marszałkowej”, w której przedstawicielom rządu zadano liczne pytania - pozostawione bez odpowiedzi - wydaje się reprezentatywny. Ostatnie dwa lata obfitowały w tego rodzaju przypadki, gdy ograniczano lub uniemożliwiano opinii publicznej dostęp do poczynań władzy.

Taka praktyka prowadzi do sytuacji, gdy państwo – korzystając z rozlicznych regulacji może wciąż poszerzać zakres swojej władzy nad obywatelem, gromadząc coraz to nowe informacje, obywatelowi zaś – ogranicza się prawo do wykonywania konstytucyjnych uprawnień.

W każdym systemie demokratycznym, jedną z podstawowych instytucji, dzięki której władza zdobywa informacje są służby specjalne. Zajmując się gromadzeniem i przetwarzaniem informacji ważnych dla państwa z punktu widzenia jego bezpieczeństwa, wykonują tę robotę również w interesie obywateli. Tak być powinno.

Co jednak, gdy ten mechanizm zostanie przekształcony w taki sposób, by zdobywanie informacji służyło wyłącznie utrzymaniu władzy lub było podporządkowane interesom wąskiej grupy? Na tej zasadzie funkcjonowała policja polityczna PRL, gromadząc wiedzę dla władzy, lecz przeciwko obywatelowi.

W instrukcji pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa, z roku 1970 możemy przeczytać, że Rozpoznanie służy zapobieganiu wrogiej działalności i polega na zdobywaniu informacji o zamiarach, planach, metodach i formach wrogiej działalności. [...] O wynikach rozpoznania Służba Bezpieczeństwa informuje odpowiednie instancje partyjne oraz zainteresowane organy władzy i administracji państwowej i gospodarczej”.

Podobnie, ostatnia z instrukcji operacyjnych SB z grudnia 1989 roku precyzowała, iż Działalność operacyjna Służby Bezpieczeństwa polega na tajnym rozpoznawaniu, wykrywaniu i przeciwdziałaniu zagrożeniom bezpieczeństwa państwa”.

W systemie relacji obowiązującym w PRL, władza zdobywała wiedzę o obywatelach, by ich nadzorować i kontrolować, zaś ewentualna wiedza obywatela na temat władzy, była uznawana za zagrożenie, czyli działanie sprzeczne z interesem państwa. Informacja zatem, była bronią skierowaną przeciwko społeczeństwu i wykorzystywaną wyłącznie w interesie kręgów władzy. Tym samym - nie służyła ochronie państwa i bezpieczeństwa obywatela.

Ten model wydaje się nadal funkcjonować w działaniach służb specjalnych. Jego niezmienność zawdzięczamy po równo: kontynuacji personalnej w służbach oraz realnym oczekiwaniom i potrzebom władzy.

W państwach totalitarnych ta skłonność do gromadzenia informacji o obywatelach, była widoczna nawet w nazewnictwie. W czasach komunizmu, był to zbrodniczy Główny Zarząd Informacji. Charakterystyczne, że w III RP uczniowie Kiszczaka wymyślili dla kontynuatorów tej służby nazwę – Wojskowe Służby Informacyjne.

Podobne konotacje dotyczące nazewnictwa można zaobserwować, pomiędzy Służbą Bezpieczeństwa, a powstałą w okresie rządów Millera - Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Wiemy, że wszystkie służby muszą gromadzić i przetwarzać informacje. To ich naturalny „materiał pędny” Jednak służby specjalne III RP tworzyli funkcjonariusze komunistycznej policji politycznej, którzy do nowej rzeczywistości przenieśli w niezmienionej formie wszystkie wyuczone i zakodowane zachowania – w tym również, dotyczące stosunku do społeczeństwa i relacji obywatel – państwo. Zmiana szyldu z nazwą służby, czy nawet zmiana nazwy państwa nie sprawiła, że ludzie przez dziesięciolecia nadzorujący własny naród i traktujący go jako wroga, zmienili nagle przekonania i przyzwyczajenia. Dlatego nawet młodzi ludzie, przychodzący do służb po roku 1989, formowani w szkole wywiadu przez esbeckich mistrzów, a następnie dowodzeni przez zasłużonych ubeków – nie mogli nabywać innych zdolności, niż te, które otrzymali od funkcjonariuszy komunistycznych. Skłonność do gromadzenia informacji, jako atrybutu władzy musiała być wysoko oceniana w systemie szkolenia i funkcjonowania służb IIIRP.

Największa z tych służb, której obecny szef jest bohaterem moich tekstów podkreśla przecież, że „Naszym podstawowym zadaniem jest wiedzieć - możliwie wcześnie i możliwie dużo - aby skutecznie neutralizować zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa”.

Niewykluczone, że ta właśnie predyspozycja miała znaczenie w szybkiej karierze Krzysztofa Bondaryka. Coś przecież musiało zdecydować, że nauczycielowi historii z Sokółki powierzono w roku 1990 dowodzenie białostocką delegaturą UOP – jedną z najtrudniejszych w kraju, choćby ze względu na lokalizację. Jeśli nawet, w rzeczywistości Bondaryk był wówczas figurantem, a faktyczną władzę w białostockim UOP sprawował esbek Jan Borawski - to tak wysoki pułap startu, gwarantował naszemu bohaterowi szybką karierę.

Jej promotorem był bez wątpienia Wojciech Brochwicz, z którym Bondaryk poznał się w latach 80. w Białymstoku. Brochwicz pracował tam jako sekretarz ds. kształcenia ideologicznego i propagandy zarządu wojewódzkiego ZSMP. Wiadomo, że działalność Brochwicza była dokumentowana przez SB, jednak znajdujące się w Białymstoku materiały na jego temat zostały zniszczone na przełomie lat 1989 i 1990.
To właśnie Brochwicz w 1990 r. zarekomendował Bondaryka Andrzejowi Milczanowskiemu, ówczesnemu szefowi UOP na stanowisko w białostockiej delegaturze.

Pierwsze doświadczenie w służbach specjalnych, nie zakończyło się pomyślnie dla naszego bohatera. W roku 1996 został nagle, w atmosferze skandalu odwołany ze stanowiska. Miał ujawnić prasie rozkaz szefa UOP Andrzeja Kapkowskiego o monitorowaniu sytuacji społeczno-politycznej w wielkich zakładach pracy. Niczego mu nie udowodniono, on sam zaprzeczał, by cokolwiek ujawnił. Jednak ówczesna prasa rozpisywała się o tym, jakoby szef MSWiA Zbigniew Siemiątkowski, chcąc skończyć z przeciekami, wystosował do wszystkich szefów delegatur pisma, ale każde z nich było skrycie i odmiennie oznakowane. Prowokacja okazała się skuteczna. Pismo wysłane do Bondaryka, do Białegostoku, odnalazło się na konferencji prasowej Unii Pracy w Poznaniu, a Siemiątkowski nie zwlekał z decyzją i wyrzucił Bondaryka z UOP.

Inna wersja mówi o tym, że Krzysztof Bondaryk, wbrew SLD-owskiemu kierownictwu ministerstwa, prowadził w celach kontrwywiadowczych rejestr osób, które miały kontakty w krajach dawnego ZSRR. Tłumaczył, że udało się mu odtworzyć nazwiska osób, które współpracowały z KGB na terenie Białostocczyzny. Według nieoficjalnych informacji ,sporządzona przez Bondaryka lista nigdy nie trafiła do kontrwywiadu UOP.

Ujawnione wówczas zamiłowanie Bondaryka do gromadzenia informacji i budowania własnych baz danych, wkrótce ponownie stało się przyczyną jego kłopotów.

Po wyborach w 1997 roku Wojciech Brochwicz kolejny raz pomógł Bondarykowi, rekomendując go Januszowi Tomaszewskiemu, ministrowi spraw wewnętrznych i administracji w rządzie AWS. Jak pisał Jarosław Kurski: „Pełny dostęp do Tomaszewskiego ma tylko wąska grupa ludzi z gabinetu politycznego i minister Bondaryk. Kto ministra ukierunkowuje i szepcze mu do ucha? Na pewno ogromny wpływ ma na niego Bondaryk. [...]Mówi się o nim, że to typ psychologiczny Robespierre'a: "Ja jestem miarą moralności politycznej". Ofiara klasycznego dylematu rewolucjonistów. Cele świetlane, narzędzia - wątpliwe. Z czasem narzędzia stają się celem”.

Bondaryk odczuwał w tamtych czasach szczególny pociąg do papierów SB. Gdy tworzył się rząd Buzka, początkowo zaproponowano mu szefostwo UOP. Postawił warunek - chciał, by właśnie jemu podlegały archiwa. Musiało to wzbudzić pewne zdziwienie, ponieważ archiwa nie są najciekawszym miejscem w specsłużbach. A jednak Bondaryk, będący wcześniej ekspertem sejmowej komisji tworzącej ustawę lustracyjną – wiedział co robi. Zarządzając archiwami UOP miałby wpływ na przebieg postępowania lustracyjnego. To przez jego ręce musiałyby przechodzić akta lustracyjne, o które występował rzecznik interesu publicznego.

Stanowisko powierzone Bondarykowi przez Tomaszewskiego okazało się na miarę oczekiwań naszego bohatera. Najpierw został dyrektorem Departamentu Nadzoru i Kontroli, a później wiceministrem, odpowiedzialnym m. in. za wprowadzenie Ustawy o Ochronie Informacji Niejawnych i Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej

Na tym stanowisku, Bondaryk mógł już bez ograniczeń rozwijać swoje zainteresowania.

W tym właśnie okresie powstał projekt budowy super bazy danych. Zgodnie z zamysłem Bondaryka - Wojskowe Służby Informacyjne, Urząd Ochrony Państwa, a także policja, straż graniczna, Główny Inspektorat Celny, Inspekcja Skarbowa miałyby przekazywać do utworzonego w tym celu Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej wszelkie informacje operacyjne. Centrum, powołane 1 grudnia 1998 roku przez Janusza Tomaszewskiego, miało koordynować pracę wszystkich służb zwalczających przestępczość zorganizowaną. ale również miało być ośrodkiem podejmowania decyzji operacyjnych, z centralną bazą danych, którą mieli zarządzać superoperatorzy podlegli bezpośrednio Bondarykowi. To KCIK miał decydować, kto się kim zajmuje i kto kogo rozpracowuje. Zarządzający tą bazą Bondaryk miałby wówczas nieograniczony dostęp do informacji i ogromny wpływ na działania wszystkich służb specjalnych. Sejm jednak odrzucił ten projekt.

Nie przeszkodziło to Bondarykowi w gromadzeniu informacji i kontynuowaniu tworzenia Centrum. W ministerstwie nikt z tego nie robił tajemnicy, że wiceminister stworzył zalążek bazy danych KCIK. Miał osobny rejestr założonych przez policję i straż graniczną podsłuchów oraz dane dotyczące działań operacyjnych służb. Zainteresował się również „spuścizną”, pozostałą po Milicji Obywatelskiej i SB.

Chodziło o tzw. „różowe teczki” – czyli zbiór ok. 11 tysięcy akt osobowych osób o skłonnościach homoseksualnych, zgromadzonych w katalogu "Hiacynt" w archiwach Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej. O zniszczenie tych akt zwracały się do kolejnych Ministrów Spraw Wewnętrznych różne osoby i organizacje broniące praw człowieka, otrzymując zawsze informacje jakoby kartoteki zostały już zniszczone.

Akta „Hiacynt” zawierały głównie materiały kompromitujące ludzi ze środowisk opozycji demokratycznej. W tym celu były w latach 1985-87 gromadzone przez policję polityczną PRL.

W połowie 1999 roku media ujawniły, że Janusz Tomaszewski i podlegli mu urzędnicy próbują gromadzić informacje o charakterze obyczajowym, m.in. o osobach sprawujących funkcje publiczne. Trzeba pamiętać, że Bondaryk, prócz tworzenia KCIK szefował Zespołowi ds. Współpracy z Biurem Rzecznika Interesu Publicznego, przekazując sędziemu Nizieńskiemu materiały świadczące o współpracy lustrowanego z SB. Według mediów, a także niektórych posłów, istniała obawa, że gromadzi w ten sposób zdeponowane w Centralnym Archiwum MSW materiały "obyczajowe", w tym dotyczące orientacji seksualnej - niepotrzebne ani w pracy Policji, ani w procedurze lustracyjnej, ale być może kompromitujące i przydatne w rozgrywkach politycznych.

W obronie Bondaryka wystąpił wtedy Jan Maria Rokita, ówczesny szef Sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych, twierdząc:

To, że MSWiA gromadzi informacje z milicyjnych archiwaliów, jakieś kartoteki z operacji "Hiacynt", to piramidalne brednie. (...) Całą sprawę wyolbrzymiono, podobnie jak dobrą ideę powołania Krajowego Centrum Informacji Kryminalnych. Pod wpływem tych plotek część ludzi uległa psychozie. Sugestia jest tak silna, że kiedy wygłosiłem taką opinię wobec jednego z poważnych polityków, odparł, że być może na mnie także Bondaryk i Tomaszewski mają jakiegoś haka”.

Wystąpienie Rokity było uzasadnione. To ten właśnie polityk wprowadził na ścieżki kariery w służbach specjalnych Wojciecha Brochwicza – Raduchowskiego, protektora Bondaryka. Dzięki rekomendacji Rokity, Brochwicz zasiadał m.in. jako sekretarz w centralnej komisji weryfikującej funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, a następnie był zastępcą Konstantego Miodowicza, szefa kontrwywiadu UOP. Na przełomie lat 1991-92 znalazł się w grupie oficerów UOP, którzy pojechali do Moskwy w poszukiwaniu materiałów dotyczących pożyczki udzielonej PZPR przez KPZR. W 1992 r. Brochwicz przeszedł do straży granicznej, a następnie pracował w Narodowym Banku Polskim. W 1997 r. za kadencji premiera Jerzego Buzka wrócił do MSWiA jako zastępca szefa resortu. Podlegały mu m.in. Straż Graniczna, straż pożarna, GROM, BOR, sprawy uchodźców i centrum antykryzysowe. Odpowiadał też za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego.

Sam Bondaryk, w odpowiedzi na prasowe zarzuty napisał wówczas do „Gazety Wyborczej” obszerne dementi, zatytułowane „Gromadzimy, nie śledzimy”. Twierdził m.in.: „Oświadczam stanowczo, iż resort spraw wewnętrznych i administracji nie dysponuje takim zbiorem danych. "Hiacynt" po prostu nie istnieje. Chyba że w wyobraźni autora artykułu”.

Dziś wiemy, że publicznie kłamał.

W roku 2004 okazało się, że akta „Hiacynt” istnieją i zostały przekazane do Instytutu Pamięci Narodowej. Pytany o nie prezes Leon Kieres stwierdził, że akta znajdują się pod jego pieczą, ale "są rozproszone w archiwach IPN. Znajdują się w dokumentach dotyczących różnych innych spraw z okresu PRL". Inny pracownik IPN powiedział: "Różowe teczki nie zostały nam przekazane w formie wydzielonej kartoteki. Są w masie 80 kilometrów dokumentów IPN i nie można ich wyodrębnić." Obecnie wiadomo, że w IPN znalazła się tylko część zbioru „Hiacynt”. Materiały z tej kartoteki znajdują się również w Archiwum Komendy Głównej Policji.

Dlaczego Bondaryk interesował się tym zasobem? Prawdopodobnie odpowiedzi należy szukać w sprawie tzw. „grupy Lesiaka”. W roku 1992 w Biurze Studiów i Analiz UOP powstała instrukcja 0015. Wydał ją ówczesny dyrektor Biura Analiz i Informacji Piotr Niemczyk - późniejszy doradca Komisji ds. Służb Specjalnych z rekomendacji Platformy Obywatelskiej, a od 2008 roku członek rady konsultacyjnej przy ABW. W oparciu o tę instrukcję powstał tzw. zespół pułkownika Jana Lesiaka, który w 1993 roku opracował plany działań operacyjnych UOP. Ich elementem miała być inwigilacja przywódców antywałęsowskiej prawicy. Zamierzano ich kompromitować m.in. przy pomocy tajnych agentów UOP, ulokowanych w środowiskach prawicowych. Do zespołu Lesiaka wchodzić mieli zarówno byli oficerowie SB, jak i ludzie z naboru do UOP po 1990. Szefem UOP był wówczas generał Gromosław Czempiński – oficer prowadzący Andrzeja Olechowskiego (TW Must), jeden z faktycznych założycieli i ludzi ścisłego zaplecza Platformy. Grupa Lesiaka prowadziła swoje działania w latach 1991-1997, między innymi wobec Jarosława i Lecha Kaczyńskich, Jana Olszewskiego i Antoniego Macierewicza. Materiały sprawy inwigilacji znaleziono w szafie Lesiaka, co ujawnił w 1997 r., na krótko przed wyborami parlamentarnymi Zbigniew Siemiątkowski. W procesie Lesiaka, do którego doszło w roku 2006 prokuratura zarzuciła mu przekroczenie uprawnień w latach 1991-1997, m.in. przez stosowanie "technik operacyjnych" i "źródeł osobowych" wobec legalnych ugrupowań.

Gdy w roku 1997 Wojciech Brochwicz – Raduchowski został wiceministrem MSWiA w rządzie Jerzego Buzka, mianował swoim doradcą Andrzeja Dunajko - oficera UOP działającego wcześniej w zespole płk. Lesiaka.

Niewykluczone, że zainteresowania Krzysztofa Bondaryka materiałami z archiwum „Hiacynt” miało związek z zamiarem kontynuacji działalności „grupy Lesiaka” i wykorzystania ich w walce politycznej. W roku 1999 Jarosław Kaczyński poinformował opinię publiczną, że również służby specjalne III RP próbowały wykorzystywać plotki i sugestie na temat domniemanego homoseksualizmu polityków. Mógłby na to wskazywać fakt, że w ujawnionych w październiku 2006 roku materiałach z „szafy Lesiaka”, znalazły się zalecenia dotyczące spraw obyczajowych. Dotyczyły one Jarosława Kaczyńskiego. W notatce z maja 1993 roku zalecano sprawdzić m.in.:

- „Życie intymne, czy jest homoseksualistą, jeżeli tak, to z kim jest w parze, czy jest to związek trwały.

- Dane kobiety, przez którą J.K. zrezygnował z małżeństwa, co teraz ona robi, czy jest zamężna, czy utrzymuje z nią sporadyczne kontakty, czy jest prawdą, że łączyło ich uczucie, czy tylko uzasadnienie dla inności seksualnej. [...]”

Warto również pamiętać, że gdy inspirowana przez Belweder grupa Lesiaka rozpowszechniała plotki na temat rzekomego homoseksualizmu Kaczyńskiego, Wałęsa zapraszał do Belwederu "Lecha z żoną i Jarka z mężem".

Bondaryk nie cieszył się długo majstrowaniem przy KCIK i dostępem do archiwum „Hiacynt”. We wrześniu 1999 roku został z powodu tych skłonności zdymisjonowany z rządu Jerzego Buzka - ponownie w atmosferze medialnego skandalu.

Od tamtych wydarzeń upłynęło 10 lat. Co, poza osobą głównego bohatera łączy je z czasem obecnym? Przesłanki do odpowiedzi na to pytanie, znajdziemy w ciekawej interpelacji, jaką na początku kadencji obecnego rządu, poseł Ludwik Dorn zadał premierowi Tuskowi :

[...] mam pytanie o osobę bardzo mocno, choć nie fizycznie, obecną w pańskim rządzie, to znaczy o pana pułkownika Brochwicza. Bo jeżeli przyglądać się składowi pańskiego rządu - pan minister Ćwiąkalski to pełnomocnik prawny w procesie, który pan Brochwicz wytoczył mi jako marszałkowi Sejmu za nazwanie go uosobieniem patologii służb specjalnych. Podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji jest pan Witold Drożdż, doradca pułkownika Brochwicza, kiedy ten był wiceministrem, a pełniącym obowiązki szefa ABW jest pan Bondaryk, bliski kolega i współpracownik pana pułkownika Brochwicza. A pan pułkownik Brochwicz protegował, kiedy był wiceministrem w MSWiA, ludzi z zespołu pułkownika Lesiaka - nie wiem, czy pan Dunajko znowu się przy nim znajdzie. Pan pułkownik Brochwicz był łącznikiem między panią Jarucką a panem posłem Miodowiczem w okresie działania Komisji Śledczej do spraw Orlenu. I moje pytanie do pana: Czy jak na pański gust nie za dużo pułkownika Brochwicza w pańskim gabinecie”?

CDN...

Źródła:

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20071123/POLITYKA/71122021

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/16025

http://web.archive.org/web/20030802123906/muzeum.gazeta.pl/Iso/Raporty/Mswia/000rap.html

http://web.archive.org/web/20030802170717/muzeum.gazeta.pl/Iso/Raporty/Mswia/007rap.html

http://www.ipn.gov.pl/wai/pl/18/2559/PRZEGLAD_MEDIOW__12_sierpnia_2004_r.html

http://orka2.sejm.gov.pl/Debata6.nsf/main/4C6DF5CE

czwartek, 25 czerwca 2009

NIETYKALNY – (1)

Zapewne niewiele osób ma świadomość, że ich codzienne sprawy osobiste lub zawodowe, budżet rodzinny, sukcesy bądź porażki zależą w niemałym stopniu od działalności największej w Polsce służby specjalnej. Zrozumienie tego powiązania tylko z pozoru wydaje się trudne.

Nasz kontakt ze sferą działalności służb, odbywa się niemal codziennie. Gdy wypłacamy z bankomatu pieniądze, gdy telefonujemy, wysyłamy maila, załatwiamy sprawę w urzędzie. Wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z przesyłaniem i gromadzeniem informacji, gdzie korzystamy z urządzeń bankowych, telekomunikacyjnych czy informatycznych, gdzie przekazujemy swoje dane – wchodzimy w obszar obecności służb specjalnych. Jeszcze wyraźniej ich istnienie widoczne jest w sferze gospodarczej.

Większość urządzeń, służących do przesyłania bądź gromadzenia informacji, musi posiadać certyfikat bezpieczeństwa. Urzędnicy państwowi i pracownicy firm zajmujący się przetwarzaniem niejawnych danych, muszą również posiadać specjalne uprawnienia, zwane poświadczeniem bezpieczeństwa. W spółkach skarbu państwa, w instytucjach i wielu zakładach produkcyjnych funkcjonują tzw. pełnomocnicy ochrony, odpowiadający m.in. za zapewnienie przestrzegania przepisów o ochronie informacji niejawnych. To intratne stanowisko, wymaga także certyfikatu.

Potrzebują ich urządzenia, maszyny bądź technologie firm, startujących w przetargach publicznych – wszędzie tam, gdzie istnieje dostęp do informacji niejawnych lub w strategicznych gałęziach przemysłu.

Poświadczenie bezpieczeństwa, lub jego brak, decyduje często o karierze zawodowej, może stanowić przeszkodę w uzyskaniu lepszej pracy lub uniemożliwić udział w przetargach. Objęcie stanowisk w administracji państwowej, począwszy od dyrektorów strategicznych spółek, prezesów, szefów instytucji – jest uzależnione od posiadania stosownych certyfikatów. Bez nich, nie ma możliwości awansu i zrobienia kariery.

W polskim prawie istnieją 62 akty prawne, w których definiuje się rodzaje tajemnic prawnie chronionych. Przewidują one różne poziomy dopuszczeń - do informacji zastrzeżonych i poufnych jako do tajemnicy służbowej oraz do informacji tajnych i ściśle tajnych jako do tajemnicy państwowej. W pierwszym przypadku, zwykłe postępowanie sprawdzające prowadzi i poświadczenie bezpieczeństwa wydaje pełnomocnik do spraw ochrony informacji niejawnych w zatrudniającej instytucji. Drugi przypadek - poszerzone postępowanie sprawdzające i dopuszczenie do informacji tajnych oraz specjalne postępowanie sprawdzające i dopuszczenie do informacji ściśle tajnych - to domena służb ochrony państwa.

Zaiste – żyjemy zatem, w prawdziwym państwie tajemnic.

Tylko dwie instytucje w Polsce, posiadają uprawnienia do wydawania certyfikatów i poświadczeń bezpieczeństwa – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służba Kontrwywiadu Wojskowego. Żadna z tych służb nie ujawnia informacji, ile poświadczeń wydano, lub ilu osobom odmówiono wydania. Jednak raz, w roku 2003, na stronach internetowych ABW mogliśmy przeczytać, że w latach 1999 - 2003 UOP i ABW sprawdziły ponad 35 tys. osób, w 220 przypadkach odmawiając poświadczenia bezpieczeństwa. Danych, dotyczących służb wojskowych nie ujawniono.

Mając na uwadze te liczby, można domniemywać, że do chwili obecnej co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób musiało występować do służb o wydanie stosownego poświadczenia. Podobnych liczb, wolno się domyślać w przypadku uzyskania świadectw bezpieczeństwa przemysłowego, tzw. certyfikacji systemów, dopuszczenia do importu towarów podwójnego zastosowania, wykorzystywanych w telekomunikacji lub ochronie informacji, certyfikacji wyrobów w zakresie ochrony kryptograficznej i elektromagnetycznej oraz innych zezwoleń, wynikających z realizacji ustawowych uprawnień służb specjalnych.

Do tego, należy dodać system kontroli stanu zabezpieczenia informacji oraz system szkoleń specjalistycznych dla administratorów systemu i inspektorów bezpieczeństwa teleinformatycznego.

W praktyce, wytworzonej przez obecny rząd uprawnienia, o których piszę przejęli ludzie jednej służby – Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Już przed ponad rokiem, Antoni Macierewicz twierdził, że kontrolę na służbami wojskowymi objęli ludzie ABW i to właśnie środowisko kontroluje sprawy certyfikacji i poświadczeń.

Nietrudno się domyśleć, że tak skonstruowany system bezpieczeństwa wewnętrznego nakłada na ABW ogromną odpowiedzialność, ale też daje równie wielką władzę. Jak chciałem powyżej zasygnalizować, dotyczy ona praktycznie każdego obywatela. Dzięki certyfikatom bezpieczeństwa można wpływać na skład osobowy spółek i przedsiębiorstw, ułatwiać lub utrudniać działalność gospodarczą, dopuszczać lub zamykać drogę do przetargów publicznych, pomagać jednym, a utrudniać karierę drugim, budować własne sfery wpływów, a zwalczać konkurencję.

Z łatwością można sobie wyobrazić, że władza Agencji dotyczy w rzeczywistości każdego obywatela, konsumenta, odbiorcy i klienta – wszystkich, którzy uczestniczą w obrocie gospodarczym i życiu publicznym.

Warto również pamiętać, że funkcjonariusze Agencji mają prawo nas wylegitymować, zatrzymać i przeszukać, założyć podsłuch, inwigilować, uzyskać na nasz temat każdą, dostępną informację. Mogą sprawdzić naszą korespondencję mailową, otworzyć list , przeszukać bagaż lub mieszkanie.

Tylko niewiedzy i brakom wyobraźni, można przypisać dość powszechny pogląd, jakoby działalność tej służby była enklawą, nie odnoszącą się do tzw. zwykłego obywatela. Nic bardziej mylnego.

Byłoby zatem truizmem twierdzenie, że władzę, wynikającą z tak wielkich uprawnień powierza się w państwach praworządnych ludziom, którzy swoją postawą, zachowaniem i osobistymi przymiotami zagwarantują obywatelom, że nie użyją tej władzy przeciwko nim, lub we własnym interesie. Ten elementarny nakaz, nie ma nic wspólnego z praktyką stosowaną w III RP.

Największy specjalista obecnego rządu, w sprawach służb specjalnych – Donald Tusk, - który objął osobisty nadzór nad tą sferą naszego bezpieczeństwa i samodzielnie zarządza pięcioma służbami, zdecydował, że szefami tych urzędów zostaną ludzie, wywodzący się z peerelowskiego aparatu lub nabywający doświadczeń w okresie rządów tzw. lewicy.

Tym samym - świadome zrezygnował z przeciwstawiania się tak istotnym i realnym zagrożeniom dla bezpieczeństwa Polski, jak korupcja oraz oligarchizacja polskiego systemu gospodarczego i politycznego, – których rozkwit obserwowaliśmy w okresie rządów Millera , Belki, Oleksego i Cimoszewicza. Był to wybór całkowicie naturalny.

Przez lata, ludzie tacy jak Miodowicz, Bondaryk, Sienkiewicz, Brochwicz, Czempiński czy Petelicki oraz ich przyjaciel Andrzej Olechowski byli aktywnymi, choć mało widocznymi uczestnikami życia politycznego Platformy Obywatelskiej, stanowiąc jej faktyczne zaplecze decyzyjne, już w 2001 r. Choć część z tych ludzi, rozpoczęła kariery w służbach po roku 1989, to bez sprzeciwu zaakceptowali postesbecki model ich funkcjonowania, wyniesiony ze szkoły wywiadu w Kiejkutach, gdzie szkolono według sowieckiego modelu funkcjonowania służb. To zaś, bardzo długo ciążyło na działaniu polskich agencji wywiadowczych i kontrwywiadowczych.

Tuż po objęciu władzy przez Platformę, głównym priorytetem rządu stało się uczynienie z ABW „zbrojnego ramienia” i najważniejszego wspornika władzy. Służba z tak wielkimi uprawnieniami, pozwalała bowiem zbudować realny system nadzoru i kontroli, nad tymi dziedzinami życia gospodarczego i politycznego, które miały stać się łupem powracającego do władzy układu III RP.

Temu celowi m.in. służyła forsowana bardzo mocno przez PO nowelizacja ustawy o ABW ,pozwalająca tej służbie na „możliwość rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw korupcji osób pełniących funkcje publiczne, jeśli te przestępstwa godzą w bezpieczeństwo państwa.” Przedstawiając w grudniu 2007 roku, uzasadnienie projektu nowelizacji, Grzegorz Dolniak z PO argumentował, że „uchwalając ustawę o powołaniu CBA, posłowie odebrali ABW możliwość zwalczania korupcji godzącej w bezpieczeństwo państwa. O ile ściganie korupcji, poza CBA, pozostało jedną z ważniejszych kompetencji policji i Straży Granicznej, służb celnych i skarbowych, to ABW została tych uprawnień pozbawiona” - dowodził Dolniak.

Chodziło oczywiście o ograniczenie roli i zadań oraz zdublowanie uprawnień „obcej” służby CBA, po to, by móc wykorzystać ABW do walki przeciwko opozycji i niewygodnym dla władzy środowiskom. Niemniej ważne, było „przykrycie” planowanych przedsięwzięć gospodarczych, procesów prywatyzacyjnych, koncesji i zezwoleń – tak, by grupom interesu, wspierających Platformę spłacić przedwyborcze zobowiązania.

Czy można sobie wyobrazić, by doszło do działań przeciwko członkom Komisji Weryfikacyjnej, gdyby śledztwo w sprawie pomówień Lichockiego i Tobiasza prowadzone było przez inną służbę niż ABW? Czy podobny byłby scenariusz sprawy Wojciecha Sumlińskiego, gdyby postępowaniem w jego sprawie kierowało Centralne Biuro Antykorupcyjne?

Dlatego też, pospieszna nowelizacja ustawy o ABW z grudnia 2007 roku, miała stworzyć podstawy do planowanych akcji, wymierzonych w Komisję Weryfikacyjną i parlamentarną opozycję. Z tej również przyczyny - skład szefostwa Agencji musiał odpowiadać potrzebom rządzącego układu oraz gwarantować pełną sterowalność i dyspozycyjność.

Osoba, której Donald Tusk powierzył władzę zarządzania największą polską służbą, nie spełnia nawet podstawowych wymogów uczciwość, transparentności i profesjonalizmu. Ilością zarzutów formułowanych pod adresem tego urzędnika, można byłoby obdarzyć kilku uczestników afer. Już tylko ten fakt wyraźnie wskazuje, że mamy do czynienia z człowiekiem, którego podległość wobec rządzącego układu opiera się na przywileju bezkarności i ma charakter wybitnie korupcyjny.

Jako obywatel, mam prawo nie godzić się, by tego rodzaju persony, uwikłane w trefne interesy i kontakty, posiadały niemal nieograniczoną władzę, dotyczącą moich praw obywatelskich i mojego bezpieczeństwa. Korzystając z tego (jeszcze) przysługującego mi prawa, chcę poświęcić kilka tekstów przedstawieniu postaci tego człowieka i sprawom, które go obciążają.

CDN...

środa, 24 czerwca 2009

W TAJNEJ SŁUŻBIE JEJ SOWIECKIEJ MOŚCI.

Nie wiem, czy Marian Zacharski czytał Volkoffa ale przyznaję, że z coraz większym uznaniem przyglądam się ostatniej misji pana generała. To, czy prowadzi dziś grę na własną rękę, czy też jest rozgrywany – nie wydaje się najważniejsze, wobec faktu, że doskonale potrafił wcielić się w rolę komedianta i odegrać przed widownią fascynujący spektakl.

Wydaje się, że pan generał wrócił już na stałe do obiegu III RP. Udany flirt z TVN, potem wywiad w „Dzienniku”, a obecnie promocja książki – autobiografii, wywołała falę zachwytów nad sprawnością i patriotyzmem tzw. peerelowskiego wywiadu.

Co prawda, ani w filmie o Zacharskim, ani w wywiadzie dla „Dziennika” z listopada ubiegłego roku – nie było żadnej nowej informacji, o której by nie wiedziano od lat, ale kto przejmowałby się takim szczegółem, wobec faktu, że dzielny, „polski Bond” dzieli się z nami szpiegowską tajemnicą.

Już same okoliczności wydania książki Zacharskiego, zatytułowanej pięknie "Nazywam się Zacharski. Marian Zacharski. Wbrew regułom" – przypominają dobrze skrojoną kombinację operacyjną, lub – jeśli kto woli – kampanię PR.

Po wyczerpujących zmaganiach z TVN i „Dziennikiem” usłyszeliśmy w grudniu ubiegłego roku, że „mimo szumnych medialnych zapowiedzi w najbliższym czasie nie ukaże się książka od lat mieszkającego za granicą generała Mariana Zacharskiego, byłego asa peerelowskiego wywiadu”. Jak napisała wówczas „Rzeczpospolita” – „informacja zelektryzowała wiele osób, ponieważ Zacharski mógłby w niej nie tylko ujawnić, kto rzeczywiście współpracował z rosyjskimi służbami, ale również opowiedzieć o sprawach, które mogłyby okazać się niewygodne dla wielu wpływowych polityków”.

Jak wyjaśnił zaskoczonym miłośnikom sensacji, gen. Henryk Jasik - przyjaciel Zacharskiego „powodem tej decyzji są podejrzenia, iż publikacja mogłaby zostać uznana za element jakiejś gry politycznej. Nie wyjaśnia jednak jakiej”.

Co prawda, o tym, że Zacharski pisze wspomnienia słuchać już od lat 90-tych, ale załóżmy, że pan generał musiał dać sobie trochę czasu na odświeżenie pamięci i przypomnienie zdarzeń.

Nie upłynęło od tego dementi nawet pół roku, gdy na rynku księgarskim ukazała się wspomniana już książka, o tytule – a jakże, nawiązującym do Bonda.

Jak zapewnia nas wydawca – „To fascynująca autobiografia legendy polskiego wywiadu. Autor ujawnia kulisy pracy służb wywiadowczych, metody i techniki werbunku oraz działania. Pokazuje, jak funkcjonuje kontrwywiad, jak bez pistoletu w ręku czy wkradania się do strzeżonych budynków można wejść w posiadanie ściśle tajnych dokumentów”.

Sam autor, podczas telekonferencji w Centrum Prasowym PAP, skromnie wyznał:

W książce chciałem pokazać, że wywiad PRL nie był żadną, jak to się dziś mówi, organizacją przestępczą. Byliśmy wyselekcjonowanym, bardzo małym gronem ciężko pracujących osób, które starały się zdobywać jak najszerszą wiedzę, po to, aby politycy decydowali o losach naszego kraju. To przecież oni, a nie oficerowie wywiadu, decydują o tym, z kim w danym czasie Polska znajduje się w strategicznej przyjaźni"

Pozostańmy przy tej wypowiedzi, bo niewykluczone, że jej sens wskazuje na faktyczne intencje autobiografii Zacharskiego. Warto zauważyć, że w taki sam sposób widział swoją pracę towarzysz generał Gromosław Czempiński, gdy w październiku ubiegłego roku zagroził emigracją z Polski, jeśli III RP odważy się zabrać mu esbeckie przywileje emerytalne. Powiedział wówczas m.in.:

[…]myśmy w wywiadzie zrobili wiele dobrego. A teraz przyrównuje się nas do sługusów Moskwy. Dla oficera wywiadu nie ma nic gorszego. Byliśmy dumni, każdy wiedział, że polski wywiad chodził własnymi ścieżkami.(…) skoro jesteśmy przy Rosjanach, to jedno chcę podkreślić. Nikt z naszego wywiadu nie sprzedawał im informacji. To wszystko byli patrioci. Totalną bzdurą jest też opowiadanie, że rozkazy dla nas przychodziły z Moskwy.

Z całą pewnością, taki obraz „polskiego wywiadu” znajdzie uznanie wśród oglądaczy TVN-u i całej rzeszy osób, czerpiących wiedzę o PRL-u z przekazów medialnych. Reakcje, jakie można było zaobserwować w Internecie po wyznaniach Zacharskiego, a obecnie, po publikacji jego książki wskazują, że grono słuchaczy bajek wciąż się powiększa.

Już w październiku, w tekście WYWIAD PRL-W SŁUŻBIE SOWIECKIEGO IMPERIUM, a wcześniej w tekście ESBECY III KATEGORII - WYWIAD PRL wskazałem na prawdziwe oblicze tworu, który generałowie III RP nazywają „polskim wywiadem”. Nie ma potrzeby powtarzania zawartych w tych tekstach argumentów i cytowania dokumentów, świadczących, że esbecka struktura peerelowskiego wywiadu, była wyłącznie ekspozyturą sowieckich służb i wykonywała zadania na rzecz okupanta. Kto zechce – dowie się sam.

Formalne umocowanie Departamentu I MSW (wywiadu) w strukturach Służby Bezpieczeństwa dowodzi jednoznacznie , że był częścią megasowieckiej policji politycznej, działającej we wszystkich krajach Bloku Wschodniego, a rola owych „polskich agentów” sprowadzała się do wykonywania moskiewskich dyrektyw. Dowodem tego stanu rzeczy jest również działalność szpiegowska „polskiego Bonda”.

Gdy Zacharski, podczas konferencji promującej jego książkę stwierdził, jakoby „Polska, nawet w tych starych czasach jako PRL, miała bardzo dobry wywiad" – należałoby go zapytać o konkretne zdobycze tego wywiadu – nowoczesne technologie, wyniki badań, zdobyte informacje – które służyły Polsce.

Co z „zakupów”, które zagranicą poczynili Lax, Zacharski, Przychodzeń czy Pieterwas – zostało w PRL-u i było wykorzystane np. przez polski przemysł? Co stało się z dokumentacją techniczną, którą Zacharski kupił w USA, kto i w jaki sposób ją eksploatował? Na czym polegały owe „własne ścieżki”, którymi miał podążać wywiad PRL? Jaki był udział „patriotów” z Departamentu I w zamachu na życie Jana Pawła II i operacjach „na kierunku” watykańskim?

Odpowiedzi na podobne pytania, nie należy oczekiwać od zasłużonych esbeków –wywiadowców. A jeśli nie chcą lub nie mogą na nie odpowiedzieć, świadczy to, że nadal czują się funkcjonariuszami Departamentu I MSW i jako ludzie dobrze poinformowani, w głębokim poważani mają zapewnienia okrągłostołowych „autorytetów” o upadku komunizmu i końcu PRL.

Gdyby pan Zacharski ograniczył pole rażenia swoich medialnych wystąpień do opowiadania smakowitych bajek i barwnych opisów operacji wywiadowczych, z przeznaczeniem dla głupowatych panienek i takoż rozwiniętych chłopców – można byłoby uznać, że jest to dozwolony sposób dorabiania do esbeckiej emerytury. Skoro jednak, strojąc się w szaty komedianta, próbuje tworzyć mitologię peerelowskiego wywiadu i martyrologię swoich patriotycznych zmagań - trzeba temu panu wskazać miejsce, wyznaczone mu przez nieubłaganą historię.

We wszystkich swoich wystąpieniach, Zacharski zdaje się grać rolę naiwnego faceta, który wiedziony „patriotycznym zapałem i adrenaliną” nie wie dla kogo i po co robił „zakupy” w USA. Jego wcześniejsze występy przed kamerami TVN-u i szczere wyznania uczynione wobec dociekliwych żurnalistów „Dziennika”, wolno zaliczyć do znakomitych opowieści z gatunku – „jak mały Marianek wyobraża sobie pracę Jamesa Bonda”. To cieszy, ale nie do końca. Można bowiem zrozumieć, że prawda przekazywana przez szpiega, ma się tak do prawdy, jak tow. Kiszczak do honoru, ale przesadne akcentowanie własnej głupoty, nie wydaje się dobrym chwytem marketingowym.

Wolno zatem przypomnieć, że w PRL-u spec - zadaniami dla szpiegów zajmował się bardzo inteligentny Rosjanin o nazwisku Pawłow, który dobrał sobie do pomocy dwóch, wiernych wasali - generałów Milewskiego i Pożogę. Jeśli nawet młodego Zacharskiego werbowali panowie z legitymacjami SB czy WSW – to nic nie stało na przeszkodzie, by byli to moskiewscy poddani Leonida Breżniewa, a sam figurant został zaliczony do elitarnych „szpionów KGB”. Pan Zacharski wydaje się nadto doświadczonym przez życie człowiekiem, by miał nie wiedzieć o swoim „zaszeregowaniu”. „Fanty”, które nabył w USA zostały natychmiast (bez otwierania przesyłek) przekazane do rąk własnych Jurija Andropowa i zapewne dobrze przysłużyły się rozwojowi „ojczyzny światowego proletariatu”. Przebieg dalszej kariery Zacharskiego, po powrocie z amerykańskiej niewoli sugeruje, że władza ludowa potrafiła docenić jego zasługi, a i III RP pozostała wierna nakazowi uszanowania doświadczeń „polskiego Bonda”.

Szkoda, że tego tematu pan Zacharski nie chce pogłębić w swojej książce. Podobnie, jak nie zdradza nam przyczyn zaliczenia go do „elitarnego” grona polskich szpiegów, dopiero po złapaniu przez imperialistów amerykańskich.

Książka Zacharskiego, według zapewnień tow. gen. Jasika i oczekiwań widzów TVN miała być prawdziwą „bombą”, a nawet - stanowić „element jakiejś gry politycznej”. Ponieważ upłynęło już kilka tygodni od jej prezentacji, a w życiu publicznym nie widać oznak paniki, wolno chyba pokusić się o podsumowanie występów pana generała.

W listopadzie ubiegłego roku poświęciłem Zacharskiemu obszerny tekst zatytułowany

OSTATNIA MISJA EMERYTA, w którym zastanawiałem się nad przyczynami aktywności zasłużonego „dla partii i narodu” emeryta. Ponieważ troskliwy administrator Salonu24, bardzo szybko ukrył ów tekst, chciałbym powrócić do niektórych, zawartych w nim myśli. Zwróciłem wówczas uwagę, że z wielowątkowej operacji medialnej, pod roboczym tytułem – „Patriota Zacharski – tropiciel sowieckich agentów, w służbie III RP” można odnieść nieodparte wrażenie, że:

1. Zacharski jest „superszpiegiem”, który z pobudek patriotycznych chciał pracować dla Polski, ( nie bił opozycji, nie prześladował księży itp);

2. Działając w UOP, przyczynił się do wykrycia sowieckiej agentury na najwyższych szczeblach władzy państwowej (sprawa Olina);

3. Za tę działalność dla wolnej Polski, został zmuszony przez komunistów (agentów sowieckich) do opuszczenia kraju, zniszczono jego karierę i uniemożliwiono pracę dla III RP;

4. Wiedza Zacharskiego to „bomba”, której siła może zmienić kształt polskiej sceny politycznej.

Z tak zarysowanej koncepcji medialnego przekazu, wyłaniał się obraz człowieka, który wiele wie i równie wiele może ujawnić, jeśli tylko nadejdzie stosowna chwila. Kontekst, w jakim Zacharski wymieniał w wywiadzie dla „Dziennika” nazwiska „ojców” Platformy Obywatelskiej był o tyle negatywny, że sugerował, iż działania Olechowskiego i Czempińskiego były „elementami rozgrywki”. O szczegółach, obiecywał nam napisać więcej w przyszłej książce. I nie napisał.

Co gorsze – jego oracje i książkowe opowieści na temat „polskiego wywiadu” brzmią bliźniaczo z tyradami tow. Czempińskiego i próżno w nich szukać zapowiadanych sensacji. Chyba, że uznamy za taką propagandowe „oswajanie PRL-u”.

W listopadowym tekście napisałem, że jeśli był to szantaż, to wyrażony w jak najbardziej ekskluzywnej, eleganckiej formie – całkiem stosownej dla ludzi pokroju Zacharskiego.

Dziś, jeszcze mocniej podziwiam umiejętności ludzi Departamentu I MSW i jestem przekonany, że głos zasłużonego emeryta posiada wielką moc sprawczą, a pan Zacharski nadal rzetelnie wypełnia swoją misję.

http://www.dziennik.pl/opinie/article259161/Slynny_szpieg_uderza_w_Kwasniewskiego.html

http://www.rp.pl/artykul/182403,238387.html

http://www.wprost.pl/ar/163311/Wydano-autobiografie-Mariana-Zacharskiego/

http://cogito.salon24.pl/77733,wywiad-prl-w-sluzbie-sowieckiego-imperium

http://cogito.salon24.pl/77730,esbecy-iii-kategorii-wywiad-prl

wtorek, 23 czerwca 2009

MEDIALNY ORĘŻ „OBROŃCÓW PRAW CZŁOWIEKA”.

Jeśli nie da się o pewnych sprawach skutecznie kłamać, tak - by zachować przynajmniej pozory prawdy - rozwiązaniem staje się wówczas przemilczenie. Ów propagandowy zabieg, znany doskonale z praktyki PRL-u wynika z przekonania, że problem, o którym się nie mówi, nie istnieje, albo sam z siebie znika.

Nie może zatem dziwić, że główne media przemilczały fakt kolejnej wygranej sądowej ministra Macierewicza. Tylko na podstawie wzmianki na stronie internetowej Tygodnika „Głos”, mogliśmy się dowiedzieć, że Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia, II Wydział Karny umorzył postępowanie w sprawie, którą Antoniemu Macierewiczowi wytoczył były pracownik Polservice Jacek Wojnarowski, za umieszczenie jego nazwiska w Raporcie o likwidacji WSI.

W działaniach byłego Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej sąd nie doszukał się dowodów wskazujących na popełnienie czynu zabronionego, wskazującego na zniesławienie.
W sprawie procesów wytaczanych Macierewiczowi, przez dotkniętych na honorze współpracowników WSI to kolejne, charakterystyczne przemilczenie.

Podobnie – przed miesiącem główne media solidarnie przemilczały wygraną w procesie wytoczonym przez Waltera i Wejcherta – twórców ITI, którzy pozwali Macierewicza za słowa, pochodzące z wywiadu prasowego w „Rzeczpospolitej” z lutego 2007 r, „że koncern ITI powstał dzięki wojskowym służbom PRL”. Identycznie przemilczano styczniową wygraną Macierewicza, w procesie wytoczonym przez Krzysztofa Kluzka – byłego wiceprezesa PKN Orlen.

Te same media, nie uznały również za konieczne poinformować nas, że sądy już wcześniej oddalały pozwy ITI w tej sprawie - uznając, że Macierewicz „wykonując obowiązki
Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej działał zgodnie z prawem”.

Przypuszczam, że jawnie manifestowana nieprzychylność polskich dziennikarzy, wobec byłego szefa SKW znajduje podstawę w innych słowach Macierewicza, pochodzących z wywiadu dla „Rzeczpospolitej” . Zadał wówczas prowadzącemu wywiad ważne pytanie:

Dlaczego żaden z dziennikarzy nie poszedł do panów Waltera i Wejcherta i nie zapytał, jak to było z tworzeniem ich koncernu medialnego w latach 80.? Opisałem w raporcie kwestie z tym związane bardzo wyraźnie. Nikt z państwa nie zadał takiego pytania”.

Ano – nie zadał i nie zada, bo dziennikarska odwaga zdaje się nie wykraczać poza poziom połajania „konformistycznych” blogerów, a pryncypialne „głoszenie poglądów z otwartą przyłbicą” ma przecież swoje granice.

Przemilczanie orzeczeń sądowych korzystnych dla Macierewicza, zdaje się mieć jednak bardziej istotną przyczynę. Orzeczenia te zawierają bowiem twierdzenie, którego sens zadaje dotkliwy i celny cios dwuletniej kampanii propagandowej, przy pomocy której próbowano dyskredytować Raport z Weryfikacji WSI, działania Komisji Weryfikacyjnej i samego Macierewicza.

Prawdopodobnie, już po pierwszym korzystnym dla ministra postanowieniu warszawskiego Sądu Okręgowego, z kwietnia ubiegłego roku, oddalającego pozew Jana Wejcherta, spece od propagandy zdali sobie sprawę, że tylko przemilczeniem niewygodnej prawdy można zapewnić sobie wpływ na opinię społeczną. Wówczas już bowiem sąd podkreślił, że Macierewicz „działał w granicach prawa, nie jako osoba prywatna, ale urzędnik państwowy - szef Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI i mówił o urzędowym dokumencie opublikowanym przez prezydenta - raporcie z weryfikacji WSI”.

Ten sam sąd, oddalając pozew Wejcherta orzekł również, że „dokument urzędowy chroni domniemanie prawdziwości i autentyczności, czego nie obalono, podobnie jak nie obalono zgodności z prawem trybu i formy powołania Macierewicza na stanowisko państwowe”.

Orzeczenie sądu zadawało kłam, trwającej od miesięcy kampanii dezinformacji, w której Macierewicza przedstawiano jako nieodpowiedzialnego szaleńca, a likwidację WSI jako proces szkodliwy dla państwa i niemal półlegalny.

Twierdzenia te, miały kapitalne znaczenie dla skutecznego, zgodnego z prawem i logiką odrzucenia wszystkich medialnych zarzutów, pomówień, oszczerstw i kłamstw, jakie o Raporcie i jego autorach wyprodukowali funkcjonariusze medialni.

Wszak nikomu z nich, nigdy nie przyszło do głowy, by atakować jakiegokolwiek ministra rządu Donalda Tuska za to, że wykonując swoje konstytucyjne obowiązki realizuje ustawę, uchwaloną przez Sejm. Co więcej – bodaj w całej, 20 letniej historii III RP próżno szukać podobnego przypadku, by media z taką determinacją, przy pomocy manipulacji faktami dopuszczały się zamachu na dokument urzędowy, dyskredytując jego znaczenie i treść.

Poza jednym przypadkiem. W identyczny, sprzeczny z prawem sposób działano w 1992 roku, gdy ten sam minister legalnego rządu RP wykonywał uchwałę sejmową „o ujawnieniu tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa zajmujących stanowiska w najwyższych władzach państwa”.

Najwyraźniej, Antoni Macierewicz przejdzie do historii jako ten, który dwukrotnie wywołał niebywały w państwie demokratycznym, prawny precedens – gdy media, z aprobatą i przy współudziale organów państwa, atakowały i próbowały skompromitować urzędowy akt prawny i dokonania konstytucyjnego ministra.

W przeświadczeniu, że przemilczanie korzystnych orzeczeń sądowych jest elementem świadomej taktyki manipulacji, utwierdza również zachowanie ludzi, którzy w III RP mienią się „obrońcami praw człowieka”. Zasłużona skądinąd organizacja Helsińska Fundacja Praw Człowieka prowadzi na swojej stronie internetowej program „Prawa człowieka a rozliczenia z przeszłością”. Jak możemy przeczytać, „celem Programu jest kształtowanie odpowiedniej praktyki tworzenia i stosowania prawa pod kątem respektowania praw i wolności człowieka i obywatela. Działania HFPC polegają także na „monitorowaniu prac ustawodawczych, przygotowywaniu i przedstawianiu opinii prawnych już na tym etapie. Ponadto, działania te obejmują również szeroko rozumiane poszerzanie świadomości prawnej w społeczeństwie – w bardziej lub mniej sformalizowanych formach. To ostatnie poprzez udzielanie porad w indywidualnych sprawach, współpracę z mediami, zamieszczanie opracowań na stronie internetowej Programu”.

W zakresie monitorowania spraw sądowych, związanych z Raportem z Weryfikacji WSI, znajdziemy obszerny wykaz postępowań, w których Antoni Macierewicz występuje w charakterze pozwanego. Warto dodać, że wielu z rzekomo poszkodowanych korzysta z pomocy prawnej HFPC, a Fundacja występuje przed sądem jako tzw. amicus curiae – przyjaciel sądu, prezentując swoje stanowisko – zawsze zgodne z żądaniami pozwu.

Jak zatem należy tłumaczyć fakt, że w wykazie spraw sądowych nie znajdziemy tych postępowań, które zakończyły się korzystnie dla Antoniego Macierewicza, a w szczególności dotyczących licznych pozwów Wejcherta i Waltera oraz spółki ITI? Próżno też szukać ważnego orzeczenia Sądu Okręgowego, w sprawie Krzysztofa Kluzka.

To zadziwiające przemilczenie, musi być postrzegane jako rażąca manipulacja – zwłaszcza, gdy porównamy praktykę działania „obrońców praw człowieka” w przypadku innych zagadnień.

Gdy tylko bowiem pojawia się groźba naruszenia interesów agentury i jej mocodawców, Fundacja podejmuje działania z wprost niebywałą, dla tego typu organizacji dziarskością.

Oto 10 czerwca br. ukazał się w „Rzeczypospolitej” artykuł Cezarego Gmyza, zatytułowany „IPN udostępni gigantyczną bazę ofiar i katów”, zawierający informację o nowej bazie danych Instytutu, udostępnionej dziennikarzom i naukowcom.

Natychmiast, bo już tego samego dnia, prezes zarządu Fundacji, pani Danuta Przywara wystosowała sążniste pismo do prezesa IPN, w którym zawarła 13 szczegółowych, bardzo dociekliwych pytań, związanych z nową inicjatywą Instytutu. Już lektura pierwszych pytań pozwala zauważyć, o co szczególnie troszczą się „obrońcy praw człowieka”. Czytamy m.in:

1. Jakie przesłanki legły u podstaw decyzji o utworzeniu katalogu osób, o których informacje zawarte są w znajdujących się w zasobie archiwalnym Instytutu Pamięci Narodowej dokumentach organów bezpieczeństwa państwa;

2. Jaka jest podstawa prawna utworzenia katalogu, to znaczy, jaka jest podstawa ustawowa jego utworzenia, ewentualnie jaki akt wewnętrzny Instytutu Pamięci Narodowej reguluje jego utworzenie i funkcjonowanie, ponadto czy stanowisko w sprawie utworzenia katalogu zajęło Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej; [...]

4. O jakiego rodzaju osobach w katalogu znajdują się informacje, to jest jakiego rodzaju powiązania z organami bezpieczeństwa państwa, bądź jakiego rodzaju zainteresowanie z ich strony stanowiło podstawę zamieszczenia w nim informacji o konkretnej osobie;”

Gorliwy pośpiech obrońców towarzystwa, które mogło się poczuć zagrożone działaniami IPN-u , prowadzi ich nawet do formułowania tyleż żenujących, co bezprawnych ponagleń. W zakończeniu pisma możemy bowiem przeczytać:

Zdajemy sobie sprawę z tego, że ustawa o dostępie do informacji publicznej w art. 13 ust. 1 przewiduje 14-dniowy termin na udostępnienie informacji publicznej w trybie wnioskowym. Jednakże ze względu na wagę informacji, o które prosimy będziemy wdzięczni za ich udostępnienie w możliwie szybszym terminie”.

Zaiste – waga informacji, o które występuje Fundacja musi być znaczna, bo od niej przecież może zależeć los tysięcy szpicli, agentów i prowadzących ich esbeków, przez dziesięciolecia terroryzujących polskie społeczeństwo.

To samo społeczeństwo, – w ocenie maisteramowych mediów i instytucji podobnych do HFPC, nie zasługuje już na prawdziwą i rzetelną informację. Gdzie zatem ma szukać obrońców swoich praw?

Źródła:

http://glos.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1397&Itemid=76

http://www.antonimacierewicz.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=170&Itemid=115

http://www.antonimacierewicz.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=188&Itemid=72

http://www.wprost.pl/ar/127834/Macierewicz-mial-prawo-mowic-o-raporcie-WSI/

http://www.hfhrpol.waw.pl/przeszlosc-rozliczenia/index.php?option=com_content&task=category&sectionid=3&id=15&Itemid=39

http://www.hfhrpol.waw.pl/przeszlosc-rozliczenia/images/stories/rozliczenia/2009_06_10_hfpc_prezes_ipn_ad_lista_w_bis.pdf

http://cogito.salon24.pl/77636,kto-przeprasza-agentow

poniedziałek, 22 czerwca 2009

DLACZEGO BUZEK – CZYLI BAL W OPERZE

Na ratuszu bije druga,

Na tajniaka tajniak mruga,

Na widowni i w sznurowni

I pod dachem i w kotłowni

I pod sceną i w bufecie,

Na galerii i w klozecie,

W kancelarii i w malarni,

W garderobach i w palarni

I w dyżurce u strażaka

Mruga tajniak na tajniaka...

Jest co się cieszyć, ale nie można przesadzać” - tak Aleksander Kwaśniewski skomentował szum wokół kandydatury Jerzego Buska na szefa PE. – „Porównania wyboru przewodniczącego Parlamentu Europejskiego do wyborów innych np. na papieża są nieuprawnione” – dodał.

Wprawdzie podzielam zdanie Kwaśniewskiego, ale warto przecież zastanowić się – z czegóż to cieszą się tajniacy, że jeden na drugiego mruga? A, że mrugają to rzecz pewna, skoro tak niezwykła jednomyślność zapanowała wśród establishmentu III RP w sprawie kandydatury Buzka. Jak Polska długa i szeroka, zewsząd słychać jeden głos, a towarzysze Gierek i Siwiec prześcigają się w entuzjastycznych deklaracjach poparcia. Ponieważ sprawa Buzka staje się niemal patriotycznym manifestem, trzeba pochylić się z uwagą nad tym radosnym „mruganiem”.

Sporo na ten temat mógłby powiedzieć sam Kwaśniewski. Jakkolwiek 12 lat to dość czasu, by wszyscy zapomnieli jak powstawał rząd Buzka, to przecież towarzysz Aleksander powinien doskonale pamiętać te okoliczności.

Jeszcze zanim gabinet AWS rozpoczął urzędowanie, w październiku 1997 roku Jerzy Buzek , otrzymał od prezydenta Kwaśniewskiego prezent - listę osób, które zostały zarejestrowane w archiwach służb specjalnych. We wrześniu 1999 roku Kwaśniewski tak opisywał to zdarzenie:

Dokument ma charakter ściśle tajny, natomiast warto wrócić do tej historii, bo odbyło się to na prośbę pana premiera, wtedy desygnowanego premiera. Ja go ostrzegałem, mówiłem mu, że to nie jest potrzebne ponieważ dysponuje procedurami lustracyjnymi, czyli z jednej strony oświadczeniami kandydatów, a z drugiej strony całą procedurą która miała być uruchomiona. Na początku premier powiedział, że zastanowi się, później jednak stwierdził, że on bardzo prosi. Zwróciłem się wtedy do dwóch instytucji - Urzędu Ochrony Państwa oraz Wojskowych Służb Informacyjnych aby poinformowały, czy w zasobach archiwalnych są materiały dotyczące nazwisk kandydatów do rządu i taką informację otrzymałem, i 30 października 1997 roku przekazałem premierowi. Podkreślam, jest to i była to wyłącznie informacja o zasobach archiwalnych i nic poza tym, ani mniej, ani nic więcej”.

Na liście przekazanej Buzkowi miało znajdować się kilka nazwisk. Jak mówił Kwaśniewski, „nie 6 i 7, liczba jest zupełnie inna”.

Spróbujmy policzyć.

Kwaśniewski sam przyznał, że na liście było nazwisko Janusza Tomaszewskiego – ówczesnego wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych i administracji. Nieco później mogliśmy poznać nazwiska czterech podsekretarzy:

Robert Mroziewicz - podsekretarz stanu w ministerstwie obrony narodowej (1997-wrzesień 1999), działacz UW.

Janusz Kaczurba - podsekretarz stanu w ministerstwie gospodarki (1997), podsekretarz stanu w MSZ (1998-1999; 2001-2002).

Krzysztof Luks – tajny współpr. Zarządu II Sztabu Generalnego - podsekretarz stanu w b. Min. Transportu i Gospodarki Morskiej (1997 – 6 czerwca 1999), działacz UW.

Tadeusz Donocik - podsekretarz stanu w ministerstwie gospodarki.

Co z resztą? Raport z Weryfikacji WSI pozwolił uzupełnić listę o kolejne nazwisko – nie byle jakiej persony, bo samego Andrzeja Madery ps.”CHARON”, współpracownika Zarządu Wywiadu WSI, pracującego w rządzie Buzka w sekretariacie ministra koordynatora ds. służb specjalnych.

Nie wiemy czy te właśnie i jakie jeszcze nazwiska znajdowały się na liście przekazanej Jerzemu Buzkowi. Niewykluczone, że były to zupełnie inne nazwiska od wymienionych powyżej, lista dotyczyła bowiem tylko konstytucyjnego składu Rady Ministrów, czyli premiera, wicepremierów i ministrów, w sumie 22 osób.

Nie to zresztą wydaje się najważniejsze.

Wówczas, przed 12 laty Jerzy Buzek i jego rząd stali się przedmiotem gier operacyjnych, prowadzonych przez WSW/WSI. Wolno przypuszczać, że spis, który – jak wynika z chronologii zdarzeń – przygotowano rzekomo w ciągu 24 godzin, - był jednym z elementów precyzyjnie zaplanowanej gry. Brak jakiejkolwiek reakcji ówczesnego premiera, był poważnym błędem, którego skutki okazały się brzemienne dla całego okresu rządów AWS.

Wydaje się, że lista, dostarczona przez Kwaśniewskiego – skutecznie spętała rząd, z którym wielu Polaków wiązało nadzieje, a cały ten okres stanowi jeszcze jeden przykład tryumfu przeciwników rzetelnej lustracji i dekomunizacji.

Dość wspomnieć, że wkrótce potem, jeden z posłów KPN wystąpił z wnioskiem o wszczęcie postępowania lustracyjnego również wobec Jerzego Buzka, przytaczając rzekome dowody agenturalnej przeszłości premiera. Wniosek ten i jego uzasadnienie jest jeszcze do chwili obecnej wykorzystywany jako argument przeciwko byłemu premierowi, a pochodzące z niego fałszywe oskarżenia bywają chętnie prezentowane w niektórych „prawicowych” środowiskach.

Jedynie szybkiej i jednoznacznej reakcji ówczesnego Rzecznika Interesu Publicznego, sędziego Bogusława Nizieńskiego, który stwierdził we wniosku posła KPN nie istniejące sygnatury, nie istniejące akta, nie istniejące załączniki, nie istniejące dowody” – zawdzięczamy wiedzę o faktycznym pochodzeniu owych rewelacji. Co ważne – późniejsza o wiele lat kwerenda w archiwach IPN potwierdziła brak dowodów na agenturalną przeszłość Jerzego Buzka. Któż zatem i w jakim celu posługiwał się tymi materiałami?

Dziś, po wielu latach od tamtych zdarzeń, Jerzy Buzek jawi mi się nadal się jako polityk infantylny, z łatwością ulegający wpływom i zewnętrznym inspiracjom. Jego flirt z Platformą dowodzi ponadto, że jest człowiekiem przedkładającym własną karierę nad zasady, którym rzekomo był wierny. Ale czy tylko?

Jestem przekonany, że obecny „front jedności narodu” wokół kandydatury Jerzego Buzka, jest oparty o tę samą, niezmienną od 12 lat koncepcję, jaka towarzyszyła ludziom WSI, gdy przygotowywali „listę Kwaśniewskiego”. I podobnie, jak wówczas – stawką jest Polska.

„Bal w Operze” Tuwima kończy się sceną, która oby nigdy nas nie rozśmieszyła...

"Jak bal, to bal! Maestro, wal!

Grubasku, teraz solo! O, IDEOL! O, IDEAL!

Takie małe, małe, słodkie IDEOLO!

I gdy w strop szampitrem strzelił, Metaliczny tusz kąpieli,

Ani się nie obejrzeli,

Ani zdążył z żyrandziaka

Mrugnąć tajniak na tajniaka -

Jak błyskawicowym zdjęciem, Foto-ciosem, blasku cięciem,

Wszystkich wszyscy diabli wzięli, diabli wzięli, diabli wzięli

Aż ze śmiechu małpy spadły

Z zodiakalnej karuzeli”.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,99844,6739169,Kwasniewski_ws__szefa_PE__Jest_co_sie_cieszyc__Ale.html

http://www.prezydent.pl/x.node?id=1011872

http://www.videofact.com/polska/TW_w_rzadach_po_1989.html

http://www.videofact.com/polska/buzek2.html

http://new-arch.rp.pl/artykul/232936_Rzecznik_obala_zarzuty_Karwowskiego.html

http://katalog.bip.ipn.gov.pl/showDetails.do?lastName=Buzek&idx=&katalogId=0&subpageKatalogId=4&pageNo=1&osobaId=6502&

piątek, 19 czerwca 2009

„OJCOWSKA” KOMBINACJA

„Jeżeli wyłoni się partia, w której nie będę się rozpoznawał, to zaangażuję się w powołanie nowej. Dziś jednak nad takim planem nie pracuję.(…) Jeżeli będę mógł znów z czystym sumieniem głosować na Platformę, ponownie zapadnę w miłą bezczynność. Jeżeli jednak okaże się, że nie mam już swojej partii, będę musiał temu zaradzić.”- warto przypomnieć te słowa Andrzeja Olechowskiego z wywiadu dla „Życia Warszawy” z 12 lutego 2007r, by spojrzeć na obecne rozgrywki w łonie partii rządzącej z zupełnie innej perspektywy, niż chce tego oficjalna propaganda.

O roli Andrzeja Olechowskiego w budowaniu „partii interesu” pisałem obszernie w cyklu POLITYCZNA AGENTURA WPŁYWU”, w szczególności w części 6 zatytułowanej - WRÓG WEWNĘTRZNY

Jak starałem się wówczas wykazać, z punktu widzenia zadań politycznej agentury wpływu, reprezentującej wielorakie grupy interesów, powołanie nowej partii jest korzystniejsze, niż użytkowanie już istniejących ugrupowań. Zasadnicza korzyść, polega oczywiście na możliwości umieszczenia w nowej strukturze swoich agentów wpływu, w charakterze założycieli nowej formacji. Nie ma również potrzeby „przewerbowania” starych członków partii, skoro można budować jej skład, w oparciu o ludzi sprawdzonych i świadomych celów działania. Klasycznym wprost przykładem tego rodzaju „sterowanej demokracji”, było powoływanie partii, z której wywodzą się politycy obecnego rządu.

Ryszard Świętek w doskonałym opracowaniu – „Agentura wpływu. Najniebezpieczniejsza broń mocarstw” – pisał m.in.:

Przy budowie agentury wybiera się na początku ugrupowanie, reprezentujące określoną opcję polityczną, które może być nośnikiem wspólnego programu, a w dłuższej perspektywie zabezpieczyć własne interesy polityczne. Przez polityczne i materialne wsparcie doprowadza się następnie do rozbudowy obserwowanego ugrupowania i jego bazy, osłabiając jednocześnie konkurencyjne grupy polityczne i wprowadza się "swoich" ludzi w elity rządzące.”

Proces opisany przez autora można obserwować, śledząc drogę, jaką niektórzy politycy rządzącego establishmentu przeszli od Kongresu Liberalno – Demokratycznego, poprzez Unię Wolności, do Platformy Obywatelskiej.

Precyzyjną dyspozycję zadań dla policji politycznej PRL i jej agentury w tym zakresie, wyraził Czesław Kiszczak na posiedzeniu kierownictwa MSW w lutym 1989 roku, mówiąc:

Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, musza być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityka."

W procesie tworzenia KLD mieliśmy do czynienia z obecnością Witolda Kubiaka i Jacka Merkla – obu, związanych z komunistycznym wywiadem PRL. Podobnego przypadku, próżno szukać w dziejach innych partii, powstałych w początkowym okresie lat 90-tych. Warto też zauważyć, że tylko Kongres Liberalno Demokratyczny dysponował od początku dostatecznymi środkami, by zorganizować struktury partii i przeprowadzić w roku 1991 udaną kampanię wyborczą do Sejmu. Po wyborach politycy tej partii współtworzyli rząd, na którego czele stanął Jan K.Bielecki. Wśród członków tego rządu znajdowało się aż ośmiu TW, z tak charakterystycznymi postaciami na czele, jak Andrzej Olechowski (TW MUST) i Michał Boni (TW ZNAK).

Wymienione powyżej osoby, choć same nie zajmowały pierwszych miejsc w polityce i nie angażowały się w bezpośrednie działania „na pierwszej linii”, potrafiły inspirować, stymulować lub wspierać finansowo powstanie partii politycznej. Ich działanie „w cieniu” polityki, na styku służb, biznesu, kontaktów środowiskowych było więc niezwykle skuteczne. O „przypadku” KLD i szczególnej roli Kubiaka oraz Merkla pisałem w 4 i 5 części cyklu o politycznej agenturze wpływu, zatytułowanych PARTIA INTERESU i W SŁUŻBIE III RP.

To właśnie w rządzie J.K. Bieleckiego, jako sekretarz stanu w Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą zaczynał swoją polityczną karierę Andrzej Olechowski – agent Departamentu I MSW.

W 1972 r. Andrzej Olechowski podjął współpracę z wywiadem PRL (rejestracja 4 listopada 1972). Wywiad załatwił mu w 1973 roku pracę w sekretariacie Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju - UNCTAD w Genewie, gdzie był zatrudniony do 1978 roku. Po powrocie do Polski podjął pracę jako adiunkt w Instytucie Koniunktur i Cen, a po uzyskaniu stopnia doktora (1979) został kierownikiem Zakładu Analiz i Prognoz, gdzie zapisał się do „Solidarności”. W roku 1982 roku Olechowski znów wyjechał pracować do UNCTAD. W tym czasie jego oficer prowadzący – Gromosław Czempiński został oficjalnie sekretarzem ambasady PRL w Szwajcarii. Współpraca tych dwóch trwała również w III RP. Olechowski był kontaktem Operacyjnym V Wydziału I Departamentu, który zajmował się obszarem RFN. W czasie spełniania swoich zadań zagranicznych TW „MUST” został „wypożyczony” II Departamentowi, czyli kontrwywiadowi. W latach 1985-87 prowadził działalność agenturalną w Banku Światowym w Waszyngtonie. Po powrocie do Polski, od 1987 r. został doradcą prezesa NBP, następnie w 1988 dyrektorem Biura ds. Współpracy z Bankiem Światowym. W latach 1989-91 był pierwszym wiceprezesem NBP, w latach 1991-92 - sekretarzem stanu w Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą. Następnie, jak wielu innych PRL - owskich agentów, znajdujemy go w otoczeniu prezydenta Lecha Wałęsy. To dzięki jego rekomendacji, Olechowski został w roku 1992 ministrem finansów, a w latach 1993-95 był ministrem spraw zagranicznych. Ten „polityk do wynajęcia” – jak sam siebie nazywa, wykazywał niezwykłą wprost aktywność w różnych okresach III RP, tylko po to, by po zainicjowaniu sprawy, usunąć się wkrótce w cień.

Pierwszą, „samodzielną” próbą polityczną Olechowskiego był „Ruch Stu”, powołany wspólnie z Krzysztofem Bieleckim, powstały na bazie tzw. Komitetu Stu, nieformalnej organizacji wspierającej w 1995 kandydaturę Lecha Wałęsy. Prawdopodobnie celem Olechowskiego, była reaktywacja mocno już zużytego KLD, gdyż od początku nalegał na połączenie obu partii i stworzenie koalicji z Unią Wolności. Gdy to się nie powiodło, Olechowski natychmiast porzucił Ruch Stu i wycofał się „w biznes”. To z „Ruchu Stu” wywodzą się późniejsi politycy PO – Aleksander Grad czy Paweł Graś.

Pod koniec lat 90- tych, słusznie zauważono, że „zgrani” do końca politycy Unii Wolności nie są w stanie zapewnić trwałości układu III RP, co zresztą potwierdziły wybory parlamentarne 2001r. ,gdy UW uzyskała 3,1% głosów i nie weszła do Sejmu. Należało zatem w porę „ewakuować” ludzi KLD z „tonącego okrętu” i po przegrupowaniu, przystąpić do realizacji kolejnego projektu, służącego ochronie interesów agentury. Niewykluczone, że taktyczne wyjście Unii Wolności z koalicji z AWS było pierwszym elementem koncepcji budowania „nowej siły” politycznej. Klęska AWS, skutecznie rozbijanej przez ulokowaną wewnątrz agenturę, była łatwa do przewidzenia już w roku 2000.

Kolejnym elementem tej koncepcji był udział w wyborach prezydenckich Andrzeja Olechowskiego. W wyborach 2000r Olechowski uzyskał 17,3% głosów, co nie było wynikiem rewelacyjnym. Wśród osób wspierających jego kandydaturę znajdujemy całą plejadę PRL-owskiej agentury : Lecha Falandysza – (TW Wiktor), ministra w kancelarii Wałęsy, Roberta Mroziewicza - byłego podsekretarza stanu w MSZ i MON, Janusza Kaczurbę- podsekretarza stanu w Ministerstwie Gospodarki, Dariusza Ledworowskiego (KO/DI – „LEDWOR) – byłego ministra współpracy gospodarczej z zagranicą w rządzie Jana K. Bieleckiego. Wśród „współpracowników merytorycznych” znajdziemy Wojciecha Raduchowskiego-Brochwicza.

Udział Olechowskiego w wyborach prezydenckich miał na celu wykreowanie go, jako człowieka politycznie niezależnego, odpowiedzialnego „męża stanu”, popieranego przez elektorat „elit” III RP. Należy przyznać, że był to udany zabieg socjotechniczny, który utwierdził wielu Polaków w przekonaniu, iż w osobie Olechowskiego mają do czynienia z samodzielnym politykiem, a Gazeta Wyborcza posunęła się nawet do nazwania go ... „wolnym strzelcem” i „kandydatem romantycznym”.

Powołanie w 2001 roku nowej partii, sam Olechowski wyjaśniał bardzo pragmatycznie: Ludzie tworzący PO nie mogli sobie znaleźć ugrupowania, do którego mogliby należeć. Dlatego utworzyli własne”. Co prawda oficjalna geneza powstania Platformy, wskazuje na wspólny wysiłek „trzech ojców”, lecz późniejsze sytuacje i zachowanie Olechowskiego zdają się świadczyć, że to on właśnie był „siłą sprawczą” tej formacji i wywarł na jej powstanie szczególnie mocny wpływ. Nie bez powodu też, w otoczeniu Tuska w roku 2001 pojawia się ponownie Jacek Merkel. Wspólnie z Olechowskim i Płażyńskim budują struktury nowej formacji, a Merkel zostaje jej pełnomocnikiem okręgowym. Nie wolno również zapominać, że pewien dobrze poinformowany funkcjonariusz tygodnika,( którego nazwy nie wymienia się w towarzystwie ludzi kulturalnych) – Marek Barański, twierdził jednoznacznie, że w roku 2001 doszło w warszawskim gmachu Intraco do spotkania kilku oficerów wywiadu z gen. Gromosławem Czempiński – oficerem prowadzącym TW „Musta”. Generał miał tam nieskromnie powiedzieć: - „To nie jest Platforma trzech, tylko czterech. Tym czwartym jestem ja.” W zebraniu uczestniczyć mieli wówczas pułkownicy: Krzysztof Smoliński, Roman Deryło, Marek Szewczyk, Wojciech Czerniak i Zygmunt Cebula. Prawie wszyscy wywodzili się z byłego wydziału amerykańskiego Departamentu I (wywiadu) MSW. Czempiński miał poinformować zaufanych kolegów, że Platforma Obywatelska buduje grupę doradców ­ specjalistów od służb specjalnych i oddziałów specjalnych w wojsku. W niedalekiej przyszłości spośród nich ukształtuje się przyszłe kierownictwo specsłużb. Czempiński namawiał kolegów do wsparcia tej inicjatywy, zachęcał do aktywnego włączenia się do działań na rzecz Platformy.

Przypomnienie genezy rządzącej dziś formacji, wydaje się konieczne, jeśli chcemy w sposób trafny dokonywać ocen zachowania i wypowiedzi Andrzeja Olechowskiego oraz towarzyszących im reakcji ludzi Platformy. Byłoby poważnym błędem, przykładanie do tych zdarzeń publicznych miary, jaką przykłada się do działań partii i polityków w państwach o dojrzałej demokracji. Teatr, który rozgrywa się na naszych oczach, nie został napisany według scenariusza gry politycznej, o której wyniku decydują programy, skuteczność, taktyka.

Choć w swojej warstwie formalnej przypomina spór polityczny, jego główni ( a zwykle ukryci) twórcy działają metodami i posługują się środkami, właściwymi dla gier operacyjnych.

W ostatniej części „POLITYCZNEJ AGENTURY WPŁYWU” wskazywałem szereg cytatów z wystąpień Olechowskiego, które w moim przeświadczeniu świadczyły, że wpływy tego człowieka na Platformę nie skończyły się z rokiem 2002, lecz trwają do dnia dzisiejszego i determinują wszystkie działania tego ugrupowania.

Niejednokrotnie w ostatnich dwóch latach, Olechowski wysyłał do swojej partii czytelne sygnały, że jeśli nie sprostają jego oczekiwaniom „„trzeba będzie stworzyć inną parti”.

Wielu obserwatorów sceny politycznej uważa obecny „flirt” Olechowskiego z Pawłem Piskorskim i jego Stronnictwem Demokratycznym za zapowiedź budowy nowego ugrupowania – nośnika interesów środowiska, które reprezentuje pan Olechowski. Przed kilkoma dniami sam Olechowski zapowiedział, że nie wyklucza swojego startu w wyborach prezydenckich i zabiegał będzie o poparcie SD. Niedawno też pojawił się sondaż, w którym na przyszłego lidera PO typowano właśnie Olechowskiego.

W mojej ocenie - wszelkie tego rodzaju medialne „operacje” mają wyłącznie za zadanie zdyscyplinowanie polityków Platformy oraz oczyszczenie przedpola do prezydentury dla Donalda Tuska. W nikim innym, jak tylko w tym polityku układ IIIRP pokłada nadzieję na kolejne lata prosperity. Medialne „wystawianie” rzekomych kontrkandydatów Tuska, ma za zadanie uprzedzenie ich ewentualnych ambicji i sondażowe skontrolowanie skuteczności.

Jakkolwiek Olechowski grzmi na błędy Platformy i zapowiada odwrót w stronę innego ugrupowania – nie działa przecież pod wpływem emocji, a tym bardziej rzekomych „różnic programowych” i doskonale zdaje sobie sprawę, iż jednym, realnym nośnikiem interesów nomenklatury III RP jest dotychczasowy twór polityczny.

Dowodem tego stanu rzeczy są przede wszystkim sondaże, wskazujące na stałe poparcie udzielane przez społeczeństwo Platformie, oraz marginalizacja i zwalczanie wszystkich osób, mogących zagrozić Tuskowi w drodze do Pałacu Prezydenckiego. Dowodem, jest nieustanne roztaczanie nad obecnym układem rządowym medialnego „parasola ochronnego” i wykorzystywanie mediów do eliminacji przeciwników politycznych – nawet z grona własnej partii. Budowa nowego ugrupowania – na rok przed wyborami prezydenckimi i dwa lata przed parlamentarnymi –wymagałaby przede wszystkim „przeorientowania” mediów i odstąpienia od wsparcia propagandowego. Na to zaś, się nie zanosi.

Niewątpliwie natomiast, intencją Olechowskiego i środowiska które za nim stoi, jest „oczyszczenie” Platformy i jej ukierunkowanie na najbliższe dwa lata. Wszak również w PO, jak w każdej strukturze działającej z dużym marginesem swobody, zdarzają się przypadki niezdyscyplinowanych, ambicjonalnych działaczy. Jeśli nawet są tak zasłużeni dla tego ugrupowania jak Janusz P. , a wykazują zbyt daleko idącą samodzielność, z pomocą spieszą sprawdzone metody medialnych akcji odwetowych. Niedawne publikacje gazety na „D” , która zdaje się wykonywać swoją ostatnią misję, potwierdzają ten kierunek działania. Do wzmocnienia efektu – również jako „straszaka” wobec innych „niepokornych” przyczynia się zainteresowanie, jakie towarzyszy tym rozgrywkom ze strony odbiorców, w tym również blogerów.

Przed dwoma miesiącami, w wywiadzie dla „Trybuny”, Olechowski stwierdził wprost:

Nie zamieniłbym pod żadnym pozorem, tak jak pewnie i pan, a także wielu Polaków, obecnych rządów, jakkolwiek ułomnych, na poprzednie. Ale ponieważ zwłaszcza wobec swoich ma się wymagania bardzo wysokie, chciałbym, aby wiele rzeczy było robionych bardziej energicznie.Trudno mi jeszcze przewidzieć, jakie będą losy Stronnictwa Demokratycznego. Z jednej strony mam wielkie uznanie dla Pawła Piskorskiego i jego umiejętności organizowania inicjatyw politycznych, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę z trudności i barier, jakie przed nim zostały postawione i jakie się jeszcze pojawią. Wiem natomiast, że coraz mocniej ja i podobni mi ludzie odczuwamy brak platformy politycznej, na której moglibyśmy swobodnie i skutecznie wyrażać nasze centrowe i liberalne poglądy i propozycje”.

Na pytanie dziennikarza – „Ale przecież to Platforma Obywatelska miała być taką platformą” – Olechowski odpowiada - Miała być, ale tego nurtu w jej działaniach w tej chwili nie widać” .

Kierunek, jaki „ojciec – założyciel” PO wyznacza swojemu „dziecku” wydaje się czytelny.

W celu zawłaszczenia polskiej sceny politycznej i skutecznego forsowania interesów establishmentu III RP konieczne jest jeszcze ściślejsze zbliżenie z ugrupowaniami komunistycznymi i „zaliczenie” ich elektoratu. Efektywność tej drogi została potwierdzona podczas „skoku na media” i zawartej w tym celu koalicji. Walka ze wspólnym wrogiem musi stać się priorytetem i ustąpić innym ambicjom. Tylko poprzez radykalną polaryzację sceny politycznej, z podziałem na dwa, podstawowe bloki Platforma i otaczający ją układ może zapewnić sobie długoletnie panowanie. Wspólnota interesów obu tych formacji wydaje się oczywista, a postulat Olechowskiego trafny.

Co ważne – prowadząc pozorną grę przeciwko własnej partii, – Olechowski kreuje się na „wolnego strzelca” i niezależnego arbitra, co przy kolejnym rozdaniu pozwoli mu raz jeszcze objawić się społeczeństwu jako polityk autonomiczny i wciąż poszukujący formy dla „wyrażania swoich poglądów”. To zaś, może okazać się przydatne, gdy Platforma stanie się ugrupowaniem bezużytecznym.

Jeśli pod pojęciem „kombinacji operacyjnej”, rozumiemy zespół takich przedsięwzięć i działań, które mają na celu doprowadzenie figuranta do określonych zachowań, zgodnie z założeniami i intencjami prowadzącego operację – to w postępowaniu Andrzeja Olechowskiego i grach medialnych wokół niektórych polityków Platformy, możemy dostrzec niemal klasyczny przykład tego rodzaju kombinacji.

Czy wiedząc – kto i dlaczego stworzył „partię interesu” - można być zaskoczonym?

Źródła:

http://www.olechowski.pl/home/2007/02/12/przestalem-rozumiec-platfrome/

http://cogito.salon24.pl/77725,polityczna-agentura-wplywu-5-w-sluzbie-iii-rp

http://cogito.salon24.pl/77734,ludzie-politycznego-departamentu

http://www.tvn24.pl/0,1605313,0,1,olechowski-na-prezydenta-podejscie-drugie,wiadomosc.html

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Beton-w-polityce---Olechowski-nie-ma-szans,wid,11231940,wiadomosc.html?ticaid=183c7&_ticrsn=3