Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

wtorek, 31 marca 2009

PUŁKOWNIK KOMOROWSKI W IPN

Tajna instrukcja: „W związku z coraz powszechniejszym „przemycaniem w publikacjach, głównie o tematyce historycznej i pamiętnikarskiej, szkodliwych politycznie treści ” przez autorów „związanych w obozem opozycyjnym”, postuluje się:

„Zabezpieczyć systematyczny dopływ informacji o zamierzeniach wydawniczych wydawnictw regionalnych, w celu wcześniejszego ujawniania pozycji zgłoszonych przez autorów znanych z negatywnego stosunku obecnej władzy oraz wywodzących się ze środowisk wrogich.

- Zapewnić dopływ informacji o zamierzeniach edytorskich dot. najnowszej historii Polski celem ujawniania i zapobiegania edycji prac zawierających wrogie, bądź szkodliwe politycznie treści.

- Zabezpieczyć dopływ informacji o osobach ze środowisk wrogich […], które gromadzą materiały bądź przygotowują do wydania prace historyczne i pamiętnikarskie. Drogą operacyjną uzyskiwać oceny przygotowywanych prac lub zdobywać prace do wglądu przed ich skierowaniem do wydawnictw.

- W ramach operacyjnej kontroli osób i grup ze środowisk twórczych, znanych z wrogiej postawy, zapewnić dopływ informacji o pozycjach pamiętnikarskich, przekazywanych przez autorów-amatorów do oceny profesjonalnym twórcom.

- Pozyskiwać w charakterze konsultantów, krytyków i historyków zajmujących się historią najnowszą, znanych z partyjnej i odpowiedzialnej postawy politycznej, w celu uzyskiwania od nich ocen o pracach budzących uzasadnione wątpliwości.

- Powodować wnikliwą ocenę przygotowywanych do wydania prac, szczególnie opracowanych przez osoby znane z wrogiego stosunku do […]oraz wywodzące się ze środowisk wrogich. W uzasadnionych wypadkach informować wydawnictwo o usiłowaniach przemycenia wrogich treści, celem zapobiegania niepożądanym publikacjom.” –

Powyższy tekst to oryginalne pismo płk. W. Komorowskiego z Wydziału IV Departamentu III MSW skierowane do Naczelników Wydziału III KWMO, KMMO, KSMO z dn.20 marca 1973, w związku ze sprawą obiektową „Hanza”. Tekst pochodzi z publikacji Sławomira Cenckiewicza zatytułowanej – „Nauka pod lupą” Środowisko historyków w opiniach Służby Bezpieczeństwa przełom lat 60-tych i 70-tych, zamieszczonej w nr.2/3 Glaukopisu z 2005 roku.

Czy takiej treści instrukcja, powstała już w służbach podległych obecnemu układowi rządowemu? Czy wydano już zarządzenie, jak ma wyglądać praca historyka?

Myślę, że to kwestia czasu - stąd poddaje Krzysztofowi Bondarykowi gotowy i zbieżny z oczekiwaniami władzy tekst – celem wykorzystania wobec „opozycyjnych” historyków i ich publikacji. Nie wykluczam bowiem, że kierownictwo ABW chętnie korzysta z doświadczeń „starszych kolegów”, a wielu z nich zajmuje w służbach IIIRP eksponowane stanowiska.

Perelowski Departament III MSW postanowił założyć sprawę obiektową „Hanza” w „celu zapobiegania wykorzystywania stowarzyszenia (chodziło o Polskie Towarzystwo Historyczne) dla upowszechniania poglądów niezgodnych z socjalistycznà historiozofią”.

Dzisiejsza wypowiedź premiera polskiego rządu, dotycząca IPN-u - „Instytut ma szansę przetrwać tylko wtedy, jeśli będzie ideologicznie i politycznie neutralny. A jeśli będzie jednostronnie nadużywać środków publicznych, to one się skończą […] Apeluję do pracowników IPN, aby nie nadużywali środków publicznych, bo jeśli tak dalej będą tak jednostronni, nie będą mogli ich w przyszłości używać.” – wpisuje się w najgorsze tradycje totalitarnej władzy, podporządkowującej sobie każdą sferę życia publicznego. Jest nikczemnym, bezprzykładnym aktem politycznego szantażu, zastosowanym wobec państwowej instytucji naukowej. Jedyna różnica w sposobie działania komunistów i obecnego układu polega na stosowanych środkach – choć i w tej dziedzinie rząd Tuska nie cofa się przed inwigilacją i represjami karnymi wobec nieprawomyślnych dziennikarzy i historyków.

Przed 30 laty, protoplasci naukowego zamordyzmu stosowali wobec historyków i instytucji naukowych cały zestaw przemyślnych, stopniowanych środków – od rozmów ostrzegawczych począwszy i zamknięcia drogi awansu – po zakaz publikacji i represje administracyjne. Następcy „tradycji” płk.Komorowskiego używają szantażu ekonomicznego, słusznie upatrując w tej metodzie skuteczną formę nacisku, wobec instytucji zależnej od budżetowej samowoli.

Od początku przejęcia władzy przez obecny układ, IPN- był postrzegany jako instytucja groźna dla jego interesów. Nie przypadkiem – ponieważ jakikolwiek akt pamięci historycznej oraz publikacje odkrywające tajemnice PRL-u, stanowią śmiertelne zagrożenie dla ludzi, którzy na kłamstwie i zdradzie zbudowali swoje gliniane pomniki „autorytetów” IIIRP.

Przez 20 lat owe „autorytety” stworzyły medialny obszar pamięci dla idiotów, dla pogardzanego pospólstwa, będącego użytecznym tłem prawdziwych procesów IIIRP. Taką pamięć tworzyli nam Michnik i Wajda, gdy w 1989 roku jeździli do Moskwy, odbierać od towarzyszy radzieckich instrukcje przeprowadzenia polskiej „transformacji ustrojowej”. O taką pamięć zabiegał Mazowiecki, odcinając nas „grubą kreską” od wiedzy o zbrodniczym systemie. Uosobieniem tej „narodowej pamięci” ma być Lech Wałęsa, którego patologiczna pycha i wrodzony prymitywizm został cynicznie wykorzystywany przez wszelkiej maści cwaniaków, sprawujących faktyczną władzę nad społeczeństwem. Fakt, że wygodne i skuteczne narzędzie, jakim była w życiorysie Wałęsy agenturalna karta, może stać się bezużyteczne – wywołuje wściekłość tego środowiska.

Jak gigantyczne fałszerstwo historii Polski Ludowej, było dla komunistów podstawową racją stanu, tak kontynuatorzy ich władzy – zalegalizowani farsą „okrągłego stołu” - nie mogli odstąpić od fałszowania najnowszej historii. Tak jedni, jak drudzy nie zdołaliby zachować swoich wpływów bez systemowego kłamstwa.

Po dzisiejszej wypowiedzi premiera – kolejnej, w serii wywierania politycznych nacisków na najważniejszą instytucję historyczną – można być pewnym, że jego zaplecze uczyni wszystko, by wymóc ograniczanie kompetencji IPN i zmusić niezależnych historyków do milczenia. Każdy pretekst – nawet tak dalece niezwiązany z Instytutem, jak książka Pawła Zyzaka, zostanie wykorzystany do przeprowadzenia zamachu. Milczenie opozycji, milczenie mediów, cisza środowisk naukowych - powinna przerażać.

Pułkownik Komorowski wrócił.

http://www.glaukopis.pl/index.php?menu_id=3&id=10

http://www.tvn24.pl/0,1593276,0,1,tusk-grozi-likwidacja-ipn,wiadomosc.html

http://www.rp.pl/artykul/2,284044_Premier___teraz_i_zawsze__obronimy_Walese.html

http://cogito62.salon24.pl/93479.html

czwartek, 26 marca 2009

,„BO ZŁYCH INACZEJ POKONAĆ NIE MOŻNA…”

„Porwanie księdza Jerzego Popiełuszki – znanego kapłana w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu w Warszawie - budzi głęboki niepokój. Z jednej strony istnieje obawa o jego życie, z drugiej strony istnieje obawa, że porywanie pewnych osób może się stać w naszym kraju metodą rozgrywek politycznych. Posiadane dotychczas wiadomości o okolicznościach porwania, wskazują na to, że sprawcy działali z motywów politycznych. Każde porwanie człowieka spotyka się z potępieniem. Tym bardziej wymaga napiętnowania porwanie kapłana, który pełni służbę społeczeństwu”. – głosiło oświadczenie Episkopatu Polski z dn.22 października 1984 roku. Bardzo ważne oświadczenie.

Przypominam te słowa, gdy pojawia się oczekiwana od dawna publikacja IPN-u - „Aparat represji wobec księdza Jerzego Popiełuszki 1982–1984”, tom 1. Książka zawiera informacje powstałe w czasie śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Wojewódzką w Warszawie przeciwko ks. Jerzemu Popiełuszce. Ich uzupełnienie stanowią dokumenty wytworzone przez Urząd ds. Wyznań, notatki służbowe funkcjonariuszy SB, plany czynności operacyjno-śledczych oraz doniesienia tajnych współpracowników SB wykorzystywane przez komunistyczną policję polityczną do inwigilacji kapelana „Solidarności”. Gdy we wrześniu 1983 r. wszczęto śledztwo przeciwko księdzu, materiały zgromadzone przez SB - właśnie donosy, podsłuchy, nagrania z kazań, zdjęcia i inne - były wykorzystywane przez prokurator Annę Jackowską do postawienia mu zarzutów.

W sposób zupełnie naturalny, uwagę mediów przykuwają te fragmenty publikacji, które dotyczą ujawnienia sieci agenturalnej działającej w otoczeniu księdza Jerzego. Dobrze się stało, że historycy IPN-u przecinają wszelkie wątpliwości, co do osoby księdza Henryka Jankowskiego, rozstrzygając, iż to on był kontaktem operacyjnym "Libella" vel "Delegat". Choć od czasu znanej publikacji Piotra Adamowicza i Andrzeja Kaczyńskiego w „Rzeczypospolitej”, można było z dużym prawdopodobieństwem zidentyfikować postać KO Delegat, obecne, oparte na mocnych, naukowych dowodach orzeczenie, stanowi ważny krok w ujawnianiu ponurej prawdy o polskiej rzeczywistości. Dobrze również, iż książka zawiera odtajnione dane personalne tajnych współpracowników bezpieki, w tym księdza Andrzeja Przekazińskiego (TW „Kustosz”), Tadeusza Stachnika ( TW „Tarcza”, „Miecz”),że ilustruje szczególnie podłe działania księdza Michała Czajkowskiego oraz wskazuje na współpracę hierarchów Kościoła – bp Kazimierza Romaniuka, bp.Alojzego Orszulika, abp Jerzego Dąbrowskiego (TW „Ignacy”) - z policją polityczną PRL.

Nazwiska te – o czym nie należy zapominać - pojawiają się w kontekście kilkuletnich, wielowątkowych działań bezpieki, skierowanych przeciwko księdzu Jerzemu i są dowodem jak ważną rolę w prześladowaniach i represjach wobec kapelana Solidarności powierzono sieci tajnych współpracowników, w tym również agentury ulokowanej w Kościele.

Ten aspekt publikacji IPN-u – w kilka tygodni po haniebnym „zamknięciu” lustracji przez polskich hierarchów – przypomina, że nawet skala systemowego fałszu IIIRP, podniesiona do racji stanu, nie może uchronić przed prawdą.

Myślę jednak, że stałoby się bardzo źle, gdyby temat IPN-owskiej publikacji został zdominowany przez medialny szum, wywołany ujawnionymi w niej nazwiskami współpracowników bezpieki. Zwykle bowiem ( a szczególnie w IIIRP) dzieje się tak, że przekaz medialny ma za zadanie przykryć, a nie ujawnić niewygodną dla państwa prawdę i bywa wykorzystywany do kanalizowania uwagi na ściśle określone, choć dalekie od istoty sprawy elementy. Książka „Aparat represji wobec księdza Jerzego Popiełuszki 1982–1984” zawiera właśnie tego rodzaju przekaz, który wydaje się być wyjątkowo niewygodny dla elit IIIRP. Już tylko fakt, że tak słynące z poszanowania prawdy media, jak TVN, czy „Dziennik” oraz wielu publicystów zawodowo fałszujących polską rzeczywistość podejmują wyłącznie temat ujawnionych nazwisk konfidentów, roztrząsając przy tym rzeczy oczywiste, powinien skłaniać do głębszej refleksji nad publikacją IPN-u.

Rozpoczynając ten tekst cytatem oświadczenia Episkopatu z roku 1984, podkreśliłem zdanie, którego sens już wówczas wywołał sprzeciw i wzburzenie wielu środowisk. Na tyle zdecydowany, że członkowie NZS-u planowali nawet zorganizowanie wiecu przed siedzibą prymasa, a dość powszechnie w kręgach opozycji niepodległościowej zaczęto oskarżać kardynała Glempa o „trzymanie z władzą, nie z narodem”.

W oświadczeniu bowiem, powtarzano tezę PRL-owskiej propagandy, że ksiądz Jerzy był tak naprawdę działaczem politycznym, a jego porwanie stanowiło element walki politycznej.

Dlaczego to właśnie zdanie z deklaracji polskich biskupów warte jest przypomnienia, w kontekście obecnej publikacji IPN-u? Ponieważ zawierało ono jedno z podstawowych kłamstw komunistycznej propagandy – nie tylko w stosunku do działalności księdza Jerzego – ale w stosunku do wszystkich działań represyjnych, jakich doświadczał polski Kościół w latach okupacji sowieckiej. Było identycznym kłamstwem, jak to twierdzenie propagandysty z PAP-u, który 27 października 1984 pisał, iż „porwanie księdza Popiełuszki było prowokacją polityczną. Obecnie montowana jest kolejna prowokacja, cała seria prowokacji”; jak stanowisko Rady Krajowej PRON, w którym mogliśmy przeczytać - „rzeczą smutną jest fakt, że są ludzie, którzy nie czekając na ostateczny wynik śledztwa, z góry przesądzili sprawę i zgodnie z celami prowokacji wzywają do wystąpień, do aktów nienawiści, do działań szkodzących krajowi, ukrywając swe intencje pozornym przyłączaniem się do modlitwy Kościoła i jego troski o porwanego”,; jak słowa z artykułu Jacka Kuronia, ze 107 numeru „Tygodnika Mazowsze” - „A więc gen. Jaruzelski rozpoczął walkę ze swoim aparatem. Żeby mógł ją skończyć i umocnić się, musi mieć spokój społeczny. Jeśli damy mu ten spokój nie żądając nic w zamian, to oczywiście nie będzie musiał nam nic dać. Dlatego trzeba naciskać na władzę, ale w taki sposób, aby nie stało się dla niej konieczne zastosowanie terroru.”.

Było kłamstwem, ponieważ morderstwo na księdzu Jerzym nie miało niczego wspólnego z aktem politycznym. Nie wynikało z działalności politycznej kapłana, a sprawcy nie działali z żadnych„motywów politycznych”. Wiedział to Kościół, wiedziała ówczesna władza. Wie o tym dziś „elita” IIIRP.

Nie można zapomnieć, że systemowa walka z Kościołem katolickim, a w szczególności z duchownymi, prowadzona była zawsze pod sztandarem zwalczania „rozpolitykowanego kleru”. I choć komuniści starali się przekonać społeczeństwo, że nie walczą z całym Kościołem, religią czy Bogiem, działalność duchowieństwa stanowiła dla nich zagrożenie ideologiczne, na tyle ważne, że w jednym z dokumentów SB księży nazwano wprost „nosicielami obcej nam ideologii”. Gdy, dbając o pozory legalizmu władza stawiała duchownych przed sądami, starała się zawsze pokazać społeczeństwu, że nie represjonuje księży za głoszone przez nich prawdy wiary, za wierność Ewangelii, za głoszenie słów prawdy - lecz rozprawia się z rzekomymi przestępcami, winnymi szpiegostwa, nadużyć finansowych, - ogólnie łamania obowiązującego w Polsce Ludowej prawa. Bardzo wyraźnie widać tutaj analogię do metody stosowanej w latach 30. przez nazistów, którzy walkę z Kościołem prowadzili w myśl hasła „Nie męczennicy, lecz przestępcy”. Tym samym celom służyło nagłośnienie pokazowych procesów „duchownych-przestępców” , które miało odsunąć niebezpieczeństwo przybierania przez Kościół szat męczeństwa. Obraz księdza – rozpolitykowanego agitatora, zaangażowanego w polityczne spory i podziały – służył komunistom jako doskonały pretekst do zwalczania Kościoła, do walki z wiarą i przesłaniem Ewangelii.

Dokładnie ten sam obraz miał wyłonić się z akt śledztwa, prowadzonego przez Prokuraturę Wojewódzką w Warszawie w roku 1983 – którego dotyczy tom 1 publikacji historyków IPN-u. Gdy w grudniu 1983 r. ks. Jerzy został aresztowany, bezpośrednim powodem zastosowania tej sankcji były "antysocjalistyczne" i "wybuchowe" materiały znalezione w mieszkaniu przy ul. Chłodnej. Gdy 12 lipca 1984 r. skierowano przeciwko niemu akt oskarżenia, posłużono się artykułem 194 kodeksu karnego, który mówił o działaniu przeciwko porządkowi publicznemu.

Włączone do akt donosy tajnych współpracowników bezpieki, przedstawiały księdza jako kapłana zaangażowanego politycznie, karierowicza, żądnego politycznego przywództwa, podkreślały jego antykomunizm, mówiły o „krnąbrności” wobec władz kościelnych i państwowych, wskazywały na wypowiedzi i działania o rzekomo politycznym kontekście. Ten obraz, wyłaniający się z meldunków TW i KO nie był tworzony na potrzeby propagandy komunistycznej, nie stanowił projekcji życzeń esbeków. Sądzę, że tak naprawdę myśleli, tak postrzegali księdza Jerzego ludzie współpracujący z policją polityczną, w tych kategoriach widzieli rzeczywistość i dzieło Kapelana Solidarności.

"Z donosów wynika, że wielu duchownych nie było w stanie go zaakceptować, był dla nich chodzącym wyrzutem sumienia" – napisał we wstępie książki Jan Żaryn.

Tak samo jak oni, opisywali żoliborskie msze za Ojczyznę funkcjonariusze komunistyczni - „Na spektakle te składają się spreparowane urywki poezji i prozy polskiej o wydźwięku politycznym”. Pieśni śpiewane w kościele, mają również charakter „polityczny i antypaństwowy. […] „Ks. J. Popiełuszko staje się inspiracją dla różnego rodzaju ekstremistów”.– pisał towarzysz Jerzy Śliwiński - dyrektor Wydziału ds. Wyznań przy Urzędzie Prezydenta Warszawy.

Dla rzeszy donosicieli, oplatających zdradziecką siecią księdza Jerzego, jego rzekome „politykierstwo” i zaangażowanie w pomoc opozycji, miało usprawiedliwiać ich własną podłość, miało dawać alibi aktom pospolitej zdradyjtom ało ono jedno z podstawowych ch nazwisk konfodent. Było wyborem „dialogu” z władzą, prowadzenia z nią moralnie niepewnej, „dyplomatycznej gry”, świadczącej jakoby o politycznej dojrzałości i pragmatycznym nastawieniu, przedkładającej „dobro Kościoła” nad utopijne mrzonki. Był to w pełni świadomy wybór wizji świata, w którym wszystko ma wymiar względny, a dobro i zło nie istnieje. W tak zamkniętej rzeczywistości nie ma miejsca na świętość, a męczeństwo za wiarę zdaje się być wyborem szaleńca.

Ksiądz Jerzy, podczas mszy za Ojczyznę 27 maja 1984 roku wygłosił kazanie, którego treść musiała doprowadzić do wściekłości władców PRL-u. Ale stokroć mocniej jego słowa obnażyły nędzę postaw tych wszystkich, którzy poszukiwali „kompromisu” z ówczesną władzą. Powiedział m.in.:

„W dużej mierze sami jesteśmy winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu albo dla wygodnictwa akceptujemy zło, a nawet głosujemy na mechanizm jego działania. Jeżeli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo my sami stajemy się jego twórcami i pomagamy je zalegalizować".

Nie przypadkiem, w procesie beatyfikacyjnym księdza Jerzego najwięcej wątpliwości budziło to, czy można go uznać za męczennika za wiarę. Część hierarchów, w tym prymas, skłaniała się początkowo do wersji, że zginął z przyczyn politycznych. Nie wiemy, czy tymi wątpliwościami należy tłumaczyć fakt, że prymas odmawiał złożenia zeznań w procesie. Warto natomiast przypomnieć, że ówczesna postawa kard.Glempa spotkała się z uznaniem władz partyjnych. Wynika to ze stenogramów XVII Plenarnego Posiedzenia KC PZPR, które miało miejsce cztery dni przed wyłowieniem zwłok księdza Jerzego.

„Myślę, że (...) prymas potrafi współdziałać z nami, żeby w interesie ogólnym, w interesie narodu, nie dopuścić do nieobliczalnego biegu wydarzeń” – mówił wtedy gen. Wojciech Jaruzelski.

Nie sposób nie dostrzec, jak słowa z komunikatu PAP-u z 27 października 1984 roku, zatytułowanego „Przeciw prowokacji”, sugerujące, iż w akcie porwania księdza Jerzego „chodzi o zburzenie spokoju w Polsce. Chodzi o przerwanie początków procesów normalizacji stosunków z Zachodem. Chodzi o skłócenie za wszelką cenę państwa i Kościoła, o wymuszenie konfliktu” – współbrzmią z ówczesną postawą wielu hierarchów Kościoła.

Zatem, wszystko – byle nie męczeństwo, byle nie uznanie, że zginął męczennik za wiarę i prawdę, że doszło do starcia dobra ze złem, a czyn sprawców wynikał z najniższych, nienawistnych pobudek. Jeśli zginął - to dlatego, że „politykował”, że „nie zachował ostrożności”, „był nieposłusznym mitomanem”, który „konspirował dowartościowując jakiś manieryzm, który zawsze reprezentował”.

Tak widzieli to donosiciele, tak postrzegali liczni biskupi, tak uzasadniała komunistyczna propaganda. Ten obraz, aż nadto wyraźnie wyłania się z treści ostatniej publikacji IPN-u.

Dlatego zawsze, gdy słyszę w moim kraju tak chętnie formułowany pogląd, jakoby ten czy ów ksiądz zbytnio „wtrącał się do polityki”, a Kościół „powinien zajmować się modłami, nie zaś angażować w sprawy polityczne” – wiem, że mordercy księdza Jerzego pozostawili w umysłach moich rodaków haniebny testament swojej obecności.

Wielu historyków zwracało uwagę, że relacje władz komunistycznych z Kościołem uległy zasadniczej zmianie po zabójstwie księdza Popiełuszki. Mimo, iż oświadczenia hierarchów z tego okresu wyrażają sprzeciw wobec zabójstwa kapłana, próżno poszukiwać w nich wskazania winnych zbrodni lub potępienia prawdziwych intencji inspiratorów. Można odnieść wrażenie, że z chwilą zabójstwa Kapelana „Solidarności” odblokowały się możliwości porozumienia, usunięta została przeszkoda oddzielająca od siebie dwie, przeciwstawne siły. Otworzyła się droga do „historycznego kompromisu”. Powstał nienazwany obszar, w którym mogło nastąpić przedziwne spotkanie katów i ofiar, gdzie zatarto różnicę między dobrem i złem, a nakazy moralne i etyczne sprowadzono do poziomu własnej miernoty, nieludzkiej pychy i kazuistycznego zaprzaństwa. Ten obszar, „płaszczyznę porozumienia” nazwano później IIIRP.

Jest rzeczą niezwykle charakterystyczną, że niedawna decyzja biskupów polskich o zakończeniu nigdy niedokonanej lustracji wpisuje się w tę samą „filozofię” postrzegania rzeczywistości - w konformistycznych kategoriach korzyści i strat, poprzez wizję osiągnięcia pozornych efektów propagandowych, fałszywie pojmowanego realizmu, mającego uzasadnić antyewangeliczny lęk przed prawdą i świętością.

Książka historyków IPN-u pokazuje, że ksiądz Jerzy zginął, ponieważ na drodze swojej świętości spotkał ludzi, którzy jego postawę wierności Ewangelii odebrali jako zagrożenie. Wielu z nich, w tym ludzie tego samego Kościoła, któremu służył kapłan z Żoliborza nie potrafiło, nie mogło zaakceptować takiej postawy. Woleli widzieć w nim zaangażowanego politycznie kapłana, niż dostrzec prawdziwą, przerastającą ich wielkość. Zbyt mocno obnażała ich własną nędzę, zbyt wyraziście kontrastowała z ich załganą, ograniczoną wizją świata. Wzbudzała nienawiść – jak zawsze, gdy zło czuje się zagrożone dobrem.

Oni przegrali, nie rozumiejąc słów Juliusza Słowackiego – „Panie! Bo złych inaczej pokonać nie można, Tylko w śmierci godzinie miłością anioła”.

Ich przyziemna, tchórzliwa logika, musiała przegrać z logiką wiary.

„To nie jest książka o donosicielach, to książka o świętości ks. Jerzego” - określił publikację IPN-u abp Kazimierz Nycz. Jest w tym zdaniu zawarta głęboka mądrość, która nakazuje, by nie kończyć drogi na jednych słowach księdza Jerzego, zanotowanych po spotkaniu z prymasem Glempem - „Zarzuty mi postawione zwaliły mnie z nóg. SB na przesłuchaniach szanowała mnie bardziej”, lecz dostrzec następujący po tym zdaniu dopisek: „Nie jest to oskarżenie. Jest to ból, który uważam za łaskę Boga prowadzącą do lepszego oczyszczenia się”.

Oni - chcąc budować własne państwo na zabójstwie Kapłana - przegrali i wciąż przegrywają ze świętością księdza Jerzego.

http://www.rzeczpospolita.pl/tematy/plus_minus_a_1.html

http://www.rzeczpospolita.pl/tematy/plus_minus_a_3.html

http://www.rp.pl/artykul/153227,281268_Esbeckie_gry_wokol_ksiedza_Jerzego_Popieluszki.html

http://cogito62.salon24.pl/379830.html

http://www.kurierlubelski.pl/module-dzial-viewpub-tid-9-pid-68250.html

http://info.wiara.pl/wydruk.php?grupa=4&art=1147839887

http://cogito62.salon24.pl/385219.html

niedziela, 22 marca 2009

GRA

Koncepcja jest prosta. Doprowadzić Polskie Radio i TVP do takiego stanu zniszczenia, by jedynym i wymarzonym przez wszystkich rozwiązaniem, stała się nowa ustawa medialna. Zabiegu dokonuje się według sprawdzonych metod prowadzenia gier operacyjnych, w atmosferze manipulacji i przy czynnym współudziale świadomych i nieświadomych celów operacji dziennikarzy.

Pomysł przetestowano wpierw w Polskim Radio, gdzie koalicja PO-SLD-LPR-Samoobrona doprowadziła do zawieszenia Czabańskiego i Targalskiego, a obecnie realizuje plan zrujnowania publicznej rozgłośni. Propozycje oszczędnościowe Roberta Wijasa z Samoobrony, protegowanego Adama Hromiaka , by zamiast kosztownych audycji misyjnych, nadawać w PR tanie programy muzyczne, zwolnić część pracowników, a pozostałym zredukować płace, musiały zostać z zadowoleniem powitane przez ministra Grada, dając mu do ręki dogodny argument za usunięciem dotychczasowego zarządu spółki, pod zarzutem braku działalności misyjnej.

Podobnie w TVP, rękami Samoobrony i LPR-u usunięto Andrzeja Urbańskiego, Sławomira Siwka i Marcina Bochenka, a pełniący obowiązki prezesa Piotr Farfał „wymiata z telewizji ludzi PiS”. Żadnej reakcji medialnej nie doczekało się zwolnienie ośmiu dyrektorów, w tym szefowej telewizyjnej „Jedynki”.

Koncepcja działania koalicji została przygotowana podczas tajnego spotkania Romana Gierycha z politykami Platformy, o czym pod koniec roku donosiły media. „Dorżnęliśmy watahę w telewizji" – meldował Giertych Sikorskiemu, nie kryjąc zamiarów, jakie postawił przed sobą układ.

Dokładnie przed rokiem, w tekście HUNOWIE przedstawiłem scenariusz wspólnych, choć skrywanych przed społeczeństwem działań PO i SLD, związanych ze „skokiem” na media. Wówczas politycy Platformy liczyli na samodzielne zawłaszczenie mediów, nie przewidując skutecznego weta prezydenta wobec tzw. ustawy medialnej. Ten błąd naprawiono w drugim podejściu, montując koalicję „wszystkich ze wszystkimi”, a zamiast środków politycznych sięgnięto po działania właściwe dla służb specjalnych.

Prowokacja, której jesteśmy świadkami, nie mieści się w arsenale metod politycznych i jestem głęboko przekonany, że jej autorów należy poszukiwać wśród „zaplecza” PO, związanego ze specsłużbami i agenturą.

Nie sądzę, by przeszłość Adama Hromiaka – szefa Rady Nadzorczej PR, komunistycznego funkcjonariusza, po moskiewskich szkoleniach KGB, była bez znaczenia w ocenie koncepcji, jaką obecnie zastosowano. Również osoba Piotra Farfała, (czego większość obserwatorów zdaje się nie rozumieć) poprzez związki z tzw. skrajnie prawicowymi organizacjami, będącymi w każdym państwie przedmiotem głębokiej penetracji służb specjalnych, odpowiada charakterowi prowadzonej operacji.

Organem prasowym, nadzorującym jej prawidłowy przebieg wydaje się być nieoceniona w tego rodzaju grach „Gazeta Wyborcza”. Koncepcję użycia Farfała w planach zamachu na media przedstawiła przed miesiącem Agnieszka Kublik, pisząc m.in.:

„Dziś jednak to już nie PiS odpowiada za to, co się dzieje w mediach publicznych. Tylko rządząca większość może uwolnić TVP od ludzi typu Farfała szybko uchwalając nową ustawę medialną. Platforma jednak prace nad ustawą niezrozumiale przeciąga. Być może dlatego, że obawia się, że cokolwiek zrobi, PiS i tak będzie krzyczał, że PO chce skoczyć na media.

Platformo, nie bój się. Skacz mediom publicznym na ratunek. Tak szybko, jak to tylko możliwe. Teraz za każdy dzień dłużej rządów Farfała na Woronicza odpowiada Platforma Obywatelska”.

Miesiąc wcześniej Kublik pochwaliła kluby PO i SLD za przyśpieszenie rozmów w sprawie ustawy i wskazała cel tych zabiegów pisząc, iż „to ludzi Jarosława Kaczyńskiego, Romana Giertycha i Andrzeja Leppera chce z mediów publicznych usunąć PO-PSL i SLD. Ale do tego potrzebna jest ustawa”. Zapomniała dodać, że „czyszczeniem” mediów mają zająć się ludzie Giertycha i Leppera, wykonując tę robotę według ściśle zakreślonego planu.

Potrzeba bowiem, by operacja znalazła zrozumienie i poparcie w jak największej grupie społeczeństwa, by zrodziła „naturalne”, nieodparte przekonanie, że po wyczynach obecnych decydentów jedynym ratunkiem jest uchwalenie ustawy medialnej, autorstwa SLD-PO-PSL. Jednocześnie w świadomości społeczeństwa utrwala się pogląd, jakoby za obecne niszczenie mediów publicznych odpowiadał PiS, przemilczając fakt, że to ludzie sympatyzujący z tą formacją są „wycinani”, a partia Kaczyńskiego nie ma obecnie żadnego wpływu na bieg zdarzeń.

By osiągnąć cele operacji, należało „zwerbować” do współpracy dziennikarzy, co, do których istniało podejrzenie, że mogą opowiadać się po stronie przeciwników ustawy, lub w najlepszym wypadku zająć stanowisko pasywne. Ponieważ odpowiednio wyedukowane „masy” dziennikarskie nie wykazywały najmniejszych reakcji obronnych w przypadku zwalniania ludzi rzetelnie wykonujących swoje obowiązki, których jedynym przewinieniem było podejrzenie o „sprzyjanie PiS-owi”, trzeba było poruszyć kogoś, kto należy do środowiskowego „salonu” i wypełnia jego kryteria „apolityczności”.

Pierwszy test stanowiło zwolnienie szefa Trójki, Krzysztofa Skowrońskiego. Reakcje środowiska dziennikarskiego (które mieliśmy okazję podziwiać na Salonie) tylko w części spełniły oczekiwania inicjatorów, dlatego postanowiono zastosować środki bardziej radykalne. Kolejnym krokiem było uderzenie w Agnieszkę Romaszewską – o tyle celne, że pośrednio miało sugerować zamach na TV Biełsat.

W tym wypadku, inicjatorzy gry doczekali się jak najbardziej prawidłowych reakcji, o czym zaświadczą słowa Igora Janke, nazywającego ten blef „największym skandalem w mediach publicznych od lat. To po bardziej poważna sprawa niż wyrzucenie Skowrońskiego z trójki. Bo „Trójka” z dnia na dzień się nie rozpadnie. A TV Bełsat może. To, co zrobił Farfał to więcej niż zbrodnia. To piramidalna głupota. Niestety, LPR pokazała, co potrafi. Giertych może być dumny ze swojego podwładnego”.

Do utrwalenia medialnego efektu decyzji Farfała przyczyniła się sama Romaszewska, identyfikując atak na siebie, z zagrożeniem istnienia stacji Biełsat.

Niejako „przy okazji” pozbyto się Anity Gargas, szefowej redakcji publicystyki w TVP1 i jej programu „Misja specjalna”. Ten fakt nie wywołał wszakże reakcji środowiska, bo osoba odwołanej nie była związana ze środowiskowym „salonem”, a sam program podejmował tematy, z których każdy mógł wywoływać wśród „konstruktywnych” dziennikarzy poczucie winy za zaniechanie i tchórzostwo.

Napisałem wówczas na blogu Gospodarza Salonu m.in.:

Ów młody człowiek, którego Pan posądza o zbrodnię i "piramidalną głupotę" ma dziś swoje "5 minut".Za obecne dzieło, czeka go w IIIRP świetlana przyszłość. Wykonuje bowiem dokładnie to, czego od niego się oczekuje, działając racjonalnie i konsekwentnie.
Gdy pod koniec roku "wymiatał PiS" (to ponownie tytuł dzieła A.Kublik) nikt z dziennikarzy nie rozrywał szat, zatem efekt propagandowy tych działań nie zaspokoił oczekiwań mocodawców pana Farfała.

Potrzebny był ruch, decyzja która sprowokuje okrzyk "to więcej niż zbrodnia!". Wcześniejszy test z Krzysztofem Skowrońskim wypadł całkiem korzystnie, a środowisko dziennikarskie zareagowało zgodnie z oczekiwaniem.

Zwolnienie pani Romaszewskiej, w której obronie stają nawet tacy sztandarowi obrońcy demokracji jak tow.Marek Borowski, idealnie wpisuje się w ten scenariusz. Po tej decyzji, nikt już nie będzie miał prawa krytykować Platformy i tzw.lewicy za "skok na media". Gdy wkrótce nastąpi jeszcze jedna - równie "bolesna" decyzja personalna Farfała - dziennikarze będą gotowi zaakceptować każde draństwo nowej ustawy medialnej, byle tylko pozbyć się znienawidzonego "faszysty". Głos krytyków, (w tym opozycji) zostanie zasypany stosem pochwalnych elaboratów, sławiących "demokratów" z SLD i PO”.

Nie trzeba było długo czekać, bo już następnego dnia media zakrzyknęły, iż Farfał pozbywa się z TVP Bronisława Wildsteina, czego zapowiedzią miało być przeniesienie na późne godziny nocne emisji popularnego programu „Bronisław Wildstein przedstawia”.

Niewykluczone, że w najbliższych dniach dojdzie do kolejnych posunięć personalnych i decyzji, mających uzasadniać konieczność dokonania natychmiastowych zmian w mediach publicznych – czyli przyjęcia ustawy medialnej.

Trzeba przyznać, że zastosowany przez obecny układ rządzący mechanizm, zbliżony do „syndromu oblężonej twierdzy” okazuje się niezwykle skuteczny. Gdy dojdzie do głosowania nad ustawą, a następnie ewentualnego weta prezydenta, Platforma zbije na całej operacji podwójny kapitał. Po pierwsze – przekona społeczeństwo, że tylko „apolityczne” zmiany proponowane w ustawie mogą sensownie zmienić obraz polskich mediów i uwolnić je od prymitywnego, zachłannego „partyjnictwa”. Po wtóre – (w przypadku sprzeciwu PiS-u) pozwolą na propagandowe wykorzystanie tego faktu i obarczenie partii opozycyjnej i prezydenta odpowiedzialnością za obecną sytuację, oraz zarzutem utrwalania szkodliwego układu. Mętne i miałkie wypowiedzi polityków PiS–u, zdają się jedynie potwierdzać, że partia Kaczyńskiego stanie się wygodnym i łatwym celem ataków.

Można natomiast zastanawiać się – czym układ stojący za rządami Platformy i PSL-u okupił korzystne decyzje „giertychowskich” i „lepperowskich” figurantów? Czym tak naprawdę skuszono SLD? Jakie łupy otrzymają te partie, gdy dojdzie do zniszczenia mediów publicznych i zawłaszczenia rynkiem przez dwie „komercyjne” stacje?

Być może będziemy świadkami nieoczekiwanych nominacji i „uśmiechów fortuny” skrywanych skrzętnie w medialnej wrzawie? Może kilka spraw, dotyczących osób związanych z tymi partiami, nie ujrzy nigdy światła dziennego, a tym bardziej sali sądowej? Obawiam się jedynie, by zapłatą dla komunistów, za wspólną wyprawę po „narodowe srebra” nie była sprawa Krzysztofa Olewnika i skierowanie prac komisji śledczej na ślepe, boczne tory.

Obawiam się również, że w tej nierównej walce, nie możemy liczyć na wsparcie dziennikarzy. Choć są wśród nich postaci trzeźwo oceniający realia, dostrzegający grozę sytuacji i potrafiący postawić trafną, odważną diagnozę, zdecydowana większość ogranicza swoje reakcje wobec zakusów bandy Hunów do spektakularnych, (wielce użytecznych inicjatorom operacji) działań, „w obronie kolegów, koleżanek i demokracji”. Widoczny w tych działaniach konformizm, brak pogłębionej analizy sytuacji, zdefiniowania celów i środków, zdaje się wypełniać ambicje dziennikarzy i ich aspiracje bycia „IV władzą”.

Tymczasem, to nie Farał, nie Wijas, ani żaden inny figurant jest obecnie problemem mediów publicznych. Rozwiązania systemowe, jakie zawiera ustawa autorstwa PO-SLD-PSL, związane z likwidacją abonamentu i finansowaniem mediów według woli i prowinencji, politycznych decydentów, musi doprowadzić do likwidacji misji publicznych mediów i skończy się kulturową katastrofą. Zadania misyjne mediów publicznych – choćby te, które trafnie wymienił kiedyś Krzysztof Kłopotowski, jak:

- wpajanie szacunku dla wykształcenia i wysokiej kultury,

- poprawa smaku prywatnego i publicznego,

- propaganda postaw obywatelskich służących demokracji,

- zachęta do kreatywności

- pobudzanie patriotyzmu polskiego, w ramach Unii Europejskiej -

zostaną sprowadzone do kilku, prostych jak cepy funkcji propagandowych, służących bieżącym, politycznym grom. Pomijam już kwestie specuprawnień rozszerzonej KRRiT, czy nowego bytu politycznego – Funduszu Zadań Publicznych, których rolą będzie „regulacja” rynku medialnego, według partyjnego i biznesowego rozdzielnika. Trudno wyobrazić sobie bardziej korupcjogenny układ sił.

Ten realny problem, zdaje się nie istnieć w wystąpieniach większości dziennikarzy i zajmuje marginalne miejsce w politycznych sporach blogerów. Skupieni na szokujących opinię publiczną ruchach „pionków”, zdajemy się zupełnie nie dostrzegać realnego zagrożenia, nie zauważać prawdziwych graczy, a zaintrygowani widowiskowym, kontrowersyjny manewrem, pomijamy autentyczne niebezpieczeństwo. Od analiz bełkotu jednego czy drugiego polityka, po pogoń za propagandową sieczką, od bieżących, pozorowanych sporów, wzbudzanych jako zasłona medialna, po roztrząsanie rzekomych afer, w łonie „jednej rodziny” - pozwalamy wytrawnym graczom prowadzić niebezpieczną, antynarodową grę.

Dla nich - stawką jest kasa, lub awans na wyższy stopień służbowy. Dla nas – przyszłość polskiej kultury, w której wolne, publiczne media odgrywają niepoślednią rolę. Niewykluczone, że po niedługim czasie, pod rządami nowej ustawy medialnej również to miejsce – Internet – stanie się obszarem złożonych gier operacyjnych. Kto wówczas wygra?

Koncepcja jest prosta….

Źródła:

http://www.skokstefczyk.pl/fakty_biznes_wydarzenia/60_polityka/375_posld_samoobrona.html

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/12833

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,6110421,Farfal_wymiata_PiS.html?skad=rss

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Giertych-dorznelismy-watahe-w-telewizji,wid,10699848,wiadomosc_prasa.html?ticaid=17b52

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6101369,Giertych_wyslal_do_Sikorskiego_smsa_o_TVP__Pitera_.html

http://cogito62.salon24.pl/64781.html

http://wyborcza.pl/1,75478,6260378,Farfal_w_rekach_Platformy.html

http://jankepost.salon24.pl/392594.html

http://wiadomosci.onet.pl/1937703,0,0,34886,przeglad.html

poniedziałek, 16 marca 2009

KRĄG SIÓDMY (OSTATNI) – SŁUDZY

„Największa trudność, gdy chodzi o komunistyczne zafałszowanie, polega na tym, że są one tak ogromne i tak konsekwentnie stosowane, iż niekomuniście trudno uwierzyć, by ktoś mógł posuwać się tak daleko. Są jednak fakty - dowody tak liczne, że nie pozwalają na jakąkolwiek wątpliwość” – pisał Jan Maria Bocheński w książce „Lewica, religia, sowietologa”.

Problem, o którym mówił ojciec Bocheński dotyczy wszystkich sfer życia publicznego, w których mamy do czynienia z działaniami tzw. postkomunistów – czyli ludzi, (jak trafnie definiował Rafał Ziemkiewicz) którzy „przeszli z peerelu do wolnej Polski w zwartych strukturach, nawet nie pytani przez nikogo o swe bandyckie sprawy. Przenieśli tu polityczne mordy, mafijne interesy, sprowadzili polską demokrację do poziomu latynoskiego, a polski wolny rynek do poziomu sycylijskiego.”

Nie ma żadnego przypadku w fakcie, że porwanie Krzysztofa Olewnika nastąpiło tuż po objęciu rządów przez poskomunistyczny układ, gdy schizofrenia i wyborcze ogłupienie moich rodaków osiągnęło apogeum podobne, jak to z roku 1993. Metoda zastosowana wobec „niepokornego” Włodzimierza Olewnika, polegająca na porwaniu syna, w akcie zemsty za odrzucenie „ofert nie do odrzucenia”, wiodąca do pognębienia, upokorzenia i zubożenia nieposłusznego biznesmena, pochodzi z arsenału działań mafijnych i w tych kategoriach musi być postrzegana i analizowana.

Słuszność tej oceny wynika z konstatacji, iż wewnętrzna struktura mafii ma zawsze charakter korporacyjny, zbliżony do struktury przedsiębiorstwa, w której ściśle określone są role poszczególnych członków organizacji, a od innych form zorganizowanej przestępczości odróżnia się specyficzną hierarchią oraz sferą wpływów politycznych i gospodarczych, sięgających najwyższych szczebli władzy.

W poprzednich tekstach „Kręgów” wskazałem, w jaki sposób funkcjonował układ wzajemnych relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami dramatu, a także, jakie pozycje zajmowały te osoby w strukturze zwanej „polską mafią”. Poczynając od bezpośredniego wykonawcy - Wojciecha Franiewskiego, poprzez „łącznika” - Grzegorza K., po politycznego „underbossa” – Andrzeja Piłata i kontrolujących sprawę śledztwa wysoko ulokowanych esbeków - „nadzorców”. Schemat tej konstrukcji, nie wynika z towarzysko – biznesowych powiązań postkomunistycznej kamaryli. To schemat działania mafii, która od 20 lat oplata wszystkie sfery życia publicznego w Polsce.

Tylko człowiek o złej woli lub skończony ignorant mógłby twierdzić, że ośmioletnie zmagania rodziny Olewników z indolencją organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, są efektem sumy jednostkowych przypadków, pomyłek, zaniedbań i błędów. Wewnętrzna, niezwykle spójna prawidłowość istniejąca w zachowaniach policjantów, prokuratorów czy polityków, przy jednoczesnej analizie wspólnych im powiązań i zależności – nakazuje wykluczyć działania przypadkowe lub powodowane ludzkimi ułomnościami i błędami.

Sądzę, że posługując się myśleniem indukcyjnym, jakie od początku stosowałem w tekstach „Kręgów” – czyli wyprowadzając ogólne wnioski ze szczegółowych przesłanek, będących przypadkami tych wniosków – nie można dojść do innych konkluzji, niż przedstawione powyżej.

Jak pisałem wcześniej, powstająca na początku lat 90-ych „polska „mafia”, tworzona była w dwojaki sposób: od góry – przez coraz bardziej skorumpowanych polityków i urzędników, którzy wykorzystując władzę przejmowali strategiczne działy gospodarki państwa oraz od dołu – przez coraz lepiej zorganizowanych drobnych przestępców. Można powiedzieć, że w tym procesie nieuczciwi politycy „kryminalizowali się”, a przestępcy „cywilizowali”. Obie grupy spotykają się zazwyczaj w połowie drogi, – gdy politycy potrzebują partnerów z gotówką w celu przejęcia kolejnego atrakcyjnego kąska gospodarki (ewentualnie osłony interesu przed innymi lub może sztuczne stworzenie monopolu) lub, gdy kryminaliści poszukują osłony i kontaktów dla legalizacji zasobów finansowych zdobytych w wyniku przestępstw. Pośrednikami między tymi grupami, są ludzie znający świetnie oba środowiska, czyli byli funkcjonariusze komunistycznej policji politycznej, występujący najczęściej w czasach PRL-u jako oficerowie prowadzący dzisiejszych kryminalistów lub polityków. W sprawie porwania i zabójstwa Olewnika doszło właśnie do takiego spotkania w połowie drogi, gdy interesy politycznych „underbossów” wymagały wsparcia ze strony przestępców, przy czym do bezpośredniego wykonawstwa użyto pospolitych kryminalistów, zza których plecami działali „fachowcy” z mafii. Cała operacja wymagała ustawicznej, kompleksowej kontroli: w stadium śledztwa sprawować ją mogli ludzie tacy jak Roman Kurnik, Józef Semik czy Zbigniew Sobotka – posiadający niemal nieograniczone wpływy na pracę policji i służb specjalnych, a na szczeblu politycznym – Zbigniew Siemiątkowski, Ryszard Kalisz czy Krzysztof Janik.

Utrata władzy wykonawczej przez postkomunistów w roku 2005, nie miała żadnego wpływu na przebieg sprawy Olewnika. Nie mogła mieć, ponieważ niezmienne pozostały nieformalne układy interesów, których przedstawiciele sprawują faktyczną władzę w Polsce – niezależnie od wyników wyborczych i zmiany barw partyjnych. Trwałe ulokowanie w polskiej policji, a w jeszcze większym stopniu, w służbach specjalnych ludzi z peerelowskiego aparatu represji, podległych dyrektywom Kurnika czy Czempińskiego, zapewniało bezpośredni nadzór nad przebiegiem poszczególnych postępowań i stwarzało postkomunistom poczucie bezpieczeństwa. To właśnie poprzez te - wynikające z mafijnych zależności układy, które przez cały okres IIIRP jednoczą w imię wspólnych interesów, tak z pozoru różne środowiska jak „prawicowców” ze „stajni” Artura Balazsa, ludzi SKL –u i Platformy Obywatelskiej, z esbecko – agenturalną grupą skupioną wokół Aleksandra Kwaśniewskiego czy Leszka Millera, możliwe jest istnienie „polskiej mafii”.

Wspólnotą brudu – nazwał Andrzej Zybertowicz ową grupę ludzi, „którzy mają wspólnie coś za skórą, mają interes, żeby się wzajemnie chronić, ale jednocześnie trzymają się wzajemnie na uwięzi”.

Czy to oznacza, że wszystkich ich łączy bezpośredni związek ze sprawą Olewnika, czy musieli posiadać wiedzę na jej temat? Oczywiście, że nie. Wystarczy, że obowiązują ich jednakowe prawa, podobne do tych z mafijnego „kodeksu Omerta”, narzucające „zmowę milczenia” i „pełne posłuszeństwo”. Wystarczy, że wszyscy oni wiedzą, komu i ile można powiedzieć, kto i gdzie jest najważniejszy, kogo i dlaczego należy chronić lub słuchać. Ta „tajemna” wiedza łączy ze sobą tak wiele środowisk życia politycznego, biznesowego czy medialnego, że nie sposób wytyczyć innej linii granicznej, niż ta, wynikająca z mafijnego układu III RP.

W efekcie – sprawa porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, nie mogła zostać nigdy wyjaśniona, gdyż odsłaniała kulisy „polskiej mafii”, ujawniała jej skryte mechanizmy działania oraz prawdziwe oblicza i interesy ludzi, mieniących się stróżami porządku, praworządności i demokracji. Warto dodać, że niekoniecznie musieli być to ludzie z pierwszych stron gazet, osoby publicznie znane lub zajmujące medialnie eksponowane stanowiska.

Podczas obrad „orlenowskiej” komisji śledczej, której działalność odsłoniła wiele kurtyn IIIRP, doszło do niezwykle ciekawego zdarzenia. W trakcie przesłuchania Krzysztofa Kluzka – w roku 2002 członka rady nadzorczej PKN Orlen, padło pytanie o „stowarzyszenie koneserów”. Kluzek pytany, czy był członkiem tego nieformalnego stowarzyszenia odpowiedział: „nie byłem godny, na szczęście”. Na liście członków stowarzyszenia, nazwanego przez Kluzka „grupą lobbująca, lobbystyczną […].grupą, która jest, że tak powiem, lubią te whisky, wino, ale jednocześnie załatwiają między sobą określone jakieś interesy, bo tam jest to napisane w statucie. […]Grupa trzymająca władzę, ja bym to tak określił” – widnieją nazwiska, które przeciętnemu odbiorcy niewiele powiedzą. Oto wymienia się tam panów: Piegrzyka, Sasala, Lwa i Marcina Rywinów, Cytryckiego, Gmyrka, Golonkę, Gościmskiego, Kotta, Pachowskiego, Sidora, Szymczychę, Wojtynę i Wróbla.

To „stowarzyszenie koneserów”, funkcjonujące „na zapleczu” polityki i biznesu miało ogromny, choć nigdy niewyjaśniony wpływ na działalność największej polskiej firmy paliwowej, konsolidując interesy wielu grup i środowisk. Można się zastanawiać - co łączy (prócz zamiłowania do whisky i wina) producenta filmowego z weterynarzem, magistra ekonomii w Leningradzkim Instytucie Finansowo-Ekonomicznym, (w IIIRP – ministra skarbu państwa) z członkiem zarządu TVP, sekretarza stanu w kancelarii Kwaśniewskiego z prezesem banku?

Skoro wiemy, że to właśnie w płockim Orlenie zatrudnieni byli krewni wielu prominentnych osób, jak córka Alicji Grześkowiak, żona Zbigniewa Siemiątkowskiego czy brat Marka Belki, określenie spółki, jako miejsca „łączącego polityków i mafiosów” nabiera wyrazistego sensu.

Tragedia rodziny Olewników, rozgrywająca się na tle gigantycznych interesów, związanych z przejęciem Orlenu przez ekipę Millera, w trakcie gangsterskiej ekspansji politycznych cwaniaków, wielorakiej agentury i pospolitych kanalii - nie mogła mieć innego finału.

To wówczas, w latach 2002 -2003 można zaobserwować proces, który więcej mówi o polskiej rzeczywistości, niż drobiazgowe analizy socjologiczne i raporty politologów.

Możemy bowiem dostrzec, że dojście do władzy postkomunistów i zawłaszczenie przez nich ogromnych obszarów gospodarki i polityki, zbiega się w czasie z odbudową struktur kryminalnych mafii, że stosunki i relacje istniejące w świecie polityki i biznesu – odpowiadające wyższym kręgom „polskiej mafii”, zostają dokładnie odwzorowane w niższych kręgach przestępczości zorganizowanej. By wyjaśnić ten proces, należy przypomnieć o faktycznych „capo di tutti cappi”, o prawdziwych „bossach” „polskiej mafii” kryminalnej i politycznej.

„Oto Sołncewo - podmoskiewskie przedmieście, w którym rezyduje jedna z najsilniejszych w świecie mafii nazywana Sołncewską Bracią. Powstała z byłych funkcjonariuszy KGB wspieranych kadrą GRU, stanowi absolutnie piorunującą mieszankę. Zagrożenie ze strony tej mafii w mniejszym stopniu wynika z tego, że korzysta z parasola ochronnego w postaci rosyjskich służb specjalnych. Prawdziwe niebezpieczeństwo bierze się ze stosowanych przez nią metod rodem ze specsłużb, z prowokacjami, szantażem, zabójstwami i tzw. grami operacyjnymi włącznie. Równie ponurą sławą, co starsi gangsterzy cieszy się młody narybek mafii szkolony przez weteranów wojny w Afganistanie. Są uczeni torturowania, przypalania, dźgania nożami, duszenia i zabijania. Ich bezwzględność jest przerażająca. Stanowią iście diabelskie narzędzie w rękach mafii” – pisał w 2007 roku Jerzy Jachowicz, w artykule „Długie ręce rosyjskiej mafii”.

Słynny „Pruszków”, dobrze zorganizowany gang oprychów, niesłusznie i mocno na wyrost określanych mianem mafiozów, był tylko spółdzielnią usługową, wykonującą polecenia wysokich oficerów PRL-owskich służb specjalnych oraz wyżej ulokowanych agentów, takich jak Jeremiasz Barański czy ludzie ze środowiska wiedeńskiego. O genezie „polskich mafiosów”, z których większość była od czasów PRL-u współpracownikami SB, pisałem wcześniej.

Faktyczną władzę nad „Pruszkowem” sprawowała mafia z Sołncewa, traktując polskich „mafiosów” jak własną, wysuniętą na Zachód filię. Według rosyjskiego miesięcznika "Kompromat", specjalizującego się w przestępczości zorganizowanej w Rosji, mafia sołncewska w Polsce - inaczej niż w wypadku Węgier czy Litwy - nie tworzyła własnych struktur, lecz podporządkowała sobie najsilniejszy, działający u nas gang.

W artykule „Pruszków pod Moskwą” z roku 2003, Ewa Ornacka, Wojciech Sumliński i Violetta Krasnowska napisali m.in.: „ Kilkanaście miesięcy temu, gdy w aresztach znaleźli się bossowie polskiej mafii, wydawało się, że "Pruszków" został rozbity. Okazało się jednak, że największy polski gang wciąż istnieje, bo jest potrzebny mafiosom z "Sołncewa". To oni doprowadzili do szybkiej reaktywacji "Pruszkowa".

W tym samym czasie, gdy nowy komendant policji Leszek Szreder pozbywał się, przy aplauzie posłów SLD generała Adama Rapackiego, „ukonstytuował” się nowy zarząd „Pruszkowa”. Stworzyli go Adam Danielak (syn Leszka Danielaka), Artur Danielak (syn Mirosława Danielaka), Kazimierz Klimas, Andrzej Horek, Sławomir Fabiański oraz Jacek Genejak. Szefem doradców nowego zarządu został Wojciech Paradowski, typowany przed laty na ministra budownictwa w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego. Co najistotniejsze - nowy zarząd "Pruszkowa" stał się nieprzenikliwy dla policyjnych agentów. Uważa się, że gang musiał w tym czasie otrzymać instrukcje, jak bronić się przed tzw. wtyczkami. Instrukcje na tyle szczegółowe, że bandyci zaczęli likwidować wówczas policyjnych informatorów, a od kul zginęło co najmniej 11 osób. Kilka miesięcy wcześniej odwołano ppłk. Tomasza W., naczelnika IV wydziału CBŚ, szefa tzw. przykrywkowców, czyli policjantów przenikających do gangów.

„Odrodzenie” kryminalnych struktur „Pruszkowa”, zbiegło się w czasie z pierwszym okresem rządów poskomunistycznych i należy traktować to zdarzenie w kategoriach odbudowy „zbrojnego zaplecza”, służącego celom układu przejmującego wówczas władzę. Bez wątpienia, również sami gangsterzy zdawali sobie sprawę, że rządy SLD przyniosą im okres spokojnego działania i prosperity. Niech świadczy o tym zdarzenie, sprzed wyborów parlamentarnych z 2001 roku, gdy Danuta Waniek, wówczas posłanka SLD, otrzymała list napisany w areszcie przez Zygmunta Raźniaka, ps. "Bolo", jednego z liderów "Pruszkowa". "Bolo" pisał: "Przychodzą do mnie do celi różni ludzie, którzy się nie przedstawiają i wypytują o kontakty mafii z politykami SLD. Obiecują, że jak ujawnię odpowiednie informacje, to zwolnią mnie z więzienia ze względu na stan zdrowia". Policjanci wyśmiali list "Bola", traktując go jako taktykę obrony, twierdząc, iż gangster postanowił przestawić swoją kryminalną sprawę na tory polityczne i szukać obrony w obozie przyszłych zwycięzców. Jestem przekonany, że ów „Bolo” posiadał doskonałe rozeznanie sytuacji i całkiem niezły instynkt polityczny.

Podobnie, jak w obszarze hierarchii i zależności istniejących pomiędzy „Sołcewem”, a „Pruszkowem” , identyczny – choć z pewnością funkcjonujący na innym poziomie układ - można zaobserwować w przypadku relacji w świecie polityki i wielkiego biznesu.

Czas rządów tzw. lewicy to okres rozkwitu, działającej pod nadzorem WSW/WSI mafii paliwowej, to próba sprzedaży Rosjanom polskiego sektora paliwowego i trwałego uzależnienia Polski od rosyjskich dostaw, to czas negocjacji i ustaleń najwyższych polityków III RP z funkcjonariuszami KGB i rosyjskimi „dyplomatami”. Osoby realizujące ten plan -Aleksandra Kwaśniewskiego, Leszka Millera, Wiesława Karczmarka czy Jana Kulczyka łączą wieloletnie, nigdy nieujawnione związki z peerelowskimi lub sowieckimi służbami.

W kontekście ówczesnej aktywności rosyjskiej agentury, należy oceniać bliskie kontakty Władymira Ałganowa z pełnomocnikiem Kwaśniewskiego - Janem Kulczykiem, czy związki pułkownika Nikołaja Iwanowicza Zachmatowa, oficjalnie radcy ambasady rosyjskiej z Andrzejem Piłatem i Robertem G. To wśród rosyjskich agentów i działających pod przykryciem biznesmenów i dyplomatów, należy upatrywać prawdziwych „capo di tutti cappi” „polskiej mafii”, a na Kremlu poszukiwać składu mafijnej „commission”.

Ujawnione w tym okresie, przykłady „współpracy” polityków poskomunistycznych z agenturą generała Putina świadczą, że mieliśmy do czynienia z identycznym procesem, jak w przypadku reaktywacji „Pruszkowa” przez mafię sołncewską. Zbliżenie to odbywało się na podobnej zasadzie bezwzględnego podporządkowania i dotyczyło strategicznych interesów polskich, poddanych dominacji rosyjskiej.

Jak WSW/WSI było delegaturą sowieckiego GRU na Polskę, a tzw. wywiad PRL-u i pozostałe struktury SB – zależne od KGB - tak ‘mafiozi” „Pruszkowa” działali jako filia „Sołcewa”, a „polska mafia”, złożona z komunistycznych aparatczyków, biznesmenów i funkcjonariuszy podlegała całkowitej kontroli i zadaniowaniu przez „rosyjskich przyjaciół”.

Jerzy Jachowicz, kończąc cytowany już artykuł „Długie ręce rosyjskiej mafii” napisał:

„Kiedy mówimy o bliskiej przyszłości "czerwonej mafii" w Polsce, musimy mieć świadomość, że przyniesie ona ze sobą tradycje rosyjskiej ekspansji i mocarstwowości. Będą się więc wciskać wszędzie, gdzie są do wzięcia wielkie pieniądze. I to wszelkimi metodami. Będą przejmować banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, wielkie spółki budowlane, firmy prawnicze jako zaplecze swoich działań, magazyny jubilerskie, domy mody, organizację wielkich imprez masowych itd. Drogę będą im torowały niebotyczne pieniądze, korupcja na ogromną skalę, a wszystko pod płaszczykiem legalnych, zgodnych co do joty z literą prawa działań. Czy jesteśmy w stanie obronić się przed prawdziwym imperium zła, jakie niesie ze sobą rosyjska mafia?

Daleki jestem od twierdzenia, jakoby porwanie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika miało związek z interesami rosyjskiej mafii. Nie usprawiedliwiałyby takiego poglądu, pojawiające się w sprawie doniesienia o roli spółki „Krup-Stal”, handlującej rosyjską stalą z przemytu i związkach jednego z właścicieli spółki z gangiem „pruszkowskim”. Nie uprawnia do takich uogólnień, nawet obecność ludzi „Pruszkowa” wokół głównych postaci porwania Olewnika.

W tym kontekście, na szczególną uwagę zasługuje reakcja marszałka Komorowskiego, który będąc od początku przeciwnikiem powołania komisji, gromko przestrzegał posłów, by nie próbowali zastąpić śledztwa prokuratorskiego i nie przesłuchiwali np. „pruszkowskiego” gangstera"Żaby". To zastanawiająca i nieostrożna uwaga pana Komorowskiego. Czy polityczny opiekun WSW/WSI tak bardzo obawia się ujawnienia roli „Pruszkowa” i służb specjalnych IIIRP w sprawie Olewnika?

Należy jednak uświadomić sobie, że istnieje zależność przyczynowo skutkowa, pomiędzy ekspansją interesów „polskiej mafii” (nawet tych lokalnych), przypadającą na okres porwania Olewnika, a podporządkowaniem jej struktur kryminalnych i politycznych wpływom rosyjskim. Bez tej świadomości, rozpoznanie istoty wielu działań związanych z PKN Orlen, podejmowanych przez ówczesnych polityków i podległe im służby, oraz ich aktywność w innych obszarach gospodarki (rolnictwo, biopaliwa, przemysł mięsny, handel) byłoby obarczone ryzykiem poważnego błędu.

Zapewne niektórzy z czytelników „Kręgów” odczują pewien niedosyt, iż w ostatniej części nie pojawiają się precyzyjne wskazania dotyczące mocodawców porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, że nie wymieniam (poza już ujawnionymi) nazwisk osób odpowiedzialnych za tę tragedię. Koniecznym wyjaśnieniem niech będzie stwierdzenie, że nie taki był cel moich tekstów i nie posiadam „tajemnej” wiedzy na ten temat. Wierzę, że czytający sami potrafią dokonać ocen i wyciągnąć wnioski. Zbyt łatwe uogólnienia, a w jeszcze większym stopniu bezpodstawne oskarżenia, pozbawiłby (w moim odczuciu) wiarygodności - autora i jego tekstu.

Jestem natomiast przekonany, że jeśli prace sejmowej komisji w sprawie Olewnika, będą prowadzone rzetelnie, z determinacją dotarcia do prawdy – ujawnione w trakcie jej działań osoby i łączące je relacje będą zbieżne z obrazem, jaki przedstawiłem w „Kręgach”. Nie ma innej drogi do „polskiego piekła”. Co więcej – odkrycie mechanizmów działania „polskiej mafii”, które doprowadziły do fałszowania śledztwa i ukrywania prawdy o zleceniodawcach zbrodni – może doprowadzić do wstrząsu porównywalnego z efektem dziesięciu komisji „rywinowskich”. Przestrzegałbym jednak, przed widzeniem tej sprawy w jednowymiarowo, wyłącznie w kategoriach politycznych i traktowania jej jako okazji do zdobycia argumentów przeciwko tej, czy innej opcji politycznej. Za globalnym, wielowątkowym obrazem „polskiej mafii” kryje się bowiem konkretna, osobista tragedia młodego człowieka i jego rodziny – skrzywdzonych przez pospolitych kryminalistów i przez lata poniżanych przez przedstawicieli własnego państwa. Ich piekło, nie miało politycznych barw i rozciągało się na całą przestrzeń III RP. Wyłącznie niebywałej odwadze, sile i determinacji tych ludzi zawdzięczamy, że dojdzie do próby wyjaśnienia okoliczności, w jakich rozgrywał się ten dramat.

Przedstawiona w moich tekstach wizja, choć nawiązuje tytułem i konstrukcją do „dantejskiego” Piekła i posiłkuje tym arcydziełem, daleka jest od literackich iluzji. Nie ma w niej miejsca na dramatyczną ornamentykę, figury retoryczne czy poetykę przekazu. Obraz polskich „Kręgów” niesie z sobą znacznie większą grozę, niż czyni to dzieło literackie Dantego. Dotyczy bowiem realnej, codziennej rzeczywistości, doświadczalnej i dotykalnej przez każdego, kto zechce przedrzeć się przez zasłonę milczenia i zakłamania, kto ma odwagę widzenia więcej, niż ukazują to zwodnicze przekazy medialne.

Jeśli kiedykolwiek mamy stanąć przed szansą zmiany tej rzeczywistości, to tylko wówczas, gdy sami przemierzymy i dogłębnie poznamy kręgi „polskiego piekła”. Nie ma innej drogi do wyjścia.

Źródła:

http://www.komisje5.paroles.com.pl/dzialy/orlen/18181/

http://www.komisje5.paroles.com.pl/dzialy/orlen/18182/

http://www.mafiapress.pl/d_976_Krzysztof_Kluzek_obciaza_Kwasnie.html?Chapter=2

http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33211,1798196.html

http://www.dziennik.pl/opinie/article96728/Jachowicz_Dlugie_rece_rosyjskiej_mafii.html?service=print

http://www.wprost.pl/ar/53363/Pruszkow-pod-Moskwa/?O=53363&pg=1

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2324234.html

http://www.axisglobe.com/article.asp?article=732

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6201514,Komorowski__Kazdy_mezczyzna_powinien_miec_prawo_do.html

czwartek, 12 marca 2009

KRĄG SZÓSTY - NADZORCY

Postaci, wymienione w dotychczasowych tekstach „Kręgów”, nie znalazły się tu przypadkowo. Również, role, jakie przyszło im odegrać w dramacie Krzysztofa Olewnika i jego rodziny nie były incydentalne. Choć wykraczałem niekiedy daleko, poza bezpośredni związek z tematem głównym, zawsze istniało racjonalne uzasadnienie takich odstępstw – jak potrzeba wykazania kontekstu zdarzeń z roku 2001, czy przedstawienie powiązań środowiskowych. Nie ma w tej narracji żadnego przypadku, ponieważ nie uznaję jakichkolwiek zasad koincydencji. Powoływanie się na nie, zawsze świadczy o zamiarze usprawiedliwienia tego, czego nie jest się w stanie zrozumieć.

Wojciech Franiewski, Grzegorz K., Andrzej Piłat – każdy z nich odegrał w sprawie Olewnika ściśle określoną i wyznaczoną mu rolę. Posługując się terminologią mafijną, powiedzielibyśmy, że mamy do czynienia z żołnierzem (soldiers) – którego rola polegała na wykonywaniu poleceń, kapitanem (caporegima) – dowodzącym na danym obszarze, prowadzącym interesy przynoszące zyski szefowi i zastępcą bossa (underboss) – równie ważnym jak boss, lecz nie podejmującym kluczowych decyzji.

Zapewne można wskazać kilka innych postaci, mogących mieć związek ze sprawą - jak Zbigniew Siemiątkowski, Jolanta Szymanek-Deresz czy Andrzej Celiński. Niewykluczone, że rzetelnie prowadzone śledztwo lub dociekliwość posłów speckomisji doprowadziłaby do ujawnienia nowych nazwisk. A jednak to ci trzej, wymienieni przeze mnie ludzie, poprzez swoje role i specyficzne miejsce w dramacie zasługują na specjalną uwagę.

Analiza ich wzajemnych relacji i kontaktów pozwala bowiem odkryć, że mieliśmy do czynienia z działaniem zorganizowanym i koordynowanym, a symboliczne określenie tych osób ma głęboko prawdziwy sens.

Szczególnie ważkich argumentów, świadczących, że rodzina Olewników znalazła się w kręgu interesów „polskiej mafii” dostarcza Andrzej Piłat. Ten partyjny funkcjonariusz, absolwent Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, tzw. działacz związkowy i gospodarczy zajmuje, – śmiem twierdzić - jedno z kluczowych miejsc w nieformalnej strukturze prawdziwych „władców” IIIRP.

Ze względu na lokalizację, wyznaczoną Piłatowi przez „partię”, miał on wprost idealne i praktycznie nieograniczone możliwości kreowania działań w sprawie Olewnika. Jako tzw. baron SLD na Mazowszu posiadał nadzór nad wszystkimi, ważniejszymi interesami tej grupy, zatem również tymi, które związane były z rodziną Olewników. Znane są liczne, wielowątkowe obszary zaangażowania Piłata w sprawy Orlenu, budowy płockiego mostu, czy prywatyzacji przedsiębiorstw przemysłu mięsnego. Pisałem o tym w poprzednich częściach. W każdym z tych obszarów, on sam lub jego protegowani mogli mieć motyw, by złożyć Olewnikom „propozycję nie do odrzucenia”, a porwaniem Krzysztofa Olewnika wymóc na ojcu określone zachowanie lub dokonać aktu zemsty.

Nie te jednak okoliczności – moim zdaniem – decydują o znaczeniu postaci Piłata. Niezależnie, bowiem jak ważnym był ogniwem w łańcuchu komunistycznej mafii, ani on sam, ani jego protegowani nie mieli możliwości, by przez wiele lat, w sposób tak precyzyjny i konsekwentny nadzorować śledztwo, zacierać ślady i tropy, utrzymywać zmowę milczenia.

By znaleźć racjonalne wyjaśnienie tych okoliczności, należy przyjrzeć się środowiskom i osobom, wśród których Andrzej Piłat był „umocowany”. W wyłaniającym się z tego przeglądu obrazie, nie ma najmniejszego przypadku, bowiem każda z postaci, składających się na mafijny „układ” III RP zajmuje ściśle określone, właściwe swoim predyspozycjom i powierzonym zadaniom miejsce. Charakterystyka owych grup interesu, nakazuje obdarzyć Piłata większą uwagą, niż zasługiwałby na to komunistyczny aparatczyk.

Andrzej Piłat został oddelegowany na bardzo specyficzny i ważny, z punktu widzenia interesów układu „odcinek”. Jak już wcześniej wspominałem, znajdujemy jego nazwisko w radach nadzorczych dwóch spółek – Megagaz i Ekotrade. Co prawda, w tej pierwszej zasiadał 23 - letni syn Piłata, nie sposób jednak sądzić, by objął to stanowisko ze względu na własne doświadczenia zawodowe lub wykształcenie, a tym bardziej, by miał na nim funkcjonować samodzielnie. Na tle wielu innych potomków komunistycznej nomenklatury, dobrze ulokowanych w strategicznych spółkach, przykład Jana Piłata potwierdza, że rodzinne sukcesje były sposobem na wychowanie „młodego narybku” i prowadzenia interesów pod „przykryciem”.

Szeroko znana jest sprawa wygranego w 2002 roku, przez konsorcjum Megagaz – Prochem przetargu na budowę III nitki Rurociągu „Przyjaźń” i rola jaką odegrał w niej Andrzej Piłat. To na jego żądanie, przy milczącej aprobacie premiera Millera, prezesem płockiego PERN-u został Stanisław Jakubowski, którego zadanie polegało na dopilnowaniu, by konsorcjum z udziałem maleńkiej firmy Megagaz, w radzie nadzorczej której zasiadał 23-letni Jan Michał Piłat, syn Andrzeja, wygrało przetarg na prawie miliard złotych. Inwestycja zbyteczna, z punktu widzenia polskich interesów, choć korzystna dla Rosjan zakończyła się kompletnym fiaskiem, a w listopadzie 2005 roku PERN (już po usunięciu Jakubowskiego) rozwiązał umowę uzasadniając to "nienależytym wykonywaniem jej zapisów przez Konsorcjum Prochem-Megagaz". Straconych, ogromnych kwot nikt, nigdy nie odzyskał.

Nie ten jednak aspekt jest najważniejszy, w związkach Piłata ze spółką Megagaz. We władzach tej nomenklaturowej spółki znajdziemy całą plejadę komunistycznych funkcjonariuszy: Wiesława Huszczę – skarbnika SdRP, Jerzego Napiórkowskiego – peerelowskiego wiceministra finansów, gen.Andrzeja Ratajczaka – byłego pełnomocnika dowódcy wojsk lądowych ds. mienia wojskowego, a wcześniej szefa logistyki w Śląskim Okręgu Wojskowym, czy gen. Mariana Robełeka, byłego zastępcę szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Nie trzeba chyba dodawać, że w Megagaz zatrudniano głównie byłych funkcjonariuszy SB, WSW, UOP i emerytowanych, wysokich oficerów tzw. Ludowego Wojska Polskiego. Nie można też zapominać, że bezpośrednio przed zawarciem kontraktu pomiędzy PERN i Prochem-Megagaz wiceprzewodniczącym rady nadzorczej w tej ostatniej spółce był Andrzej Celiński – poseł ziemi płockiej.

Jednak najbardziej wpływową i interesującą, z punktu widzenia przedmiotu sprawy postacią jest niewątpliwie Roman Kurnik –w roku 2002 wiceprzewodniczący rady nadzorczej spółki Megagaz i spółki S.A.Z. Biuro Podróży First Class (udziałowcy Megagaz).

Ten były milicjant ma za sobą niezwykle bogatą przeszłość zawodową. W latach 80 –tych był szefem kadr w Służbie Bezpieczeństwa, Po roku 1989, Roman Kurnik przechodzi pozytywnie weryfikację i składa wniosek o przyjęcie do służby w UOP. Jednak jego kandydaturę odrzuca Krzysztof Kozłowski, pierwszy szef Urzędu Ochrony Państwa.

Z pomocą przychodzi mu szef MSW Czesław Kiszczak, który 16 lutego 1990 roku wręcza Kurnikowi nominację na zastępcę dyrektora Departamentu Kadr Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Droga zawodowa Kurnika pełna jest intrygujących zdarzeń. Zacytuję obszernie informacje, jakie zebrał o tej postaci dziennikarz Sylwester Latkowski, szukając związków Kurnika z zabójstwem gen. Papały.

Z dokumentów uzyskanych przez Latkowskiego z IPN-u wynika, że „ostatni uzyskany przez Kurnika stopień wojskowy to szeregowy. Przed 1989 rokiem wyjeżdżał w 1974 roku do Wielkiej Brytanii, w roku 1984 do Szwecji i w 1986 do Japonii. Z własnoręcznie napisanego życiorysu, z dn. 31 maja 1976 roku możemy dowiedzieć się, że Kurnik odebrał „staranne”, proletariackie wykształcenie:

„Urodziłem się 1 stycznia 1953 w Łańcucie w rodzinie inteligenckiej. Ojciec mój był kierownikiem Wydziału Finansowego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Łańcucie oraz członkiem Plenum KP PZPR”. Jak zapewniał, w młodości udzielał się w organizacjach młodzieżowych. Uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego nr 1 im. H. Sienkiewicza w Łańcucie. „W okresie tym pracowałem społecznie w ZMS jako członek Zarządu Szkolnego, w ZHP jako drużynowy(…) Szkołę średnią ukończyłem z wynikiem dobrym. W 1972 zostałem przyjęty na studia w Instytucie Organizacji i Kierownictwa Uniwersytetu Warszawskiego i Polskiej Akademii Nauk. W miesiącu wrześniu tego roku wstąpiłem do ZSP, gdzie pełniłem funkcję przewodniczącego Komisji Ekonomicznej. W 1974 roku zawarłem związek małżeński z Elżbietą. W styczniu 1976 roku wstąpiłem do PZPR i odbywam obecnie staż kandydacki”. Pomimo takich referencji, jego podanie o przyjęcie do Akademii Spraw Wewnętrznych zostało odrzucone. „Nie wiadomo, jak by się dzisiaj potoczyła droga życiowa Romana Kurnika, - pisze Latkowski - gdyby nie to, że wżenił się w rodzinę milicyjną. Jak się dowiaduję z ankiety personalnej Kurnika, ojcem jego żony Elżbiety był ppłk Sławomir Rusinowicz – od 1946 w Milicji Obywatelskiej, potem w Komendzie Stołecznej MO. Teściowa w latach 1950-1956 pracowała w Komendzie Głównej MO.[…]

Kilka miesięcy po odrzuceniu podania do Akademii Spraw Wewnętrznych Roman Kurnik składa podanie o przyjęcie do służby w charakterze funkcjonariusza MO. 27 grudnia 1976 Roman Kurnik – młodszy inspektor, zobowiązuje się do utrzymywania w ścisłej tajemnicy wszystkiego, co jest wiadome w związku z czynnościami w MSW. Skierowany do pracy w MSW został 15 stycznia 1977 roku. W aktach personalnych odnotowano, że Roman Kurnik został polecony do MSW przez ojca swojej żony, ppłk. Sławomira Rusinowicza.

Pracując w MSW studiował na Uniwersytecie Warszawskim. 29 marca 1977 roku uzyskał tytuł magistra organizacji i zarządzania. 7 maja 1976 roku Roman Kurnik zdaje egzamin specjalistyczny na oficera Milicji Obywatelskiej z wynikiem bardzo dobrym. 4 grudnia 1978 roku zostaje inspektorem w IV grupie uposażenia. 12 lipca 1979 otrzymuje nominację na podporucznika MO, a 28 czerwca 1982 roku – porucznika MO. 7 sierpnia 1982 roku zostaje starszym inspektorem. W raporcie z 24 czerwca 1980 roku informował, że „wyrokiem Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy w dniu 22 czerwca 1980 roku został rozwiązany mój związek małżeński z Elżbietą Kurnik, z powództwa żony”.

Następnie informuje o zawarciu małżeństwa z Grażyną z domu K. Podaje, że należała do ZSMP i jest obecnie w PZPR. Jako funkcjonariusz MO pracuje w MSW na stanowisku starszego referenta departamentu kadr. Siostra żony także pracowała w resorcie od 1960-1962 w Biurze „B” MSW (pion inwigilacji). Zwolniona z pracy za podejrzenie kradzieży 10 złotych. […] Karierze Kurnika pomagało umiejętne wżenianie się. Ojciec jego drugiej żony był jednym z bliższych współpracowników Babiucha. Kiedy trafił na Rakowiecką, znalazł się w jednym pokoju z Alicją Werens, platerówką. Werensowa prowadziła sprawy kadrowe pracowników departamentu kadr. Była na tyle zaufana, że została kadrową kadr. Kurnik wtedy prowadził sprawy kadrowe biura „A” (szyfrów, od aut.). Plotkowano o nich różnie. Werensowa wsparła karierę młodego wówczas chłopaka.

Czym zajmował się Roman Kurnik w MSW do 1984 roku (bo później zmienił się charakter jego pracy), mówi opinia służbowa z 15 listopada 1983 roku:

„Aktualnie jest odpowiedzialny za dobór kandydatów i obsługę kadrową departamentu Kadr, Komitetu Dzielnicowego PZPR w MSW, Zarządu Ochrony Funkcjonariuszy i Biura „A”. Dodatkowo ma przydzielone zadania współpracy z kierownictwem Wydziału dotyczące obsługi towarzyszy będących nomenklaturą MSW.”

Dzięki aktom osobowym KGP można wyodrębnić z opisu kariery zawodowej Romana Kurnika inną drogę niż ta przedstawiana oficjalnie – funkcjonariusza wydziału kadr MSW. Kurnik niechętnie o niej wypowiada się publicznie i wśród znajomych. Okazuje się, że Kurnikiem zainteresowała się Służba Wywiadu i Kontrwywiadu MSW, z jej szefem na czele, podsekretarzem stanu, generałem brygady Władysławem Pożogą, zastępcą ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka. Departamenty I (wywiadu) i II (kontrwywiadu) nie miały nic wspólnego z pracą MO, co jednoznacznie pokazuje, że Roman Kurnik, pomimo noszenia później policyjnego munduru, miał związek ze służbami specjalnymi PRL.

23 lutego 1984, po wcześniejszym odbyciu kursu kodowego i szyfrowego, wiceminister spraw wewnętrznych, gen. bryg. Władysław Pożoga deleguje porucznika Romana Kurnika na trzy miesiące do Ambasady PRL w Sztokholmie na stanowisko drugiego szyfranta.

Oczywiście akta nie zawierają informacji, jakie prawdziwe zadanie miał wykonać na terenie Szwecji Roman Kurnik w tym okresie. Kurnik jednak musiał się sprawdzić w pracy dla tajnych służb PRL, bo 19 czerwca 1985 roku generał Pożoga wnioskuje o delegowanie porucznika „wraz z rodziną w charakterze szyfranta do pracy w przedstawicielstwie dyplomatycznym PRL w Tokio (Japonia) na okres 2 lat”.
W związku z tym Roman Kurnik przechodzi do Grupy „Z” Biura „A” MSW w stopniu młodszego inspektora. Biuro „A” – to biuro szyfrów podlegające szefowi wywiadu i kontrwywiadu MSW. Oficjalnie Kurnik został delegowany do pracy w MSZ.
Po dwóch latach, pierwszego czerwca 1988 roku, wraca do Polski, którą wkrótce czeka zmiana ustrojowa. Do tej zmiany ludzie służb specjalnych PRL już się przygotowywali. Kurnik rozwiązuje stosunek służby z MSZ i po urlopie składa raport o powrót do MSW”. […] Gdyby lewica nie doszła ponownie do rządu, - cytuje Latkowski słowa funkcjonariusza MSW - Kurnik znalazłby się dawno poza resortem. Kiedy komendantem głównym został Roman Hula (od 17 lipca 1991 do 14 stycznia 1992.), zawiesił Kurnika. Ten przychodził do pracy, ale odsunięto go od wykonywania ważnych spraw. Miał dobrowolnie odejść sam na wcześniejszą policyjną emeryturę”.

Po odwołaniu Huli nastała era Kurnika. Zaczął budować swoją pozycję w policji i MSW. Obsadzał swoimi ludźmi komendy wojewódzkie i komendę główną. W 1997 roku z nominacji nowego szefa Policji, gen. Marka Papały ( którego Kurnik sam wytypował na to stanowisko) zostaje zastępcą Komendanta Głównego, jednak po zwycięstwie AWS w wyborach 1998 roku odchodzi do biznesu. Warto w tym miejscu zauważyć, że wbrew oczekiwaniom swojego protektora gen Papała szybko "zerwał się z łańcucha". Zorganizował Biuro do spraw Narkotyków i Biuro ds. Przestępczości Zorganizowanej kierowane przez Adama Rapackiego, które wykryło wiele spraw niewygodnych dla ówczesnej władzy, zdecydował o powołaniu wydziału policji, którego funkcjonariusze mieli przenikać w struktury gangów. W czerwcu 2002 r. pojawiły się w prasie informacje na temat tajemniczego raportu gen. Papały zawierającego informacje o powiązaniach i interesach byłych esbeków. Chodziło m.in. o agencje ochrony założone przez byłych funkcjonariuszy SB, w których gangsterzy mieli swoje udziały, o pranie brudnych pieniędzy, obrót nieruchomościami itp. Papała miał się zorientować, że jego znajomi, byli funkcjonariusze MSW z okresu PRL, a także ci, którzy pozostali w resorcie, są powiązani z gangsterami z Pruszkowa.

Jeśli obszernie informuję o przeszłości Romana Kurnika, to wyłącznie dlatego, że postrzegam tę postać jako kluczową dla zrozumienia historii śledztwa w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika, a szerzej – działalności esbecko – politycznego układu. Kariera zawodowa byłego milicjanta świadczy, że jest człowiekiem trwale związanym ze środowiskiem tzw. wywiadu PRL i w III RP otrzymał zadanie pilnowania interesów swoich mocodawców.

W roku 2001, po dojściu do władzy SLD, Kurnik został mianowany doradcą w gabinecie politycznym szefa MSWiA Krzysztofa Janika. Wiceministrem MSWiA był wówczas Zbigniew Sobotka. Ale to Kurnik, wspólnie z drugim, wpływowym esbekiem – Józefem Semikiem rządzą policją. Trzecim „nadzorcą” był Zbigniew Chwaliński – z-ca komendanta głównego – postać równie intrygująca jak Kurnik, której poświęcę kiedyś więcej uwagi.

W artykule „Trąd” z roku 2003, po wybuchu tzw. „afery starachowickiej”, Wojciech Sumliński i Viletta Krasnowska pisali:

„Przy okazji rozprawy z systemem "politycznego nadzoru" stworzonego przez Zbigniewa Sobotkę wyszło na jaw, jak wielką władzę skupili w swoich rękach Józef Semik i Roman Kurnik, doradcy byłego wiceministra spraw wewnętrznych, wywodzący się z milicyjno-esbeckiego układu. Za jego kadencji większość wyższych oficerów została "podwójnie oteczkowana" - obok oficjalnych teczek personalnych utworzono teczki zawierające materiały mogące kompromitować funkcjonariuszy. W Komendzie Głównej Policji człowiekiem starego układu jest generał Zbigniew Chwaliński, zastępca komendanta głównego. To były oficer Służby Bezpieczeństwa - departamentów III i III A (przemysł, kontrakty międzynarodowe). Po roku 1989 Chwaliński pracował na stanowisku dyrektora Biura Informatyki KG Policji, mając dostęp do wszelkich danych”. Autorzy artykułu cytują również słowa Marka Biernackiego, na temat ówczesnej pracy policji, które warto mieć na uwadze w kontekście sprawy Krzysztofa Olewnika: Gdy policjant trafia na polityczną sprawę, woli udawać, że tego nie widzi, bo wie, że może mieć tylko kłopoty. Policjanci bardziej udają, że coś robią, niż pracują naprawdę, bo tak jest bezpieczniej - mówi Biernacki.

Natomiast w artykule z tego samego okresu, „Zabiję cię glino” Ewy Ornackiej i Violetty Krasnowskiej, możemy przeczytać:

„Przy okazji afery starachowickiej wyszło na jaw, jak wielką władzę skupili w swoich rękach doradcy byłego wiceministra spraw wewnętrznych Zbigniewa Sobotki - Roman Kurnik i Józef Semik ( nadzorujący piony kryminalne). […] Semik został zwolniony ze stanowiska zastępcy komendanta głównego, bo nie mógł się skupić na pracy nawet godzinę dziennie. Gdy doszło do przecieku w sprawie starachowickiej, to Kurnik i Semik faktycznie kierowali policją, a nie Kowalczyk. To oni, a nie Sobotka wzywali gen. Kowalczyka i wypytywali o szczegóły operacyjne śledztw, choć nie mieli do tego prawa. Wzywali też dyrektora CBŚ Kazimierza Szwajcowskiego. Mimo odwołania ze stanowiska doradcy Józef Semik nadal jest szefem Międzyresortowego Centrum ds. Przestępczości Zorganizowanej i Międzynarodowego Terroryzmu. I dzięki temu ma wgląd w najtajniejsze materiały z poszczególnych śledztw oraz akcji grup specjalnych. Miał też, oczywiście, dostęp do szczegółów akcji CBŚ w Starachowicach. - Polityczny nadzór nad policją jest traktowany jako dostęp do informacji ze śledztw, żeby wiedzieć, co zagraża swoim i ewentualnie tuszować sprawy. To absolutna degrengolada - mówi "Wprost" Marek Biernacki, minister spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Jerzego Buzka.”

Warto dodać, że Międzyresortowe Centrum ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i Międzynarodowego Terroryzmu, pozwalało na powoływanie tzw. grup zadaniowych, do których trafiali ludzie delegowani z różnych innych służb, m.in. policji, Straży Granicznej, WSI, ABW i policji finansowej. Nadzorujący je Semik i Kurnik mieli dzięki temu bezpośredni wgląd we wszystkie, najważniejsze sprawy, prowadzone w okresie lat 2001-2003, w tym również sprawę porwania Krzysztofa Olewnika.

Niejako na marginesie głównego tematu, warto byłoby prześledzić na ile pozbycie się z policji, w roku 2003 Adama Rapackiego, miało związek z wiedzą generała o mafijnych powiązaniach polityków. Ponieważ nie uznajemy przypadków, warto zauważyć, że odwołanie Rapackiego zbiegło się ze wzmocnieniem "Pruszkowa". W tym samym czasie „ukonstytuował” się nowy zarząd gangu. Tworzyli go Adam Danielak (syn Leszka Danielaka), Artur Danielak (syn Mirosława Danielaka), Kazimierz Klimas, Andrzej Horek, Sławomir Fabiański oraz Jacek Genejak. Szefem doradców nowego zarządu został Wojciech Paradowski, przed kilku laty kandydat na wiceministra budownictwa. Co najistotniejsze - nowy zarząd "Pruszkowa" stał się nieprzenikliwy dla policyjnych agentów. Uważa się, że gang musiał w tym czasie otrzymać od kogoś instrukcje, jak się bronić przed tzw. wtyczkami. Instrukcje były na tyle szczegółowe, że bandyci zaczęli likwidować wówczas policyjnych informatorów, a od kul zginęło co najmniej 11 osób.

Roman Kurnik, uważany „od zawsze” za człowieka SLD był znajomym Andrzeja Piłata. Miejscem, w którym interesy obu bohaterów się łączą jest oczywiście spółka Megagaz, w której Kurnik, podczas zawierania kontraktu z PERN-em, był wiceprzewodniczącym rady nadzorczej (łamiąc ustawę antykorupcyjną), a syn Piłata członkiem tej rady. „Kontrakt stulecia’, podpisany w roku 2002 przez Megagaz-Prochem z PERN-em, – dzięki opisanej powyżej „pomocy” Andrzeja Piłata – dawał ogromne zyski, nieznanej, niewielkiej spółce i ludziom z nią związanym. Roman Kurnik mógł zatem słusznie uważać się za „dłużnika” Piłata i gdy przyszedł moment, gdy to on mógł wspomóc kolegę, z pewnością tej pomocy nie odmówił.

Bez wątpienia, zatem Andrzej Piłat i ludzie z nim związani mogli, poprzez działania Romana Kurnika (i Józefa Semika) wywierać dowolny wpływ na przebieg śledztwa w sprawie Olewnika i posiadali pełną, niczym nieograniczoną wiedzę na ten temat. Myślę, że udziałowi tych właśnie osób, posiadających realną władzę i wpływy na policję i służby, należy zawdzięczać, że śledztwo brnęło w „ślepe zaułki” i było skutecznie blokowane. Znajomość realiów pracy organów ścigania w latach 2001-2004 pozwala uznać, że „nadzór polityczny”, jaki byli ubecy sprawowali nad policją, był efektywny i zabezpieczał interesy „bossów” na tyle pewnie, że mogli czuć się bezkarni. Generał Józef Semik, po odejściu Romana Kurnika nadal pełnił rolę doradcy ministra spraw wewnętrznych Ryszarda Kalisza i miał wgląd w najtajniejsze policyjne śledztwa. Swoją pozycję i nietykalność Semik miał zawdzięczać gen.Tadeuszowi Rusakowi – w latach 1997-2001 szefowi WSI, z którym był w zażyłych kontaktach.

Mam nadzieję, że poseł Marek Biernacki nie „zapomniał” swoich spostrzeżeń sprzed kilku lat i w toku prac obecnej komisji sejmowej zainteresuje się rolą Romana Kurnika i Józefa Semika, jaką mogli odegrać w sprawie Olewników.

Niemniej istotny pozostaje fakt, że Andrzej Piłat, w okresie rządów SLD zasiadał w radzie nadzorczej spółki EKOTRADE. Prócz niego, w radzie nadzorczej zasiadali m.in. wiceminister spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera Zbigniew Sobotka ( nadzorujący pracę policji), oraz Jerzy Jerschina, w latach 80. rezydent I Departamentu MSW w Berlinie i Wiedniu – a zatem człowiek związany bezpieczniacko – kryminalnym, tzw.„układem wiedeńskim”.

Ekotrade – to spółka zajmująca się m.in. ochroną mienia, związana z funkcjonariuszami i informatorami służb PRL. Przed trzema laty, Leszek Szymowski, tak pisał o tej spółce, w artykule „ Dworzanie cara Aleksandra”:

„Skandale, przestępcza rola w aferze starachowickiej i wyrok skazujący nie
przeszkodziły w biznesowej karierze Zbigniewa Sobotki. Sobotka - były
wiceminister spraw wewnętrznych i zastępca Krzysztofa Janika - od 1997 r.
związany jest z firmą ochroniarską EkoTrade.[…] Prezesem Zarządu EkoTrade jest syn Jerzego - Jacek Jerschina. […]Jacek Jerschina chwali się, że jest zatrudniony na niejawnym etacie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jak wynika z zebranych przez nas dokumentów, z opresji często ratował go Robert Rzesoś - do niedawna szef Centrum Finansowo – Bankowego "Nowy Świat" (w tym samym czasie człowiek odpowiedzialny za przetargi związane z budową luksusowego hotelu), a dziś członek rady nadzorczej Fundacji Uniwersytetu Warszawskiego. Policjantom, którzy półtora roku temu chcieli zatrzymać i jego i Jerschinę za pijackie awantury, Rzesoś zagroził zwolnieniem z pracy. "Poinformował nas, że poprzez swoje koneksje doprowadzi nas do zwolnienia z pracy oraz, że skończymy w więzieniu" - czytamy w notatce policyjnej z 27.04.2005. Sam Rzesoś zaprzecza wszystkiemu. Autorowi niniejszego tekstu grozi procesem sądowym. Twierdzi, że nigdy nie wszczynał awantur i nie groził funkcjonariuszom. Dysponujemy kserokopią notatki policyjnej i kopią aktu oskarżenia przeciwko niemu. Podczas rozmowy z policjantami, Rzesoś powoływał się na znajomość z Ryszardem Kaliszem - byłym sekretarzem stanu w kancelarii Kwaśniewskiego, późniejszym ministrem spraw wewnętrznych, dziś posłem SLD”.

Rzeczywiście, Robert Rzęsoś mógł czuć się „mocnym” człowiekiem, skoro jego nazwisko znajdziemy w aneksie nr.16 Raportu z Weryfikacji WSI, jako tajnego współpracownika.

Na uwagę zasługuje fakt, że towarzystwo związane z Ekotrade powoływało się otwarcie na wpływy u Ryszarda Kalisza – w latach 2004 -2005 ministra spraw wewnętrznych i administracji, który jak wiemy, potraktował obcesowo rodzinę Olewników i ich sprawę.

Obecność we władzach Ekotrade Zbigniewa Sobotki - odpowiedzialnego w latach 2001-2003 za nadzór nad policją, stwarzało Andrzejowi Piłatowi więcej, niż dogodne (pamiętając o znajomości z Kurnikiem) warunki do kontrolowania sprawy Olewników i wpływania na przebieg śledztwa.

Sądzę, że tych osób i łączących ich relacji, w żaden sposób nie wolno pominąć, dokonując rzetelnej oceny ówczesnych działań policji i służb specjalnych. Prześledzenie ich wzajemnych powiązań i kontaktów może okazać się niezwykle pomocne w ustaleniu mechanizmów, jakimi posługiwano się, by wpływać na sprawę Olewnika, fałszować śledztwo, wpływać na świadków i oskarżonych. Warto też dostrzec, „za plecami” głównych postaci obecność ludzi ze środowiska WSW/WSI – z pewnością nieprzypadkową.

Wchodząc do Piekła, autor „Boskiej komedii” przeczytał nad piekielną bramą napis -„Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate” - Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie.

Zapewne dla niektórych z czytelników, opis kręgów „polskiego piekła” wyda się na tyle przygniatający ogromem zła, sięgającego najwyższych poziomów władzy państwowej, że poczują się pozbawieni nadziei i utwierdzą w przekonaniu, że jakiekolwiek zmiany są już niemożliwe. W wielu komentarzach, taką właśnie myśl można wyczytać. To naturalne wrażenie, do jakiego może skłaniać się każdy uczciwy człowiek, dostrzegając, iż „z tych słów groza świta!”

A jednak celem powyższych tekstów nie jest wzbudzanie negatywnych odczuć i nie powinny prowadzić do skrajnych ocen i defetyzmu. Dobrą radę daje wędrowcowi przewodnik Dantego, gdy mówi: „Tu oczyść serce podłością zatrute, Tu zabij w sobie wszelki strach znikomy”

Myślę, że ogólnie dostępna wiedza, jaką już posiadamy na temat działalności „polskiej mafii” może okazać się bronią zabójczą dla tego środowiska. Choćby dlatego, że wiedzieć – to przestać się bać. Nazwać zło po imieniu – to pozbawić je atrybutu zastraszenia, związanego z atmosferą tajemniczości i grozy wobec „nieznanego” Tak – myślę - powinien reagować człowiek wolny. Takie przesłanie z posiadanej wiedzy, powinno wynieść wolne społeczeństwo i mam nadzieję – wyniesie, jeśli członkowie sejmowej komisji ds.Olewnika okażą się ludźmi odważnymi i rzetelne pokażą prawdziwe oblicze IIIRP.

Byłoby dobrze o tym pamiętać, nim otworzymy drogę do kolejnego „piekielnego kręgu”.

CDN…

Źródła:

https://www.wprost.pl/ar/60896/Rurociag-przyjaciol/?O=60896&pg=0

http://www.latkowski.com/blog/id,1488#1488

http://www.wprost.pl/ar/?O=51093&pg=1

http://www.wprost.pl/ar/?O=51424&pg=0

http://www.dziennik-ustaw.info/grupy/dworzanie-cara-aleksandra,watek,218444.html

http://www.wsi.emulelinki.com/aneks_16.htm