Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 25 lutego 2009

KRĄG TRZECI – ŁĄCZNIK

O Grzegorzu K. i jego udziale w sprawie porwania Olewnika, media napisały już wszystko. Prócz tego, co najważniejsze. Nie ma zatem sensu powielać rewelacji o pieniądzach wyłudzonych od Włodzimierza Olewnika lub rozpisywać się o kontaktach K ze światem przestępczym. Tym bardziej, że prokuratura zamierza postawić byłemu wicestaroście sierpeckiemu właśnie zarzut wyłudzenia, co w moim odczuciu, ma na celu uwolnienie polityka SLD od znacznie poważniejszych podejrzeń. Podobnie, w roku 2005, gdy Olewnik żył jeszcze, a mnóstwo poszlak wskazywało na prawdziwą rolę K, prokuratura postawiła mu zarzuty nielegalnego posiadania broni i amunicji oraz niemieckiego dokumentu tożsamości, zaś Maciej Kujawski, rzecznik warszawskiej Prokuratury Okręgowej poinformował wówczas, iż „nie było podstaw, żeby mu cokolwiek zarzucić w tej (porwania Olewnika) sprawie”.

Jeśli więc K usłyszy obecnie oskarżenia o wyłudzenie, może to świadczyć, że zdaniem prokuratury, głównym motywem jego działań była chęć zarobku na nieszczęściu rodziny Olewnika i okradzenie bogatego biznesmena z pieniędzy. Wyłudzając - czyli doprowadzając Włodzimierza Olewnika do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, musiałby K uczynić to poprzez wprowadzenie w błąd, co do możliwości kontaktu ze sprawcami porwania, gdy w rzeczywistości, takich sposobności nie miał. Jednym słowem – oszust – lecz nie wspólnik porywaczy i zabójców. Taka konstrukcja procesowa roli Grzegorza K w pełni koresponduje z tym, co on sam ma do powiedzenia na temat swojego udziału, gdy tłumaczy, że był jedynie pośrednikiem i przekazywał biznesmenowi informacje uzyskane od sierpeckiego gangstera Eugeniusza D. Podkreśla również, że jego uwikłanie w sprawę wynikało z chęci pomocy znajomemu przedsiębiorcy.

Na sugestywne pytanie dziennikarza - „Chciał Pan imponować panu Olewnikowi, że jest Pan dobrze poinformowany? – K odpowiada:

„Być może. Zachowywałem się wtedy trochę jak James Bond, który chciał pojechać, nogą otworzyć drzwi, zabrać Krzysia pod pachę i przywieźć do domu. Dzisiaj wiem, że działałem odruchowo i naiwnie, ale w dobrej wierze, w dobrej intencji chciałem pomóc przyjacielowi”.

Mamy zatem do czynienia z całkiem przyzwoitym człowiekiem, choć niewolnym od słabostek i finansowych pokus. Co więcej, Grzegorz K próbuje w tym samym wywiadzie wskazać, w jakim kierunku powinny iść poszukiwania rzeczywistych winowajców, gdy mówi: „Należałoby się przyjrzeć osobom, które będąc w najbliższym otoczeniu zrozpaczonej rodziny, forsują tezę, że politycy SLD stoją za tą brutalną zbrodnią”.

Myślę, że media, jak i prokuratura zdają się nie doceniać pana K i roli, jaką można tej postaci przypisać. Czy postępują tak z nieświadomości, czy wykonując z góry powzięty plan – liczę, że dowiemy się, jeśli sejmowa komisja zechce dokładnie przyjrzeć się tej postaci.

Co dziś wiemy o przeszłości tego pana? Interesujące informacje przynosi strona internetowa, poświęcona w całości sprawie Krzysztofa Olewnika.

„K po studiach był wuefistą w podstawówce w Sierpcu (jako uczeń zapowiadał się na lekkoatletę). Na początku lat 90-tych wyjechał na budowę do Niemiec. Tam też poznał pewnego człowieka - Adama W. - który został później urzędnikiem Ministerstwa Pracy. Spotykali się później, gdy K był wicestarostą sierpeckim, imieniny itp. Sam K nie chce rozmawiać o swoim znajomym. Po powrocie z Niemiec K handlował samochodami i pracował z barze swojej żony. I nagle został szefem biura Andrzeja Piłata, a w 2000 roku wicestarostą w Sierpcu. Mówił:

- Ja Piłatowi jestem potrzebny, żeby mu szynki i balerony od Olewnika przywozić.

Działalność obu panów znana jest w Płocku i nie tylko. K wraz z Piłatem, który został pełnomocnikiem rządu do usuwania skutków powodzi opróżnili magazyny jednej firmy odzieżowej z odzieży wybrakowanej i wysłali ją powodzianom. W prasie było o tym głośno. K pozwał wtedy dziennikarza, ale wycofał się z tego. Dziennikarz - Paweł Kazimierczak z gazety płockiej - dostał później zarzut wyłudzenia pieniędzy od Olewnika.

K lubił chwalić się znajomościami z politykami. O Kaliszu mówił "Rysio", o Millerze, że są kumplami. Przyjaźnił się z Kęsickim - komendantem policji w Drobinie. W 2001 roku poznaje Joannę Grączewską - pracownicę działu windykacyjnego w firmie Olewnika.

- „Należałam do SLD w Płocku – wspomina Grączewska - ale gdy zaczęłam pracować w Drobinie u Olewnika, przeniosłam się do Sierpca. A tam szefem koła SLD był K. To było miesiąc po porwaniu Krzysztofa. Na pierwszym zebraniu SLD, gdy K dowiedział się, że pracuję u Olewnika, zaczął mnie wypytywać, co wiem o porwaniu. Wielokrotnie potem dawał mi do zrozumienia, że może wiedzieć, gdzie znajduje się Krzysztof. Powiedział, że może być pośrednikiem między porywaczami a Olewnikiem. Wiedział, że Krzysztof jest przetrzymywany, że bandyci podają mu narkotyki”. Chwalił się, że to on decyduje, co Olewnik ma napisać w listach do rodziny. Pokazywał jej tekst, wiernie potem odwzorowany w jednym z listów porwanego, znalezionym w miejscu wskazanym przez kidnaperów.

Wypytywał ją, gdzie wyjechał Olewnik, w jakiej kondycji jest firma, jaka jest rentowność. Kiedy Grączewska zaczęła o tym informować publicznie, została wyrzucona z SLD. Andrzej Piłat – szef mazowieckiego SLD uzasadniał decyzję tym, że "zdradziła ideały lewicy".

Gdy w 2002 roku K stracił stanowisko wicestarosty sierpeckiego, z pomocą przyszedł mu Piłat. Załatwił mu posadę dyrektora spraw socjalnych w Orlenie, a potem stanowisko prezesa Orlen Laboratorium. Od ponad roku Grzegorz K jest prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej "Kolonia Kasprzaka" na warszawskiej Woli.

Ten człowiek, o jakże bogatym życiorysie znał również wielu mniej, lub bardziej ważnych gangsterów. Do kręgu jego znajomych można zaliczyć Krzysztofa Mrozowskiego pseudo Fragles". To bandyta powiązany z gangiem "Mutantów". Grupa zajmowała się wymuszeniami, egzekucjami na zlecenie a także kradzieżą TIR-ów ze stalą kwasoodporną. Miała kontakty z rosyjską i ukraińską mafią. Mrozowski to człowiek, którego znał również Krzysztof Olewnik i Jacek Krupiński. Obaj, już na długo przed porwaniem otarli się o gang "Mutantów". Cztery lata przed porwaniem Olewnik kupił kradzione BMW, którym wcześniej jeździł Krzysztof Brodacki ps. "Rudy", killer z gangu "Mutantów". W kupnie trefnego BMW pomagał Olewnikowi Wojciech Kęsicki, szef policji z Drobina. Nie warto chyba dodawać, że K znał dobrze Jacka Krupińskiego i rodzinę Olewników i prawdopodobnie to on właśnie pomógł firmie Krup-Stal w załatwieniu intratnego kontraktu na dostawę stali do budowy płockiego mostu.

Znajomymi K byli porywacze i zabójcy Olewnika – szef grupy - Wojciech Franiewski ( o którym pisałem w poprzednim wpisie) oraz Ireneusz Piotrowski ps ”Bokserek”, który więził i maltretował Krzysztofa Olewnika. Co do tych znajomości, były prezes Orlen Laboratorium tłumaczył je „błędami młodości”, lecz kontaktów z gangsterami nie zerwał.

Warto postawić ważne pytanie, na które odpowiedź wydaje się tylko jedna – jak człowiek bez żadnych kompetencji, niemal przypadkowy „gość z ulicy”, staje się z dnia na dzień wysokim urzędnikiem samorządowym, a następnie prezesem w największej polskiej firmie? Co było „motorem” kariery Grzegorza K? Za prezesury Zbigniewa Wróbla, K został zastępcą dyrektora do spraw korporacyjnych i kontaktów ze związkami zawodowymi, następnie prezesem Orlen Laboratorium, pełnił także funkcję dyrektora biura i szefa kampanii wyborczej Andrzeja Piłata, a przed wyborami 2005 roku organizował kampanię wyborczą Jolanty Szymanek-Deresz, startującej z okręgu płockiego.

Ponad wszelką wątpliwość, Grzegorz K był człowiekiem „przydatnym”, a nawet niezbędnym w tamtym okresie. Jego znajomości z przestępcami musiały stanowić ważny atut, decydujący o użyteczności dla środowiska tzw. polityków lewicy. Nie trzeba szczególnej przenikliwości, by zrozumieć, że K spełniał rolę „łącznika”, pomiędzy politykami SLD, a strukturami przestępczymi i ta „właściwość” zdecydowała o pozycji, jaką zajmował w okręgu płockim. Nikt inny jak właśnie on nadawał się do roli, którą przyszło mu odegrać w sprawie porwania Olewnika. Znał wszystkie strony: porywaczy, porwanego, zleceniodawców i „koordynatorów” porwania – czyli ludzi mafii pruszkowskiej. Będę jeszcze o tym pisać, ale dość zauważyć, że średnio inteligentni, pospolici kryminaliści – porywacze, nie mieli żadnych szans na rozgrywanie sprawy przez kilka lat. Ich zadanie mogło polegać na porwaniu i przetrzymywaniu Olewnika. Koordynacją akcji, inicjowaniem rzekomych prób uzyskania okupu, kontaktami z rodziną porwanego i „zabezpieczeniem” sprawy musieli zajmować się „fachowcy”. Taki nadzór nad porwaniem był sprawowany od początku… do chwili obecnej.

Nie zachłanność na łatwe pieniądze była powodem kontaktów K z Włodzimierzem Olewnikiem, choć zdobyte w ten sposób kwoty w poważny sposób umniejszały majątek „niepokornego”. Myślę, że K miał obserwować nastroje w rodzinie Olewnika i utrzymywać ją w „oficjalnym” przekonaniu, że porwanie jest dziełem pospolitych kryminalistów, którym chodzi wyłącznie o okup. Z drugiej strony (i nie ma w tym sprzeczności) – jego zaangażowanie miało zostać odebrane przez Olewnika jako czytelny sygnał, że szansa powrotu syna zależy od współpracy z lokalnymi politykami SLD, że tylko oni mogą mieć wpływ na dalszy przebieg sprawy. „Umocowanie” K – pomiędzy szefem mazowieckiego SLD - Andrzejem Piłatem, a szefem grupy porywaczy -Wojciechem Franiewskim i „ludźmi z miasta” - stwarzało mu idealną pozycję, dzięki której przepływ informacji i decyzji był zapewniony i optymalny. Nie pozbawione sensu byłoby pytanie – czy to właśnie Grzegorz K, miał być owym „naznaczonym” przez „układ płocki” wspólnikiem w interesach Olewnika, którego odrzucenie, według jednej z hipotez, stało się powodem porwania syna biznesmena?

Ważnej roli K, dowodzi również fakt, że był i jest człowiekiem chronionym, przez tzw. stróżów prawa i wymiar sprawiedliwości. Nie kto inny, jak sam komendant Komendy Wojewódzkiej Policji w Płocku - Maciej Książkiewicz, nadzorujący grupę policjantów prowadzących działania operacyjne w sprawie porwania, osobiście anulował policyjny wniosek do sądu o objęcie podsłuchem K, pomimo, iż istniały wszelkie przesłanki, aby został on sprawdzony. Notatka na ten temat znajduje się w aktach operacyjnych tzw. grupy Mindy. Gdy w maju 2005 roku CBŚ zatrzymało K postawiono mu kompletnie „abstrakcyjne”, w stosunku do sprawy zarzuty i wypuszczono na wolność. Włodzimierz Olewnik powiedział wówczas - „Na temat związku Grzegorza K. z tą sprawą mam swoje zdanie, ale wolę go na razie nie upubliczniać”.

W związku z jednym z zarzutów – posiadania fałszywego dokumentu – istnieje niezwykle interesujący wątek, związany z obiegiem pieniędzy pochodzących z okupu. Lata 2001 -2003 (kiedy zbierane były pieniądze i podejmowane kolejne, rzekome próby ich podjęcia) to czas kiedy euro dopiero pojawiło się na polskim rynku. 300 tys. euro porywacze chcieli otrzymać w nieistniejących banknotach o nominale 1000 euro. Ostatecznie, kwotę okupu zebrano w banknotach 500 euro. Numery banknotów Olewnikowie szczegółowo spisali. Gdy po jakimś czasie, w obiegu zaczęły pojawiać się pieniądze pochodzące z okupu, stało się to na terenie Niemiec. Byłoby to logiczne, gdyż w Polsce wydawanie tak dużej sumy i to w obcej walucie, o dużych nominałach mogło wzbudzić podejrzenia. Podobno pierwszy banknot został przywieziony do Polski przez kobietę, która wymieniła pieniądze w bankomacie tuż przy granicy, potem pojawiły się inne, ale wszystkie zostały przywiezione z Niemiec. Jak mogły tam się znaleźć? Otóż, istnieje zadziwiająca zbieżność, że Grzegorz K miał w domu fałszywy, niemiecki dowód tożsamości, co stało się przyczyną postawienia mu w 2005 roku zarzutu. Dokumenty znalazła policja w czasie przeszukania. W jakim celu polityk SLD i ówczesny prezes w Orlenie przechowywał fałszywe dokumenty, na podstawie których można było przekroczyć granicę? Czy policja ( a nie sądzę) sprawdzała, kiedy i w jaki sposób korzystano z tych dokumentów? Czy założono na ich podstawie konto w niemieckim banku?

Gdy poznawałem osobę Grzegorza K., nasunęło mi się nieodparte skojarzenie z inną barwną postacią, której podobieństwo kariery życiowej wydaje się równie spektakularne. Obu łączy płocki Orlen, osoba Andrzeja Piłata i nie tylko…

Myślę o Robercie G, z zawodu weterynarzu, startującym w 1997 r. do sejmu z listy Unii Wolności. Człowiek ten nagle, w 1999 r. za czasów ministra rolnictwa Jacka Janiszewskiego został wiceszefem służb weterynaryjnych. Rok później, już za czasów ministra Artura Balazsa, został wiceministrem rolnictwa nadzorującym sprawy weterynarii. Gdy po wyborczym zwycięstwie SLD w roku 2001 i zmianie rządu zamiast - jak cała stara ekipa - pójść w odstawkę, wszedł do najpotężniejszej spółki paliwowej. Został w Orlenie dyrektorem biura ds. biopaliw, ubiegając Andrzeja Śmietankę, doradcę prezydenta Kwaśniewskiego. W Orlenie Robert G pełnił kilka ról: dyrektora biura ds. biopaliw, zastępcy dyrektora ds. rozwoju spółki, członka rady fundacji „Dar serca”. Był najbardziej zaufanym człowiekiem prezesa Wróbla, jego łącznikiem ze wszystkimi działami. Do niego zwracali się interesanci, chcący coś załatwić u prezesa Orlenu.

Nasz bohater Grzegorz K musiał doskonale znać pana G, gdy obaj pracowali w Orlenie, przyjęci w tym samym czasie na eksponowane stanowiska, ciesząc się zaufaniem prezesa Wróbla – protegowanego Millera i Kwaśniewskiego. Łączył ich również fakt, że obaj posiadali wpływowych, politycznych patronów; Grzegorz K – Andrzeja Piłata, zaś Robert G - Artura Balazsa z ówczesnego Stronnictwa Konserwatywno Liberalnego. Orlenowska kariera pana G wydaje się jeszcze bardziej zadziwiająca, gdy weźmiemy pod uwagę, że poprzednik Wróbla, prezes Andrzej Modrzejewski (którego pozbyto się metodą kombinacji operacyjnej), był jednym z totumfackich właśnie Artura Balazsa, nazywanego „ojcem chrzestnym” polityczno-biznesowych powiązań w szeroko pojętej branży rolnej. Najwyraźniej Orlen, w roku 2002 stał się miejscem gdzie potrafiono połączyć wiele interesów…W ówczesnych interesach tej spółki, a raczej ludzi, którzy w niej pracowali i polityków z nią związanych, należy poszukiwać odpowiedzi na wiele, niepokojących pytań.

Myślę, że warto będzie jeszcze wrócić do pana G – tym bardziej, że prócz wspólnego miejsca i czasu, jakie łączą tę postać z głównymi bohaterami sprawy Olewnika, jest jeszcze na horyzoncie osoba, z którą znajomość spina, niczym niewidzialna klamra wielu orlenowskich „najemników”. To wspomniany już w poprzednim tekście Nikołaj Zachmatow, szef przedstawicielstwa handlowego Federacji Rosyjskiej przy ambasadzie rosyjskiej.

Ale to już temat, który otwiera drogę do kolejnego, jeszcze głębszego kręgu „polskiego piekła”.

CDN…

Źródła:

http://www.polskatimes.pl/fakty/kraj/82268,chcialem-tylko-pomoc-olewnikom,id,t.html#material

http://historia-porwania-krzysztofa-olewnika.blog.onet.pl/1,AR2_2009-01-26_2009-02-01,index.html

http://miasta.gazeta.pl/plock/1,89420,2705837.html

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2319039.html

niedziela, 22 lutego 2009

KRĄG DRUGI – „JESTEŚCIE W MOICH RĘKACH”

Nie wiążę z pracami komisji śledczej w sprawie Olewnika nadmiernych oczekiwań. Histeryczna reakcja Platformy na Macierewicza stanowi dostateczny argument, że celem powołania komisji nie jest dotarcie do najgłębszej prawdy o motywach zabójstwa i faktycznych jego mocodawcach. Nienawistna panika, z jaką Bronisław Komorowski zwalczał kandydaturę posła PiS-u świadczy, że intencją rządzących może być uczynienie z prac komisji spektaklu medialnego, który przyniesie Platformie kilka punktów procentowych i zadowoli oczekiwania niewybrednych odbiorców. Dociekliwość i kompetencje byłego szefa SKW mogłyby pokrzyżować te plany i doprowadzić do zdemaskowania prawdziwych mechanizmów rządzących III RP. Do takich efektów postępowania, towarzysze marszałka Komorowskiego nie mogą dopuścić. Choć życzę członkom komisji dotarcia do prawdy, wolę pragmatyzm niż infantylną wiarę.

Niezależnie zatem, jak daleko w odkrywaniu kolejnych „kręgów” polskiego piekła, mają doprowadzić nas członkowie komisji pod wodzą posła Biernackiego, warto rozpocząć wędrówkę na własną rękę, nie oglądając się na polityczne dyrektywy i medialne manipulacje. Zebranie i analiza dostępnej już wiedzy pozwoli uniknąć licznych pułapek i „ślepych torów”, jakich nie brakuje w tej sprawie. Ponieważ okoliczności porwania i śmierci Olewnika są, po procesie sądowym dokładnie znane, pozostaje wątek ewentualnych mocodawców oraz wskazania przyczyn uprowadzenia.

Podstawowym zabiegiem, który ułatwi zrozumienie tematu powinno być przedstawienie kontekstu ówczesnych wydarzeń, politycznego tła, na którym się rozegrały. Jest to o tyle istotne, że bez retrospektywnego spojrzenia na lata 2001-2002, trudno byłoby konstruować prawidłowe wnioski.

Trzeba przypomnieć, że na blisko dwa miesiące przed porwaniem, 3 września 2001 roku wybory parlamentarne w Polsce wygrał SLD z wynikiem 41%. Również, w okręgu płockim największe, bo 45% poparcie zdobyło SLD-UP, a na drugim miejscu znalazł się PSL. W samym Płocku najwięcej głosów wyborców (6200) zdobył Andrzej Piłat i Zbigniew Siemiątkowski (5400). 19 października 2001r. - po dymisji rządu Jerzego Buzka, Leszek Miller został zaprzysiężony na premiera.

Dla Andrzeja Piłata – tzw. mazowieckiego barona , który w eseldowskim rządzie został sekretarzem stanu w ministerstwie infrastruktury sprawą priorytetową była budowa nowej przeprawy mostowej przez Wisłę. Jak się wydaje, płocki klub SLD najwyraźniej czekał na nominacje Piłata i „nowe rozdanie”, bowiem jeszcze 4.10.2001 r. zablokował uchwałę Rady Miasta Płocka w sprawie przekazania 72.200 mln zł z budżetu miasta na budowę nowego mostu. Za to już 25.10. po powołaniu nowego rządu z Piłatem jako wiceministrem, lokalne pismo „Tygodnik Płocki” donosi – „Rosną szanse na most w Płocku”, wiążąc tę inwestycje z powołaniem Piłata na stanowisko ministerialne i przytaczając jego wypowiedź : „Moim najważniejszym celem będzie doprowadzenie do wybudowania w Płocku przeprawy mostowej. Nie dam odetchnąć osobom odpowiedzialnym za tę inwestycję w Ministerstwie Infrastruktury. Jest to dla mnie sprawa honorowa...”

Pierwsza informacja o porwaniu Olewnika pochodzi z „Tygodnika Płockiego” z datą 15.11.2001r. – „Płocka policja poszukuje syna znanego biznesmena - Miasto huczy od plotek”( porwania dokonano w nocy 26 na 27 października). W tym samym numerze znajdziemy wzmiankę o sesji Rady Miasta, zatytułowaną „Rusza budowa mostu?” z której wynika, że władze Płocka (eseldowski prezydent Stanisław Jakubowski) podpisały porozumienie z Generalną Dyrekcją Dróg Publicznych, zgodnie z którym, ta instytucja zobowiązała się zrealizować pięć z sześciu etapów budowy nowego mostu. „W latach 2001 – 2002 inwestycja ma być finansowana na następujących zasadach: 50 milionów zł z budżetu państwa oraz 14,7 mln zł z budżetu Płocka, w tym 10 milionów z GDDP. - Treść porozumienia została bardzo przychylnie przyjęta przez GDDP i Ministerstwo Infrastruktury” – donosi Tygodnik.

Jednocześnie SLD podejmuje działania, mające zapewnić komunistom wpływy w największej polskiej firmie – PKN ORLEN. Jeszcze przed wyborami, 23.08.2001 roku „Tygodnik Płocki” informuje, że „Przychody grupy kapitałowej (ORLEN), pomimo spowolnienia gospodarki w naszym kraju, wzrosły dzięki największej ze spółek czyli PKN Orlen S.A. Poprawa wyników była możliwa dzięki wzrostowi sprzedaży paliw silnikowych w drugim kwartale, wzrostowi notowań paliw silnikowych oraz wyższym marżłORLENuje, że ""orami, wpływy w najwia pochodzi z " 72.200 mln zadaniem się PSL. om rafineryjnym na benzynach. (…)Poprawa wyników związana jest z konsekwentną realizacją przez zarząd strategii, w tym programu redukcji kosztów. Dotychczasowe wyniki za 2000 roku i pierwszą połowę 2001 roku są podstawą do pomyślnej prognozy na kolejne miesiące, a założony program redukcji kosztów zostanie zrealizowany najprawdopodobniej z nadwyżką. Warto podkreślić, że wszystkie te rezultaty osiągamy w sytuacji głębokiej dekoniunktury w gospodarce – powiedział Andrzej Modrzejewski, prezes PKN Orlen S.A.”

Dobre wyniki firmy nie przeszkodziły SLD w przeprowadzeniu „pałacowego przewrotu” w PKN ORLEN, jak nazwał zdarzenie „Tygodnik Płocki” z 14.02.2002r;, informując o odwołaniu przez Radę Nadzorczą prezesa Modrzejewskiego i powołaniu na to stanowisko Zbigniewa Wróbla. W oficjalnym komunikacie wydanym przez szefową Biura PR i Promocji, powodem odwołania miała być „malejąca zdolność prezesa do kierowania spółką, w związku z utratą zaufania głównych akcjonariuszy oraz istotnie pogarszające się wyniki finansowo – ekonomiczne spółki.” Pamiętamy, że do odwołania Modrzejewskiego użyto UOP-u (nadzorowanego przez Siemiątkowskiego), a po latach, sprawa stała się argumentem za powołaniem sejmowej komisji orlenowskiej. Gdy w trzy miesiące później, przybył do Płocka z „gospodarską wizytą” premier Leszek Miller, lokalna prasa donosiła: ”Premier podczas wizyty w Płocku (16 maja) zapoznał się z pracami przy budowie nowej przeprawy mostowej, otworzył instalację DRW III w Polskim Koncernie Naftowym ORLEN S.A., oraz odwiedził Bazę Surowców PERN “Przyjaźń” S.A. w Plebance. Spotkał się także z władzami miasta oraz członkami płockiego SLD. Najbardziej interesująca dla płocczan była część wizyty dotycząca budowy nowej przeprawy mostowej. Leszek Miller wraz z towarzyszącymi mu między innymi ministrem skarbu państwa Wiesławem Kaczmarkiem, sekretarzem stanu w Ministerstwie Infrastruktury Andrzejem Piłatem, wojewodą mazowieckim Leszkiem Mizielińskim, marszałkiem województwa Adamem Struzikiem, prezydentem Płocka Wojciechem Hetkowskim wybrał się w rejs po Wiśle”.

„Jesteście w moich rękach” - powiedział premier Leszek Miller przejmując ster statku wycieczkowego “Rusałka” w czasie rejsu po Wiśle w Płocku” – donosił tygodnik.

Ogólne przedstawienie ówczesnych realiów politycznych wydaje się konieczne z dwóch powodów. Możemy na tej podstawie, wyodrębnić ważne dla działaczy SLD obszary interesów i na ich tle spojrzeć na główne postaci dramatu. Bez świadomości, jak działał ówczesny „układ płocki” i jakie interesy leżały w zakresie jego zainteresowań, poznanie prawdy o zabójstwie Olewnika wydaje się niemożliwe.

Budowa płockiego mostu to inwestycja rzędu 190 mln zł, okazja intratnych zamówień dla firm i ważny, przetargowy argument wyborczy. Choć pierwsze koncepcje i starania o nową przeprawę przez Wisłę pochodzą z początku lat 90, dopiero w sierpniu 2000 roku urząd wojewódzki wydał pozwolenie na budowę nowego mostu. Od razu też pojawił się kłopot ze sfinansowaniem inwestycji: zmiany w ustawie samorządowej spowodowały, że za potężną budowę miał zapłacić sam Płock, bo skarb państwa nie mógł pomagać powiatom grodzkim, a miasta nie stać było na wydanie kilkuset milionów złotych. Udało się ominąć zakaz, zawierając kontrakt wojewódzki dla Mazowsza. Przetarg i wybór wykonawcy (wygrało konsorcjum Mostów Płockich i Łódzkich), przypadło ogłosić prezydentowi Płocka Wojciechowi Hetkowskiemu (SLD) w 2002 roku.

Przejęcia zarządu nad ORLENEM, po wygranych wyborach w 2001 roku, komuniści dokonali metodami policji politycznej, inicjując kombinację operacyjną, która doprowadziła do odwołania Modrzejewskiego i wymiany władz spółki. Prace sejmowej komisji ds. ORLENU ujawniły ogrom patologii, do jakich dochodziło w spółce za rządów SLD. Raport końcowy stwierdza, że to na spotkaniu w kancelarii Millera 7 lutego 2002 roku zapadła decyzja o bezprawnym zatrzymaniu prezesa Andrzeja Modrzejewskiego przez UOP.

Członkowie komisji postulowali postawienie przed Trybunałem Stanu byłego premiera i byłej minister sprawiedliwości Barbary Piwnik. Zdaniem członków komisji odpowiedzialność karną powinni ponieść kierujący wówczas UOPem Zbigniew Siemiątkowski, a także prokuratorzy i funkcjonariusze UOP związani z decyzjami o bezprawnym zatrzymaniu Modrzejewskiego. Dziś wiemy, że działania rządu Millera, sprzężone z uaktywnieniem sowieckiej agentury, prowadzone przy udziale postperelowskich służb i zależnego od nich biznesu, miały doprowadzić do przejęcia przez Rosjan polskiego sektora paliwowego. Raport komisji potwierdzał również, że prezydent Aleksander Kwaśniewski - mimo nieformalnej wiedzy - nie przeciwdziałał staraniom rosyjskich firm, a wręcz ułatwiał opanowanie polskiego rynku, kreując swojego przyjaciela – Jana Kulczyka na osobę upoważnioną do rozmów na ten temat.

Nakreślony powyżej obraz zdarzeń z lat 2001 i następnych, byłby niepełny, gdyby nie wspomnieć, że płoccy działacze SLD prowadzili bardzo ożywione, oficjalne kontakty z ambasadą Rosji, a osobą, która inicjowała tę więź był Andrzej Piłat. W latach 2001-2006 wielokrotnie gościł w Płocku radca handlowy Ambasady Rosji w Polsce Nikołaj Iwanowicz Zachmatow, a w 2002 roku prezes zarządu PERN “Przyjaźń” S.A. Stanisław Jakubowski - SLD ( był wcześniej prezydentem Płocka) powołany został do składu polskich członków Rady Biznesu Polska – Rosja, w której zasiadali m.in.Marek Goliszewski z Business Center Club, Aleksander Gudzowaty, Zbigniew Niemczycki z Polskiej Rady Biznesu, Kazimierz Pałgan z Krajowej Izby Gospodarczej czy Henryka Bochniarz. Związki Zachmatowa z płockimi działaczami były na tyle bliskie, że zaproszono go w roku 2003 na obchody 40 rocznicy rozpoczęcia eksploatacji pierwszego odcinka rurociągu “Przyjaźń”.

Warto zapamiętać tę okoliczność, gdyż nazwisko Zachmatowa występowało w opublikowanym w 1997 r. przez "Życie" artykule "Korpus agentów", w którym z imienia i nazwiska wymieniono 22 pracowników rosyjskich placówek dyplomatycznych, identyfikując ich jako oficerów lub agentów rosyjskiego wywiadu wojskowego (GRU) lub Służby Wywiadu Zagranicznego (SVR). 51-letni wówczas Nikołaj Iwanowicz Zachmatow, radca ambasady rosyjskiej, znalazł się wśród współpracowników SVR. Krótko po tej publikacji opuścił Polskę, by powrócić w 1999 r. i zostać szefem przedstawicielstwa handlowego Federacji Rosyjskiej. Myślę, że nie przez przypadek Nikołaj Zachmatow pojawi się jeszcze w interesach ludzi płockiego ORLENU i w otoczeniu głównych bohaterów tej opowieści.

Nim spróbujemy zakreślić krąg osób istotnych dla sprawy, trzeba zadać pytanie o potencjalne motywy porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Jako zupełnie niewiarygodny należy uznać motyw porwania dla okupu. Porywacze przez dwa lata zwlekali z podjęciem pieniędzy, mimo, iż rodzina Krzysztofa była gotowa zapłacić okup niemal natychmiast. Wielokrotnie wydawano rodzinie szczegółowe dyspozycje, określając miejsce i czas, a następnie rezygnowano, nim dochodziło do przekazania pieniędzy. Działanie takie należy uznać za pozorowane, mające jedynie symulować zamiar porwania dla okupu. Można założyć, że kryminaliści, którzy dokonali porwania chcieliby jak najszybciej uzyskać pieniądze, tym bardziej, że przez cały czas przetrzymywania ofiary ponosili koszty jej utrzymania, przewożenia, rozmów telefonicznych. Z każdym dniem wzrastało również ryzyko, że zostaną namierzeni przez policję lub wpadną, (co rzeczywiście się zdarzyło) podczas dokonywania innych przestępstw. Wyraźnie widoczna w działaniach sprawców brawura i nonszalancja, świadczy niewątpliwie, iż musieli przez cały czas mieć poczucie bezkarności, gwarantowane im przez zleceniodawców. Tak długi okres przetrzymywania Olewnika dowodzi, że bezpośrednim motywem uprowadzenia nie mogły być pieniądze. Przeczy temu doświadczenie życiowe (lecz również kryminalistyczne) i elementarna logika. Gdy wreszcie, po ponad dwóch latach okup został podjęty, porywacze bardzo szybko podzielili się częścią (100 tys.euro) łupu. Dotychczas nie wiadomo, co stało się z kwotą 200 tys.euro.

Wolno zatem przyjąć, że porwania dokonano na zlecenie, a przez cały okres przetrzymywania ofiary sprawcy otrzymywali wsparcie od mocodawców i szczegółowe instrukcje postępowania. Świadczy o tym aż nadto przesłanek.

Oczywiście, wykluczenie (jako wiodącego) motywu porwania dla okupu, nie daje dostatecznej podstawy, by wskazać inny, bardziej wiarygodny, a nade wszystko oparty o fakty motyw. Ponieważ bardzo często zarzuca się autorowi niniejszego bloga, że posługuje się rozumowaniem dedukcyjnym, wywodząc od ogółu, do szczegółu, na podstawie założonego wcześniej zbioru przesłanek, w tej sprawie warto zastosować myślenie indukcyjne, próbując wyprowadzić ogólne wnioski z przesłanek, które są poszczególnymi przypadkami tych wniosków.

Innymi słowy – spróbujmy przyjrzeć się niektórym, głównym bohaterom tej ponurej tragedii, by na podstawie ich życiorysów, działań i słów przejść do kolejnych etapów, na coraz wyższy, ogólniejszy poziom.

Niewątpliwie, na uwagę zasługuje postać przywódcy grupy porywaczy – Wojciecha Franiewskiego, który jako pierwszy zdecydował się na „samobójstwo” w więziennej celi. Jego życiorys to niemalże klasyczna opowieść o przestępczej karierze; od drobnych włamań i kradzieży „Syrenek” w latach 70 –tych, po zuchwałe, liczne kradzieże aut, w latach 80-tych , potrącenie polonezem milicjanta oraz próba rozjechania funkcjonariusza, który ratował kolegę. Lista jest znacznie dłuższa łącznie z podrobionymi prawami jazdy i dowodami rejestracyjnymi. Opowieść jest niemal klasyczna, bowiem w kryminalnej biografii Franiewskiego są zdarzenia, które nakazują z wielką uwagą spojrzeć na tę postać.

Otóż Franiewski wielokrotnie, w bardzo brawurowy sposób (skok z okna, wycięcie dziury w ścianie) uciekał z aresztów i więzień PRL-u, gdy tylko przyszła mu na to ochota. Liczne, lecz niewielkie wyroki nie były w stanie zatrzymać przestępcy w więziennych murach. Ktoś słabo zorientowany w realiach komunistycznego „wymiaru sprawiedliwości’ i więziennictwa, uznałby Franiewskiego za niezgorszego „kozaka”, który kpi sobie z murów i krat. Taką też opinię miał wśród współwięźniów i kolegów „z wolności”. Inaczej jednak sądzą ludzie zorientowani w realiach. Były naczelnik CBŚ mówi wprost: "To się nie zdarza. To wykluczone, żeby jednemu człowiekowi udało się uciec tyle razy", a prof. Andrzej Rzepliński ma sensowną teorię na ten temat: "To milicja decydowała, kiedy kogoś schować do więzienia, bo był tam potrzebny, a kiedy nie".

Istnieją zatem poszlaki, że Wojciech Franiewski był tajnym współpracownikiem bezpieki, (jakich wielu funkcjonowało w środowisku przestępczym), co dostatecznie tłumaczyłoby, iż uciekał z aresztów, konwojów i komend, kradł, włamywał się do aut dyplomatów, a jednak dostawał liczne przepustki i zawsze wychodził przed terminem. Co bardzo znamienne – nigdy w swojej przestępczej karierze nie popełnił "przestępstw przeciwko zdrowiu i życiu". Jak zatem człowiek ten mógł nagle zaplanować porwanie i zamordowanie Olewnika, skoro nie leżało to w zakresie jego przestępczego procederu? Czy agenturalnej przeszłości Franiewskiego nie należy kojarzyć z rolą, jaką w utrudnianiu i fałszowaniu śledztwa spełniali funkcjonariusze policji i służb IIIRP? Czy Franiewski był człowiekiem zatrudnianym do różnych „delikatnych” robót, za którymi stały interesy stróżów prawa i na tej zasadzie zlecono mu dokonania porwania Krzysztofa Olewnika?

W czasie procesu (w sprawie innej, niż zabójstwo) przed Sądem Rejonowym w Płocku, w którym zeznawał jeden z oprawców Olewnika - Ireneusz Piotrowski, potwierdził on, że Wojciech Franiewski znał drugą z ważnych w tej sprawie postaci – Grzegorza Korytowskiego. Na pytanie mecenasa Borkowskiego – „czy Korytowski znał się z Franiewskim, odpowiedź Piotrowskiego była, że tak, że oni się znali. To była szokująca wypowiedź” – wspomina adwokat. I dodaje – „Ponieważ rozprawa nie dotyczyła bezpośrednio tej kwestii, nie mogłem zadać w tej sprawie więcej pytań”.

Franiewski nie doczekał procesu w sprawie porwania i powiesił się w celi aresztu, tuż przed jego rozpoczęciem. Jeśli rzeczywiście znał Grzegorza Korytkowskiego, ( a nie ma podstaw, by w tej kwestii Piotrowski kłamał) byłaby to wyjątkowo ważna przesłanka, potwierdzająca kierunek, w którym należy poszukiwać mocodawców zbrodni.

Ale Grzegorz Korytkowski to już człowiek, który otwiera drogę do kolejnego, znacznie głębszego kręgu „polskiego piekła”.

CDN…

Źródła:

http://www.tp.com.pl/article1435.html

http://www.tp.com.pl/article1295.html

http://www.tp.com.pl/article1473.html

http://www.tp.com.pl/article1154.html

http://www.tp.com.pl/article1918.html

http://www.tp.com.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=2316

http://www.tp.com.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=3140

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2324238.html

http://historia-porwania-krzysztofa-olewnika.blog.onet.pl/1,AR2_2008-09-08_2008-09-14,index.html

czwartek, 19 lutego 2009

KRĄG PIERWSZY

Układ zawył. W momencie, jak zawsze nieprzypadkowym i głosem, jak zwykle niezawodnym. Gdy tylko na horyzoncie sejmowej komisji ds. zabójstwa Olewnika pojawił się Antoni Macierewicz, nienawiść wzburzyła umysły i splątała słowa. Pozostał skowyt – prawdziwy język sfory. Kto potrafi go usłyszeć, odkryje z kim ma do czynienia…

Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, gdy tylko Prawo i Sprawiedliwość do komisji zgłosiło kandydatury Macierewicza i Zbigniewa Wassermanna, powiedział że kandydatura tego pierwszego nie wchodzi w grę. Zdaniem marszałka Macierewicz nie posiada certyfikatu dostępu do informacji tajnych”.

Fakt, że szef kontrwywiadu wojskowego, wykonując dyrektywę polityczną ukarał Macierewicza odebraniem certyfikatów, w odwecie za likwidację WSW/WSI, po to, by marszałek sejmu - wierny obrońca tej służby mógł znaleźć dogodny pretekst, urasta do rangi symbolu hipokryzji. Czy rację ma Macierewicz, twierdząc, że jego uprawnienia są aktualne – czy prawomocnie uprawnienia już utracił – jest w tej sytuacji bez znaczenia, skoro sprawa certyfikatu ma jedynie walor politycznego wykrętu.

Ale marszałek polskiego sejmu, powiedział dziś sejmowej reporterce I programu radia rzecz, wobec której motyw certyfikatu wydaje się prostodusznym wybiegiem. Komorowski stwierdził bowiem, że jeśli klub PiS-u nie wycofa kandydatury Macierewicza, powołanie komisji stanie pod znakiem zapytania. A przecież czekają na nią Polacy, czeka rodzina Olewników – dodał Komorowski.

Prymitywna perfidia „argumentu” marszałka sprowadza się do szantażu – albo komisja, albo Macierewicz. Perfidia aluzyjna zdaje się wskazywać – albo pozwolicie nam urządzić medialny spektakl i zaspokoić wścibstwo cyrkowej gawiedzi kilkoma „pionkami”, rzuconymi „na żer”, albo chcecie dociekać rzetelnie prawdy o układzie stojącym za zabójstwem Olewnika i roli, jaką służby III RP odegrały w tej sprawie.

Gdy przed kilkoma tygodniami w tekście KRĘGI PIEKŁA przedstawiłem potencjalny krąg wzajemnych powiązań i relacji; począwszy od sierpeckich gangsterów i Grzegorza Korytkowskiego, poprzez Andrzeja Piłata, Andrzeja Celińskiego, po wojskowo -bezpieczniacką spółkę „Megagaz” i interesy mafii paliwowej, napisałem, że „jeśli w powyższym wywodzie zawarte, choć „ziarno prawdy” i za sprawą porwana i zabójstwa płockiego biznesmena stoją ONI, nie należy liczyć na żadną komisję sejmową ani rzetelne wyjaśnienie sprawy. Ani teraz, ani w przyszłości”. Podtrzymuję tę opinię. Handel sowiecką stalą czy miliardowe interesy z płockim ORLENEM stanowią dostatecznie wysoką barierę.

Warto jednak z obecnej sytuacji wyciągnąć wnioski. Bezbłędny test, jakiemu klub Prawa i Sprawiedliwości poddał Platformę, proponując Macierewicza do komisji, obnażył już dziś rzeczywiste intencje polityków tego ugrupowania. Skowyt –w miejsce gładkich słów. Agresywny lęk przed Macierewiczem nie da się uzasadnić inaczej, jak czyni to sam „kontrowersyjny” polityk – „Rozumiem, że skala tego ataku jest wprost proporcjonalna do skali skuteczności mojego działania”.

Gdyby ktoś miał wcześniej ufność, że rząd Platformy odważy się ujawnić tajemnicę zabójstwa Olewnika i wskazać na faktycznych mocodawców zbrodni, niech rozstanie się z tą nadzieją. Skuteczność, to ostatnia cecha, której potrzebują członkowie sejmowej komisji.

Wypada liczyć, że klub Pis-u nie ugnie się przed szantażem Komorowskiego i konsekwentnie będzie forsował kandydaturę Macierewicza – głośno zadając pytanie – kto i dlaczego boi się skutecznego działania?

Pisałem kiedyś - Słuchajcie Pana Marszałka. Słuchajcie. Szczególnie wówczas, gdy odczuwa lęk.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,6292091,Macierewicz_o_swoim_udziale_w_komisji__wzbudza_wscieklosc_.html?skad=rss

http://wiadomosci.onet.pl/1919033,11,1,1,,item.html

http://www.rmf.fm/fakty/?id=151614

http://cogito62.salon24.pl/381462.html

http://cogito62.salon24.pl/94608.html

wtorek, 17 lutego 2009

III RP CZY „TRZECIA FAZA” cz.9 – FAŁSZYWA OPOZYCJA II

Gdyby zapytać historyków, czy Lew Dawidowicz Trocki był członkiem „demokratycznej opozycji”, a Nikołaj Iwanowicz Bucharin należał do ludzi walczących z komunizmem, łatwo domyślać się odpowiedzi przeczącej. Podobnie, pytanie o antykomunizm Wiktora Czernowa ,Andreja Żdanowa czy Lwa Borysowicza Kamieniewa należałoby uznać za bezsensowne, ponieważ wszyscy wymienieni należeli do szerokiego „nurtu” ideologii komunistycznej, choć każdy z nich był na swój sposób odstępcą od ortodoksyjnej doktryny.

Jeśli zatem mamy odpowiedzieć na pytanie – czym była w Polsce fałszywa opozycja - będzie ono nierozerwalnie związane z równie ważnym problemem – jak mogło dojść do tego, że mianem „demokratycznej opozycji” obdarzono w Polsce ludzi, którzy głosili sekciarskie poglądy, w ramach ogólnoświatowej pseudoreligii komunistycznej? Jak i dlaczego szlachetne oppositio zostało obłudnie powiązane z trywialnym revisio, a powstały z tego mezaliansu twór nazwano „demokratyczną opozycją”?

Istotne rozróżnienie semantyczne, pomiędzy pojęciem dysydenta, a opozycjonisty, które przedstawiłem w poprzedniej części, staje się wyjątkowo dostrzegalne, gdy spojrzymy na postawy owych dysydentów, poprzez pryzmat odstępstwa od dogmatów marksizmu – jako świeckiej teorii zbawienia ludzkości. Jak pisał Jacek Bartyzel w cytowanym już wcześniej eseju „O fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej apologetyki” : „Żaden dysydent wszelako, bez względu na to, jak dalece w swoich herezjach i w swoim nieposłuszeństwie by się nie posunął, nie odrzuca samego chrześcijaństwa, przynajmniej w tym zakresie, w jakim on sam, w rozstrzygnięciu swojego indywidualnego rozumu i sumienia, uznaje swoje mniemania za identyczne z chrześcijaństwem. Co więcej, im bardziej gorliwym jest dysydentem, tym bardziej skłonny będzie do głoszenia, że to właśnie on głosi „czystą” i „nieskażoną” ewangelię, podczas gdy Kościół „urzędowy”, jak powiada, wiarę chrześcijańską wypacza, fałszuje i nadużywa do niecnych celów. Dlatego jedyną rzeczą, jaką należy wykluczyć jest jednoczesne bycie dysydentem i utrata wiary w ogóle; „niewierzący dysydent” to contradictio in adiecto; dysydent, który by jednak wiarę stracił, z tą samą chwilą przestaje być dysydentem”.(podr..moje)

Gdzież zatem przeprowadzić linię graniczną, pomiędzy dogmatem karykaturalnej wiary, jaką jest marksizm, a wyznaniem, które wiedzie kacerza poza obszar komunistycznej doktryny?

Albo biurokracja, coraz bardziej stająca się organem światowej burżuazji w robotniczym państwie, obali nowe formy własności i odrzuci kraj do kapitalizmu, albo klasa robotnicza rozgromi biurokrację i otworzy drogę do socjalizmu” – pisał Lew Dawidowicz Trocki.

System biurokratyczny budzi uzasadniony sprzeciw i nienawiść mas: jednocześnie utożsamia się on z socjalizmem, tłumi bez­względnie wszelką lewicową opozycję, a tym samym stwarza ideologii prawicowej warunki do rozprzestrzenia się w masach: ludzie szukają ideowych symboli, które by wyraziły ich sprzeciw wobec systemu wyzysku i dyktatury, a w braku opozycji lewico­wej wyrażającej ich istotne interesy, znajdują stare symbole tra­dycyjnej prawicy. […] Jedyną skuteczną drogą zwalczania tradycyjnej prawicy nie jest zatem obrona dyktatury biurokratycznej, lecz jej konsekwent­ne zwalczanie i demaskowanie z lewicowych pozycji. Program klasy robotniczej nie posługuje się mglistymi symbolami, lecz realiami społecznymi: w swej krytyce i radykalizmie swych postu­latów program ten dystansuje wszelkie frazesy nacjonalistyczne i klerykalne, zwraca się przeciw samej istocie dyktatury biurokra­tycznej i odpowiada interesom mas. Ma więc wszelkie szansę zwycięstwa w walce o poparcie mas. Walka z prawicą rządzącą i z prawicą w stanie spoczynku jest nierozdzielna. Tym, którzy sądzą, iż demokracja robotnicza otwiera siłom prawicowym dos­tęp do władzy, skoro pozwala na wielopartyjność i pozbawia się takiego narzędzia jak policja polityczna, odpowiadamy: nie mó­wiliśmy o państwie ponadklasowym, lecz o klasowej demokracji robotniczej” – twierdziło kilkadziesiąt lat później dwóch młodych heretyków, którzy w „Liście otwartym do partii” wyznawali swoje credo w imię komunistycznego revisio.

A przecież tych dwóch - Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego – uznano w Polsce za ludzi „demokratycznej opozycji”, więcej nawet – za przywódców ruchu, który obalił komunizm.

Jeśli można nazwać diabła wybornym teologiem, czy przez to samo nabywa cech świętości? Kto i jak sprawił, że „wierzący” dysydenci zostali uznani opozycją, a spór w ramach doktryny przedstawiono nam jako walkę z komunizmem ?

Może wskazaniem dla rozwiązania tego dylematu będzie opis zdarzenia z roku 1975, który Jacek Bartyzel przedstawia jako „osobiste doświadczenie, dzięki któremu bardzo prędko mogłem zorientować się z „pierwszej ręki”, jakie są rzeczywiste poglądy Kuronia”? Autor eseju pisał:

Kuroń jął opowiadać, jak to odwiedził go niedawno jakiś człowiek, który przedstawił się jako dawny żołnierz antykomunistycznego podziemia, który usłyszał w Wolnej Europie o powstaniu KOR-u. Rozentuzjazmowany tym faktem, zaoferował swoją gotowość włączenia się w podjętą przez KOR, jak sądził, walkę o wyzwolenie Polski od bolszewików. Tu jednak spotkało go srogie rozczarowanie, gdyż Kuroń bezceremonialnie – co sam podkreślał – wyśmiał jego „anachronizm” i niesłuszność antybolszewizmu delikwenta, wyjaśniając mu, że celem „opozycji demokratycznej” w żadnym wypadku nie jest obalanie socjalizmu – ustroju przecież i najlepszego z możliwych, i bezalternatywnego”.

Warto zapamiętać to zdanie - celem „opozycji demokratycznej” w żadnym wypadku nie jest obalanie socjalizmuby właściwie zrozumieć fenomen polskiej „transformacji ustrojowej” i rolę jaką odegrali dysydenci.

Ten sam Kuroń w swojej książce "Wiara i wina” szczerze pisał na s. 54, że wyznając swojej dziewczynie uczucie powiedział "Kocham cię prawie tak bardzo jak partię", a wspominając październik 1956 roku zanotował: „To była noc z 18 na 19 października. Ja wtedy byłem na budowie Huty Warszawa. Tam był najbardziej burzliwy element, w barakach regularnie wybuchały awantury, w tym okresie w ogóle dostali szału. Pojechałem ich uspokajać. Wszyscy byli pijani. Tam też dotarła plotka o wojskach radzieckich. Przemawiałem, tłumaczyłem, że trzeba się uspokoić, mówiłem: my, komuniści. Jakiś facet zerwał się mnie bić, wołał: Wy, komuniści, zamordowaliście mojego ojca. Był cały podziargany, na ręce miał wytatuowane "śmierć komunie". Był pijany. Skoczyły do niego baby i o mało go nie rozszarpały. Ulga i poczucie solidarności z tymi kobietami”.

Andrzej Friszke opisując środowisko „marcowych komandosów” twierdzi, że „cechowała ich zdolność do myślenia kategoriami systemu, zasad, idealistycznych celów, a nie pragmatyki czy przystosowania. PRL jako państwo była ich państwem, rodzice je współtworzyli i niekiedy nim rządzili. Nie bali się aparatu władzy i jego przedstawicieli, przynajmniej do czasu, co wyróżniało ich wśród kolegów, którzy z niekomunistycznych domów wynieśli przestrogę, aby uważać i nie nadstawiać głowy.

Adam Michnik po latach powie - „nasz spór z Gomułką jest sporem wewnątrz rodziny (...), bo odwoływaliśmy się do wspólnych korzeni. Marksistowska pępowina nie została jeszcze do końca zerwana” i z rozrzewnieniem wspomina w jednej ze swoich książek jak ogarniało go „radosne uczucie wyzwolenia”, gdy idąc wiejskimi drogami, z drużyną prowadzoną przez Kuronia śpiewali rosyjskie i żydowskie piosenki, a z chałup patrzyło na nich spode łba ponure chłopstwo… Jesienią 1967 r., podczas publicznej dyskusji na uniwersytecie, Michnik, jak odnotowywała SB, mówił: „Demokratyzm wywalczony przez liberałów na Zachodzie daje aktualnie robotnikom możliwość wyboru partii, zawiązywania nowej, ogłaszania swoich poglądów, wyboru informacji prasowej itp. Nasz socjalistyczny demokratyzm nie daje żadnego wyboru – istnieje jedna partia, jeden związek zawodowy, a nad tym wszystkim stoją jedni i ci sami ludzie, jeden system wyborczy, który jest wielką fikcją”.

„Czytają archiwalne numery "Po prostu", dyskutują o książkach Kołakowskiego, Róży Luksemburg, Miłosza, Trockiego. Chcą przywrócić swobody Października”.

To do nich – schizmatycznych antagonistów, wiernych i zagubionych – Lew Trocki pisał w roku 1937: „Reakcyjne epoki, takie jak nasza, nie tylko dezintegrują i osłabiają klasę robotniczą, izolując jej awangardę, lecz również obniżają ogólny poziom ideologiczny ruchu i odrzucają myślenie polityczne wstecz do etapów dawno już przebytych. W tych warunkach zadaniem awangardy jest ponad wszystko nie dać się porwać wstecznej fali - trzeba płynąć pod prąd. Jeśli niekorzystna relacja sił uniemożliwia awangardzie utrzymanie zdobytych wcześniej pozycji politycznych, trzeba utrzymać się przynajmniej na pozycjach ideologicznych, ponieważ jest w nich wyrażone drogo okupione doświadczenie przeszłości. Głupcom taka polityka wydaje się "sekciarstwem". W rzeczywistości tylko ona przygotowuje nowy gigantyczny skok naprzód wraz z falą nadchodzącego historycznego przypływu”.

Ich „gigantyczny skok naprzód” rozpoczął się od spotkania z charyzmatycznym „guru” – ambasadorem marzeń, jak nazwała Jana Józefa Lipskiego „Gazeta Wyborcza”. Miejscem, w którym doszło do spotkania był warszawski Klub Krzywego Koła. „Spotykaliśmy się często i z wolna przeobrażałem się ze zbuntowanego adepta marksizmu w pilnego czytelnika i wyznawcę polskiej myśli demokratycznej” – wspominał Michnik.

To w Klubie Krzywego Koła, założonym z błogosławieństwem bezpieki i Komitetu Centralnego zbierali się wszelkiej maści schizmatycy i apostaci, by pod okiem Lipskiego przekuwać przaśne, marksistowskie revisio, na awangardowe oppositio. Wśród ludzi, którzy zetknęli się z fenomenem „jasnego światełka w pejzażu PRL” ( jak nazwał środowisko KKK Friszke), dokonała się rewolucyjna, jakościowa przemiana, w trakcie której „płynący pod prąd” stali się „demokratycznymi opozycjonistami”, ortodoksi komunizmu „zgubili zęby”, a trefni wyznawcy Marksa nabrali egalitarnej ogłady. Co najważniejsze - metamorfoza, nad której przebiegiem czuwał Lipski - nie poczyniła szkód w monolicie powierzonej mu „owczarni”, nie spowodowała straszliwego contradictio in adiecto – błędu logicznego, w którym „niewierzący dysydent” stanąłby przed groźbą utraty wiary.

Magdalena Grochowska z „Gazety Wyborczej” w sentymentalnym panegiryku, poświęconym Lipskiemu napisała: „Co czwartek bywa w domu kultury na Starym Mieście, w salce z ogromnym stołem, gdzie odbywają się wykłady Klubu Krzywego Koła. Wśród prelegentów: Jasienica, Kołakowski, Kotarbiński, Lipiński, Ossowscy, Pomian, Bartoszewski, Strzelecki, Beylin. Chodzi o coś więcej niż dyskusje. Rozszerzać ramy wolności, budować samorządność, wciskać się w każde pęknięcie systemu, działać społecznie, jak kazali pozytywiści. Tworzą ośrodek badania opinii publicznej przy Polskim Radio. Rozmawiają z radami robotniczymi o wspólnym organizowaniu spółdzielni mieszkaniowych; wspierają dyskusyjne kluby filmowe. Inicjatywa Lipskiego wskrzesza przedwojenną grupę literacką Przedmieście, do programu wpisują "prawo społeczeństwa do samostanowienia".

„Polska wyminęła właśnie niebezpieczeństwo "ukonstytuowania się części aparatu partyjnego i państwowego w nową klasę", która chciała oddzielić się od społeczeństwa łańcuchem przywilejów - pisał Lipski w "Po prostu" w kwietniu 1956 r. Dzień przed VIII Plenum KC PZPR, 18 października 1956 r., przypominał w referacie w Klubie, że „kandydatów na posłów należy wysunąć na zasadzie autentycznego porozumienia rad robotniczych i stowarzyszeń społecznych”.

Jeśli dziś, ktoś chce upatrywać w tych działaniach „ducha opozycyjności”, niech zrozumienie przesłanie, które Lipski i jego środowisko musiało doskonale pamiętać:

„Bolszewicy-leninowcy stoją w pierwszych szeregach wszystkich rodzajów walki, gdzie chodzi choćby o najskromniejsze interesy materialne bądź demokratyczne prawa klasy robotniczej. Aktywnie działają w masowych związkach zawodowych, dbając o ich umocnienie i podnoszenie ich bojowego ducha. Nieprzejednanie walczą przeciwko wszelkim próbom podporządkowania związków zawodowych burżuazyjnemu państwu i związania proletariatu „przymusowym arbitrażem” oraz wszelkimi innymi formami policyjnej opieki - nie tylko faszystowskiej lecz i „demokratycznej” – głosił Trocki w „Programie Przejściowym” - (Agonia kapitalizmu a zadania Czwartej Międzynarodówki), określając „zadania związków zawodowych w epoce przejściowej”. Kiedy nadszedł czas, gdy polscy robotnicy dojrzeli do myśli o wolnych związkach zawodowych, czy mogło zabraknąć wśród doradców Kuronia lub Michnika, czy sam Jan Józef mógł nie skorzystać z tak dogodnej okazji? Lenin powiedział: „Trzeba zrozumieć(...), że należy być przygotowanym na wszelkie możliwe sztuczki, podstępy, nielegalne metody, na przemilczanie, zatajanie prawdy, byleby tylko dostać się do związków zawodowych, pozostać w nich i tam za wszelką cenę prowadzić komunistyczną robotę”, zatem jak tłumaczył Trocki w „Ich moralność, a nasza” : „Konieczność uciekania się do podstępów i sprytu, zgodnie z wyjaśnieniem Lenina, wynika z faktu, że reformistyczna biurokracja, zdradzająca robotników na rzecz kapitału, szczuje na rewolucjonistów, prześladuje ich, a nawet korzysta przeciwko nim z burżuazyjnej policji. „Spryt” i „zatajenie prawdy” są w tym wypadku tylko środkami uzasadnionej samoobrony przed zdradziecką reformistyczną biurokracją.”

A przecież „reformistyczna biurokracja szczuła na rewolucjonistów”, bo jak wspominał w 1980 roku Seweryn Blumsztajn,: -„[…]my korowcy, zaczęliśmy "Solidarności" przeszkadzać. Związek robił już prawdziwą politykę, wyłaniał się coraz ostrzejszy nurt, który atakował KOR stereotypami komunistycznej propagandy: czerwoni, stalinowcy, nieprawdziwi Polacy. To był element walki o władzę.”

To w środowisku stworzonym przez Lipskiego, w kręgu Klubu Krzywego Koła począł się flirt marksistowskich schizmatyków z „otwartymi katolikami”, którego consumatum „przeorało” polski katolicyzm i stworzyło nowy typ „chrześcijańskiego kompromisu”. Jeden z prekursorów tego kierunku, Tadeusz Mazowiecki, w książce „Wróg” z 1952 roku głosił: "Ideologia lancy ułańskiej na usługach kapitalistycznej wolności zasłoniła im [polskiej emigracji politycznej] historyczną szansę wydobycia Polski z wielowiekowych zaniedbań cywilizacyjnych (...). Tego, że nie fraki, ale kombinezony robotnicze, nie proporczyki kawalerskie, ale kielnie murarskie wyznaczają kierunek rzeczywistego rozwoju Polski - nie mogą strawić". W artykule z 3 numeru "Więzi" z 1961 głosił : "Polska nie tylko ma ustrój socjalistyczny, ale i w takiej perspektywie ustrojowej będzie się ona rozwijać (...). Nie można walczyć o humanistyczną perspektywę świata socjalistycznego", a w 10 numerze "Więzi" z 1967 dowodził, że "polska droga zakłada wierność zasadzie sojuszu z ZSRR, który określa nasze miejsce na mapie politycznej świata (...). Dziś zasada sojuszu polsko-radzieckiego staje się elementem narodowego myślenia politycznego", postulując wraz z Andrzejem Wielowieyskim w artykule „Otwarcie na Wschód” potrzebę "zerwania z politycznym antykomunizmem", które miałoby "decydujące znaczenie dla autorytetu i rozwoju Kościoła w świecie", ułożenie stosunków dyplomatycznych między Watykanem i Warszawą”.

Czyż Jan Józef Lipski, który w tekście „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy (uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków)” z 1981 roku pisał - „Strzeżmy się i podejrzliwie patrzmy na każdą nową ofensywę "patriotyzmu" - jeśli jest bezkrytycznym powielaniem ulubionych sloganów megalomanii narodowej. Za frazeologią i rekwizytornią miłą przeważnie Polakowi - czają się przeważnie cyniczni socjotechnicy, którzy patrzą, czy ryba bierze na ułańskie czako, na husarskie skrzydło, na powstańczą panterkę” i pouczał swoją „owczarnię”, że „[…]jednym z najistotniejszych zagadnień naszej teraźniejszości i przyszłości jest wyzbycie się megalomanii narodowej i ksenofobii, a przynajmniej ich stępienie do stanu niegroźnego dla dalszych losów narodu polskiego. Jeśli to się nie stanie - byle agent, przebrawszy się w ułańskie czako i zawiesiwszy ryngraf na piersi, poprowadzi naród dokąd zechce, podbijając bębenka ,,dumy narodowej" i manipulując fobiami;[…]” – mógł pozostać obojętny na dialektykę „katolickich myślicieli”?

Sam przecież głosił, że „socjalizm jest wytworem [...] etyki chrześcijańskiej znajdującej się u podstaw kultury europejskiej […] Jest wytworem pozytywnego odzewu na przykazanie miłości bliźniego", przeciwstawiając patriotyzm oparty na chrześcijańskiej miłości bliźniego szowinizmowi, megalomanii narodowej, egoizmowi i ksenofobii. Jego wierny uczeń, w wydanej w 1977 r. książce „Kościół, lewica, dialog” pisał już wprost: „Ludzie lewicy laickiej winni pragnąć zbratania z wszystkimi ludźmi dobrej woli, winni pragnąć zbratania z chrześcijanami nie mimo ich wiary, ale dzięki ich wierze; winni pragnąć, by każdy prześladowany chrześcijanin widział w nich właśnie, wyznawcach laickiego humanizmu, najbliższych i najuczciwszych przyjaciół. Tylko wtedy staną się godni swych wspaniałych antenatów z początku naszego stulecia”.

W marcu 1983 r. Lipski mógł już napisać do Jedlickiego: "Rzeczywiście, w 1956 r. Matki Boskiej i Piłsudskiego nie było aż tyle (...) jak dziś, to prawda. No, ale ludziom załamały się różne stare (lub zastępcze) złudzenia - i wrócił Piłsudski, a nawet Pan Roman (nie masz pojęcia, jak sobie zgodnie żyją). (...) Z nacjonalizmem dzieją się dziwne rzeczy: dominuje dość obskurancki, ale światły też zupełnie mocno się już rozepchnął, a obok tej opozycji pojawiły się inne: np. katolicyzm ludowy i hierarchiczny. Ten ludowy (...) jest bardzo radykalny”.

W cytowanym już artykule Magdaleny Grochowskiej, znajdziemy wspomnienia o Lipskim ludzi „demokratycznej opozycji” : „Jego przyjaźń zmuszała nas do wysiłku - opowiada Barbara Toruńczyk, założycielka i naczelna "Zeszytów Literackich". - Budził nasze zainteresowania historią, zapoznawał z literaturą, pchał do czytania i pisania. Formował nas. Myśmy wtedy chcieli prawdziwszego komunizmu. On - zawsze socjalista, liberał i antykomunista. Ale to nie był antykomunizm totalny jak u tych, którzy czekali, że przyjedzie Anders i anuluje okres PRL-u. On rozumiał, że rzeczywistość historyczno-polityczna zmieniła się zasadniczo, kształtuje nowe generacje i tego faktu nie można wziąć w nawias. Umiał sobie powiedzieć: to istnieje naprawdę i do tego trzeba teraz dostosować taktykę życiową. Wzór osobowy, który krzewił, to było coś więcej niż wzorzec zachowań politycznych. Również stosunek do człowieka - że o drugim trzeba pamiętać, opiekować się nim, na przykład rodzinami uwięzionych. To był cały sposób życia. On nam pokazywał, jak żyć w komunizmie bez świntuszenia i oszustw”.

Myśmy wtedy chcieli prawdziwego komunizmu…

Jeśli odważamy się wzywać lud do rewolucyjnej zmiany społecznej – pisał Trocki w broszurze „O partii robotniczej - to ponosimy straszliwą odpowiedzialność, którą musimy traktować bardzo poważnie. A czymże jest nasza teoria, jeśli nie po prostu narzędziem działania? Tym narzędziem jest dla nas teoria marksistowska, bo aż do dziś nie wymyślono lepszego. Robotnik nie lubi fantazjować w sprawie narzędzi – jeśli są najlepsze, to będzie się z nimi obchodził ostrożnie, nie będzie ich porzucał ani żądał narzędzi fantastycznych, nie istniejących”.

Wszystko co powyżej zawarłem jest koniecznym skrótem, linią, wykreśloną poprzez rozliczne życiorysy, w których akty prawości mieszają się z nikczemnym zaprzaństwem. Do wielu z poruszonych wątków, powrócę. To streszczenie historii nie może nieść prostych, gotowych odpowiedzi. Będzie, co najwyżej szkicem, który zainspiruje do głębszych poszukiwań, do zasypywania „semantycznej przepaści”, jaka powstała w świadomości Polaków, traktujących komunizm jako system zbrodniczego kłamstwa. Świadomy wybór cytatów, w miejsce analizy być może zachęci do refleksji. Trocki, którego myśl wyznaczała granice revisio, nieprzekraczalne – jak się wydaje dla adeptów Lipskiego uczył, że „Materializm dialektyczny nie zna dualizmu środka i celu. Cel w sposób naturalny wynika z samego historycznego ruchu. Środki są w sposób organiczny podporządkowane celowi. Najbliższy cel staje się środkiem dla celu bardziej odległego”. Tym trudniej w środowisku, nazywającym się „demokratyczną opozycją” wskazać jeden cel, który jednocześnie nie byłby tylko środkiem…

Wyrosła z tego kręgu grupa ludzi nie mogła obalić komunizmu. Nawet gdyby bardzo tego chciała. Ich polityczna „transformacja”, zapoczątkowana schizmą roku 1956, utrwalona antysemicką, na wskroś stalinowską traumą, nie pozbawiła „dysydentów” wiary, nie naraziła ich na contradictio in adiecto. Czy zdefiniujemy ich działania jako obłudne i wyrachowane, czy będziemy w nich widzieć przejaw młodzieńczych, rewizjonistycznych mrzonek – w niczym nie zmieni to faktu, że mieliśmy do czynienia z „opozycją” wewnątrz systemu komunistycznego – nigdy zaś – opozycją przeciwko systemowi. Oni sami też, nigdy nie twierdzili, że walczą z komunizmem. Ich bitwy i działania dotyczyły tylko tych obszarów komunizmu, które nie przystawały do wizji dysydenckich, które były sprzeczne z ich sposobem widzenia doktryny. Nieznajomość „dualizmu środka i celu” pozwalała im z równym skupieniem traktować Kościół, jak robotników czy naród, w równym stopniu podziwiać Wojtyłłę jak Kiszczaka, na równi stawiać niepodległość jak „socjalizm z ludzką twarzą”. Wykorzystując imperatyw walki o wolność i nasze marzenia o „drodze ku Niepodległej”, łatwo przyszło im przyoblec się w szaty obrońców sprawiedliwości i usankcjonować nasze złudzenia pod szyldem awangardowej „demokratycznej opozycji”.

Nie sposób nie dostrzec jak tezy Golicyna o pozornym i sterowanym charakterze przemian w Bloku Sowieckim znajdują mocne uzasadnienie w fałszywym oppositio konstruktorów tych przemian, w ich dążeniu, wespół z komunistami do „historycznego kompromisu”. Nie sposób również nie widzieć, że prawdziwe oblicze tego sojuszu zdradza państwo, nazwane III RP – najcięższy dowód winy i historyczny akt oskarżenia.

CDN…

Źródła:

http://www.geocities.com/lbc_1917/2051kuron.htm

http://www.kuron.pl/osobie_cz1b.html

http://www.polityka.pl/archive/do/registry/secure/showArticle?id=3358137

http://niniwa2.cba.pl/jan_jozef_ambasador_marzen.htm

http://www.marxists.org/polski/trocki/1937/08/stalinizm-bolszewizm.htm

http://www.marxists.org/polski/trocki/1938/prog_przejsciowy.htm#Przeciwko%20oportunizmowi%20i%20wyzutemu%20z%20zasad%20rewizjonizmowi

piątek, 13 lutego 2009

III RP CZY „TRZECIA FAZA”-cz.8 – FAŁSZYWA OPOZYCJA

W opisie zdarzeń lat 80-tych, nie można pominąć roli, jaką na przestrzeni lat PRL-u odegrała fałszywa opozycja. Próba zdefiniowania tego terminu i przedstawienia zjawiska wymaga historycznej retrospekcji oraz zastosowania „nowej metodologii”, w miejsce dotychczasowej, powierzchownej oceny faktów.

Jako pierwowzór sowieckiej koncepcji tworzenia fikcyjnych ruchów dysydenckich, Golicyn przywołuje operację "Trust", gigantyczne przedsięwzięcie bolszewickich tajnych służb nadzorowane przez Biuro ds. Dezinformacji OGPU (następcy osławionej Czeka), w które zaangażowano ponad 5 tys. funkcjonariuszy i agentów. W roku 1921 powołano do życia Monarchistyczną Organizację Rosji Środkowej, rzekomo kierującą antybolszewickim podziemiem w Związku Radzieckim. Nawiązała ona kontakt z organizacjami białych Rosjan na Zachodzie i łudziła je informacjami o rychłym wybuchu powstania przeciw czerwonej władzy. Agenci "Trustu" przeniknęli do organizacji emigracyjnych i zdołali zwabić do ZSRR w fikcyjnych tajnych misjach wielu ich działaczy. W taki sposób ujęto w ZSRR i zamordowano także najsłynniejszych tajnych agentów lat 20-tych - Borysa Sawinkowa i agenta brytyjskiego Sidneya Reilly'ego. Częścią operacji „Trust” było również przejęcie przez agenturę ruchu o nazwie„Zmiana Znaków Drogowych”, który następnie został wykorzystywany przez sowieckie służby w celu zwodzenia emigracji i europejskich intelektualistów. Zwolennicy ruchu, inspirowani przez OGPU utrzymywali, że reżim sowiecki przechodził ewolucję w kierunku od państwa ideologicznego do tradycyjnego, narodowego i kapitalistycznego. Biała emigracja rosyjska – argumentowali - nie powinna zwalczać sowieckiego reżimu, a wprost przeciwnie, współpracować z nim, by pobudzać i utrwalać rozwój tych trendów ewolucyjnych. Ruch wywarł znaczny wpływ zarówno na rosyjskich emigrantów, jak i na zachodnie rządy, z którymi fałszywi dysydenci utrzymywali kontakty, w efekcie doprowadziło to do wypracowania przychylności i warunków dogodnych dla reżimu komunistycznego, by mógł osiągnąć swoje cele, a mianowicie dyplomatyczne uznanie przez Zachód i pomoc ekonomiczną. Ruch publikował w Paryżu i Pradze, przy nieoficjalnym wsparciu obu rządów, tygodnik „Zmiana Znaków Drogowych” , a w Berlinie gazetę „W Przeddzień”. W 1922 roku, rząd sowiecki zezwolił na wydawanie w Moskwie i Leningradzie dwóch czasopism, „Rosja” i „Nowa Rosja”. Miały one na celu wywierać podobny wpływ na inteligencję wewnątrz kraju. „Zachodni teoretycy zbieżności celów i interesów – pisał Golicyn - nieświadomie i naiwnie przyjmują w zasadzie to samo przesłanie dezinformacyjne, które kolportowali zwolennicy ruchu „Zmiana Znaków Drogowych”, mianowicie, że ideologia komunistyczna podupada, że komunistyczne reżimy są coraz bliższe zachodniemu modelowi państwa, i że pojawiają się duże szanse na dalsze poważne zmiany w tych reżimach, co byłoby pożądane i korzystne dla zachodnich interesów, czyli powinno być popierane i promowane”. Jak będziemy mogli się przekonać, wypracowany przez OGPU model sowieckiej dezinformacji, pozostał niezmienny przez następne dziesięciolecia.

Poddając szczegółowej analizie postać nieoficjalnego przywódcy dysydenckiego Andrieja Sacharowa, Golicyn wskazuje, że we wszystkich swoich publikacjach (bez problemu wydawanych na Zachodzie), Sacharow przepowiadał zmiany w Związku Sowieckim i w innych krajach socjalistycznych. Zmiany te miały polegać na pojawieniu się „wielopartyjnego systemu tu oraz tam” oraz w ideologicznych dyskusjach między „stalinowcami” a „realistami” czy „leninowcami”. W tej walce Sacharow przewiduje zwycięstwo realistów (leninowców), którzy według niego potwierdzą „politykę wzrastającego pokojowego współistnienia, wzmocnienia demokracji oraz rozszerzenia reform gospodarczych”. Przyszłe zmiany w systemie sowieckim są postrzegane przez Sacharowa według niego potwierdzą „poli-siostaz problemu wydawanych na Zachodzie), jako kontynuacja obecnych wydarzeń politycznych i reform gospodarczych. W rozumowaniu Sacharowa najbardziej uderzającym punktem są wybrane przez niego kluczowe daty przyszłych wydarzeń, a mianowicie lata 1960-80, na które przewiduje on ekspansję politycznej demokracji i reform gospodarczych w krajach socjalistycznych; następnie 1972-85 kiedy ma dojść do zmian siłowych w strukturach wojskowych i politycznych Stanów Zjednoczonych.

„Inaczej mówiąc, - pisze Golicyn - widać charakterystyczną zbieżność prognozowanych przez Sacharowa dat z ustanowieniem dalekosiężnej polityki Bloku w 1958-60, jej harmonogramem czasowym, w tym z rozpoczęciem fazy finałowej około roku 1980. Nie jest to zbieg okoliczności, ponieważ Sacharow jako ukryty rzecznik strategów komunistycznych i tajny orędownik ich dalekosiężnej polityki, w ten sposób stara się promować trendy sowieckie, by zaszczepiać i utrwalać je w mentalności Zachodu, zwłaszcza w odniesieniu do idei zbieżności, nieoddzielnej od projektów dalekosiężnej polityki. Prognozy Sacharowa, czytane jako dezinformacja i odpowiednio rozszyfrowane, zapowiadają oczywiste zwycięstwo Bloku Sowieckiego i jego dalekosiężnej polityki, której Zachód podda się w pełni, z minimalnym oporem” – twierdzi Golicyn.

Niewątpliwie, głównym celem opisanej strategii działania fałszywych dysydentów było rozpowszechnianie idei zbieżności - "konwergencji". Zakładała ona, że obydwa rywalizujące za sobą i początkowo krańcowo odmienne systemy ideologiczne i polityczne, w miarę rozwoju wzajemnych kontaktów, będą stopniowo coraz bardziej upodabniały się do siebie. Założenie byłoby może i trafne, z tym jednak, że "konwergencja" nie działała symetrycznie. I działać nie mogła, bo w Związku Sowieckim i całym obozie socjalistycznym panowała surowa indoktrynacja marksistowska, zaś ludzie, poza nielicznymi wyjątkami, byli całkowicie odcięci od wszelkich niemarksistowskich idei. Tymczasem na Zachodzie było zupełnie inaczej. Dzięki działającym legalnie i wpływowym partiom komunistycznym, marksizm bez przeszkód utorował sobie drogę do szkół i na uniwersytety, co wkrótce doprowadziło do sytuacji, że znaczna część wpływowych środowisk opiniotwórczych znalazła się pod wpływem idei marksistowskich. Tym samym – „konwergencja” w wydaniu sowieckim – prowadziła do „oswojenia” Zachodu z komunizmem i sączyła w umysłowość ludzi Zachodu jad marksistowskiej indoktrynacji.

Golicyn zauważa również, że sowieckie ataki na teorie zbieżności (głoszone przez fałszywych dysydentów) miały w pierwszej kolejności cele obronne i wewnątrzkrajowe, po drugie zaś służyły strategicznym celom polityki zagranicznej. Pomagały wykreować na Zachodzie zaufanie do tych teorii jako solidnego i skutecznego oręża do uporania się z komunistycznym wyzwaniem. Stratedzy komunistyczni wiedzieli, że oficjalne krytykowanie przez nich teorii zbieżności będzie odebrane na Zachodzie jako dowód ich własnego zaniepokojenia, co do ich skuteczności oraz oddziaływania takich teorii na ich własne rządy, a przede wszystkim na naukowców. „Krytykowanie przez Sowietów Sacharowa i teorii zbieżności może być postrzegane jako sowieckie wysiłki podjęte dla wypracowania na Zachodzie wiarygodności co do osoby Sacharowa oraz jemu podobnych, szczerych przeciwników i męczenników obecnego sowieckiego systemu, którzy wyrażają prawdziwy bunt przeciwko reżimowi. Maskując więc własną teorię zbieżności i przedstawiając ją jako doktrynę „opozycji”, Sowieci mogą osiągnąć na Zachodzie większy efekt dla popularyzowania ich koncepcji zbieżności, to znaczy uzyskać zbieżność na ich, sowieckich warunkach”.

Doświadczenia sowieckich strategów, zostały przeniesione w warunki PRL-u w niemal niezmienionej formie. Podobnie jak w ZSRR, zaangażowano do akcji aparat bezpieczeństwa, a budowę rodzimej opozycji rozpoczęto od środowisk inteligenckich i oparto na ludziach ideowo wypróbowanych. Do kreowania grup dysydenckich przystąpiono natychmiast, gdy tylko władza komunistyczna „uporała się” z autentyczną opozycją – organizacjami niepodległościowymi i zbrojnym podziemiem, dokonując ich fizycznej „likwidacji”. Wart odnotowania jest fakt, że doświadczenia sowieckie z operacji „Trust”, bezpieka wykorzystała w 1948 roku do likwidacji Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, tworząc tzw. V komendę WiN, kryptonim "Muzeum". Przy pomocy przewerbowanych oficerów WiN i AK - oraz w większości nieświadomych mistyfikacji - szeregowych członków organizacji, utworzono komendę – dowództwo, na czele której stanął niezidentyfikowany oficer AK o pseudonimie "Kos" Bezpieka podjęła także "grę wywiadowczą" z wywiadami państw zachodnich - amerykańskim i brytyjskim - przyjmowano przesyłanych z zachodu drogą lotniczą i morską agentów, dolary, tonę złota, nowoczesny sprzęt łączności (w tym 17 radiostacji), wysyłając w zamian fałszywe informacje oraz emisariuszy i kurierów a także ludzi na przeszkolenie wywiadowcze i dywersyjne.

Analogia z operacją „Trust” jest ewidentna i wynika w równym stopniu z obecności sowieckich doradców, jak z faktu, że „polska” bezpieka od samego początku stanowiła jednolite ogniwo w megasłużbach komunistycznego imperium. Wkrótce zatem – zgodnie z logiką moskiewskiej strategii - należało spodziewać się podjęcia dalszych operacji dezinformacyjnych - w tym wykreowania własnego ruchu dysydenckiego.

Choć przyjęto używać zamiennie określeń dysydent – opozycjonista, warto zauważyć, że etymologia łacińskiego słowa dissidens, dissidentis, pochodzącego od dissidēre, oznacza „siedzieć po przeciwnej stronie” „nie zgadzać się”, podczas gdy oppositio (opór) i opponens, opponentis pochodzi od opponere - czyli „przeciwstawiać się”, „narażać się”. (za W.Kopalińskim) Dysydentem zatem będzie „różnowierca, innowierca; odszczepieniec; odstępca od dogmatów kościoła panującego”, opozycjonistą zaś, „przeciwnik, ten kto przeczy, przeciwstawia się”. Rozróżnienie to wydaje się o tyle istotne, że w przypadku ruchów dysydenckich, inspirowanych przez komunistów mamy zawsze do czynienia z ludźmi, którzy kwestionowali, w mniejszym lub większym stopniu, (w zależności od radykalizmu) dogmaty partii komunistycznej, lecz wywodzili swoje racje z ideologii marksistowskiej. Co znamienne – żaden z dysydentów, bez względu na to, jak dalece w swoich odstępstwie od doktryny by się nie posunął, nie odrzucał samej doktryny, przynajmniej w tym zakresie, w jakim on sam, uznawał swoje mniemania za identyczne z komunizmem.

W doskonałym eseju Jacka Bartyzela – „O fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej apologetyki” znajdziemy wyczerpujący opis „fenomenu opozycji w stosunku do grupy rządzącej PRL”. Autor pisze m.in.:

„Ażeby zrozumieć naturę i sens tej opozycji należałoby prześledzić całą (w tym „sekretną”) historię marksizmu i międzynarodowego ruchu komunistycznego, zwłaszcza pod kątem jego głównego wewnętrznego, od końca lat 20., pęknięcia na nurt stalinowski i trockistowski oraz ze szczególnym uwzględnieniem frakcyjnych kłótni i dintojr w obrębie jej „polskiego” (terytorialnie) sektora, od SDKPiL, poprzez KPRP i KPP (nie zapominając o KPZU i KPZB), dalej Centralne Biuro Komunistów Polskich i PPR, aż po PZPR”.

Definiując dysydenta tzw opozycji demokratycznej, Bartyzel napisał :

„To działacz na ogół wyrzucony za nieprawomyślność z kompartii (zauważmy, że nawet w tych „ucukrowanych” biografiach „ojców wolnej Polski”, od Kuronia po Kołakowskiego, wylanie ich z PZPR traktuje się jako uczynioną im wielką krzywdę!), znacznie rzadziej występujący sam, któremu socjalizm taki, jakim go widzi (często zupełnie trafnie), socjalizm realny, coraz mniej przestaje się podobać; który odmawia legitymizacji swoim dawnym towarzyszom, nadal rządzącym; który wreszcie zaczyna wątpić i krytykować ten lub ów „dogmat” diamatu i histmatu, analizować kto, kiedy i dlaczego popełnił błąd doktrynalny, a w konsekwencji reinterpretować doktrynę wedle własnego poglądu i gustu. Potem rozgląda się w poszukiwaniu podobnie myślących lub gotowych przyjąć jego interpretację i zaczyna „działać”. Jak by jednak dysydent daleko nie zaszedł w rewizji obowiązującej wykładni doktryny, czego by nie zakwestionował, to przecież nie oznacza to utraty wiary. Owszem, dysydent może zabrnąć w swojej herezji niesłychanie daleko, ale zawsze pozostaje jakieś nienaruszalne residuum doktrynalne, jakaś najwątlejsza choćby lina, trzymająca go na uwięzi wiary. Może on zwątpić nie tylko w geniusz Stalina, ale i Lenina – zachowa wiarę w Marksa. Zwątpi w „starego Marksa”, opętanego złym duchem Engelsa – zachwyci go humanizm „młodego Marksa”. A jeśli i nawet ten zblednie, to jakże regenerujący wiarę wyda mu się podniecający zastrzyk „zerotyzowanego” neomarksizmu Marcuse’a. Przestanie mówić o walce klas, ale wiara w mesjańską rolę klasy robotniczej nigdy w nim do końca nie wygaśnie. Dojdzie wreszcie nawet do tak przerażającego odkrycia, że kolektywistycznego raju wolnych wytwórców nigdy nie da się urzeczywistnić, ale przecież wciąż będzie wierzył w moralną przynajmniej wyższość socjalistycznego projektu nad egoizmem własności prywatnej i ohydą dzikiego kapitalizmu. To nieutracalne residuum, o którym przed chwilą wspominałem, oznacza zatem zatrzymanie się przynajmniej na pozycjach łzawego, humanitarystycznego socjalizmu à la Jaurès. Jak w tym sławnym ongiś wierszyku o niemożliwych panach inteligentach Wiktora Woroszylskiego, który przecież liczni dysydenci uważali za wybornie oddający ich stan ducha, gdzie „doktor Marks” jest jednym z dobroczyńców ludzkości, jak lekarz trędowatych, doktor Schweitzer, tyle że lekiem na choroby człowieka przezeń przyniesionym jest teoria wartości dodatkowej”.

Gdzież zatem w polskiej rzeczywistości szukać genezy tego zjawiska i w jakim czasie umiejscowić historyczny początek fałszywych ruchów dysydenckich? Czy istniało środowisko, w którym można byłoby wyodrębnić wszystkie, powyżej wskazane elementy ?

„W moim przekonaniu rewolucje w Europie Wschodniej zostały zaplanowane ze znacznym wyprzedzeniem przez KGB i utajnioną komórkę działającą w obrębie Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, w bezpośrednim związku z wielką strategią opracowaną pod koniec lat 50. przez komitet sowieckich strategów, działający pod kierownictwem Leonida Breżniewa (w którego składzie był m.in. Generał KGB, Nikołaj Mironow, miłośnik starożytnej Sztuki Wojennej Sun Tzu). Realizacja nowej strategii związana była z przeświadczeniem, że po śmierci Stalina niezbędne są gruntowne reformy systemu, które pozwolą na jego przetrwanie. Starannie przygotowane zmiany miały być przeprowadzone przez tajne struktury KGB, a jednym z najistotniejszych punktów było wykorzystanie ruchu dysydenckiego, który mógłby być zaakceptowany przez Zachód” - pisał Jeff Nyquist, wyznaczając (za Golicynem) lata 50-te, jako okres, w którym należy rozpocząć poszukiwania.

Przyjrzyjmy się zatem zjawisku, które historyk Andrzej Friszke nazwał „jasnym światełkiem w pejzażu PRL”. W 149 numerze paryskich "Zeszytów Historycznych" z 2004 roku, to właśnie Andrzej Friszke opisał początki działalności Klubu Krzywego Koła. „To wyjątkowe - pisze Friszke - w skali całego obozu socjalistycznego legalne forum debaty ideowo-politycznej było u zarania w 1955 r. "nie tylko kontrolowane, ale też inspirowane przez aparat bezpieczeństwa".

Dowiadujemy się, że w 1955 r.,gdy już rozwijała się "odwilż", ludzie związani z komunistycznym aparatem władzy - głównie Ewa i Juliusz Garzteccy oraz Stefan Król - założyli Klub Krzywego Koła, by poddać kontroli rozdyskutowane środowiska młodej inteligencji. Swoje pomysły konsultowali z władzami, otrzymywali polecenia i składali meldunki, a na działalność klubu błogosławieństwa udzielił sam Jakub Berman. Zdaniem Friszkego dokumenty odnalezione w IPN potwierdzają tę tezę. Garzteccy byli członkami partii komunistycznej. Ponadto Garztecki pracował w zbrodniczej Informacji Wojskowej. Wśród założycieli Klubu znalazły się również osoby związane z samym Komitetem Centralnym PZPR. Gdy pod koniec działalności Klubu jego członkowie poprosili prof. Stefana Żółkiewskiego o wzięcie udziału w jakiejś inicjowanej przez Klub akcji, odmówił, mówiąc: "Nie będę nawet o słuszne cele jednoczył się z policją". Aleksander Małachowski przyznawał w swoich wspomnieniach, że wiele osób twierdziło w tamtych latach, iż "sponsorem politycznym Klubu był Komitet Centralny PZPR”.

Klub skupiał ówczesną elitę intelektualną, a prowadzone w nim dyskusje dotyczyły m.in. problematyki kulturowej, politycznej, filozoficznej, artystycznej i ideologicznej. Wśród osób uczestniczących w zebraniach znajdziemy niemal wszystkie znaczące postaci tzw. opozycji demokratycznej: Jana Józefa Lipskiego, Aleksandra Małachowskiego, Witolda Jedlickiego, Stanisława Ossowskiego, Pawła Jasienicy, Antoniego Słonimskiego, Władysława Bartoszewskiego, Jana Olszewskiego, Leszka Kołakowskiego, Ludwika Hassa, Anielę Steinsbergową, Karola Modzelewskiego, Jana Strzeleckiego, Annę Rudzińską, Jacka Kuronia i Adama Michnika, ale także Jerzego Urbana – by wymienić tylko niektórych.

Dlaczego właśnie Klub Krzywego Koła? Otóż, nie tylko i nie głównie z powodu, że został „zainspirowany” przez bezpiekę i działał pod egidą Komitetu Centralnego. Przyczyny są znacznie głębsze. Tezę, że stanowił on niemal modelowy przykład, działań podjętych przez partię komunistyczną w ramach strategii podstępu i dezinformacji, spróbuję wykazać w kolejnej części.

Przesłanką, która łączy ten odległy czas z latami 80-tymi i polską drogą do „historycznego kompromisu”, niech będą słowa jednego z mniej znanych dyskutantów Klubu Krzywego Koła. W artykule „Bój o legendę "Solidarności" dr Jan Ryszard Sielezin, opisując rozmowy stoczniowców z ekipą rządową podczas strajków w roku 1980, zauważył: „Strona partyjno-rządowa była jednak wyraźnie zadowolona z pracy ekspertów MKS i już wówczas uważała, że powołanie tej grupy doradców "stwarza perspektywę porozumienia" na warunkach na ogół korzystnych dla partii. Ekspert strony rządowej Antoni Rajkiewicz pisał w 1990 r.: "Skład grupy doradców Komitetu strajkowego zdaje się wskazywać, że można liczyć na kompromisy (...) po drugiej stronie mogą siedzieć znajomi, z którymi spotykałem się w Klubie Krzywego Koła czy też w grupie Doświadczenie i Przyszłość".

CDN…

Źródła:

Anatolij Golicyn – Nowe kłamstwa w miejsce starych” – str.329-350

J.Bartyzel - http://www.polskiejutro.com/art.php?p=8689

http://wydawnictwopodziemne.com/2007/09/30/odpowiedz-na-ankiete-2/

http://wyborcza.pl/1,75515,2443926.html

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20070831&id=my21.txt

niedziela, 8 lutego 2009

NIE BÓJCIE SIĘ ŚWIĘTOŚCI KSIĘDZA JERZEGO

Mogliśmy się niedawno dowiedzieć, że za sprawą osobistej interwencji Benedykta XVI przebieg procesu beatyfikacyjnego ks. Jerzego Popiełuszki uległ przyspieszeniu. Zdaniem delatora procesu – ks. Hieronima Fokcińskiego, inicjatywa papieża wynika z faktu, że odbyło się już posiedzenie komisji teologów w tej sprawie. Teraz wyniki postępowania trafią do kardynałów, a wynik ich dyskusji przekazany zostanie papieżowi. Jeżeli będzie pomyślny, Benedykt XVI wyda zgodę na ogłoszenie dekretu o męczeństwie Kapelana „Solidarności”. Jednocześnie lub wkrótce potem ustalona zostanie data Jego beatyfikacji.

Informacja ta wywołała obawy, że zamknięcie procesu kanonicznego zostanie wykorzystane jako pretekst do definitywnego zakończenia śledztwa, w sprawie zabójstwa księdza oraz uniemożliwi ustalenie wszystkich sprawców i współsprawców zbrodni. Tym samym – nigdy już nie uda się zakwestionować wersji zdarzeń zatwierdzonej w procesie toruńskim.

Wiemy, że wśród ludzi Kościoła dość powszechny jest pogląd, jakoby ustalenia prokuratora Witkowskiego i innych osób, domagających się weryfikacji oficjalnej, stworzonej przez policję polityczną PRL wersji wypadków z października 1984 roku, stanowiło działanie na szkodę Kościoła i opóźniało proces beatyfikacyjny księdza Jerzego. Pojawiają się też głosy sugerujące, jakoby wszelkie odstępstwa od ustaleń sądowych, były inspirowane przez środowiska wrogie Kościołowi. Postulator procesu beatyfikacyjnego, ks. Tomasz Kaczmarek wielokrotnie miał twierdzić, że „można się domyślać sił, stojących za nagłośnieniem, burzących ustalony w 1985 r., podczas pamiętnego procesu toruńskiego, klarowny obraz porwania i morderstwa: - W tę sprawę zaangażował się „Polsat” i „Wprost”, chyba nie muszę nic więcej dodawać...” – twierdził ks.Kaczmarek.

Warto wspomnieć, że wcześniej w „Gazecie Wyborczej” pojawiła się oszczercza notatka autora anonima, sugerująca, że Andrzej Witkowski i Wojciech Sumliński działają na zlecenie... Piotrowskiego, by wybielić morderców. Gdy prokurator Witkowski skierował przeciwko GW zawiadomienie o przestępstwie znieważenia prokuratora, pojawiła się jej łagodniejsza wersja, że obaj dali się złapać na esbeckie fałszywki.

Jeśli nie ma pewności, kiedy i w jakich okolicznościach zmarł ani kto go zabił, jeżeli nie wiemy, czy torturami nie zmuszono go na przykład do zaparcia się wiary, to takie wątpliwości mogą poważnie opóźnić przebieg procesu. To każe stawiać raz jeszcze pytania o motywację autorów ostatnich rewelacji. Czy chodzi o prawdę? Czy o szukanie nowinek za wszelką cenę? To drugie byłoby nikczemnością.” – twierdził ks. prof.dr hab. Zygfryd Glaeser z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Opolskiego w odpowiedzi na pytanie - na ile pogłoski, że ks. Popiełuszko był w radzieckiej bazie torturowany i - być może - zmuszany do jakichś słów lub czynów, mogą opóźnić proces beatyfikacyjny?

Spotkałem się z ważnymi ludźmi Kościoła, którzy prosili mnie, by sprawy już nie ruszać, bo to tylko może opóźnić proces beatyfikacji, a chyba wszystkim zależy, by nastąpiła ona jak najszybciej – mówił przed dwoma laty Wojciech Sumliński. W swojej książce „Kto naprawdę Go zabił” dziennikarz napisał: „Dociekanie prawdy w okresie poprzedzającym wyniesienie księdza Jerzego na ołtarze w opinii „autorytetów” (czyli tych, którzy utraty autorytetu się obawiają), a także niektórych przedstawicieli duchowieństwa, mogłoby zostać ocenione jako uderzenie w proces beatyfikacyjny. Świadczyć o tym może m.in. reakcja księdza Andrzeja Przekazińskiego, który pytany o wydarzenia sprzed dwudziestu jeden lat, odpowiada krótko:”Rozgrzebywanie tej sprawy może zaszkodzić procesowi beatyfikacyjnemu”. Z kolei odkrywanie prawdy po wyniesieniu księdza Jerzego na ołtarze niechybnie zostałoby uznane za podważenie samej beatyfikacji. Kto wówczas, wobec argumentów tak poważnych, ośmieliłby się powrócić do tej sprawy?”

W licznych tekstach na temat „mordu założycielskiego III RP” przypominałem, że wszelkie próby wyjaśnienia prawdziwych okoliczności tego zabójstwa były i są skutecznie blokowane. W niewyjaśnionych okolicznościach ginęli świadkowie, innych zastraszano i nakłaniano do milczenia. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę bezpieki nazwano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się sprawą, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano Wojciecha Sumlińskiego. To przy „okrągłym stole”, na mocy porozumienia z komunistami, postanowiono, że faktyczni decydenci tego mordu (jak i setek innych) pozostaną bezkarni. Ta haniebna zasada obowiązuje nadal, czego dowodem są dzieje śledztwa w sprawach księdza Jerzego, ks.Suchowolca czy ks.Zycha oraz wielu innych zbrodni komunistycznych.

Czy rzeczywiście, wyniesienie księdza Jerzego na ołtarze będzie równoznaczne z kategorycznym zamknięciem sprawy i musi oznaczać, że nigdy nie poznamy prawdziwych okoliczności tego mordu, jego sprawców i inspiratorów? Czy musimy obawiać się tej beatyfikacji, niczym upiornego dzieła, które sprawi, że świętość kapłana zostanie okupiona prawdą o Jego śmierci?

Myślę, że takie obawy znajdują przyczynę w pewnym zamęcie pojęć i porządków i choć są wyrazem usprawiedliwionych obaw i naturalnego pragnienia sprawiedliwości, wynikają też z niezrozumienia – czym jest proces beatyfikacyjny i jakie znaczenie będzie miał dla Polaków fakt wyniesienia księdza Jerzego na ołtarze. Warto też zastanowić się – na ile głosy niektórych przedstawicieli Kościoła, potępiające próby dotarcia do prawdy, łączące z tym dążeniem zarzut działania na szkodę Kościoła i procesu beatyfikacji, wynikają z troski o przebieg tego procesu, na ile zaś mogą być inspirowane racjami politycznymi i zamiarem ukrycia prawdy?

Jako zupełny laik z zakresu prawa kanonizacyjnego, nie jestem oczywiście uprawniony do rzeczowej polemiki z tezami teologów i znawców przedmiotu. Są wszakże ogólnie dostępne dokumenty oraz wypowiedzi, które pozwalają w innym świetle spojrzeć na problem. Poszukując ich, trafiłem na opracowanie księdza Arkadiusza Damaszka SDB z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, zatytułowane „Współcześni męczennicy za wiarę – Wymagania procesu kanonizacyjnego”. Jak pisze autor : „Niniejsze opracowanie ma na celu rozważenie męczeństwa w odniesieniu do norm prawa kanonicznego, które regulują przebieg procesu kanonizacyjnego. Najważniejszymi dokumentami w tym zakresie są: konstytucja Jana Pawła II Divinus perfectionis magister oraz Normy Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, oba akty prawne z 1983 r.” W rozdziale „Męczeństwo-Elementy kanoniczne” autor pisze m.in.: „Do zaistnienia męczeństwa za Chrystusa, konieczny jest prześladowca. Jest on osobą fizyczną lub prawną, która zadaje śmierć ze względu na nienawiść do wiary. Prześladowca działa bezpośrednio sam lub zleca tę czynność innej osobie.[…] Prześladowcą mogą być systemy społeczno-polityczne wraz z wrogim religii ustawodawstwem, administracją i sądownictwem. Również terrorystyczna działalność niektórych partii komunistycznych wpisuje się w koncepcję zbiorowego prześladowcy […] Tym niemniej, należy, o ile to tylko jest możliwe, wskazać konkretne osoby bezpośrednio odpowiedzialne za śmierć męczennika”.

Jako kolejny element konieczny w koncepcji męczeństwa, autor wymienia fakt śmierci fizycznej (naturalnej i realnej) i pisze: „Fakt śmierci należy ocenić we wszystkich jego okolicznościach, wraz ze wskazaniem jej dokładnej daty”. Z całości wywodu jednoznacznie wynika, że Kościół nie traktuje wskazania daty śmierci jako warunku koniecznego dla ustalenia faktu męczeństwa.

Następnym ważnym elementem męczeństwa jest przyczyna. Odpowiedź na pytanie, dlaczego osoba została zamordowana, sprowadza się do przestrzeni wiary lub określonej cnoty. Prześladowca działa z nienawiści do wiary, do dobrego dzieła lub określonej cnoty. Wskazanie tak zdefiniowanej przyczyny wynika z brzmienia wyroku skazującego, dialogów oprawcy z męczennikiem i innych okoliczności śmierci. Nienawiść do wiary ujawnia się w momencie męczeństwa lub też może być wpisana w system ideologiczny. Udowodnienie nienawiści do wiary u prześladowcy stanowi niewątpliwie najistotniejszy problem spraw najnowszych męczenników. Trudność ta odnosi się m.in. do systemów totalitarnych. W trakcie poszczególnych procesów kanonizacyjnych wykazano, że nienawiść do wiary dotyczyła konkretnych zagadnień, jak np. stanu kapłańskiego, misji duszpasterskiej, prawa do życia. Należy odróżnić nienawiść prześladowcy od sporów i różnic politycznych. Choć można stwierdzić ogólnie, że systemy: nazistowski i stalinowski były zbrodnicze, to jednak każdy fakt męczeństwa należy zbadać indywidualnie oraz zweryfikować motywację po stronie zadającego śmierć. Mogą wystąpić różne przyczyny, ale o męczeństwie mówimy, kiedy nienawiść do wiary jest elementem przeważającym”.

Ten fragment opracowania cytuję obszernie, mając na uwadze, że niezależnie od przebiegu zdarzeń, które doprowadziły do męczeńskiej śmierci księdza Jerzego, jej autentyczną i niepodważalną przyczyną była nienawiść. Do wiary, Kościoła, człowieka, prawdy. Nienawiść podniesiona do rangi systemowego fundamentu.

Jako ostatni „składnik kanonicznej koncepcji męczeństwa” ksiądz Damaszek wymienia osobę umęczoną za wiarę. „Męczennik, powodowany miłością do wiary, powinien akceptować zadaną mu śmierć. Jest to akt ludzki. Niekiedy następuje faktyczne wyznanie wiary przed śmiercią. W innych sytuacjach nie ma bezpośredniego słownego przyznania się do Jezusa, ale życie męczennika i okoliczności śmierci wskazują na oddanie życia dla Boga”.

Ktokolwiek znał księdza Jerzego lub potrafi odczytać Jego życie i słowa, nie może mieć wątpliwości, że swoją posługą wypełnił tę dyspozycję.

Z cytowanego powyżej opracowania, (do którego całościowej lektury zachęcam) można wnioskować, że ewentualne ustalenie, (w drodze procesu karnego) innej niż obecnie daty śmierci księdza Jerzego lub nawet wskazanie innych sprawców, nie może stanowić istotnej przeszkody w procesie beatyfikacyjnym. W żaden sposób, bowiem potencjalne, nowe ustalenia nie podważają faktu męczeńskiej śmierci za wiarę, a tylko ta okoliczność ma zasadnicze znaczenie.

Ważniejsze wszakże, od moich dyletanckich rozważań są słowa hierarchy Kościoła, którego głosu nie sposób pominąć.

Nawet jeśli znajdą się dowody, że ks. Popiełuszko zginął później niż 19 października, nie przeszkodzi to beatyfikacji”. Taką opinię wyraził w październiku ubiegłego roku abp. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. I dodał: „Moment śmierci jest ważny, ale nie najważniejszy. Ważne są przede wszystkim szczegóły męczeństwa, a te są znane i opisane”. Słowa te zostały wypowiedziane w reakcji na hipotezy prokuratora Andrzeja Witkowskiego, jakoby ks. Popiełuszko zginął 25 października. „Jeśli komuś udałoby się to udowodnić, prowadzący proces beatyfikacyjny musieliby uzupełnić dokumentację. Ale ani ewentualna inna data śmierci, ani nieznajomość zabójców nie byłyby przeszkodą w dokończeniu procesu, gdyż mordercą ks. Jerzego był cały system, który działał z nienawiści do wiary” – stwierdził arcybiskup.(podr..moje)

Ten sam sens, wynika z niedawnej wypowiedzi abp.Nycza . Na pytanie: „Istnieje powszechne przekonanie o męczeństwie ks. Jerzego Popiełuszki. W Polsce podniosły się jednak głosy mówiące o tym, że nie wszystkie okoliczności śmierci ks. Jerzego zostały wyjaśnione. Czy zdaniem Księdza Arcybiskupa może to wpłynąć na proces beatyfikacyjny? – metropolita warszawski odpowiedział:

Będziemy to obserwować i będziemy do dyspozycji, jeśli chodzi o uzupełnianie czy odpowiadanie na wszelkie pytania, które by się pojawiły. Teraz IPN opracowuje dwutomową książkę, wielkie dzieło na temat ks. Popiełuszki – tyle jest materiału. Myślę, że kwintesencję tego wszystkiego, dzięki życzliwości IPN, zawarliśmy już w dotychczasowym procesie. Nie powinno się zdarzyć nic nowego. Natomiast jeśli chodzi o sam moment czy sprawców męczeństwa, którzy dokonali go w 1984 r., to sądzę, że istotną rzeczą jest tutaj to, iż cały system był przeciwny, miał w sobie odium fidei. I ks. Popiełuszko, który działał jako człowiek Ewangelii i nauki społecznej Kościoła, który stosował zasadę: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”, stał się ofiarą tego sytemu i nie ma wątpliwości, że z punktu widzenia podmiotowego było to męczeństwo za wiarę i w obronie godności człowieka, która jest także umocowana w Ewangelii.[…]”

Odnosząc się do doniesień prasowych na temat śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, arcybiskup Nycz wyraził nadzieję, że beatyfikacja będzie możliwa bez względu na to, jaka data zgonu zostanie potwierdzona. Zauważając, że część dokumentów jest w Moskwie, metropolita powiedział, że Kościół nie będzie czekał "aż komunizm w stolicy Rosji upadnie". Zaznaczył też, że najważniejsze jest to, iż ksiądz Popiełuszko poniósł śmierć męczeńską za wiarę.

Można pytać, – dlaczego zatem istnieją tak poważne rozbieżności w opiniach, związanych z wpływem nowych ustaleń na proces beatyfikacyjny? Czy ludzie Kościoła, (ale też wielu świeckich) rozpowszechniający pogląd, jakoby poszukiwanie prawdy o zabójstwie szkodziło beatyfikacji działają w dobrej wierze, czy wykorzystują ten argument, by uciszyć głosy podważające „wersję toruńską”? Trzeźwy głos abp. Nycza zdaje się podważać twierdzenia tych osób i nakazuje z wielką rezerwą odnosić się do intencji autorów.

Szkodliwość argumentacji użytej przez obrońców „ustaleń toruńskich” oraz szczególna perfidia tego motywu, wiąże się z pogwałceniem powszechnie obowiązującej zasady etycznej, zgodnie z którą poszukiwanie prawdy zawsze prowadzi do dobra. Dlatego też, nigdy prawda nie może być przeszkodą dla świętości, a jej poszukiwanie nie stoi w sprzeczności z prawem kanonizacyjnym.

W roku 1997 w Krakowie, Jan Paweł II wypowiedział do ludzi nauki słowa, które trzeba odczytać również w kontekście wypowiedzi negujących sens poszukiwania prawdy o zabójstwie:

Jak ważne jest, by ludzka myśl nie zamykała się na rzeczywistość Tajemnicy, by człowiekowi nie brakło wrażliwości na Tajemnicę, by nie brakowało mu odwagi pójścia w głąb!”

Wymiar Tajemnicy nie dotyczy wyłącznie kwestii teologicznych, bądź filozoficznych. Odwaga „pójścia w głąb”, wola stawiania trudnych pytań, poszukiwania na nie odpowiedzi – to również zmaganie się z tajemnicą zbrodni - szczególnie, gdy przykrywa ją wieloletnia warstwa kłamstw i manipulacji. Tchórzliwa ochrona tajemnicy, pod pozorem troski o Kościół będzie zawsze świadectwem ludzkiej ułomności – nigdy zaś – dowodem mądrości i wiary.

Myślę, że nie wolno bać się beatyfikacji księdza Jerzego, że ten akt świadectwa męczeństwa nie może kolidować z wymogiem szukania prawdy i nie stanie na przeszkodzie w jej odkryciu. Wbrew woli establishmentu III RP, wbrew nieszczerym intencjom fałszerzy – ta prawda zostanie ujawniona.

Wyniesienie na ołtarze, kanoniczne potwierdzenie świętości, byłoby największym darem w 25 –lecie śmierci Kapłana. Darem dla całej Polski. Nawet, jeśli podczas uroczystości beatyfikacyjnych obecni będą ludzie chroniący faktycznych morderców i mocodawców, gdyby nawet oni sami próbowali wykorzystać świętość księdza Jerzego, by na zawsze ukryć swój udział w zbrodni – w niczym nie zmieni to faktu, że Kapłan - męczennik stanie się Patronem nowej, wolnej i solidarnej IV Rzeczpospolitej.

„To, co teraz pozostaje do zrobienia dla ludzi w Polsce i czcicieli ks. Jerzego, bo kult naprawdę jest wielki, to modlitwa o rychłą beatyfikację i o to, byśmy jako Polacy otrzymali jak najszybciej taki przykład i wzór, i takiego orędownika, jakim jest ks. Jerzy Popiełuszko” – mówił niedawno abp. Nycz.

Wiem, że ksiądz Jerzy, jako patron Polski, patron „Solidarności” pomoże nam znaleźć prawdę. Również tę o swojej śmierci.

Źródła:

http://cogito62.salon24.pl/99525.html - GRA ZBRODNIĄ - ZDŁAWIONE ŚLEDZTWO

http://cogito62.salon24.pl/99805.html - GRA ZBRODNIĄ - FAŁSZERZE Z WSI

http://cogito62.salon24.pl/98523.html - CZY III RP ZACZĘŁA SIĘ NAD GROBEM KSIĘDZA POPIEŁUSZKI?

http://cogito62.salon24.pl/101295.html - DLACZEGO TAK TRAKTUJECIE KSIĘDZA JERZEGO?

Wojciech Sumliński – „Kto naprawdę Go zabił” – Rosner i Wspólnicy Warszawa 2005 str.197

http://www.seminare.pl/25/05-Damaszk.pdf

http://www.ipn.gov.pl/wai/pl/18/8212/PRZEGLAD_MEDIOW__22_pazdziernika_2008_r.html

http://duchowy.pl/content/view/2938/84/

http://www.polskieradio.pl/iar/wiadomosci/artykul71922.html