piątek, 30 stycznia 2009

KONTRAKT „ZBIORÓW PRYWATNYCH”

Każdemu, co mu się należy - suum cuique – jak twierdzili Starożytni. Zatem i obrońców każdy ma takich, na jakich zasługuje. Dlatego niespecjalnie zdziwiło mnie oświadczenie ppłk Edwarda Kotowskiego, który występując w obronie dobrego imienia abp. Józefa Kowalczyka napisał: „Abp. J. Kowalczyka będę bronić z całych sił, nawet przed sądem, bo ja znam pełną prawdę o tym, że nasza znajomość miała tylko i wyłącznie naturalny charakter służbowy, wynikający z powierzonych nam przez nasze zwierzchnie władze stanowisk, a rozmowy które prowadziliśmy służyły rozwijaniu bilateralnych stosunków polsko-watykańskich i służyły normalizacji stosunków Państwo-Kościół w Polsce, co ostatecznie się stało".

Zaskakujący natomiast, może okazać się brak reakcji hierarchów Kościoła na głos tego właśnie obrońcy. Jak dotychczas bowiem, nic nie wskazuje, by wypowiedź pana doktora Kotowskiego ( tak obecnie tytułuje się „Pietro”) została odebrana jako „niedźwiedzia przysługa”.

A przecież obrony kontaktu informacyjnego „Cappino” podjął się nie byle kto, bo jeden z najważniejszych „specjalistów” esbeckich ds. watykańskich.

Edward Kotowski zaczynał swoją karierę w policji politycznej PRL od pracy w Departamencie IV MSW, zajmując się „rozpracowywaniem” duchowieństwa najpierw w Olsztynie, a później w Warszawie. W październiku 1978 r., a więc kiedy rozpoczął się pontyfikat Papieża Polaka, por. Kotowski został przez kierownictwo MSW przekazany z pionu czwartego do pierwszego, czyli do tzw. wywiadu PRL. Jego wyjazd do Rzymu nastąpił pod dyplomatycznym przykryciem, czyli esbek oficjalnie pracował w ambasadzie jako II sekretarz, któremu podlegały m.in. wszystkie sprawy konsularne. Kotowski był także pracownikiem Zespołu ds. Stałych Roboczych Kontaktów między Rządem PRL a Stolicą Apostolską. Głównym zadaniem „Pietra” (pod takim pseudo pracował Kotowski) w Rzymie była praca operacyjna ze źródłami informacyjnymi przekazanymi przez Departament IV MSW, pion R, i pozyskiwanie nowych agentów, lub przejmowanie agentów przekazanych mu przez pion IV z Warszawy. Jego pracę w Warszawie nadzorował naczelnik Wydziału XVI departamentu I MSW, płk Kazimierz Walczak. Kotowski zakończył pracę w Rzymie w styczniu 1984 r., już w randze kapitana. Nie wrócił jednak w szeregi SB, lecz został przeniesiony do Urzędu do Spraw Wyznań. Tam zakończył karierę w stopniu majora, na etacie niejawnym jako starszy inspektor, realizując na rzecz Departamentu IV „ważne zadania z zakresu problematyki wyznaniowej ze szczególnym uwzględnieniem odcinka watykańskiego”.

„Pietro” był tzw. oficerem prowadzącym trzech, niezwykle ważnych informatorów bezpieki: „Fermo” – Juliusza Paetza, „Cappino” – Józefa Kowalczyka i „Proroka” – którego personaliów jeszcze nie znamy. O tym ostatnim, ksiądz Tadeusz Isakowicz Zaleski, który natrafił na dokumenty potwierdzające działalność tego „kontaktu informacyjnego”, napisał dziś na swoim blogu, że był najgroźniejszym z agentów działających w Watykanie. Dokonania agenta „Proroka” SB oceniała bardzo wysoko. W jego charakterystyce za lata 1983 – 1984 czytamy: „W okresie podlegającym niniejszej ocenie źródło „Prorok” przekazało ogółem 246 materiałów i informacji depeszowych, z których wykorzystano 97, w tym w informacjach dla kierownictwa partyjno-rządowego (KPR) 66. Najwięcej informacji dotyczyło problematyki watykańskiej (112, z których 39 wykorzystano w opracowaniach dla KPR). Materiały te pogłębiały i rozszerzały nasze rozeznanie, przy czym dotyczy to zwłaszcza tych informacji, które relacjonowały przebieg i rezultaty wizyt członków Episkopatu Polski w Watykanie”. W analogicznej ocenie dotyczącej działalności KI „Prorok” w latach 1985 – 1987 czytamy, że źródło to „przekazało ogółem 405 informacji, z których aż 195 stanowiło podstawę do opracowania samodzielnych bądź zbiorczych opracowań. 73 materiały zostały ocenione jako wartościowe, a 2 jako bardzo wartościowe”. Dotyczyły one m.in. „polityki wschodniej Watykanu, stosunków państwo – Kościół i Watykan – PRL”.

Trzeba pamiętać, że tzw. wywiad PRL – Departament I MSW, był strukturą całkowicie podporządkowaną służbom sowieckim, a wszystkie informacje zdobyte przez watykańską placówkę były natychmiast przekazywane wywiadom Układu Warszawskiego i KGB.

W wywiadzie dla dziennika „Polska”, ksiądz Zaleski definiuje, jaki zakres informacji interesował Kotowskiego i czego dowiadywał się od swoich informatorów:

„Interesowało go, jaki jest rozkład dnia Ojca Świętego, z kim się przyjaźni, kogo przyjmuje na prywatnych audiencjach, jak się zachowuje na audiencjach prywatnych. Znalazłem nawet raport uzyskany od jednego z kontaktów informacyjnych, który opisywał wystrój pokoju prywatnego, w którym papież przebywał najczęściej. Informował bezpiekę bardzo szczegółowo, mówiąc, jaki kolor ma obicie krzesła, na którym siedział papież. Przekazywał informacje o tym, co papież najczęściej jada. Mówił bezpiece, jakie papież zażywa lekarstwa. A także skąd wyjeżdża papamobile. Podawał szczegóły dotyczące budowy auta i jego wnętrza.[…] Czy łatwiej wejść na teren Watykanu z krawatem, czy bez? Na kogo gwardia szwajcarska ma baczniejsze oko? Kiedy i które miejsca parkingowe są wolne? Co robić, gdy popsuje się watykański bankomat i wyświetlą się komunikaty po łacinie? […] Wiemy, że na długo przed zamachem „Prorok” zbierał informacje dotyczące papieża. Pracował od końca lat 70. I był w Rzymie w chwili zamachu na Jana Pawła II. To "Pietro" (Kotowski) przekazywał w swoich raportach szczegółowe informacje dotyczące papieża, uzyskane od swoich kontaktów informacyjnych. Nie zeznał jednak nigdy przed opinią publiczną, jakie metody wywiadu stosował w operacjach de facto prowadzonych przeciwko Ojcu Świętemu”. (podr. moje)

Krakowski historyk IPN, Marek Lasota w artykule „ Lustracja. Kłopoty z Judaszem”, zamieszczonym w Rzeczpospolitej z dn.25.02.2006 roku, pisząc o agenturze ulokowanej w Watykanie stwierdza: „Każda informacja, którą przekazywał tajny współpracownik, miała znaczenie. Teraz uspokajają oni swoje sumienie, powtarzając jak mantrę, że nie mówili nic istotnego. To iluzja”. I dodaje rzecz szalenie istotną: „Kwestionariusz pytań dotyczących kardynała Wojtyły, które SB zadawała swoim tajnym współpracownikom, był niezwykle wyczerpujący. Niektóre są oczywiste - jaki jest jego stosunek do ZSRR. Ale pojawiały się też takie, których sens jest zagadkowy - jakiej marki żyletek używa Wojtyła? […] Pozornie błahe informacje układały się jak puzzle. Powstawał portret figuranta. Otwierały się możliwości operacyjne - szantażu, a niekiedy nawet fizycznego unicestwienia niepokornego księdza”.

Nie trzeba chyba udowadniać, że informacje uzyskane przez tzw. wywiad PRL musiały być niezwykle przydatne w planowaniu zamachu na Ojca Świętego. W strukturze megasłużb sowieckich Departament I MSW, a w szczególności jego wydział III, prowadzący działania na terenie Watykanu, musiał cieszyć się uznaniem moskiewskich zwierzchników. Sieć agenturalna, prowadzona m.in. przez ppłk Kotowskiego stanowiła niezastąpione źródło informacji o stosunkach wewnątrz Kościoła. Żadna inna ze służb państw Bloku Sowieckiego, nie dysponowała takimi możliwościami w zakresie pracy operacyjnej na terenie Watykanu.

Wolno zatem pytać, – czy obecny „obrońca” Kościoła, na jakiego kreuje się Edward Kotowski mógł nie mieć świadomości, że zdobywane od kontaktów informacyjnych przekazy posłużyły służbom sowieckim do zorganizowania zamachu na Ojca Świętego? Czy tej świadomości mogli nie mieć „Fermo”, „Cappino” i „Prorok”? Ich współpraca z „dyplomatą” Kotowskim trwała przez całe lata 80-te.

Jeśli rozmowy prowadzone przez tego esbeka z KI „Cappino” miały służyć „rozwijaniu bilateralnych stosunków polsko-watykańskich i normalizacji stosunków państwo – Kościół w Polsce”, dlaczego dziś, gdy stosunki te są już „znormalizowane”, ppłk Kotowski nie podzieli się z historykami IPN-u i swoją wiedzą na temat działań operacyjnych prowadzonych przeciwko Janowi Pawłowi II? Brał w nich przecież czynny udział, a prowadzona przez niego agentura dostarczała Sowietom nieocenionych informacji. Czemu zatem i komu służy „specjalistyczna” wiedza pana doktora Kotowskiego? Czyż III Rzeczpospolita, utworzona na mocy porozumienia, zawartego przez szefa ppłk Kotowskiego z grupą koncesjonowanej opozycji, przy współudziale wielu hierarchów Kościoła, nie spełnia jeszcze wymagań esbeckich patriotów?

Może odpowiedź na te pytania przybliży nam publikacja sprzed 5 lat, zamieszczona w poskomunistycznym „Tygodniku Przegląd”, autorstwa Grzegorza Sołtysiaka, zatytułowana

„Jak wybrać Jaruzelskiego” Sołtysiak odkrywczo przypomina, że „ocena obrad Okrągłego Stołu i konsekwencji porozumień wzbudza wiele kontrowersji. Dla jednych była to udana próba ratowania Polski, dla innych - zmowa elit. Podobnie ocenia się wybór gen. Jaruzelskiego na prezydenta PRL.[…] Do tej pory najmniej informacji mamy na temat zachowania się w całej sprawie strony kościelnej i jej oceny obrad Okrągłego Stołu, w tym reakcji Watykanu. A przecież właśnie wtedy rozmowy z przedstawicielami Stolicy Apostolskiej były niezwykle intensywne.[…]Ostatecznie wznowienie stosunków dyplomatycznych nastąpiło 17 lipca 1989 r., nuncjuszem apostolskim w Polsce został mianowany abp Józef Kowalczyk”.

Dla zilustrowania zachowań „strony kościelnej”, autor artykułu w „Tygodniku Przegląd” cytuje dokument zatytułowany „Notatka z rozmowy z biskupem Jerzym Dąbrowskim, Zastępcą Sekretarza Episkopatu Polski, odbytej 23 czerwca, z jego inicjatywy”. To niezwykle interesujący dowód i zachęcam do jego uważnej lektury:

Warszawa, 23 czerwca 1989 r.

Notatka z rozmowy z biskupem Jerzym Dąbrowskim, Zastępcą Sekretarza Episkopatu Polski, odbytej 23 czerwca, z jego inicjatywy.

1. Nawiązanie stosunków dyplomatycznych między PRL i Stolicą Apostolską może nastąpić "w okolicach" daty 1 września 1989 r., a więc w 50. rocznicę wybuchu II wojny światowej i w tę samą rocznicę opuszczenia Polski przez nuncjusza na skutek rozpoczęcia działań wojennych. Obecnie Jan Paweł II, który sam zadecyduje o ostatecznej formule dokumentów z tym związanych, dokonuje przeglądu różnych jej wariantów.

2. O tym jednak, czy dojdzie do tego aktu we wrześniu br., zadecyduje dalszy rozwój sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. O ile dojdzie w okresie letnim do powstania realnych przesłanek rokujących "pomyślne skonsumowanie" porozumień tzw. okrągłego stołu, to wówczas niewątpliwie to nastąpi. Jeśli obecna sytuacja "charakteryzująca się tym, że najważniejsze strony tego porozumienia, tak partia, jak i "Solidarność", nie mają siły, aby je zrealizować", utrzyma się, to trzeba będzie szukać innej okazji do tego aktu. Niewykluczone jest, że wówczas sprawa przesunie się w czasie daleko, tj. do 1991 r., tj. do czwartej wizyty Jana Pawła II w Polsce w 200. rocznicę Konstytucji 3 Maja".

3. Jednym z testów dalszego rozwoju sytuacji w kraju będzie rezultat przeprowadzenia wyborów Prezydenta PRL. Kierownictwo Episkopatu uważa, że najlepszym kandydatem byłby tu Gen. W. Jaruzelski, ale pod warunkiem że wybierany byłby spośród kilku kandydatów. To ten wybór uczyni wiarygodnym. Zdaniem bp. J. Dąbrowskiego, wybór Gen. W. Jaruzelskiego jest możliwy, o ile inni kandydaci będą tak dobrani, że na ich tle ten wybór stanie się oczywistą koniecznością. Dodał, że po raz drugi partia nie może już tak się skompromitować, jak to nastąpiło podczas wyborów, i stąd ten wybór powinien być gruntownie przygotowany.

4. Stwierdził, że istotną sprawą jest wybór sposobu głosowania w tej sprawie przez Zgromadzenie Narodowe ("Jeśli np. będzie głosowanie jawne, to senatorowie i posłowie opozycyjni nie będą oddawać głosów na rzecz Generała z uwagi na wiadome zaszłości. Natomiast przy głosowaniu tajnym część z nich będzie oddawać głosy na rzecz tej kandydatury, ponieważ publicznie nie będzie wiadomo, kto jak głosował. Przy tym tajnym głosowaniu istnieje jednak ryzyko, że posłowie partyjni mogą głosować przeciwko Generałowi. Z drugiej strony, nie należy też wykluczać, że to samo zrobią oni i przy głosowaniu jawnym").

5. Stwierdził, że najważniejszą sprawą jest odbudowa partii, "która jest w stanie rozkładu i zbuntowała się przeciwko swojemu kierownictwu". ("A może trzeba ją rozwiązać i odbudować od nowa?"). Dodał, że widoczne jest to, że "obecnie toczy się rywalizacja o przywództwo w PZPR między M. F. Rakowskim a M. Orzechowskim". W odniesieniu do M. Orzechowskiego stwierdził: "Bardzo szybko przeistoczył się w superliberała. Zbyt szybko, stąd ludzie Go nie zaakceptują".

6. Nawiązując do wizyty prof. B. Geremka w Anglii, stwierdził, że popełnił on poważny błąd, zapowiadając "szybkie spotkanie M. Gorbaczowa z L. Wałęsą". ("Jest to nietakt i wobec M. Gorbaczowa, i wobec władz polskich. Widać, że B. Geremek zbyt podniecił się swoimi sukcesami").

7. Rozwój sytuacji społeczno-politycznej w kraju ocenia pesymistycznie. Przewiduje poważne napięcia jesienią tego roku na tle ekonomicznym. Uważa, że "Zachód nie spieszy się z udzieleniem Polsce pomocy, a partia, podobnie jak "Solidarność" L. Wałęsy, jak się okazuje, nie są w stanie wcielić w praktyce porozumień tzw. okrągłego stołu. Co więcej, coraz bardziej widać, że wiele sił opozycyjnych i partyjnych jest przeciwnych tej polityce. która jest rezultatem tego stołu".

Otóż ten ważny dokument, o czym dowiadujemy się z treści artykułu pochodzi „ze zbiorów prywatnych” dr. Edwarda Kotowskiego. Jak wolno przypuszczać jest tzw. dokumentem operacyjnym i został sporządzony w zakresie obowiązków służbowych ppłk Kotowskiego. Niezależnie od adresata tej notatki, jej obecność w „zbiorach prywatnych” oficera SB powinna dziwić i niepokoić. Pojawia się pytanie – jakie jeszcze dokumenty ma w swoim posiadaniu Edward Kotowski i czy zawierają równie istotne informacje o „stosunkach bilateralnych państwo – Kościół”? Na jakiej zasadzie dokumenty tej treści znajdują się w „zbiorach prywatnych”? Czy są one znane historykom IPN?

W swoim oświadczeniu, wydanym w obronie abp. Kowalczyka, napisał Kotowski m.in., że „zna pełną prawdę”. To jedyne słowa, z którymi bez zastrzeżeń się zgodzę.

Zgodzą się z nimi również ci ludzie Kościoła, którzy współpracowali z rezydentem „Pietro”, żarliwie wspierali budowę III RP i zabiegają dziś o „zabetonowanie IPN-u”. Oni wiedzą, czym są „zbiory prywatne”…

Źródła:

http://rp.pl/artykul/255044_Oficer__Pietro__broni_nuncjusza_.html

http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=1456

http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/81900,agent-prorok-szpiegowal-jana-pawla-ii-w-watykanie,id,t.html#material

ZNAMIĘ

http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=artykul&id=4785

niedziela, 25 stycznia 2009

III RP CZY „TRZECIA FAZA”? część 6 – CUI BONO?

Wśród krytyków „okrągłego stołu”, panuje niemal powszechne przekonanie, że był on rezultatem porozumienia komunistów z tą częścią środowisk opozycyjnych, która okazała się najmocniej podatna na współpracę agenturalną – co wydaje się poglądem mocno logicznym, zważywszy, że lepiej jest zawrzeć układ z kontrolowanym, obliczalnym „wrogiem”, niż z nieznanym i nieprzewidywalnym „sojusznikiem”.

Według tej opinii, podpisanie porozumień w Magdalence nastąpiło na mocy paktu, zawartego pomiędzy szefem policji politycznej – Kiszczakiem, a ludźmi, których ta sama policja predestynowała do roli swoich partnerów. Na dowód, że jest to twierdzenie prawdziwe przytoczyć można dziesiątki nazwisk tajnych współpracowników, którzy znaleźli swoje miejsce przy „okrągłym stole” lub stali się jego beneficjantami i orędownikami. Przypadek Lecha Wałęsy urasta tu do miary symbolu. Można powiedzieć, że władza komunistyczna „wyprodukowała” grupę ludzi, którzy poprzez (inspirowany zewnętrznie) proces „transformacji ustrojowej” przeprowadzili komunistów bezproblemowo z totalitarnej rzeczywistości PRL do sterowanej demokracji III RP. Doskonale ów proces przedstawia Free Your Mind, gdy w artykule - „Okrągły stół" jako legalizacja peerelu” – pisze:

„Właśnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia u schyłku peerelu - komuniści byli przestępcami, zbrodniarzami, a co gorsza, ludźmi przetrzymującymi w represyjnym systemie całe społeczeństwo polskie. O ile więc negocjowanie można było z nimi podjąć (choć może lepsze byłoby siłowe przejęcie władzy), to należało potraktować je tak, jak negocjacje z porywaczami. Tymczasem mitologia „okrągłego stołu" nie tylko przedstawia obie strony negocjacji jako „równe" czy „partnerskie", ale i legalne. „Pacta" zawarte przy „okrągłym stole" należało uznać jako zawarte ze zbrodniarzami i w bardzo specyficznym kontekście (troska o zniewolonych, przetrzymywanych bezprawnie w komunizmie, obywateli; obecność sowieckich wojsk okupacyjnych; podporządkowanie „ludowego" wojska i „ludowych" sił bezpieczeństwa Moskwie itd.). Tymczasem uznano je jako porozumienie niemalże równoprawnych stron. W ten sposób dokonano rzeczy niebywałej i skandalicznej - zalegalizowano peerel z całą jego infrastrukturą, zaś III RP konsekwentnie skonstruowano jako jego polityczno-prawną kontynuację.”

Należałoby dodać, że „legalizacji PRL-u” dokonali wyznaczeni przez komunistów „legislatorzy” – z których wielu, z partyjną i esbecką elitą łączył stosunek zależności agenturalnej.

O procesie kreowania własnej opozycji (poczynając od doświadczeń operacji „Trust”) pisze również Anatolij Golicyn i stwierdza, że powołani przez KGB i jego filie (SB, Stasi, etc.) dysydenci, powszechnie znani na Zachodzie, mieliby tworzyć niekomunistyczne partie lub organizacje opozycyjne w wypadku, gdyby system komunistyczny zaczął się rozpadać. Powołując się na przykład „Praskiej Wiosny”, Golicyn wskazywał na Dubczeka, którego odpowiednikiem w ZSRR miał być Sacharow, w Polsce zaś Wałęsa i jego środowisko doradców. Ponieważ to właśnie służby sowieckie, opanowały do perfekcji gry operacyjne z udziałem własnej agentury, byłoby rzeczą dalece naiwną uważać, że tak rozbudowana kombinacja operacyjna, jaką była polska droga do „historycznego kompromisu” mogła zostać przeprowadzona bez udziału tego elementu.

Na podstawie dzisiejszej wiedzy o przeszłości wielu, koncesjonowanych opozycjonistów mamy świadomość, że „konstruktywny” stosunek do komunizmu, dążenia integracyjne i idee porozumienia, szerzące się wśród części opozycji w latach 80 –tych, należy prędzej przypisać grom operacyjnym i wykonywaniu dyrektyw oficerów prowadzących, niż trosce o przyszłości Polski. Rzesze tajnych współpracowników, wiodących Polaków do „świetlanej” przyszłości wykonywało jedynie poruczenia szefa bezpieki i zabezpieczało przed oczami rodaków swoje zafajdane życiorysy.

Problem z oceną pojawia się wówczas, gdy mamy do czynienia z ludźmi, o których agenturalnej przeszłości nic nie wiemy – czy to z powodu braku rejestracji w archiwach policji politycznej ( co należało do praktyk, związanych ze szczególnie cenną agenturą) – czy też, z powodu zniszczenia dokumentacji w latach 1989-90. Ich zachowania w latach 80-tych, ale przede wszystkim postawa, jaką wykazują od czasu „legalizacji PRL-u” wskazuje na zamierzone i konsekwentne dążenie do porozumienia z komunistami, a po osiągnięciu tego celu – na osłonę prawną i polityczną interesów zbrodniarzy komunistycznych i peerelowskiej nomenklatury.

Mając świadomość, że nad jednostkami ulegającymi jego „urokowi”, komunizm roztacza władzę absolutną i kontrolę bezwarunkową – nie sposób wierzyć, by wszyscy opozycyjni piewcy Jaruzelskiego i Kiszczaka działali w patriotycznym lub ideologicznym porywie. Część z nich – jak wiemy to w przypadku już zidentyfikowanej agentury – wykonywała bowiem zlecone, a w najlepszym wypadku sugerowane dyrektywy. Dopiero kombinacja działalności zarejestrowanych, osobowych źródeł informacji oraz inspiracje, wynikające z aktywności wyjątkowo cennej, a głęboko utajnionej agentury, mogły dać pożądany efekt.

W tym kontekście pojawia się problem działalności agentury wpływu – problem, tym poważniejszy, że w przypadku Polski lat 80-tych, klasyfikacja tej agentury wymyka się standardowym ocenom. Definicje, które przypomniałem w poprzedniej części tego cyklu, zdają się dotyczyć agentów wpływu działających na terenie innych państw, wykonujących zadania służące interesom obcego (często wrogiego) państwa i korzystających ze wsparcia obcego wywiadu. Jeśli na podstawie tak zdefiniowanej roli agenta wpływu, zechcemy dokonać oceny działań szczególnie zasłużonych twórców „okrągłego stołu” – co do których współpracy agenturalnej archiwa milczą – pod mianem obcego państwa możemy identyfikować wyłącznie Związek Sowiecki. Na słuszność wyboru wskazuje aż nadto poszlak; począwszy od zbieżności polskich przemian z sowieckim procesem „pierestrojki”, poprzez troskliwość, z jaką niemal wszystkie ekipy III RP otaczały sowieckie interesy w Polsce (obecność wojsk okupacyjnych, bazy wojskowe, ochrona tajemnic Układu Warszawskiego, brak weryfikacji WSW/WSI, kontakty establishmentu z agentami GRU, KGB, zaniechanie dywersyfikacji surowców energetycznych, etc.), po obecną politykę wobec putinowskiej Rosji, w wykonaniu „naszych ludzi” w Warszawie. Dowodem bezpośrednio wskazującym na komunistyczne mocarstwo jest ochrona, jaką państwo zwane III RP otacza namiestników sowieckich i członków peerelowskich organizacji przestępczych, nakazując upatrywać w nich światłych europejczyków, patriotów lub „ludzi honoru” oraz ukrywanie przez to państwo szeregu zbrodni, dokonanych przez bezpiekę, na rozkaz funkcjonariuszy partii komunistycznej. Natomiast konsekwencją ugruntowanej wiedzy, że „polska” policja polityczna – (niezależnie, czy będzie to SB, Departament I MSW (wywiad cywilny), WSW czy Agenturalny Wywiad Operacyjny) – była wyłącznie przedłużeniem służb sowieckich i wykonywała dyspozycje okupanta, powinno być stwierdzenie, że współpraca z tymi strukturami była tożsama z działalnością na rzecz obcego państwa.

Zawsze zatem, gdy mamy do czynienia z aktem kolaboracji agenturalnej z policją polityczną PRL, możemy twierdzić, że w istocie chodzi o działanie na rzecz sowieckiego okupanta. Tylko semantycznemu kłamstwu, jakim od 20 lat posługuje się III RP zawdzięczamy, że ta ewidentna, logiczna i oparta na wiedzy historycznej konstatacja, wydaje się Polakom twierdzeniem obrazoburczym i przesadnym.

Pora więc, by wskazać na przykłady takich przedsięwzięć ludzi opozycji, które noszą wszelkie znamiona aktywności agentury wpływu, lecz z powodu braku jednoznacznych potwierdzeń, mogą być postrzegane w ten sposób, jedynie w kontekście finalnej oceny interesów, którym działania te służą. Podane przykłady mają wyłącznie wymiar prezentacji zjawiska i nie powinny stanowić dowodu na agenturalne zaangażowanie.

Podstawowym pytaniem, jakie warto zadać sobie w tych przypadkach, będzie zawsze pytanie – cui bono?

Z pewnością, w tę formułę można wpisać szereg publikacji zamieszczonych w prasie podziemnej, tuż po zabójstwie księdza Jerzego, nawołujących do „nieulegania prowokacji” i wskazujących na ekipę generała Jaruzelskiego, jako na ofiary walki wewnątrzpartyjnych frakcji. Siła tych argumentów, skorelowanych z oficjalną wykładnią władz komunistycznych była na tyle znacząca, że przetrwała próbę 25 lat i nadal zastępuje prawdę o zdarzeniu. Ponieważ zbrodnia na Kapelanie „Solidarności” jest „kamieniem węgielnym”, na którym zbudowano porozumienie „okrągłego stołu”, poświęciłem tej kwestii wcześniejsze teksty z cyklu „III RP czy III Faza”. Cytowane już przeze mnie, wystąpienie Wałęsy w kościele św. Brygidy w Gdańsku, czy artykuł Jacka Kuronia, zamieszczony w 107 numerze „Tygodnika Mazowsze” zawierają, w moim przekonaniu, wszelkie cechy głosów służących interesom władzy komunistycznej. Tak też zostały wykorzystane w czasach PRL-u. W szerszym tle – tym samym interesem wydawał się kierować Wałęsa, gdy od grudnia 1981 r. stanowczo odmawiał zwołania statutowych władz „Solidarności”, nawet wówczas, gdy nie groziło to już praktycznie żadnymi represjami. Obecni w kraju członkowie Komisji Krajowej bezskutecznie domagali się tego przez osiem lat (od 1987 r. zorganizowani jako Grupa Robocza KK, później w ramach Porozumienia na rzecz Demokratycznych Wyborów w NSZZ „Solidarność”). Ze strony Wałęsy padały wówczas absurdalne argumenty o „niesprawdzeniu się” członków KK, o wygaśnięciu mandatów, o „zdradzie” niektórych z nich. Wieloletnia, niezgodna ze statutem związku, współpraca Wałęsy z grupami nieformalnymi, służyła osłabieniu NSZZ Solidarność i wyeliminowaniu ze struktur decyzyjnych aktywnych i bezkompromisowych działaczy - na rzecz grupy - która zdominowała oblicze „odnowionej” „Solidarności” podczas obrad „okrągłego stołu”.

Gdy w roku 1989, nie przywrócono legalności funkcjonującemu przecież nieprzerwanie ( choć w podziemiu) związkowi, a zarejestrowano nowy, o tej samej nazwie – wieloletnie działania obstrukcyjne przewodniczącego „Solidarności” nabrały złowrogiego sensu. „Uśmiercając” na wniosek negocjatorów „strony społecznej” NSZZ Solidarność, powołano de facto do życia nowy związek, którego zadanie miało polegać na powstrzymaniu roszczeń rewindykacyjnych świata pracy. Jakże prawdziwie brzmią w tym kontekście słowa Józefa Mackiewicza, że „prowokacja polityczna to użycie najświętszych symboli narodowych i najgłębszych jego uczuć przeciwko narodowi”.

Do działań charakterystycznych dla agentury wpływu, można zaliczyć również apel działaczy opozycyjnych z października 1986 roku, gdy Lech Wałęsa, Stefan Bratkowski, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Stanisław Stomma, Klemens Szaniawski, Jan Józef Szczepański, Jerzy Turowicz i Andrzej Wielowieyski wystąpili o zniesienie przez USA sankcji gospodarczych wobec PRL. To ekonomiczne „koło ratunkowe”, rzucone ekipie Jaruzelskiego, doskonale komponowało się z polityką sowieckiej „pierestrojki” i spełniło swoją propagandową funkcję. Zniesienie w lutym 1987 roku sankcji gospodarczych, nie poprawiło w żadnym stopniu codziennej wegetacji społeczeństwa polskiego, służyło natomiast uwiarygodnieniu, wspieranej przez Sowietów ekipy generalskiej i stanowiło ważne wsparcie w negocjacjach komunistów z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym.

Innym, znamiennym przykładem, niech będzie artykuł Bronisława Geremka z jesieni 1986 roku, zamieszczony w „Tygodniku Mazowsze”. Autor, wspierając apel o zniesienie sankcji gospodarczych, wyraża opinię, że należy podjąć negocjacje z władzą za wszelką cenę, nawet bez warunków wstępnych. Czytamy:

„[...] jedynie przyjęcie takiej perspektywy stwarza szansę pozytywnych rozwiązań skierowanych ku przyszłości [...] istnieje realna potrzeba kontraktu w duchu umów posierpniowych[...] Przedmiotem porozumienia może być przyszłość gospodarki narodowej, a więc działanie na rzecz strukturalnej reformy gospodarczej, a także utrzymanie i rozszerzenie tego, co określa się mianem »polskiej swoistości«: miejsce Kościoła, nieskolektywizowane rolnictwo, aspiracje społeczne”.

Najpełniejszy wykład projektu tzw. „paktu antykryzysowego”, został dokonany przez Bronisława Geremka w wywiadzie z 15 grudnia 1987 r. dla legalnie wydawanego tygodnika „Konfrontacje” i stanowił zauważalny gest gotowości części środowisk opozycyjnych do ugody z komunistami. Geremek sformułował w wywiadzie konkretną propozycję, nawiązując do projektów wysuwanych jeszcze w1981 r. na forum „pierwszej „Solidarności”. Przedstawiał pakt jako wsparcie rządu w sprawach reform gospodarczych i na tej płaszczyźnie – możliwość nawiązania współpracy. Ten sam zarys ugody z władzami komunistycznymi Geremek przedstawił wiosną 1989 r. w ankiecie na temat miejsca opozycji w PRL w perspektywie najbliższych trzech lat – „Opozycja’ 91” – publikowanej przez legalnie wydawane pismo „Res Publica”.

Nie można też zapomnieć, o poprzedzających wystąpienia Geremka publikacjach Adama Michnika, który w wydanej w roku 1985 książce "Takie czasy"( pisanej w warunkach więziennych) sformułował propozycje kompromisu z rządem PRL i Moskwą, pisząc m.in. - "Solidarność " powinna odrzucić filozofie "wszystko albo nic". [...] Dla komunistów może to być droga do uzyskania legitymacji, dla nas zaś droga do godziwego życia”.

Warto w tym miejscu zauważyć, że Anatolij Golicyn, podsumowując scenariusz i techniki przeprowadzenia czechosłowackiego eksperymentu z roku 1968, (w rozdziale 19 swojej książki „Nowe kłamstwa w miejsce starych”) wyjaśnia, jakie cele w długofalowej strategii dezinformacji osiągnięto dzięki zainscenizowaniu „spokojnej rewolucji” i w jaki sposób nastąpiło odwrócenie jej efektów na korzyść komunistów. Wśród rzeczywistych celów „rewolucji”, dokonanej przy udziale agentury wpływu, Golicyn wymienia m.in.:

- stworzenie nowego, demokratycznego wizerunku partii, jej instytucji i przywódców, podnosząc w ten sposób ich wpływ, prestiż i społeczną popularność;

- uniknięcie autentycznego kryzysu i powstania ludowego, wyprzedzająco prowokując sztuczny, kontrolowany kryzys poprzez skoordynowane działania Partii, służb bezpieczeństwa, intelektualistów, związków zawodowych i innych organizacji masowych; (strajki roku 1988 – mój dopisek),

- sprowokowanie rzeczywistej, krajowej i zagranicznej opozycji do ujawnienia się, co umożliwi później całkowite zlikwidowanie jej, bądź zneutralizowanie;

- zapewnienie bezpiecznej i łagodnej sukcesji od starszego do młodszego pokolenia przywódców komunistycznych;

- wspieranie i poszerzanie strategicznej dezinformacji Bloku co do politycznej ewolucji, upadku ideologii, pojawienia się nowych odmian komunizmu, oraz rozpadu bloku na niezależne, narodowe reżimy;

- stworzenie podstaw do przyszłej kompromitacji zachodnich mężów stanu (zwłaszcza konserwatystów) oraz zachodnich służb dyplomatycznych i wywiadowczych, zwodząc ich „demokratyzacją” i dezawuując ich opinie i prognozy;

- przećwiczenie praktyczne i zdobycie doświadczeń przed przyszłym wprowadzaniem „demokratyzacji” w Czechosłowacji, Związku Sowieckim czy gdziekolwiek w Europie Wschodniej, podczas końcowej fazy realizowania dalekosiężnej polityki Bloku.

Nietrudno dostrzec, że wymienione powyżej wystąpienia i publikacje ludzi „konstruktywnej” opozycji, odniosły w perspektywie długofalowej strategii skutki zbliżone lub identyczne, z tymi, które wymienia Golicyn. Świadczy to, że porozumienie „okrągłego stołu” było potrzebne komunistom do łagodnego i bezkarnego wyjścia ze stworzonego przez siebie systemu i wejścia w uprzywilejowanej pozycji w kapitalizm państwowy. Niekoniecznie natomiast, wynikało z rzeczywistych potrzeb społeczeństwa polskiego. Bez użycia „najświętszych symboli narodowych”, (o których mówi Mackiewicz) co w tym przypadku oznaczało współpracę opozycji i Kościoła – cele strategii komunistycznej nie mogłyby zostać zrealizowane.

Na szczególną uwagę zasługują sytuacje, gdy działacze opozycyjni podejmują rozmowy z przedstawicielami policji politycznej PRL, lub nawiązują kontakty bezpośrednio z przywódcami sowieckimi. Czy będą to rozmowy Jacka Kuronia z majorem Janem Lesiakiem z roku 1985, prowadzone w konwencji negocjacji politycznych, czy list Geremka z roku 1988, adresowany do Gorbaczowa (pod uwagę George’a Sorosa), czy wreszcie liczne wizyty Michnika w Moskwie w roku 1989 - mamy do czynienia z niezwykle charakterystycznym czynnikiem, który nakazuje oceniać rolę tych osób w zupełnie innym świetle, niż czyni to oficjalna propaganda III RP. Jest to o tyle wspólny i symptomatyczny rys, że pozwala poszerzyć definicję działań agentury wpływu na nowe, niedostrzegalne dotychczas wymiary.

O tym jednak, chciałbym napisać już w kolejnej części.

CDN...

Źródła:

http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=222:okrgy-stoq-jako-legalizacja-peerelu&catid=27:radio-tyrana&Itemid=13

http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=SG_Kalendarium

http://archiwum.sw.org.pl/pdf/AnatolijGolicyn-Nowe_klamstwa_w_miejsce_starych-1984.pdf

wtorek, 20 stycznia 2009

KRĘGI PIEKŁA

- „Inicjatorem porwania musiała być osoba mająca bardzo duże możliwości i wpływy. O ile mam pewną hipotezę dotyczącą "podwykonawców" porwania, o tyle tutaj nawet takiej hipotezy nie odważę się postawić. Ale sposób działania wobec nas przypomina to, w jaki sposób próbowano zniszczyć Romana Kluskę, Gudzowatego, a później pewną firmę komputerową z Poznania”. Przed kilkoma miesiącami Wojciech Wybranowski, pisząc w „Naszym Dzienniku” o sprawie porwania Krzysztofa Olewnika zacytował powyższe słowa Włodzimierza Olewnika.

Zdaniem rodziny Olewników, faktycznego pomysłodawcy i szefa całej akcji należy szukać bardzo wysoko. Czy można określić– jak wysoko i spróbować dostrzec, dokąd prowadzą tropy związane z osobami występującymi w sprawie porwania? Sposób prowadzenia śledztwa, liczne fałszerstwa, błędne tropy, „samobójstwa” sprawców – nakazują przypuszczać, że prawdziwi mocodawcy, ów polityczny układ, o którym wspominają Olewnikowie to ważne i wpływowe postaci.

Prawdopodobna wydaje się teza, że za uprowadzeniem stały osoby mające zamiar przestępczego przejęcia przedsiębiorstwa Olewników. Ma tego świadomość także, Włodzimierz Olewnik, gdy mówi: „W tej sprawie wcale nie chodziło o okup, chodziło o przejęcie mojego majątku”. Czy Olewnikowie dostali „propozycję nie do odrzucenia”? Czy dotyczyła włączenia do spółki wspólnika, który był związany z lokalnymi działaczami SLD, czy też „tylko” zapłaty haraczu? Może propozycja wiązała się z handlem rosyjską stalą i miała związek ze spółką „Krup-stal”, której właścicielami byli Krzysztof Olewnik i Jacek Krupiński?

Jak twierdzili reporterzy RMF FM, którzy dotarli do analizy sporządzonej na potrzeby śledztwa, wskazuje ona na zaniedbania, uchybienia i błędy policjantów oraz prokuratorów. Śledczy w raporcie mówią wprost: gdyby śledztwo prowadzono poprawnie, na jaw mogłyby wyjść fakty, które świadczą na przykład, że osoby powiązane ze sprawą nielegalnie handlowały stalą i wprowadzały do obrotu stal pochodzącą z kradzieży lub sprowadzaną do Polski bez opłat granicznych i ceł. Ten wątek (nie jedyny) pominięto w śledztwie.

Czy dobre układy, jakimi dysponował w Płocku Jacek Krupiński, wsparte jeszcze lepszymi możliwościami ojca Krzysztofa - Włodzimierza Olewnika wśród miejscowych polityków SLD sprawiły, że głównym odbiorcą stali od spółki „Krup –stal” był płocki PERN, podległy Orlenowi? To prawdopodobnie sprzedaż stali do dużej, państwowej firmy pozwoliła spółce na szybki rozwój. Niekoniecznie zatem „fakty z przeszłości” mogły mieć związek ze sprawą porwania, a raczej potencjalna przyszłość, rysująca się przed spółką.

Warto pamiętać, że w latach 2001- 2002, czyli w okresie porwania Krzysztofa Olewnika decydowały się w Płocku losy priorytetowej dla miejscowych działaczy SLD inwestycji – przeprawy mostowej przez Wisłę. Przetarg na budowę mostu rozstrzygnięto w 2002 roku. Niewykluczone, że przejęcie kontroli nad niewielką spółką i realizacja zamówień na dostawę stali do budowy mostu, mogło okazać się niezwykle dochodowym interesem. Kto mógł za nim stać?

Towarzysz minister Ćwiąkalski wspomniał niedawno o „układzie płockim”, mówiąc : „W Płocku działał lokalny układ, który mógł być zamieszany w porwanie i śmierć Krzysztofa Olewnika, a później w utrudnianie śledztwa i mylenie tropów. Mieliśmy tam do czynienia z przenikaniem się pewnych powiązań i znajomości”.

Jednak dokładne prześledzenie powiązań ludzi tego układu, nakazuje mówić o znacznie szerszym spektrum. Powiązania, wzajemne relacje i znajomości prowadzą bardzo, bardzo daleko...

Niemal natychmiast po uprowadzeniu Krzysztofa Olewnika pojawiają się na scenie politycy, oferujący pomoc rodzinie porwanego. Wkrótce po uprowadzeniu do rodziny Olewników z ofertą "pomocy" zgłosili się przestępcy z Sierpca. Między innymi Eugeniusz D.(pseud.Gienek), kóry zaproponował Włodzimierzowi Olewnikowi, że zdobędzie informacje o losach porwanego. Postawił tylko jeden warunek: gwarantem dobrej współpracy między „Gienkiem” a Włodzimierzem Olewnikiem ma być Grzegorz Korytowski, lokalny polityk SLD, były wicestarosta, dobry znajomy Jacka Krupińskiego, ale przede wszystkim bliski współpracownik i protegowany mazowieckiego barona SLD, Andrzeja Piłata. Korytkowski organizował i prowadził zwycięską kampanię sejmową Piłata i był jego „prawą ręką” w kontaktach z lokalnymi działaczami SLD.

Co istotne - wkrótce potem Korytkowski został dyrektorem ds. korporacyjnych w płockim Orlenie i doradcą prezesa Zbigniewa Wróbla.

Tandem „ Gienek” – Korytkowski, wyciągnął od rodziny Olewników kwotę 160 tys zł , przy czy wiadomo, że 25 tys. osobiście wziął Korytkowski. W 2005 roku działacza SLD zatrzymało CBŚ. Postawiono mu jednak dwa błahe zarzuty: nielegalnego posiadania kilkunastu sztuk amunicji i nielegalnego posiadania niemieckiego dokumentu tożsamości. Nie usłyszał nawet zarzutu wyłudzenia pieniędzy. O udziale w sprawie Korytkowskiego media informowały dość obszernie, nie ma, zatem potrzeby rozwijania tego wątku. Tym bardziej, że nie on wydaje się tu najważniejszy, a ludzie, którzy za nim stali.

„Patronem” politycznym Korytkowskiego jest Andrzej Piłat – wieloletni aktywista partii komunistycznej, sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury w okresie rządu Włodzimierza Cimoszewicza, poseł i tzw. baron SLD na płockim Mazowszu. To postać wpływowa i znacząca, bowiem nazwisko Piłata znajdziemy w kontekście działalności niezwykle ciekawych spółek i osób. W czasach, gdy porwano Olewnika, Andrzej Piłat to główna postać w szeregu poskomunistycznych działaczy zaangażowanych w realizację budowy płockiego mostu. Wydaje się jednak, że są w karierze Piłata ważniejsze interesy. W tym kontekście warto tu wskazać na szczególną rolę, jaką polityk SLD odgrywał w płockim Orlenie.

Przed kilkoma laty Wojciech Sumliński w artykule „Rurociąg przyjaciół” pisał: „

„Trzecia nitka rurociągu naftowego Przyjaźń to najbardziej tajna inwestycja w historii III RP. Tajemnicą jest, jakimi kryteriami kierowano się przy wyborze wykonawcy. Nie wiadomo nawet, po co w ogóle zaczęto budować rurociąg. A wszystko dlatego, by ukryć skok na publiczną kasę kolejnej grupy trzymającej władzę. W tym wypadku w jej skład wchodzą ministrowie z SLD, byli generałowie Wojska Polskiego, policji i służb specjalnych.” [...] Na początku 2002 r. Przedsiębiorstwo Eksploatacji Rurociągów Naftowych (PERN) ogłosiło przetarg na budowę trzeciej nitki rurociągu naftowego Przyjaźń: od granicy polsko-białoruskiej w Adamowie do Plebanki koło Płocka. Szefem PERN został Stanisław Jakubowski, członek władz krajowych SLD. Choć w przetargu (rozstrzygniętym we wrześniu 2002 r.) brali udział potentaci z branży budowy rurociągów, koordynowanie projektu, a więc i kontrolę nad wydatkowaniem publicznych pieniędzy, powierzono utworzonemu na potrzeby przetargu konsorcjum Prochem-Megagaz.[...] Według Wiesława Kaczmarka, który był ministrem skarbu w rządzie Leszka Millera, kiedy decydowano o przetargu, wszystko zaaranżował Andrzej Piłat, wiceminister infrastruktury i były mazowiecki baron SLD. - To Piłat, który był moim partyjnym przełożonym, forsował Stanisława Jakubowskiego na prezesa PERN - opowiada Kaczmarek. Według byłego ministra, wygrana Jakubowskiego w konkursie miała umożliwić Megagazowi zwycięstwo w przetargu. Skoro Kaczmarek wiedział o ustawieniu przetargu, dlaczego wcześniej nic nie powiedział? To kolejna - po sprawie Andrzeja Modrzejewskiego, byłego prezesa Orlenu - tajemnica, o której Kaczmarek mówi z dwuletnim opóźnieniem. Były minister skarbu sugeruje, że zwycięstwo Megagazu ma związek z tym, iż członkiem rady nadzorczej tej firmy jest syn Piłata.”

„Megagaz” to szczególna, nomenklaturowa spółka. Wojciech Sumliński pisał:

„Jej prezesem jest Zbigniew Sowiński, mający wielu przyjaciół w MON i Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. W czasie gdy rozstrzygano przetarg, wiceprzewodniczącym rady nadzorczej Megagazu był Wiesław Huszcza, były skarbnik SdRP.[...] Przewodniczącym rady nadzorczej Megagazu był Jerzy Napiórkowski, wiceminister finansów w latach 1986-1990, jeden z bohaterów tzw. afery karabinowej (Polaków, których oskarżono o nielegalny handel bronią z Irakiem, zatrzymano w 1992 r. w Niemczech i USA). Wiceprzewodniczącym rady nadzorczej Megagazu podczas zawierania kontraktu z PERN był Roman Kurnik, były kadrowiec SB, potem zastępca Marka Papały, komendanta głównego policji, a następnie doradca wiceministra spraw wewnętrznych Zbigniewa Sobotki. Bezpośrednio przed zawarciem kontraktu pomiędzy PERN i Prochem-Megagaz wiceprzewodniczącym rady nadzorczej w tej ostatniej spółce był również Andrzej Celiński, obecnie jeden z liderów SDLP. [...] W spółce Megagaz aż się roi od byłych funkcjonariuszy SB, UOP i emerytowanych wysokich oficerów Wojska Polskiego. W Megagazie zatrudniony jest m.in. generał w stanie spoczynku Andrzej Ratajczak, jeszcze rok temu pełnomocnik dowódcy wojsk lądowych ds. mienia wojskowego, a wcześniej odpowiedzialny za logistykę w Śląskim Okręgu Wojskowym, oraz gen. Marian Robełek, były zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Udziałowcem Megagazu jest Biuro Podróży First Class SAZ SA. W jego radzie nadzorczej zasiadają m.in. emerytowany admirał Romuald Waga, członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego przy Prezydencie RP, Piotr Barański, szef kadr w nie istniejącym już Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, i Roman Kurnik.”

Warto dodać, że wszczęte na wniosek jednej z płockich gazet postępowanie prokuratorskie w sprawie nieprawidłowości przy przetargu, zostało przez płocką Prokuraturę Okręgową szybko umorzone w roku 2004.

Publikacja Sumlińskiego na temat „Megagazu” wywołała jednak prawdziwą burzę. Wymieniała bowiem jako wiceprzewodniczącego rady nadzorczej Andrzeja Celińskiego, który w tym czasie był członkiem sejmowej komisji śledczej ds. Orlenu. Poseł Andrzej Grzesik z komisji śledczej zacytował podczas posiedzenia komisji artykuł Sumlińskiego we Wprost, wskazując, że spółka, w której Celiński był członkiem rady nadzorczej za polskie pieniądze buduje trzecią nitkę naftociągu Przyjaźń, na czym skorzystają wyłącznie Rosjanie. Po drugie – o czym przypominał artykuł redakcyjny Wprost - „Andrzej Czyżewski, mieszkający w Niemczech były prokurator, ujawnił, że trzy lata temu przekazał Celińskiemu materiały o mafii paliwowej, a poseł nic z nimi nie zrobił. Dlaczego? Czyżby były one niewygodne dla spółki J&S, której rola w aferze Orlenu jest nieporównanie większa, niż się wydaje? Czy jest przypadkiem, że postępowanie Celińskiego jest zaskakująco zbieżne z interesami J&S?” – pytało Wprost.

Podczas przesłuchania Wiesława Kaczmarka przed sejmową komisją ds.Orlenu, na pytanie Celińskiego – „Czy ma pan jakąś wiedzę, skąd wynikała inspiracja tygodnika "Wprost" w pańskiej sprawie? Kto inspirował tygodnik "Wprost", aby pana spróbować w ten sposób zahaczyć czy zaczepić”? – Kaczmarek udzielił odpowiedzi, która niekoniecznie musiała zadowolić pytającego:

„Czy ja mam jakąś wiedzę? Rozumiem Rozmawiamy w kategoriach firmy Megagaz - bo tak rozumiem w podtekście pana pytania. Moja wiedza mniej więcej polega na tym: że dość upowszechnioną na rynku była sytuacja, że prezes tej korporacji Megagaz może wszystko - ja nie znam tego człowieka - że ma różne możliwości i różne kontakty, że jest to jeden z takich przypadków dobrze osadzonej osoby, która prowadzi tę firmę jako firmę, która realizuje ciekawe projekty. Wiem, że w tej sprawie osobą mocno zaangażowaną był pan minister Andrzej Piłat, no bo na niego właściwie w rozmowie ze mną powoływał się pan premier Miller. Czy to są czy to są źródła inspiracji? Trudno mi powiedzieć. Natomiast ja parokrotnie spotkałem się z takim ostrzeżeniem, że, no, prezes tego Megagazu dużo może, bo jest ułożony, powiązany itd.”

Andrzej Celiński to były senator z województwa płockiego, poseł II kadencji z okręgu płockiego, polityk Unii Demokratycznej, od 1999 roku związany z SLD. Nie trzeba dodawać, że bliski znajomy Andrzeja Piłata.

Jak wkrótce mogliśmy się dowiedzieć, że udział Celińskiego we władzach innej spółki – toruńskiej „Elany”( której prezesem był Stanisław Mańka, były dyrektor handlowy Petrochemii Płock) stał się powodem wykluczenia posła SLD z obrad komisji orlenowskiej, na czas przesłuchania Danuty Gaszewskiej – współwłaścicielki (razem z Andrzejem Czyżewskim) spółki Dansztof z Bogatyni. Wniosek o wykluczenie Celińskiego miał związek z zeznaniami Gaszewskiej, która oświadczyła, że toruńska spółka "Elana", we władzach, której zasiadał Celiński, pełniła niezwykle ważną rolę w strukturze tzw. mafii paliwowej.

- „Spółka BGM dostarczała komponenty, Petrochemia Płock dostarczała sprzedawaną bez akcyzy benzynę krakingową, a "Elana" z Torunia - toluen. W spółkach takich jak "Dansztof" mieszano te składniki i otrzymywano "mieszankę benzynopodobną" - tłumaczyła zasady pracy spółek mafii paliwowej Gaszewska. W oświadczeniu przed komisją wymieniła kilkanaście osób publicznych, które - jej zdaniem - są powiązane z mafią paliwową. Chodzi m.in. o prezydenckiego doradcę Stanisława Cioska, czy ministra obrony narodowej Jerzego Szmajdzińskiego, sędziów i prokuratorów. Wspólnicy "Dansztofu" z mafii paliwowej szczycili się ochroną funkcjonariuszy państwowych - powiedziała Gaszewska. Pan Krzysztof Choma i pan Wejman szczycili się zapleczem, czyli ochroną przez funkcjonariuszy państwowych, takich jak pan (Stanisław) Ciosek czy pan (Jerzy) Szmajdziński. Byłam świadkiem rozmów na ten temat - dodała.”

Warto zacytować, co na temat niektórych wymienionych wyżej postaci i metod działania „mafii paliwowej” mówił eks – prokurator Andrzej Czyżewski, podczas rozmowy dla portalu „Bez Cenzury” w październiku 2004r.:

„Oni, ci z bezpieki, najczęściej nie mają nic, poza tym, że są skadrowanymi pracownikami bezpieki. Kartoteką zawiaduje dalej generał Roman Kurnik, personalny SB z lat 80., i wyznacza zespoły operacyjne. Proszę zwrócić uwagę kto to jest Roman Kurnik. Publikacje na jego temat znowu przeszły bez echa.. A to do niedawna przecież szef departamentu personalnego MSWiA , facet ważniejszy od premiera, Pierwszy kadrowy PRL...A więc to on może z kartoteki wyjmować i pewne działania kierować w określone strony uznając, że to się organizacji opłaci. Roman Kurnik był w latach 80. szefem kadr Służby Bezpieczeństwa w czasach, gdy MSW kierował generał Kiszczak. Pod koniec lat 80. trafił jako szyfrant do ambasady Polski w Japonii. Po zmianach ustrojowych, znalazł się w Komendzie Głównej Policji. Przez wiele lat pracował tam jako dyrektor departamentu kadr. Zna wszystkich w SLD i to m.in. dzięki niemu szefem policji w 1997 r. został Marek Papała. Kurnik został jego zastępcą. Po wyborach wygranych przez AWS, Kurnik odszedł z policji i przeszedł do biznesu, w którym zresztą tkwi do dziś. Zasiadał w radach nadzorczych wielu spółek, m.in. Mennicę Ochrona i Przedsiębiorstwo Budowy Gazociągów i Obiektów Towarzyszących "Megagaz", Biuro Podróży S.A.Z) [...]

Nie od dziś mówi się otwarcie, że PKN Orlen, szczególnie w okresie rządów SLD był miejscem łączącym polityków i mafiozów. Wolno zatem pytać – jaka była rola Andrzeja Piłata i Andrzeja Celińskiego – wpływowych działaczy mazowieckiej lewicy, na sprawy płockiego Orlenu w okresie lat 2000-2002 ? Czyje interesy reprezentował Andrzej Piłat, zabiegając o wygraną spółki „Megagaz” w przetargu na budowę trzeciej nitki rurociągu naftowego Przyjaźń? Czy istnieje związek pomiędzy zaangażowaniem polityków SLD w budowę nowego mostu na Wiśle i związanymi z tym projektem inwestycjami, a działalnością spółki „Krup-stal”, realizującą zamówienia dla płockiego Orlenu?

Aktywność biznesowa Piłata związała go z jeszcze jedną, specyficzną spółką.

W roku 2006 Tygodnik „Wprost” poinformował, że za rządów SLD, na ochronie obiektów należących do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów prawie 7 mln zł zarobiła firma ochroniarska Ekotrade. W radzie nadzorczej spółki zasiadali wówczas m.in. wiceminister spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera Zbigniew Sobotka, wiceminister infrastruktury w rządzie SLD Andrzej Piłat oraz Jerzy Jerschina, w latach 80. rezydent I Departamentu MSW w Berlinie i Wiedniu. Od 2002 r. umowy z agencją Ekotrade podpisywał Andrzej Szeląg, ówczesny dyrektor Centrum Obsługi KPRM (tzw. gospodarstwa pomocniczego kancelarii premiera). Andrzej Szeląg to dobry znajomy Sobotki i Piłata, ale też dwóch biznesmenów z Wiednia - Andrzeja Kuny i Aleksandra Żagla oraz rosyjskiego szpiega Władimira Ałganowa. Szeląg był też bliskim znajomym gen. Marka Papały i Edwarda Mazura.

Ekotrade to jedna z największych spółek ochroniarskich w Polsce. "Trafiali do niej najczęściej byli funkcjonariusze, z doświadczeniem wyniesionym ze specjalnych formacji mundurowych" - pisała o spółce prasa w latach 90. EkoTrade chroniło (i chroni) najważniejsze budynki administracji państwowej – sądy, prokuratury, gmach Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego. W maju 2005 r. firma otrzymała z rąk Aleksandra Kwaśniewskiego godło "Teraz Polska".

O tym, że właściciele i zarządzający Ekotrade mają szerokie znajomości w świecie polityki i służb specjalnych – pisał Leszek Szymowski we „Wprost” - świadczą zdjęcia wykonane podczas uroczystego przyjęcia z okazji 10-lecia firmy w 2001 r. Wśród gości są m.in. kontradmirał Kazimierz Głowacki, były szef WSI, i Jerzy Jaskiernia, minister sprawiedliwości w rządach Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza, oskarżony później o kłamstwo lustracyjne. Jaskiernia zapewnia, że ze spółką nic go nie łączy, zna jedynie jej prezesa Jacka Jerschinę. Tak samo twierdzi obecny na przyjęciu Marek Ungier, który w 2001 r. był ministrem w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego.[...] Z dokumentów zachowanych w IPN wynika, że członek rady nadzorczej Ekotrade dr Jerzy Jerschina w latach 70. i 80. pracował w Berlinie Zachodnim jako agent I Departamentu MSW (wywiad cywilny)”. [...] Syn Jerzego Jerschiny – Jacek Jerschina chwalił się, że jest zatrudniony na niejawnym etacie w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego”.

Udział Andrzeja Piłata – płockiego „barona” SLD w przedsięwzięciach, w których spotykamy całą plejadę postaci z kręgów komunistycznej nomenklatury, powiązaną biznesowo, służbowo i agenturalnie ze wschodnim sąsiadem, czy obecność Andzeja Celińskiego w spółkach uwikłanych w działalność „mafii paliwowej” – może nie mieć żadnego związku ze sprawą Krzysztofa Olewnika. Również uczestnictwo tych postaci w interesach płockiego Orlenu, w okresie lat 2000-2002 może wydawać się incydentalne, w stosunku do sprawy porwania. Czy jednak można zdecydowanie wykluczyć, że krąg wzajemnych powiązań i relacji, począwszy od sierpeckich gangsterów, poprzez Grzegorza Korytkowskiego i jego politycznych „patronów” nie sięga ludzi „dobrze ułożonych i powiązanych” – jak określał to Wiesław Kaczmarek? Na tyle „dobrze powiązanych”, że udaje im się bez najmniejszego problemu wywierać wpływ na przebieg śledztwa i skutecznie blokować próby wyjaśnienia prawdziwych okoliczności zbrodni.

Nie przypadkiem wymieniam w niniejszym tekście nazwiska dwóch dziennikarzy, których odwagę i rzetelność niezwykle cenię. Mam bowiem nadzieję, że znajdą się podobnie odważni ludzie mediów – dziennikarze śledczy, którzy zechcą podążyć tropem wielu zagadkowych powiązań i relacji, wiodącym w kolejne kręgi wtajemniczenia.

Obawiam się, że jeśli w powyższym wywodzie zawarte, choć „ziarno prawdy” i za sprawą porwana i zabójstwa płockiego biznesmena stoją ONI, nie należy liczyć na żadną komisję sejmową ani rzetelne wyjaśnienie sprawy. Ani teraz, ani w przyszłości. Niech usprawiedliwieniem takiej opinii, będzie fragment wypowiedzi cytowanego już, byłego prokuratora Andrzeja Czyżewskiego:

„Gdy wszczęto postępowanie prokuratorskie po tym, jak pani Danuta Gaszewska złożyła zeznania w Jeleniej Górze, a później w innych miejscach, i podała świadków, to 25 grudnia 2000 roku został znaleziony powieszony chłopak dwudziestoparoletni na terenie posesji swoich rodziców pod Wierzchownią. Pracował w Wierzchowni, był kierowcą jednego z tych bandziorów i prawdopodobnie – bo opowiadał to swemu bratu – widział tam Kaucza, Rychlika, Wieczerzaka i innych, w ośrodku w Wierzchowni. A później widział ich we Wrocławiu, bo oni go tam ze sobą zabierali – najpierw zabrali go w sierpniu 2000 roku do Wrocławia. Tam jest willa Barańskiego, Jeremiasza Barańskiego , tego słynnego „Baraniny”, który „powiesił” się w wiedeńskim areszcie. W willi „Baraniny” odbywały się spotkania notabli wrocławskich. Bywał tam Władysław Frasyniuk, tak bywał Aleksander Grad z Platformy Obywatelskiej, Grzegorz Schetyna, wrocławski prominent Platformy no i oczywiście, tzw. lewica.
Skąd obecność Barańskiego w tym towarzystwie? Szefem na Śląsk, rzekłbym – mafijnym przełożonym partnera pani Danuty Gaszewskiej, Krzysztofa Chomy, był właśnie pan Jeremiasz Barański, słynny „bohater” afery Dębskiego.[...]

W Polsce też praktykowano taką „demokrację sterowaną” i w moim przekonaniu , a mogę też się powołać na osobę, która była w kierownictwie pewnej partii, polski Kongres Liberalno-Demokratyczny był taką partią. Od samego początku mafia wyłoniła z siebie partię polityczną, uważając że w ten sposób uzyska warunki do ujawnienia pieniędzy które posiada, sił, kontaktów w społeczeństwie itd. [...] Ta grupa, jak pan widzi, dysponuje swoimi prokuratorami, swoimi biegłymi, swoimi bankowcami, swoimi sędziami, swoimi wreszcie ministrami.”

Źródła:

http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article159520/Politycy_SLD_zarobili_na_porwaniu_Olewnika.html

http://fakty.interia.pl/fakty_dnia/news/uklad-plocki-zamieszany-w-porwanie-olewnika,1092274?source=rss

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080429&id=po02.txt

http://www.wprost.pl/ar/?O=109790&I=1281

http://www.polskieradio.pl/krajiswiat/archiwum/media/przemilczane/artykul188.html

https://www.wprost.pl/ar/60896/Rurociag-przyjaciol/?O=60896&pg=0

http://www.wprost.pl/ar/?O=70427&I=1148

http://wiadomosci.wp.pl/page,3,wid,7170430,wiadomosc.html

http://wyborcza.pl/1,76842,2431492.html?as=58&ias=183&startsz=x

niedziela, 18 stycznia 2009

III RP CZY „TRZECIA FAZA”? – cz.5 – ROLA AGENTURY

„Wdrażanie programu Dezinformacji może być w pełni zrozumiane tylko wtedy, jeśli weźmie się pod uwagę wykorzystywanie przez komunistów ich potencjału wywiadowczego, a szczególnie agentów wpływu, działających zarówno na Zachodzie, jak i w krajach komunistycznych. Ponieważ zwykle brakuje dokładnych informacji na ten temat, oceny wpływów komunistycznych w konkretnych krajach czy obszarach rzadko uwzględniają zasoby komunistycznych służb wywiadowczych”. – pisał Golicyn w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”- ilustrując na przykładzie Finlandii użycie sowieckiej agentury wpływu. Ta kategoria tajnych współpracowników nie ma ścisłego określenia. Oddanie łącznej, charakterystyki tej struktury utrudnia duże zróżnicowanie i zindywidualizowanie operacji wywiadowczych, odmienność lokalnych warunków działania oraz różnorodność motywów podejmowanej współpracy. W przeszłości najliczniejszą grupę stanowili agenci, działający z pobudek ideowych, ale korzystający z materialnego wsparcia tajnych służb, głównie dla utrzymania organizacyjnych form reprezentowanego ruchu i jego propagandy. Później zastąpili ich płatni agenci. Z takich właśnie związków rozwinął się w drugiej połowie XX w. wywiad polityczny i agentury wpływów.

„Zadaniem agentów wpływu jest urabianie opinii publicznej lub określonych środowisk w danym kraju. Urabianie w różnym kierunku. Najczęściej chodzi o pozyskanie sympatii dla państwa, dla którego się pracuje, czasami dla służb, dla których się pracuje. Mogą też być bardziej zawiłe kombinacje, na przykład tworzenie atmosfery niechęci wobec kogoś lub czegoś” – tak zadania agentów wpływu przedstawiał człowiek „dobrze poinformowany”, szef PRL-owskiej bezpieki Czesław Kiszczak.

Jest rzeczą oczywistą, że tak złożona, wielowymiarowa kombinacja, jaką było doprowadzenie do obrad „okrągłego stołu” musiała zakładać użycie agentury wpływu, ale też licznych osobowych źródeł informacji, w tym wszelkiej maści tajnych współpracowników. Trudno też zakwestionować fakt, że policja polityczna PRL miała ogromny – jeśli nie kluczowy – udział w przeprowadzeniu „transformacji ustrojowej”. Jednakże precyzyjne wskazanie konkretnych, udokumentowanych przykładów działalności agentury wpływu na procesy zachodzące w Polsce lat 80-tych, wydaje się nierealne. Trafnie przedstawiona, przez Rafała Brzeskiego charakterystyka działań najcenniejszej agentury, wyjaśnia przyczyny tego stanu:

„Agent wpływu nie wykrada tajemnic z sejfów i nie sposób go przyłapać na „gorącym uczynku”. Najczęściej nie kontaktuje się potajemnie z oficerem prowadzącym i nie otrzymuje od niego instrukcji wywiadowczej lub wynagrodzenia. Wyjeżdża na jawne seminaria lub konferencje naukowe, pobiera stypendia naukowe lub wykłada na zagranicznym uniwersytecie, zagraniczni wydawcy publikują jego książki, otrzymuje nagrody twórcze, spotyka się z politykami, ludźmi ze świata gospodarki i nauki. Zebrane „wrażenia” ubrane we „własne przemyślenia” publikuje w mediach lub rozpowszechnia w „politycznych salonach” albo podczas spotkań z politykami i decydentami własnego kraju. Formalnie nie robi nic nielegalnego, tylko skutki jego działalności są niszczące.”

Dlatego zawsze, gdy mamy do czynienia z sytuacjami, w których można dopatrywać się działań agentury wpływu – czy będzie to sugestia dotycząca wyjazdu księdza Popiełuszki do Rzymu, autorstwa Kiszczaka, przedstawiona przez hierarchę kościelnego jako własna, czy też artykuły prasowe i memoriały z propozycjami „paktów antykryzysowych” –będziemy zawsze poruszać się w sferze domniemań i spekulacji. Choć w dalszej części przedstawię przykłady takich działań, przestrzegałbym przed formułowaniem jednoznacznych wniosków. Wiele zdarzeń z lat 80-tych, związanych z działaniem struktur „Solidarności” czy stanowiskiem Kościoła Katolickiego, można zakwalifikować w kategoriach inspirowanych przez agenturę wpływu. Czy takimi były rzeczywiście – nie sposób odpowiedzieć.

Można natomiast, z całą pewnością, prześledzić proces adaptacji aparatu bezpieczeństwa PRL, do wyznaczonej mu przez sowieckich strategów roli moderatora i „konwojenta” polskich przemian. To niewątpliwie jeden z najważniejszych elementów, decydujących o powodzeniu operacji.

Momentem, który zapoczątkował ten proces, było powierzenie w roku 1981 nadzoru nad ministerstwem spraw wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi – oficerowi Informacji Wojskowej, szefowi WSW i II Zarządu Sztabu Generalnego. Z pewnością, ta nominacja stanowiła zapowiedź rozprawy z „Solidarnością”, ale jej głębszy sens ma związek z długofalową strategią sowiecką. Zadaniem Kiszczaka było skonsolidowanie wszystkich – wojskowych i cywilnych formacji policji politycznej PRL do walki z opozycją oraz rozbudowa sieci agenturalnej. Jeszcze jako szef służb wojskowych, w listopadzie 1980 r. Kiszczak wydał "Wytyczne do planowania działalności WSW na rok 1981", w których nakazał rozbudowę agentury zarówno w objętych kontrolą WSW jednostkach, wśród żołnierzy i ich rodzin, ale też w obiektach i zakładach przemysłowych, jak i w cywilnym otoczeniu ich działalności.

Ścisła integracja służb i rozbudowa sieci agenturalnej była, według koncepcji przedstawionej przez Golicyna, jednym z kroków na drodze zmierzającej do „transformacji ustrojowej”. Kiszczak wykonał swoje zadanie i doprowadził do ścisłej współpracy „wojskówki” z cywilną bezpieką. Było to o tyle łatwe, że obie służby łączył jeden, podstawowy cel – walka ze społeczeństwem w obronie dominacji sowieckiego okupanta. Wybór Kiszczaka – najwierniejszego z wiernych, stanowił dostatecznie mocne potwierdzenie, że był człowiekiem, którego Kreml obdarzał ogromnym zaufaniem. Na stanowisku ministra spraw wewnętrznych Kiszczak zastąpił Mirosława Milewskiego – topornego „sowieciarza”, generała MO, którego liczne, przestępcze działania( choćby afera „Żelazo”) Sowieci akceptowali, dopóki był im potrzebny. Ta zmiana „jakościowa” zapowiadała nowe zadania, jakie stawiano przed policją polityczną PRL.

Warto zauważyć charakterystyczną prawidłowość, związana z rozbudową sieci agenturalnej.

Od 1981 r. wzrost liczebności tajnych współpracowników miał charakter lawinowy i sięgał blisko 30 proc. rocznie. Dynamika wzrostu początku lat 80- tych, była porównywalna z pierwszą połową lat 50 -tych. Znamienny był najszybszy wzrost liczby tajnych współpracowników w roku 1982 oraz po zniesieniu stanu wojennego. W rekordowym 1984 r. liczba pozyskanych tajnych współpracowników w całym kraju (18 756) była ponad trzykrotnie większa niż liczba wyeliminowanych (5442). Gwałtowny wzrost liczby agentury nie wynikał wyłącznie z zagrożenia władz komunistycznych przez konspiracyjne struktury „Solidarności”, ale z celowej polityki kierownictwa resortu spraw wewnętrznych. Kiszczak forsował rozwój sieci agenturalnej jako podstawowej metody kontroli społeczeństwa. Liczba spraw operacyjnych pod koniec 1984 r. osiągnęła poziom 24 343, zbliżony do stanu z 1956 r. (24 170). W latach 1986–1988 odnotowano dalszy, choć już słabszy niż w początku lat 80. wzrost ogólnej liczby TW w pionach operacyjnych SB. Według dostępnych danych cząstkowych oraz wykonanych na ich podstawie szacunków najwyższy w historii PRL wzrost liczebności tajnych współpracowników nastąpił pod koniec 1988 r., gdy ich liczba sięgnęła niemal 100 tys. Było to więcej niż w szczytowym okresie epoki stalinowskiej. Jeśliby doliczyć do tej liczby kontakty operacyjne (około 15 tys. w roku 1985), służbowe oraz lokale kontaktowe, to ogólna liczba osobowych źródeł informacji znacznie przekraczała 100 tys. Dane te należałoby jeszcze zweryfikować o liczbę agentury służb wojskowych. Raport z Weryfikacji WSI wskazuje na blisko 10 tysięcy współpracowników tych służb w roku 1990. Wszystkie instrukcje operacyjne z tego okresu kładą szczególny nacisk na pozyskiwanie TW i ustanawiają limity werbunkowe. Podczas jednej z narad resortu MSW (październik 1982 r.) pod przewodnictwem gen. Kiszczaka, przedstawiono zalecenia dla KW MO, których przedstawicielom radzono, aby „zintensyfikować pracę nad pozyskiwaniem osobowych źródeł informacji oraz pracę z tymi źródłami […] uznano, że każdy pracownik operacyjny powinien mieć na łączności do 25 źródeł i średnio odbywać dwa spotkania dziennie”. Pod pojęciem „źródła” rozumiano TW, kontakty operacyjne, służbowe i konsultantów. Warto zaznaczyć, że skuteczna praca SB bez tajnych współpracowników oraz pozostałych osobowych źródeł informacji nie byłaby możliwa. Liczna sieć tajnych współpracowników umożliwiała SB szerokie kontrolowanie społeczeństwa, a także wpływanie na los konkretnych osób i środowisk.

Należałoby zatem postawić pytanie: o związek rozbudowy sieci agenturalnej, z celami komunistycznej strategii. Jak bowiem wyjaśnić, że najwyższy w historii PRL wzrost liczby tajnych współpracowników nastąpił właśnie w roku 1988 – w czasie – gdy władza komunistyczna otwarcie już zmierzała do zawarcia „historycznego kompromisu”?

Trzeba podkreślić, że aparat bezpieczeństwa, będąc policją polityczną państwa totalitarnego, nie ograniczał się jedynie do walki z przejawami opozycji politycznej i oporu społecznego, ale dążył do objęcia swoją kontrolą właściwie wszystkich form aktywności obywateli PRL-u. Wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu, funkcja represyjna nie była jedyną funkcją bezpieki w komunistycznym systemie władzy. Obok niej aparat bezpieczeństwa wypełniał również funkcje kontrolną oraz funkcję diagnostyczno-zapobiegawczą (informacyjno-polityczną), które, choć stanowiły przez lata mniej znaną „twarz bezpieki”, były co najmniej równie ważne, jak funkcja represyjna.

Jak zauważa Zdzisław Zblewski z krakowskiego oddziału IPN, w opracowaniu „Aparat bezpieczeństwa wobec opozycji”- Bezpieka stanowiła dla kolejnych ekip rządzących jedno z najistotniejszych źródeł informacji o sytuacji w kraju. Przekazywane przez policję polityczną raporty i analizy pozwalały nie tylko rozpoznać stan nastrojów społecznych, ale także przewidywać pojawienie się ewentualnych zagrożeń w przyszłości. Znaczenie tej funkcji aparatu bezpieczeństwa wzrosło zwłaszcza w ostatniej dekadzie PRL-u”.

Autor opracowania zwraca również uwagę na zjawisko rosnących wpływów bezpieki w okresie lat 80-tych: „Oczywiście, możliwość wywierania wpływu na decyzje podejmowane przez, skupione wokół generała Jaruzelskiego, centrum władzy była przywilejem jedynie niewielkiej garstki wybranych funkcjonariuszy wysokiego szczebla z generałami Kiszczakiem, Pożogą oraz majorem Garstką na czele. Nie ulega jednak wątpliwości, że przedstawiane przez nich propozycje konkretnych przedsięwzięć politycznych były efektem wysiłków całego aparatu bezpieki. Sądzę również, że w miarę postępów procesu polskiej „normalizacji” wpływ „bezpieki” na polskie życie polityczne, w tym również na decyzje podejmowane w warszawskim „Białym Domu”, nie malał, a rósł, co prowadzi do być może nieco paradoksalnego stwierdzenia, że mimo nieporównanie mniejszego natężenia represji i terroru, rola policji politycznej w Polsce lat osiemdziesiątych była bardzo znacząca i może być porównywana jedynie ze znaczeniem, jakie bezpieka posiadała w latach 1948–1954”.

Czy rzeczywiście paradoksalnego? Oparcie przemian w całym Bloku Sowieckim na sprawdzonym aparacie bezpieczeństwa, było przecież jednym z założeń strategii podstępu i dezinformacji. Przypomnę – o czym pisałem już w poprzedniej części, że w 1957 roku, gdy zapadła strategiczna decyzja o stosowaniu dezinformacji, Komitet Centralny KPZR poprosił o tajne publikacje na ten temat będące w posiadaniu KGB i GRU, w szczególności o tajny podręcznik szkoleniowy „tylko do użytku wewnętrznego”, który napisał oficer GRU Popow. Podręcznik ten na około osiemdziesięciu stronach opisywał techniki dezinformacji. Poproszono także o instruktaż autorstwa pułkownika Rainy z KGB, zatytułowany „Wykorzystanie agentów wpływu”. Podręcznik Popowa definiował dezinformację jako środek tworzenia sprzyjających warunków do uzyskania przewagi strategicznej nad przeciwnikiem. Stwierdzał, że dezinformacja musi działać zgodnie z wymaganiami strategii wojskowej i dyplomacji i podkreślał, że w każdej sytuacji powinna być zależna od prowadzonej polityki. Wśród kanałów dezinformacyjnych wymieniał m.in. zagraniczne publikacje inspirowane przez oficerów służb specjalnych pracujących z dziennikarzami i ekspertami, specjalne operacje wspierające oraz agentów wpływu i inną agenturę. W myśl strategii sowieckiej tylko skonsolidowane, „odnowione” służby policyjne były zdolne podjąć się zadania praktycznej realizacji planów, związanych z „pierestrojką”, w tym polskiej „drogi do demokracji”. Przeprowadzenie fazy pierwszej (Solidarność) i drugiej (stan wojenny), było możliwe dzięki wykorzystaniu aparatu bezpieczeństwa oraz licznej agentury.

Przed jakościowym skokiem w fazę trzecią, należało przygotować do tej operacji opozycję i Kościół oraz wytworzyć w społeczeństwie polskim przeświadczenie, iż następuje naturalny proces osłabienia systemu komunistycznego, a wszelkie zmiany mają charakter spontaniczny i niezależny. To właśnie zadanie powierzono agenturze wpływu oraz całej rzeszy tajnych współpracowników, ulokowanych w strukturach „Solidarności”, Kościele Katolickim, organizacjach opozycyjnych, mediach, w środowiskach emigracyjnych. Z tej przyczyny przez całe lata 80- te obserwujemy wzrost liczby zarejestrowanych TW i nacisk kierownictwa resortu na pracę operacyjną z agenturą. Antoni Dudek w „Reglamentowanej rewolucji” cytuje opracowanie SB z 1987 r., w którym pisano, że choć całkowicie pod kontrolą operacyjną jest tylko 10% struktur nielegalnych, to w sposób operacyjny kontrolowanych jest 84%. Kilkadziesiąt stron dalej ocenia, że pojawienie się na fali protestów wiosennych 1988 r. nowych liderów robotniczych i studenckich utrudniło SB działalność operacyjną prowadzoną przy pomocy licznej agentury uplasowanej w strukturach konspiracyjnych jeszcze w pierwszej połowie dekady. Kulminacja liczby tajnych współpracowników w roku 1988, wskazuje na maksymalne wykorzystanie potencjału sieci agenturalnej w tym czasie i pełną synchronizację działań z inicjatywami politycznymi, podejmowanymi przez przedstawicieli partii komunistycznej. W kolejnej części spróbuję przedstawić przykłady takich działań i wskazać na ich rzeczywiste znaczenie w drodze do „porozumienia narodowego”.

Poza wymiarem praktycznym i doraźnym wykorzystania agentury, pozostaje do rozważenia kwestia budowania „społeczeństwa agenturalnego” - owego ideału „homo sovieticus” - poddanego samokontroli i ograniczeniom, podatnego na indoktrynację i sterowanie. Ulokowanie w społeczeństwie polskim ponad 100 tysięcznej armii tajnych współpracowników bezpieki ( nie licząc pracowników etatowych i agentury nierejestrowanej) musiało zaważyć na przebiegu procesów „transformacji ustrojowej” i mieć realny wpływ na decyzje kształtujące oblicze III RP. Wielu z nich uważa się przecież za dobrych Polaków, szczerych patriotów, którym dzięki kolaboracji z sowietyzmem udało się bezkrwawo rozmontować opresyjny system. Wiemy, że agenci chodzą w Polsce z dumnie podniesionym czołem, nie doznają dyskryminacji ani nie odczuwają moralnego dyskomfortu. Co więcej, tkwi w tym myśleniu pewne racjonalne jądro, gdyż komuniści z pewnością nie oddaliby władzy środowiskom niepodległościowym i rzeczywiście antykomunistycznym.

Skutki przejścia tej agenturalnej armii do rzeczywistości państwa niepodległego, odczuwamy i będziemy odczuwać jeszcze przez wiele pokoleń. To swoisty „koń trojański” komunistycznych namiestników i ich esbeckich pachołków, a jednocześnie „polisa ubezpieczeniowa”, gwarantująca im bezkarność.

CDN...

Źródła:

Anatolij Golicyn - Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji.” Biblioteka Służby Kontrwywiadu Wojskowego .Warszawa 2007r.

„Generał Kiszczak mówi... prawie wszystko”, - Witold Bereś, Jerzy Skoczylas; wyd. Polska Oficyna Wydawnicza BGW Warszawa 1991 r.

http://ojczyzna.pl/ARTYKULY/BRZESKI-R_Wojna-Informacyjna.htm

Biuletyn IPN 3/2005 – Tadeusz Ruzikowski – „Agenci”

Biuletyn IPN 12(83) 2007 – Zdzisław Zblewski - „Aparat bezpieczeństwa wobec opozycji”

Antoni Dudek - „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988-1990” (s. 67)

Andrzej Zybertowicz – „W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomeklaturowy”, Wydawnictwo ANTYK, Warszawa 1993, s. 19-56.

POLITYCZNA AGENTURA WPLYWU - 2 - POD SOWIECKIM NADZOREM

czwartek, 15 stycznia 2009

III RP CZY „TRZECIA FAZA”? – część 4 – PRZECIWKO NARODOWI

Próba przedstawienia zdarzeń polskiej historii lat 80-tych, jako części globalnej taktyki podstępu i dezinformacji, realizowanej przez sowieckich strategów, musi doprowadzić do postawienia pytania – o „polską specyfikę” działań, których początek wyznaczyło morderstwo na księdzu Jerzym. Dlaczego właśnie tymi, a nie innymi środkami posłużono się w modelowaniu „ustrojowej transformacji”? Dlaczego polska droga ku „historycznemu kompromisowi” miała inny przebieg, niż wydarzenia w pozostałych państwach Bloku Sowieckiego? Nie chodzi, przy tym o rozpoznany już cel ostateczny, jaki stawia przed sobą „zreformowany” ruch komunistyczny. W tej kwestii, podzielam opinię byłego pracownika Amerykańskiej Agencji Wywiadu Wojskowego, autora wydanej w 1998 roku książki „Origin of the Fourth World War” Jeffreya Nyquista, który analizując tezy Golicyna pisze: „Nie mamy dostatecznej wiedzy, w jaki sposób działają wewnętrzne struktury "byłego" Związku Sowieckiego. Mechanizmy ich funkcjonowania są zbyt utajnione. Nie znamy nawet poglądów czołowych sowieckich graczy (ich orientacji ideologicznej). Obserwując ich zachowania w ciągu ostatnich piętnastu lat, jestem pewien tylko jednego: Golicyn ma bezsprzecznie rację w odniesieniu do ostatecznych celów rosyjskiej polityki. Niezależnie od tego, co mogą oznaczać "zmiany" przeprowadzone w świecie komunistycznym, istnieje konsekwentne dążenie do wykorzystania tych zmian w celu odsunięcia Ameryki od Europy, zbudowania wojskowego przymierza z Chinami, odnowienia sowieckiego przemysłu zbrojeniowego, użycia zorganizowanych grup przestępczych jako sprzymierzeńców w tajnej wojnie, sabotowania amerykańskiego systemu gospodarczego poprzez kontrolowanie podaży surowców mineralnych i penetrację głównych banków, ostatecznego odizolowania i destabilizacji Stanów Zjednoczonych, i odebranie wszelkich szans na odwrócenie sytuacji i ewentualne użycie amerykańskiego potencjału atomowego. Po osiągnięciu tych celów Moskwa i Pekin planują podzielenie świata na sfery wpływów, przy czym mniejsze państwa miałyby swój udział w "podziale łupów".

Każdy, upływający rok zdaje się potwierdzać zasadność tej prognozy.

Sam Anatolij Golicyn pisząc o błędach konwencjonalnej metodologii podkreśla, że najczęściej próbuje się analizować i interpretować wydarzenia w świecie komunistycznym w oderwaniu od całości, w systemie „rok po roku”, a inicjatywy komunistów są traktowane jako spontaniczne działania na rzecz osiągnięcia celów krótkoterminowych. „Wedle konwencjonalnych poglądów, - pisze Golicyn - opartych na przestarzałej metodologii, każde z wydarzeń wskazujących na zmiany w reżimie komunistycznym było objawem spontanicznego wzrostu tendencji odśrodkowych wewnątrz międzynarodowego komunizmu”[...] Punktem wyjściowym do opracowania „nowej metodologii” jest założenie, że 81 partii (komunistycznych) zadeklarowało zaangażowanie się politykę długofalową i zgodziło się na realizację jej celów w miarę swoich możliwości i potencjału. Co więcej, ponieważ różnorodność ta była koncesjonowana, można było dokonać podziału pracy między partie i każdej z nich przypisać specjalną rolę strategiczną, zgodną z jej charakterem narodowym i sugestiami Lenina. We wcześniejszym kontekście historycznym twierdził on: „ (...) potrzebujemy wielkiej orkiestry. Musimy wyciągnąć wnioski z naszych doświadczeń jak ustawić wszystkie partie, dać jednej sentymentalne skrzypce, innej groźnie brzmiący kontrabas, zaś batutę dyrygenta trzeciej”. [...] Metaforycznie można powiedzieć, że stara metodologia słyszy tylko pozbawione harmonii dźwięki, zaś „nowa” stara się zrozumieć symfonię jako całość”.

Pora zatem, by spojrzeć na polskie doświadczenia lat 80 -tych z perspektywy potrzeb i dążeń partii komunistycznej, a szerzej – polityki sowieckich strategów. Odmienna od pozostałych państw Bloku komunistycznego polska „droga ku demokracji” domaga się próby wskazania charakterystycznych cech, decydujących o wyborze. Ocena zdarzeń z tego okresu nie jest zadaniem łatwym, ponieważ za każdym z nich kryje się gigantyczna dawka dezinformacji, każde podlega ocenom ambiwalentnym. By efektywnie sprostać temu zadaniu, nie wolno zapominać o dwóch przesłankach.

Po „historycznym” XXII Zjeździe KPZR, podczas którego zdecydowano o porzuceniu koncepcji dyktatury proletariatu na rzecz idei „państwa całego narodu”, nowa polityka sowiecka, realizowana odtąd poprzez podstęp i dezinformację dopuszczała odstępstwo od komunistycznej doktryny, po to by utrzymać się u władzy i zachować nienaruszony stan posiadania. Drugim, zasadniczym odstępstwem, była rezygnacja Sowietów z dominacji w ruchu komunistycznym. Odtąd główną siłą scalającą ruch komunistyczny wewnątrz i na zewnątrz Bloku nie był już dyktat ZSRR, ale lojalność wobec wspólnego programu, w tworzeniu, którego swój udział mieli przywódcy wielu partii komunistycznych. W praktyce oznaczało to, że każde z trybów - państw komunistycznych, działających w globalnej strukturze prowadzi „własną” politykę wewnętrzną, pod warunkiem, że jest ona zgodna - kompatybilna z zasadą działania całości mechanizmu.

Najtrudniejszą przeszkodą intelektualną, przed jaką staje obserwator zdarzeń z lat 80-tych wydaje się konieczność odrzucenia tezy, jakoby stanowiły one bezsporne dowody na słabnięcie systemu komunistycznego i miały świadczyć o postępującym rozkładzie. To rzecz niezmiernie trudna – ponieważ zdecydowana większość ludzi twierdzi, że komunizm rozpadł się na ich oczach, że sami doświadczyli zmian polskiej rzeczywistości. Oglądając w telewizji upadek muru berlińskiego, egzekucję Causescu, czy wreszcie - wyprowadzenie sztandaru PZPR, gotowi byliby przysiąc, że stali się świadkami historycznego wydarzenia i wspólnie z niezbyt rozgarniętą artystką, obwieściliby koniec komunizmu.

Lenin uczył, że wszechświatowa rewolucja jest celem, który usprawiedliwia wszelkie środki. Taktyczny odwrót, bądź wielka prowokacja, żeby mogły być przeprowadzone skutecznie, domagają się otoczenia tajemnicą zarówno planów jak i mechaniki ich koordynacji. Czy zatem w latach 80-tych mieliśmy do czynienia z totalną manipulacją, doskonale przeprowadzoną sztuczką światowego prestygitatora, który „wyciągając z rękawa” kolejne rekwizyty nasycił oczy pospólstwa i oszukał ich rozsądek?

„Prowokacja polityczna to użycie najświętszych symboli narodowych i najgłębszych jego uczuć przeciwko narodowi” – twierdził Cat Mackiewicz. Sztukę prowokacji przeciwko własnemu narodowi, polscy komuniści posiedli w stopniu na tyle dostatecznym, by powierzono im zadanie przeprowadzenia eksperymentu, którego efekty miały służyć globalnej strategii Bloku komunistycznego. Do jego przeprowadzenia potrzebowano użycia dwóch „symboli narodowych”, uosabiających tradycje i dążenia narodu – Kościoła Katolickiego i „Solidarności”.

Skuteczność polskiej „fazy drugiej”, czyli stanu wojennego, pozwoliła komunistom na wprowadzenie ruchu „Solidarności” pod ścisłą kontrolę oraz zapewniła stan wewnętrznej, politycznej konsolidacji. „Naszpikowanie” Związku agenturą, w okresie jego legalnej działalności, uczyniło to zadanie łatwiejszym.

Zdaniem Golicyna, wykreowani przez KGB oraz jego filie (SB, Stasi, etc.) dysydenci, znani na Zachodzie, mieliby tworzyć niekomunistyczne partię lub organizacje opozycyjne w wypadku, gdyby system komunistyczny zaczął się rozpadać. Powołując się na przykład „Praskiej Wiosny”, Golicyn wskazywał na Dubczeka, którego odpowiednikiem w ZSRR miał być Sacharow, w Polsce zaś Wałęsa i jego środowisko doradców.

„Nowa strategia polegała na dezinformacji. Należało przekonać Zachód o wewnętrznej słabości systemu komunistycznego i możliwości jego libera­lizacji. Było to zgodne z oczekiwaniami państw zachodnich, które, w dobie broni masowego rażenia, za wszelką cenę dążyły do uniknięcia starcia mili­tarnego i liczyły na wewnętrzną ewolucję ustroju komunistycznego. Nowa strategia zakładała zamiast ostrej rywalizacji zbliżenie ze światem kapitalistycznym. Efektem owego zbliżenia miało być stopniowe upodabnianie się obu systemów. O tym mówiła, szalenie popularna w kręgach zachodniej so­cjaldemokracji, teoria konwergencji, zakładająca trwałe zespolenie obu ustrojów poprzez obumieranie klasycznego kapitalizmu i autentycznego ko­munizmu” – pisał Robert Kowalewski w „Fatalnej fikcji”.

Dla sowieckich strategów było oczywiste, że chcąc przeprowadzić w Polsce eksperyment integracyjny muszą brać pod uwagę pozycję Kościoła Katolickiego, który dla Polaków stanowił najważniejszy drogowskaz moralny. Jednocześnie Kościół był tym miejscem i realną strukturą, w której mogły wzrastać i rozwijać się środowiska opozycyjne. Ten czynnik, nie występujący w takim stopniu w żadnym innym państwie komunistycznym, wymagał szczególnych działań i zabiegów. To od reakcji Kościoła mogło zależeć powodzenie lub klęska planowanej „odnowy”. Dlatego specyfika komunistycznej strategii, w warunkach polskich oznaczała przede wszystkim wykorzystanie siły oddziaływania Kościoła Katolickiego. Z wykreowaniem lojalnej i funkcjonalnej opozycji poradzono sobie wcześniej. Być może, to właśnie istnienie w Polsce silnej i niezależnej od władz organizacji Kościoła, zdecydowało o polskim modelu transformacji ustrojowej.

W nr.1(24) Biuletynu IPN z roku 2003, znajdziemy zapis dyskusji - „O metodach walki z Kościołem prowadzonej przez peerelowskie służby bezpieczeństwa” – w której z Antonim Dudkiem, Janem Żarynem i prok. Andrzejem Witkowskim rozmawia Barbara Polak Opinie historyków IPN –u o działaniach policji politycznej PRL, pozwalają prześledzić mechanizmy, jakie władze komunistyczne zastosowały wobec Kościoła, by doprowadzić do ewolucji postaw hierarchów i skłonić ich do akceptacji „historycznego kompromisu”.

Antoni Dudek mówi:

„Spoglądając na historię opozycji w stanie wojennym i później, wyraźnie zauważymy, że bez wsparcia tych kilkudziesięciu czy kilkuset księży opozycja nie byłaby w stanie zrobić nawet połowy tego, co robiła. Plebanie służyły za miejsca spotkań, przechowywano tam literaturę drugiego obiegu, a niekiedy nawet lokowano podziemne drukarnie. Służba Bezpieczeństwa oczywiście miała tego świadomość, więc jej dezintegracyjne działania były kontynuowane. Po wprowadzeniu stanu wojennego główne uderzenie kierowano na „Solidarność”, natomiast Kościoła starano się nie ruszać, nie drażnić. Dlatego zmieniono nawet – uchwalony przez Radę Państwa i rozesłany po kraju – dekret o stanie wojennym, usuwając, oprotestowane przez biskupów, dwa artykuły ograniczające swobodę działania Kościoła. Duchowieństwo było potrzebne jako stabilizator sytuacji.

–Ta sytuacja zmienia się jednak chyba dość zasadniczo po oficjalnym zniesieniu stanu wojennego?

A. Dudek: Po zniesieniu stanu wojennego w 1983 r. opozycja wyraźnie osłabła i automatycznie w MSW rozpoczęła się nowa kampania wymierzona w Kościół. Właśnie z początkiem 1983 r. nasiliła się działalność komórek „D”, w których jedną z głównych postaci był Grzegorz Piotrowski. Trwało to do zabójstwa ks. Popiełuszki, kiedy ta działalność została wyhamowana. W latach 1983–1984 nastąpiło też wyraźne zamrożenie w relacjach między Episkopatem a władzami. Przede wszystkim chodziło o negocjowaną od 1981 r. ustawę o stosunkach między państwem a Kościołem. Projekt ustawy, ustalony przez wspólną komisję w końcu 1983 r., zablokowało Biuro Polityczne. Był to sygnał, że skrzydło dogmatyczne – jednoznacznie wrogie Kościołowi w kierownictwie PZPR – bierze górę. Zabójstwo ks. Popiełuszki, a zwłaszcza ataki na Kościół podczas procesu toruńskiego, jeszcze bardziej pogorszyły atmosferę. Ocieplenie w stosunkach z Kościołem nastąpiło dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, w związku z pieriestrojką Gorbaczowa. Około 1987 r. władze rozpoczęły tworzenie planu kontrolowanej transformacji systemu. Wznowiono dyskusje na temat ustawy, a także konwencji, którą miałaby podpisać PRL ze Stolicą Apostolską. Nastąpiła wyraźna odwilż. Na działania dezintegracyjne trzeba zatem patrzeć jako na funkcję wydarzeń na najwyższym szczeblu i relacji między Episkopatem a kierownictwem partii. Trzeba też pamiętać, że działania SB były tylko jednym z kilku środków stosowanych przez władze w rozgrywce z Kościołem”.

Trudno nie dostrzec faktu, że relacje władz komunistycznych z Kościołem uległy zasadniczej zmianie po zabójstwie księdza Popiełuszki. Już z cytowanych w poprzedniej części, oficjalnych wystąpień hierarchów, w reakcji na to morderstwo można było dostrzec, że uderzenie odniosło zamierzony efekt. Mimo, iż deklaracje te wyrażają sprzeciw wobec zabójstwa kapłana, próżno poszukiwać w nich wskazania winnych zbrodni lub potępienia prawdziwych intencji działań inspiratorów. Można odnieść wrażenie, że z chwilą „usunięcia” Kapelana „Solidarności” odblokowały się możliwości porozumienia, znikła przeszkoda, oddzielająca od siebie dwie przeciwstawne siły.

Gorzkie słowa Józefa Mackiewicza z roku 1982, zawierają przecież głęboką refleksję o komunistycznej prowokacji z użyciem „najświętszych symboli narodowych”:

„Niewątpliwie ruch „Solidarności” w PRL nie był nigdy dążącym do obalenia komunizmu, lecz do ulepszenia go. Poprawienia, zarówno warunków ekonomicznych, jak i społecznych. – „Więcej chleba i wolności!” Był w tym konsekwentny. Zgodził się na dominującą rolę partii komunistycznej, byle w jej polsko-katolickim wydaniu. Nie można zresztą dążyć do czegoś („obalenie ustroju”), gdy się samo takie dążenie (kontrrewolucja, użycie siły, etc. etc.) przezywa „oszczerstwem”, „prowokacją” etc. W tym swoim dążeniu do „Porozumienia Narodowego” znalazł też pełne poparcie ze strony Kościoła, od prymasa Wyszyńskiego począwszy, na papieżu Janie Pawle II skończywszy”.

Wzajemne zbliżenie nabiera rozpędu z chwilą objęcia na Kremlu władzy przez Michaiła Gorbaczowa. Z całą pewnością, ów protegowany szefa KGB – Andropowa, był godnym następcą sowieckich doktrynerów i pozostał wierny strategii leninowskich celów. Konstruując „głasnost” i pierestrojkę, jako narzędzia propagandowej ofensywy na Zachód, nie zapomniał o „polskiej specyfice” i konieczności znalezienia antidotum na „dziedziczną chorobą, która nas toczy od tysiąca lat” – jak obrazowo w roku 1984 nazwał Kościół i religię gen. Jaruzelski.

Gdy spojrzeć na kalendarium wydarzeń po zabójstwie księdza Jerzego, uderzająca wydaje się dynamika, z jaką następuje proces ewolucji Kościoła w kierunku porozumienia z władzą.

Jeszcze 28 lutego 1985 roku podczas spotkania sekretarza Episkopatu abp. Bronisława Dąbrowskiego z gen. Czesławem Kiszczakiem, w sprawie procesu toruńskiego, postawa Kiszczaka wskazuje na eskalację wrogości wobec Kościoła. Generał uchyla się od odsłonięcia prawdy o morderstwie księdza Jerzego i sugeruje, że atak adwokatów rodziny księdza burzy dobre stosunki między rządem a Kościołem. Odrzuca propozycję biskupa dialogu władzy z opozycją, oskarża Lecha Wałęsę o „antypolskość”, a przedstawicielom Kościoła zarzuca brak zdecydowanej reakcji wobec sankcji prezydenta USA Ronalda Reagana, w efekcie których ubożeje społeczeństwo polskie, a PRL traci 15 mld dolarów rocznie.

Sytuacja zmienia się, gdy w rządy na Kremlu obejmuje Gorbaczow. Już 25 kwietnia, a zatem w pół roku po zabójstwie Kapelana „Solidarności”, dochodzi do kolejnego spotkania abp Bronisława Dąbrowskiego i ks. Alojzego Orszulika z gen. Kiszczakiem. Tematem spotkania jest sprawa zdjęcia, założonych przez SB podsłuchów w placówkach kościelnych. Atmosfera spotkania wydaje się odbiegać od dotychczasowej praktyki. Gen. Jaruzelski proponuje nawet powołanie wspólnej komisji, w obecności której demontowano by sprzęt. Kiszczak zaś ujawnia kulisy rozmowy z Grzegorzem Piotrowskim i Adamem Pietruszką w Sądzie Najwyższym. Przekonuje hierarchów kościelnych, że w rozmowie z oskarżonymi nakłaniał ich do wskazania inspiratorów zbrodni, ale odmówili. Potwierdza prawomocność wyroku i zapewnia, że Rada Państwa nie skorzysta z prawa łaski w najbliższym czasie.

W czerwcu 1986 roku, biskupi obradujący w Gnieźnie na 214. Konferencji Plenarnej Episkopatu zwracają w swym komunikacie uwagę, iż „liczne grupy społeczne i zawodowe oczekują od władz publicznych stworzenia i rozszerzenia możliwości legalnego działania, niezależnego od partii politycznych. […] Potrzebne jest wprowadzenie takich rozwiązań społecznych i prawnych, które nie będą powodować politycznych dyskryminacji i przyniosą trwałe rozwiązanie problemu więźniów politycznych. […]

Ale jest jeszcze drugie oblicze władzy, które nie pozwala hierarchom Kościoła zapomnieć, z kim ma do czynienia i zdaje się poddawać myśl, że odstąpienie od „dialogu” może skończyć się powrotem metod „nieznanych sprawców”. 19 listopada 1984 r. napadnięto na ks. Eugeniusza Kościółkę proboszcza z Kazimierzówki koło Lublina, był torturowany, kłuty bagnetem i przypalany (m.in. po genitaliach). W ten sam sposób kilka tygodni wcześniej napadnięto i torturowano księdza Ziomka z parafii Matczyn k.Lublina, próbując spalić go żywcem. W kwietniu 1985 roku pobity i poparzony przez „nieznanych sprawców” zostaje ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, kapelan nowohuckiej „Solidarności”. Na brzuchu i policzku wypalono mu (najprawdopodobniej przy użyciu papierosów) literę „V”. Do ponownego napadu dojdzie w grudniu.

Gdy kilka lat później generał ludowego wojska Kiszczak mówi zupełnie wprost, w wywiadzie z Witoldem Beresiem i Jerzym Skoczylasem, że „Stan wojenny i Okrągły Stół, to były dwa końce tej samej polityki.” – nie wypada nie wierzyć jego słowom. Nikt nie kwestionuje faktu, że Polska była tym krajem, w którym udział policji politycznej, w doprowadzeniu do „historycznego kompromisu” był największy, zatem strategia działań nie mogła odbiegać od ogólnie stosowanych metod sowieckich.

Anatolij Golicyn wspomina, iż podstawę strategii oparto na sprawdzonych wzorcach. Jednym z nich był tajny podręcznik szkoleniowy „tylko do użytku wewnętrznego”, który napisał oficer GRU Popow. Podręcznik ten na około osiemdziesięciu stronach opisywał techniki dezinformacji. Podręcznik Popowa definiował dezinformację jako środek tworzenia sprzyjających warunków do uzyskania przewagi strategicznej nad przeciwnikiem. Stwierdzał, że dezinformacja musi działać zgodnie z wymaganiami strategii wojskowej i dyplomacji i podkreślał, że w każdej sytuacji powinna być zależna od prowadzonej polityki.

Książka klasyfikowała różne typy dezinformacji – strategiczną, polityczną, wojskową, techniczną, ekonomiczną i dyplomatyczną. Wymieniała także kanały, którymi można rozpowszechniać dezinformację:

• deklaracje i przemowy czołowych mężów stanu i przedstawicieli rządu danego kraju;

• oficjalne dokumenty rządowe;

• gazety i inne materiały publikowane w danym państwie;

• zagraniczne publikacje inspirowane przez oficerów służb specjalnych pracujących z obcymi dziennikarzami i ekspertami;

• specjalne operacje wspierające;

• agentów wpływu i innych agentów oraz oficerów w obcych krajach.

Logika działań namiestników sowieckich w Polsce opierała się zatem na prowadzeniu oficjalnych, coraz bardziej „pokojowych” rozmów z przedstawicielami Episkopatu – z jednej strony, co wyczerpywało dyspozycje pkt.1 i 2, przy jednoczesnym prowadzeniu „specjalnych operacji wspierających”, w których nieodzowny udział mieli tzw. nieznani sprawcy. W kolejnych częściach warto będzie wspomnieć o roli, jaką w tym procesie odegrały media oraz szczególnie zasłużonej postawie agentury wpływu.

W strategii polityki międzynarodowej, kanały rozpowszechniania dezinformacji działały oczywiście w innym wymiarze. Gdy zatem 26 kwietnia 1985 roku przywódcy państw stron Układu Warszawskiego podpisują w Warszawie protokół o przedłużeniu jego istnienia na kolejne 20 lat, co mogłoby świadczyć o sile i trwałości tej militarnej struktury, I sekretarz KPZR Michaił Gorbaczow stwierdza „konieczność […] otwartego omawiania pojawiających się różnic poglądów i wypracowania wspólnego stanowiska. Należy w porę usuwać nieporozumienia i wzajemne pretensje, nie dopuszczając do ich nawarstwiania. […] Stwierdza też, że […] każda z bratnich partii samodzielnie określa swoją politykę i jest za nią odpowiedzialna przed swoim narodem. […]

W tym samym roku, podczas listopadowego spotkania Gorbaczowa z prezydentem Ronaldem Reaganem, sowiecki przywódca zadeklarował rozbrojenie Związku Sowieckiego i uznał się za pokonanego w zimnej wojnie. Jednocześnie dał do zrozumienia, że w krajach komunistycznych tamtejsza elita podjęła przygotowania do zajęcia odpowiadającej jej aspiracjom pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych. Słusznie spodziewając się, iż Reagan będzie chciał zakończyć swoją prezydenturę spektakularnym sukcesem, sowiecki gensek podkreślał, że bardzo liczy na wsparcie tych procesów przez Stany Zjednoczone.

W teorii motywacji, która nieobca była sowieckim strategom, zwraca się uwagę, że choć bodźce negatywne i pozytywne, stosowane na przemian wpływają korzystnie na motywację, to w dłuższym okresie stanowią czynnik demotywujący. Od 1986 roku mamy zatem do czynienia z narastaniem bodźców pozytywnych, przy czym „polski eksperyment” nadal okazuje się „awangardą” w krajach Bloku Sowieckiego.

Przed kilkoma laty Jan Olszewski, oskarżyciel posiłkowy z ramienia rodziny księdza Jerzego podczas procesu toruńskiego, powiedział w wywiadzie dla tygodnika „Nasza Polska” (nr 41 z 12.X.2004 r.) słowa, które nawiązując do 20 rocznicy mordu założycielskiego III RP, wydają się dotykać istoty specyficznej „polskiej drogi” - „Ta rocznica, przygotowywana wielkim nakładem środków, przy dużym zaangażowaniu Kościoła, „Solidarności” i różnych środowisk społecznych, rocznica, która powinna być przede wszystkim przypomnieniem przesłania moralnego, ideowego i politycznego księdza Jerzego, w tej chwili schodzi na drugi plan, a właściwie znika. [...]gdzieś ginie to całe przesłanie księdza Jerzego, którego aktualność jest w tej chwili uderzająca, a które musi być bardzo niewygodne dla elity władzy w dzisiejszej Polsce. Po pierwsze, jest to przesłanie związane z bezinteresowną służbą publiczną, której brak ks. Popiełuszko wytykał ówczesnej władzy. Po drugie, nawiązuje ono do obrony interesów i godności świata pracy, który dzisiaj podlega równie przykrym doświadczeniom jak wówczas, chociaż w nieco inny sposób, ale jest to problem tak samo uderzający i ważny. I jeżeli ta rocznica rozpłynie się w szumie informacyjnym wokół jakiejś doraźnej sensacji, to zatraci się jej głębsza wymowa, czyli to, za co zginął ksiądz Jerzy. A to, jak najbardziej leży w interesie obecnego układu rządzącego.”

CDN...

Źródła:

http://archiwum.sw.org.pl/pdf/AnatolijGolicyn-Nowe_klamstwa_w_miejsce_starych-1984.pdf

Robert Kowalewski – „Fatalna fikcja” – Fronda nr.23/24

Biuletyn IPN nr.1 (24) 2003 - http://www.ipn.gov.pl/download.php?s=1&id=3903

http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=013684108001

Bereś W., Skoczylas W. - Generał Kiszczak mówi... prawie wszystko. Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa 1991