Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

piątek, 31 października 2008

TCHÓRZ BEZ WYBORU

- Ktoś za ten raport powinien ponieść odpowiedzialność przed prokuratorem. Za ujawnienie tajemnicy państwowej, za skrzywdzenie wielu osób i stworzenie mechanizmu, który tak naprawdę oznacza pozbawienie na długie lata wiarygodności polskiego wywiadu.(…)

- Ja bym poczekał, aż Prokuratura zbada sprawę do końca. Wie pani, sprawa jest śmiertelnie poważna, jest śmiertelnie poważna.(…)Więc to jest, sprawa wymaga wszechstronnego zbadania. I ja bym z opiniami poczekał. (…)

- Pan Macierewicz powinien zniknąć.(…)

- Ja sprawy nie znam, ale z ułomków informacji widać, że ewentualna korupcja dotyczy też zweryfikowania pozytywnego za pieniądze. Innymi słowy, próby (niewiadomo czy udanej) załatwienia sobie pracy w wywiadzie i w kontrwywiadzie, tworzonym przez Antoniego Macierewicza, za pieniądze. To jest zagrożenie dla interesów państwa.(…)

- Śledztwo musi wykazać, czy pan Aleksander L. i ten dziennikarz mieli swoje kontakty w komisji weryfikacyjnej. Na czym te kontakty polegały? Co załatwiali, a co próbowali tylko załatwić?

- Dziennikarz Wojciech Sumliński twierdzi, że nie miał żadnych dokumentów, nie zajmował się Komisją Weryfikacyjną, nie kontaktował się z panem Bączkiem od roku.

- Pani się dziwi, że on tak twierdzi, no każdy człowiek znajdujący się pod jakimś oskarżeniem, czy pod podejrzeniem tak będzie twierdził.

- po to są rewizje żeby dowody znaleźć.

- Ja nie wiem czego szukała ABW i nie wiem co znalazło, nie wiem. Wiem, że powinno szukać, powinno szukać i szukało i bardzo dobrze, bo sprawa jest – jeszcze raz powiem – śmiertelnie poważna z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.

- No więc szukamy dowodów, prawda, ABW szuka dowodów. Tylko dowodem może być albo przyznanie się kogoś do winy, albo inna forma potwierdzenia kontaktu, na przykład między tymi panem L., Aleksandrem L., czy panem S., a kimś z Komisji Weryfikacyjnej. To ma ABW sprawdzić. No więc szukamy dowodów…

Gdy tchórz tak gadał, rada, wrąc entuzyjazmem,

Gotowa za krasomówstwo

Dać mu naczelne wodzostwo,

Odezwała się nagle w jeden głos: "Żyj, tchórzu!"

On, stropion krzykiem tym wśród perory,

Zmięszał się, owszem, dał czuć najwyraźniej,

Że był w gwałtownej bojaźni.

Dopieroż rozruch: "Precz z nim, fe, tchórz, a do nory!"

Szczęściem tuż była; wskroś sarkań i śmiechu

Wpadł w nię i rył bez oddechu.

Aż gdy na sążeń czuł się pod podwórzem,

Rzekł do siebie z ironią czystego sumienia:

"Ot proszę, co też to jest przesąd urodzenia,

Obrano by mnie wodzem, żebym nie był tchórzem".

Polityczny patron, Wojskowych Służb Informacyjnych Bronisław Komorowski jest tchórzem. Wie to każdy, kto trzeźwo i obiektywie ocenia polską rzeczywistość.

Ponieważ tchórzostwo jest wśród polityków III RP cnotą powszechną, zatem Bronisław Komorowski nie mógł zostać nikim innym, w państwie utworzonym przez swoich protegowanych. Jak każdy tchórz na urzędzie, Bronisław Komorowski czuje się silny wielkością swojej władzy marszałka Sejmu.

O umieszczenie go na tym stanowisku zadbali partyjni koledzy, w obawie, by ujawnienie aneksu nie zmiotło z politycznego zwierzyńca zwykłego posła Komorowskiego.

Słusznie uczynili, bo urząd to dla tchórza konieczny azyl, spokojna przystań, w której pielęgnuje swoje tchórzostwo i tchórzów równych sobie, zapewnia o odwadze i szlachetności.

Urząd pozwala tchórzowi być zuchwałym – czego nie należy mylić z męstwem, ani posądzać tchórza o odwagę. To urząd daje tchórzowi poczucie bezkarności, uczy go pogardy dla prawa, państwa i ludzi. Urząd jest fasadą, za którą tchórz skrywa swoje łajdactwa i pospolite świństwa. Tchórzowi to uchodzi, bo choć „ każdy każdemu się żali, Każdy przed każdym się chwali I każdy winę na każdego wali, Tchórzowi tylko wszyscy pokój dali.”

A tchórz - choć jest tylko narzędziem w cudzych rękach – nie chce być tchórzem pospolitym. Tchórz ma niestety ambicje, które czynią go człowiekiem groźnym. Potrafi uderzyć – byle cudzą ręką, potrafi oczernić – gdy przeciwnik słaby. On wie, że tchórzem, prawdziwym tchórzem jest tylko ten, kto boi się własnych wspomnień. Uzbrojony po zęby w broń każdego tchórza, poznał już wszystkie zakamarki kłamstwa, fałszu i obłudy.

Bułhakow napisał, że "tchórzostwo nie jest jedną z ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą”. Trzeba uświadomić tchórzowi, kim jest i gdzie jego miejsce. Postawić przed wyborem, oświetlić, wskazać palcem. Uczynić go widocznym. Krzyknąć – Żyj tchórzu!

Na każdego tchórza przychodzi chwila, gdy na odwagę jest za późno. Wówczas - tchórz staje się szlachetną świnią, ale wtedy może być za późno dla nas.



http://ww6.tvp.pl/7038,20081030818980.strona

Adam Mickiewicz – Tchórz na wyborach. - http://univ.gda.pl/~literat/amwiersz/0068.htm

środa, 29 października 2008

GRA ZBRODNIĄ – FAŁSZERZE Z WSI

Przez 24 lata, na podstawie ustaleń procesu toruńskiego wmawiano opinii publicznej, że wszyscy winni zbrodni na księdzu Jerzym ponieśli już zasłużoną karę. Ówczesna władza stworzyła powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie czterech funkcjonariuszy SB i zapewniała społeczeństwo o swojej woli wyjaśnienia, jak było naprawdę. Legendę tę uwiarygodnili sami funkcjonariusze policji politycznej, precyzyjnie odgrywając swoje role. Dzięki tej zbrodni władcy PRL-u realizowali swój plan, którego zwieńczeniem był okrągły stół i transformacja ustrojowa pozwalająca komunistom na zachowanie swoich przywilejów. W niezmienionej formie kłamstwo, narzucone siłą komunistycznej propagandy zostało przyjęte i zaakceptowane w III RP. Wszystkie środowiska uczestniczące w haniebnej zmowie z komunistami, stały się zakładnikami tego kłamstwa i przyjęły na siebie ciężar odpowiedzialności za ukrywanie prawdy o śmierci księdza Jerzego.

Od 1984 roku wszelkie próby wyjaśnienia prawdziwych okoliczności tego mordu były i są skutecznie blokowane. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę bezpieki, nazwano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się sprawą, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano Wojciecha Sumlińskiego.

Z drugiej strony, nigdy nie brakowało chętnych, by podważyć wiarygodność prokuratorskiego śledztwa, i zdezawuować tezy zawarte w książce Wojciecha Sumlińskiego – „Kto naprawdę Go zabił?”. To jedna z tych publikacji, które w wolnej III RP zostały skazane na przemilcznie, a jej autor stał się obiektem zainteresowania służb specjalnych.

Gdy w roku 2005 trafiła na półki, po szumnych zapowiedziach wytoczenia, co najmniej kilku głośnych procesów autorowi i wydawcy książki,– zapadło głuche milczenie. Wywody w publikacji są tak dobrze udokumentowane materiałami ze śledztw i procesów, dokumentami IPN, a także zeznaniami świadków zbrodni dokonanej na księdzu Popiełuszce, że nie da się z nimi wygrać.

Z argumentacji przedstawionej przez dziennikarza wynika, że cała zbrodnia została w najdrobniejszych szczegółach wyreżyserowana przez kierownictwo MSW, zaakceptowana przez generała Kiszczaka, a wykonana za aprobatą Wojciecha Jaruzelskiego. Już w 1984 r. Jaruzelski i Kiszczak zrozumieli, iż rozmowy z opozycją i podzielenie się władzą z wybranymi opozycjonistami to ich jedyna szansa na przetrwanie. Ujawnienie prawdy o zbrodni mogłoby skompromitować wielu późniejszych uczestników "okrągłego stołu". Część opozycjonistów była zresztą szantażowana, że jeśli Jaruzelski i Kiszczak będą zagrożeni, mogą się pojawić esbeckie akta obciążające znane postacie opozycji.

Dziennikarz odkrył zbrodnicze mechanizmy bezpieki, które towarzyszyły procesowi transformacji ustrojowej. Wspomina o osobach, które chciały poznać prawdę i ginęły w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Opisuje szokujące kariery ludzi, którzy do 1984 r. donosili SB na kapłana, a po 1989 r. robili błyskotliwe kariery.

Dowody zebrane w IPN, przez zespół prok. Witkowskiego wskazywały wyraźnie, że mamy do czynienia z bardzo prawdopodobnym zarzutem mataczenia przez cały szereg osób, które uczestniczyły wokół tego śledztwa w różnych, „osłonowych operacjach". Działania te mogły dotyczyć nawet kilkuset osób, z których większość jest nadal obecna w życiu publicznym.

Sens publikacji Wojciecha Sumlińskiego, ujawniającej rzeczywiste okoliczności śmierci księdza Jerzego i późniejszych, wieloletnich działań służących ukryciu prawdy, można zrozumieć wyłącznie z perspektywy polskiej transformacji ustrojowej. Logika tej koncepcji zakłada bowiem, że zabójstwo księdza Popiełuszki, a następnie włączenie w proces fałszowania zdarzeń części wyselekcjonowanej opozycji, otworzyło drogę do układu okrągłego stołu i dało podstawę do stworzenia „porządku” III RP.

Myliłby się, kto sądziłby, że matactwa wokół tej sprawy skończyły się wraz z PRL. Przez ostatnie 19 lat, strażnicy komunistycznych zbrodni strzegli tajemnicy nadal, mając do swojej dyspozycji ogromny arsenał środków; poczynając od fizycznej eliminacji lub zastraszania niewygodnych świadków, poprzez tworzenie fałszywych tropów i dowodów, po medialne manipulacje.

Dlatego z wielkim niepokojem patrzę od kilku dni, jak dziennikarze TVN, wspólnie z dziennikiem „Polska” próbują nagłaśniać rzekome efekty dziennikarskiego śledztwa, powołując się na dokumenty i świadków, którzy „przedstawili nową, inną od powszechnie znanej wersję porwania i śmierci ks. Popiełuszki.”

Rewelacje, którymi dziennikarze TVN epatują odbiorców nie są niczym innym jak wybiórczym powtórzeniem hipotez pochodzących ze śledztwa, prowadzonego przez prok. Andrzeja Witkowskiego. Żaden z reporterów tej stacji nie uznał jednak za stosowne poinformowanie opinii publicznej, że „nowe okoliczności” zostały już dawno ujawnione przez Wojciecha Sumlińskiego, w pochodzącej z 2005 roku książce „Kto naprawdę Go zabił?”

Nie mogę uwierzyć, by stacja Waltera i Wejherta, powołana ze środków wywiadu PRL stanęła nagle po stronie poszukujących prawdy o śmierci księdza Jerzego, a jej pracownicy zainteresowali się sprawą, wiedzeni nakazem dziennikarskiej rzetelności. Nie sposób dać wiarę, że ludzie dyspozycyjni wobec układu tworzącego III RP, wspierający od wielu miesięcy środowisko WSI, zakłamujący codziennie rzeczywistość kolejną porcją dezinformacji, stali się nagle odkrywcami tajemnic bezpieki. Czy nieetyczne, sprzeczne z zasadami dobrego dziennikarstwa, przemilczenie prawdziwych źródeł i autorów informacji, nie powinno wzbudzać podejrzeń, co do prawdziwych intencji tych działań? W żadnej publikacji dziennika „Polska” ani w ostatnich doniesieniach ONET-u lub TVN –u nie wspomniano o książce Wojciecha Sumlińskiego, nie ujawniono, że zawiera ona wszystkie, rzekomo nowe dowody, na które obecnie powołują się dziennikarze. Czy można to uznać za przypadek i złożyć wyłącznie na karb braku zawodowej rzetelności?

Skąd, to nagłe zainteresowanie stacji tajemnicą komunistycznej zbrodni? Dlaczego uwydatnia się tylko niektóre z ustaleń śledztwa prokuratora Witkowskiego, a przemilcza wiele innych, równie istotnych?

Odpowiedź wydaje się być zawarta w innej, środowiskowo identycznej publikacji – artykule Wojciecha Czuchnowskiego z „Gazety Wyborczej” - „Morderca księdza Popiełuszki triumfuje” .

W myśl przedstawionej tam tezy, podważenie daty śmierci księdza Jerzego ma być okolicznością szczególnie korzystną dla zabójców, bowiem może doprowadzić do wznowienia procesu i uniewinnienia esbeków od zarzuty zabójstwa. Tezę tę popierają „mec. Krzysztof Piesiewicz (oskarżyciel posiłkowy w procesie) i prof. Witold Kulesza (b. szef pionu śledczego IPN), którzy zwracali uwagę, że kwestionowanie daty śmierci duchownego leży w interesie skazanych za tę zbrodnię esbeków.” Czy przez zapomnienie, wybitni prawnicy zapominają dodać, że ewentualne ustalenie sprawców zabójstwa, w żaden sposób nie podważa odpowiedzialności Piotrowskiego i spółki za porwanie, bicie i torturowanie księdza Jerzego, a także za matactwa w śledztwie i wprowadzenie w błąd sądu? Czy obawa, że ujawnieni zostaną mordercy - być może w mundurach LWP, a Piotrowski - wierny janczar sowieckiego systemu, okaże się esbecką kukłą, sterowaną przez Kiszczaka, ma prowadzić do zaniechania poszukiwań prawdy? Jak do oświadczeń zbulwersowanych prawników, mają się przepisy kodeksu postępowania karnego, przewidujące wznowienie postępowania, w przypadku pojawienia się nowych, istotnych dowodów? Warto zauważyć, że konsekwencją wypowiedzi Piesiewicza i Kuleszy byłoby podważenie zasadności wszelkich rewizji, zmierzających do ustalenia prawdy procesowej.

Wiemy również, że wśród hierarchów Kościoła funkcjonuje niemal zgodny pogląd, jakoby podważenie daty śmierci księdza Jerzego powodowało komplikacje w procesie beatyfikacyjnym kapelana „Solidarności”. Nie wspomina się przy tym, że to właśnie wątpliwości, co do przebiegu zdarzeń z roku 1984 mogą stanowić przeszkodę w procesie i dopóki nie zostaną jednoznacznie wyjaśnione, temat się nie zakończy. Zupełnie zasadną jest również uwaga, że nie istnieje żadna przesłanka, która nakazywałaby pośpiech w tak ważnym i nieodwracalnym postępowaniu.

Od dawna też pojawiają się wypowiedzi m.in. ludzi Kościoła, przypominające, że odstępstwa od wersji zdarzeń ustalonej podczas procesu toruńskiego, mogą być inspirowane przez środowiska wrogie Kościołowi. Na tym tle, warto wspomnieć niezwykle mądry i rzeczowy głos arcybiskupa Kazimierza Nycza, który odnosząc się do ostatnich doniesień prasowych na temat śmierci księdza Jerzego wyraził nadzieję, że Jego beatyfikacja będzie możliwa bez względu na to jaka data zgonu zostanie potwierdzona. Zauważył także, że część dokumentów jest w Moskwie, a zatem Kościół nie będzie czekał "aż komunizm w stolicy Rosji upadnie". Za kwestię najistotniejszą arcybiskup uznał fakt, że ksiądz Popiełuszko poniósł śmierć męczeńską za wiarę.

Pojawia się natomiast pytanie - jeśli datę śmierci podważają ustalenia prok. Witkowskiego oraz dziennikarskie śledztwo Wojciecha Sumlińskiego, a obecnie dołącza do tych głosów stacja TVN – czy wolno sądzić, że są to ludzie stojący po tej samej stronie barykady i działający w imię prawdy? Niekoniecznie.

Istnieje jak dotąd zasadnicza i niezwykle istotna różnica, która zdaje się wskazywać na sens i kierunek działań stacji TVN. Wszystkie ogłaszane ostatnio „rewelacje” są, bowiem elementami całości sprawy, wyrwanymi z kontekstu zdarzeń i przedstawianymi jako sensacyjne i odkrywcze. Wykorzystanie efektów śledztwa prokuratorskiego i dziennikarskiego, bez podania prawdziwych źródeł wiedzy, ma zapewnić wiarygodność tezom, głoszonym przez pracowników stacji TVN. Nagłośniono szczególnie dwie hipotezy – dotyczącą daty śmierci Kapłana oraz związaną z udziałem „drugiej ekipy”, składającej się prawdopodobnie z ludzi WSW. Postrzegam ten zabieg jako zamierzoną i niebezpieczną manipulację.

O ile, bowiem efekty śledztwa Witkowskiego i publikacja Sumlińskiego zawierały całościową, logicznie skonstruowaną konkluzję, że zamordowanie kapelana "Solidarności" było cyniczną grą bezpieki, za którą stali bezpośredni inspiratorzy – Jaruzelski i Kiszczak, obliczoną na korzyści polityczne, która doprowadziły do podziału "Solidarności" i wyodrębnienia z niej frakcji skłonnej do negocjacji z władzą, o tyle efekty „śledztwa” TVN – u zdają się prowadzić do zupełnie innych wniosków.

Zostały one ujawnione w artykule „Ks. Jerzy mógł być ofiarą walk służb specjalnych” i przedstawione przez Przemysława Wojciechowskiego – „Wśród kilku innych możliwy jest taki przebieg wydarzeń: Porwanie księdza zleca Milewski, aby wprowadzić ferment w kraju i odsunąć od władzy idących w kierunku reform Jaruzelskiego i Kiszczaka. Kiszczak dowiaduje się o tym i wysyła wojskowych, którzy odbijają księdza z rąk Piotrowskiego. Później układa scenariusz, w którym trójka esbeków i ich zwierzchnik Adam Pietruszka biorą winę na siebie”.

Nagromadzenie w dwóch zdaniach, takiej ilości fałszywych twierdzeń nie byłoby dziwne w wypowiedzi dziennikarza TVN –u, gdyby nie wspierający je głos prof. Antoniego Dudka. Choćby z tego powodu, sprawa wygląda poważnie.

Z łatwością można zauważyć, że z tak przedstawionego przebiegu zdarzeń wyłania się teza (wielokrotnie już w III RP narzucana), jakoby śmierć Kapłana była efektem wewnątrzpartyjnych walk frakcji „twardogłowych”, na czele z Milewskim, z „ugodowymi liberałami”, których mieliby uosabiać Kiszczak i Jaruzelski. Twierdzenie to funkcjonuje od 1984 roku i jak wiemy, stanowiło podstawę do podjęcia przez część opozycji rozmów z komunistami.

Otóż oszustwo tej tezy musi być oczywiste dla każdego, kto posiada wiedzę o mechanizmach funkcjonowania Polski lat 80-tych oraz zna realne warunki działania policji politycznej PRL. Przypomnę na marginesie, że „wątkiem Milewskiego”, zawartym rzekomo w sensacyjnej notatce płk. Górnickiego, ujawnionej w październiku 2004 roku, posiłkowano się tuż przed odsunięciem od śledztwa prokuratora Andrzeja Witkowskiego.

Nie można zapominać, że generał ludowej armii Czesław Kiszczak został w lipcu 1981 roku ministrem spraw wewnętrznych. Stało się tak, ponieważ kremlowscy władcy uznali za konieczne połączenie w jednym ręku rządu nad służbami wojskowymi i cywilnymi. Ścisła integracja tych służb była, według koncepcji przedstawionej przez Anatolija Golicyna, jednym z kroków na wieloletniej drodze systemu komunistycznego, zmierzającej do „transformacji ustrojowej”. Kiszczak wykonał swoje zadanie i doprowadził do ścisłej współpracy „wojskówki” ze Służbą Bezpieczeństwa. Było to o tyle łatwe, że obie służby łączył jeden, podstawowy cel – walka ze społeczeństwem w obronie dominacji sowieckiego okupanta. Wybór Kiszczaka – najwierniejszego z wiernych, stanowił dostatecznie mocne potwierdzenie, że był człowiekiem, którego Kreml obdarzał ogromnym zaufaniem. Ten funkcjonariusz zbrodniczego Głównego Zarządu Informacji, przeszedł wcześniej całą drogę kariery w kontrwywiadzie i wywiadzie wojskowym i podobnie jak Wojciech Jaruzelski był uważany za „człowieka Moskwy”.

Na stanowisku ministra spraw wewnętrznych Kiszczak zastąpił właśnie Mirosława Milewskiego – topornego generała MO, którego liczne, przestępcze działania Sowieci akceptowali (afera „Żelazo”), dopóki był im potrzebny. W roku 1984 Milewski był członkiem Biura Politycznego i sekretarzem KC PZPR. W tym samym roku Kiszczak powołał tajną komisję MSW do zbadania sprawy „Żelaza”, na której czele stanął gen. Władysław Pożoga. Komisja miała zebrać dowody przeciwko Milewskiemu. Choć prowadziła dość rozległe śledztwo i dotknęła wielu finansowych przekrętów, jakich dopuszczali się rezydenci wywiadu PRL, to odsłonięto zaledwie wierzchołek góry lodowej, a Milewskiego nie spotkały żadne przykrości. Robiono to w taki sposób, by niczego nie wyjaśnić, ale przy okazji zebrać komprmateriały na konkurentów. Identycznie postąpiono po roku 84, gdy ten sam Pożoga otrzymał od Kiszczaka polecenie „wyjaśniania” spraw związanych z zabójstwiem ks. Popieluszki, ze wskazaniem wątków wiodących ewentualnie do Milewskiego.

Byłoby rzeczą naiwną sądzić, że w roku 1984 Milewski, nad którym zawisła już sprawa „Żelaza” i odwróciła się łaska kremlowskich starców, miał pod bokiem wszechwładnego Kiszczaka dokonywać prowokacji z porwaniem i zabójstwem Kapłana. Owszem – Milewski nadawał się jak nikt inny na swoistego „kozła ofiarnego”, na którego szybko i chętnie wskazywano jako inspiratora rzekomej prowokacji, wykonując tym samym wytyczne towarzyszy radzieckich.

Walka, jaka toczyła się wówczas wśród funkcjonariuszy PZPR, nie dzieliła ich na „twardogłowych” i „liberałów”, lecz związana była z wykonywaniem dyrektyw Moskwy, która chciała dokonać wymiany skompromitowanych (nawet jak na standardy sowieckie) działaczy, typu Milewskiego, na „postępowych” Jaruzelskich i Kiszczaków. W ramach tego procesu, którego gwarantami było dwóch, wojskowych namiestników sowieckich na Polskę, prowadzono grę przeciwko Milewskiemu, gromadząc m.in. obciążające go materiały. Operacja ta pozwoliła oczyścić MSW z ludzi niewygodnych dla rządzącej ekipy. Morderstwo na kapelanie „Solidarności” posłużyło Kiszczakowi by ustawić się w pozycji jedynego sprawiedliwego, uczciwego, szlachetnego, i pokrzywdzonego generała, który nie chce, ale musi dowodzić bandą łotrów pilnując, aby bezpieczniacka zgraja nie weszła w szkodę i nie narobiła jeszcze większych problemów.

Jestem przekonany, że gdyby w roku 1984 rzeczywiście istniały przesłanki wskazujące na udział Milewskiego w zabójstwie księdza Jerzego, zostałyby przez ówczesną ekipę wykorzystane. Ponieważ takich nie było, wystarczył sam efekt propagandowy, właściwie odebrany zarówno przez część opozycji, jak i samego Milewskiego, który od tej pory nie odgrywał już żadnej znaczącej roli.

Szczególnie fałszywa jest teza, jakoby w roku 1984 miało dojść do „wojny” służb cywilnych z wojskowymi, przy czym te ostatnie, miały rzekomo inwigilować ekipę Piotrowskiego i stać na straży interesów „liberalnego” skrzydła partii komunistycznej. Trudno o większą bzdurę.

W PRL-u nie istniała przecież żadna struktura państwowa, którą można by posądzić o autonomiczne działanie. Jak każda organizacja przestępcza, tak również partia komunistyczna wymagała bezwzględnego posłuszeństwa i podległości. Tym bardziej, nie sposób sobie wyobrazić, by w ramach zbiurokratyzowanego i zmilitaryzowanego systemu represji i nadzoru nad społeczeństwem – jakiego częścią była policja polityczna, mogła zaistnieć i zostać przeprowadzona, poza wiedzą i zgodą najwyższych władz partii i resortu spraw wewnętrznych, tak skomplikowana kombinacja operacyjna, jaką było porwanie i zabójstwo księdza. Przeczy temu nie tylko wiedza, o mechanizmach zbrodniczego systemu totalitarnego, nie tylko zdrowy rozsądek, ale cały szereg dokumentów, wyprodukowanych przez ten system. Wyraźne ślady ścisłej współpracy Służby Bezpieczeństwa z kontrwywiadem i wywiadem wojskowym znajdujemy choćby w ostatniej „Instrukcji w sprawie szczegółowych zasad działalności operacyjnej Służby Bezpieczeństwa” stanowiącej Załącznik do Zarządzenia nr 00102 Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 09 grudnia 1989 r. W paragrafie 39 instrukcji zawarto jednoznacznie brzmiący zapis:

„Służba Bezpieczeństwa, realizując zadania w ramach swojego zakresu działania, współdziała z właściwymi służbami Wojska Polskiego, a zwłaszcza z Wojskowà Służbą Wewnętrznà Ministerstwa Obrony Narodowej i Zarządem II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.”

Również „Instrukcja o pracy operacyjnej Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego" z 15.12.1976r, podpisana przez Kiszczaka nie pozostawia wątpliwości, że istniało współdziałanie obu służb. W Rozdziale VI – Postanowieniach końcowych czytamy:

W zakresie działalności wywiadowczej Pion Operacyjny współpracuje i współdziała z niektórymi krajowymi instytucjami państwowymi, a przede wszystkim z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych (głównie z Departamentem I i II), Szefostwem Wojskowej Służby Wewnętrznej i jego terenowymi jednostkami operacyjnymi, Ministerstwem Spraw Zagranicznych, Ministerstwem Handlu Zagranicznego i GM i podległymi mu centralami oraz z innymi instytucjami wojskowymi i cywilnymi. Zakres i formy współpracy Zarządu II Sztabu Generalnego WP z odpowiednimi instytucjami państwowymi określają zawarte dwu stronne porozumienia w tym zakresie.”

W latach 80 –tych, gdy generalski zamach na wolność, uczynił z Polski zmilitaryzowaną strukturę sowieckiego systemu, współpraca służb wojskowych z SB w zwalczaniu opozycji i walce z Kościołem musiała być niezwykle wszechstronna i w pełni współzależna. Znane są przykłady, choćby dotyczące działań skierowanych przeciwko „Solidarności Walczącej”, gdy WSW, wspólnie z SB prowadziła na szeroką skalę czynności operacyjne.

Sugerowanie, że w roku 1984 mogło dojść do sytuacji, by bez wiedzy i zgody najwyższych władz, fanatycznie wierni funkcjonariusze SB mogli planować ważną operację – jest absurdem. Podobnej wartości są domniemania, jakoby służby wojskowe podległe Kiszczakowi (jakby SB nie było mu podległe) działały wbrew intencjom cywilnej bezpieki i miały podjąć akcję „odbicia” księdza Jerzego z rąk oprawców. Istnieje wiele poszlak wskazujących, że Piotrowski i reszta kontaktowali się z kimś, kto znajdował się w pobliżu esbeków. Fakt przekazania księdza innej grupie może jedynie świadczyć, że byli to ludzie współpracujący z porywaczami i wykonujący zadania w ramach tej samej kombinacji operacyjnej. Nie mogło być mowy o żadnej dowolności, autonomii działania bądź walce służb.

Fałszywą tezę, której propagowanie zdaje się głównym celem „dziennikarskiego śledztwa” TVN –u należałoby, zatem wyrzucić na śmietnik i uznać za historyczny nonsens.

Tytuł publikacji dziennika „Polska” powinien wówczas brzmieć: „Ks. Jerzy mógł być ofiarą współpracy służb specjalnych PRL”. Przebieg zdarzeń wskazuje, że wojskowi, przejmując Kapłana z rąk Piotrowskiego wykonywali dalszy ciąg dyrektyw zleconych przez Kiszczaka i Jaruzelskiego i operacja ta była przeprowadzana w ramach współpracy SB z WSW. Druga ekipa, złożona prawdopodobnie z ludzi wojskowych służb służyła „zabezpieczeniu” operacji, a w odpowiednim momencie przejęła inicjatywę. Trzeba to wyraźnie powiedzieć - jeżeli w dniu aresztowania porywaczy z SB, ksiądz Jerzy żył jeszcze, oznacza to, że był więziony, okrutnie torturowany i zamordowany przez katów spod znaku WSW.

Ponieważ to te właśnie służby, zostały za zgodą uczestników „okrągłego stołu” przeniesione do III RP w niezmienionej formie, a za przyczyną ludzi takich, jak Bronisław Komorowski osiągnęły ogromne znaczenie i wpływy w wolnej Polsce - można zakładać, że za wieloletnim, często przestępczym procederem ukrywania prawdy o morderstwie, stoją kiszczakowskie WSW/WSI. To chronieni dziś i rehabilitowani przez rząd Platformy tzw. oficerowie byłych WSI mogą nadal prowadzić działania dezinformujące i wykorzystywać media do fałszowania rzeczywistości.

Najwyższy czas, aby wielkie kłamstwo o tej zbrodni obalić. ONI wiedzą, że jeśli tak się stanie, złamana zostanie zmowa milczenia, także w sprawie innych zbrodni systemu.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko, podczas mszy za Ojczyznę 27 maja 1984 roku wygłosił kazanie, którego treść doprowadziła do wściekłości władców PRL-u. Powiedział wówczas m.in.:

„W dużej mierze sami jesteśmy winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu albo dla wygodnictwa akceptujemy zło, a nawet głosujemy na mechanizm jego działania. Jeżeli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo my sami stajemy się jego twórcami i pomagamy je zalegalizować".



http://polskatimes.pl/stronaglowna/54791,ks-jerzy-mogl-byc-ofiara-walk-sluzb-specjalnych,id,t.html

http://wyborcza.pl/1,75478,5846326,Morderca_ksiedza_Popieluszki_triumfuje.html

http://www.polskieradio.pl/iar/wiadomosci/artykul71922.html

http://www.wsi.emulelinki.com/aneks_2.htm

MEDIALNE SŁUŻBY INFORMACYJNE

poniedziałek, 27 października 2008

GRA ZBRODNIĄ – ZDŁAWIONE ŚLEDZTWO

Niewiele jest osób na tyle silnych, by znieść prawdę i móc ją powiedzieć.” (Luc de Clapiers de Vauvenargues)

Jak co roku, koniec października przynosi szereg publikacji związanych z komunistyczną zbrodnią na księdzu Popiełuszce. Od kilku lat, wzmianki na ten temat są zdominowane przez informacje pochodzące ze śledztwa, prowadzonego przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Ustalenia prokuratora Witkowskiego, w istotnym stopniu podważyły obowiązującą od czasów procesu toruńskiego wersję zdarzeń i stały się powodem, że zaczęto ponownie stawiać pytania o głównych inspiratorów zbrodni.

Choć od zabójstwa księdza Jerzego minęły 24 lata, wolna Polska nie zdobyła się na odwagę wyjaśnienia tajemnicy Jego śmierci. Porozumienie z komunistami, zawarte przez grupę samozwańczych reprezentantów narodu, dotyczyło również zapewnienia bezkarności zbrodniarzy. Ta zbrodnia, jak wiele innych komunistycznych morderstw, została objęta hańbiącym zapisem milczenia i do chwili obecnej nie może zostać wyjaśniona.

Jak wiemy – nie pozwolono prok.Witkowskiemu na dokończenie śledztwa i dwukrotnie, w roku 1992 i 2004 odsuwano go od sprawy, w chwili gdy planował postawienie zarzutów m.in.gen. Kiszczakowi.

Większość publikacji, jakie ukazały się w ostatnim czasie miała na celu wykazanie, że oficjalna wersja zdarzeń (powstała na podstawie zeznań esbeków i materiałów dostarczonych przez MSW podczas procesu toruńskiego), jest jedyną, uprawnioną i niepodważalną. Nic w tym nowego, bo nad obroną tej wersji czuwa w III RP wiele środowisk, począwszy od niektórych ludzi Kościoła i historyków IPN, po funkcyjnych dziennikarzy i polityków, zainteresowanych ciszą nad grobem księdza Jerzego. Pojawił się jednak obecnie nowy argument, znacznie groźniejszy niż dotychczasowe oskarżenia pod adresem prokuratora Witkowskiego, czy publicystyczne ataki na Wojciecha Sumlińskiego.

Sugeruje się, bowiem, że podważanie ustaleń z roku 1984 i próby poszukiwania prawdy o zabójstwie Kapłana, są działaniem w interesie zabójców i inspiratorów tej zbrodni, i w rezultacie mogą przynieść więcej szkody, niż pożytku. Podobnej wagi argumentem, jest ten o zagrożeniu dla procesu beatyfikacyjnego, jakie miałoby wynikać z ustalenia innej niż oficjalna daty śmierci ks. Jerzego.

„Jeżeli w opinii publicznej utrwali się przekonanie o tym, że za tę zbrodnię skazano niewłaściwe osoby to będzie triumf morderców- podkreśla prof. Witold Kulesza, do 2006 r. szef pionu śledczego IPN badającego sprawę śmierci księdza.

„Byłoby nieszczęściem, gdyby np. teraz wznowiono proces na podstawie teorii o śmierci 25 października. Oczyszcza ona Piotrowskiego, Chmielewskiego i Pekalę, bo zatrzymano ich 3 dni wcześniej. Skończyłoby się na umorzeniu sprawy z powodu niewykrycia sprawców i oczyszczenia tych, którzy w tym procesie zostali skazani-podkreśla b. szef pionu śledczego IPN.” – wtóruje mecenas Krzysztof Piesiewicz, jeden z oskarżycieli posiłkowych w procesie toruńskim.

„Oczywiście, warto i trzeba poznać całą prawdę o kapelanie "Solidarności". Ale mnożenie hipotez przez jednych historyków, które natychmiast są obalane przez innych, niekoniecznie zbliża nas do prawdy. […]ze strony autorów tych rzekomych rewelacji przynajmniej ja nie usłyszałem żadnych informacji o źródłach ich wiedzy. To każe w te hipotezy powątpiewać. I jeszcze jedna sprawa zastanawia. Skoro ks. Jerzego zamordowali inni funkcjonariusze niż skazani w pamiętnym toruńskim procesie, to dlaczego ci ostatni się nie bronili? W PRL mogli się bać o własne głowy. Ale w wolnej Polsce? Aż o taki heroizm i lojalność wobec mocodawców bym tych ubeków nie podejrzewał.” – twierdzi ks. prof.dr hab. Zygfryd Glaeser z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Opolskiego. I dodaje – „Nowe hipotezy mogą opóźnić proces beatyfikacji.”

Na szczególną uwagę zasługuje ta właśnie wypowiedź człowieka Kościoła, który w cytowanym wywiadzie nie waha się oskarżać ludzi poszukujących prawdy o morderstwie o złe, niecne intencje.

„Jeśli nie ma pewności, kiedy i w jakich okolicznościach zmarł ani kto go zabił, jeżeli nie wiemy, czy torturami nie zmuszono go na przykład do zaparcia się wiary, to takie wątpliwości mogą poważnie opóźnić przebieg procesu. To każe stawiać raz jeszcze pytania o motywację autorów ostatnich rewelacji. Czy chodzi o prawdę? Czy o szukanie nowinek za wszelką cenę? To drugie byłoby nikczemnością.” – odpowiada ksiądz profesor na pytanie - na ile pogłoski, że ks. Popiełuszko był w radzieckiej bazie torturowany i - być może - zmuszany do jakichś słów lub czynów, mogą opóźnić proces beatyfikacyjny.

„Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” – chciałoby się przypomnieć te najważniejsze, zdaniem Jana Pawła II słowa Janowej Ewangelii, gdyby wierzyć, że dla ludzi chroniących tajemnicę komunistycznej zbrodni, prawda stanowi wartość najwyższą. W to jednak trudno wierzyć.

Niebezpieczeństwo, tkwiące w „odkrywczym” argumencie użytym przez obrońców „prawdy toruńskiej” i szczególna perfidia podnoszonego przez nich motywu, wiąże się z odwróceniem powszechnie obowiązującej zasady etycznej zgodnie, z którą poszukiwanie prawdy zawsze prowadzi do dobra. Warto przytoczyć słowa Jana Pawła II, wypowiedziane w Krakowie, w roku 1997 do ludzi nauki. Ich sens, trzeba odczytać również w kontekście wypowiedzi autorów w/w cytatów.

Jak ważne jest, by ludzka myśl nie zamykała się na rzeczywistość Tajemnicy, by człowiekowi nie brakło wrażliwości na Tajemnicę, by nie brakowało mu odwagi pójścia w głąb!”

Nie sądzę, by wymiar owej Tajemnicy dotyczył wyłącznie kwestii teologicznych bądź filozoficznych. Odwaga „pójścia w głąb”, wola stawiania trudnych pytań, poszukiwania na nie odpowiedzi – to również zmaganie się z tajemnicą, szczególnie, gdy przykrywa ją wieloletnia warstwa kłamstw i manipulacji. Nakaz poszukiwania i przekazywania prawdy dotyczy w sposób specjalny dziennikarzy, i choć stanowi podstawę deontologii dziennikarskiej, jest w III RP pustą sugestią.

Przed kilkoma dniami Wojciech Sumliński bardzo trafnie zdefiniował środowiska ludzi, którzy z wielu powodów biorą dziś udział w „zaciemnianiu prawdy”. Odpowiadając na publikację Leszka Pietrzaka w dzienniku Polska”, Sumliński napisał:

„W zaciemnianiu tej prawdy bierze udział wiele osób: ci, którzy brali udział w zamordowaniu księdza Jerzego bądź w wydarzeniach z nią związanych; ci, którzy później zacierali ślady tej jednej z najgłośniejszych zbrodni PRL; ci, którzy obawiają się, że w toku wyjaśniania tej zbrodni wyjdzie na światło dzienne prawda o ich ponurej przeszłości. Niestety – również ludzie dobrej woli, którzy – często z jak najbardziej uczciwych, ale mylnych pobudek – obawiają się, że odkrywanie prawdy o morderstwie na księdzu Jerzym może opóźnić Jego beatyfikację. Również te środowiska, które sądzą, że postawa niektórych osób na przełomie lat 80. i 90. może zmazać ich wcześniejsze winy, czyli przyzwolenie na zbrodnie dokonywane prze komunistyczny aparat bezpieczeństwa. Wreszcie – nieudolni oficerowie śledczy i prokuratorzy, z winy których w ostatnich latach śledztwo w sprawie morderstwa na ks. Jerzym ugrzęzło w martwym punkcie.”

Zakładam, że ludzie tacy jak Krzysztof Piesiewicz działają z uczciwych, sumiennych pobudek, kierując się przeświadczeniem, że „Powracające próby „ujawnienia nowej prawdy” o śmierci księdza to przy słabości dowodów prezentowanych przez ich głosicieli degenerowanie prawdy i brak szacunku dla strasznej tragedii jaką było porwanie i zabicie księdza Jerzego.

Nie można jednak nie dostrzec, że od wielu lat sprawa zabójstwa Księdza jest przedmiotem wielorakich manipulacji. Za najbardziej wiarygodny ich przykład, powinny służyć okoliczności, w jakich dochodziło do odwołania prokuratora Andrzeja Witkowskiego, w czasie, gdy próbował stawiać konkretne, uzasadnione zarzuty. To, moim zdaniem podstawowa wskazówka, że ustalenia Witkowskiego są niezwykle groźne dla rzeczywistych sprawców i inspiratorów morderstwa.

Trzeba pamiętać, że w roku 1990 śledztwo w sprawie zabójstwa księdza Jerzego zostało wszczęte na podstawie zawiadomienia, jakie złożył w prokuraturze płk Adam Pietruszka, jedyny oskarżony i skazany, przełożony Piotrowskiego i jego ludzi. Oskarżył on gen. Czesława Kiszczaka, ówczesnego szefa MSW, oraz gen. Zbigniewa Pudysza, dyrektora Biura Śledczego MSW, o inspirowanie zabójstwa księdza Popiełuszki.

Gdy w prowadzenie śledztwa powierzono Witkowskiemu, dotarł do nowych świadków zbrodni na księdzu Jerzym. Ich zeznania mogły okazać się przełomowe dla śledztwa. Witkowski planował, bowiem przesłuchanie trzech, szczególnie ważnych świadków, byłych oficerów Wojskowej Służby Wewnętrznej.

- Okazuje się, że kilku członków WSW już miesiąc przed zabójstwem księdza obserwowało Piotrowskiego, Pękalę i Chmielewskiego - twierdził Sumliński. Dziś ustalenia te uważa się za w pełni wiarygodne. Sumliński ujawnił również, że pierwsze odwołanie Witkowskiego poprzedziła rozmowa telefoniczna pomiędzy Wojciechem Jaruzelskim, a Czesławem Kiszczakiem. Jaruzelski miał zadzwonić do Kiszczaka mówiąc, że robi się niebezpiecznie i że trzeba coś zrobić z Witkowskim. W tym tkwiła wówczas, zdaniem dziennikarza, tajemnica odsunięcia prokuratora Witkowskiego od śledztwa.

Ponownie Witkowski wrócił do śledztwa już po powstaniu IPN-u, w roku 2001. Na początku października 2004 roku prokurator poinformował przełożonych o rezultatach śledztwa. Chciał jak najszybciej przesłuchać tych, którzy jego zdaniem stoją za tą zbrodnią. Szykował obszerny komunikat prasowy, który zamierzał przekazać mediom w 20 rocznicę zamordowania księdza Popiełuszki. Wśród nazwisk osób podejrzanych pojawiały się nazwiska generała Kiszczaka i Waldemara Chrostowskiego.

14 października, kilka dni po rozmowie ze zwierzchnikami, Witkowski po raz drugi został odsunięty od śledztwa. Kilka miesięcy przed tą decyzją, gen Kiszczak opublikował list otwarty do Leona Kieresa, pod wymownym tytułem „Niedorzeczności prokuratora”. To wystarczyło, by prokurator pożegnał się ze sprawą.

Jednak prócz listu Kiszczaka i oficjalnej, IPN -owskiej wersji odwołania Witkowskiego znajdujemy zdarzenia, które muszą prowokować do stawiania bardziej dogłębnych pytań o zakres manipulacji.

Tuż przed odwołaniem prokuratora pojawił się, bowiem dokument, którego treść w zadziwiająco zgodny sposób, mogła potwierdzać wersję oficjalną zdarzeń, a jednocześnie podważać ustalenia śledztwa, wskazujące na winę Kiszczaka. Na początku października 2004 roku, profesor Andrzej Paczkowski ujawnił notatkę, jaką miał sporządzić 25 października 1984 roku płk Wiesław Górnicki, publicysta wojskowy, pisarz i adiutant prasowy gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Notatka opisywała spotkanie trzech wysokiej rangi funkcjonariuszy wojskowych - generała Wojciecha Jaruzelskiego, gen. Janiszewskiego, szefa URM-u, i płk. Kołodziejczyka, najbliższego doradcy generała Jaruzelskiego. Górnicki był na spotkaniu jako czwarty. Zebrani zastanawiali się, kto mógł być politycznym zleceniodawcą mordu na księdzu i co oznaczał fragment zeznań podejrzanego wtedy o to zabójstwo kapitana Grzegorza Piotrowskiego, który stwierdził, że miał mocodawców w aparacie państwowym. Janiszewski i Kołodziejczyk przeprowadzili selekcję podejrzanych funkcjonariuszy z Komitetu Centralnego PZPR (wówczas najwyższej władzy w Polsce) i wyszło im, że zabójstwo musiał zlecić generał Mirosław Milewski, sekretarz KC, poprzednik gen. Czesława Kiszczaka na stanowisku ministra spraw wewnętrznych.

Notatka płk. Wiesława Górnickiego spoczywała w jego prywatnym archiwum i według jego woli miała być ujawniona dopiero 20 lat po jego śmierci. Górnicki zmarł w 1990 roku, w ostatnich miesiącach życia pracował jako felietonista w "Nie" Jerzego Urbana.
- Wszedłem w jej posiadanie i zdecydowałem, że w związku z przypadającą w tym roku 20. rocznicą męczeńskiej śmierci księdza trzeba ją upublicznić – wyjaśniał w roku 2004 prof. Paczkowski fakt ujawnienia dokumentu. Doszło do tego w dość spektakularnych okolicznościach, na warszawskiej promocji książki pt. "Ksiądz Jerzy Popiełuszko" autorstwa Ewy Czaczkowskiej i Tomasza Wiścickiego.

Sens ujawnionej wówczas notatki, potwierdzał wersję zdarzeń, według której zabójstwo Księdza było efektem walk wewnątrzpartyjnych frakcji, w których „twardogłowi”, na czele z Milewskim chcieli skompromitować i pozbyć się Jaruzelskiego i Kiszczaka. Artykuł z roku 2004 jednoznacznie sugerował taką interpretację.

Notatka pułkownika potwierdza tylko lansowaną przez generała Jaruzelskiego tezę, że śmierć księdza Jerzego Popiełuszki mogła być efektem konfliktu wewnętrznego w kierownictwie KC PZPR. Przełom polega jednak na tym, że choć nazwisko Milewskiego pojawiało się wcześniej w sprawie, to po raz pierwszy wymienione zostało z taką mocą i w tak ważnych ustach jako tego, który mógł rozkazać zabić księdza.”

Nie miał również, co do tego wątpliwości ówczesny szef pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej, profesor Witold Kulesza, oświadczając, że „notatka może mieć zasadnicze znaczenie dla toczącego się wciąż śledztwa w sprawie zabójstwa kapelana "Solidarności".

Trudno wierzyć, by pojawienie się w tym samym czasie, gdy prokurator Witkowski rozważał postawienie zarzutów Kiszczakowi dokumentu, wskazującego na inne źródło inspiracji morderstwa, było dziełem przypadku.

Nie jest również przypadkiem, że przed kilkoma dniami pojawiła się nowa, sensacyjna wersja zdarzeń sprzed 24 lat, która, choć zdaje się potwierdzać ustalenia prokuratora Witkowskiego, co do faktycznej daty śmierci księdza Jerzego i wspomina o udziale służb wojskowych, wydaje się w rzeczywistości kolejną odmianą kiszczakowskiego kłamstwa. Co znamienne – autorzy tej wersji starannie przemilczają, że ich „sensacje” zostały już dawno opublikowane w książce Wojciecha Sumlińskiego „Kto Go naprawdę zabił?” i nie chcą pamiętać skąd pochodzą.

Nie ma takich służb, które hasło „zabić księdza” wpisują do planów rocznych" – te słowa z procesu Ciastonia i Płatka z roku 2002 świadczą, że znalezienie dziś jednoznacznych dowodów winy, osób inspirujących zabójstwo księdza Jerzego wydaje się niemożliwe. Zdają sobie z tego sprawę ci wszyscy, którzy odrzucają „rzekome rewelacje” w obronie „pewnych dowodów”, spreparowanych podczas toruńskiej farsy sądowej.

Niełatwo jednak w działaniach, jakich dokonują dziś „mistrzowie” dezinformacji dostrzec ślady esbeckich kłamstw. Ich twórcy liczą, bowiem na nieznajomość najnowszej historii, zakłamywanej skutecznie przez ostatnie 19 lat. Liczą na to, że Polacy nie znają istoty zbrodniczego systemu lat 80 –tych, ani okoliczności, w jakich funkcjonowała policja polityczna PRL. Trzeba zatem, by współczesnym, niezmiennie inspirowanym wersjom zadać kłam, a sprawie poświęcić kilka tekstów.

- Wszystko, co najważniejsze i najciekawsze w tej sprawie, jest jeszcze przed nami. Żyją świadkowie, są dokumenty, dowody, wystarczy tylko tego dotknąć. Kiedy śledztwo znowu naprawdę ruszy, to ziemia zatrzęsie się bardziej, niż w sprawie śmierci generała Papały. Tacy stoją za tym ludzie. – twierdził w listopadzie 2006r Wojciech Sumliński. Za odwagę stawiania pytań i dążenie do odkrycia prawdy, zapłacił już wysoką cenę.

Dziś wiemy, że śledztwo w sprawie zabójstwa księdza Jerzego nie ruszy, ponieważ ukrywanie prawdy o tej zbrodni jest wspólnym dziedzictwem PRL- u i III RP.

„Ta sprawa jest jak wyjście z portu na szerokie morze.” – napisał przed kilkoma dniami Sumliński, w komentarzu na tym blogu. Warto spróbować wypłynąć na to morze.

Źródła:

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20041006/REPORTAZ/110060092/1023/LATO

http://www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20061103/MAGAZYN/61103020&SearchID=73326255662422

http://wyborcza.pl/1,75478,5828140,Zabojstwo_ks__Popieluszki__watpliwosci_na_korzysc.html

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20081021/OPINIE/541325970/1023/LATO

http://www.latkowski.com/blog/komentarze/lista/id,1405

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20041006/REPORTAZ/110060092/1023/LATO

http://cogito62.salon24.pl/87630,index.html

http://cogito62.salon24.pl/82326,index.html

http://cogito62.salon24.pl/98523,index.html

piątek, 24 października 2008

USTAWA O ODEBRANIU ZŁUDZEŃ

Od chwili, gdy Platforma Obywatelska zgłosiła projekt ustawy przewidujący zmniejszenie świadczeń emerytalnych funkcjonariuszy bezpieki, należało przypuszczać, że intencje tej propozycji będą zupełnie różne, od głoszonych oficjalnie. Byłoby rzeczą kompletnie niedorzeczną sądzić, że partia powołana przez polityczną agenturę wpływu i reprezentująca w polskiej przestrzeni politycznej interesy mafijnego Triumwiratu, mogłaby uchwalić ustawę, naruszającą najważniejsze „prawa nabyte” własnego elektoratu.

Ponad 30-tysięczna armia „przyjaciół wspólnej służby” oraz ich rodziny, nigdy nie wybaczyłaby Tuskowi ustawy odbierającej im przywileje nadane przez III RP. Partia, której założycielami byli m.in. oficer Departamentu I MSW oraz dwóch zasłużonych agentów tego Departamentu (POLITYCZNA AGENTURA WPŁYWU - (6) WRÓG WEWNĘTRZNY), wspierana od początków swojego istnienia przez cały establishment okrągłostołowy, nie może dokonać aktu sprzecznego z celem, dla którego została powołana – czyli utrwalania wpływów i przywilejów środowisk agenturalnych i nomenklaturowych.

W tym przekonaniu, mogła uważnego czytelnika utwierdzać już lektura wystąpienia generała Czempińskiego – jednego z „niewidocznych” założycieli PO, który we wrześniowym wywiadzie dla TVN wyznał – „Jak odbiorą mi emeryturę, rozważę emigrację", dodając - „Narażałem życie dla tego kraju i teraz mam być traktowany, jako obywatel trzeciej kategorii. - Jeśli ustawa o odebraniu przywilejów emerytalnych byłym funkcjonariuszom SB wejdzie w życie, to będzie to gorzka pigułka i trudno będzie ją przełknąć”. Na koniec Czempiński przyznał, że „jest tak rozgoryczony sytuacją w kraju, że nie wyklucza wyjazdu za granicę. - Problem jest taki, że mam niepełnosprawne dziecko. Ale gdybym się zdecydował wyjechać, mam propozycje pracy w USA – podsumował.”

Ten pełen dramatyzmu spektakl, odegrany na potrzeby propagandy powinien utwierdzić w przeświadczeniu, że ustawa proponowana przez Platformę jest tylko polityczną grą.

Dość wyraźnie powiedział o tym tego samego dnia Andrzej Olechowski – jeden z „ojców – założycieli” PO, a służbowo – TW MUST, prowadzony przez Gromosława Czempińskiego. W wywiadzie udzielonym Rzeczpospolitej, pytany czy zgadza się z pomysłem odbierania emerytur byłym esbekom, Olechowski stwierdził:

„Dostrzegam jak wszyscy tę niesprawiedliwość, że byli esbecy dostają o wiele wyższe emerytury niż ludzie, których prześladowali. Jednak jako minister finansów nauczyłem się, że nikomu nie można odebrać raz przyznanych świadczeń czy przywilejów. A wśród składanych propozycji nie widzę rozwiązań, które nie zostałyby zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny. Dlatego boję się, że cała ta historia ma mało wspólnego z rzeczywistością, a dużo z piarem. Widać wyraźnie, że PO rzuca apetyczne kąski różnym grupom społecznym, żeby każdy powiedział: to są mili goście. Nie sądzę jednak, by zdecydowała się zaproponować rozwiązania, które nie przejdą próby Trybunału.” By nie było wątpliwości, na pytanie dziennikarza – „Politycy Platformy tego nie wiedzą?” Olechowski oświadczył:

„ Ależ wiedzą, tak samo jak wszyscy inni politycy, którzy wrzucają do publicznej debaty jakiś temat tylko po to, żeby sobie o nim porozmawiać. Przecież wiadomo, że codziennie trzeba o czymś mówić. Jak długo można rozmawiać o wprowadzeniu euro czy reformie finansów, skoro mało kto się na tym zna? A w sprawie odbierania przywilejów esbekom parę osób może się wypowiadać.”

O ile, zatem wystąpienie Czempińskiego miało zadowolić sceptyków, wątpiących w dobre intencje Platformy i przekonać ich, że ubodzy funkcjonariusze wywiadu PRL rozważają poważnie skutki groźnej dla nich ustawy – o tyle Andrzej Olechowski najwyraźniej „puścił oko” do wiernego elektoratu PO, podpowiadając im, że cała sprawa ma wyłącznie wymiar propagandowy i nie powinni odczuwać obaw.

To rozpisane na głosy, wspólne działanie byłego agenta i prowadzącego go oficera bezpieki, było wzruszającym dowodem trwałości więzi, powstałych w czasach PRL.

Ale upatrywanie w pomyśle Platformy wyłącznie korzyści propagandowych, w przewidywaniu, że Trybunał Konstytucyjny uzna ustawę za niekonstytucyjną, byłoby krzywdzącym uproszczeniem intencji i możliwości koncepcyjnych ludzi „wspierających” intelektualnie rząd Tuska.

O tym, że cele gry ustawą wykraczają poza wymiar PR, mogą świadczyć dzisiejsze wydarzenia sejmowe i zachowanie Platformy wobec projektu „ustawy dezubekizacyjnej”, zgłoszonego przez PIS. Nie powinno nawet specjalnie dziwić, że partia Jarosława Kaczyńskiego pozwoliła uwikłać się w grę prowadzoną przez „zaplecze” Platformy, skoro we wszystkich innych, nagłaśnianych przez media tematach zastępczych zachowuje się z podobną ignorancją, pozbywając się przy tym jakiejkolwiek inicjatywy.

Jak dowiadujemy się z relacji z posiedzenia Sejmu „Debata nad odebraniem przywilejów emerytalnych byłym funkcjonariuszom SB i WRON zamieniła się w zacięty spór między PiS i PO o to, kto jest ojcem dezubekizacji. PO złożyła wniosek o odrzucenie projektu PiS i zaapelowała jednocześnie o poparcie swojego.”

Sądzę, że walka o „ojcostwo” dezubekizacji (określenie to brzmi idiotycznie), jest czynnikiem świadomie nagłaśnianym przez PO, mającym na celu ukazanie politycznego przeciwnika jako małostkowego i koniunkturalnego gracza, dla którego kwestie merytoryczne mają znaczenie drugorzędne. Mogłaby o tym świadczyć ocena projektu PIS-u, której dokonał w Sejmie poseł Andrzej Czuma oświadczając, że jego "pewne elementy mogą być niezgodne z konstytucją".

Przesłanie tej sytuacji wydaje się jednoznaczne:, jeśli PIS forsuje swój projekt, co do którego wiadomo, że zostanie zakwestionowany przez TK, czyni to wyłącznie ze względów propagandowych, nie licząc się z faktycznymi efektami ustawy. Nasz projekt - PO, jest mniej restrykcyjny lecz przez to bardziej realny, a zatem ma większe szanse na realizację. Kto zatem bardziej dąży do dezubekizacji?

Jeżeli Sejm uchwali ustawę według projektu Platformy, odrzucając pomysł PIS-u, jestem przekonany, że Trybunał Konstytucyjny i tak uzna ustawę za niekonstytucyjną, w takim zakresie, który uniemożliwi jej wykonanie lub uczyni ją fikcyjną. Pozwoli to zachować tej partii wizerunek formacji „antykomunistycznej”, nie tracąc cennego wsparcia ze strony funkcjonariuszy bezpieki. Scenariusz zapowiedziany przez Olechowskiego jest jak najbardziej realny.

Jeśli natomiast Sejm przyjmie ustawę, w której znajdą się zapisy z projektu PIS-u, wówczas Trybunał zakwestionuje te właśnie przepisy. O korzystnym dla Platformy efekcie, nie trzeba chyba wspominać.

W obu przypadkach ustawa zostanie odrzucona, a Platforma zyska na wizerunku. Ważną korzyścią będzie utrącenie projektu ustawy autorstwa PIS-u, na tyle skuteczne, że uniemożliwi tej partii powrót do proponowanej obecnie koncepcji. Być może w tej właśnie „zdobyczy” należy upatrywać główny cel gry prowadzonej przez PO. Porażka rozwiązań zawartych w projekcie PIS-u oddali bowiem odebranie przywilejów emerytalnych esbekom na czas nieokreślony, a być może w ogóle przekreśli szanse na taką ustawę.

Dlatego udział tej partii w grze prowadzonej przez Platformę, zdaje się świadczyć o niezrozumieniu, czym naprawdę jest formacja założona przez polityczną agenturę wpływu, lub jest przejawem iluzorycznej wiary w możliwość osiągnięcia satysfakcjonującego kompromisu.

W tę grę – obliczoną jako propagandowe zadanie dla medialnych hufców, partia Olechowskiego, Czempińskiego i Merkla powinna grać sama.

http://www.tvn24.pl/0,1566415,0,1,jak-odbiora-mi-emeryture--rozwaze-emigracje,wiadomosc.html

http://www.rp.pl/artykul/107684,197369_Prezydent_powinien_byc_z_opozycji_.html

http://www.tvn24.pl/0,1569975,0,1,hanba--hanba--hanba-spor-w-sejmie-o-dezubekizacje,wiadomosc.html

środa, 22 października 2008

HISTORIA WEDŁUG WSI - Z POLSKĄ W TLE

Rok 2002 był dobry dla Wojskowych Służb Informacyjnych. Od kilku miesięcy na czele służby stał protegowany Kwaśniewskiego gen. Marek Dukaczewski. Choć na linii rząd (Leszek Miller) - Pałac Prezydencki czasem iskrzyło, współpraca towarzyszy układała się przecież wzorcowo. Spokój był konieczny, by dokończyć zyskowne interesy, rozpoczęte jeszcze za rządów Buzka. Od października 2001 roku ministrem obrony w rządzie SLD został Jerzy Szmajdziński. Mimo zmiany rządu i szefa MON, na stanowiskach pozostali ludzie poprzedniego ministra – Bronisława Komorowskiego, związani z przeprowadzeniem największych w polskiej armii przetargów na zakup nowego uzbrojenia. Być może, ich zadaniem było dopilnowanie interesów Komorowskiego. Poprzez kombinację operacyjną, przeprowadzoną przez WSI w roku 2001, pozbyto się z rządu wiceministra obrony Romualda Szeremietiewa, przeciwnika realizacji kontraktów. Droga do największych w MON przetargów stała otworem. W rezultacie tych działań, komuniści z Sojuszu rozstrzygnęli konkurs na samolot wielozadaniowy (18 mld zł), zakupili od izraelskiej firmy Rafael pociski Spike (blisko 2 mld zł) i rozstrzygnęli wart blisko 5 mld zł przetarg na transportery dla wojska. Zrealizowali kontrakty, które dla polskiej armii okazały się fatalną inwestycją. Rozdział 8 Raportu z Weryfikacji WSI szczegółowo przedstawia przebieg ochrony kontrwywiadowczej przetargów, w wykonaniu wojskowych służb i wylicza szereg nieprawidłowości i zaniedbań w tym zakresie.

Ale rok 2002 to również rozkwit innego ważnego dla WSI interesu – handlu paliwami. Na str. 124 Raportu czytamy: „Do roku 1990 zyski płynęły do państwowego przedsiębiorstwa CIECH, po zmianie zaczęli korzystać przedsiębiorcy mający kontakty z dowódcami okręgów wojskowych i garnizonów, gdzie mieściły się bazy paliwowe wykorzystywane jako mieszalnie. Największe jednak zyski osiągali rosyjscy pośrednicy (np. spółka J&S) oraz ci wyżsi wojskowi, którzy nadzorowali ten handel (np. Romuald Waga, wieloletni szef logistyki MW a następnie udziałowiec jednej ze spółek paliwowych, brat Jana Wagi prezesa Kulczyk Holding, a następnie przewodniczącego rady nadzorczej „Orlenu”).

Z Raportu dowiadujemy się również, że w maju 2002 roku firma X z Poznania, należąca do obywatela Ukrainy A.W. sporządziła - dla rosyjskiej firmy Q z Moskwy, należącej do b. szefa KGB gen. F. J. Bondarenki, noszącego pseudonim „Mały Kreml” - analizę ekonomiczną Rafinerii Gdańskiej przed jej prywatyzacją, uwzględniającą różne aspekty jej przejęcia przez konsorcja paliwowe wywodzące się z państw b. ZSRR. Uzyskane dokumenty prezentowały plany Rosjan doprowadzenia do bankructwa polskiego sektora energetycznego celem przejęcia go. Analiza zawierała perspektywiczne i strategiczne plany działalności na terytorium Polski po jej wstąpieniu do UE. W projektach wrogiego przejęcia sektora energetycznego A. W. mówi o „możliwościach działania”, tzn. bezpośredniego dojścia do wielu prominentnych polityków rządu Millera. Rozdział 9 Raportu, informujący o działaniach WSI na rynku paliwowo- energetycznym kończy się następującą konkluzją:

Sprawa mafii paliwowej to jedno z poważniejszych oskarżeń pod adresem WSI. Nie dość, że służba wiedziała o nielegalnych działaniach i tolerowała ich prowadzenie, ale jej żołnierze współtworzyli główne ogniwa mafii, a jak wynika z losów raportu dla „Małego Kremla”, WSI ochraniała przestępcze działania rosyjskich służb i mafii mających na celu niszczenie i przejęcie polskiego sektora energetycznego.

Materiały dokumentujące działania WSI w ramach kontroli nad rynkiem paliwowym do 2000 r. są w wielu przypadkach niepełne, gdyż zostały w znaczącej części zniszczone lub ukryte. Materiały dotyczące spraw paliwowych niszczono jeszcze 30 czerwca 2006 r., gdy już było wiadomo, że WSI zostaną rozwiązane.”

W tej scenerii należy umieścić zdarzenia, których negatywnym bohaterem stał się arcybiskup poznański Juliusz Paetz. „Nikt z moich informatorów - duchownych i osób świeckich - nie zgodził się na publiczne ujawnienie swego nazwiska. Rozmowy jednak nie odmawiali. Mówili przekonani, że publikacja prasowa pomoże w tym, z czym sobie sami nie poradzili. I że pomoże Kościołowi. Chodzi o seksualne molestowanie kleryków i księży przez poznańskiego arcybiskupa Juliusza Paetz” – napisał na wstępie Jerzy Morawski, w artykule „Grzech w Pałacu Arcybiskupim”, zamieszczonym w „Rzeczpospolitej” 23 lutego 2002r. Pamiętamy, że to właśnie ta publikacja zapoczątkowała w mediach „aferę Paetza” i ujawniła opinii publicznej haniebne praktyki arcybiskupa. Choć sprawa molestowania seksualnego kleryków była znana w Poznaniu znacznie wcześniej, dopiero artykuł w „Rzeczpospolitej” wydobył ją na widok publiczny. Miesiąc po ujawnieniu informacji papież Jan Paweł II zdecydował się przyjąć rezygnację Paetza ze stanowiska metropolity poznańskiego.

Dokładnie pięć lat później, ksiądz Tadeusz Isakowicz Zaleski wydał książkę „Księża wobec bezpieki”, w której zawarł informację, że „ks. Juliusz Paetz został w 1978 r. zarejestrowany jako kontakt informacyjny wywiadu PRL ( I Departament MSW) o kryptonimie "Fermo"; wyrejestrowano go w 1983 r. po powrocie z Rzymu do kraju. Część akt zniszczono jako "nieprzydatne operacyjnie". Zdaniem autora książki kompletne materiały dotyczące współpracy „Fermo” przekazano wywiadowi sowieckiemu, choć w IPN zachowały się mikrofilmy niektórych akt sprawy. Z książki księdza Isakowicza-Zaleskiego możemy się dowiedzieć, że arcybiskup Juliusz Paetz po raz pierwszy zetknął się z komunistyczną bezpieką w latach 1956-1957. Chciał wówczas - bezskutecznie zresztą - wyjechać do krewnych w USA. Departament I zainteresował się Paetzem, gdy ten podjął pracę w Sekretariacie Stanu. W kwietniu 1968 miał zostać "kontaktem operacyjnym". Wówczas bezpiece się nie udało, ale sporządzono charakterystykę duchownego. Podkreślono w niej jego cechy pozytywne, między innymi dobrego organizatora i erudyty. Po raz kolejny próbowano w latach 70. Paetz nie chciał współpracować, ale spotykał się z agentami. I mówił coraz więcej. Bezpieka oceniała, że 90% udzielonych przezeń informacji okazało się przydatnych - zastanawiano się nawet, czy Paetz nie działa z inspiracji Watykanu, by wprowadzić bezpiekę w błąd. Ksiądz Zaleski twierdzi, że w materiale nie ma żadnej wzmianki o sprawach obyczajowych, czy innych sytuacjach kompromitujących, które mogłyby stanowić podstawę do szantażu. Kiedy w 1983 roku Paetz, już jako biskup łomżyński wrócił do kraju, pion wywiadu PRL "zamknął sprawę". W notatce por. Andrzej Ożga napisał wtedy, że od marca 1978 r. do kwietnia 1980 r. w sprawie "Fermo" "wydatkowano łącznie 722 200 lirów". Ks. Isakowicz-Zaleski podaje, że abp Paetz na jego list w tej sprawie nie odpowiedział. "Co więcej, zobaczywszy na kopercie nazwisko nadawcy, nawet nie otworzył listu, tylko odesłał go w innej kopercie" - stwierdza.

Arcybiskup Paetz zaprzeczył tym doniesieniom, wydając oświadczenie, że nigdy nie podjął żadnej formy współpracy ze służbą bezpieczeństwa PRL.

W kontekście informacji ujawnionych w książce księdza Zaleskiego, pojawiły się głosy sugerujące, że na ślady współpracy Paetza z SB natrafiono już przed pięcioma laty, w czasie sprawy z 2002 roku.

„Mieliśmy poczucie, że środowiska związane z dawnymi służbami komunistycznymi roztaczają opiekę nad arcybiskupem Paetzem i próbują chronić go przed wyjaśnieniem zarzutów i oskarżeń” - mówił Jarosław Gowin, wówczas senator PO, który był jednym z sygnatariuszy listu o molestowaniu kleryków. Dziennikarze ustalili wówczas, że zajmujący się próbą werbunku Juliusza Paetza funkcjonariusz poznańskiej SB został wysoko awansowany wkrótce po otrzymaniu przez Paetza tytułu biskupa. Czy mogło to oznaczać, że duchowny dalej współpracował z bezpieką?

Zwykle bezpieka tak łatwo nie rezygnowała ze swoich źródeł informacji. Niczego nie można stwierdzić, póki nie poznamy pełnej zawartości naszych archiwów. Są one cały czas badane i katalogowane. Opracowanie zbiorów może zająć jeszcze kilka lat – oceniał sprawę dr hab. Jan Żaryn z IPN –u. Sygnały o związkach arcybiskupa z SB docierały do władz Kościoła również w latach późniejszych, ze strony zajmujących się agenturą historyków oraz dziennikarzy. Jesienią 2006 jeden z biskupów powiadomił o nich władze watykańskie.

Kolejny raz usłyszeliśmy o Paetzu w styczniu 2008r., gdy media doniosły, że Juliusz Paetz miał być inwigilowany przez WSI w ramach operacji „Anioł”. Na takie dokumenty – według „Rzeczpospolitej” - natrafiła Komisja weryfikacyjna WSI. Aneks do Raportu z weryfikacji, ma jakoby zawierać opis operacji o kryptonimie „Anioł” w ramach, której Paetz miał być inwigilowany.

Przed dwoma dniami „Nasz Dziennik” ujawnił, że z materiałów zgromadzonych w założonej przez WSI w 2002 r. Teczce Nadzoru Szczególnego Kryptonim "Anioł" wynika, iż oficerem odpowiedzialnym za przygotowanie i pozyskanie materiałów, mających na celu skompromitowanie abp. Paetza był Leszek Tobiasz – główny świadek prokuratury w sprawie afery „Marszałkowej”. Okazało się również, że nielegalną działalnością Tobiasza zajmowała się Komisja Weryfikacyjna WSI oraz badał ją Wojciech Sumliński.

„Z meldunków, rozkazów i sprawozdań dotyczących akcji, którą prowadził Leszek Tobiasz, zgromadzonych w Teczce Nadzoru Szczególnego Kryptonim "Anioł", wynika, że chodziło o prowokację, której jednym z celów było skompromitowanie i ostatecznie usunięcie ze stanowiska metropolity poznańskiego ks. abp. Juliusza Paetza. Założono ją 28 lutego 2002 roku; w rembertowskich zbiorach WSI nie ma jednak daty jej zakończenia.” – czytamy w artykule Wojciecha Wybranowskiego.

Dowiadujemy się również, że Wojskowe Służby Informacyjne w operacji prowadzonej przez ppłk. Leszka Tobiasza wykorzystały dziennikarzy do zebrania, udostępnienia i wreszcie wykorzystania materiałów, które pozwalały rzucić cień podejrzeń na ks. abp. Paetza. Jak wynika ze zgromadzonych w teczce "Anioł" dokumentów, dziennikarzowi - za pośrednictwem Jerzego Wójcickiego, ministra energetyki w okresie PRL, zakwalifikowanego wcześniej przez WSI jako OZ "Rektor" - przekazano dokładne wskazówki, gdzie szukać materiałów mogących obciążyć biskupa. Według danych z teczki "Anioł", dziennikarza urabiano już wcześniej - prowadząc tzw. dialog operacyjny za pośrednictwem Andrzeja Macanowicza, byłego członka zarządu PKN Orlen, w archiwach WSI zarejestrowanego jako współpracownika o pseudonimie "Parys". Jako jedno ze źródeł dotarcia do materiałów wskazano m.in. Instytut Gaucka.

- Liczono na to, że dziennikarz odnajdzie i dostarczy kwity, które pozwolą oskarżyć arcybiskupa o współpracę ze STASI. Takich dokumentów nie znaleziono, ich po prostu nie ma. Pod tym względem operacja zakończyła się fiaskiem - mówi nasz informator.”

Nazwisko Andrzeja Macanowicza pojawia się na str. 125 Raportu z Weryfikacji WSI, w cytowanym już rozdziale 9 zatytułowanym „Ingerencja WSI na rynku paliwowo-energetycznym”. Czytamy tam m.in.:

„Szef WSI, gen. Marek Dukaczewski w piśmie z 18 marca 2005 r. zapewniał premiera Marka Belkę, że WSI nie korzysta z pomocy osób zatrudnionych w sektorze paliwowym. To oświadczenie było jawnie nieprawdziwe, choćby dlatego, że od października 2002 r. do 2005 r., wiceprezesem Orlenu był Andrzej Macenowicz, współpracownik WSI ps. „PARYS”. Dukaczewski świetnie o tym wiedział, a i sam „PARYS” powoływał się na znajomość z nim w czasie rozmów z oficerem prowadzącym.

W toku współpracy „PARYS” zadeklarował pełną lojalność i gotowość współdziałania z wywiadem wojskowym, podkreślając, że ma pełen dostęp do „wszystkich informacji będących przedmiotem posiedzeń zarządu i rady nadzorczej”. Złożył też obszerną relację z bieżących rokowań w sprawie przygotowywanego kontraktu z Rosją: „Niebawem podejmowane będą decyzje dotyczące dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia Orlenu, zamiast jednego pośrednika - firmy DGC[ chodzi o J&S. dop.mój] - będzie kilku, najprawdopodobniej pięciu dostawców. Jest to zgodne z wytycznymi rządu RP, a także oczekiwaniami Rosji, która wskazuje potencjalnych kandydatów, w tym Łukoil i Jukos. Decyzje w tej sprawie będą podejmowane w ciągu najbliższych dni, jeśli więc chcielibyśmy uzyskać możliwość wpływania na rozwój sytuacji, to konieczne byłoby podjęcie stosownych działań w jak najkrótszym czasie. Jest to tym bardziej istotne, że planuje się podpisanie umów na kolejne pięć lat. Wsp. zadał mi pytanie jakie są nasze preferencje w tym względzie...” - notował wypowiedź Macenowicza Waldemar Żak z b. Oddziału Y.

Jak widać „PARYS” nie tylko przekazywał informacje, ale gotów był podjąć wskazane przez WSI działania dotyczące Orlenu - bez względu na swoje zobowiązania wobec akcjonariuszy i rządu RP, który reprezentował w Zarządzie. „PARYS” deklarował też gotowość „w razie potrzeby umieszczenia kogoś w strukturach firmy”. Skrytykował innych współpracowników wywiadu wojskowego oraz poinformował o umieszczeniu znacznej ilości „swoich ludzi” przez UOP: „są w Orlenie ludzie WSI, którzy zapomnieli o celu jaki powinien im przyświecać” (wśród nich wymienił nazwisko Praksmajer). Podczas spotkania Parys ujawnił swoją znajomość z gen. Dukaczewskim. Podsumowując spotkanie płk Żak podkreśla wartość „PARYSA”: „W nieodległej przyszłości można spodziewać się wzmożonego zainteresowania Orlenem ze strony Rosjan, którzy po nieudanej próbie przejęcia Rafinerii Gdańskiej będą dążyć do wejścia na polski rynek paliw poprzez udział w PKN Orlen”.

Niewątpliwie miał rację płk. Żak w ostatnim zdaniu, jeśli pamiętać, że 18 lipca 2003 r. odbyło się w Wiedniu spotkanie Jana Kulczyka z Władymirem Ałganowem, podczas którego, jak dowiadujemy się z notatki szefa Agencji Wywiadu Zbigniewa Siemiątkowskiego – „ „Ałganow nawiązał do prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. Wyraził pretensję, że „mieli dostać RG, co było uzgodnione” oraz „robili wszystko, jak było ustalone”. Wg Ałganowa wejście Rosjan do RG miało odbyć się poprzez ROTCH ENERGY i ŁUKOILA, co zostało wcześniej uzgodnione z ministrem W.Kaczmarkiem, który otrzymał za to korzyść finansową. […] J.Kulczyk twierdzi, iż osobą która pośredniczyła w kontaktach z przedstawicielami ROTCH ENERGY był Gromosław Czempiński, koordynujący ponadto kontakty między tą firmą i Łukoilem, za co był przez nie wynagradzany”.

W konkluzji rozdziału 9 Raportu z weryfikacji WSI czytamy:

W opisanym okresie Szefem WSI był gen. bryg. Marek Dukaczewski. […]Zgodnie z ustawą z dnia 9 lipca 2003 roku o Wojskowych Służbach Informacyjnych nadzór nad działaniem tych służb ponosił Minister Obrony Narodowej, który wyznaczał na stanowisko służbowe i zwalniał z niego szefa WSI. Na mocy art. 9 ust 1 tej ustawy szef WSI podlegał bezpośrednio Ministrowi Obrony Narodowej. Ministrami ON w opisanym okresie byli: Bronisław Komorowski i Jerzy Szmajdziński.”

Warto również zwrócić uwagę na „trop STASI”, pojawiający się w sprawie „Anioł”. W roku 2003 Cezary Gryz, w opublikowanym w tygodniku WPROST artykule „Czerwone cienie Papieża”, zamieszcza w rozdziale „Kret SB w Watykanie” następującą wzmiankę:

W dokumentach dotychczas nie odnaleziono informacji potwierdzających domysły, jakoby współpracownikiem służb specjalnych był arcybiskup Juliusz Paetz, który służył w Watykanie trzem papieżom. Jan Paweł II mianował go metropolitą poznańskim. Paetz odszedł w atmosferze skandalu po oskarżeniach o molestowanie seksualne kleryków.”

Pięć lat później we wrześniowym programie TVP1 „Misja specjalna” poinformowano, że na podstawie zachowanych w kilku krajach, uzupełniających się wzajemnie dokumentów wynika, że w najbliższym otoczeniu Papieża Pawła VI działał polski agent komunistycznych służb specjalnych. Bezpieka w PRL, Związku Radzieckim czy NRD posiadała szczegółowe informacje na temat zdrowia Ojca Świętego, a po jego śmierci o kardynałach mogących zasiąść na Stolicy Piotrowej. Jedynym Polakiem pozostającym w najbliższym otoczeniu Pawła VI był wówczas Juliusz Paetz. O konfidencie „papieskim” wypowiadał się m.in.
pastor Joachim Gauck – były Dyrektor Instytutu Gaucka w Niemczech, informując o dokumentach STASI, potwierdzających działalność agenta. Choć nie podano wówczas jego nazwiska, pojawiła się wyraźna sugestia, że może chodzić o TW „Ferno”.

Zestawienie powyższych zdarzeń nie jest oczywiście przypadkowe. Wyłania się z nich porażający obraz gier operacyjnych, prowadzonych przez WSI przy użyciu wysoko ulokowanej agentury. Obraz, który niezwykle sugestywnie świadczy o zagrożeniu, jakim była ( i prawdopodobnie jest nadal) działalność ludzi w mundurach wojskowych służb. Historia działań WSI wokół osoby abp. Paetza potwierdza regułę, że brak rzetelnej lustracji jest czynnikiem, na którym korzystają wyłącznie ludzie służb komunistycznych, bezwzględnie wykorzystujący wiedzę o agenturze z czasów PRL.

Można z dużym prawdopodobieństwem postawić hipotezę, że powodem wszczęcia przez WSI operacji „Anioł”, zmierzającej do ujawnienia materiałów kompromitujących poznańskiego hierarchę, była odmowa arcybiskupa Paetza, w sprawie, na której służbom wojskowym szczególnie mocno zależało. Udział w prowokacji Andrzeja Macenowicza – wiceprezesa ORLEN- u i tajnego współpracownika WSI, ulokowanego tam przez służby w celu pilnowania interesu z Rosjanami, może świadczyć, że zwrócono się do abp. Paetza z „propozycją nie do odrzucenia”, mającą związek ze sprzedażą Rafinerii Gdańskiej, lub szerzej – przejęcia polskiego sektora paliwowego przez Rosjan.

Tak się, bowiem składa, że to właśnie w Poznaniu spotykamy Jana Kulczyka (negocjatora transakcji z Ałganowem, ze strony Kwaśniewskiego) oraz „firmę X, należąca do obywatela Ukrainy A.W. która sporządziła - dla rosyjskiej firmy Q z Moskwy, należącej do b. szefa KGB gen. F. J. Bondarenki, noszącego pseudonim „Mały Kreml” - analizę ekonomiczną Rafinerii Gdańskiej przed jej prywatyzacją.” Tak się również składa, że ze strony wojska nielegalny handel paliwami nadzorował Romuald Waga, wieloletni szef logistyki Marynarki Wojennej a następnie udziałowiec jednej ze spółek paliwowych, brat Jana Wagi prezesa Kulczyk Holding, a następnie przewodniczącego rady nadzorczej „Orlenu”.

Dlaczego WSI miałyby chcieć skompromitować abp. Juliusza Paetza? Choćby dlatego, że taka zasada obowiązuje w pracy operacyjnej z agentami.

Z „Instrukcji o pracy operacyjnej Zarządu II Sztabu Generalnego WP” z dn. 15 XII 1976 r., podpisanej przez Czesława Kiszczaka (aneks nr.2 Raportu WSI), rozdział IV – Podstawowe zasady, formy i metody pracy operacyjnej dowiadujemy się, że :Do motywów werbunku zalicza się następujące główne grupy czynników wykorzystywanych w procesie pozyskiwania kandydata do współpracy wywiadowczej:

[…] materiały kompromitujące, oznaczające udokumentowane fakty lub okoliczności, ujawnienie których mogłoby narazić kandydata na utratę wolności, w istotny sposób zaszkodzić jego dotychczasowej opinii, stanowisku, pozycji zawodowej czy społecznej, źródłom dochodów, bądź też innym jego interesom.

W pkt.124. czytamy: Zerwanie współpracy z agentem lub wyeliminowanie go z sieci agenturalnej może nastąpić, gdy określona osoba:

[…] odmawia wykonania zadań;”

Żelazną regułą, wynikającą z instrukcji pracy operacyjnej z agenturą było wykorzystanie materiałów kompromitujących, w przypadku odmowy współpracy. Jeśli zwrócono się do abp. Paetza z prośbą/żądaniem udzielenia pomocy, w sprawie mającej związek z przejęciem sektora paliwowego przez Rosjan ( mogła być to np. prośba o ułatwienie kontaktu z ważną osobistością), a arcybiskup odmówił lub zagroził ujawnieniem nacisków, użycie materiałów kompromitujących wobec człowieka, który nie rokował już żadnej szansy na współpracę byłoby logiczne. Świadomością tego typu szantażu, można tłumaczyć słowa abp. Paetza z 23.02.2002r : „Media w przeciwieństwie do mnie mogą wiele rzeczy pisać, mówić, oskarżać […] Z całej tej akcji widać, że została ona szeroko zakrojona i systematycznie prowadzona”.

Przedstawiona powyżej hipoteza nie wyklucza oczywiście, że sprawa o kryptonimie „Anioł”, była jedynie częścią operacji, mającej na celu podważenie autorytetu Kościoła. Niewykluczone również, że „przykład” Juliusza Paetza miał być swoistym sygnałem ostrzegawczym, dla tajnych współpracowników komunistycznych służb, ulokowanych w strukturach polskiego Kościoła, by nie próbowali odmawiać lub ujawniać współpracy ze służbami bezpieczeństwa. Wątpliwym natomiast się wydaje, by WSI spreparowały całość oskarżeń o molestowanie seksualne, stawianych arcybiskupowi. Ich prawdziwość została potwierdzona, niezależnie od prowokacji wojskowych służb, a przede wszystkim znajduje uzasadnienie w decyzji podjętej przez Ojca Świętego Jana Pawła II.

W sąsiedztwie sprawy „Anioł” i działań podejmowanych przez WSI, pojawia się cały szereg pytań, związanych z udostępnianiem niektórym dziennikarzom materiałów obciążających abp. Paetza i wpływem tych materiałów na opinię publiczną oraz udziałem Leszka Tobiasza w kombinacji operacyjnej, skierowanej przeciwko Komisji Weryfikacyjnej WSI. Ujawnione przez „Nasz Dziennik: informacje, pozwalają spojrzeć z nowej perspektywy na aferę „Marszałkową” i role głównych bohaterów. Lecz to już temat na kolejne wpisy.

Źródła:

http://www.raport-wsi.info/

http://www.rp.pl/artykul/20,105561_Grzech_w_Palacu_Arcybiskupim.html

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,wid,8747511,wiadomosc.html?ticaid=16d37&_ticrsn=3

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,title,Arcykontakt-SB,wid,8749155,wiadomosc_video.html

http://www.tvn24.pl/12690,1534871,0,1,wsi-sledzily-abp-paetza,wiadomosc.html

http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=97098

http://www.wsi.emulelinki.com/untitled9.htm

http://www.videofact.com/mark/aw/awmain2.htm

http://www.wsi.emulelinki.com/aneks_2.htm

http://www.wprost.pl/ar/50789/Czerwone-cienie-papieza/?I=1090

http://ekai.pl/europa/?MID=1720

poniedziałek, 20 października 2008

CZY III RP ZACZĘŁA SIĘ NAD GROBEM KSIĘDZA POPIEŁUSZKI?

„Wobec zamachu na księdza Jerzego Popiełuszkę zarysowały się w naszym związku dwie linie. Jedna linia […] jest równoznaczna ze zdaniem się na metody Kościoła […] Druga linia zakłada, że na rozpętanie przemocy trzeba odpowiedzieć nie przemocą – to nie, w żadnym razie, ale działaniem na tyle stanowczym, by władza, niezależnie od tego, na jakie frakcje podzielona, czuła respekt przed społeczeństwem. […] reakcja środowisk niezależnych – najpierw na porwanie, potem na morderstwo księdza Popiełuszki zakwestionowała funkcjonujący jeszcze w opinii mit o jedności polskich środowisk opozycyjnych, ujawniając istnienie głębokiego rozłamu”.

Przypominam ten tekst z nr.37-38 podziemnego Miesięcznika Politycznego „Niepodległość” ze stycznia 1985 roku, by wskazać, że już wówczas, tuż po zabójstwie księdza Jerzego, ujawniły się w środowiskach opozycyjnych dwa nurty, głęboko różniące się w ocenie polskiej rzeczywistości.

Być może żadna inna sprawa – jak właśnie morderstwa na księdzu Popiełuszce, nie ukazuje z taką ostrością tych zasadniczych rozbieżności. Warto je pokazać szczególnie dziś, gdy ponura i niewyjaśniona tajemnica śmierci kapelana „Solidarności” ujawnia te same, a nawet pogłębione przez czas różnice.

W dalszej części tekstu zatytułowanego „Mit jedności”, autor podpisujący się jako Artur Wieczysty pisał:

„Podziały te były widoczne i przed „sprawą” księdza Popiełuszki, ale nie tak wyraźnie. Oto, bowiem po jednej stronie znaleźli się prawie wszyscy „przywódcy” i „doradcy” „Solidarności” działający jawnie, wspierani przez część prasy, po drugiej zaś znaczna część publicystów prasy podziemnej, w tym biuletyny TKZ i porozumień międzyzakładowych, nieliczni działacze jawni i (choć nie do końca konsekwentnie) przywódcy i działacze podziemni. […] Według pierwszej linii (zgodnie zresztą z całą jego dotychczasową polityką) wypowiadał się Lech Wałęsa. Wzywał do nieulegania prowokacjom, do spokoju i opanowania.[…] W Warszawie i w Gdańsku wrzało. W niedzielę 28 października 12 tysięcy ludzi zgromadzonych wokół kościoła św.Brygidy w Gdańsku rwało się pod Pomnik – opisuje akcję Wałęsy biuletyn nowotarskiej „Solidarności” „JANOSIK” w nr.70 z listopada 1984r. „Wokół miasta i w samym Gdańsku czekały zgrupowane silne oddziały ZOMO – ktoś planował zbierać żniwo tej zbrodni. Jednak Lech Wałęsa kilkoma zaledwie zdaniami opanowuje sytuację. Mówi do ludzi: „Powinniśmy być ostrożni i uważni, ponieważ ktoś usiłuje wciągnąć nas do walki o władzę.[…] Jesteśmy mocni pozostając w swoich fabrykach i modlitwie.” To wystarczyło. Ludzie skandowali jeszcze „Solidarność – Solidarność”, ale Lechu mógł już spokojnie zmieszać się z tłumem i iść do domu – do marszu pod Pomnik nie doszło. Jeśli inspiratorzy tego morderstwa liczyli na wywołanie rozruchów, to przegrali całkowicie”.

„Ktosiów” z wypowiedzi Wałęsy i z tekstu „Janosika” rozszyfrowują inni. Janusz Onyszkiewicz, przedstawiony przez zachodnich korespondentów jako rzecznik opozycji politycznej [sic] zapewnia, że generał szczerze dąży do wykrycia i ukarania morderców.”Chcemy wierzyć, że to nie Pan, Panie Generale nakazał zamordować Popiełuszkę” – pisze w swym […] liście go generała profesor Edward Lipiński.

Chęć ta jest wśród czołowych „doradców” i „niezależnych intelektualistów” tak przemożna, że gorliwie biorą się za oczyszczanie z podejrzeń generalskiego reżimu, doradzając mu zarazem jaką drogą mógłby odzyskać wiarygodność. Jacek Kuroń na przykład zajął 107 nr.”Tygodnika Mazowsze” [z dn.22.11.1984r.] na „niezbite” dowody udowadniania niewinności Jaruzelskiego [ w artykule „Zbrodnia i polityka”], ba docenia determinację generała w dążeniu do wyjaśnienia tej zbrodni. Andrzej Szczypiorki – czołowy „intelektualista niezależny” - uważający zresztą, że „rząd rzetelnie pragnie normalizacji i być może nawet porozumienia” - w swoim artykule „Nasz tragiczny spokój” pisze [ podajemy za Głosem Ameryki] – „Zdumiewającym jest naprawdę, jak niewiele potrzeba, aby Polacy okazywali władzy państwowej, jeżeli nie sympatię to w każdym razie wspaniałomyślność i nawet obdarzali odrobiną zaufania. W dniach żałoby po śmierci ks. Popiełuszki wystarczyłoby, gdyby rząd okazał normalne, ludzkie oblicze. Gdyby wystąpił z wąskich ram biurokratycznego protokołu, gdyby przyłączył się do żałoby narodu. Polacy z nadzieją oczekują takiego gestu. Każdy ma prawo zapytać: Czy Panom Generałom było tak daleko na ten pogrzeb, na który ściągnęły z całego kraju setki tysięcy ludzi? Czy rządowi zabrakło pieniędzy na wysłanie depeszy kondolencyjnej do rodziców zamordowanego kapłana i jego kościelnych zwierzchników?.” [!?!?!?]

Działania Jaruzelskiego i Kiszczaka, wystąpienie Urbana, deklaracje Komitetu centralnego PZPR szczególnie usatysfakcjonowały publicystę krakowskiej „Trzynastki” Mirosława Dzielskiego, autora artykułu „Po śmierci księdza”, dostrzegającego w posunięciach generała-sekretarza-premiera i jego ludzi znamiona stopniowego cywilizowania się [pod wpływem Kościoła, a zwłaszcza Papieża] i uczenia się współżycia ze społeczeństwem.” […]

Dlatego „Tygodnik Solidarność” w artykule „W walce o władzę” zamieszczonym w 105 nr. tego pisma z 8.11.1984r.maił pełne prawo napisać: „W oficjalnych wypowiedziach i „przeciekach” sugeruje się, że prowokacja miała być wymierzona w rządy Jaruzelskiego i że frakcja „twardogłowych” chciała przejąć władzę […] Oficjalna wersja została natychmiast przyjęta przez Kościół. Zaakceptowała ją zachodnia opinia publiczna i politycy[…] W swych działaniach - choć nie zawsze w słownych deklaracjach przyjęły ją też niezależne ośrodki opiniotwórcze w kraju, począwszy od Lecha Wałęsy i różnych struktur „S”, a skończywszy na nieformalnych grupach środowiskowych. Ta niezwykła zgodność opinii – a zwłaszcza jej zgodność z wersją , na której zależało Jaruzelskiemu – jest może najbardziej znaczącą cechą obecnej sytuacji politycznej w PRL”.

Jednakże, w miarę upływu czasu i ukazywania się kolejnych pism podziemnych okazało się, że „reprezentanci społeczeństwa” i „rzecznicy opozycji” pospieszyli się nieco. Bo prasa podziemna zaczęła pisać co innego – przebili się po prostu zwolennicy drugiej linii.”

Głos publicysty sprzed ponad 20 lat brzmi wciąż aktualnie, bo przecież Lech Wałęsa i związane z nim środowiska „autorytetów” i koncesjonowanej opozycji stoją po jednej stronie z „architektami okrągłego stołu”.

Czy trzeba przypominać, że oficjalną wersją związaną z zabójstwem ks. Jerzego, jest ta mówiąca o „walkach frakcyjnych” w PZPR i „prowokacji”, której Jaruzelski i Kiszczak mieli stać się ofiarami? Już w 1984 r. Wojciech Jaruzelski „wiedział”, że inspiratorem zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki był Mirosław Milewski.

- Taka informacja krąży w mediach jako rewelacja. Nie boi się jednak, że zostanie oskarżony o to morderstwo - jako premier i pierwszy sekretarz partii był szefem Mirosława Milewskiego. Przeciwnie, sądzi, że to go zwalnia od odpowiedzialności: "Ktoś stał za tym i wiadomo, że to nie ja" – powiada Jaruzelski. Dlaczego te znane od dwudziestu lat fakty przedstawia się nam jako coś absolutnie nowego i robi ludziom wodę z mózgu?” – pisał w 2004 roku Krzysztof Wyszkowski w artykule „Prowokacja antynarodowa” Tygodnik Solidarność nr 43/2004 r.

Fragment artykułu z roku 1985 i zamieszczone w nim cytaty wskazują, że wersję o prowokacji, skierowanej przeciwko Jaruzelskiemu wspierali już w roku 1984 Lech Wałęsa i wielu innych „reprezentantów społeczeństwa” oraz „doradcy” i „niezależni intelektualiści”, przy czym, jak wiemy dziś, owa „niezależność” nie oznaczała wolności od bycia tajnym współpracownikiem. Można oczywiście zastanawiać się nad przyczynami, tej niezwykłej zgodności części opozycji z wersją komunistów i mając wiedzę o agenturalnej przeszłości wielu z „reprezentantów społeczeństwa” upatrywać przyczyn w „wewnętrznej inspiracji”. Nie zmienia to faktu, że zarysowany wówczas podział przetrwał do dnia dzisiejszego i wolno dopatrywać się w nim rzeczywistych przyczyn niewyjaśnienia zagadki zabójstwa ks. Jerzego.

Wiemy, że istnieje w naszym kraju niezwykle wpływowe środowisko, które wykazuje szczególną troskę, by prawda o śmierci księdza nigdy nie została ujawniona. To środowisko ponad partyjnymi i ideologicznymi podziałami. Przy „okrągłym stole”, na mocy porozumienia z komunistami, postanowiono, że faktyczni decydenci tego mordu ( jak i setek innych) pozostaną bezkarni. Ta haniebna zasada obowiązuje nadal, czego dowodem są dzieje śledztwa w sprawach zabójstwa księdza Jerzego, ks.Suchowolca czy ks.Zycha i wielu innych, zbrodni komunistycznej mafii. Pisałem o tym we wpisie ZBRODNIA "OKRĄGŁEGO STOŁU".

Od kilku miesięcy pojawia się coraz więcej przesłanek, wskazujących na działania bardzo wpływowych środowisk, zainteresowanych ostatecznym pogrzebaniem sprawy zabójstwa. Słabość struktur państwa, zniszczenie niezależnych od komunistycznej nomenklatury służb, sprzyja z pewnością narastaniu tych zjawisk. Przypomnę że, od kiedy pełnomocnikiem rodziny Popiełuszków został Roman Giertych, „nieznani sprawcy” wielokrotnie straszyli najbliższych zamordowanego kapłana. Domagali się wycofania pełnomocnictw dla Giertycha oraz rezygnacji z zabiegów o ponowne wszczęcie śledztwa, twierdząc, że działają na polecenie kurii arcybiskupiej, która obawia się zaszkodzenia procesowi beatyfikacyjnemu kapłana. Ten argument - o rzekomej szkodliwości prowadzenia dalszego śledztwa w sprawie zabójstwa, z uwagi na proces beatyfikacyjny, pojawiał się ostatnio dość często. Dobrze się stało, że w lipcu bieżącego roku Kuria Białostocka złożyła w prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zastraszania członków rodziny ks. Jerzego Popiełuszki. To tylko jeden z przykładów, wskazujących jak bardzo sprawa tego morderstwa jest nadal aktualna.

Ktoś najwyraźniej zdecydował, że nadszedł czas, gdy można sobie pozwolić na zdecydowane i radykalne rozstrzygnięcia. Milczenie dziennikarzy i niewiedza społeczeństwa ośmiela w tym mocodawców. Przez blisko 20 lat III RP żaden rząd, żadna opcja polityczna nie odważyła się złamać zmowy milczenia.

Na szczególną uwagę zasługują pojawiające się, (również na Salonie 24) reakcje pracowników medialnych na publikacje, oparte o ustalenia śledztwa, prowadzonego przez prokuratora Witkowskiego. Wiemy, że efekty tego śledztwa zadają kłam oficjalnej wersji zdarzeń, narzuconej przez komunistyczną bezpiekę.

Nie jest przypadkiem, że ustalenia prokuratora najmocniej atakował Czesław Kiszczak, pisząc w 2003 r w „Liście otwartym do prezesa IPN” – „Z zażenowaniem i oburzeniem obserwuję doniesienia prasowo-telewizyjne o podjętych przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego próbach podważenia kolejnych wyroków sądów w sprawie zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki.”

W tym samym liście znalazły się również bardzo znamienne słowa, których sens pozwala być może zrozumieć ówczesną, jak i obecną postawę Kościoła w sprawie ks.Jerzego:

W czasie procesu toruńskiego zobowiązaliśmy oskarżonych do zachowania tajemnicy służbowej i państwowej (jeżeli coś nie dotyczy sprawy zabójstwa i nie przeszkodzi w ich obronie, to nie mają prawa tego ujawniać). Chodziło zwłaszcza o to, żeby nie ujawniać agentury pośród księży oraz faktów kompromitujących niektórych duchownych. Wiedzieli o tym obrońcy, osobiście lojalnie poinformowałem także sekretarza Episkopatu Polski, abp. Bronisława Dąbrowskiego.”

Czy trudno zrozumieć, o czym przypomina Czesław Kiszczak, żądający wówczas (skutecznie) odebrania śledztwa w sprawie mordu prokuratorowi Witkowskiemu?

Jak słowa te rozumieć w kontekście listu księdza Popiełuszki z 1983 roku, skierowanego do biskupa Władysława Miziołka i ks. Zdzisława Króla, w którym czytamy:

„Dnia 14 grudnia br. J.E.Ks.Prymas w rozmowie ze mną stwierdził, że nic nie zrobiłem w Duszpasterstwie Medycznym i powinienem poprosić o zmianę pracy, a w środowisku robotniczym szukam tylko własnego rozgłosu i własnej chwały. Przedstawiam to, co dyktuje mi sumienie i serce. Podjęcie decyzji pozostawiam pokornie w rękach Władzy Kościelnej. „

List ten, pochodzący z archiwum „Tygodnika Wojennego” miał związek z próbą wysłania księdza Jerzego na emigrację. Były wówczas bezpośrednie naciski na prymasa i księdza Popiełuszkę z kręgów kościelnych, były próby oczerniania go i pomawiania, nie tylko ze strony propagandystów reżimu. W III RP nie doczekaliśmy się wyjaśnienia - kto inspirował te naciski, kto podpowiadał prymasowi, że ksiądz Jerzy „szuka tylko własnego rozgłosu i własnej chwały”?

Zacytuję jeszcze jeden fragment z Miesięcznika Politycznego „Niepodległość” z roku 1985:

Przewodniczący Wałęsa przestrzegał nas, żebyśmy nie ulegali prowokacji, nie strajkowali, nie demonstrowali. Posłuchaliśmy. Tylko w kościołach trwały ciągłe modlitwy o szczęśliwy powrót Kapłana. A tymczasem tzw. dobrze poinformowane czynniki wiedziały już o Jego śmierci. Wiedząc, porażeni tragedią, również nie okazywaliśmy swego masowego oburzenia ani strajkami, ani manifestacjami ulicznymi. Władzy też o to szło, Kościołowi też. Czyżby, więc „porozumienie”? Jedność interesów? Bzdura. Owocem prowokacji może być tylko następna prowokacja. Męczeństwo ks.Popiełuszki wyda owoc stokrotny. Ale nie będzie to owoc ugody z poplecznikami oprawców. Bo jedno jest pewne, tej śmierci winien jest ten tu panujący reżim i ten komunistyczny system niszczący ludzi, narody i myśli.

Jeden z wykładowców ATK w Warszawie, powiedział słuchaczom, że ks.Popiełuszko miał zmasakrowaną twarz, 37 ran na głowie, wyrwany język. Tożsamość stwierdzono na podstawie linii papilarnych. Straszna to prawda. Ale jak można ją taić? Dlaczego się ją tai? Przecież milczenie na ten temat nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim nakazem odpuszczenia winowajcom.[…]

Kornel Morawiecki

Przedruk : „Solidarność Walcząca” Wrocław, nr.24/91, 18-25.11.1984r.

Od śmierci księdza Jerzego mija 26 lat. Pytania – czy straszną prawdę można taić, dlaczego się ją tai, są nadal aktualne. Państwo, w którym żyjemy stoi dziś na straży tej tajemnicy, a strzegąc jej, staje się wspólnikiem komunistycznych oprawców. Nie powinna już dziwić konsekwencja postaw ludzi, którzy w 1984 roku pisali o „determinacji generała w dążeniu do wyjaśnienia tej zbrodni”. Są dziś tam gdzie ich miejsce. Każdy rok istnienia III RP i kolejna rocznica niewyjaśnionej zbrodni na kapelanie „Solidarności” pozbawia to państwo prawa do nazywania się niepodległym i praworządnym.

Można pytać - czy strażnicy tej zbrodni, również ci po stronie „solidarnościowej”, przestaną kiedyś rozgrywać śmierć księdza we własnym, nędznym interesie? Czy III RP zaczęła się nad grobem księdza Popiełuszki? Czy skończy się, gdy tajemnica zostanie ujawniona?

Źródła:

http://www.niepodleglosc.org/Polish/Archiwum/1985/N037-38/pdf/1985_01_N-37_38.pdf

http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=artykul&id=3523

http://www.sws.org.pl/popieluszko.htm